Rozdział pierwszy
Rozdział pierwszy
- Nie możesz mnie tak zostawić - moja najlepsza przyjaciółka szepcze do
telefonu naglącym i pełnym skrajnego przerażenia głosem. W tle słyszę
Lilliannę Cox, najgorszą szefową na świecie, która miota się w kolejnym
z legendarnych napadów szału.
- Ha! To jest przynajmniej jedna dobra rzecz w całej tej sytuacji. Nigdy
więcej nie będę musiała tego słuchać.
Nie taką odpowiedź chciała usłyszeć Cassie.
- Meghan Ann Julliard, natychmiast wsiadaj do samolotu i wracaj do
Nowego Jorku. Sama nie dam tu rady. Podobno każe nam pracować do późna w Wigilię, a każdy, kto nie zjawi się na jej imprezie noworocznej,
zostanie obsmarowany. No i...
Nagle Cassie urywa, a telefon milknie. Domyślam się, że Lillianna ją
przyłapała. Prywatne rozmowy telefoniczne są w "Stitchu" zabronione, a ponieważ jest to obecnie najpopularniejszy magazyn o modzie, wszyscy
stosują się do wszelkich reguł i godzą się na najgorszego szefa na
świecie tylko po to, żeby tam pracować. Osobiście przez cztery lata
próbowałam się tam dostać... I proszę bardzo! - niecałe sześć miesięcy
później zostawiam to wszystko za sobą.
Tak więc kiedy siedzę w pociągu i patrzę, jak rozmywa się panorama
Chicago, nie widzę wesołych świątecznych świateł, choinek ani zimowej
krainy czarów, którą zapewne cieszą oczy inni.
Widzę, jak moje nadzieje i marzenia spływają do kanału burzowego wraz z błotnistą uliczną breją.
Opieram czoło o okno, chłód przenika moją skórę, a oddech zaparowuje
szybę.
Tak ciężko pracowałam, żeby dostać się do Lillianny i móc znosić jej
krzyki. Przynosiłam jej kawę, załatwiałam sprawunki, siedziałam do późna
w nocy, pisząc recenzje o fluffy fashion i użerając się z temperamentnymi modelkami. Robiłam wszystkie te nudne rzeczy, których
ostatecznym celem było nawiązanie kontaktów, abym mogła kiedyś założyć
własny dom mody.
Wystarczyła chwila, ułamek sekundy, żeby serce taty przestało bić, a cały mój świat się zmienił. Tęsknię za nim. I tęsknię za życiem w Nowym
Jorku. Tęsknię za własnymi marzeniami. Nawet jaskrawoczerwony świąteczny
kubek kawy w mojej dłoni nie podnosi mnie na duchu.
Pociąg szarpie i zatrzymuje się, a ja szarpię za rączkę walizki. W tym
samym momencie wciskam wesoły kubek w klatkę piersiową z takim impetem,
że odpada pokrywka, a kawa rozlewa się jak gigantyczna brązowa plama
krwi na moim ulubionym zimowym białym płaszczu.
Pięknie! - myślę sobie, ale nie mam czasu się nad sobą roztkliwiać, bo
za chwilę zamkną się drzwi, więc wychodzę na ulicę, ciągnąc za sobą
wielką, podróżną torbę.
Stoję na rogu Park and Westwood, oceniam zniszczenia i biorę głęboki
oddech.
Mój płaszcz jest prawdopodobnie zrujnowany. Moje życie jest
prawdopodobnie zrujnowane.
Coś przeoczyłam?
Staję na krawężniku i zauważam, że biały but na koturnie mam poplamiony
błotem.
Buty też mam zniszczone. Świetnie!
Prostuję ramiona, nadal stoję na chodniku, zimny wiatr rozwiewa mi
włosy, a ja patrzę na wyblakły znak na budynku przede mną, budynku, w który mój ojciec wkładał swoje serce i duszę przez ponad czterdzieści
lat.
Parkview West.
Nie byłam tu od lat. Zbyt wiele smutnych wspomnień wiąże się z tym
miejscem i nie lubię o tym myśleć. Dlatego właśnie tata odwiedzał mnie w Nowym Jorku dwa razy w roku przez ostatnie cztery lata. Nie nalegał,
abym przyjeżdżała. Na tyle mnie kochał.
Z westchnieniem wlokę walizkę przez ciężkie podwójne drzwi.
Lobby jest takie, jakie pamiętam. Wyblakłe jak reszta tego miejsca.
