Świat Machulskich. Biografia rodzinna - Anna Bimer

Kup ebooka

54.99 zł
42.89 zł (30,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

wstęp

"Każdy omy­lić się może, a musi się omy­lić tym bar­dziej, im bar­dziej o czymś roz­my­śla".1 Jaro­slav Hašek, Przy­gody dobrego wojaka Szwejka pod­czas wojny świa­to­wej

Gdy ogląda się dziś film Tade­usza Kon­wic­kiego i Jana Laskow­skiego Ostatni dzień lata, ude­rzają dwie rze­czy. Przede wszyst­kim nowa­tor­ski wów­czas mini­ma­lizm: jedna nad­mor­ska sce­ne­ria, zale­d­wie dwie posta­cie, oszczęd­ność środ­ków wyrazu rów­nież w grze akto­rów. Można też odnieść wra­że­nie, że arcy­dzieło sprzed lat odtwa­rzane jest przez współ­cze­sne urzą­dze­nia w przy­spie­szo­nym tem­pie. A to głów­nie z powodu mło­dziut­kiego Jana Machul­skiego, który kręci się wokół ekra­no­wej part­nerki, Ireny Laskow­skiej, w tem­pie zna­mio­nu­ją­cym ADHD. Biega po plaży, zata­cza­jąc koła, ska­cze z wydm, gwał­tow­nie rusza i rap­tow­nie przy­siada, robi fikołki i gwiazdę na rękach jak roz­bry­kany, pod­eks­cy­to­wany szcze­niak. Po czę­ści uza­sad­nia to rola. Ale dal­sze obser­wa­cje życia Machul­skiego suge­rują, że to natu­ralne tempo wpi­sane w jego DNA.

"Cześć, cześć, cześć" - wyrzu­cał jak z kara­binu maszy­no­wego i już pędził dalej. Wyda­wał się nie­zwy­kle zaafe­ro­wany. Kiedy indziej mówił i mówił na przy­kład w win­dzie. Od par­teru po jede­na­ste pię­tro bloku przy ulicy Koro­tyń­skiego, gdzie wtedy miesz­kała rodzina, opo­wia­dał sąsia­dom coś z prze­ję­ciem, nie dając nikomu dojść do głosu. Albo wybie­gał z budynku i pośpiesz­nie, nie­do­kład­nie, byle czym odśnie­żał samo­chód. Potem nastę­po­wała porażka, gdy klu­czyk nie paso­wał do zamka samo­cho­do­wych drzwi. Wtedy aktor ener­gicz­nie odśnie­żał tablicę reje­stra­cyjną, a następ­nie uno­sił rękę z pal­cem wska­zu­ją­cym w geście triumfu naukowca odkrywcy i obwiesz­czał światu: "Aha! Nie mój!".

Naprawdę potra­fił się zaga­lo­po­wać. "Dłuż­szych zębów życzę" - powin­szo­wał z roz­pędu jed­nemu z gości na poże­gna­nie. To abso­lut­nie nie była zło­śli­wość, lecz skrót myślowy. Towa­rzy­stwo, wcze­śniej roz­ma­wia­jąc przy stole o wszyst­kim i o niczym, poru­szyło wątek usług i pro­ble­mów sto­ma­to­lo­gicz­nych. Wtedy jeden z gości wyznał, że wpraw­dzie ma zęby wszyst­kie swoje, ale dość starte i krót­kie. Gdy przy­szło do uści­sku dłoni na do widze­nia, aktor poży­czył temu panu pre­cy­zyj­nie tego, czego mu bra­ko­wało. Z roz­pędu, powo­do­wany abso­lut­nie czy­stą ser­decz­no­ścią i potrzebą poże­gna­nia się w spo­sób przy­ja­ciel­ski i oso­bi­sty. Jak dzi­siaj mówią nie­któ­rzy: dedy­ko­wany.

Może roz­po­czy­na­nie opo­wie­ści o rodzi­nie fil­mo­wej na miarę Dougla­sów czy Fon­dów od scenki humo­ry­stycz­nej, w któ­rej ktoś się otarł o faux pas, byłoby nie na miej­scu, gdyby nie fakt, że ich nazwi­sko koja­rzy się z kome­dią, a zwłasz­cza z pogod­nym, zupeł­nie nie­na­dę­tym, ser­decz­nym nasta­wie­niem do ludzi i świata. To się rzu­cało w oczy szcze­gól­nie w ponu­rym PRL-u, gdzie żyło sporo ludzi ponu­rych. Nie gar­nęli się do sie­bie, a gdy natra­fiali jeden na dru­giego, czę­sto ich rela­cje były szorst­kie jak papier ścierny i chłodne jak stal. Domi­no­wała nie­uf­ność. Nie­wielu stać było na walor tak defi­cy­towy jak uśmiech czy życz­li­wość. Więc jeśli ktoś, jak Machul­scy, mówił na zakoń­cze­nie roz­mowy: "Wszyst­kiego dobrego", w pierw­szym odru­chu zasko­cze­nia czło­wiek myślał w popło­chu, że prze­oczył jakieś święto. Dopiero po chwili czuł się otu­lony cie­płem tych słów, bo brzmiały jak bło­go­sła­wień­stwo z lep­szego świata.

Trudno być widocz­nym w towa­rzy­stwie takiej postaci jak pan Jan. Żona aktora, Halina, nie musiała tego prze­bi­jać. Sku­piona na swo­jej dzia­łal­no­ści i świa­doma jej wagi, bez opo­rów pozor­nie wta­piała się w tłum. A gdy syn im wyrósł na potęgę, nosił koronę króla kome­dii bez cie­nia bufo­nady. Wyniósł z domu to, co naj­lep­sze: poczu­cie humoru i cie­pły sto­su­nek do ludzi. Potra­fił zacho­wać kamienną twarz Bustera Keatona, gdy w Łęczycy, gdzie krę­cili zdję­cia przed wię­zie­niem, miej­scowe kobiety pouczyły go, że powi­nien krę­cić filmy o tym, że bra­kuje mięsa w skle­pach, a nie o jakichś wydu­ma­nych przed­wo­jen­nych spraw­kach.

Halina, Jan i Juliusz two­rzyli świetne trio. Po pro­stu fajni ludzie z misją nie­sie­nia innym tego, co war­to­ściowe i naj­po­god­niej­sze. Chyba nikt ni­gdy nie mógł poczuć się przy nich nie­ważny. A wielu wycho­wan­ków - od Kata­rzyny Figury do Zofii Wichłacz - zawdzię­cza im pra­wie wszystko.

przerwany lot, czyli halina spotyka jana

Można by zacząć pate­tycz­nie: byli aku­sze­rami tak wielu zaist­nień, że nawet Chur­chill - gdyby wie­dział - wyjąłby cygaro z ust, by przy­to­czyć sen­ten­cję o zawdzię­cza­niu nie­licz­nym.

Można by pobło­go­sła­wić los, skoro pewien hitle­ro­wiec uwie­rzył, że Jan Machul­ski jest idiotą, na długo przed tym, gdy ten jako reży­ser wysta­wił Idiotę na sce­nie.

Można by posta­wić filo­zo­ficzne pyta­nie: co by było, gdyby w pew­nej zupie wiśnio­wej zabra­kło pestek, któ­rych obec­ność pozwo­liła Janowi prze­ko­nać Halinę, że potrafi poko­chać i ją, i poko­ny­wa­nie prze­szkód?

Można spró­bo­wać "mięk­kim ruchem zawo­dowca" wtar­gnąć w temat w tem­pie kina akcji: "Ej, posłu­chaj, jaka histo­ria: chcieli porwać albo nawet porwali samo­lot! Nie w fil­mie, praw­dziwy, z lot­ni­ska. I ona brała w tym udział. Co to za kobieta była!".

Albo wyjść od Adama i Ewy, czyli w tym wypadku od Osterwy i Kor­czaka...

Ewen­tu­al­nie zają­trzyć, choć pod uczoną przy­krywką, w duchu: nawet w takiej rodzi­nie mogą znie­nacka nastą­pić prze­ta­so­wa­nia, któ­rych psy­cho­lo­gicz­nie nie uniósłby sam Bert Hel­lin­ger, twórca słyn­nych usta­wień rodzin­nych, które nota­bene mają sporo z dramy.

