wstęp
"Każdy omylić się może, a musi się omylić tym bardziej, im bardziej o czymś rozmyśla".1
Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny
światowej
Gdy ogląda się dziś film Tadeusza Konwickiego i Jana Laskowskiego
Ostatni dzień lata, uderzają dwie rzeczy. Przede wszystkim nowatorski
wówczas minimalizm: jedna nadmorska sceneria, zaledwie dwie postacie,
oszczędność środków wyrazu również w grze aktorów. Można też odnieść
wrażenie, że arcydzieło sprzed lat odtwarzane jest przez współczesne
urządzenia w przyspieszonym tempie. A to głównie z powodu młodziutkiego
Jana Machulskiego, który kręci się wokół ekranowej partnerki, Ireny
Laskowskiej, w tempie znamionującym ADHD. Biega po plaży, zataczając
koła, skacze z wydm, gwałtownie rusza i raptownie przysiada, robi
fikołki i gwiazdę na rękach jak rozbrykany, podekscytowany szczeniak. Po
części uzasadnia to rola. Ale dalsze obserwacje życia Machulskiego
sugerują, że to naturalne tempo wpisane w jego DNA.
"Cześć, cześć, cześć" - wyrzucał jak z karabinu maszynowego i już pędził
dalej. Wydawał się niezwykle zaaferowany. Kiedy indziej mówił i mówił na
przykład w windzie. Od parteru po jedenaste piętro bloku przy ulicy
Korotyńskiego, gdzie wtedy mieszkała rodzina, opowiadał sąsiadom coś z przejęciem, nie dając nikomu dojść do głosu. Albo wybiegał z budynku i pośpiesznie, niedokładnie, byle czym odśnieżał samochód. Potem
następowała porażka, gdy kluczyk nie pasował do zamka samochodowych
drzwi. Wtedy aktor energicznie odśnieżał tablicę rejestracyjną, a następnie unosił rękę z palcem wskazującym w geście triumfu naukowca
odkrywcy i obwieszczał światu: "Aha! Nie mój!".
Naprawdę potrafił się zagalopować. "Dłuższych zębów życzę" - powinszował
z rozpędu jednemu z gości na pożegnanie. To absolutnie nie była
złośliwość, lecz skrót myślowy. Towarzystwo, wcześniej rozmawiając przy
stole o wszystkim i o niczym, poruszyło wątek usług i problemów
stomatologicznych. Wtedy jeden z gości wyznał, że wprawdzie ma zęby
wszystkie swoje, ale dość starte i krótkie. Gdy przyszło do uścisku
dłoni na do widzenia, aktor pożyczył temu panu precyzyjnie tego, czego
mu brakowało. Z rozpędu, powodowany absolutnie czystą serdecznością i potrzebą pożegnania się w sposób przyjacielski i osobisty. Jak dzisiaj
mówią niektórzy: dedykowany.
Może rozpoczynanie opowieści o rodzinie filmowej na miarę Douglasów czy
Fondów od scenki humorystycznej, w której ktoś się otarł o faux pas,
byłoby nie na miejscu, gdyby nie fakt, że ich nazwisko kojarzy się z komedią, a zwłaszcza z pogodnym, zupełnie nienadętym, serdecznym
nastawieniem do ludzi i świata. To się rzucało w oczy szczególnie w ponurym PRL-u, gdzie żyło sporo ludzi ponurych. Nie garnęli się do
siebie, a gdy natrafiali jeden na drugiego, często ich relacje były
szorstkie jak papier ścierny i chłodne jak stal. Dominowała nieufność.
Niewielu stać było na walor tak deficytowy jak uśmiech czy życzliwość.
Więc jeśli ktoś, jak Machulscy, mówił na zakończenie rozmowy:
"Wszystkiego dobrego", w pierwszym odruchu zaskoczenia człowiek myślał w popłochu, że przeoczył jakieś święto. Dopiero po chwili czuł się otulony
ciepłem tych słów, bo brzmiały jak błogosławieństwo z lepszego świata.
Trudno być widocznym w towarzystwie takiej postaci jak pan Jan. Żona
aktora, Halina, nie musiała tego przebijać. Skupiona na swojej
działalności i świadoma jej wagi, bez oporów pozornie wtapiała się w tłum. A gdy syn im wyrósł na potęgę, nosił koronę króla komedii bez
cienia bufonady. Wyniósł z domu to, co najlepsze: poczucie humoru i ciepły stosunek do ludzi. Potrafił zachować kamienną twarz Bustera
Keatona, gdy w Łęczycy, gdzie kręcili zdjęcia przed więzieniem,
miejscowe kobiety pouczyły go, że powinien kręcić filmy o tym, że
brakuje mięsa w sklepach, a nie o jakichś wydumanych przedwojennych
sprawkach.
Halina, Jan i Juliusz tworzyli świetne trio. Po prostu fajni ludzie z misją niesienia innym tego, co wartościowe i najpogodniejsze. Chyba nikt
nigdy nie mógł poczuć się przy nich nieważny. A wielu wychowanków - od
Katarzyny Figury do Zofii Wichłacz - zawdzięcza im prawie wszystko.
przerwany lot, czyli halina spotyka jana
Można by zacząć patetycznie: byli akuszerami tak wielu zaistnień, że
nawet Churchill - gdyby wiedział - wyjąłby cygaro z ust, by przytoczyć
sentencję o zawdzięczaniu nielicznym.
Można by pobłogosławić los, skoro pewien hitlerowiec uwierzył, że Jan
Machulski jest idiotą, na długo przed tym, gdy ten jako reżyser wystawił
Idiotę na scenie.
Można by postawić filozoficzne pytanie: co by było, gdyby w pewnej zupie
wiśniowej zabrakło pestek, których obecność pozwoliła Janowi przekonać
Halinę, że potrafi pokochać i ją, i pokonywanie przeszkód?
Można spróbować "miękkim ruchem zawodowca" wtargnąć w temat w tempie
kina akcji: "Ej, posłuchaj, jaka historia: chcieli porwać albo nawet
porwali samolot! Nie w filmie, prawdziwy, z lotniska. I ona brała w tym
udział. Co to za kobieta była!".
Albo wyjść od Adama i Ewy, czyli w tym wypadku od Osterwy i Korczaka...
Ewentualnie zajątrzyć, choć pod uczoną przykrywką, w duchu: nawet w takiej rodzinie mogą znienacka nastąpić przetasowania, których
psychologicznie nie uniósłby sam Bert Hellinger, twórca słynnych
ustawień rodzinnych, które notabene mają sporo z dramy.
A można też zacząć zwyczajnie, choć przecież historia od samego początku
zwyczajna nie jest:
Halina Machulska nie obnosiła się ze swoją przeszłością, ale jak już
ktoś z młodych o niej wiedział, wyrażał szczery szacunek. Syn Juliusz
powiedział w jednym z wywiadów z typową dla siebie przewrotnością, że
"mama po swoich przejściach młodzieńczych wszystko traktuje jak karnawał
w Rio". Bo po latach, zwłaszcza udanego życia, lekko się wspomina.