Wyblakłe beżowe meble, wyblakłe sztuczne kwiaty, nawet choinka w rogu ma
tylko kilka świateł. Sufit holu w kształcie kopuły prezentuje się
wspaniale, ale sam budynek, będący pozostałością czasów świetności
Chicago, jest jak piękna kobieta, której uroda przemija z wiekiem.
To uwaga całkiem na miejscu, biorąc pod uwagę większość mieszkających
tutaj lokatorów. Wzdrygam się. Chociaż to prawda, że większość lokatorów
to ludzie w podeszłym wieku, nie powinnam tak myśleć.
Odkładam torbę i słyszę trzask odtwarzanej płyty Binga Crosby'ego.
- Dzień dobry - woła cienki głos z tyłu. - Zaraz wyjdę. Muszę tylko
zrobić... O nieee...
Rozlega się głośny trzask i biegnę wokół lady. Starsza pani z fioletowymi włosami (jasnofioletowymi, a nie geriatrycznymi) leży
rozciągnięta na rozwalonych pudłach i masuje biodro.
- Będzie siniak - mruczy. Potem patrzy na mnie mętnym, ale surowym
wzrokiem. - Nie powinnaś była tu wchodzić. To niezgodne z zasadami.
Wyciągam rękę i pomagam jej wstać.
- W porządku. Nie powiem szefowi.
- Cóż, nie możesz. Zmarł w zeszłym miesiącu. Obawiam się, że jestem
wszystkim, co masz. Czy mogę ci pomóc?
Jej czerwone okulary są przekrzywione i siłą woli powstrzymuję się, aby
nie wyciągnąć ręki i ich nie poprawić.
- Na pewno wszystko w porządku? - pytam, wciąż trzymając rękę na jej
łokciu.
- Nic mi nie jest - unosi brodę. - Pomagam tylko do czasu przybycia
nowej właścicielki. Miała tu być w zeszłym tygodniu, ale chyba
wyskoczyło jej coś ważniejszego - przygląda mi się. - Przyszłaś tu kogoś
odwiedzić? Musisz być na liście, inaczej nie mogę cię wpuścić.
Jej fioletowe loki są sztywne od lakieru do włosów.
Nie odzywam się przez chwilę, bo właśnie obraził mnie ktoś noszący
czerwono-fioletowe spodnie.
- Jestem Meghan Julliard. Nowa właścicielka - wyciągam rękę. - A ty
musisz być...
- Sylvie Reinhart - odpowiada surowo. Nawet nie reaguje na fakt, że
właśnie mnie obraziła. - Zadbałam o to miejsce, podczas gdy ty nie
spieszyłaś się z przyjazdem.
Spogląda na mnie z góry, chociaż w najlepszym razie ma metr pięćdziesiąt
wzrostu. Napis na jej koszulce głosi: "Nie jestem niska, jestem wysokim
elfem".
- Co ci tak długo zajęło? Potrzebowaliśmy cię.
Jąkam się.
- Miałam kilka spraw do załatwienia. Człowiek nie może tak po prostu
rzucić wszystkiego z dnia na dzień i się wyprowadzić. Musiałam znaleźć
kogoś, kto podnająłby moją dzierżawę, musiałam złożyć wypowiedzenie w pracy, musiałam... - o mój Boże, dlaczego się przed nią tłumaczę? -
Przecież teraz jestem tutaj.
- Ale nie chcesz tu być - mówi z rozmysłem, krzyżując małe ręce na
piersi.
- Czy to ma jakieś znaczenie?
- Nie dla mnie - odpowiada. - Teraz wszystko jest twoje. Dzieło życia
twojego ojca. Sięga do kieszeni i podaje mi klucz. - Ten klucz jest od
środkowej szuflady biurka. Hasła do wszystkiego są zapisane na liście.
Zbiera się do wyjścia.
- Sylvie? - wołam.
Zatrzymuje się, ale się nie odwraca.
- Nie. Nie zamierzam cię szkolić. Powinnaś tutaj być w zeszłym tygodniu.
Mam teraz do zrobienia świąteczne zakupy!
- Masz papier toaletowy na bucie - mówię cicho.
Spogląda w dół i widzi ciągnącą się za nią długą wstęgę papieru,
chrząka, gdy go usuwa. Odchodzi oburzona, zostawiając papier na
podłodze.
Biorę głęboki oddech i rozglądam się po zapleczu.
Wszędzie są ślady ojca.