A można też zacząć zwy­czaj­nie, choć prze­cież histo­ria od samego początku zwy­czajna nie jest:

Halina Machul­ska nie obno­siła się ze swoją prze­szło­ścią, ale jak już ktoś z mło­dych o niej wie­dział, wyra­żał szczery sza­cu­nek. Syn Juliusz powie­dział w jed­nym z wywia­dów z typową dla sie­bie prze­wrot­no­ścią, że "mama po swo­ich przej­ściach mło­dzień­czych wszystko trak­tuje jak kar­na­wał w Rio". Bo po latach, zwłasz­cza uda­nego życia, lekko się wspo­mina. Zresztą kto wie, czy motyw ucieczki samo­lo­tem do Szwaj­ca­rii, która oka­zała się Zegrzem w Vabanku II, nie był w jakimś stop­niu inspi­ro­wany prze­ży­ciami Haliny Machul­skiej, wów­czas Brze­ziń­skiej. W każ­dym razie w tam­tym momen­cie posta­wiła wszystko na jedną kartę. Zagrała va banque. Tyle że nie wyszła z tego kome­dia.

Był rok 1950, ter­ror i sta­li­nizm w roz­kwi­cie. Halina, wów­czas dwu­dzie­sto­jed­no­let­nia, stu­dio­wała polo­ni­stykę. Miała narze­czo­nego, Andrzeja Mazura, stu­denta prawa. On już tra­fił po woj­nie na kilka mie­sięcy do komu­ni­stycz­nego wię­zie­nia i miał dość. Kiedy w marcu dowie­dział się, że orga­ni­zo­wana jest ucieczka do Szwe­cji, zaraz zgło­sił udział w niej swój i Haliny. W tam­tych oko­licz­no­ściach liczył się refleks, nie reflek­sja. Byli mło­dzi, wszystko działo się bar­dzo szybko. Szczę­śliwy lot miał się odbyć już zaraz, 5 kwiet­nia. Ludzie ucie­kali wtedy z Pol­ski na różne spo­soby. Im tra­fili się "poważni orga­ni­za­to­rzy". Jeden, Witold Gro­chow­ski, był pra­cow­ni­kiem Orbisu, drugi - to znany łódzki den­ty­sta Alek­san­der Waka­lo­pu­lus, o pseu­do­ni­mie Grek i takim pocho­dze­niu. W rze­czy­wi­sto­ści obaj współ­pra­co­wali z bez­pieką.

Plan mieli taki, że mon­tują grupę ucie­ki­nie­rów do samo­lotu rej­so­wego na linii kra­jo­wej Gdańsk-Łódź-Kra­ków. Do tego grona na pozo­sta­łych miej­scach usa­dzają tak zwany balast, czyli osoby nie­za­mie­rza­jące uciec, lecz wta­jem­ni­czone w plan upro­wa­dze­nia samo­lotu, żeby nikt nie histe­ry­zo­wał w decy­du­ją­cym momen­cie, gdy znajdą się już w powie­trzu. Wyglą­dało na to, że wszystko zostało sta­ran­nie prze­my­ślane. Mazur wziął na sie­bie dostar­cze­nie do samo­lotu broni i ewen­tu­alne posłu­że­nie się nią w celu ster­ro­ry­zo­wa­nia załogi. Żeby nie wzbu­dzać podej­rzeń, każdy miał doje­chać na lot­ni­sko oddziel­nie.

Jan Machul­ski i Teresa Szmi­gie­lówna w Igrasz­kach trafu i miło­ści Pierre'a de Mari­vaux, Teatr im. Juliu­sza Osterwy, Lublin, 1959. Fot. Edward Har­twig/Biblio­teka Naro­dowa/Polona F.10727/III

Trudno sobie wyobra­zić, jakie towa­rzy­szyły im emo­cje. Nie­pew­ność i lęk przed nie­zna­nym? Eks­cy­ta­cja, bo oto wol­ność jest na wycią­gnię­cie ręki? Czy wielki smu­tek, że zosta­wiają bli­skich, zapewne na zawsze, bo zza żela­znej kur­tyny nie było powrotu? A może roz­pacz emi­gran­tów dopa­dłaby ich za jakiś czas, a na razie, w dro­dze do gdań­skiego portu lot­ni­czego, z całych sił kon­cen­tro­wali umy­sły na tym, co nastąpi za godzinę, za pół, za kwa­drans? Żeby nie zro­bić fał­szy­wego kroku, nie zawa­lić, żeby się udało.

Cała akcja oka­zała się pro­wo­ka­cją. Prze­myt­nicy chcieli zaro­bić na niej dosko­nałe pie­nią­dze (tysiąc dola­rów). W pew­nym momen­cie do udziału w ucieczce zgło­sił się sam mar­sza­łek Michał Rola-Żymier­ski. Wtedy organy bez­pie­czeń­stwa publicz­nego kom­plet­nie osza­lały, inwi­gi­lo­wano wszyst­kich pasa­że­rów tego rejsu, dzień w dzień śle­dzono listy nazwisk. Ope­ra­cji obser­wa­cyj­nej nadano kryp­to­nim "Włó­częga", a dowie­dział się o niej nawet Moło­tow. Infor­ma­cje do pew­nego szcze­bla prze­cie­kały także w drugą stronę; Rola-Żymier­ski w porę się wyco­fał, bo o wszyst­kim się dowie­dział. Pozo­stali nie­stety nie.

Wiel­ka­noc mieli spę­dzić w innym świe­cie. W środę na lot­ni­sku w Gdań­sku wpa­dli w pułapkę. Samo­lot, zamiast prze­nieść ich do wol­no­ści, stał się tym, czym puszka po kon­ser­wach dla nie­chcia­nych insek­tów. Z bile­tami w rękach zostali aresz­to­wani i wię­zien­nym pocią­giem prze­trans­por­to­wani do Łodzi. Zaraz zaczęły się bru­talne prze­słu­cha­nia.

Sytu­acja była naprawdę bar­dzo poważna. Za próbę ucieczki z socja­li­stycz­nej ojczy­zny gro­ziły wtedy wyso­kie wyroki. Zresztą o jakich wyro­kach i sądach można było mówić w tam­tej rze­czy­wi­sto­ści? Dwa dni po feral­nej śro­dzie, 7 kwiet­nia, naj­lep­szy pol­ski as myśliw­ski z cza­sów wojny, Sta­ni­sław Skal­ski, został ska­zany na karę śmierci w tak zwa­nym pro­ce­sie kiblo­wym, bez prawa do obrony, czyli prak­tycz­nie w sądo­wym mor­dzie.

Halinę Brze­ziń­ską Woj­skowy Sąd Rejo­nowy w Łodzi ska­zał na pięć lat wię­zie­nia. W wyniku skarg rewi­zyj­nych (oko­licz­ność łago­dzącą sta­no­wił fakt, że agenci bez­pieki, zamiast wyła­py­wać próby emi­gra­cji, sami do niej nakła­niali dla zarobku) Naj­wyż­szy Sąd Woj­skowy zba­dał sprawę ponow­nie i zła­go­dził wyroki. Halina dostała rok.

Nie wró­ciła na polo­ni­stykę, zaczęła stu­dio­wać peda­go­gikę. Była na wskroś prze­siąk­nięta war­to­ściami sprzed wojny, ide­ami, za które har­ce­rze Sza­rych Sze­re­gów i Janusz Kor­czak oddali życie. Wie­działa już, że nie da się ich nieść na sztan­da­rach. Tam powie­wały inne hasła. Dla­tego wpa­ja­nie daw­nych reguł i prawd będzie chciała spro­wa­dzić do pracy u pod­staw, do wycho­wy­wa­nia i kształ­to­wa­nia dzieci i mło­dzieży. Jakby czuła się zobo­wią­zana oca­lić filary tam­tych cza­sów. Temu naj­peł­niej słu­żyć będzie Ogni­sko Teatralne przy Teatrze Ochoty, gdzie powsta­nie świat alter­na­tywny wobec sza­rej ponu­rej rze­czy­wi­sto­ści PRL-u. Dla mło­dzieży to szansa weso­łej ucieczki w wyobraź­nię i wraż­li­wość wła­sną. Dla twór­czyni tego azylu - może forma emi­gra­cji wewnętrz­nej?

- Halina nie robiła tajem­nicy ze swo­jej prze­szło­ści, widać też było, że tamta histo­ria jakoś jej cią­żyła - mówi Maciej Woj­tyszko, reży­ser, peda­gog, współ­pra­cow­nik Haliny Machul­skiej i Ogni­ska. - Nie mam wąt­pli­wo­ści, że w Ogni­sku, oprócz jego wszyst­kich war­to­ści, ist­niał rów­nież duch patrio­tyczny, w daw­nym, szla­chet­nym rozu­mie­niu tego słowa.