Zresztą kto wie, czy motyw ucieczki samolotem do Szwajcarii, która
okazała się Zegrzem w Vabanku II, nie był w jakimś stopniu inspirowany
przeżyciami Haliny Machulskiej, wówczas Brzezińskiej. W każdym razie w tamtym momencie postawiła wszystko na jedną kartę. Zagrała va banque.
Tyle że nie wyszła z tego komedia.
Był rok 1950, terror i stalinizm w rozkwicie. Halina, wówczas
dwudziestojednoletnia, studiowała polonistykę. Miała narzeczonego,
Andrzeja Mazura, studenta prawa. On już trafił po wojnie na kilka
miesięcy do komunistycznego więzienia i miał dość. Kiedy w marcu
dowiedział się, że organizowana jest ucieczka do Szwecji, zaraz zgłosił
udział w niej swój i Haliny. W tamtych okolicznościach liczył się
refleks, nie refleksja. Byli młodzi, wszystko działo się bardzo szybko.
Szczęśliwy lot miał się odbyć już zaraz, 5 kwietnia. Ludzie uciekali
wtedy z Polski na różne sposoby. Im trafili się "poważni organizatorzy".
Jeden, Witold Grochowski, był pracownikiem Orbisu, drugi - to znany
łódzki dentysta Aleksander Wakalopulus, o pseudonimie Grek i takim
pochodzeniu. W rzeczywistości obaj współpracowali z bezpieką.
Plan mieli taki, że montują grupę uciekinierów do samolotu rejsowego na
linii krajowej Gdańsk-Łódź-Kraków. Do tego grona na pozostałych
miejscach usadzają tak zwany balast, czyli osoby niezamierzające uciec,
lecz wtajemniczone w plan uprowadzenia samolotu, żeby nikt nie
histeryzował w decydującym momencie, gdy znajdą się już w powietrzu.
Wyglądało na to, że wszystko zostało starannie przemyślane. Mazur wziął
na siebie dostarczenie do samolotu broni i ewentualne posłużenie się nią
w celu sterroryzowania załogi. Żeby nie wzbudzać podejrzeń, każdy miał
dojechać na lotnisko oddzielnie.
Jan Machulski i Teresa Szmigielówna w Igraszkach trafu i miłości
Pierre'a de Marivaux, Teatr im. Juliusza Osterwy, Lublin, 1959. Fot.
Edward Hartwig/Biblioteka Narodowa/Polona F.10727/III
Trudno sobie wyobrazić, jakie towarzyszyły im emocje. Niepewność i lęk
przed nieznanym? Ekscytacja, bo oto wolność jest na wyciągnięcie ręki?
Czy wielki smutek, że zostawiają bliskich, zapewne na zawsze, bo zza
żelaznej kurtyny nie było powrotu? A może rozpacz emigrantów dopadłaby
ich za jakiś czas, a na razie, w drodze do gdańskiego portu lotniczego,
z całych sił koncentrowali umysły na tym, co nastąpi za godzinę, za pół,
za kwadrans? Żeby nie zrobić fałszywego kroku, nie zawalić, żeby się
udało.
Cała akcja okazała się prowokacją. Przemytnicy chcieli zarobić na niej
doskonałe pieniądze (tysiąc dolarów). W pewnym momencie do udziału w ucieczce zgłosił się sam marszałek Michał Rola-Żymierski. Wtedy organy
bezpieczeństwa publicznego kompletnie oszalały, inwigilowano wszystkich
pasażerów tego rejsu, dzień w dzień śledzono listy nazwisk. Operacji
obserwacyjnej nadano kryptonim "Włóczęga", a dowiedział się o niej nawet
Mołotow. Informacje do pewnego szczebla przeciekały także w drugą
stronę; Rola-Żymierski w porę się wycofał, bo o wszystkim się
dowiedział. Pozostali niestety nie.
Wielkanoc mieli spędzić w innym świecie. W środę na lotnisku w Gdańsku
wpadli w pułapkę. Samolot, zamiast przenieść ich do wolności, stał się
tym, czym puszka po konserwach dla niechcianych insektów. Z biletami w rękach zostali aresztowani i więziennym pociągiem przetransportowani do
Łodzi. Zaraz zaczęły się brutalne przesłuchania.
Sytuacja była naprawdę bardzo poważna. Za próbę ucieczki z socjalistycznej ojczyzny groziły wtedy wysokie wyroki. Zresztą o jakich
wyrokach i sądach można było mówić w tamtej rzeczywistości? Dwa dni po
feralnej środzie, 7 kwietnia, najlepszy polski as myśliwski z czasów
wojny, Stanisław Skalski, został skazany na karę śmierci w tak zwanym
procesie kiblowym, bez prawa do obrony, czyli praktycznie w sądowym
mordzie.
Halinę Brzezińską Wojskowy Sąd Rejonowy w Łodzi skazał na pięć lat
więzienia. W wyniku skarg rewizyjnych (okoliczność łagodzącą stanowił
fakt, że agenci bezpieki, zamiast wyłapywać próby emigracji, sami do
niej nakłaniali dla zarobku) Najwyższy Sąd Wojskowy zbadał sprawę
ponownie i złagodził wyroki. Halina dostała rok.
Nie wróciła na polonistykę, zaczęła studiować pedagogikę. Była na wskroś
przesiąknięta wartościami sprzed wojny, ideami, za które harcerze
Szarych Szeregów i Janusz Korczak oddali życie. Wiedziała już, że nie da
się ich nieść na sztandarach. Tam powiewały inne hasła. Dlatego wpajanie
dawnych reguł i prawd będzie chciała sprowadzić do pracy u podstaw, do
wychowywania i kształtowania dzieci i młodzieży. Jakby czuła się
zobowiązana ocalić filary tamtych czasów. Temu najpełniej służyć będzie
Ognisko Teatralne przy Teatrze Ochoty, gdzie powstanie świat
alternatywny wobec szarej ponurej rzeczywistości PRL-u. Dla młodzieży to
szansa wesołej ucieczki w wyobraźnię i wrażliwość własną. Dla twórczyni
tego azylu - może forma emigracji wewnętrznej?
- Halina nie robiła tajemnicy ze swojej przeszłości, widać też było, że
tamta historia jakoś jej ciążyła - mówi Maciej Wojtyszko, reżyser,
pedagog, współpracownik Haliny Machulskiej i Ogniska. - Nie mam
wątpliwości, że w Ognisku, oprócz jego wszystkich wartości, istniał
również duch patriotyczny, w dawnym, szlachetnym rozumieniu tego słowa.
