Świat namalowany. Część 2 - Jolanta Wachowicz-Makowska

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Już pod koniec czwartego roku studiów Maja, Tomek i Sisi mogli czuć się całkiem, a nawet trochę bardziej niż całkiem, ustawieni zawodowo i materialnie. W każdym razie kilka lat wcześniej nie śniło im się o takim zawodowym i materialnym sukcesie.

Nie było tak, że ten sukces zawdzięczali jedynie samym sobie. Swoim nadzwyczajnym zdolnościom. Swojej nadzwyczajnej pracowitości. Swojemu nadzwyczajnemu szczęściu. Choć ich zdolności, pracowitość i szczęście miały w ich powodzeniu duże znaczenie. Ale był jeszcze jeden i chyba decydujący czynnik. Byli ludzie, którzy chcieli, umieli i mogli im pomóc. I pomogli.

W przypadku Sisi była to jej rodzina.

W przypadku Tomka też była to rodzina. I też rodzina Sisi. Bo prawie-prawie już do niej należał. Jako oficjalny narzeczony Sisi Giller.

W przypadku Mai takim człowiekiem opatrznościowym był nadal jej oddawny dobrodziej i mecenas, Robert Kruszyński.

Dzięki uczelnianemu stypendium Tomek trafił do de Belles Arts de Sant Jordi w Barcelonie. I znalazł się na jednym z jej najbardziej nowoczesnych i najświetniej prowadzonych wydziałów - grafiki komputerowej. Na tym wydziale nie robił tego, co lubił najbardziej. I nie uczył się tego, czego chciał się uczyć najbardziej. Ale za to zdobył kwalifikacje, które w jego późniejszym życiu pozwalały mu na robienie także i tego, co lubił najbardziej.

Po powrocie do Polski od razu trafił do pracowni architektonicznej kuzyna Sisi, "Ryszard Guttry i syn". Od wielu lat znanej na rynku budowlanym. I wysoko na tym rynku cenionej. Tomek został jej - także wysoko cenionym - pracownikiem. Grafikiem komputerowym.

Nie musiał inwestować w nowe mieszkanie. Bo nadal mieszkał z mamą w ich starym, ale dostatecznie obszernym i dostatecznie wygodnym, aby nie odczuwać braku nowego. Nie musiał inwestować w pracownię. Mógł swobodnie korzystać z tej, którą dzielił z Sisi. A gdyby chciał, mógł równie swobodnie korzystać z pracowni, która dzielił z Mają. Zainwestował więc w srebrzystą Toyotę. Wprawdzie nie dziewiczą, ale bardzo przez poprzednią właścicielkę wypieszczoną. Tomek doposażył ją w modne bajery i dostosował do swojej niepełnosprawności. Toyocie nie brakowało więc niczego - poza garażem.

Sisi zaczęła od drobnych chałtur. Całe mnóstwo jej znajomych i znajomych znajomych miało coś do odnowienia, czyli odrestaurowania. Nie były to bardzo cenne lub bezcenne antyki, ale rzeczy bliskie sercu swoich właścicieli. Sisi była solidna, rzetelna i - jako niedokończony konserwator - niedroga. Klientów miała więc wielu.

Przy okazji tych renowacji i kontaktów z klientami zorientowała się, że powraca moda na posiadanie staroci. Zwłaszcza starych obrazów. Nie za bardzo starych, ale choćby przedwojennych. Tyle tylko, że poza nielicznymi kolekcjonerami z oszałamiającym kontem w euro, na stary obraz uznanego malarza, niewielu mogło sobie pozwolić. A jeśli nawet mogli, to większość obrazów większości uznanych Mistrzów nie była przecież na sprzedaż.