Zegar wiszący nad drzwiami późni się dziesięć minut. Stare krzesło przy
biurku ma rozdarcia w brązowej skórze. Segregatory są wypchane i niepoukładane, wepchnięte do otwartej szuflady biurka, a na półkach nad
moją głową stoją przepełnione pudła. Gdy zamknę oczy, prawie widzę go
zgarbionego przy biurku, bezładnie balansującego między stosami
papierkowej roboty i nieodłącznym kubkiem czarnej kawy.
- Tęsknię za tobą, tato - szepczę, opadają mi ramiona. Siedzę przy
biurku, stare krzesło trzeszczy, co uważam za uwłaczające, biorąc pod
uwagę, że wciąż mogę robić zakupy w dziale dla juniorów. Sięgam i podnoszę ramię gramofonu ze starego winyla, a kiedy Bing przestaje
śpiewać, opuszczam głowę na biurko. Siedzę tak przez kilka minut, aż
ktoś chrząka w drzwiach. Podnoszę głowę i widzę, że obserwuje mnie
dobrze ubrany starszy pan. Czeka cierpliwie i Bóg jeden wie, jak długo
tam stoi. Ma nawet muszkę i czy to jest zegarek kieszonkowy?
- Czy mogę w czymś pomóc? - pytam, wstając.
- Musisz być Meg - mówi ciepło, wyciągając rękę.
- Tak, to ja.
- Jestem Tom Rutherford ze 104. Twój tata ciągle o tobie mówił, młoda
damo. Czuję, że już cię znam.
Uśmiecham się.
- Mam nadzieję, że nie zanudził cię zbytnio.
Kręci głową.
- Skądże. Opowiadał mi o twoich wyprawach do Nowego Jorku. Czy
kiedykolwiek znalazłaś śniegowiec, który zgubiłaś w metrze?
Przez sekundę cicho opłakuję but z monogramem, zanim kręcę głową. To
była edycja świąteczna w zeszłym roku i za nic nie dostanę takiego
drugiego.
- Niestety nie. Ale dobrze mi to zrobiło i dostałam nauczkę.
Czeka.
- Nigdy nie pij czterech cosmopolitanów po pracy z dziewczynami.
Tom się uśmiecha.
- Mądra rada, pani Julliard.
- Proszę, mów mi Meg - mówię.
- Dziękuję, Meg - odpowiada. - Nie chcę cię bombardować od pierwszego
dnia, ale mam problem. Nadal nie mam ciepłej wody. Sylvie powiedziała mi
w zeszłym tygodniu, że wezwała fachowca, ale na pewno szybko się
zorientujesz, że Sylvie czasami zapomina i nie jestem pewien, czy
kiedykolwiek do niego dzwoniła. Czy mogłabyś to sprawdzić?
- Oczywiście! - szukam notatnika. - Jesteś w 104?
- W rogu dziedzińca - przytakuje.
- Najlepszy lokal - zauważam, zapisując jego nazwisko i numer
mieszkania.
Uśmiecha się.
- Byłem na liście oczekujących przez dwa lata - odpowiada. - Pani
Bertram żyła długo. Niech spoczywa w pokoju.
Robi znak krzyża.
- Niech spoczywa w pokoju - powtarzam, chociaż jej nie znałam. - Jak
długo Sylvie musiała mnie zastępować, panie Rutherford?
- Mów mi Tom - prosi. Kiwam głową. - Powiedziała ci, że cię zastępowała?
Zawsze próbowała pomóc twojemu ojcu, czy o to prosił, czy nie. Tak
między nami, to jej "pomoc" zwykle powoduje na dłuższą metę więcej
pracy, ale ma dobre intencje.
- Więc pomagała mojemu tacie, kiedy jeszcze żył?
- Tak. Jeśli jest coś, czego musisz się o kimkolwiek dowiedzieć, zapytaj
Sylvie. Wie wszystko.
- Chyba nie jest teraz moją największą fanką - wyznaję mu. Uśmiecha się
delikatnie.
- Wcale nie jest taka straszna. Nie ma rodziny, a twój tata to wszystko,
co miała. Jest bardzo opiekuńcza.
- To był mój tata - odpowiadam powoli. - Mną nie musi się opiekować.
- Ona jest kimś więcej - Tom wzrusza ramionami. - Zobaczysz.
- No cóż, dziękuję - mówię mu. - Doceniam, że chciałeś podnieść mnie na
duchu. A ja sprowadzę do ciebie hydraulika jak najszybciej.