Andrzej Mazur, narzeczony, który namówił Halinę do opuszczenia kraju,
miał przed sobą długie lata odsiadki. Ona odzyskała wolność, ale pod
wieloma względami zaczynała od nowa. Upłynął kolejny rok. Pojawił się
Janek, świat pojaśniał. Zakochali się w sobie, a co ważniejsze,
zaprzyjaźnili. Jan mógłby przecież usłyszeć głos złośliwego rozsądku:
przeszłość tej dziewczyny kiedyś ci zaszkodzi w karierze. Ale nie. Oni
sobie siebie powierzyli.
Początki były romantyczne. Halinka jadła zupę owocową z wiśni, a Janek,
nawet na nią nie patrząc, podał talerzyk na pestki, które wypluwała.
Wyfiletowałby dla niej winogrono, a nawet poziomkę. Gdy pojawiła się w stołówce szkoły, zaraz zobaczył te oczy - piękne, ale i mądre, wiedzące,
patrzące przenikliwie. Miała nie tylko świetny wygląd, ale też wyraziste
poglądy. Była inna od jego koleżanek nastawionych na karierę aktorską. A tym bardziej - od dziewczyn, dla których szczytowym osiągnięciem miało
być dobre zamążpójście.
Patrzyła na niego rozbawiona, bo pięknie czarował. Przystojny, pełen
wdzięku - amant, lecz z poczuciem humoru i dystansem do siebie. Czego
chcieć więcej? Czego się bardziej obawiać?
Zdawała sobie sprawę, że życie z przystojnym mężczyzną, w dodatku
aktorem, oznacza związek wysokiego ryzyka. Czy jednak z tego powodu
miałaby się wycofać? Ona? Za bardzo gotowa była brać się z losem za
bary, nawet gdy przyszło potem zapłacić wysoką cenę. A może właśnie
dlatego, że raz już jej związek i plany poniosły fiasko w sposób, który
musiał położyć się cieniem na oglądzie świata, taki chłopak
entuzjastycznie traktujący życie niczym jedną wielką okazję był dla niej
lekarstwem, ratunkiem?
Pojawił się jak podmuch nadziei wraz z odwilżą polityczną w czasach
komuny. Oboje - przedstawiciele pokolenia wojennego - mieli mocne
przeżycia. Jan również zaznał głodu i strachu o więzionego ojca, a potem
o siebie, gdy hitlerowiec przyłożył mu rewolwer do skroni. Uratował się,
udając ułomnego psychicznie. A po latach, bo po latach lekko się
wspomina, stwierdził, że może moment ten był przełomowy, gdyż... właśnie w tamtej chwili ujawnił się jego talent aktorski.
Halina musiała widzieć, że łączy ich zaskakująco wiele: błyskotliwe
poczucie humoru, chęć czerpania radości przez dawanie z siebie, potrzeba
bycia z ludźmi i dla ludzi. A konkretnie ogromna pasja społecznikowska i szalona pracowitość. To mało? Zgadzali się mentalnie, uzupełniali
pomysłami, inspirowali nawzajem. Więc jak? Jak nie chcieć pójść przez
życie z kimś tak bratniodusznym?
Można też odwrócić pytanie: czy zrobiliby tyle dobrego oddzielnie? Czy
gdyby się nie spotkali, Halina zostałaby aktorką i reżyserem? Czy
zawiesiłaby pasję pedagogiczną na rusztowaniu teatralnym? A Jan, czy
miałby pomysł dzielenia się kunsztem i wiedzą ze studentami i młodzieżą?
Czy "ustawiłby" tylu utalentowanych i znanych dziś ludzi zawodowo, a nieraz też życiowo?
"Bez Haliny nigdy bym tyle nie zrobił"2 - sam powiedział w książce Benefis.
Machulscy poprzeszczepiali na siebie nawzajem swoje pomysły i dążenia,
zanim zostali małżeństwem, uzupełniali się jak puzzle.
"W okresie narzeczeństwa wykorzystywaliśmy każdą okazję, żeby grać -
opowiadał Jan Machulski. - W towarzystwie, gdzie nas nikt nie znał,
udawaliśmy obcych sobie ludzi. Na oczach nowo poznanych osób uwodziłem
Halinę, a towarzystwo było zaskoczone i zastanawiało się, jak to
możliwe, że w jeden wieczór tak do końca udało mi się ją zdobyć. Nikt
nie przypuszczał, że się znamy i po prostu bawimy w aktorstwo".3
Zabawa w uwodzenie przyniosła owoce.
Gdy w 1954 roku Jan ukończył studia, wzięli ślub. Nie było wesela, które
przeszłoby do historii jak trzydniowa feta Elżbiety Chwalibóg i Zbigniewa Cybulskiego. Skromna ceremonia odbyła się w Olsztynie, gdzie
aktor dostał angaż w Teatrze im. Stefana Jaracza. Państwo Machulscy
zamieszkali w służbowym mieszkaniu przypisanym pracownikom teatru.
Halina uczyła w tamtejszym liceum (wśród jej wychowanków znalazł się
późniejszy aktor Zygmunt Malanowicz) i studiowała. Tam też 10 marca 1955
roku urodził się Juliusz Machulski, późniejszy reżyser filmowy. Halina
zajęła się wychowaniem syna. Ledwie podrósł, zdała eksternistyczny
egzamin aktorski i dołączyła zawodowo do męża. Ten zaś niedługo potem
zagrał w filmie, który przeszedł do historii polskiego kina, choć nic
nie zapowiadało takiego sukcesu.
"Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być"4 - napisał Charles Bukowski. Machulscy
wychodzili losowi naprzeciw, stawali w progu, by z życzliwością i pogodą
witać nowe sytuacje. Nawet trudne i nieoczekiwane. A wszystko dla
uciechy i potrzeby robienia tego, co się lubi, czuje, ma we krwi.
dawno temu w hollyłódź
"Rezolutny" - powiedział o Juliuszku Tadeusz Konwicki. Chłopiec
przyjechał z mamą na plan Ostatniego dnia lata, gdzie grał jego tata,
Jan Machulski. Chociaż miał zaledwie trzy latka (Julek, nie Jan) i sam
reżyserem został dopiero za ćwierć wieku, już wtedy dał wyraz swojej
odrębności. Nie podobało mu się, że jego ojciec gania po plaży za inną
panią niż mama. To musiało zyskać przychylność Konwickiego, gdyż on sam
wolałby dogonić tę panią. I między innymi z tego pragnienia zrodził się
cały ów - jak byśmy dziś powiedzieli - projekt.
Nawet latem nad Bałtykiem bywa naprawdę zimno. W rezultacie i operator,
i reżyser wylądowali w łóżkach z gorączką. Na planie również panowała
gorąca atmosfera, z wielu powodów. Film powstawał na wariackich
papierach.
"Pomysł Ostatniego dnia lata wziął się z mojego własnego instynktu. A także z chytrości: przecież ja wybrałem warunki, które mogły wywołać
najmniej kłopotów. Wybrałem plener, który nie wymagał żadnych
inwestycji; wybrałem dwoje ludzi, żeby było taniej i prościej"5 - powiedział Tadeusz
Konwicki, który tym filmem debiutował w roli reżysera.
