Świat w letargu
ROZDZIAŁ I.
Rozmyte linie.
Spieszę przelać na papier historię naszych niezwykłych przygód, zanim czas zatrze w mej pamięci ich wszystkie szczegóły; nawet w tej chwili, zastanawiając się nad przeszłością, nie mogę obronić się zdumieniu, że właśnie profesor Challenger, profesor Summerlee, lord Roxton i ja - to jest uczestnicy wyprawy do Zaginionego Świata - byliśmy, znów świadkami tak niezwykłych zdarzeń.
Nie przypuszczałem nawet, gdym przed kilku laty nadsyłał "Gazecie Codziennej" sprawozdania z naszej epokowej wyprawy do Południowej Ameryki, iż przypadnie mi w udziale opisywać przeżycia jeszcze bardziej niezwykłe, fakty jedyne w dziejach ludzkości, górujące nad biegiem codziennych zdarzeń jak niebotyczne wierzchołki nad roztaczającą się u stóp ich równiną. To żeśmy w trakcie tego niezwykłego zdarzenia znaleźli się razem stało się w sposób zupełnie zwykły, a nawet nieunikniony. Fakta poprzedzające to zdarzenie opiszę krótko i jasno, gdyż zdaję sobie sprawę, że opowiadanie moje, im bardziej będzie wyczerpujące, tem cenniejsze stanie się dla czytelników, których ciekawość była i jest nienasyconą.
Otóż w piątek, dnia 27 sierpnia - (pamiętna to data w dziejach ludzkości) udałem się do gabinetu pana Mc Ardle, stałego szefa naszej redakcji, i poprosiłem go o trzydniowy urlop. Poczciwy, stary Szkot, pokiwał głową, podrapał się w rzadkie kępki rudawych włosów i wreszcie wyraził słowy swe zakłopotanie.
- Myślałem, panie Malone, że będzie pan mógł oddać nam wielkie usługi w tych dniach właśnie. Zachodzi tu sprawa, którą pan jeden tylko zdoła pokierować należycie.
- Bardzo mi to nie na rękę - rzekłem, starając się ukryć rozczarowanie - oczywiście skoro jestem potrzebny, to kwestia jest wyczerpana. Ale miałem doprawdy pilne, osobiste sprawy, to też, gdyby pan mógł obejść się bezemnie...
- Nie wyobrażam sobie, jak się obejdę.
Trzeba było pogodzić się z tą przykrością; ostatecznie sam ją sobie zawdzięczałem, gdyż powinienem był wiedzieć, że prawdziwy dziennikarz nie jest nigdy panem swego czasu.
- Nie będziemy już więc poruszali tej sprawy - rzekłem z całą pogodą, na jaką mogłem się zdobyć - cóż za robotę chciał mi pan powierzyć?
- Wywiad z tym piekielnikiem w Rotherfield.
- Czy pan ma na myśli profesora Challengera? - zawołałem.
- Jego właśnie. W zeszłym tygodniu porwał młodego Simpsena, z "Kurjera", za kołnierz i spodnie i jednym uderzeniem wypchnął go o jaką milę za drzwi swego domu. Prawdopodobnie czytał pan o tym w gazetach; dość, że wszyscy reporterzy woleliby raczej mieć do czynienia z aligatorem, wypuszczonym z zoologicznego ogrodu, niż z tym człowiekiem. Ale z panem rzecz przedstawia się inaczej - jesteście przecież w przyjaźni.
- To rozwiązuje wszystkie trudności - zawołałem ucieszony - prosiłem pana o urlop, panie redaktorze, aby odwiedzić profesora Challengera w Rotherfield; w tych dniach przypada właśnie rocznica naszej słynnej wyprawy z przed trzech lat, i chcąc uczcić ten dzień, profesor Challenger zaprosił nas wszystkich na wieś do siebie.
- Kapitalne! - wykrzyknął Mc Ardle, pocierając ręce, a oczy jego błyszczały zza szkieł okularów - będzie go więc pan mógł wybadać. Oczywiście gdyby chodziło o kogo innego uważałbym całą sprawę za nonsens, ale profesor dowiódł nam już raz, że wie co mówi, i kto zaręczy, czy nie dowiedzie tego powtórnie!
- Ale co do czego mam go wybadać? - spytałem - co on zrobił?
- Nie czytał pan w dzisiejszym "Times" jego listu o "Możliwościach Naukowych"?
- Nie.
Mc Ardle pochylił się i podniósł dziennik z podłogi.
- Niech pan to przeczyta głośno - rzekł wskazując mi odnośną kolumnę - chciałbym to usłyszeć, gdyż nie jestem pewien, czym dokładnie zrozumiał treść.
Oto list, który przeczytałem redaktorowi naszej "Gazety".
"O możliwościach naukowych"
Szanowny Panie Redaktorze! - Niedorzeczny a zarozumiały list p. James Wilson Mac Phail'a, dotyczący zatarcia się linji Frauenhofera w spectrum planet i gwiazd stałych, umieszczony niedawno na szpaltach Pańskiego pisma - serdecznie mnie ubawił (nie chcę bowiem wyrazić swych uczuć w ostrzejszy a bardziej niepochlebny sposób). Autor uważa wyżej wspomniane zjawisko za rzecz zupełnie bez znaczenia; dla osób o nieco głębszej inteligencji zjawisko to może mieć jednak wielkie znaczenie, - tak wielkie, iż może zagrażać istnieniu ludzkiemu na naszej planecie. Nie łudzę się, abym za pomocą naukowych terminów zdołał myśl moją wyłożyć tym, którzy czerpią swoje wiadomości ze szpalt dzienników, to też postaram się zniżyć się do ich poziomu umysłowego i zobrazować istniejący stan rzeczy drogą analogji, dostępnej zrozumieniu przeciętnego czytelnika".
- Toż to fenomen - żyjący fenomen! - przerwał Mc Ardle z przejęciem kiwając głowa - ten człowiek zdołałby rozwścieczyć gołębice i pokłócić kwakrów. Nic dziwnego, że jest znienawidzony w całym Londynie; a doprawdy szkoda, szkoda, panie Malone, gdyż jest to umysł niepospolity. No, ale posłuchajmy tej analogji.
- "Przypuśćmy - czytałem dalej - że ktoś rzucił niewielki pęczek korków na fale Atlantyku; z dnia na dzień korki płynąć będą powoli wśród tych samych warunków i gdyby zdolne były do myślenia, uważałyby te warunki za wieczne i niewzruszone. My jednak, dzięki naszej wiedzy, rozumiemy jak wiele przygód zdarzyć się może tym korkom. Mogą zderzyć się ze statkiem lub ze śpiącym krokodylem, lub zaplątać się wśród morskich wodorostów. W każdym jednak wypadku podróż ich skończyłaby się na tem, że fale wyrzuciłyby je na skaliste brzegi Labradoru. Ale nie zdawałyby sobie wcale sprawy z sytuacji płynąc dzień po dniu przez bezbrzeżny w ich mniemaniu, wiecznie niezmienny ocean.
Czytelnicy pańscy zrozumieją zapewne, że w przenośni tej Atlantyk wyobraża niezmierzoną przestrzeń eteru, która nas otacza, a pęczek korków - drobny system planetarny, do którego należymy. Jako trzeciorzędna planeta, ciągnąca za sobą ogon nic nieznaczących satelitów, płyniemy wśród niezmiennych warunków ku jakiemuś nieznanemu celowi, ku jakiejś potwornej katastrofie, która czyha na nas w nieznanych przestrzeniach jako Niagara eteru lub nieznane skały nowego Labradoru. Nie widzę tu nic, coby usprawiedliwiało płytki i prostacki optymizm Mr. James Wilson Mac Phail'a, ale natomiast widzę dużo powodów, przemawiających za pilnem i bacznem śledzeniem wszystkich zmian, które zachodzą w kosmicznych przestworzach, a od których zależy nasz los".
- Oho, to mi ministerialna głowa! - zauważył Mc Ardle - jego wywody brzmią przekonywająco, ale dowiedzmy się co go niepokoi.