Kiedyś-kiedyś, na wiele lat przed narodzinami Sisi, na ścianach socjalistycznych mieszkań w socjalistycznych blokach wieszano tak zwane reprodukcje. Bardzo byle jakie od strony technicznej. Obecnie takie reprodukcje wyrzucano do śmieci. Bo stały się obciachowe. Ich miejsce zajęły kopie. Wcale nie byle jakie. Często wykonywane wedle prawideł i zasad najnowocześniejszej sztuki kserokopiarskiej. Dobra kopia zaczęła być w cenie, znaczeniu i poszukiwaniu. A już na pewno prawdziwa kopia. Czyli wykonana nie na najnowocześniejszej nawet maszynie, ale przez zdolnego malarza-kopistę.

Sisi zainwestowała więc swoje uciułania, wsparte portfelem taty, w wynajęcie mini-galerii. W tym samym domu, w którym mieściła się oddziedziczona przez nią niegdysiejsza pracownia Krzysztofa Michałowskiego. W tej mini-galerii można było nabyć kopie znanych obrazów, a także zamówić kopie ulubionych obrazów. Ale malowanych nie dawniej niż w XIX wieku. Bo żeby wykonać kopie starszych Mistrzów trzeba byłoby mieć odpowiednie materiały malarskie. Czasem bardzo trudne, a czasem niemożliwe do zdobycia. W każdym razie dla Sisi.

Sisi wyspecjalizowała się w martwych naturach: Jerzego Baurskiego, Olgi Boznańskiej i Meli Muter. Każda kopia "Martwej natury z gruszką", "Tulipanów w kloszu" czy "Martwej natury z begonią" znikała w ciągu godziny od wystawienia. Kiedyś Sisi dostała zamówienie na "Martwą naturę z melonem" Józefa Mehoffera. Nabiedziła się bardzo. Całkiem jej nie szło. Bo miała straszną tremę. I brakowało jej wiary, że potrafi. Maja i Tomek wspierali ją jak mogli, ale też im nie szło.

Kiedyś i przypadkiem jeden z profesorów Sisi rzucił okiem na tę, jeszcze niedokończoną, kopię "Martwej natury z melonem". I powiedział z leciutką, ale bardzo leciutką przekpinką, że Mehoffer wolałby pewnie Sisiną kopię od swojego oryginału. Bo wprowadzone przez nią - i obowiązkowe na kopii - drobne zmiany dodały obrazowi więcej wyrazistości i apetyczności.

Tomek wzbogacał galerię swojej dziewczyny niezbyt często, ale za to doskonałymi kopiami polskich marynistów. A Sisi, a jeszcze częściej Maja, myślały tak, jak ich profesor. Że kopie Tomka były nie tylko równie dobre jak oryginały, ale - czasem - ciutkę od nich lepsze.

Robert Kruszyński, po wywianowaniu swojej polskiej "Tani" w aptekę, rozstał się z nią i znalazł inną, nową "Tanię". Ta studiowała polonistykę i marzyła o własnym wydawnictwie. E-bookowym. Pan Kruszyński spełnił marzenie nowej "Tani". Postawił jeden warunek - że w tym wydawnictwie zatrudni Maję. Zatrudniła. Z wielkim dla swojego wydawnictwa pożytkiem. Maja wykonywała okładki do e-booków. Robiła to szybko, zmyślnie i terminowo. Zadowoleni byli więc wszyscy: autorzy e-booków, nowa "Tania" i Maja. Bo dla niej była to praca łatwa i lekka. Choć z powodu tej łatwizny niezbyt przyjemna. Oprócz tego dorabiała kopiami, sprzedawanymi w galerii Sisi. Kopiowała najczęściej Gierymskiego. Bo od lat wiedziała wszystko o jego warsztacie twórczym, o jego technikach i materiałach, jakich używał. Najbardziej bawiło ją - konieczne w profesjonalnym kopiowaniu - wprowadzaniu drobnych zmian w jego obrazach. Czyli poprawianie Gierymskiego.