Chytrością wykazał się także Zespół Filmowy "Kadr", który udostępnił
przestarzały sprzęt, kamerę plus statyw, sześć tysięcy metrów
czarno-białej taśmy ORWO - i przeznaczył dziesięć tysięcy złotych.
Został ustanowiony rekord nie do pobicia: do dziś Ostatni dzień lata
jest najtańszym filmem polskiej kinematografii. Lecz - jak stwierdził
klasyk kolejnych pokoleń - "pieniądze to nie wszystko". Z takiego
założenia wyszli aktorzy, Irena Laskowska i Jan Machulski (co krew, to
krew), rezygnując z honorariów. Opłaciło się. Z czasem uznano film za
arcydzieło i przykład Nowej Fali w kinematografii.
"Kręcąc [...], nie wiedziałem, że zapoczątkuję Nową Falę, także i krytyka nie wiedziała, że to jest jeden z pierwszych sygnałów tego
prądu. Nie ma więc kogokolwiek obwiniać, taka była sytuacja. Film został
przyjęty przez fachowców filmowych z pewnym rodzajem oburzenia: że to
jest skandal, że jakimś ludziom spoza branży daje się możliwości
robienia filmu i oni kręcą coś, co jest dziwaczne, bezsensowne i bezfabularne"6 - powiedział nieco prześmiewczo Tadeusz
Konwicki w rozmowie z Tadeuszem Lubelskim pod tytułem Zacząć na nowo,
która znalazła się w książce Debiuty polskiego kina.
Ostatni dzień lata otrzymał główną nagrodę w kategorii filmów
krótkometrażowych na festiwalu w Wenecji w 1958 roku. W tym samym roku
przyznano mu także nagrodę główną na EXPO w Brukseli. Jest dziś obrazem
kultowym. Maria Dąbrowska po seansie zanotowała w swoim dzienniku 23
września 1958 roku: "Film jest wydarzeniem w skali światowej [...].
Jednodniowy romans, wątły dialog - a tyle w nim powiedziane! W życiu mi
się żaden film tak nie podobał jak ten", A pod adresem aktorów dodała:
"Oboje, a zwłaszcza Machulski, grali tak, że nie czuło się w nich
aktorstwa. Dla mnie taka gra jest najlepsza, tak jak najlepszy jest w powieści styl, którego się nie zauważa".7
Pięcioosobowa ekipa wyruszyła nad morze. Zacumowali na odludziu, w leśniczówce między Łebą a Białogórą, w Szklanej Hucie. Co rano taszczyli
bezcenny sprzęt przez wydmy, po piachu. Do ekwipunku przywiezionego z Warszawy dołączyły własnoręcznie zrobione blendy i znaleziona na miejscu
drabina. Oparta w pozycji leżącej na okrągłym pniaku, działała - na
zasadzie prostej huśtawki - jak podnośnik dla stanowiska kamery. Na
jednym krańcu była kamera prowadzona przez operatora, na drugim siedział
lub stał, w zależności od potrzeby, reżyser. Tadeusz Konwicki osobiście
też wywoływał deszcz przy użyciu konewki, a scenografię dawała natura:
wydmy, trawy, piasek, morze, niebo, z którego rozlegał się czasem ryk
silników samolotu.
Ten dźwięk w roku 1958 ciągle przypominał o wojnie. Plaża wciąż była co
wieczór bronowana, by ewentualny szpieg wynurzający się z morza zostawił
czytelny ślad na piasku, co przypominało o zimnej wojnie. Film zaś
opowiada o tym, jak głęboki ślad emocjonalny zostawił czas pożogi w poszczególnych ludziach, jak ich to straumatyzowało i zatomizowało.
Spotykają się kobieta i mężczyzna i mógłby to być dobry początek tego,
co przed nimi. Lecz okazuje się, że stanowczo za dużo jest za nimi. Nie
mogą... nie potrafią... już nie.
Kino psychologiczne wymagające od aktorów bardzo dużo subtelności. Pada
niewiele słów, są gesty i ruch ciała, chwilami jak z pantomimy. Główną
rolę odgrywają niedopowiedzenia, przemilczenia. Oszczędność środków po
części wymusiła oszczędność środków wyrazu. A ponieważ zostało to
przetransponowane z wyczuciem i kunsztem, stało się sztuką, nowatorską
sztuką minimalizmu.
Irena Laskowska, tak w kostiumie kąpielowym, jak i w pełni ubrana,
potrafiła rozpalać wyobraźnię mężczyzn. Ponoć na planie Konwicki i Machulski rywalizowali o jej względy.
"Byłam dosyć zdemoralizowana, bo wiedziałam, że działam na mężczyzn.
Kiedyś Tadzio zaprosił mnie na wino. Wypiliśmy sporo i on w pewnym
momencie mówi: "Jesteś nędzna, nikczemna, ohydna". Ja słuchałam w milczeniu. Wyszliśmy. Gdzieś obok pomnika Mickiewicza na Krakowskim
Przedmieściu stanęłam, zdjęłam mu okulary i buch-buch-buch w twarz. Po
czym założyłam mu okulary i szłam dalej. Tadzio był tym tak zachwycony,
że w Ostatnim dniu lata kazał mi tak samo spoliczkować
Machulskiego"8 - opowiadała aktorka przy okazji pokazu
wersji cyfrowej filmu w 2010 roku.
Konwicki od początku wiedział, że chce w swoim filmie obsadzić
Laskowską, i tak samo był zdecydowany na Machulskiego, chociaż mógł mieć
Adama Hanuszkiewicza. "Machulski znalazł się wspaniale, to przecież było
dla niego prawdziwe ryzyko - grać w czymś takim, a on zgodził się
chętnie zagrać za darmo, z ewentualnością otrzymania w przyszłości
honorarium. Bardzo mi odpowiadał w tym filmie jako osobowość. Zabrał z sobą rodzinę, to znaczy żonę i trzyletniego synka imieniem Julek, który
dziś jest panem Juliuszem Machulskim"9 - zdradził Konwicki.
Jan Machulski natomiast przyznał w ostatnim wywiadzie, udzielonym
Łukaszowi Maciejewskiemu: "Film został znakomicie przyjęty we Francji.
Ukazały się wtedy recenzje, w których pisano, że pisarz z Polski i wyjątkowo uzdolniony operator pojechali nad morze i za pomocą ukrytej
kamery podglądali plażowiczów, fabularyzując ich autentyczne rozmowy.
Dla nas, którzy zagraliśmy w tym filmie, zupełnie nie spodziewając się,
że cokolwiek z tego wyniknie, nie mogło być większego komplementu".10
Na planie nie mogło jednak zabraknąć artystycznych spięć. Laskowska nie
była zadowolona z wieku swojej postaci. Konwicki uważał jednak, że
inaczej film nie zadziała. Ponieważ jest niemal pozbawiony akcji, punkt
wyjścia musiał być wystarczająco dramatyczny. Nie podbił tym serca
Laskowskiej, zresztą ona skłaniała się raczej ku swemu ekranowemu
partnerowi.