Andrzej Mazur, narze­czony, który namó­wił Halinę do opusz­cze­nia kraju, miał przed sobą dłu­gie lata odsiadki. Ona odzy­skała wol­ność, ale pod wie­loma wzglę­dami zaczy­nała od nowa. Upły­nął kolejny rok. Poja­wił się Janek, świat poja­śniał. Zako­chali się w sobie, a co waż­niej­sze, zaprzy­jaź­nili. Jan mógłby prze­cież usły­szeć głos zło­śli­wego roz­sądku: prze­szłość tej dziew­czyny kie­dyś ci zaszko­dzi w karie­rze. Ale nie. Oni sobie sie­bie powie­rzyli.

Początki były roman­tyczne. Halinka jadła zupę owo­cową z wiśni, a Janek, nawet na nią nie patrząc, podał tale­rzyk na pestki, które wyplu­wała. Wyfi­le­to­wałby dla niej wino­grono, a nawet poziomkę. Gdy poja­wiła się w sto­łówce szkoły, zaraz zoba­czył te oczy - piękne, ale i mądre, wie­dzące, patrzące prze­ni­kli­wie. Miała nie tylko świetny wygląd, ale też wyra­zi­ste poglądy. Była inna od jego kole­ża­nek nasta­wio­nych na karierę aktor­ską. A tym bar­dziej - od dziew­czyn, dla któ­rych szczy­to­wym osią­gnię­ciem miało być dobre zamąż­pój­ście.

Patrzyła na niego roz­ba­wiona, bo pięk­nie cza­ro­wał. Przy­stojny, pełen wdzięku - amant, lecz z poczu­ciem humoru i dystan­sem do sie­bie. Czego chcieć wię­cej? Czego się bar­dziej oba­wiać?

Zda­wała sobie sprawę, że życie z przy­stoj­nym męż­czy­zną, w dodatku akto­rem, ozna­cza zwią­zek wyso­kiego ryzyka. Czy jed­nak z tego powodu mia­łaby się wyco­fać? Ona? Za bar­dzo gotowa była brać się z losem za bary, nawet gdy przy­szło potem zapła­cić wysoką cenę. A może wła­śnie dla­tego, że raz już jej zwią­zek i plany ponio­sły fia­sko w spo­sób, który musiał poło­żyć się cie­niem na oglą­dzie świata, taki chło­pak entu­zja­stycz­nie trak­tu­jący życie niczym jedną wielką oka­zję był dla niej lekar­stwem, ratun­kiem?

Poja­wił się jak podmuch nadziei wraz z odwilżą poli­tyczną w cza­sach komuny. Oboje - przed­sta­wi­ciele poko­le­nia wojen­nego - mieli mocne prze­ży­cia. Jan rów­nież zaznał głodu i stra­chu o wię­zio­nego ojca, a potem o sie­bie, gdy hitle­ro­wiec przy­ło­żył mu rewol­wer do skroni. Ura­to­wał się, uda­jąc ułom­nego psy­chicz­nie. A po latach, bo po latach lekko się wspo­mina, stwier­dził, że może moment ten był prze­ło­mowy, gdyż... wła­śnie w tam­tej chwili ujaw­nił się jego talent aktor­ski.

Halina musiała widzieć, że łączy ich zaska­ku­jąco wiele: bły­sko­tliwe poczu­cie humoru, chęć czer­pa­nia rado­ści przez dawa­nie z sie­bie, potrzeba bycia z ludźmi i dla ludzi. A kon­kret­nie ogromna pasja spo­łecz­ni­kow­ska i sza­lona pra­co­wi­tość. To mało? Zga­dzali się men­tal­nie, uzu­peł­niali pomy­słami, inspi­ro­wali nawza­jem. Więc jak? Jak nie chcieć pójść przez życie z kimś tak brat­nio­dusz­nym?

Można też odwró­cić pyta­nie: czy zro­bi­liby tyle dobrego oddziel­nie? Czy gdyby się nie spo­tkali, Halina zosta­łaby aktorką i reży­se­rem? Czy zawie­si­łaby pasję peda­go­giczną na rusz­to­wa­niu teatral­nym? A Jan, czy miałby pomysł dzie­le­nia się kunsz­tem i wie­dzą ze stu­den­tami i mło­dzieżą? Czy "usta­wiłby" tylu uta­len­to­wa­nych i zna­nych dziś ludzi zawo­dowo, a nie­raz też życiowo?

"Bez Haliny ni­gdy bym tyle nie zro­bił"2 - sam powie­dział w książce Bene­fis.

Machul­scy poprzesz­cze­piali na sie­bie nawza­jem swoje pomy­sły i dąże­nia, zanim zostali mał­żeń­stwem, uzu­peł­niali się jak puz­zle.

"W okre­sie narze­czeń­stwa wyko­rzy­sty­wa­li­śmy każdą oka­zję, żeby grać - opo­wia­dał Jan Machul­ski. - W towa­rzy­stwie, gdzie nas nikt nie znał, uda­wa­li­śmy obcych sobie ludzi. Na oczach nowo pozna­nych osób uwo­dzi­łem Halinę, a towa­rzy­stwo było zasko­czone i zasta­na­wiało się, jak to moż­liwe, że w jeden wie­czór tak do końca udało mi się ją zdo­być. Nikt nie przy­pusz­czał, że się znamy i po pro­stu bawimy w aktor­stwo".3

Zabawa w uwo­dze­nie przy­nio­sła owoce.

Gdy w 1954 roku Jan ukoń­czył stu­dia, wzięli ślub. Nie było wesela, które prze­szłoby do histo­rii jak trzy­dniowa feta Elż­biety Chwa­li­bóg i Zbi­gniewa Cybul­skiego. Skromna cere­mo­nia odbyła się w Olsz­ty­nie, gdzie aktor dostał angaż w Teatrze im. Ste­fana Jara­cza. Pań­stwo Machul­scy zamiesz­kali w służ­bo­wym miesz­ka­niu przy­pi­sa­nym pra­cow­ni­kom teatru. Halina uczyła w tam­tej­szym liceum (wśród jej wycho­wan­ków zna­lazł się póź­niej­szy aktor Zyg­munt Mala­no­wicz) i stu­dio­wała. Tam też 10 marca 1955 roku uro­dził się Juliusz Machul­ski, póź­niej­szy reży­ser fil­mowy. Halina zajęła się wycho­wa­niem syna. Led­wie pod­rósł, zdała eks­ter­ni­styczny egza­min aktor­ski i dołą­czyła zawo­dowo do męża. Ten zaś nie­długo potem zagrał w fil­mie, który prze­szedł do histo­rii pol­skiego kina, choć nic nie zapo­wia­dało takiego suk­cesu.

"Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwa­lasz mu być"4 - napi­sał Char­les Bukow­ski. Machul­scy wycho­dzili losowi naprze­ciw, sta­wali w progu, by z życz­li­wo­ścią i pogodą witać nowe sytu­acje. Nawet trudne i nie­ocze­ki­wane. A wszystko dla ucie­chy i potrzeby robie­nia tego, co się lubi, czuje, ma we krwi.

dawno temu w hollyłódź

"Rezo­lutny" - powie­dział o Juliuszku Tade­usz Kon­wicki. Chło­piec przy­je­chał z mamą na plan Ostat­niego dnia lata, gdzie grał jego tata, Jan Machul­ski. Cho­ciaż miał zale­d­wie trzy latka (Julek, nie Jan) i sam reży­se­rem został dopiero za ćwierć wieku, już wtedy dał wyraz swo­jej odręb­no­ści. Nie podo­bało mu się, że jego ojciec gania po plaży za inną panią niż mama. To musiało zyskać przy­chyl­ność Kon­wic­kiego, gdyż on sam wolałby dogo­nić tę panią. I mię­dzy innymi z tego pra­gnie­nia zro­dził się cały ów - jak byśmy dziś powie­dzieli - pro­jekt.

Nawet latem nad Bał­ty­kiem bywa naprawdę zimno. W rezul­ta­cie i ope­ra­tor, i reży­ser wylą­do­wali w łóż­kach z gorączką. Na pla­nie rów­nież pano­wała gorąca atmos­fera, z wielu powo­dów. Film powsta­wał na wariac­kich papie­rach.

"Pomysł Ostat­niego dnia lata wziął się z mojego wła­snego instynktu. A także z chy­tro­ści: prze­cież ja wybra­łem warunki, które mogły wywo­łać naj­mniej kło­po­tów. Wybra­łem ple­ner, który nie wyma­gał żad­nych inwe­sty­cji; wybra­łem dwoje ludzi, żeby było taniej i pro­ściej"5 - powie­dział Tade­usz Kon­wicki, który tym fil­mem debiu­to­wał w roli reży­sera.