Pan Kamil Bogatko, który miał co najmniej kilkadziesiąt sióstr, właścicielek gabinetów stomatologicznych oraz hurtownię stomatologicznego sprzętu i leków, też zamawiał u Mai sporo obrazów. Które miały ocieplać owe dentystyczne poczekalnie i stomatologiczne hurtownie. I te zamówienia Maja lubiła najbardziej. Bo pan Kamil Bogatko zostawiał jej całkowitą swobodę w wymyślaniu ocieplajacych dekoracji.

Zarobione pieniądze Maja przeznaczała głownie na dopieszczanie swojej pracowni. Lokal wciąż był opłacany przez pana Kruszyńskiego, bo umowa najmu obejmowała pięć lat. Ale Majkę byłoby już stać na płacenie czynszu. I było ją stać na wszelkie upiększenia i udogodnienia w mieszkaniu. Więc je robiła. I bardzo się tymi upiększeniami i udogodnieniami radowała. Bo zakładała, że zostanie w tym swoim gniazdku także po ukończeniu studiów. I nawet nie wyobrażała sobie, że kiedykolwiek mogłaby zamieszkać gdzie indziej.

Wszyscy troje mieli tak wiele zajęć i tak bardzo mało czasu na cokolwiek innego poza studiowaniem i zarabianiem pieniędzy, że spotykali się rzadko. l coraz rzadziej. To znaczy - Sisi i Tomek z Mają. Bo Sisi i Tomek nie tyle spotykali się, ile byli ze sobą na co dzień. A Maja często myślała, że także na co noc. Bo niby czemu mieliby nie być, skoro się kochali i skoro zaraz po ukończeniu studiów mieli wziąć ślub.

Tomek wpadał do pracowni Mai zawsze wtedy, kiedy potrzebowała jego rady albo pochwały. Przed zakupem nowego upiększenia lub udogodnienia potrzebowała rady. Po zakupie - pochwały. Potrzebowała też jego pochwał po namalowanego nowego obrazu. A Tomek chętnie i radził, i chwalił.

Czasem wpadali do Mai razem z Sisi. Najczęściej z czymś dobrym do zjedzenia, a upitraszonym przez mamę Tomka, albo mamę Sisi. Wtedy jedli razem te smakowitości. I cieszyli się i ze smakowitości, i z bycia razem.

Maja myślała, że tak będzie zawsze. Malowanie, zarabianie i od czasu do czasu spotkanie z Tomkiem, z Sisi, albo i z Tomkiem i z Sisi. Mniej więcej raz w tygodniu niby-randka z Jędrkiem Guttrym, który zabierał ją do kina, do teatru, na wystawę, na spacer, do kawiarni. A czasem na wycieczkę - do Kazimierza, Nałęczowa, Żelazowej Woli, Radziejowic, Nieborowa. Albo do Lasów Kabackich, do Puszczy Kampinoskiej lub do Nieporętu.

Jędrek Guttry był małomówny i wyczekujący. Ale bez większej nadziei na doczekanie tego, czego wyczekiwał. Choć Maja całkiem mu tej nadziei nie odbierała. Przyzwyczaiła się do jego ekstrawagancji w sposobie ubierania się i do braku jakiejkolwiek ekstrawagancji w zachowaniu. Ani jedno, ani drugie już jej nie przeszkadzało. Polubiła go takim, jakim był.

Raz na miesiąc pan Kamil Bogatko zapraszał Maję do restauracji. Zawsze innej, ale zawsze wielogwiazdkowej. W przeciwieństwie do Jędrka był wielomówny. Ale podobnie jak Jędrek był wyczekujący. Chyba jednak z nadzieją na doczekanie tego, czego wyczekiwał. Choć Maja nie utwierdzała go w tej nadziei.

Pan Robert Kruszyński odwiedził Maję w jej pracowni kilka razy. Od czasu do czasu telefonował. To znaczy - telefonowała w jego imieniu pani Danutka. Żeby się dowiedzieć czy wszystko o.k. Maja zapewniała, że wszystko bardziej niż o.k. Wiedziała, że pan Robert Kruszyński się z tego o.k cieszy.