"Ogólne zacieranie się i zmiana linji Frauenhofera, wskazuje, zdaniem mojem, na znaczne zaburzenia kosmiczne o dziwnym i skomplikowanym charakterze. Światło planety jest odbiciem się promieni słonecznych, blask gwiazdy jest natomiast światłem samoistnem. Otóż zarówno spectrum gwiazd, jak i spectrum planet zdradza te same zmiany, czyżby więc zmieniły się tak pierwsze jak i drugie? Przypuszczenie podobne uważam za absurd; cóż za jednakowe zmiany mogły w nich zajść jednocześnie? A więc może zmieniło się coś w otaczającej nas atmosferze? Jest to możliwe, lecz w najwyższym stopniu nieprawdopodobne, gdyż nie dało się to ani odczuć, ani wykryć za pomocą analizy chemicznej. Jakaż nam pozostaje jeszcze trzecia możliwość? Otóż zmianom mógł uledz eter, który jest subtelną nicią, łączącą gwiazdy w międzyplanetarnej przestrzeni, powłoką otulającą szczelnie cały wszechświat. Pogrążeni w jego bezmiarach płyniemy wśród nieznanych przestrzeni, i kto wie, czy nie wpadniemy w kręgi jakiegoś nowego eteru, o właściwościach zupełnie nam obcych? Coś się zmieniło. Zaburzenie spectrum jasno nam to wykazuje. Zmiana ta może być dodatnia, może być ujemna, może nie mieć żadnego znaczenia. Nie możemy nic przewidzieć. Powierzchowni obserwatorowie mogą traktować te zjawiska, jak coś niezasługującego na uwagę, ale człowiek obdarzony tak jak ja głęboką inteligencją i prawdziwie filozoficznym umysłem pojmie, że niepodobna przewidzieć przyszłości wszechświata, i że najmędrszym jest ten, który przygotowuje się na wszystko. Aby żywym przykładem poprzeć moje twierdzenie zapytuję, czy niewytłumaczona a nagła epidemja, o której donosi dzisiaj pański dziennik, a która szerzy się na Sumatrze, nie może być w związku z zaburzeniami kosmicznemi, dającemi się silniej odczuć wśród tamtejszej ludności, niż wśród bardziej psychicznie skomplikowanych mieszkańców Europy? Rzucam myśl, uważając, że uznawanie jej lub przeczenie w obecnych warunkach byłoby bezcelowe. Twierdzę jednak, że tylko zupełnie ograniczony umysł może ją uważać za przekraczającą granicę możliwości.
Z poważaniem
Jerzy Edward Challenger.
Briars, Rotherfield."
- Dobrze napisany, ciekawy list - rzekł poważnie Mc Ardle, wpychając papierosa do szklanej rurki, służącej mu za cygarniczkę. - Co pan myśli o tem panie Malone?
Musiałem się przyznać do haniebnej nieznajomości poruszanego przedmiotu. Co to było za linja Frauenhofera? Mc Ardle przy pomocy uczonego, wchodzącego w skład naszej redakcji, przestudiował był właśnie te zagadnienia; to też wziął z biurka dwie kolorowe tablice, przywodzące na myśl kokardy jakiegoś bardzo młodocianego a pełnego wygórowanych nadziei klubu cricketowego, i wskazał mi ciemne linje, krzyżujące się na jaskrawych pasmach, które przechodziły stopniowo od barw pomarańczowych, po przez żółte, zielone, błękitne i indygo, aż do fioletowych i innych.
- Te ciemne pasma - wyjaśnił - są to owe linje Frauenhofera. Kolorowe pasma oznaczają światło. Każdy promień przepuszczony przez pryzmat rozkłada się na te same kolory. Nie mają one w danym wypadku żadnego znaczenia, gdyż rozchodzi się właśnie o owe ciemne linje, które zmieniają się w zależności od tego, co jest przyczyną światła. Otóż te linje, dotychczas tak wyraźne poczęły się zacierać w ciągu ostatniego tygodnia, wywołując wśród astronomów kłótnie co do przyczyn tego zjawiska. Oto fotografia zatartych linji, przygotowana do jutrzejszego numeru. Dotychczas ogół wcale nie interesował się tą kwestią, ale mam wrażenie, że list Challengera podnieci ciekawość.
- A cóż się dzieje na Sumatrze?
- Zdawaćby się mogło, że niema najmniejszego związku miedzy zacieraniem się linji Frauenhofera w spectrum a chorobą, jaka wybuchła na Sumatrze. A jednak ten stary oryginał dowiódł nam już raz, że nie twierdzi niczego bezpodstawnie a epidemja, o której wspomina, nosi istotnie dziwne cechy; otrzymaliśmy też dzisiaj depeszę z Singapore, iż w cieśninie Sunda latarnie morskie są nieczynne i że wskutek tego dwa statki osiadły na mieliźnie. Tak czy owak chciałbym abyś pan wybadał Challengera, i o ile dowie się pan czegoś ciekawego, niech nam pan przygotuje artykuł na poniedziałek.
Wychodziłem z gabinetu redaktora rozmyślając nad powierzoną mi misją, gdy nagle usłyszałem jak w poczekalni na dole wymawiano moje nazwisko. Był to posłaniec z depeszą, którego odesłano z mego mieszkania w Streatham do redakcji; depesza pochodziła właśnie od tego człowieka, o którymśmy mówili i brzmiała jak następuje:
"Malenie, 17, Hill Steet, Streatham
Proszę przywieźć tlenu - Challenger".
"Przywieźć tlenu!" Znałem aż nadto dobrze ciężki dowcip profesora zarówno jak i jego niesamowite koncepty. Czyżby to był jeden z tych ulubionych żartów, wywołujących wybuchy hałaśliwej wesołości, podczas której oczy ginęły w twarzy profesora a on sam, nieczuły na wszystko co go otaczało, zamieniał się w otwarte ze śmiechu usta i olbrzymią trzęsącą się brodę? Odczytałem raz jeszcze depeszę, ale nie było w niej nic dwuznacznego, nic, coby zakrawało na kpiny. Przeciwnie zawierała polecenie aż nadto wyraźne, choć dosyć dziwaczne; ale profesor Challenger nie należał do ludzi, których polecenia pozwoliłbym sobie lekceważyć. Kto wie - rozważałem - czy nie chodzi tu o jakie doświadczenie chemiczne, lub może... Ale zastanowienie się nad przyczyną otrzymanego rozporządzenia nie należało bynajmniej do mnie; miałem go tylko wypełnić. Ponieważ pozostawała mi blisko godzina do odejścia pociągu, więc zawołałem taksometr i kazałem się wieść na Oxford street do Towarzystwa Dostawy Tlenu, którego adres wyszukałem w książce telefonicznej.
Gdy, przybywszy na miejsce, wyskoczyłem z auta, na chodniku ukazało się dwóch służących, dźwigających żelazny cylinder, który nie bez trudu poczęli ładować na stojące w pogotowiu auto. Tuż za nimi szedł starszy jakiś pan, gderając i dając im wskazówki niemiłym, zgryźliwym tonem. Obrócił się ku mnie, i natychmiast z tych ostrych rysów i krótkiej koźlej bródki, poznałem mego dawnego, zawsze jednako uszczypliwego towarzysza, profesora Summerlee.
- Co! - krzyknął - nie przypuszczałem, aby i pan otrzymał równie niedorzeczny telegram o tlen?
Pokazałem mu moją depeszę.
- No, no! I ja otrzymałem taką samą, i jak pan widzi zastosowałem się do niej, aczkolwiek bardzo niechętnie. Nasz przyjaciel jest niemożliwy jak zawsze. Zapotrzebowanie jego na tlen jest tak gwałtowne, że zamiast zamówić go w zwykły sposób, to jest wprost z zakładów, zabiera czas ludziom bardziej od siebie zajętym.
Wyraziłem przypuszczenie, iż Challenger potrzebował tlenu bezzwłocznie.
- Albo raczej zdawało mu się, iż go potrzebuje bezzwłocznie, a to całkiem co innego. Ale wobec zapasu, który ja nabyłem pan już nie potrzebuje kupować.
- Zdaje się jednak, że Challenger dla jakichściś przyczyn życzy sobie abym i ja przyniósł z sobą tlen, i przyznam się panu, że wolę zastosować się do jego życzenia.