Chy­tro­ścią wyka­zał się także Zespół Fil­mowy "Kadr", który udo­stęp­nił prze­sta­rzały sprzęt, kamerę plus sta­tyw, sześć tysięcy metrów czarno-bia­łej taśmy ORWO - i prze­zna­czył dzie­sięć tysięcy zło­tych. Został usta­no­wiony rekord nie do pobi­cia: do dziś Ostatni dzień lata jest naj­tań­szym fil­mem pol­skiej kine­ma­to­gra­fii. Lecz - jak stwier­dził kla­syk kolej­nych poko­leń - "pie­nią­dze to nie wszystko". Z takiego zało­że­nia wyszli akto­rzy, Irena Laskow­ska i Jan Machul­ski (co krew, to krew), rezy­gnu­jąc z hono­ra­riów. Opła­ciło się. Z cza­sem uznano film za arcy­dzieło i przy­kład Nowej Fali w kine­ma­to­gra­fii.

"Krę­cąc [...], nie wie­dzia­łem, że zapo­cząt­kuję Nową Falę, także i kry­tyka nie wie­działa, że to jest jeden z pierw­szych sygna­łów tego prądu. Nie ma więc kogo­kol­wiek obwi­niać, taka była sytu­acja. Film został przy­jęty przez fachow­ców fil­mo­wych z pew­nym rodza­jem obu­rze­nia: że to jest skan­dal, że jakimś ludziom spoza branży daje się moż­li­wo­ści robie­nia filmu i oni kręcą coś, co jest dzi­waczne, bez­sen­sowne i bez­fa­bu­larne"6 - powie­dział nieco prze­śmiew­czo Tade­usz Kon­wicki w roz­mo­wie z Tade­uszem Lubel­skim pod tytu­łem Zacząć na nowo, która zna­la­zła się w książce Debiuty pol­skiego kina.

Ostatni dzień lata otrzy­mał główną nagrodę w kate­go­rii fil­mów krót­ko­me­tra­żo­wych na festi­walu w Wene­cji w 1958 roku. W tym samym roku przy­znano mu także nagrodę główną na EXPO w Bruk­seli. Jest dziś obra­zem kul­to­wym. Maria Dąbrow­ska po sean­sie zano­to­wała w swoim dzien­niku 23 wrze­śnia 1958 roku: "Film jest wyda­rze­niem w skali świa­to­wej [...]. Jed­no­dniowy romans, wątły dia­log - a tyle w nim powie­dziane! W życiu mi się żaden film tak nie podo­bał jak ten", A pod adre­sem akto­rów dodała: "Oboje, a zwłasz­cza Machul­ski, grali tak, że nie czuło się w nich aktor­stwa. Dla mnie taka gra jest naj­lep­sza, tak jak naj­lep­szy jest w powie­ści styl, któ­rego się nie zauważa".7

Pię­cio­oso­bowa ekipa wyru­szyła nad morze. Zacu­mo­wali na odlu­dziu, w leśni­czówce mię­dzy Łebą a Bia­ło­górą, w Szkla­nej Hucie. Co rano tasz­czyli bez­cenny sprzęt przez wydmy, po pia­chu. Do ekwi­punku przy­wie­zio­nego z War­szawy dołą­czyły wła­sno­ręcz­nie zro­bione blendy i zna­le­ziona na miej­scu dra­bina. Oparta w pozy­cji leżą­cej na okrą­głym pniaku, dzia­łała - na zasa­dzie pro­stej huś­tawki - jak pod­no­śnik dla sta­no­wi­ska kamery. Na jed­nym krańcu była kamera pro­wa­dzona przez ope­ra­tora, na dru­gim sie­dział lub stał, w zależ­no­ści od potrzeby, reży­ser. Tade­usz Kon­wicki oso­bi­ście też wywo­ły­wał deszcz przy uży­ciu konewki, a sce­no­gra­fię dawała natura: wydmy, trawy, pia­sek, morze, niebo, z któ­rego roz­le­gał się cza­sem ryk sil­ni­ków samo­lotu.

Ten dźwięk w roku 1958 cią­gle przy­po­mi­nał o woj­nie. Plaża wciąż była co wie­czór bro­no­wana, by ewen­tu­alny szpieg wynu­rza­jący się z morza zosta­wił czy­telny ślad na pia­sku, co przy­po­mi­nało o zim­nej woj­nie. Film zaś opo­wiada o tym, jak głę­boki ślad emo­cjo­nalny zosta­wił czas pożogi w poszcze­gól­nych ludziach, jak ich to strau­ma­ty­zo­wało i zato­mi­zo­wało. Spo­ty­kają się kobieta i męż­czy­zna i mógłby to być dobry począ­tek tego, co przed nimi. Lecz oka­zuje się, że sta­now­czo za dużo jest za nimi. Nie mogą... nie potra­fią... już nie.

Kino psy­cho­lo­giczne wyma­ga­jące od akto­rów bar­dzo dużo sub­tel­no­ści. Pada nie­wiele słów, są gesty i ruch ciała, chwi­lami jak z pan­to­mimy. Główną rolę odgry­wają nie­do­po­wie­dze­nia, prze­mil­cze­nia. Oszczęd­ność środ­ków po czę­ści wymu­siła oszczęd­ność środ­ków wyrazu. A ponie­waż zostało to prze­trans­po­no­wane z wyczu­ciem i kunsz­tem, stało się sztuką, nowa­tor­ską sztuką mini­ma­li­zmu.

Irena Laskow­ska, tak w kostiu­mie kąpie­lo­wym, jak i w pełni ubrana, potra­fiła roz­pa­lać wyobraź­nię męż­czyzn. Ponoć na pla­nie Kon­wicki i Machul­ski rywa­li­zo­wali o jej względy.

"Byłam dosyć zde­mo­ra­li­zo­wana, bo wie­dzia­łam, że dzia­łam na męż­czyzn. Kie­dyś Tadzio zapro­sił mnie na wino. Wypi­li­śmy sporo i on w pew­nym momen­cie mówi: "Jesteś nędzna, nik­czemna, ohydna". Ja słu­cha­łam w mil­cze­niu. Wyszli­śmy. Gdzieś obok pomnika Mic­kie­wi­cza na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu sta­nę­łam, zdję­łam mu oku­lary i buch-buch-buch w twarz. Po czym zało­ży­łam mu oku­lary i szłam dalej. Tadzio był tym tak zachwy­cony, że w Ostat­nim dniu lata kazał mi tak samo spo­licz­ko­wać Machul­skiego"8 - opo­wia­dała aktorka przy oka­zji pokazu wer­sji cyfro­wej filmu w 2010 roku.

Kon­wicki od początku wie­dział, że chce w swoim fil­mie obsa­dzić Laskow­ską, i tak samo był zde­cy­do­wany na Machul­skiego, cho­ciaż mógł mieć Adama Hanusz­kie­wi­cza. "Machul­ski zna­lazł się wspa­niale, to prze­cież było dla niego praw­dziwe ryzyko - grać w czymś takim, a on zgo­dził się chęt­nie zagrać za darmo, z ewen­tu­al­no­ścią otrzy­ma­nia w przy­szło­ści hono­ra­rium. Bar­dzo mi odpo­wia­dał w tym fil­mie jako oso­bo­wość. Zabrał z sobą rodzinę, to zna­czy żonę i trzy­let­niego synka imie­niem Julek, który dziś jest panem Juliu­szem Machul­skim"9 - zdra­dził Kon­wicki.

Jan Machul­ski nato­miast przy­znał w ostat­nim wywia­dzie, udzie­lo­nym Łuka­szowi Macie­jew­skiemu: "Film został zna­ko­mi­cie przy­jęty we Fran­cji. Uka­zały się wtedy recen­zje, w któ­rych pisano, że pisarz z Pol­ski i wyjąt­kowo uzdol­niony ope­ra­tor poje­chali nad morze i za pomocą ukry­tej kamery pod­glą­dali pla­żo­wi­czów, fabu­la­ry­zu­jąc ich auten­tyczne roz­mowy. Dla nas, któ­rzy zagra­li­śmy w tym fil­mie, zupeł­nie nie spo­dzie­wa­jąc się, że cokol­wiek z tego wynik­nie, nie mogło być więk­szego kom­ple­mentu".10

Na pla­nie nie mogło jed­nak zabrak­nąć arty­stycz­nych spięć. Laskow­ska nie była zado­wo­lona z wieku swo­jej postaci. Kon­wicki uwa­żał jed­nak, że ina­czej film nie zadziała. Ponie­waż jest nie­mal pozba­wiony akcji, punkt wyj­ścia musiał być wystar­cza­jąco dra­ma­tyczny. Nie pod­bił tym serca Laskow­skiej, zresztą ona skła­niała się raczej ku swemu ekra­no­wemu part­ne­rowi.