- Dzięki, Meg - mruga do mnie przyjaźnie.
- Miło cię wreszcie poznać.
- Ciebie również.
Wychodzi z mojego biura, zostawiając za sobą chmurę Old Spice'a, a ja
właściwie uważam ten zapach za uspokajający. On też przypomina mi mojego
ojca.
Oczy zachodzą mi łzami, nie spodziewałam się, że tak szybko dopadną mnie
emocje. Nawet nie poszłam jeszcze do jego... yyy, mojego... mieszkania.
- I jeszcze jedno, Meg - z holu dobiega głos Toma. Wystawiam głowę. -
Winda jest nadal zepsuta. Na ten moment nikt nie jeździ na wózku
inwalidzkim, ale nigdy nie wiadomo, kiedy to się zmieni. Więc to też
powinno zostać naprawione.
Tom znika w holu na parterze. Chociaż nie byłam tu, odkąd wyjechałam na
studia, kiedy miałam osiemnaście lat, pamiętam, że budynek ma sześć
pięter. Moje mieszkanie znajduje się na ostatnim. Bez windy. Moja
siostra i ja biegałyśmy po tych schodach dla zabawy, ale to było, kiedy
miałyśmy dziesięć i dwanaście lat. Od tego czasu wiele się zmieniło.
Gwoli wyjaśnienia, nie ćwiczę już dla zabawy.
Przyglądam się mojej dużej walizce, a potem przyglądam się schodom. Są z prawdziwego drewna, przykryte wyblakłym zielonym dywanem i wydają się
nie mieć końca.
Ten dzień staje się coraz lepszy.
Brak mi tchu, kiedy dochodzę do mieszkania taty.
Opieram się o torbę, grzebię w środku w poszukiwaniu kluczy i kiedy
wreszcie przekręcam klucz w zamku, niemal wpadam przez drzwi, potykając
się o walizkę.
Najpierw uderza mnie cisza w mieszkaniu.
To rodzaj ciszy, którą można usłyszeć.
Rozglądam się po domu, który wygląda dokładnie tak, jak mój tata
zostawił go w dniu śmierci ponad miesiąc temu.
Na stoliku stoi filiżanka kawy, na wpół wypita. Obok leży otwarta
gazeta. Na zlewie wisi ścierka do naczyń. Zdjęcia siostry i moje z czasów młodości zdobią ściany.
Zdjęcie mamy stoi na kominku. Małe pudełeczko z dekoracjami świątecznymi
wypełnione ręcznie robionymi ozdobami z mojego dzieciństwa leży otwarte
w kącie. To znaczy, że tata planował udekorować mieszkanie zaraz po
Święcie Dziękczynienia.
Ciężko przełykam ślinę.
Musiał czuć się samotny. Powinnam była wrócić do domu na Święto
Dziękczynienia, ale Lillianna zmusiła wszystkich do pracy, a ja jej się
nie przeciwstawiłam. Nie wiedziałam, że tata umrze, ale nadal będę nosić
w sobie poczucie winy.
Wypełniłam jego wolę zgodnie z testamentem. Kazałam go skremować, a następnie pochować wraz z matką w ich grobie, bez zbędnego zamieszania i pogrzebu. Zrobiłam to wszystko z Nowego Jorku, bo pogrzeby są dla
żywych, a ja nie chciałam widzieć urny z prochami ojca spuszczanej do
ziemi.
Teraz dochodzę do innych wniosków. Tata był mężczyzną, który zasłużył na
pogrzeb. A wszyscy, którzy go znali, zasłużyli na oddanie mu szacunku i pożegnanie w jego ostatniej drodze.
Z drugiej strony, nie mogę skupiać się na przeszłości. Jestem teraz
tutaj. Z przyzwyczajenia kieruję kroki do mojej starej sypialni, ale
zatrzymuję się przed drzwiami. Wiem, co jest w środku. Świątynia ku czci
siostry, a dzisiaj nie jestem w stanie się z tym zmierzyć. Więc zamiast
tego idę do sypialni ojca.
Zajmuję się rozpakowywaniem, sprzątaniem szuflady w sypialni, która
teraz należy do mnie. Na razie nic tu nie zmieniam. Nie wiem, kiedy będę
w stanie zrobić to po swojemu. W myślach notuję rzeczy, które zmienię,
kiedy będę gotowa... Kolor ścian z niebieskiego na biały. Zasłony, od
kotar po firanki. Nowe dywaniki. Nowe poduszki.