I mimo gderliwych uwag Summerlee, kupiłem spory cylinder tlenu, który umieszczono w tym samym co i pierwszy aucie, gdyż Summerlee ofiarował się zabrać mnie z sobą na kolej.
Gdym odszedł do mego auta aby zapłacić za kurs, szofer wdał się ze mną w sprzeczkę co do należnej mu sumy, a gdy wreszcie powróciłem do profesora Summerlee, zastałem żywą kłótnię między nim, a woźnymi, którzy wynosili ze sklepu tlen. Mała, koźla bródka profesora trzęsła się ze złości, jeden z woźnych nazwał go: "starą, głupią papugą" co tak rozwścieczyło jego szofera, że wyskoczył z samochodu aby się ująć za swym panem, i zaledwie z trudnością udało się nam zażegnać bójkę na ulicy.
Zdawaćby się mogło na pozór, że drobne te wypadki nie zasługują nawet na uwagę, ale dziś gdy spoglądam na nie wstecz, zdaję sobie sprawę, że łączą się z historją, którą chcę opisać.
Wydało mi się, że szofer nasz albo był nowicjuszem, albo zdenerwował się niezwykle poprzedniem zajściem, gdyż przez całą drogę wiózł nas fatalnie. Dwukrotnie o małocośmy się nie zderzyli z innymi samochodami prowadzonymi równie nieuważnie i przypominam sobie, że zrobiłem uwagę, iż szoferzy londyńscy stają się coraz gorsi. Raz znów wpadliśmy na tłum przyglądający się jakiejś bójce na rogu Mall; mocno podnieceni, przechodnie poczęli nam wymyślać za niezdarną jazdę, a jakiś mężczyzna wskoczył mi stopień samochodu i wygrażał nam kijem. Zepchnąłem go oczywiście na jezdnie, ale obydwaj z profesorem odetchnęliśmy z ulgą gdyśmy wreszcie stanęli przed dworcem. Drobne te zajścia, następujące jedno po drugiem wytrąciły mnie z równowagi, a z nerwowych ruchów mego towarzysza wnioskowałem, że i jego cierpliwość jest już wyczerpana.
Humor wrócił nam jednak gdyśmy ujrzeli na stacji wysoką, szczupłą sylwetkę lorda Roxtona, ubranego w bronzowy, sportowy garnitur. Czekał na nas, a jego wyraziste rysy i przenikliwie, a zarazem takie dobre oczy - rozjaśniły się radością na nasz widok. Siwizna przyprószyła nieco jego kasztanowate włosy, a czas wyżłobił swym dłutem głębsze brózdy na jego czole, był to jednak zawsze ten sam lord John, najmilszy towarzysz dawnych przygód.
- Hallo, Herr Professor! Hallo, młodzieńcze! zawołał zbliżając się ku nam.
Wybuchnął śmiechem ujrzawszy dwa cylindry tlenu na wózku naszego tragarza.
- A więc i wyście kupili tego towaru! - zawołał - mój ładunek jest już w wagonie. Powiedzcie mi o co to chodzi naszemu poczciwcowi?
- Czytał pan jego list w "Times" co? spytałem.
- Jaki list?
- Głupstwa, banialuki! - ostro odezwał się Summerlee.
- Moim zdaniem tlen ten jest w ścisłym związku z przypuszczeniami, wyrażonemi w liście - zaopinjowałem.
- Głupstwa, banialuki! powtórzył znów Summerlee z niczem nieusprawiedliwiona gwałtownością.
Umieściliśmy się w międzyczasie w przedziale pierwszej klasy i Summerlee zdążył już zapalić swą odwieczną głogową fajeczkę, której dym zdawał się wędzić koniec jego długiego, zaczepnego nosa.
- Mądry to człowiek z przyjaciela Challenger - zaczął mówić, silnie podniecony - niepodobna temu zaprzeczyć. Jedynie dureń mógłby tego nie uznawać. Dość spojrzeć na kapelusz Challengera, przykrywający sześćdziesiąt uncji mózgu - a mózg ten to potężna maszyna, działająca sprawnie i niezmiernie wydajnie. Pokażcie mi skład a powiem wam jakich rozmiarów może być maszyna. Ale właściciel jej jest urodzonym szarlatanem - mówiłem mu to w oczy przy świadkach, - urodzonym szarlatanem, rozmiłowanym w dramatycznych efektach. Spokojnie jakoś na świecie, więc oto przyjaciel Challenger daje znak życia; nie przypuszczacie chyba panowie aby sam wierzył w te bzdury o zmianach w eterze i o niebezpieczeństwie, grożącem ludzkości? W życiu nie słyszałem podobnych bredni!
Siedział nastroszony, jak stary, siwy kruk i trząsł się ze złośliwego śmiechu.
Oburzenie rosło we mnie w miarę słów Summerlee. Nie powinien był wyrażać się w ten sposób o człowieku, któremu wszyscy trzej zawdzięczaliśmy sławę i taką sumę wrażeń i przeżyć jaką nie mógłby się poszczycić żaden ze współczesnych ludzi. Już otwierałem usta gotując się do jakiej gwałtownej repliki, gdy lord John mnie uprzedził.
- Już raz miał pan nieporozumienie z Challengerem - rzekł surowo - i został pan w jednym mgnieniu oka pobity, położony na obydwie łopatki. Nie panu z nim się mierzyć, profesorze Summerlee, i najlepiej pan zrobi nie wchodząc mu w drogę.
- Przytem - zauważyłem - Challenger był nam zawsze oddanym przyjacielem. Mimo wszystkich swych wad jest to człowiek nieposzlakowanie prawy i jestem przekonany, że nigdy nie odzywa się niepochlebnie o swych przyjaciołach po za ich plecami.
- Bardzo słusznie, młodzieńcze poparł mnie lord Roxton, a po chwili zwracając się ku profesorowi Summerlee, przyjaźnie poklepał go po ramieniu i dodał: "no, Herr Professor, nie będziemy się chyba kłócili. Zbyt wiele przeżyliśmy razem, ale niech pan nie tyka Challengera, bo i ja i ten tu obecny młody człowiek, mamy formalną słabość do starego.
Ale Summerlee nie był nastrojony zgodnie. Twarz jego wyrażała żywe niezadowolenie, a gęste. z widoczną złością puszczane, kłęby dymu poczęły wydobywać się z jego fajeczki.
- Co się tyczy pana, milordzie - zaskrzeczał - zdanie pańskie w kwestjach naukowych tyleż mnie obchodzi ile moje zdanie o jakiejś strzelbie nowego typu mogłoby obchodzić pana. Mam moje własne poglądy, których się nie wyrzeknę, a to żem się raz pomylił nie dowodzi bynajmniej abym miał bezkrytycznie wierzyć we wszelkie banialuki, jakie tylko Challengerowi podoba się głosić. A może go wzniesiemy do godności papieża nauki, którego dekrety, wydawane "ex cathedra", są nieomylne i mają być przyjmowane z należytą pokorą przez biedną ludzkość? Powtarzam raz jeszcze, mój panie, że kieruję się moim własnym rozumem i, że uważałbym się za niewolnika i snoba gdybym postępował inaczej. Jeżeli się panu podoba wierzyć w te brednie o eterze i linjach Frauenhofera, może pan sobie wierzyć ale nie wymagaj pan od starszych i mądrzejszych od siebie aby podzielali ten śmieszny pogląd. Czyż nie jest jasnem zresztą, że gdyby eter uległ tym zmianom o jakich mówi Challenger i był istotnie szkodliwy dla ludzkiego zdrowia, to bylibyśmy przedewszystkiem skonstatowali to na samych sobie? - tutaj roześmiał się tryumfalnie wobec własnego argumentu - tak, mój łaskawco, uleglibyśmy ogromnemu psychicznemu wstrząśnieniu i zamiast siedzieć spokojnie w przedziale kolejowym, roztrząsając zagadnienia naukowe, zdradzalibyśmy poważnie objawy zatrucia, działającego w naszym organizmie, Ale gdzież pan widzi ślady owych zaburzeń kosmicznych? W czem? Proszę o odpowiedź. Tak, mój panie proszę o odpowiedź. Teraz mi pan nie ujdzie, przyprę pana do muru.
Czułem się coraz bardzie] wzburzony; było coś niesłychanie irytującego w zachowaniu Summerlee.