Machul­ski mógł trium­fo­wać, choć potem głów­nie był zatro­skany reak­cją syna. Ten bowiem dopiero po pre­mie­rze filmu - 4 sierp­nia 1958 roku w sopoc­kim kinie Bał­tyk - naprawdę poka­zał, co o tym wszyst­kim myśli. Mały Mr Foch, gdy zoba­czył na ekra­nie, jak tatuś tamtą panią nie tylko goni, ale nawet całuje... wcale nie chciał go znać!

Ostatni dzień lata był pierw­szym spo­tka­niem Juliu­sza Machul­skiego z kinem dla doro­słych. Nie­biosa zadbały o to, że nie ostat­nim.

Dla Jana Machul­skiego, który wcze­śniej wystą­pił w trzech fil­mach, był to moment prze­ło­mowy. Aktor nie krył, że godziny na pla­nie i rola w Ostat­nim dniu to jego uni­wer­sy­tety, jeśli cho­dzi o aktor­stwo. Od tej pory każdy film czy serial z jego udzia­łem będzie zyski­wał na praw­dzie. A jako dzie­kan wydziału aktor­skiego Fil­mówki, wywiesi na wydziale pla­kat z jakże mod­nym dziś mot­tem: "Mniej - zna­czy wię­cej". Pre­kur­sor.

Irena Laskow­ska i Jan Machul­ski w fil­mie Ostatni dzień lata Tade­usza Kon­wic­kiego i Jana Laskow­skiego, 1958. Fot. East News/Polfilm

Cie­kawe, jak po zagra­niu w takim dziele poto­czy­łyby się losy aktora, gdyby nie żela­zna kur­tyna. Tade­usz Kon­wicki w książce Pamię­tam, że było gorąco opo­wie­dział Kata­rzy­nie Bie­las i Jac­kowi Szczer­bie: "Kiedy Ostatni dzień lata zaczął cho­dzić po festi­wa­lach i prze­glą­dach, jakiś Nie­miec napi­sał do mnie mniej wię­cej taki list: Pro­szę pana, mój zamożny tatuś kupił mi wytwór­nię fil­mową, bo ja lubię film. Chciał­bym uru­cho­mić pro­duk­cję fil­mów. Marzę o tym, żeby pan przy­je­chał i był kie­row­ni­kiem całego inte­resu. Co ja mogłem zro­bić z tym listem? Szyb­ciutko go spa­li­łem, żeby nie wpadł w nie­po­wo­łane ręce".11

Prze­pa­dło.

Osiem lat póź­niej Machul­ski dostał inną główną rolę i tym razem jego aktor­ska lapi­dar­ność została zmie­rzona co do sekundy. A skoro on nie poje­chał do Hol­ly­wood, Hol­ly­wood wysłało dele­gata do niego.

Rok 1966. Otwie­rają się wrota stu­dia fil­mo­wego wytwórni w Łodzi i w progu hali przy ulicy Łąko­wej staje Kirk Douglas. A tam trwają wła­śnie zdję­cia do debiutu fabu­lar­nego Janu­sza Majew­skiego Sub­lo­ka­tor z Machul­skim w roli głów­nej.

- Wpraw­dzie wie­dzie­li­śmy, że Kirk Douglas prze­bywa w mie­ście i jest gościem Fil­mówki, a nawet dosta­li­śmy wcze­śniej tele­fon, że odwie­dzi nas ważna dele­ga­cja, jed­nak spo­dzie­wa­łem się raczej dygni­ta­rzy par­tyj­nych - wspo­mina Janusz Majew­ski. - Douglas wszedł, rozej­rzał się z zado­wo­le­niem i pochwa­lił naszą sce­no­gra­fię, fak­tycz­nie mie­li­śmy kopię wnę­trza auten­tycz­nej przed­wo­jen­nej willi miesz­czą­cej się w Kon­stan­ci­nie, fan­ta­stycz­nie wyko­nane detale: schody, drzwi, porę­cze. Wtedy jesz­cze wytwór­nia miała świet­nych rze­mieśl­ni­ków. Potem nasz gość popa­trzył na kamery, sprzęt oświe­tle­niowy, i stwier­dził, że mamy tak jak w Hol­ly­wood, o ile nie lepiej. Przy­glą­dał się też, w jaki spo­sób pra­cu­jemy. Krę­ci­li­śmy aku­rat scenę, w któ­rej Janek jako nauko­wiec pisze coś, sie­dząc przy biurku, gdy docho­dzą go odgłosy z podwórka. W pew­nym momen­cie, zacie­ka­wiony, co się tam dzieje, wstaje i pod­cho­dzi do okna. Patrzy chwilę i wraca do pracy. Nakrę­ci­li­śmy tę scenę raz i potem jesz­cze dubel. Wtedy Douglas zapy­tał, czy może spró­bo­wać. Natu­ral­nie! Zdjął mary­narkę, pod­szedł do biurka, prze­ło­żył książkę, usiadł gotowy. Powie­dzia­łem: Akcja. Kirk chwilę pra­co­wał, pod­niósł głowę, spoj­rzał w prze­strzeń, pomy­ślał, pochy­lił głowę, wró­cił do pracy. Usły­szał odgłosy, zdzi­wił się bar­dzo, potem mniej, wró­cił do swo­jego zaję­cia. Kolejny odgłos pode­rwał go z krze­sła, wsta­jąc, strą­cił książkę, schy­lił się, pod­niósł, poło­żył, pod­szedł do okna, patrzył z namy­słem, wró­cił do biurka. Poli­czy­li­śmy: trwało to czter­dzie­ści sekund, nato­miast Janek zamknął się w pięt­na­stu, a potem nawet trzy­na­stu sekun­dach. Douglas zagrał, można powie­dzieć: wszyst­kie dida­ska­lia, a my w naszym slangu okre­śla­li­śmy to gra­niem kubłami. No ale dzie­liło nas poko­le­nie.

Jan Machul­ski i Mariusz Dmo­chow­ski w fil­mie Lalka Woj­cie­cha Jerzego Hasa, 1968. Fot. East News/Polfilm.

Na pierw­szym pla­nie: Krzysz­tof Litwin, Bogu­sław Soch­nacki, Jan Machul­ski i Irena Karel w fil­mie Rzecz­po­spo­lita bab­ska, 1969. Fot. East News/Polfilm

Jan Machul­ski w fil­mie Ręko­pis zna­le­ziony w Sara­gos­sie Woj­cie­cha Jerzego Hasa, 1965. Fot. East News/Polfilm

Gdy goście poszli, jeden nasz star­szy kolega, a mój asy­stent, Kuba Gold­berg, pole­gu­jąc na kana­pie za deko­ra­cjami, orzekł: "Paga­nini to on nie jest". Jed­nak ja mia­łem dwa powody do zado­wo­le­nia. Przez chwilę trzy­ma­łem nie­by­wale miękką, kasz­mi­rową mary­narkę Douglasa, co dla mnie, snoba, było powo­dem unie­sie­nia. A drugi i sto­kroć waż­niej­szy - że mia­łem Janka. Już wcze­śniej zro­bi­li­śmy razem kilka rze­czy krót­ko­me­tra­żo­wych i Sub­lo­ka­tora wła­ści­wie pisa­łem pod niego. Był nie tylko dosko­na­łym akto­rem, ale i faj­nym, dow­cip­nym czło­wie­kiem, który potra­fił roz­ła­do­wać żar­tem każde spię­cie, co na pla­nie fil­mo­wym jest bez­cenne. Marze­nie każ­dego reży­sera. Żal nato­miast, że nie zabez­pie­czy­li­śmy taśmy z Dougla­sem, byłaby fajną pamiątką, a prze­pa­dła gdzieś w prze­past­nych maga­zy­nach wytwórni.

Przy­jazd Douglasa uwiecz­nił w swo­jej etiu­dzie fil­mo­wej Marek Piwow­ski. Ówcze­sny rek­tor Jerzy Toeplitz zała­twił, że Fil­mówkę odwie­dził też mię­dzy innymi Miche­lan­gelo Anto­nioni. To były złote czasy tej szkoły, a o jej absol­wen­tach z tam­tych lat dziś kręcą filmy w Ame­ryce - jak zro­bił to a pro­pos zda­rzeń z życia Polań­skiego Taran­tino w Pew­nego razu w Hol­ly­wood.