Ale nie dzisiaj.
Dzisiaj po prostu spędzę czas, akceptując fakt, że tu jestem, że wszyscy
w mojej rodzinie nie żyją i zostałam sama.
I oczywiście dzwonię do fachowców.
Nie znam się na kondominiach, ale z pewnością posiadanie niesprawnej
windy łamie jakieś zasady. Szukam w internecie fachowca, do którego
mogłabym zadzwonić.
- Najwcześniej mogę być w przyszłym tygodniu - mówi facet.
Dzwonię do innego.
- Mam pełny grafik. Sama pani rozumie, święta.
- Ale Boże Narodzenie nie trwa trzy tygodnie. Nie może nas pan wpisać?
- Nie, przykro mi. Dopiero po pierwszym stycznia.
To samo słyszę jeszcze cztery razy.
Z westchnieniem poddaję się na moment, zanim zadźgam się pierwszym
ostrym przedmiotem, który mi wpadnie w ręce, i postanawiam wziąć
prysznic, żeby zmyć z siebie zarazki z samolotu. Odkręcam wodę,
przygotowuję czyste ubranie i nie mogę się doczekać, aż moje napięte
mięśnie rozluźnią się w gorącej wodzie.
Tylko że... gorącej wody nie ma.
Sprawdzam kran i tak, jest przekręcony do końca w lewo. I nadal nie
widzę pary.
Woda jest lodowata.
- Tylko tego brakowało - mówię z jękiem.
Zakładam puszysty szlafrok i schodzę po sześciu kondygnacjach do biura,
żeby sprawdzić numer telefonu Sylvie. Odbiera po pierwszym sygnale.
- Sylvie, przepraszam, że przeszkadzam. Wiem, że robisz świąteczne
zakupy. Ale czy zadzwoniłaś przypadkiem do hydraulika?
- Oczywiście, że tak - cisza. - Tak mi się wydaje.
Biorę głęboki wdech.
- To może ja zadzwonię i się dowiem. Co to za firma?
- Nie korzystamy z usług firmy - mówi zniecierpliwiona, a w tle słyszę
kolędy. - Korzystamy z usług złotej rączki. On zajmuje się wszystkimi
budynkami na tej przecznicy.
- W porządku - odpowiadam tak cierpliwie, jak tylko potrafię. - Wiesz,
jak się nazywa?
- Oczywiście, że tak - warczy. - To Logan Scott, a jego numer telefonu
znajduje się na liście w szufladzie. Tak jak mówiłam.
Rozłącza się. Wiem na pewno, że nie wspomniała o żadnym numerze telefonu
znajdującym się na liście, ale nie zamierzam o tym mówić. Nie warto się
o to zabijać. Zamiast tego wygrzebuję listę z szuflady i rzeczywiście -
jest tam numer jego telefonu.
Dzwonię natychmiast.
Przekierowuje mnie na pocztę głosową, więc zostawiam wiadomość: Proszę
o pomoc. Nie mamy ciepłej wody, winda jest zepsuta, nie wiem, co jeszcze
jest nie tak, wszyscy są zajęci, ponieważ są święta, a jeśli Sylvie już
do pana dzwoniła, dlaczego nie zostało to jeszcze naprawione?
Czy coś w tym stylu.
Mogło to zabrzmieć ciut niegrzecznie.
Robię się gderliwa, gdy jest mi zimno i nic nie jadłam, a także gdy
publicznie noszę szlafrok. Dlaczego nie ubrałam się, żeby tu zejść?
Skoro zostałam właścicielem tego budynku, powinnam się odpowiednio
zachowywać.
Nagle ciężar tego, co robię, opada na mnie jak kotwica na dno morza. Mam
sześćdziesięciu najemców, którzy liczą na to, że ten ogromny budynek
będzie działał. Liczą na mnie. Na kogoś, kto w zeszłym miesiącu
zapomniał zapłacić rachunek za wodę. To się nie skończy dobrze.
Nie ma mowy, żeby mi się udało. To będzie sromotna porażka. Nie mam
żadnego pojęcia o prowadzeniu budynku. Poniosę klęskę.
Potrząsam głową. Nie. To był głos Drake'a. Nie mój. Porażka była
dokładnie tym, czego oczekiwał mój były chłopak. I powodem, dla którego
zerwałam z nim w zeszłym tygodniu. Szczerze mówiąc, nie sądzę, żebym
kiedykolwiek naprawdę kochała Drake'a Dillarda. Nie w taki sposób, jak
wszyscy inni wydają się postrzegać miłość, i to był największy problem.