- Sądzę, że nie byłby pan taki arbitralny w swych twierdzeniach gdyby pan lepiej znał fakty - rzekłem.
Summerlee wyjął z ust fajkę i utkwił we mnie surowe wejrzenie.
- Zechce mi pan wytłomaczyć co pan miał na myśli czyniąc tą, dość arogancką, uwagę?
- Miałem na myśli wiadomość jaką mi zakomunikował redaktor przed samym moim wyjazdem, a mianowicie: otrzymano telegram stwierdzający epidemję na Sumatrze i donoszący, iż latarnie morskie nie zostały zapalone w cieśninie Sunda.
- Nie, doprawdy, ludzka głupota powinna mieć jakieś granice - krzyknął Summerlee, wpadając wprost we wściekłość - jeśli nawet przyjmiemy hypotezy Challengera, - to czyż pan nie rozumie, że eter jest wszechświatową substancją, zupełnie jednakową w każdym punkcie ziemi? Czy może pan myśli, że istnieje eter angielski i eter sumatrański? A może pan sobie wyobraża, że eter w hrabstwie Kent jest lepszy niż w hrabstwie Surrey, przez które właśnie teraz jedziemy? Doprawdy łatwowierność i nieuctwo przeciętnego człowieka jest bezgraniczne. Czyż można twierdzić, że eter na Sumatrze jest tak szkodliwy, że wywołuje masową chorobę podczas gdy tutaj nie odczuwamy żadnych tego skutków? Bo osobiście nie czułem się nigdy zdrowszym fizycznie ani bardziej zrównoważonym umysłowo jak w tej chwili.
- Wszystko to być może - odparłem - nie myślę pretendować do miana uczonego, choć słyszałem kiedyś, że to co jedno pokolenie zwie nauką drugie zwie błędem. Ale wystarczy pewna doza zdrowego rozsądku aby zrozumieć, że eter, o którym wiemy w gruncie rzeczy tak mało, może dzięki lokalnym warunkom, uledz w pewnych częściach świata zmianom, które u nas dadzą się odczuć później.
- Tem coby być "mogło" wszystkiego pan dowiedzie - ze złością wrzasnął Summerlee. - Prosięta mogłyby fruwać. "Mogłyby" - ale nie fruwają. Nie warto nawet dysputować z wami. Challenger nabił wam głowę nonsensami i żaden z was nie potrafi logicznie rozumować. Z równem powodzeniem mógłbym się zwracać do tych poduszek wagonowych.
- Muszę stwierdzić, profesorze, że obejście pańskie uległo znacznej zmianie ku gorszemu od chwili naszego ostatniego spotkania - zauważył surowo lord John.
- Wasze lordowskie Moście nie są przyzwyczajone do słuchania prawdy - zgryźliwie odparł Summerlee - Jest wam trochę nieprzyjemnie gdy ktoś da wam uczuć, że bez względu na wszystkie swe tytuły jesteście poprostu nieukami.
- Na honor, mój panie - wyniośle i ostro przemówił lord John - na honor, gdyby nie wiek pański, oduczyłbym pana od zwracania się do mnie w podobnie obraźliwy sposób.
Summerlee wydął wargi, trzęsąc swą koźlą bródką.
- Pozwolę sobie zauważyć milordzie rzekł - że nigdy w życiu, teraz czy też w młodości, nie bałem się wyrażać otwarcie mego zdania wobec takiego osła jak pan - tak, powtarzam, osła, choćby pan miał tyle tytułów, ile ich mogą wymyśleć niewolnicy a durnie uznać.
Przez chwilę oczy lorda Johna błysnęły groźnie, ale niesłychanym wysiłkiem zapanował nad sobą i wsparłszy się o poduszki wagonu, skrzyżował ramiona i gorzko się uśmiechnął. Na mimie to całe zajście wywarło przygnębiające wrażenie; wspomnienia przeszłości stanęły żywo przedemną: nasza wzajemna przyjaźń, szczęśliwe, pełne przygód dnie, to wszystko cośmy wspólnie przecierpieli, o cośmy walczyli wspólnie i wspólnie zdobyli [patrz: "Świat zaginiony"]. I oto czem się to skończyło! Obrazą i kłótnią! Nagle rozpłakałem się; głośne szlochanie, którego nie mogłem ukryć i nad którem nie potrafiłem zapanować wyrwało się z moje] piersi. Towarzysze moi spojrzeli na mnie ze zdumieniem; zakryłem twarz dłońmi.
- To nic, to drobnostka - rzekłem - tylko tak bardzo mi przykro.
- Ależ pan jest chory, młodzieńcze - rzeki lord John - panu coś dolega. Zauważyłem odrazu, że pan jest jakiś nieswój.
- Przyzwyczajenia pańskie nie zmieniły się w ciągu tych trzech lat - zauważył Summerlee, trzęsąc głową - i ja również zauważyłem coś niesamowitego w pańskiem zachowaniu od pierwszej chwili spotkania. Ale niech się pan nie rozczula napróżno milordzie, te łzy są poprostu wynikiem alkoholu; nasz towarzysz spił się. Wracając do rzeczy milordzie nazwałem pana przed chwilą osłem co było nieco za ostre. Ale to mi przypomina pewną umiejętność, pospolitą lecz zabawną, którą niegdyś posiadałem. Znacie mnie obydwaj jako poważnego męża nauki, otóż czy możecie sobie wyobrazić że cieszyłem się kiedyś wśród dzieci wielkiem uznaniem jako naśladowca głosów rozmaitych zwierząt? Może mi się uda uprzyjemnić wam nieco tę podróż; czyby to naprzykład zabawiło pana, gdybym zapiał jak kogut?
- Nie, panie - odparł lord John, który czuł się głęboko obrażonym - toby mnie wcale nie zabawiło.
- Uważano ogólnie, że doskonale naśladuję gdakanie kury, która tylko co zniosła jajko. Czy chce pan abym to zademonstrował?
- Nie, proszę pana, bynajmniej nie chcę.
Mimo tak wyraźnej odmowy, profesor Summerlee odłożył fajkę i przez cały czas podróży zabawiał nas - lub raczej usiłował zabawić - naśladowaniem przeróżnych głosów ptasich i zwierzęcych, co wydało mi się tak absurdalne, że od łez przeszedłem do niepohamowanego śmiechu, i zanosiłem się niemal histerycznie, widząc przed sobą, a raczej słysząc, poważnego profesora piejącego jak kogut, lub skomlącego jak szczeniak, któremu przycięto ogon. W pewnej chwili lord John podał mi gazetę na brzegu której napisał ołówkiem: "biedny facet! zupełnie oszalał". Rzeczywiście zachowanie się Summerlee było niepojęte, a jednak wydało mi się niesłychanie dowcipnem i zajmującem.
Tymczasem lord John pochylił się ku mnie i począł mi opowiadać jakąś zawiłą historję o bawole i indyjskim radży; historję, która nie miała początku i zdawała się nie mieć końca. Profesor Summerlee zaczął właśnie świergotać jak kanarek, a lord John doszedł do kulminacyjnego punktu w swem opowiadaniu, gdy pociąg zatrzymał się na stacji w Jervis Brook, gdzie mieliśmy wysiąść, aby udać się do Rotherfield.
Challenger czekał na nas; wyglądał wspaniale. Żaden paw na świecie nie mógłby mu dorównać w tej napuszonej godności, z jaką przechadzał się zwolna po stacyjce kolejowej, spoglądając wokoło z dobrotliwym, pełnym pobłażania uśmiechem. Jeżeli zmienił się w czemkolwiek w ciągu paru ubiegłych lat, to jedynie w tem, iż rysy jego stały się wyrazistsze, głowa jego, i czoło ze spadającym nań kędziorem ciemnych włosów zdawały się jeszcze większe niż dawniej. Czarna jego broda spływała na piersi jeszcze gęstszą kaskadą, a szare bystre oczy, ukryte pod ciężkimi powiekami były bardziej niż kiedykolwiek rozkazujące.