Machulski mógł triumfować, choć potem głównie był zatroskany reakcją
syna. Ten bowiem dopiero po premierze filmu - 4 sierpnia 1958 roku w sopockim kinie Bałtyk - naprawdę pokazał, co o tym wszystkim myśli. Mały
Mr Foch, gdy zobaczył na ekranie, jak tatuś tamtą panią nie tylko goni,
ale nawet całuje... wcale nie chciał go znać!
Ostatni dzień lata był pierwszym spotkaniem Juliusza Machulskiego z kinem dla dorosłych. Niebiosa zadbały o to, że nie ostatnim.
Dla Jana Machulskiego, który wcześniej wystąpił w trzech filmach, był to
moment przełomowy. Aktor nie krył, że godziny na planie i rola w Ostatnim dniu to jego uniwersytety, jeśli chodzi o aktorstwo. Od tej
pory każdy film czy serial z jego udziałem będzie zyskiwał na prawdzie.
A jako dziekan wydziału aktorskiego Filmówki, wywiesi na wydziale plakat
z jakże modnym dziś mottem: "Mniej - znaczy więcej". Prekursor.
Irena Laskowska i Jan Machulski w filmie Ostatni dzień lata Tadeusza
Konwickiego i Jana Laskowskiego, 1958. Fot. East News/Polfilm
Ciekawe, jak po zagraniu w takim dziele potoczyłyby się losy aktora,
gdyby nie żelazna kurtyna. Tadeusz Konwicki w książce Pamiętam, że było
gorąco opowiedział Katarzynie Bielas i Jackowi Szczerbie: "Kiedy
Ostatni dzień lata zaczął chodzić po festiwalach i przeglądach, jakiś
Niemiec napisał do mnie mniej więcej taki list: Proszę pana, mój zamożny
tatuś kupił mi wytwórnię filmową, bo ja lubię film. Chciałbym uruchomić
produkcję filmów. Marzę o tym, żeby pan przyjechał i był kierownikiem
całego interesu. Co ja mogłem zrobić z tym listem? Szybciutko go
spaliłem, żeby nie wpadł w niepowołane ręce".11
Przepadło.
Osiem lat później Machulski dostał inną główną rolę i tym razem jego
aktorska lapidarność została zmierzona co do sekundy. A skoro on nie
pojechał do Hollywood, Hollywood wysłało delegata do niego.
Rok 1966. Otwierają się wrota studia filmowego wytwórni w Łodzi i w progu hali przy ulicy Łąkowej staje Kirk Douglas. A tam trwają właśnie
zdjęcia do debiutu fabularnego Janusza Majewskiego Sublokator z Machulskim w roli głównej.
- Wprawdzie wiedzieliśmy, że Kirk Douglas przebywa w mieście i jest
gościem Filmówki, a nawet dostaliśmy wcześniej telefon, że odwiedzi nas
ważna delegacja, jednak spodziewałem się raczej dygnitarzy partyjnych -
wspomina Janusz Majewski. - Douglas wszedł, rozejrzał się z zadowoleniem
i pochwalił naszą scenografię, faktycznie mieliśmy kopię wnętrza
autentycznej przedwojennej willi mieszczącej się w Konstancinie,
fantastycznie wykonane detale: schody, drzwi, poręcze. Wtedy jeszcze
wytwórnia miała świetnych rzemieślników. Potem nasz gość popatrzył na
kamery, sprzęt oświetleniowy, i stwierdził, że mamy tak jak w Hollywood,
o ile nie lepiej. Przyglądał się też, w jaki sposób pracujemy.
Kręciliśmy akurat scenę, w której Janek jako naukowiec pisze coś,
siedząc przy biurku, gdy dochodzą go odgłosy z podwórka. W pewnym
momencie, zaciekawiony, co się tam dzieje, wstaje i podchodzi do okna.
Patrzy chwilę i wraca do pracy. Nakręciliśmy tę scenę raz i potem
jeszcze dubel. Wtedy Douglas zapytał, czy może spróbować. Naturalnie!
Zdjął marynarkę, podszedł do biurka, przełożył książkę, usiadł gotowy.
Powiedziałem: Akcja. Kirk chwilę pracował, podniósł głowę, spojrzał w przestrzeń, pomyślał, pochylił głowę, wrócił do pracy. Usłyszał odgłosy,
zdziwił się bardzo, potem mniej, wrócił do swojego zajęcia. Kolejny
odgłos poderwał go z krzesła, wstając, strącił książkę, schylił się,
podniósł, położył, podszedł do okna, patrzył z namysłem, wrócił do
biurka. Policzyliśmy: trwało to czterdzieści sekund, natomiast Janek
zamknął się w piętnastu, a potem nawet trzynastu sekundach. Douglas
zagrał, można powiedzieć: wszystkie didaskalia, a my w naszym slangu
określaliśmy to graniem kubłami. No ale dzieliło nas pokolenie.
Jan Machulski i Mariusz Dmochowski w filmie Lalka Wojciecha
Jerzego Hasa, 1968. Fot. East News/Polfilm.
Na pierwszym
planie: Krzysztof Litwin, Bogusław Sochnacki, Jan Machulski i Irena
Karel w filmie Rzeczpospolita babska, 1969. Fot. East News/Polfilm
Jan Machulski w filmie Rękopis znaleziony w Saragossie Wojciecha
Jerzego Hasa, 1965. Fot. East News/Polfilm
Gdy goście poszli, jeden nasz starszy kolega, a mój asystent, Kuba
Goldberg, polegując na kanapie za dekoracjami, orzekł: "Paganini to on
nie jest". Jednak ja miałem dwa powody do zadowolenia. Przez chwilę
trzymałem niebywale miękką, kaszmirową marynarkę Douglasa, co dla mnie,
snoba, było powodem uniesienia. A drugi i stokroć ważniejszy - że miałem
Janka. Już wcześniej zrobiliśmy razem kilka rzeczy krótkometrażowych i Sublokatora właściwie pisałem pod niego. Był nie tylko doskonałym
aktorem, ale i fajnym, dowcipnym człowiekiem, który potrafił rozładować
żartem każde spięcie, co na planie filmowym jest bezcenne. Marzenie
każdego reżysera. Żal natomiast, że nie zabezpieczyliśmy taśmy z Douglasem, byłaby fajną pamiątką, a przepadła gdzieś w przepastnych
magazynach wytwórni.
Przyjazd Douglasa uwiecznił w swojej etiudzie filmowej Marek Piwowski.
Ówczesny rektor Jerzy Toeplitz załatwił, że Filmówkę odwiedził też
między innymi Michelangelo Antonioni. To były złote czasy tej szkoły, a o jej absolwentach z tamtych lat dziś kręcą filmy w Ameryce - jak zrobił
to a propos zdarzeń z życia Polańskiego Tarantino w Pewnego razu w Hollywood.