I to było dobre życie. Ale mogło się zmienić. Na jeszcze lepsze. Lub na trochę gorsze. Albo na całkiem gorsze.

Rozdział 5

Rozmawiali głównie o potrawach i zwyczajach wigilijnych, jakie zapamiętali z dzieciństwa. I każde z nich dziwiło się, że konstanciński multimilioner, młodziutka studentka ASP i emerytowana pielęgniarka mają niemal identyczne wspomnienia. Zupy grzybowej z uszkami. Łazanek z kapustą i grzybami. Klusek z makiem. Gotowanych suszonych grzybów, usmażonych w naleśnikowym cieście. Karpia. Śledzi z cebulą i oliwą oraz marynowanych i imbirowych. Kompotu z suszonych gruszek, jabłek i śliwek. Łamańców z makiem. No i makowca. Tyle, że pani pielęgniarka jadała makowiec bez pomarańczowej skórki. Bo za jej dzieciństwa jeszcze takich rarytasów na wsi nie znano. Pielęgniarka znała też kutię, ponieważ jej rodzina pochodziła z Kresów.

- To pszeniczne ziarna - opowiadała. - Gotowane przez wiele godzin. Aż do rozgotowania na takie coś szarego, glutowatego. Dodawało się miodu, maku, śmietanki. Jak były - to i bakalie. Ale co to były wtedy za bakalie. Ususzone maliny, jagody, żurawiny. Udawaliśmy, że to niby rodzynki. Jak się kutię mocno ostudziło, to nawet smaczna była. Nie wszyscy lubili, ale wiadomo - kutia na wigilijnym stole obowiązkowa.

Potem był czas świętego Mikołaja, a Maja miała odegrać rolę aniołka rozdającego prezenty. Zaczęła od gospodarza. Dostał spore, bardzo pięknie opakowane przez Maję pudełko.

- A zasłużyłem? - spytał. - Nie byłem chyba za bardzo grzeczny.

Wydawał się jednak bardzo uradowany prezentem. Maja i Tomek nie mogli się nadziwić, że tyle radości sprawiają mu ich, bardzo przecież skromniutkie, upominki.

- Nie wiem - powiedziała Maja. - Musi pan sprawdzić. Bo może jest tam rózga?

Ale był to elektroniczny odtwarzacz MP3 dla audiobooków. Z nagranymi dziesięcioma pozycjami. Wybranymi przez Tomka. Bo Maja wciąż miała bardziej niż słabe pojecie o literaturze pięknej.

Tomek postawił na Sergiusza Piaseckiego, Irvina Showa, Roberta Gravesa, Józefa Mackiewicza, Mika Valtari i Francisa Clifforda. Dorzucił "Sprawę honoru" Olsona i Clouda. Twierdził, że każdą z tych pozycji czyta się łatwo i przyjemnie. Maja nie czytała żadnej z tych książek więc nie mogła mieć zdania co do słuszności wyboru.

- Pani Danutka mówiła, że źle pan teraz sypia. I że przydałoby się panu czytanie przed snem. Więc wybraliśmy najlepszych lektorów.

- I najnudniejsze książki?

- Podobno nie są najnudniejsze.

Pan Robert Kruszyński zastanawiał się.

- Nie pamiętam, kiedy ostatnio przeczytałem jakąś powieść. Chyba "Trzech muszkieterów". Ale to było strasznie dawno temu. "Muszkieterzy ..." są w tym zbiorze?

- Nie wiem - powiedziała Maja. - Ale Tomkowi przyszło to do głowy. Więc może ściągnął.

- No dobra - rzekł pan Kruszyński. - Teraz pora na dalsze paczuszki. Coś tam jeszcze leży pod choinką. I też chyba nie rózgi.

Maja podała pielęgniarce duży pakunek.

- Dla mnie? - zdziwiła się kobieta. - A to z jakiej racji?

- Z racji Bożego Narodzenia - powiedziała Maja.