Tym­cza­sem dawno temu w Pol­sce nasz ówcze­sny Brad Pitt obraca się w dosko­na­łym towa­rzy­stwie. Machul­ski gra w Ręko­pi­sie zna­le­zio­nym w Sara­gos­sie Woj­cie­cha Jerzego Hasa, nie główną rolę, lecz w dobo­ro­wej obsa­dzie z Cybul­skim, Holo­ub­kiem, Igą Cem­brzyń­ską, Elż­bietą Czy­żew­ską, Bogu­mi­łem Kobielą, Leonem Niem­czy­kiem, Zdzi­sła­wem Makla­kie­wi­czem, Fran­cisz­kiem Pieczką... Potem w Rzecz­po­spo­li­tej bab­skiej, rów­nież w kapi­tal­nym skła­dzie. I także jako Julian Ochocki w Lalce rów­nież Hasa, fil­mie zro­bio­nym z takim prze­py­chem, że dziś uzna­li­by­śmy go za super­pro­duk­cję.

Ale kino jakby prze­staje pana Janka roz­piesz­czać. A też on sam ma chyba prze­syt wize­runku aman­cika ele­gan­cika. Czę­ściej będzie się poja­wiał w seria­lach tele­wi­zyj­nych: Daleko od szosy (jako ojciec Ani) czy Pol­skich dro­gach (w roli mece­nasa Koza­kie­wi­cza). Na co dzień coraz moc­niej postawi na teatr.

teatr, w którym liczy się prawda

Jan Machul­ski miał dwie pasje: scenę i boisko pił­kar­skie. Dosko­nale łączył jedno z dru­gim - można powie­dzieć, że w osta­tecz­nym wybo­rze zawodu dopo­mógł mu sprytny dry­bling. Skwa­pli­wie sko­rzy­stał z nie­obec­no­ści rodzi­ców w mie­ście (wyje­chali za pracą ojca), by posta­wić na swoim i zamiast wybrać coś na kształt poli­tech­niki (skoro tam go nie chciano), za pierw­szym podej­ściem wsko­czył w sze­regi adep­tów aktor­stwa.

Nie został stu­den­tem słyn­nej Fil­mówki. Po latach będzie jej wykła­dowcą i dzie­ka­nem. Ale wtedy szkoła nie nazy­wała się jesz­cze PWS­FTviT. Wpraw­dzie jesie­nią 1948 roku zain­au­gu­ro­wano rok aka­de­micki w daw­nym pała­cyku fabry­kanta Oskara Kona, tym budynku z obszer­nym holem i legen­dar­nymi zakrę­ca­ją­cymi scho­dami, przy ulicy Tar­go­wej 61/63, ale uczel­nię nazy­wano wów­czas Wyż­szą Szkołą Fil­mową. Jej współ­twórcą i sze­fem był Jerzy Toeplitz. Dwa lata póź­niej powstała w Łodzi Pań­stwowa Wyż­sza Szkoła Aktor­ska pod wodzą Kazi­mie­rza Dejmka, a pierw­szymi jej absol­wen­tami byli Jadwiga Barań­ska i Jan Machul­ski. Dopiero w 1958 roku obie te uczel­nie połą­czyły się, two­rząc Pań­stwową Wyż­szą Szkołę Fil­mową, Tele­wi­zyjną i Teatralną.

Jed­nak od lat pięć­dzie­sią­tych, a zwłasz­cza od odwilży Łódź sta­wała się mia­stem wol­nej myśli twór­czej. Rosła legenda o ojcow­skim sto­sunku pro­fe­so­rów do uczniów, o twór­czym fer­men­cie i dys­ku­sjach tyleż roz­wi­ja­ją­cych, ile nie­po­praw­nych poli­tycz­nie w rozu­mie­niu PZPR. Nauczy­ciele, wycho­wani prze­cież przed wojną, szu­kali na przy­szłych twór­ców nie par­tyj­nych pry­mu­sów, lecz oso­bo­wo­ści o nie­za­prze­czal­nym talen­cie i zdol­no­ści indy­wi­du­al­nego myśle­nia. W powo­jen­nej Łodzi, w któ­rej pomimo wojen­nego spu­sto­sze­nia wciąż czuło się wie­lo­kul­tu­ro­wość, mie­szały się jak w tyglu roz­ma­ite wpływy. Dawało to zaska­ku­jące efekty. Tro­chę jak na Man­hat­ta­nie czy innych ośrod­kach spod znaku mul­ti­kulti.

W takim miej­scu młody czło­wiek szybko dora­sta, a spo­łecz­ność oka­zuje się obfi­to­wać w oso­bo­wo­ści. Trzeba mieć pasję i się jej odda­wać. Trzeba być kimś, i to w spo­sób widoczny. Należy mieć pre­zen­cję albo styl pod­kre­śla­jący indy­wi­du­al­ność. Udziela się entu­zjazm i ener­gia. Tempo życia jest szyb­kie, czas szczel­nie wypeł­niony, roz­mowy mądre i tre­ściwe do bia­łego rana. Nic dziw­nego, że tu naro­dziła się szkoła pol­ska, a mia­sto ucho­dziło za oazę wol­nej sztuki. Tak to trwało do marca 1968, kiedy wyrzu­cono pro­fe­sora Toeplitza i innych wykła­dow­ców żydow­skiego pocho­dze­nia. Mia­stu i światu opa­dły ręce.

Ale wra­ca­jąc do epoki nie-lodow­co­wej...

Jan Machul­ski od początku był aktywny i widoczny na swoim wydziale. Wraz z kole­gami zaini­cjo­wał nie­for­malne spo­tka­nia dokształ­ca­jące, pod­czas któ­rych stu­denci tre­no­wali tech­niki warsz­ta­towe, ale też roz­pra­wiali o idei teatru. To nie przy­pa­dek spra­wił, że aktor wypadł tak praw­dzi­wie na ekra­nie w Ostat­nim dniu lata; znacz­nie wcze­śniej był zafa­scy­no­wany kon­cep­cją Sta­ni­sław­skiego i teatrem Juliu­sza Osterwy.

Kon­stan­tin Sta­ni­sław­ski stwo­rzył pierw­szy na świe­cie sys­tem warsz­tatu pracy aktor­skiej. Stał się rzecz­ni­kiem prawdy na sce­nie, na prze­kór wcze­śniej panu­ją­cej sztucz­no­ści. Tej prawdy wyma­gał od aktora, który współ­od­czuwa, posłu­guje się emo­cjo­nal­nym odwo­ła­niem do sytu­acji gra­nego boha­tera, a następ­nie utrwala ten stan w swej pamięci inte­lek­tu­al­nej, ducho­wej, a nawet cie­le­sno-odru­cho­wej, by odtwa­rzać go w kolej­nych spek­ta­klach.

Jan Machul­ski (z lewej, w kape­lu­szu) w Zakli­na­czu desz­czu Richarda Nasha, Teatr im. Juliu­sza Osterwy, Lublin, 1958. Fot. Edward Har­twig/Biblio­teka Naro­dowa/Polona F.1308/III

Kon­cep­cje i dzia­ła­nia Sta­ni­sław­skiego na sce­nie MChAT-u w Moskwie szybko powę­dro­wały w świat. Korzy­sta z nich do dziś mię­dzy innymi nowo­jor­ski Lee Stras­berg The­atre and Film Insti­tute, a wcze­śniej Actors Stu­dio, które wśród wycho­wan­ków mają takie posta­cie jak Mari­lyn Mon­roe, Mar­lon Brando, Paul New­man, Robert De Niro, Al Pacino, Harvey Keitel, Jane Fonda, Dustin Hof­f­man, Steve McQu­een, Ange­lina Jolie, Sienna Mil­ler, Den­nis Hooper, Mic­key Rourke, Uma Thur­man, Scar­lett Johans­son...

Sta­ni­sław Niwiń­ski, Wła­dy­sław Kowal­ski i Jan Machul­ski pod­czas meczu Akto­rzy - Dzien­ni­ka­rze na sta­dio­nie Polo­nii War­szawa, listo­pad 1971. Fot. Tade­usz Kowal­ski/East News

Jan Machul­ski, Jan Englert, Roman Kło­sow­ski, Jerzy Ofier­ski, Tade­usz Łom­nicki i Boh­dan Łazuka pod­czas meczu Akto­rzy - Dzien­ni­ka­rze na sta­dio­nie Polo­nii War­szawa, listo­pad 1971. Fot. PAP/CAF/Ire­ne­usz Rad­kie­wicz

Jesz­cze nie było na świe­cie żad­nej z tych gwiazd, a sam Lee Stras­berg, uro­dzony w Budza­no­wie (wów­czas w Gali­cji w Austro-Węgrzech, póź­niej w woje­wódz­twie sta­ni­sła­wow­skim II Rzecz­po­spo­li­tej, obec­nie w Ukra­inie), dopiero odkry­wał aktor­stwo, gdy w naszej led­wie racz­ku­ją­cej Pol­sce idee Sta­ni­sław­skiego skło­niły Juliu­sza Osterwę i Mie­czy­sława Lima­now­skiego do zało­że­nia Reduty, pierw­szego w Pol­sce teatru eks­pe­ry­men­tal­nego.