Tymczasem dawno temu w Polsce nasz ówczesny Brad Pitt obraca się w doskonałym towarzystwie. Machulski gra w Rękopisie znalezionym w Saragossie Wojciecha Jerzego Hasa, nie główną rolę, lecz w doborowej
obsadzie z Cybulskim, Holoubkiem, Igą Cembrzyńską, Elżbietą Czyżewską,
Bogumiłem Kobielą, Leonem Niemczykiem, Zdzisławem Maklakiewiczem,
Franciszkiem Pieczką... Potem w Rzeczpospolitej babskiej, również w kapitalnym składzie. I także jako Julian Ochocki w Lalce również Hasa,
filmie zrobionym z takim przepychem, że dziś uznalibyśmy go za
superprodukcję.
Ale kino jakby przestaje pana Janka rozpieszczać. A też on sam ma chyba
przesyt wizerunku amancika elegancika. Częściej będzie się pojawiał w serialach telewizyjnych: Daleko od szosy (jako ojciec Ani) czy
Polskich drogach (w roli mecenasa Kozakiewicza). Na co dzień coraz
mocniej postawi na teatr.
teatr, w którym liczy się prawda
Jan Machulski miał dwie pasje: scenę i boisko piłkarskie. Doskonale
łączył jedno z drugim - można powiedzieć, że w ostatecznym wyborze
zawodu dopomógł mu sprytny drybling. Skwapliwie skorzystał z nieobecności rodziców w mieście (wyjechali za pracą ojca), by postawić
na swoim i zamiast wybrać coś na kształt politechniki (skoro tam go nie
chciano), za pierwszym podejściem wskoczył w szeregi adeptów aktorstwa.
Nie został studentem słynnej Filmówki. Po latach będzie jej wykładowcą i dziekanem. Ale wtedy szkoła nie nazywała się jeszcze PWSFTviT. Wprawdzie
jesienią 1948 roku zainaugurowano rok akademicki w dawnym pałacyku
fabrykanta Oskara Kona, tym budynku z obszernym holem i legendarnymi
zakręcającymi schodami, przy ulicy Targowej 61/63, ale uczelnię nazywano
wówczas Wyższą Szkołą Filmową. Jej współtwórcą i szefem był Jerzy
Toeplitz. Dwa lata później powstała w Łodzi Państwowa Wyższa Szkoła
Aktorska pod wodzą Kazimierza Dejmka, a pierwszymi jej absolwentami byli
Jadwiga Barańska i Jan Machulski. Dopiero w 1958 roku obie te uczelnie
połączyły się, tworząc Państwową Wyższą Szkołę Filmową, Telewizyjną i Teatralną.
Jednak od lat pięćdziesiątych, a zwłaszcza od odwilży Łódź stawała się
miastem wolnej myśli twórczej. Rosła legenda o ojcowskim stosunku
profesorów do uczniów, o twórczym fermencie i dyskusjach tyleż
rozwijających, ile niepoprawnych politycznie w rozumieniu PZPR.
Nauczyciele, wychowani przecież przed wojną, szukali na przyszłych
twórców nie partyjnych prymusów, lecz osobowości o niezaprzeczalnym
talencie i zdolności indywidualnego myślenia. W powojennej Łodzi, w której pomimo wojennego spustoszenia wciąż czuło się wielokulturowość,
mieszały się jak w tyglu rozmaite wpływy. Dawało to zaskakujące efekty.
Trochę jak na Manhattanie czy innych ośrodkach spod znaku multikulti.
W takim miejscu młody człowiek szybko dorasta, a społeczność okazuje się
obfitować w osobowości. Trzeba mieć pasję i się jej oddawać. Trzeba być
kimś, i to w sposób widoczny. Należy mieć prezencję albo styl
podkreślający indywidualność. Udziela się entuzjazm i energia. Tempo
życia jest szybkie, czas szczelnie wypełniony, rozmowy mądre i treściwe
do białego rana. Nic dziwnego, że tu narodziła się szkoła polska, a miasto uchodziło za oazę wolnej sztuki. Tak to trwało do marca 1968,
kiedy wyrzucono profesora Toeplitza i innych wykładowców żydowskiego
pochodzenia. Miastu i światu opadły ręce.
Ale wracając do epoki nie-lodowcowej...
Jan Machulski od początku był aktywny i widoczny na swoim wydziale. Wraz
z kolegami zainicjował nieformalne spotkania dokształcające, podczas
których studenci trenowali techniki warsztatowe, ale też rozprawiali o idei teatru. To nie przypadek sprawił, że aktor wypadł tak prawdziwie na
ekranie w Ostatnim dniu lata; znacznie wcześniej był zafascynowany
koncepcją Stanisławskiego i teatrem Juliusza Osterwy.
Konstantin Stanisławski stworzył pierwszy na świecie system warsztatu
pracy aktorskiej. Stał się rzecznikiem prawdy na scenie, na przekór
wcześniej panującej sztuczności. Tej prawdy wymagał od aktora, który
współodczuwa, posługuje się emocjonalnym odwołaniem do sytuacji granego
bohatera, a następnie utrwala ten stan w swej pamięci intelektualnej,
duchowej, a nawet cielesno-odruchowej, by odtwarzać go w kolejnych
spektaklach.
Jan Machulski (z lewej, w kapeluszu) w Zaklinaczu deszczu Richarda
Nasha, Teatr im. Juliusza Osterwy, Lublin, 1958. Fot. Edward
Hartwig/Biblioteka Narodowa/Polona F.1308/III
Koncepcje i działania Stanisławskiego na scenie MChAT-u w Moskwie szybko
powędrowały w świat. Korzysta z nich do dziś między innymi nowojorski
Lee Strasberg Theatre and Film Institute, a wcześniej Actors Studio,
które wśród wychowanków mają takie postacie jak Marilyn Monroe, Marlon
Brando, Paul Newman, Robert De Niro, Al Pacino, Harvey Keitel, Jane
Fonda, Dustin Hoffman, Steve McQueen, Angelina Jolie, Sienna Miller,
Dennis Hooper, Mickey Rourke, Uma Thurman, Scarlett Johansson...
Stanisław Niwiński, Władysław Kowalski i Jan Machulski podczas meczu
Aktorzy - Dziennikarze na stadionie Polonii Warszawa, listopad 1971.
Fot. Tadeusz Kowalski/East News
Jan Machulski, Jan Englert, Roman Kłosowski, Jerzy Ofierski, Tadeusz
Łomnicki i Bohdan Łazuka podczas meczu Aktorzy - Dziennikarze na
stadionie Polonii Warszawa, listopad 1971. Fot. PAP/CAF/Ireneusz
Radkiewicz
Jeszcze nie było na świecie żadnej z tych gwiazd, a sam Lee Strasberg,
urodzony w Budzanowie (wówczas w Galicji w Austro-Węgrzech, później w województwie stanisławowskim II Rzeczpospolitej, obecnie w Ukrainie),
dopiero odkrywał aktorstwo, gdy w naszej ledwie raczkującej Polsce idee
Stanisławskiego skłoniły Juliusza Osterwę i Mieczysława Limanowskiego do
założenia Reduty, pierwszego w Polsce teatru eksperymentalnego.