Pielęgniarka położyła pakunek na kolanach. Wyglądała na stropioną.

- Ale ja nie byłam przygotowana... Nie wiedziałam... I nic nie mam... Dla państwa.

Pan Kruszyński machnął ręką.

- Bez ceregieli. To naprawdę symboliczny upominek.

Tak mu się wydawało. Kiedy pielęgniarka zobaczyła wielki, puchaty ręcznik, oniemiała.

- Symboliczny? Jak żyje nie miałam takiej wspaniałości.

Maja sprytnie wsunęła niewielkie pudełeczko leżące pod choinką trochę głębiej i wyjęła swój ręcznik.

Pan Robert Kruszyński na pewno nie był człowiekiem subtelnym, ani taktownym. Mimo to ujął go ten gest Mai. Pokręcił głową. Z uznaniem. Może nawet czymś więcej niż zwyczajne uznanie

Maja cieszyła się swoim ręcznikiem tak, jak pielęgniarka.

- Jest taki milutki. Będę się kąpała kilka razy dziennie tylko po to, aby się nim wycierać.

Pielęgniarka pożegnała się o dziewiątej. Miała za godzinę przyjść do sypialni pana Kruszyńskiego, aby raz jeszcze zmierzyć mu ciśnienie. Wylewnie dziękowała za zaszczycenie jej zaproszeniem do stołu. I za najpiękniejszy ręcznik, jaki można mieć.

- Jeszcze nigdy nie miałam tak wspaniałej Wigilii - powiedziała i prawie się rozpłakała.

Pan Kruszyński uśmiechnął się do niej.

- Ja też. Ale jestem od pani dzielniejszy. I dlatego nie płaczę.

Zostali we dwójkę. Robert Kruszyński i Maja.

- Powiedziałem to serio. Nie pamiętam tak miłej wigilii. Może w dzieciństwie? Ale to było całkiem coś innego. Byłaś dziś najpiękniejszym prezentem gwiazdkowym, dzieciaku. A teraz weź to pudełeczko spod choinki.

- A ręcznik nie wystarczy? - spytała Maja. - Ja też mówiłem serio, że jest śliczny. I naprawdę się nim cieszę.

- Mimo to weź tę paczuszkę. Jak ci się prezent nie spodoba, odłożysz z powrotem.

Maja się uśmiechnęła.

- Właśnie dlatego nie biorę, bo wiem, że mi się spodoba. Zawsze tak było. Zaglądałam, przyjmowałam, a potem musiałam się sama przed sobą wstydzić, że biorę od pana takie drogie prezenty.

Wzruszył ramionami.

- Zajrzyj. Może to nic wielkiego. I nie będziesz się musiała wstydzić. Sama przed sobą.

Jeszcze się trochę ociągała, ale podeszła do choinki. Bo była ciekawa, co Dobrodziej jej kupił. Ale kiedy otworzyła etui - oniemiała. Leżał w niej sznur pereł. I bransoletka.

- To prawdziwe perły - powiedział pan Kruszyński. - Nie żadne tam hodowlane.

- No widzę, że prawdziwe. I dlatego nie mogę ich przyjąć.

- Dlaczego nie możesz przyjąć prawdziwych?

- Bo wiem, ile kosztują. To znaczy - nie wiem. Ale się domyślam.

- Gdyby mnie nie było na nie stać, to bym ci nie kupił. Nie martw się, Maju. Ten wydatek nie zrobił najmniejszego uszczerbku w moim budżecie.

Ale ona już się zdecydowała. Biżuterii, w dodatku tak drogiej, nie weźmie.

- Wiem, że pan się nie rujnuje, ale mimo to - nie. Tym razem nie.

Zawróciła w stronę choinki, aby położyć prezent na jego poprzednim miejscu.

- A od ojca byś wzięła? - spytał pan Robert Kruszyński.