Powitał mnie żartobliwym uściskiem ręki i tym łaskawym uśmiechem jakim obdarza nauczyciel małego smarkacza, poczem przywitawszy się z mymi towarzyszami, pomógł nam pozbierać walizki i cylindry z tlenem i umieścić się w wielkim samochodzie, prowadzonym przez Austina, tego samego niewzruszonego i mało mówiącego osobnika, którego oglądałem w charakterze kamerdynera, gdym poraz pierwszy odwiedził profesora [patrz: "Świat zaginiony"]. Droga nasza wiła się kręto pod górę, wśród ślicznej okolicy. Zająłem miejsce obok szofera, trzej zaś moi towarzysze umieściwszy się w głębi samochodu, zdawali się mówić wszyscy jednocześnie. Lord John nie mógł, jak mi się zdawało, wybrnąć ze swej historji o bawołach, a raz po raz dobiegał mnie arbitralny bas Challengera i skrzekliwy falcet Summerlee, pogrążonych już w jakiejś naukowej dyspucie. Nagle Austin pochylił ku mnie swą smagłą twarz i rzekł, nie odrywając oczu od kierownicy:
- Pan mnie wydalił.
- Istotnie? - zapytałem.
Wszystko wydawało się dziwne w tym dniu; każdy mówił coś nieoczekiwanego. Był to jakby sen.
- To już czterdziesty siódmy raz - ciągnął Austin w zamyśleniu.
- No i kiedyż odchodzicie? zapytałem w braku lepszej uwagi.
- Nie odchodzę wcale - odparł Austin.
Zdawało się, że rozmowa na tem się urwie, ale po chwili Austin znów ją podjął.
- Gdybym odszedł - zaczął - któżby miał staranie o nimi? - i tu uczynił głową ruch w stronę swego pana - ktoby mu służył?
- Ktoś inny? - zauważyłem niezręcznie.
- Wątpię. Niktby tu nie wytrzymał tygodnia. Pan bezemnie byłby jak zegar bez sprężyny. Mówię to panu bo pan jest przyjacielem mojego pana i powinien wiedzieć co się święci: Właściwie powinienbym go wziąć za słowo - ale nie mam serca. Pan i pani byliby tu jak niemowlęta w powijakach. Nie mogą obejść się bezemnie, aż tu masz, pan przychodzi i wydala mnie.
- Czemu nikt inny nie wytrzymałby tu? spytałem...
- Nie miałby nikt tej wyrozumiałości co ja. Mój pan jest bardzo mądry - ho, ho, aż za mądry. Ta mądrość to mu nawet szkodzi, tak że czasami nie ma tycia rozumu co małe dziecko. Czy pan wie naprzykład co zrobił dziś zrana?
- Cóż zrobił?
Austin pochylił się ku mnie.
- Ugryzł służącą - zakomunikował mi chrypliwym szeptem.
- Ugryzł?
- Tak proszę pana, ugryzł ją w nogę. Na własne oczy widziałem jak wyleciała z pokoju niczem oparzona.
- Wielki Boże!
- Ho, ho, nie takby pan mówił, gdyby wiedział wszystko co się tu dzieje. Nasz pan nie przyjaźni się z nikim w okolicy. Niektórzy mówią, że najlepsze dla niego towarzystwo, to te małpy w dalekich krajach, co to pan o tem opisywał. Tak powiadają, proszę pana. Ale ja służę u pana już dziesięć lat, przywiązałem się do niego, i wiem, że mimo wszystko to mądry człowiek i że to wielki honor służyć u niego. Ale czasami trudno z nim wytrzymać. Proszę niech pan sam powie, czy to jest ta sławna, stara gościnność? Niech pan to przeczyta.
Zwolniwszy biegu jechaliśmy pod dość stromą górę; na skręcie, przymocowana do gęstego żywopłota, widniała spora tablica, a na niej uderzały oko te kilka słów:
Ostrzeżenie!
Goście, dziennikarze i żebracy
nie są mile widziani.
J. E. Challenger.
- Oj, nie jest to gościnne - rzekł Austin, potrząsając głową i patrząc na opłakaną tablicę - nie można tak z ludźmi: Przepraszam pana za moją gadatliwość; od wielu lat nie mówiłem tak wiele, ale dzisiaj nie mogłem zapanować nad sobą. Żeby pan pękł ze złości to nie odejdę. Jestem jego służącym, on jest moim panem i tak już chyba pozostanie do śmierci.
Minęliśmy biało malowaną bramę i wjechaliśmy w półokrągły zajazd wysadzany krzakami rododendronów; w głębi widniała jednopiętrowa, ładna willa, zbudowana z czerwonej cegły i biało - lakierowanego drzewa. Pani Challenger, drobna, zgrabna i uśmiechnięta wyszła na próg aby nas powitać.
- Otóż kochanie - zawołał Challenger, wyskakując z auta - otóż i nasi goście. Prawdziwa to dla nas nowina mieć gości. Nie cieszymy się zbytnią sympatią wśród naszych sąsiadów, prawda? Gdyby nam mogli nasypać trucizny do pieczywa, uczyniliby to niezawodnie.
- Ach, to okropne - rzekła profesorowa, napoły ze śmiechem a napoły ze łzami - Jerzy kłóci się ze wszystkimi. Nie mamy w okolicy ani jednej życzliwej duszy.
- To mi daje możność skoncentrowania całkowitej mojej uwagi na zalety mojej nieporównanej żonki - rzeki Challenger obejmując krótkiem, muskularnem ramieniem smukłą kibić żony, co sprawiało wrażenie goryla zalecającego się do gazeli - no ale ci panowie muszą być znużeni podróżą a przytem i czas na śniadanie. Czy Sara wróciła?
Gospodyni domu przecząco ruszyła głową, profesor zaś roześmiał się głośno i pogładził brodę zwykłym sobie, wyniosłym ruchem.
- Hej Austin - zawołał - po umieszczeniu samochodu w garażu pomożecie pani nakryć do stołu. A teraz, moi panowie, może zechcecie wstąpić na chwilę do mego gabinetu, gdyż mam wam do powiedzenia parę nader ważnych rzeczy.
The Poison Belt
CHAPTER I
THE BLURRING OF LINES
It is imperative that now at once, while these stupendous events are still clear in my mind, I should set them down with that exactness of detail which time may blur. But even as I do so, I am overwhelmed by the wonder of the fact that it should be our little group of the ˝Lost World˝-Professor Challenger, Professor Summerlee, Lord John Roxton, and myself-who have passed through this amazing experience.
When, some years ago, I chronicled in the Daily Gazette our epoch-making journey in South America, I little thought that it should ever fall to my lot to tell an even stranger personal experience, one which is unique in all human annals and must stand out in the records of history as a great peak among the humble foothills which surround it. The event itself will always be marvellous, but the circumstances that we four were together at the time of this extraordinary episode came about in a most natural and, indeed, inevitable fashion. I will explain the events which led up to it as shortly and as clearly as I can, though I am well aware that the fuller the detail upon such a subject the more welcome it will be to the reader, for the public curiosity has been and still is insatiable.
It was upon Friday, the twenty-seventh of August-a date forever memorable in the history of the world-that I went down to the office of my paper and asked for three days' leave of absence from Mr. McArdle, who still presided over our news department. The good old Scotchman shook his head, scratched his dwindling fringe of ruddy fluff, and finally put his reluctance into words.
˝I was thinking, Mr. Malone, that we could employ you to advantage these days. I was thinking there was a story that you are the only man that could handle as it should be handled.˝
˝I am sorry for that,˝ said I, trying to hide my disappointment. ˝Of course if I am needed, there is an end of the matter. But the engagement was important and intimate. If I could be spared--˝
˝Well, I don't see that you can.˝
It was bitter, but I had to put the best face I could upon it. After all, it was my own fault, for I should have known by this time that a journalist has no right to make plans of his own.
˝Then I'll think no more of it,˝ said I with as much cheerfulness as I could assume at so short a notice. ˝What was it that you wanted me to do?˝
˝Well, it was just to interview that deevil of a man down at Rotherfield.˝
˝You don't mean Professor Challenger?˝ I cried.