Mała sala, widownia złożona z trzynastu rzędów krzeseł. Wystrój sali
utrzymany w jednakowej białej kolorystyce. Scena umieszczona na jednym
poziomie z widownią, co miało umożliwić bezpośredni kontakt aktorów z widzami. Taki był w latach 1919-1939 pierwszy w Polsce
teatr-laboratorium, zakładający poszukiwanie nowych metod pracy
aktorskiej.
W Teatrze Ochoty kilkadziesiąt lat później znów widz usiądzie na
poziomie aktora w bardzo kameralnej sali. Wtedy zresztą powstanie więcej
teatrów i zespołów teatralnych nastawionych na poszukiwanie metod pracy
aktorskiej, jak Laboratorium Grotowskiego, Gardzienice, Cricot 2
Tadeusza Kantora. Jednak na tym tle Teatr Ochoty, który spełni warunki
teatru offowego, będzie się wyróżniał. Tu nacisk położony zostanie na
angażowanie zarówno aktora, jak widza. I nie w tak wymagającym trybie
jak w Reducie, gdzie członkowie zespołu mieli nieustająco dążyć do
samodoskonałości, oddając się bez reszty sztuce. Prawie jak mnisi.
Nie będzie też w TO rządów absurdalnie arbitralnych, jak w niektórych
powojennych teatrach, które jakby dały przyzwolenie generacji demiurgów.
I nikt nie napisze w programie, że spektakl ma charakter komemoratywny
(od ang. commemorate - uczcić), skoro można napisać: upamiętniający, i tym samym skrócić, a nie wydłużyć drogę do widza. Wychodzenie publice
naprzeciw nie spodoba się recenzentom, bo w czasach komuny będą chcieli
widzieć w teatrze ostoję mądrości, świątynię intelektu, najwyższego,
czyli elitarnego, hermetycznego, przekornie niedostępnego ludowi
pracującemu z jego niezbyt szerokimi horyzontami.
Dyrektor Machulski tymczasem przed spektaklem będzie w drzwiach witał
osobiście każdego widza-gościa uściskiem dłoni. Otworzy scenę dla
wszystkich. Również dla amatorów. I postawi na szukanie prawdy
emocjonalnej, a nie znaczeniowe kalambury. Bo choć zaraz po przybyciu do
Warszawy pójdzie, razem z żoną Haliną, na studia z reżyserii teatralnej,
w głębi duszy pozostanie również aktorem szukającym, jak dawniej
Osterwa, przede wszystkim prawdy na scenie, psychologicznej
wiarygodności postaci, która przekona i uwiedzie widza. Z czasem zrobi
nawet jeszcze większy ukłon w stronę publiczności: napisze sztukę, w której zostawi puste miejsce na zakończenie. Przed ostatnim aktem
widzowie będą mogli zaprojektować finał według swojego uznania czy
raczej przeczucia co do wyborów bohatera lub bohaterów. A potem aktorzy
zagrają to demokratycznie wybrane zakończenie. Taka zabawa? Taka zabawa
w prawdę, może nie psychologiczną, ale życiową.
Józefa Hennelowa w książce Juliusz Osterwa napisanej z Jerzym
Szaniawskim notowała: "Każdy z wielkich bohaterów dramatycznych w interpretacji Osterwy stawał się przede wszystkim bardzo naturalny i prosty, żywy i ludzki. Ksiądz Piotr utracił swój monumentalizm, Kordian
odsłonił skomplikowaną psychikę młodego nerwowca, Konrad nabrał siły
intelektualnej".12 Nie przypomina to słów Marii Dąbrowskiej po
premierze Ostatniego dnia lata? Coś jeszcze łączyło Machulskiego z Osterwą - obaj pochodzili z pozornie prostych domów (Osterwa naprawdę
miał na nazwisko Maluszek). Może dlatego między innymi każda teatralna
maniera była dla nich nieznośna.
W Reducie Osterwa na inaugurację działalności wystawił Żeromskiego
Ponad śnieg bielszym się stanę i od Żeromskiego rozpoczął działalność
teatr Machulskich. Przedstawienie Uciekła mi przepióreczka wystawiono
nawet jeszcze nie w docelowej siedzibie, lecz w szkole podstawowej przy
ulicy Spiskiej 22 w październiku 1970 roku.
Co ma przepióreczka i żeromszczyzna do teatru offowego? - zapyta ktoś.
Tylko na początku termin "off" łączono ściśle z Manhattanem jako
off-Broadway i odnoszono do małych teatrów poza kwartałem Broadway Box
(między 40. i 54. Ulicą oraz 6. i 8. Aleją, wraz z Times Square i Zachodnią 42. Ulicą). Ale ponieważ właśnie na tych bocznych scenach
wydarzyło się wiele ważnych i głośnych inicjatyw, płynących pod prąd
komercjalizacji Broadwayu, jak choćby musical Hair - przeniesiony
potem z honorami na większe sceny - pojęcie teatru offowego od lat
pięćdziesiątych dwudziestego wieku zmieniło znaczenie.
Offowy znaczy tyle co alternatywny, eksperymentalny, poszukujący,
otwarty... na nowe rozwiązania w sferze gry aktorskiej, układów
scenicznych, realizacji teatralnej i relacji aktorów z widzami.
W Ochocie po spektaklach odbywały się dyskusje Jana Machulskiego i aktorów z widzami na temat poruszany w przedstawieniu. Taki był punkt
wyjścia, a potem rozmowy szły w rozmaitych kierunkach. Laboratoryjny
charakter tego miejsca wypełniało również Ognisko, oczko w głowie pani
Haliny, miejsce, które wychowało rzeszę, jeśli nie aktorów, to bardzo
świadomych, wrażliwych i inteligentnych odbiorców sztuki.
Jak pisze Grażyna Krokowska-Zaczek: "To, że z Ogniska Teatralnego przy
Teatrze Ochoty wyrośli Kasia Figura, Małgosia Bogdańska, Piotr Adamczyk,
to wszyscy wiedzą, ale stąd w zawód aktora "poszli" też między innymi
[...] Mirek Zbrojewicz, Mariusz Czajka, Edyta Jungowska, Agnieszka
Dygant, Kasia Kwiatkowska, Magdalena Stużyńska, Tomasz Budyta, Jowita
Budnik, Rafał Wieczyński (reżyser filmu Popiełuszko. Wolność jest w nas), Sylwester Biraga (aktor, reżyser i dyrektor Teatru Druga
Strefa)".13 Jeszcze dłuższa jest lista osób znanych z innych form działalności: Krzysztof Ibisz, Marcin Tyszka, Małgorzata
Zawadka, Anna Nowak, Jan Mikruta. Reżyserzy, prezenterzy, dziennikarze,
korespondenci czołowych mediów, wydawcy książek, działacze społeczni.