Zatrzymała się. Nie umiała sobie wyobrazić, że mogłaby dostać coś od ojca. Dotychczas nie dostała nawet odmruknięcia na swoje "dzień dobry". Pomyślała więc nie o sobie i swoim ojcu, ale o Sisi i jej ojcu. Czyli o profesorze Marku Gillerze. Sisi brała od niego prezenty i pieniądze bez mrugnięcia okiem. Uważała, że to normalne. Bo przecież ojcowie rozpieszczają swoje córki. Chcą dla nich gwiazdki z nieba. Tak to - podobno - jest z ojcami i córkami na tym świecie.

Sisi pozwalała się zresztą obdarowywać nie tylko własnemu tacie, ale i Krzysztofowi Michałowskiemu. Choć był jedynie jej przyszywanym wujkiem. A przecież nieustannie ją obdarowywał. Zafundował jej wyjazd do Paryża. I to jej zapisał w spadku swoją pracownię i wszystkie swoje obrazy. A także obrazy swego dziadka, Piotra Michałowskiego. Niebagatelny majątek.

A Sisi wcale się nie wahała: przyjąć - nie przyjąć. "Wujek" ją kochał więc było normalne i naturalne, że wyrażał swoją miłość w różnych formach. Także poprzez ofiarowywanie jej dóbr materialnych.

- Nie wiem - powiedziała z wahaniem. - Nie miałam ojca.

Ale tak naprawdę już wiedziała. Przyjęłaby. Oczywiście, że od ojca by przyjęła. Nawet nie bardzo ją kochającego. Ale choćby trochę ją lubiącego. Albo choćby uważającego ją za córkę.

- No widzisz - powiedział pan Kruszyński. - Ty nie masz ojca. Ja nie mam córki. Pozwól mi mieć wrażenie, że obdarzam tymi perłami swoją córkę. A ty wyobraź sobie, że to twój ojciec ci je ofiarowuje. Stwórzmy sobie, Maju, kawalątek świata, jakiego nam obojgu tak bardzo brakuje.

- Dobrze - powiedziała Maja. - I dziękuję. Bardzo dziękuję. Nie tylko za perły. Bardziej za ten kawalątek świata i życia, jakiego mi brakowało. I wciąż mi brakuje.

Podeszła do niego. Ukucnęła przy jego krześle. Podała mu naszyjnik. Miał duże dłonie z krótkimi, grubymi palcami. Natrudził się zanim zdołał zapiąć maleńki zameczek. Ale zapiął. A potem położył tą brzydką, dużą dłoń z krótkimi, grubymi palcami na głowie Mai.

I wtedy stało się coś dziwnego. Coś czego nigdy, przenigdy nie oczekiwała, ani się nie spodziewała. Poczuła, jakby spadła z niej cała, straszna klątwa przeszłości. Zły urok, jaki rzucił na jej życie wiecznie spocony, tłusty, odrażający i przerażający ją ojczym.

Miała teraz wrażenie, jakby tamten człowiek przestał istnieć. Nawet więcej - jakby nigdy nie istniał. Jakby przestało istnieć to wszystko, co jej robił. Jakby i on, i to co z nią robił, było tylko strasznym snem. Z którego się teraz obudziła.

Rozdział 9

Wrócili do Konstancina przed północą. Maja nalegała, aby pan Kruszyński od razu położył się do łóżka. Pielęgniarka też nalegała, aby od razu położył się do łóżka. Nie wyglądał dobrze. Ciśnienie miał za wysokie. Inne testy też kiepskie. Ale machnął ręką.

- Nie położę się do łóżka. Nie przed północą. A także nie zaraz po północy. I na dodatek wypiję szampana.

- Ale... - zaprotestowała Maja.

- Ale... - zaprotestowała pielęgniarka.

Wzruszył ramionami.

- Na szczęście to ja dyktuję warunki w tym domu. Jeszcze ... Nie wiem jak długo, ale na razie jeszcze ja. Więc dajcie sobie spokój. Pani Rysia może iść do łóżka. A Maja zostanie ze mną i też wypije szampana.