Mała sala, widow­nia zło­żona z trzy­na­stu rzę­dów krze­seł. Wystrój sali utrzy­many w jed­na­ko­wej bia­łej kolo­ry­styce. Scena umiesz­czona na jed­nym pozio­mie z widow­nią, co miało umoż­li­wić bez­po­średni kon­takt akto­rów z widzami. Taki był w latach 1919-1939 pierw­szy w Pol­sce teatr-labo­ra­to­rium, zakła­da­jący poszu­ki­wa­nie nowych metod pracy aktor­skiej.

W Teatrze Ochoty kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej znów widz usią­dzie na pozio­mie aktora w bar­dzo kame­ral­nej sali. Wtedy zresztą powsta­nie wię­cej teatrów i zespo­łów teatral­nych nasta­wio­nych na poszu­ki­wa­nie metod pracy aktor­skiej, jak Labo­ra­to­rium Gro­tow­skiego, Gar­dzie­nice, Cri­cot 2 Tade­usza Kan­tora. Jed­nak na tym tle Teatr Ochoty, który spełni warunki teatru offo­wego, będzie się wyróż­niał. Tu nacisk poło­żony zosta­nie na anga­żo­wa­nie zarówno aktora, jak widza. I nie w tak wyma­ga­ją­cym try­bie jak w Redu­cie, gdzie człon­ko­wie zespołu mieli nie­usta­jąco dążyć do samo­do­sko­na­ło­ści, odda­jąc się bez reszty sztuce. Pra­wie jak mnisi.

Nie będzie też w TO rzą­dów absur­dal­nie arbi­tral­nych, jak w nie­któ­rych powo­jen­nych teatrach, które jakby dały przy­zwo­le­nie gene­ra­cji demiur­gów. I nikt nie napi­sze w pro­gra­mie, że spek­takl ma cha­rak­ter kome­mo­ra­tywny (od ang. com­me­mo­rate - uczcić), skoro można napi­sać: upa­mięt­nia­jący, i tym samym skró­cić, a nie wydłu­żyć drogę do widza. Wycho­dze­nie publice naprze­ciw nie spodoba się recen­zen­tom, bo w cza­sach komuny będą chcieli widzieć w teatrze ostoję mądro­ści, świą­ty­nię inte­lektu, naj­wyż­szego, czyli eli­tar­nego, her­me­tycz­nego, prze­kor­nie nie­do­stęp­nego ludowi pra­cu­ją­cemu z jego nie­zbyt sze­ro­kimi hory­zon­tami.

Dyrek­tor Machul­ski tym­cza­sem przed spek­ta­klem będzie w drzwiach witał oso­bi­ście każ­dego widza-gościa uści­skiem dłoni. Otwo­rzy scenę dla wszyst­kich. Rów­nież dla ama­to­rów. I postawi na szu­ka­nie prawdy emo­cjo­nal­nej, a nie zna­cze­niowe kalam­bury. Bo choć zaraz po przy­by­ciu do War­szawy pój­dzie, razem z żoną Haliną, na stu­dia z reży­se­rii teatral­nej, w głębi duszy pozo­sta­nie rów­nież akto­rem szu­ka­ją­cym, jak daw­niej Osterwa, przede wszyst­kim prawdy na sce­nie, psy­cho­lo­gicz­nej wia­ry­god­no­ści postaci, która prze­kona i uwie­dzie widza. Z cza­sem zrobi nawet jesz­cze więk­szy ukłon w stronę publicz­no­ści: napi­sze sztukę, w któ­rej zostawi puste miej­sce na zakoń­cze­nie. Przed ostat­nim aktem widzo­wie będą mogli zapro­jek­to­wać finał według swo­jego uzna­nia czy raczej prze­czu­cia co do wybo­rów boha­tera lub boha­te­rów. A potem akto­rzy zagrają to demo­kra­tycz­nie wybrane zakoń­cze­nie. Taka zabawa? Taka zabawa w prawdę, może nie psy­cho­lo­giczną, ale życiową.

Józefa Hen­ne­lowa w książce Juliusz Osterwa napi­sa­nej z Jerzym Sza­niaw­skim noto­wała: "Każdy z wiel­kich boha­te­rów dra­ma­tycz­nych w inter­pre­ta­cji Osterwy sta­wał się przede wszyst­kim bar­dzo natu­ralny i pro­sty, żywy i ludzki. Ksiądz Piotr utra­cił swój monu­men­ta­lizm, Kor­dian odsło­nił skom­pli­ko­waną psy­chikę mło­dego ner­wowca, Kon­rad nabrał siły inte­lek­tu­al­nej".12 Nie przy­po­mina to słów Marii Dąbrow­skiej po pre­mie­rze Ostat­niego dnia lata? Coś jesz­cze łączyło Machul­skiego z Osterwą - obaj pocho­dzili z pozor­nie pro­stych domów (Osterwa naprawdę miał na nazwi­sko Malu­szek). Może dla­tego mię­dzy innymi każda teatralna maniera była dla nich nie­zno­śna.

W Redu­cie Osterwa na inau­gu­ra­cję dzia­łal­no­ści wysta­wił Żerom­skiego Ponad śnieg biel­szym się stanę i od Żerom­skiego roz­po­czął dzia­łal­ność teatr Machul­skich. Przed­sta­wie­nie Ucie­kła mi prze­pió­reczka wysta­wiono nawet jesz­cze nie w doce­lo­wej sie­dzi­bie, lecz w szkole pod­sta­wo­wej przy ulicy Spi­skiej 22 w paź­dzier­niku 1970 roku.

Co ma prze­pió­reczka i żeromsz­czy­zna do teatru offo­wego? - zapyta ktoś.

Tylko na początku ter­min "off" łączono ści­śle z Man­hat­ta­nem jako off-Broad­way i odno­szono do małych teatrów poza kwar­ta­łem Broad­way Box (mię­dzy 40. i 54. Ulicą oraz 6. i 8. Aleją, wraz z Times Squ­are i Zachod­nią 42. Ulicą). Ale ponie­waż wła­śnie na tych bocz­nych sce­nach wyda­rzyło się wiele waż­nych i gło­śnych ini­cja­tyw, pły­ną­cych pod prąd komer­cja­li­za­cji Broad­wayu, jak choćby musi­cal Hair - prze­nie­siony potem z hono­rami na więk­sze sceny - poję­cie teatru offo­wego od lat pięć­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku zmie­niło zna­cze­nie.

Offowy zna­czy tyle co alter­na­tywny, eks­pe­ry­men­talny, poszu­ku­jący, otwarty... na nowe roz­wią­za­nia w sfe­rze gry aktor­skiej, ukła­dów sce­nicz­nych, reali­za­cji teatral­nej i rela­cji akto­rów z widzami.

W Ocho­cie po spek­ta­klach odby­wały się dys­ku­sje Jana Machul­skiego i akto­rów z widzami na temat poru­szany w przed­sta­wie­niu. Taki był punkt wyj­ścia, a potem roz­mowy szły w roz­ma­itych kie­run­kach. Labo­ra­to­ryjny cha­rak­ter tego miej­sca wypeł­niało rów­nież Ogni­sko, oczko w gło­wie pani Haliny, miej­sce, które wycho­wało rze­szę, jeśli nie akto­rów, to bar­dzo świa­do­mych, wraż­li­wych i inte­li­gent­nych odbior­ców sztuki.

Jak pisze Gra­żyna Kro­kow­ska-Zaczek: "To, że z Ogni­ska Teatral­nego przy Teatrze Ochoty wyro­śli Kasia Figura, Mał­go­sia Bog­dań­ska, Piotr Adam­czyk, to wszy­scy wie­dzą, ale stąd w zawód aktora "poszli" też mię­dzy innymi [...] Mirek Zbro­je­wicz, Mariusz Czajka, Edyta Jun­gow­ska, Agnieszka Dygant, Kasia Kwiat­kow­ska, Mag­da­lena Stu­żyń­ska, Tomasz Budyta, Jowita Bud­nik, Rafał Wie­czyń­ski (reży­ser filmu Popie­łuszko. Wol­ność jest w nas), Syl­we­ster Biraga (aktor, reży­ser i dyrek­tor Teatru Druga Strefa)".13 Jesz­cze dłuż­sza jest lista osób zna­nych z innych form dzia­łal­no­ści: Krzysz­tof Ibisz, Mar­cin Tyszka, Mał­go­rzata Zawadka, Anna Nowak, Jan Mikruta. Reży­se­rzy, pre­zen­te­rzy, dzien­ni­ka­rze, kore­spon­denci czo­ło­wych mediów, wydawcy ksią­żek, dzia­ła­cze spo­łeczni. Wielu poszy­bo­wało naprawdę daleko i sze­roko. Można też powie­dzieć, że w pew­nym momen­cie absol­wenci Ogni­ska, a potem także Szkoły Aktor­skiej Machul­skich byli w pol­skiej kul­tu­rze wszę­dzie.