˝Aye, it's just him that I do mean. He ran young Alec Simpson of the Courier a mile down the high road last week by the collar of his coat and the slack of his breeches. You'll have read of it, likely, in the police report. Our boys would as soon interview a loose alligator in the zoo. But you could do it, I'm thinking-an old friend like you.˝
˝Why,˝ said I, greatly relieved, ˝this makes it all easy. It so happens that it was to visit Professor Challenger at Rotherfield that I was asking for leave of absence. The fact is, that it is the anniversary of our main adventure on the plateau three years ago, and he has asked our whole party down to his house to see him and celebrate the occasion.˝
˝Capital!˝ cried McArdle, rubbing his hands and beaming through his glasses. ˝Then you will be able to get his opeenions out of him. In any other man I would say it was all moonshine, but the fellow has made good once, and who knows but he may again!˝
˝Get what out of him?˝ I asked. ˝What has he been doing?˝
˝Haven't you seen his letter on 'Scientific Possibeelities' in to-day's Times?˝
˝No.˝
McArdle dived down and picked a copy from the floor.
˝Read it aloud,˝ said he, indicating a column with his finger. ˝I'd be glad to hear it again, for I am not sure now that I have the man's meaning clear in my head.˝
This was the letter which I read to the news editor of the Gazette:-
˝SCIENTIFIC POSSIBILITIES˝
˝Sir,-I have read with amusement, not wholly unmixed with some less complimentary emotion, the complacent and wholly fatuous letter of James Wilson MacPhail which has lately appeared in your columns upon the subject of the blurring of Fraunhofer's lines in the spectra both of the planets and of the fixed stars. He dismisses the matter as of no significance. To a wider intelligence it may well seem of very great possible importance-so great as to involve the ultimate welfare of every man, woman, and child upon this planet. I can hardly hope, by the use of scientific language, to convey any sense of my meaning to those ineffectual people who gather their ideas from the columns of a daily newspaper. I will endeavour, therefore, to condescend to their limitation and to indicate the situation by the use of a homely analogy which will be within the limits of the intelligence of your readers.˝
˝Man, he's a wonder-a living wonder!˝ said McArdle, shaking his head reflectively. ˝He'd put up the feathers of a sucking-dove and set up a riot in a Quakers' meeting. No wonder he has made London too hot for him. It's a peety, Mr. Malone, for it's a grand brain! We'll let's have the analogy.˝
˝We will suppose,˝ I read, ˝that a small bundle of connected corks was launched in a sluggish current upon a voyage across the Atlantic. The corks drift slowly on from day to day with the same conditions all round them. If the corks were sentient we could imagine that they would consider these conditions to be permanent and assured. But we, with our superior knowledge, know that many things might happen to surprise the corks. They might possibly float up against a ship, or a sleeping whale, or become entangled in seaweed. In any case, their voyage would probably end by their being thrown up on the rocky coast of Labrador. But what could they know of all this while they drifted so gently day by day in what they thought was a limitless and homogeneous ocean?
˝Your readers will possibly comprehend that the Atlantic, in this parable, stands for the mighty ocean of ether through which we drift and that the bunch of corks represents the little and obscure planetary system to which we belong. A third-rate sun, with its rag tag and bobtail of insignificant satellites, we float under the same daily conditions towards some unknown end, some squalid catastrophe which will overwhelm us at the ultimate confines of space, where we are swept over an etheric Niagara or dashed upon some unthinkable Labrador. I see no room here for the shallow and ignorant optimism of your correspondent, Mr. James Wilson MacPhail, but many reasons why we should watch with a very close and interested attention every indication of change in those cosmic surroundings upon which our own ultimate fate may depend.˝
˝Man, he'd have made a grand meenister,˝ said McArdle. ˝It just booms like an organ. Let's get doun to what it is that's troubling him.˝
˝The general blurring and shifting of Fraunhofer's lines of the spectrum point, in my opinion, to a widespread cosmic change of a subtle and singular character. Light from a planet is the reflected light of the sun. Light from a star is a self-produced light. But the spectra both from planets and stars have, in this instance, all undergone the same change. Is it, then, a change in those planets and stars? To me such an idea is inconceivable. What common change could simultaneously come upon them all? Is it a change in our own atmosphere? It is possible, but in the highest degree improbable, since we see no signs of it around us, and chemical analysis has failed to reveal it. What, then, is the third possibility? That it may be a change in the conducting medium, in that infinitely fine ether which extends from star to star and pervades the whole universe. Deep in that ocean we are floating upon a slow current. Might that current not drift us into belts of ether which are novel and have properties of which we have never conceived? There is a change somewhere. This cosmic disturbance of the spectrum proves it. It may be a good change. It may be an evil one. It may be a neutral one. We do not know. Shallow observers may treat the matter as one which can be disregarded, but one who like myself is possessed of the deeper intelligence of the true philosopher will understand that the possibilities of the universe are incalculable and that the wisest man is he who holds himself ready for the unexpected. To take an obvious example, who would undertake to say that the mysterious and universal outbreak of illness, recorded in your columns this very morning as having broken out among the indigenous races of Sumatra, has no connection with some cosmic change to which they may respond more quickly than the more complex peoples of Europe? I throw out the idea for what it is worth. To assert it is, in the present stage, as unprofitable as to deny it, but it is an unimaginative numskull who is too dense to perceive that it is well within the bounds of scientific possibility.
˝Yours faithfully,
˝GEORGE EDWARD CHALLENGER.
˝THE BRIARS, ROTHERFIELD.˝
˝It's a fine, steemulating letter,˝ said McArdle thoughtfully, fitting a cigarette into the long glass tube which he used as a holder. ˝What's your opeenion of it, Mr. Malone?˝
I had to confess my total and humiliating ignorance of the subject at issue. What, for example, were Fraunhofer's lines? McArdle had just been studying the matter with the aid of our tame scientist at the office, and he picked from his desk two of those many-coloured spectral bands which bear a general resemblance to the hat-ribbons of some young and ambitious cricket club. He pointed out to me that there were certain black lines which formed crossbars upon the series of brilliant colours extending from the red at one end through gradations of orange, yellow, green, blue, and indigo to the violet at the other.
˝Those dark bands are Fraunhofer's lines,˝ said he. ˝The colours are just light itself. Every light, if you can split it up with a prism, gives the same colours. They tell us nothing. It is the lines that count, because they vary according to what it may be that produces the light. It is these lines that have been blurred instead of clear this last week, and all the astronomers have been quarreling over the reason. Here's a photograph of the blurred lines for our issue to-morrow. The public have taken no interest in the matter up to now, but this letter of Challenger's in the Times will make them wake up, I'm thinking.˝
˝And this about Sumatra?˝
˝Well, it's a long cry from a blurred line in a spectrum to a sick nigger in Sumatra. And yet the chiel has shown us once before that he knows what he's talking about. There is some queer illness down yonder, that's beyond all doubt, and to-day there's a cable just come in from Singapore that the lighthouses are out of action in the Straits of Sundan, and two ships on the beach in consequence. Anyhow, it's good enough for you to interview Challenger upon. If you get anything definite, let us have a column by Monday.˝
I was coming out from the news editor's room, turning over my new mission in my mind, when I heard my name called from the waiting-room below. It was a telegraph-boy with a wire which had been forwarded from my lodgings at Streatham. The message was from the very man we had been discussing, and ran thus:-
Malone, 17, Hill Street, Streatham.-Bring oxygen.-Challenger.
˝Bring oxygen!˝ The Professor, as I remembered him, had an elephantine sense of humour capable of the most clumsy and unwieldly gambollings. Was this one of those jokes which used to reduce him to uproarious laughter, when his eyes would disappear and he was all gaping mouth and wagging beard, supremely indifferent to the gravity of all around him? I turned the words over, but could make nothing even remotely jocose out of them. Then surely it was a concise order-though a very strange one. He was the last man in the world whose deliberate command I should care to disobey. Possibly some chemical experiment was afoot; possibly--Well, it was no business of mine to speculate upon why he wanted it. I must get it. There was nearly an hour before I should catch the train at Victoria. I took a taxi, and having ascertained the address from the telephone book, I made for the Oxygen Tube Supply Company in Oxford Street.
As I alighted on the pavement at my destination, two youths emerged from the door of the establishment carrying an iron cylinder, which, with some trouble, they hoisted into a waiting motor-car. An elderly man was at their heels scolding and directing in a creaky, sardonic voice. He turned towards me. There was no mistaking those austere features and that goatee beard. It was my old cross-grained companion, Professor Summerlee.