Obie kobiety westchnęły, a pan Kruszyński się roześmiał.

- Pewnie chcecie zatelefonować do pani Danutki? Ze skargą. Darujcie sobie. Ona też nic nie wskóra. Nie tym razem.

Więc pani Rysia zabrała ciśnieniomierz, termometr, glukometr i kardiofon. Pożegnała się i wyszła. Wciąż wzdychając.

- Szampan chłodzi się w lodówce - powiedział pan Kruszyński do Mai. - Kieliszki stoją w kuchni na stole. Przyniesiesz na pięć minut przed dwunastą. Jeśli nie lubisz wytrawnego Perrier-Jouet, to weź sobie wino musujące. Jest półsłodkie. I panie na ogół je wolą.

- Skąd pan wiedział, że wrócimy przed północą?

Zdziwił się.

- Przecież prosiłaś, abyśmy się nie zasiedzieli. Chciałaś tylko zobaczyć. jak mieszka i jak się bawi twój wielbiciel. No i? Co wynika z tego zobaczenia?

Maja przypomniała sobie wytwornego pana i jego pytanie: co ona robi tym domu i na tym balu. I swoją odpowiedź, że nie wie. Bo nie wiedziała. Ani wtedy, ani teraz nie wiedziała co wynikało z tego bycia i zobaczenia.

- Piękny dom - powiedziała. - Pełen pięknych przedmiotów. Podobał mi się. Podobały mi się pyszne mini-kanapeczki. I srebrne tace. Gdybyśmy zostali, pewnie podobałaby mi się kolacja. Potrawy. Zastawa. Jedynie ludzie mi się nie podobali. Ale nie wiem dlaczego. Bo przecież nikogo z nich nie znam.

Tomek często mówił, że Maja jest z tych co nie lgną do fali, ani fala nie lgnie do nich. Teraz miała wrażenie, że jeśli goście pana Kamila Bogatki byli jak fala, to ona na pewno do niej nie lgnęła. Ani ta fala do niej. Tyle, że dotychczas nie było fali, do której by Maja lgnęła czy przylgnęła. Nadal nie było miejsca, do którego by pasowała.

- Idź Majka po szampana - powiedział pan Kruszyński. - Potem będziemy roztrząsać ten twój dylemat. Twój i mój.

Zdziwiła się słysząc ostatnie słowa. Ale pomyślała, że chyba rzeczywiście i on nie lubi tych wszystkich ludzi, którzy byli na balu w rezydencji pana Bogatki. Ani oni nie lubią jego. Bo to nie było towarzystwo lubiących się ludzi. To było towarzystwo ludzi powiązanych wspólnymi interesami. Na chwilę, na dłużej, na stałe. Takie więzy nie wymagają lubienia się.

Poszła do kuchni. Na stole stała taca z kieliszkami. Też srebrna. W lodówce leżały dwie butelki, mocno już oszronione. I półmisek z wędlinami. Dietetycznie słusznymi. Półmisek był pięknie ugarnirowany, ale też samymi dozwolonymi ozdobami. Zieloną pietruszką i wycinankami z gotowanej marchewki, selera i buraka.

Maja zabrała tylko jedną butelkę, tą z szampanem i przyniosła tacę do pokoju. Choć wydawało jej się, że różowe wino z bąbelkami byłoby pewnie smaczniejsze. Bo słodsze. Nie lubiła wytrawnych. Ale nie przyznawała się, że lubi słodkie. Tylko Tomek o tym widział.

- Myślę, że powinien pan coś zjeść przed toastem - doradziła.

Nieśmiało. Przed kilkunastoma minutami Robert Kruszyński wyraźnie dał do zrozumienia, że ma dość pouczeń. Ale tym razem się uśmiechnął.

- No, dobrze. Zabaw się w panią Danutkę. Zrób mi kanapkę. Żebym nie pił - Boże broń! - na pusty żołądek.