Pragnę romansu takiego, jaki mieli moi rodzice, takiego, który trwał
przez lata, podczas których wierzyli w siebie bez względu na wszystko.
Wspierali się. Czy proszę o tak wiele?
Drake się mylił. Nie potrzebuję go. Mogę to zrobić. Muszę. Muszę tylko
zacząć zadawać sobie pytanie: co zrobiłby tata?
Przyglądam się pudełkom ustawionym na półkach nade mną. Jeśli je
przejrzę, może się czegoś dowiem. Z westchnieniem chowam telefon z powrotem do kieszeni i wspinam się po drabinie, zdejmując wieczko z najbliższego pudełka.
Nie zamierzam dzisiaj myśleć o Drake'u i wątpić w siebie ani chwili
dłużej.
Mam inne rzeczy na głowie.
Niestety, robię te rzeczy, stojąc na trzecim, najwyższym stopniu
drabiny, kiedy otwierają się drzwi do biura.
Drabina stoi bezpośrednio przed drzwiami, więc przewraca się, a ja
ląduję, wymachując niezdarnie rękami, w parze bardzo silnych ramion.
Te ramiona należą do mężczyzny o najbardziej niebieskich oczach, jakie
kiedykolwiek widziałam.
- Ty musisz być Meg - mówi szorstko, a jego głos jest połączeniem
gładkiego karmelu i przydymionego baru jazzowego i przenika przez
idealne usta, podczas gdy on wciąż trzyma mnie w ramionach, przyciśniętą
do ciepłej potężnej klatki piersiowej. - Czy zdajesz sobie sprawę, że
nie masz na sobie ubrania?
Stawia mnie na nogi, a ja staram się odzyskać rozum, jeszcze mocniej
zawiązując pasek szlafroka.
- Tak, zdaję sobie sprawę. Jesteś lokatorem? - pytam, zastanawiając
się, czy liczę na to, że jest, czy raczej, że nie jest.
Śmieje się.
- Nie. Obawiam się, że jestem trochę młodszy niż twoja docelowa grupa
demograficzna. Jestem Logan. Twoja złota rączka.
Dopiero teraz dostrzegam pas z narzędziami na jego szczupłych biodrach.
O mój Boże, Meghan, co w ciebie wstąpiło?
- Yyy... Eeee... Cześć! Przepraszam, jeśli byłam trochę szorstka...
przez telefon. To mój pierwszy dzień tutaj i wygląda na to, że nic nie
działa.
- Nie martw się - mówi uspokajająco. - Działa. Masz bojler, który jest
na ostatnich nogach, ale twój tata i ja pomagamy mu kuśtykać od kilku
lat. Możemy sprawić, że wytrzyma kilka miesięcy dłużej. A w windzie
pewnie znowu zepsuł się wyłącznik.
- Znowu? - uginają mi się kolana i nie wiem, czy to za sprawą tego
pięknego kompetentnego mężczyzny, który stoi przede mną, czy przez to,
że nie wszystko jednak jest zepsute.
- O tak. Jego też trzeba będzie wymienić. Ale jakoś pokuśtykamy do
przodu.
- Wygląda na to, że sporo kuśtykamy - podsumowuję, a on się śmieje.
- Tak. Twój tata był bardzo wyrozumiały, jeśli chodzi o czynsz
niektórych lokatorów. Emerytury nie są tak wysokie jak kiedyś, a niektórzy z nich... Cóż, jest im ciężko. A on nic nie mówił, kiedy
płacili z opóźnieniem.
- Pasuje to do niego - mówię cierpko. Znowu się uśmiecha.
- Wiele o tobie słyszałem - mówi. - I z tego, co pamiętam, nie
przepadasz za zimnymi prysznicami. Zajmę się najpierw tym, a potem
windą. Za chwilę wrócę.
Znika z biura, zanim zdążę zapytać, co powiedział mu tata.
Ten facet to moja złota rączka.
Te niebieskie oczy, ten uśmiech, ten dołeczek w lewym policzku. Nagle
Parkview West nie wydaje się już tak złym miejscem jak wcześniej.
Rozdział drugi
Rozdział drugi
Czekając na Logana, spoglądam w dół i przypominam sobie, że wyglądam jak
nienormalna w puchatym, różowym szlafroku i na bosaka. Pomijam, że jest
mi zimno, bo w tym budynku są straszne przeciągi.