"W Teatrze Ochoty aktor­skie umie­jęt­no­ści szli­fo­wali i kariery zaczy­nali mię­dzy innymi Cezary Pazura, Krzysz­tof Kiersz­now­ski, Mie­czy­sław Hry­nie­wicz, Tade­usz Chu­decki. Aktor­ski trzon zespołu two­rzyli mię­dzy innymi Mał­go­rzata Bog­dań­ska, Ewa Decówna, Halina Chro­bak, Joanna Kel­ler, Bożena Stryj­kówna, Erne­styna Win­nicka, Woj­ciech Ala­bor­ski, Tade­usz Bogucki, Zyg­munt Kęsto­wicz, Krzysz­tof Kiersz­now­ski, Janusz Leśniew­ski, Tomasz Mędrzak, Cezary Pazura, Andrzej Sie­dlecki, Piotr Siejka, Zdzi­sław War­dejn. Swój dyplom reży­ser­ski przy­go­to­wał tutaj Woj­ciech Kęp­czyń­ski, dyrek­tor Teatru Muzycz­nego "Roma". Pierw­sze swoje spek­ta­kle wyre­ży­se­ro­wali Jan Englert, dyrek­tor Teatru Naro­do­wego (Norę Ibsena), i [...] [Ryszard] Zator­ski, reży­ser kul­to­wych pol­skich kome­dii roman­tycz­nych (Adama i Ewę). Stąd w świat seriali wkro­czyła Ilona Łep­kow­ska. Cze­sław Nie­men, Marek Biliń­ski, Zyg­munt Konieczny i Marek Gre­chuta pisali muzykę do spek­ta­kli ple­ne­ro­wych w Zamo­ściu. Pla­katy do ochoc­kich spek­ta­kli pro­jek­to­wał Andrzej Pągow­ski. Doku­men­to­wali wyda­rze­nia arty­styczne i towa­rzy­skie wielcy świata foto­gra­fii, Erazm Cio­łek i Zyg­munt Rytka".14

Jan Machul­ski, reży­ser Paul Har­man i Halina Machul­ska pod­czas próby sztuki Widok z mostu Arthura Mil­lera, Teatr Ochoty, 1982. Fot. CAF/stw PAP/CAF/Zbi­gniew Matu­szew­ski

Teatr Ochoty, a nie Ochota! - pod­kre­ślał zawsze Jan Machul­ski i doda­wał: Dziel­nica to jedno, ale takie miej­sce wzięło się z ochoty na teatr.

Ta chęć rosła od stu­diów. W latach 1954-1955 póź­niej­szy dyrek­tor TO debiu­to­wał w Teatrze Jara­cza w Olsz­ty­nie. W Teatrze Ziemi Opol­skiej w Opolu (1955-1957) grał mię­dzy innymi w sztu­kach reży­se­ro­wa­nych przez Szy­mona Szur­mieja, który obsa­dził go w roli i Mer­ku­cja, i samego Romea w słyn­nym dra­ma­cie Szek­spira. Jan Machul­ski opra­co­wał też wtedy (1956 rok) układ poje­dyn­ków do Romea i Julii. I na tej samej sce­nie wystą­pił jako asy­stent reży­sera w Cyru­liku sewil­skim. W Teatrze im. Juliu­sza Osterwy w Lubli­nie (1957-1963) znów ułoży poje­dynki do Romea i Julii i zagra też Romea, nie­jed­no­krot­nie będzie asy­sten­tem reży­sera, na przy­kład przy spek­ta­klu Ucie­kła mi prze­pió­reczka. Z chwilą powsta­nia sceny Reduta 61 (oczy­wi­ste nawią­za­nie do tra­dy­cji Osterwy), w czym weź­mie aktywny udział, wystawi Spo­tka­nie w ciem­no­ściach, a w 1963 roku ofi­cjal­nie wyre­ży­se­ruje Wiel­kiego Bobby'ego i sam go też zagra. W Teatrze Nowym w Łodzi (1963-1966) wyre­ży­se­ruje Anioła na dworcu Abra­mowa-Newer­lego. Po dro­dze zagra wiele waż­nych ról, w tym Mefi­sta w Fau­ście Goethego. W War­szaw­skim Teatrze Pol­skim (1966-1970), nie­za­leż­nie od wielu odtwa­rza­nych postaci, mię­dzy innymi w przed­sta­wie­niach reży­se­ro­wa­nych przez Jerzego Krecz­mara, będzie też asy­sto­wał w reży­se­rii Wła­dy­sła­wowi Hań­czy przy spek­ta­klu Mar­twe dusze Miko­łaja Gogola.

Zanim Machul­ski sta­nie się czo­ło­wym insce­ni­za­to­rem Teatru Ochoty, wyre­ży­se­ruje dwa spek­ta­kle w Teatrze Ślą­skim im. Sta­ni­sława Wyspiań­skiego: ulu­bioną Prze­pió­reczkę oraz Śluby panień­skie Fre­dry. Nawet w Teatrze Naro­do­wym 27 stycz­nia 1973 roku będzie miał pre­mierę sztuki we wła­snej reży­se­rii i ze swym udzia­łem - Zabawę w koty Istvána Örkényego.

Jesz­cze wpad­nie na gościnne występy do Współ­cze­snego, gdy Krecz­mar wystawi Cock­tail Party, a potem zacznie się roz­wi­jać TO - Ośro­dek Kul­tury Teatral­nej.

Pod "wła­snym" adre­sem Jan będzie pole­gał na żonie. Nawet Juliusz Machul­ski, który teatr rodzi­ców raczej omi­jał, a do Ogni­ska nie przy­stą­pił, też coś ma z tego odda­nia sta­rej, skrzy­pią­cej sce­nie: imię po Oster­wie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Jaro­slav Hašek, Przy­gody dobrego wojaka Szwejka pod­czas wojny świa­to­wej, przeł. Paweł Halka-Laskow­ski, Wydaw­nic­two Vis-a-vis Etiuda, Kra­ków 2022, s. 22. [wróć]

Jan Machul­ski i Marek Pająk, Bene­fis, Papier-Service, Łódź 2003, s. 19. [wróć]

Jan Machul­ski, Chło­pak z Hol­ly­łódź, Nowe Wydaw­nic­two Pol­skie Ypsy­lon, War­szawa 1999, s. 21. [wróć]

Char­les Bukow­ski, Kło­poty to męska spe­cjal­ność, przeł. Marek Fedy­szak, Noir sur Blanc, War­szawa 2022, audio­book. [wróć]

Kata­rzyna Bie­las i Jacek Szczerba, Pamię­tam, że było gorąco. Roz­mowa z Tade­uszem Kon­wic­kim, Wydaw­nic­two Czarne, Woło­wiec 2015, s. 39. [wróć]

Debiuty pol­skiego kina, t. 1, red. Marek Hen­dry­kow­ski, "Prze­gląd Koniń­ski", Konin 1998, s. 81. [wróć]

Maria Dąbrow­ska, Dzien­niki powo­jenne 1945-1965, t. 5, Czy­tel­nik, War­szawa 1996, s. 45. [wróć]

Wypo­wiedź publiczna Ireny Laskow­skiej pod­czas pre­miery odno­wio­nej cyfrowo wer­sji Ostat­niego dnia lata, 2010. [wróć]

Debiuty pol­skiego kina, op.cit., s. 85. [wróć]

Machul to jest Machul, wywiad Łuka­sza Macie­jew­skiego, https://www.film­web.pl/article/Prze­czy­taj+ostatni+wywiad+z+Janem+Machul­skim-47823. [wróć]

Kata­rzyna Bie­las i Jacek Szczerba, op.cit., s. 104. [wróć]

Józefa Hen­ne­lowa i Jerzy Sza­niaw­ski, Juliusz Osterwa, Pań­stwowy Insty­tut Wydaw­ni­czy, War­szawa 1956, s. 74. [wróć]

Gra­żyna Kro­kow­ska-Zaczek, Reja 9 - TO Teatr Ochoty, Infor­ma­tor Ochoty i Włoch, https://iochota.pl/arty­kul/reja-9-to-teatr-ochoty/882625. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]