Maja położyła plasterek szynki na kromce chrupkiego, kukurydzianego pieczywa. Zjadł, krzywiąc się. Na szynkę i na chrupkie pieczywo. Misterne wycinanki z pietruszki, marchewki, selera i buraka odłożył na brzeg talerza.

O północy wypili po kieliszku szampana. Tym razem Maja troszkę się skrzywiła. Szampan był wyjątkowo wytrawny.

- I czego ci życzyć, dzieciaku?

- Żebym znalazła taką falę, do której przylgnę. I która przylgnie do mnie.

Nie sądziła, aby zrozumiał. Ale się pomyliła. Może nie rozumiał słów, ale wyczuł o co chodzi w tym jej pragnieniu. Być może miał podobne.

- Niech ci się spełni - powiedział.

A Maja zastanawiała się, czego ma życzyć swojej Złotej Rybce. Zawsze były z tym problemy. Bo wydawało się, że wszystkie życzenia pana Kruszyńskiego są już spełnione.

- Żeby pan wrócił jak najszybciej do zdrowia - powiedziała. - Za spełnienie tego mojego życzenia oddałabym i perły, i samochód pani Danutki, i ...

Zawahała się, bo nie wiedziała, czy naprawdę by oddała to, o czym pomyślała. Ale zdecydowała, że tak. Że oddałaby.

- ... i moją pracownię.

Chyba się wzruszył. Położył swoją ciężką dłoń z krótkimi, grubymi owłosionymi palcami dłoń na jej głowie. Pogładził ją delikatnie po włosach. A Maja ponownie się zdziwiła, że taka niezdarna i nieładna ręka potrafi wykonać tak delikatny gest.

Tomek często całował Majkę w policzek. A ostatnio nawet ją przytulał. I pozwalał przytulać się do siebie. Od pewnego czasu na takie same karesy przyzwalała Jędrkowi. Ale ta ręka na jej głowie była czymś całkiem wyjątkowym. Choć zarazem powtórzeniem sceny sprzed kilku dni. Maja marzyła, żeby chwila trwała i trwała. Bo to było jak spełnienie niespełnialnego marzenia. O ojcu. O bliskości z ojcem. O jego czułości.

Chciała powiedzieć o tym panu Kruszyńskiemu, ale się wstydziła. Choć -być może - czekał na takie właśnie słowa. Których nie słyszał od własnej córki.

Usiedli na kanapie. Pan Kruszyński wyglądał na bardzo zmęczonego więc Maja ośmieliła się raz jeszcze interweniować.

- Niech pan się położy i odpocznie. Powitaliśmy już Nowy Rok. I cieszę się, że powitałam go z panem.

Naprawdę się z tego cieszyła. Kiedyś otworzył przed nią świat. Teraz ten rok. Uważała, że to dobra dla niej wróżba. Myśląc o otwieraniu świata nie miała na myśli jedynie podróży do Paryża i Petersburga. A potem jeszcze do Florencji - jako nagrody za ukończenie czwartego roku studiów z samymi najlepszymi ocenami. Myślała o otworzeniu świata nie tylko przed nią, ale także w niej samej. Świata jej normalności.

Robert Kruszyński pokręcił głową.

- Nie, Maju. Chce posiedzieć jeszcze trochę. Z tobą. Potem będę spał przez cały dzień. A jeszcze potem przez całą wieczność.

Oburzyła się. Uważała, że nie powinien tak żartować. Wcale jej to nie śmieszyło.

- Dlaczego pan mówi o śmierci? Najpierw panu Kamilowi, teraz mnie. Przecież wraca pan do zdrowia. Sama widzę, że każdego dnia jest lepiej.

Machnął ręką.

- Trucizna nie zabiła mnie od razu. Ale zniszczyła mi wątrobę, trzustkę i nerki. Chyba nieodwracalnie. Być może jeszcze trochę pożyję, ale raczej niezadługo.

- To nieprawda - powiedziała.