˝What!˝ he cried. ˝Don't tell me that you have had one of these preposterous telegrams for oxygen?˝
I exhibited it.
˝Well, well! I have had one too, and, as you see, very much against the grain, I have acted upon it. Our good friend is as impossible as ever. The need for oxygen could not have been so urgent that he must desert the usual means of supply and encroach upon the time of those who are really busier than himself. Why could he not order it direct?˝
I could only suggest that he probably wanted it at once.
˝Or thought he did, which is quite another matter. But it is superfluous now for you to purchase any, since I have this considerable supply.˝
˝Still, for some reason he seems to wish that I should bring oxygen too. It will be safer to do exactly what he tells me.˝
Accordingly, in spite of many grumbles and remonstrances from Summerlee, I ordered an additional tube, which was placed with the other in his motor-car, for he had offered me a lift to Victoria.
I turned away to pay off my taxi, the driver of which was very cantankerous and abusive over his fare. As I came back to Professor Summerlee, he was having a furious altercation with the men who had carried down the oxygen, his little white goat's beard jerking with indignation. One of the fellows called him, I remember, ˝a silly old bleached cockatoo,˝ which so enraged his chauffeur that he bounded out of his seat to take the part of his insulted master, and it was all we could do to prevent a riot in the street.
These little things may seem trivial to relate, and passed as mere incidents at the time. It is only now, as I look back, that I see their relation to the whole story which I have to unfold.
The chauffeur must, as it seemed to me, have been a novice or else have lost his nerve in this disturbance, for he drove vilely on the way to the station. Twice we nearly had collisions with other equally erratic vehicles, and I remember remarking to Summerlee that the standard of driving in London had very much declined. Once we brushed the very edge of a great crowd which was watching a fight at the corner of the Mall. The people, who were much excited, raised cries of anger at the clumsy driving, and one fellow sprang upon the step and waved a stick above our heads. I pushed him off, but we were glad when we had got clear of them and safe out of the park. These little events, coming one after the other, left me very jangled in my nerves, and I could see from my companion's petulant manner that his own patience had got to a low ebb.
But our good humour was restored when we saw Lord John Roxton waiting for us upon the platform, his tall, thin figure clad in a yellow tweed shooting-suit. His keen face, with those unforgettable eyes, so fierce and yet so humorous, flushed with pleasure at the sight of us. His ruddy hair was shot with grey, and the furrows upon his brow had been cut a little deeper by Time's chisel, but in all else he was the Lord John who had been our good comrade in the past.
˝Hullo, Herr Professor! Hullo, young fella!˝ he shouted as he came toward us.
He roared with amusement when he saw the oxygen cylinders upon the porter's trolly behind us. ˝So you've got them too!˝ he cried. ˝Mine is in the van. Whatever can the old dear be after?˝
˝Have you seen his letter in the Times?˝ I asked.
˝What was it?˝
˝Stuff and nonsense!˝ said Summerlee harshly.
˝Well, it's at the bottom of this oxygen business, or I am mistaken,˝ said I.
˝Stuff and nonsense!˝ cried Summerlee again with quite unnecessary violence. We had all got into a first-class smoker, and he had already lit the short and charred old briar pipe which seemed to singe the end of his long, aggressive nose.
˝Friend Challenger is a clever man,˝ said he with great vehemence. ˝No one can deny it. It's a fool that denies it. Look at his hat. There's a sixty-ounce brain inside it-a big engine, running smooth, and turning out clean work. Show me the engine-house and I'll tell you the size of the engine. But he is a born charlatan-you've heard me tell him so to his face-a born charlatan, with a kind of dramatic trick of jumping into the limelight. Things are quiet, so friend Challenger sees a chance to set the public talking about him. You don't imagine that he seriously believes all this nonsense about a change in the ether and a danger to the human race? Was ever such a cock-and-bull story in this life?˝
He sat like an old white raven, croaking and shaking with sardonic laughter.
A wave of anger passed through me as I listened to Summerlee. It was disgraceful that he should speak thus of the leader who had been the source of all our fame and given us such an experience as no men have ever enjoyed. I had opened my mouth to utter some hot retort, when Lord John got before me.
˝You had a scrap once before with old man Challenger,˝ said he sternly, ˝and you were down and out inside ten seconds. It seems to me, Professor Summerlee, he's beyond your class, and the best you can do with him is to walk wide and leave him alone.˝
˝Besides,˝ said I, ˝he has been a good friend to every one of us. Whatever his faults may be, he is as straight as a line, and I don't believe he ever speaks evil of his comrades behind their backs.˝
˝Well said, young fellah-my-lad,˝ said Lord John Roxton. Then, with a kindly smile, he slapped Professor Summerlee upon his shoulder. ˝Come, Herr Professor, we're not going to quarrel at this time of day. We've seen too much together. But keep off the grass when you get near Challenger, for this young fellah and I have a bit of a weakness for the old dear.˝
But Summerlee was in no humour for compromise. His face was screwed up in rigid disapproval, and thick curls of angry smoke rolled up from his pipe.
˝As to you, Lord John Roxton,˝ he creaked, ˝your opinion upon a matter of science is of as much value in my eyes as my views upon a new type of shot-gun would be in yours. I have my own judgment, sir, and I use it in my own way. Because it has misled me once, is that any reason why I should accept without criticism anything, however far-fetched, which this man may care to put forward? Are we to have a Pope of science, with infallible decrees laid down ex cathedra, and accepted without question by the poor humble public? I tell you, sir, that I have a brain of my own and that I should feel myself to be a snob and a slave if I did not use it. If it pleases you to believe this rigmarole about ether and Fraunhofer's lines upon the spectrum, do so by all means, but do not ask one who is older and wiser than yourself to share in your folly. Is it not evident that if the ether were affected to the degree which he maintains, and if it were obnoxious to human health, the result of it would already be apparent upon ourselves?˝ Here he laughed with uproarious triumph over his own argument. ˝Yes, sir, we should already be very far from our normal selves, and instead of sitting quietly discussing scientific problems in a railway train we should be showing actual symptoms of the poison which was working within us. Where do we see any signs of this poisonous cosmic disturbance? Answer me that, sir! Answer me that! Come, come, no evasion! I pin you to an answer!˝
I felt more and more angry. There was something very irritating and aggressive in Summerlee's demeanour.
˝I think that if you knew more about the facts you might be less positive in your opinion,˝ said I.
Summerlee took his pipe from his mouth and fixed me with a stony stare.
˝Pray what do you mean, sir, by that somewhat impertinent observation?˝
˝I mean that when I was leaving the office the news editor told me that a telegram had come in confirming the general illness of the Sumatra natives, and adding that the lights had not been lit in the Straits of Sunda.˝
˝Really, there should be some limits to human folly!˝ cried Summerlee in a positive fury. ˝Is it possible that you do not realize that ether, if for a moment we adopt Challenger's preposterous supposition, is a universal substance which is the same here as at the other side of the world? Do you for an instant suppose that there is an English ether and a Sumatran ether? Perhaps you imagine that the ether of Kent is in some way superior to the ether of Surrey, through which this train is now bearing us. There really are no bounds to the credulity and ignorance of the average layman. Is it conceivable that the ether in Sumatra should be so deadly as to cause total insensibility at the very time when the ether here has had no appreciable effect upon us whatever? Personally, I can truly say that I never felt stronger in body or better balanced in mind in my life.˝
˝That may be. I don't profess to be a scientific man,˝ said I, ˝though I have heard somewhere that the science of one generation is usually the fallacy of the next. But it does not take much common sense to see that, as we seem to know so little about ether, it might be affected by some local conditions in various parts of the world and might show an effect over there which would only develop later with us.˝
˝With 'might' and 'may' you can prove anything,˝ cried Summerlee furiously. ˝Pigs may fly. Yes, sir, pigs may fly-but they don't. It is not worth arguing with you. Challenger has filled you with his nonsense and you are both incapable of reason. I had as soon lay arguments before those railway cushions.˝
˝I must say, Professor Summerlee, that your manners do not seem to have improved since I last had the pleasure of meeting you,˝ said Lord John severely.