Wielu poszybowało naprawdę daleko i szeroko. Można też powiedzieć, że w pewnym momencie absolwenci Ogniska, a potem także Szkoły Aktorskiej
Machulskich byli w polskiej kulturze wszędzie.
"W Teatrze Ochoty aktorskie umiejętności szlifowali i kariery zaczynali
między innymi Cezary Pazura, Krzysztof Kiersznowski, Mieczysław
Hryniewicz, Tadeusz Chudecki. Aktorski trzon zespołu tworzyli między
innymi Małgorzata Bogdańska, Ewa Decówna, Halina Chrobak, Joanna Keller,
Bożena Stryjkówna, Ernestyna Winnicka, Wojciech Alaborski, Tadeusz
Bogucki, Zygmunt Kęstowicz, Krzysztof Kiersznowski, Janusz Leśniewski,
Tomasz Mędrzak, Cezary Pazura, Andrzej Siedlecki, Piotr Siejka, Zdzisław
Wardejn. Swój dyplom reżyserski przygotował tutaj Wojciech Kępczyński,
dyrektor Teatru Muzycznego "Roma". Pierwsze swoje spektakle
wyreżyserowali Jan Englert, dyrektor Teatru Narodowego (Norę Ibsena),
i [...] [Ryszard] Zatorski, reżyser kultowych polskich komedii
romantycznych (Adama i Ewę). Stąd w świat seriali wkroczyła Ilona
Łepkowska. Czesław Niemen, Marek Biliński, Zygmunt Konieczny i Marek
Grechuta pisali muzykę do spektakli plenerowych w Zamościu. Plakaty do
ochockich spektakli projektował Andrzej Pągowski. Dokumentowali
wydarzenia artystyczne i towarzyskie wielcy świata fotografii, Erazm
Ciołek i Zygmunt Rytka".14
Jan Machulski, reżyser Paul Harman i Halina Machulska podczas próby
sztuki Widok z mostu Arthura Millera, Teatr Ochoty, 1982. Fot. CAF/stw
PAP/CAF/Zbigniew Matuszewski
Teatr Ochoty, a nie Ochota! - podkreślał zawsze Jan Machulski i dodawał:
Dzielnica to jedno, ale takie miejsce wzięło się z ochoty na teatr.
Ta chęć rosła od studiów. W latach 1954-1955 późniejszy dyrektor TO
debiutował w Teatrze Jaracza w Olsztynie. W Teatrze Ziemi Opolskiej w Opolu (1955-1957) grał między innymi w sztukach reżyserowanych przez
Szymona Szurmieja, który obsadził go w roli i Merkucja, i samego Romea w słynnym dramacie Szekspira. Jan Machulski opracował też wtedy (1956 rok)
układ pojedynków do Romea i Julii. I na tej samej scenie wystąpił jako
asystent reżysera w Cyruliku sewilskim. W Teatrze im. Juliusza Osterwy
w Lublinie (1957-1963) znów ułoży pojedynki do Romea i Julii i zagra
też Romea, niejednokrotnie będzie asystentem reżysera, na przykład przy
spektaklu Uciekła mi przepióreczka. Z chwilą powstania sceny Reduta 61
(oczywiste nawiązanie do tradycji Osterwy), w czym weźmie aktywny
udział, wystawi Spotkanie w ciemnościach, a w 1963 roku oficjalnie
wyreżyseruje Wielkiego Bobby'ego i sam go też zagra. W Teatrze Nowym w Łodzi (1963-1966) wyreżyseruje Anioła na dworcu Abramowa-Newerlego. Po
drodze zagra wiele ważnych ról, w tym Mefista w Fauście Goethego. W Warszawskim Teatrze Polskim (1966-1970), niezależnie od wielu
odtwarzanych postaci, między innymi w przedstawieniach reżyserowanych
przez Jerzego Kreczmara, będzie też asystował w reżyserii Władysławowi
Hańczy przy spektaklu Martwe dusze Mikołaja Gogola.
Zanim Machulski stanie się czołowym inscenizatorem Teatru Ochoty,
wyreżyseruje dwa spektakle w Teatrze Śląskim im. Stanisława
Wyspiańskiego: ulubioną Przepióreczkę oraz Śluby panieńskie Fredry.
Nawet w Teatrze Narodowym 27 stycznia 1973 roku będzie miał premierę
sztuki we własnej reżyserii i ze swym udziałem - Zabawę w koty Istvána
Örkényego.
Jeszcze wpadnie na gościnne występy do Współczesnego, gdy Kreczmar
wystawi Cocktail Party, a potem zacznie się rozwijać TO - Ośrodek
Kultury Teatralnej.
Pod "własnym" adresem Jan będzie polegał na żonie. Nawet Juliusz
Machulski, który teatr rodziców raczej omijał, a do Ogniska nie
przystąpił, też coś ma z tego oddania starej, skrzypiącej scenie: imię
po Osterwie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej, przeł. Paweł Halka-Laskowski, Wydawnictwo Vis-a-vis Etiuda, Kraków 2022, s. 22. [wróć]
Jan Machulski i Marek Pająk, Benefis, Papier-Service, Łódź 2003, s. 19. [wróć]
Jan Machulski, Chłopak z Hollyłódź, Nowe Wydawnictwo Polskie Ypsylon, Warszawa 1999, s. 21. [wróć]
Charles Bukowski, Kłopoty to męska specjalność, przeł. Marek Fedyszak, Noir sur Blanc, Warszawa 2022, audiobook. [wróć]
Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba, Pamiętam, że było gorąco. Rozmowa z Tadeuszem Konwickim, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015, s. 39. [wróć]
Debiuty polskiego kina, t. 1, red. Marek Hendrykowski, "Przegląd Koniński", Konin 1998, s. 81. [wróć]
Maria Dąbrowska, Dzienniki powojenne 1945-1965, t. 5, Czytelnik, Warszawa 1996, s. 45. [wróć]
Wypowiedź publiczna Ireny Laskowskiej podczas premiery odnowionej cyfrowo wersji Ostatniego dnia lata, 2010. [wróć]
Debiuty polskiego kina, op.cit., s. 85. [wróć]
Machul to jest Machul, wywiad Łukasza Maciejewskiego, https://www.filmweb.pl/article/Przeczytaj+ostatni+wywiad+z+Janem+Machulskim-47823. [wróć]
Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba, op.cit., s. 104. [wróć]
Józefa Hennelowa i Jerzy Szaniawski, Juliusz Osterwa, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1956, s. 74. [wróć]
Grażyna Krokowska-Zaczek, Reja 9 - TO Teatr Ochoty, Informator Ochoty i Włoch, https://iochota.pl/artykul/reja-9-to-teatr-ochoty/882625. [wróć]
Ibidem. [wróć]