Pędzę w stronę schodów, żeby narzucić na siebie coś innego.
Zdumiewa mnie, jak po tylu latach wciąż trzeszczy trzeci stopień. Jo i ja przeskakiwałyśmy przez niego, kiedy chciałyśmy podkraść się do taty
pracującego do późna.
Obraz zamku Dunnottar w Szkocji wisi tuż nad stopniem, tak jak przez
ostatnie kilka dekad.
Jo i ja udawałyśmy, że w nim mieszkamy, że nasze schody z Parkview
prowadzą do kamiennej wieży, której okna wychodzą na morze. Czasami
udawałyśmy również, że ten podest to wieża, a my jesteśmy księżniczkami
uwięzionymi w środku.
Dopiero po śmierci Jo przestałam udawać, a wchodzenie po tych schodach
nigdy nie było już takie samo.
Wchodzę na podest czwartego piętra (ten z obrazem zamku w Edynburgu, bo
mój tata miał obsesję na punkcie szkockiej historii) i zatrzymuję się,
żeby złapać oddech.
Kiedy tak stoję, z mieszkania wychodzi kobieta.
Jest wysoka i szczupła, śnieżnobiałe włosy są elegancko uczesane we
francuski kok. Ma na sobie ołówkową sukienkę w figowym kolorze z perłowymi guzikami zapinanymi z przodu i smukły złoty zegarek na jednym
nadgarstku. Pachnie Chanel no. 5.
- Pani Julliard - mówi cicho, unosząc jedną idealnie wypielęgnowaną
brew. Nieświadomie poprawiam szlafrok.
- Tak, to ja - odwracam się i podaję jej rękę. Uścisk jej dłoni jest
idealny. Nie za mocny, nie za słaby.
- Jestem Ellie Wade. Miło cię poznać. Mam nadzieję, że ci się tu
spodoba. Czy mogę zająć chwilę? Nie mam gorącej wody.
Wydaję długie westchnienie.
- Wygląda na to, że nie tylko pani. Przyszedł pan złota rączka, który
właśnie naprawia tę usterkę.
Uśmiecha się, a uśmiech rozjaśnia jej twarz. Przez chwilę wygląda o dwadzieścia lat młodziej.
- Cudownie! - już ma zamknąć drzwi, kiedy się zatrzymuje. - Chcesz
filiżankę herbaty, kochanie? Chciałabym cię lepiej poznać.
Jest w niej aura godnej samotności i naprawdę żałuję, że muszę iść.
- Chciałabym, pani Wade...
- Mów mi Ellie - przerywa.
- Ellie - poprawiam się. - Ale muszę coś na siebie założyć, bo chcę
skonsultować parę rzeczy z majstrem. Ale chętnie przyjdę później.
- Nie zamierzałam wspominać o twoim wyborze
stroju, ale masz rację. Ubranie ma znaczenie - uśmiecha się. - I nasz
drogi pan Scott. Polubisz go. Każdy go lubi. Wiesz, wiele rzeczy robił
dla twojego ojca pro bono.
Wpatruję się w nią.
- Naprawdę?
Kiwa głową.
- To taki dobry chłopak.
- Najwyraźniej - chociaż ten chłopak wygląda na mniej więcej trzydzieści
lat.
- Powiem mu, że u ciebie też nie ma gorącej wody. Przyjdę do ciebie
później, Ellie.
Pobijam rekord, biegnąc sprintem po pozostałych schodach, wkładam dżinsy
i sweter, a potem zbiegam z powrotem. Ze względu na stare czasy
przeskakuję skrzypiący stopień.
Ląduję, robiąc salto w powietrzu, kiedy Logan wychodzi zza rogu.
Otwiera szeroko oczy. Kłaniam się teatralnie.
- Dałabym sobie dziewięć na dziesięć - oznajmiam.
Jego oczy marszczą się w kącikach, gdy się uśmiecha.
- Osiem i pół. Ledwo uratowałaś to lądowanie.
- Hm... - dramatycznie marszczę nos, a on się śmieje. - Ellie Wade mówi,
że u niej też nie ma gorącej wody. Czy cokolwiek, co teraz zrobiłeś,
podziałało na cały budynek?
Logan kiwa głową.
- Na razie. Ale miej na uwadze to, co mówiłem wcześniej. W tym starym
budynku sporo rzeczy się zużywa i w pewnym momencie trzeba będzie je
naprawić.