˝You lordlings are not accustomed to hear the truth,˝ Summerlee answered with a bitter smile. ˝It comes as a bit of a shock, does it not, when someone makes you realize that your title leaves you none the less a very ignorant man?˝
˝Upon my word, sir,˝ said Lord John, very stern and rigid, ˝if you were a younger man you would not dare to speak to me in so offensive a fashion.˝
Summerlee thrust out his chin, with its little wagging tuft of goatee beard.
˝I would have you know, sir, that, young or old, there has never been a time in my life when I was afraid to speak my mind to an ignorant coxcomb-yes, sir, an ignorant coxcomb, if you had as many titles as slaves could invent and fools could adopt.˝
For a moment Lord John's eyes blazed, and then, with a tremendous effort, he mastered his anger and leaned back in his seat with arms folded and a bitter smile upon his face. To me all this was dreadful and deplorable. Like a wave, the memory of the past swept over me, the good comradeship, the happy, adventurous days-all that we had suffered and worked for and won. That it should have come to this-to insults and abuse! Suddenly I was sobbing-sobbing in loud, gulping, uncontrollable sobs which refused to be concealed. My companions looked at me in surprise. I covered my face with my hands.
˝It's all right,˝ said I. ˝Only-only it is such a pity!˝
˝You're ill, young fellah, that's what's amiss with you,˝ said Lord John. ˝I thought you were queer from the first.˝
˝Your habits, sir, have not mended in these three years,˝ said Summerlee, shaking his head. ˝I also did not fail to observe your strange manner the moment we met. You need not waste your sympathy, Lord John. These tears are purely alcoholic. The man has been drinking. By the way, Lord John, I called you a coxcomb just now, which was perhaps unduly severe. But the word reminds me of a small accomplishment, trivial but amusing, which I used to possess. You know me as the austere man of science. Can you believe that I once had a well-deserved reputation in several nurseries as a farmyard imitator? Perhaps I can help you to pass the time in a pleasant way. Would it amuse you to hear me crow like a cock?˝
˝No, sir,˝ said Lord John, who was still greatly offended, ˝it would not amuse me.˝
˝My imitation of the clucking hen who had just laid an egg was also considered rather above the average. Might I venture?˝
˝No, sir, no-certainly not.˝
But in spite of this earnest prohibition, Professor Summerlee laid down his pipe and for the rest of our journey he entertained-or failed to entertain-us by a succession of bird and animal cries which seemed so absurd that my tears were suddenly changed into boisterous laughter, which must have become quite hysterical as I sat opposite this grave Professor and saw him-or rather heard him-in the character of the uproarious rooster or the puppy whose tail had been trodden upon. Once Lord John passed across his newspaper, upon the margin of which he had written in pencil, ˝Poor devil! Mad as a hatter.˝ No doubt it was very eccentric, and yet the performance struck me as extraordinarily clever and amusing.
Whilst this was going on, Lord John leaned forward and told me some interminable story about a buffalo and an Indian rajah which seemed to me to have neither beginning nor end. Professor Summerlee had just begun to chirrup like a canary, and Lord John to get to the climax of his story, when the train drew up at Jarvis Brook, which had been given us as the station for Rotherfield.
And there was Challenger to meet us. His appearance was glorious. Not all the turkey-cocks in creation could match the slow, high-stepping dignity with which he paraded his own railway station and the benignant smile of condescending encouragement with which he regarded everybody around him. If he had changed in anything since the days of old, it was that his points had become accentuated. The huge head and broad sweep of forehead, with its plastered lock of black hair, seemed even greater than before. His black beard poured forward in a more impressive cascade, and his clear grey eyes, with their insolent and sardonic eyelids, were even more masterful than of yore.
He gave me the amused hand-shake and encouraging smile which the head master bestows upon the small boy, and, having greeted the others and helped to collect their bags and their cylinders of oxygen, he stowed us and them away in a large motor-car which was driven by the same impassive Austin, the man of few words, whom I had seen in the character of butler upon the occasion of my first eventful visit to the Professor. Our journey led us up a winding hill through beautiful country. I sat in front with the chauffeur, but behind me my three comrades seemed to me to be all talking together. Lord John was still struggling with his buffalo story, so far as I could make out, while once again I heard, as of old, the deep rumble of Challenger and the insistent accents of Summerlee as their brains locked in high and fierce scientific debate. Suddenly Austin slanted his mahogany face toward me without taking his eyes from his steering-wheel.
˝I'm under notice,˝ said he.
˝Dear me!˝ said I.
Everything seemed strange to-day. Everyone said queer, unexpected things. It was like a dream.
˝It's forty-seven times,˝ said Austin reflectively.
˝When do you go?˝ I asked, for want of some better observation.
˝I don't go,˝ said Austin.
The conversation seemed to have ended there, but presently he came back to it.
˝If I was to go, who would look after 'im?˝ He jerked his head toward his master. ˝Who would 'e get to serve 'im?˝
˝Someone else,˝ I suggested lamely.
˝Not 'e. No one would stay a week. If I was to go, that 'ouse would run down like a watch with the mainspring out. I'm telling you because you're 'is friend, and you ought to know. If I was to take 'im at 'is word-but there, I wouldn't have the 'eart. 'E and the missus would be like two babes left out in a bundle. I'm just everything. And then 'e goes and gives me notice.˝
˝Why would no one stay?˝ I asked.
˝Well, they wouldn't make allowances, same as I do. 'E's a very clever man, the master-so clever that 'e's clean balmy sometimes. I've seen 'im right off 'is onion, and no error. Well, look what 'e did this morning.˝
˝What did he do?˝
Austin bent over to me.
˝'E bit the 'ousekeeper,˝ said he in a hoarse whisper.
˝Bit her?˝
˝Yes, sir. Bit 'er on the leg. I saw 'er with my own eyes startin' a marathon from the 'all-door.˝
˝Good gracious!˝
˝So you'd say, sir, if you could see some of the goings on. 'E don't make friends with the neighbors. There's some of them thinks that when 'e was up among those monsters you wrote about, it was just ''Ome, Sweet 'Ome' for the master, and 'e was never in fitter company. That's what they say. But I've served 'im ten years, and I'm fond of 'im, and, mind you, 'e's a great man, when all's said an' done, and it's an honor to serve 'im. But 'e does try one cruel at times. Now look at that, sir. That ain't what you might call old-fashioned 'ospitality, is it now? Just you read it for yourself.˝
The car on its lowest speed had ground its way up a steep, curving ascent. At the corner a notice-board peered over a well-clipped hedge. As Austin said, it was not difficult to read, for the words were few and arresting:-
WARNING.
Visitors, Pressmen, and Mendicants
are not encouraged.
G. E. CHALLENGER.
˝No, it's not what you might call 'earty,˝ said Austin, shaking his head and glancing up at the deplorable placard. ˝It wouldn't look well in a Christmas card. I beg your pardon, sir, for I haven't spoke as much as this for many a long year, but to-day my feelings seem to 'ave got the better of me. 'E can sack me till 'e's blue in the face, but I ain't going, and that's flat. I'm 'is man and 'e's my master, and so it will be, I expect, to the end of the chapter.˝
We had passed between the white posts of a gate and up a curving drive, lined with rhododendron bushes. Beyond stood a low brick house, picked out with white woodwork, very comfortable and pretty. Mrs. Challenger, a small, dainty, smiling figure, stood in the open doorway to welcome us.
˝Well, my dear,˝ said Challenger, bustling out of the car, ˝here are our visitors. It is something new for us to have visitors, is it not? No love lost between us and our neighbors, is there? If they could get rat poison into our baker's cart, I expect it would be there.˝
˝It's dreadful-dreadful!˝ cried the lady, between laughter and tears. ˝George is always quarreling with everyone. We haven't a friend on the countryside.˝
˝It enables me to concentrate my attention upon my incomparable wife,˝ said Challenger, passing his short, thick arm round her waist. Picture a gorilla and a gazelle, and you have the pair of them. ˝Come, come, these gentlemen are tired from the journey, and luncheon should be ready. Has Sarah returned?˝
The lady shook her head ruefully, and the Professor laughed loudly and stroked his beard in his masterful fashion.
˝Austin,˝ he cried, ˝when you have put up the car you will kindly help your mistress to lay the lunch. Now, gentlemen, will you please step into my study, for there are one or two very urgent things which I am anxious to say to you.˝