- Brzmi drogo - mówię. Potakuje.
- Bardzo.
- Cóż, to problem na inny dzień - postanawiam. - Czy windę można
naprawić?
- Już zrobione.
- Wygląda na to, że ten stary budynek należy wyciągnąć z nędzy - mówię
bezceremonialnie. Logan podnosi głowę.
- Niektórzy z tych lokatorów mieszkają tu od dziesięciu lat lub dłużej -
odpowiada. - Są samotni i nie mają dokąd pójść poza domem opieki lub
ośrodkiem opiekuńczym. Proszę, nie rób tego.
Patrzę na niego, na zmartwienie marszczące jego brwi.
- Troszczysz się o nich - zauważam.
- Ty też będziesz - odpowiada. - Gdy tylko ich poznasz.
- Wszyscy do tej pory byli bardzo mili.
- Twój tata był dla nich bardzo dobry - mówi Logan. - Mam nadzieję, że
ty też będziesz. To miejsce jest wszystkim, co mają.
- Słyszałam, że poświęcasz swój czas dla dobra sprawy.
Uśmiecha się lekko.
- To prawda. Powiedziałem Jerry'emu - to znaczy twojemu tacie - połowę
ceny za naprawy. A kiedy budżet mu na to nie pozwalał, dawałem mu tyle
czasu, ile potrzebował, żeby mi zapłacić. Chociaż tyle mogłem zrobić.
- Ty też musisz zarabiać na życie - stwierdzam. - Świadczenie usług za
darmo nie wydaje się zbyt opłacalne. Angażowanie się w osobiste sprawy
klienta to niezbyt dobry interes.
Wzrusza ramionami.
- Żyję samotnie. Nie mam wielu wydatków. Nie narzekam. Poza tym czasami,
gdy zależy ci na twoich klientach, trudno jest się nie zaangażować.
Mieszka sam. Czy powiedział mi to celowo?
- Cóż - kontynuuje - powinienem już iść. Masz numer mojej komórki na
wypadek, gdybyś musiała się ze mną skontaktować? Dzwoniłaś wcześniej pod
numer mojego biura.
- Pewnie Sylvie ma.
- O tak - śmieje się - ale życzę ci powodzenia, jeśli chcesz go od niej dostać. Chroni go bardziej niż kogut
kurnika. Daj mi telefon, to wpiszę ci mój numer. Podaję mu telefon, a on
wpisuje numer swojej komórki. - Naprawdę miło było cię poznać - mówi,
oddając go.
- Ciebie też.
Otwiera frontowe drzwi i do środka wpada śnieg.
- Trzymaj się ciepło! - woła, gdy odchodzi. Postawmy sprawę jasno:
wygląda świetnie.
W tej chwili czuję, że się rumienię i nie ma to nic wspólnego z pogodą.
Teraz marzy mi się tylko gorący prysznic, skoro terma została już
naprawiona.
Wchodzę po schodach, kiedy mój wzrok pada na drzwi Ellie Wade na
czwartym piętrze.
Wisi na nich świąteczny wieniec z czerwonym ostrokrzewem i kokardką.
Wcale nie odzwierciedla tej nuty smutku, którą czułam, kiedy z nią
rozmawiałam. Coś mnie ciągnie do jej drzwi.
Pod wpływem impulsu zatrzymuję się, łapię oddech i postanawiam, że
prysznic może poczekać jeszcze kilka minut. Lekko pukam.
Chwilę później Ellie otwiera drzwi, w dłoniach trzyma ciemnozieloną
sukienkę.
- Pani Julliard! - wykrzykuje z szerokim uśmiechem. - Proszę wejść,
zapraszam.
- Mów do mnie Meg - proszę. Otwiera szeroko drzwi i wchodzę do cichego
mieszkania.
W przeciwieństwie do drzwi wejściowych mieszkanie nie jest udekorowane
na święta, co mnie zaskakuje. Zamiast tego leży tam kilka
uporządkowanych stosów różnych przedmiotów, niektóre na jej sofie, a niektóre na stoliku do kawy.
- Proszę, wybacz mi bałagan - mówi, chociaż jest u niej czyściutko i schludnie. - Przeglądam niektóre z rzeczy. Wejdź. Zrobię ci tę herbatę.
Proszę, usiądź.
Ellie rzuca zieloną sukienkę na koniec sofy, a ja siadam obok niej.
Kiedy Ellie znika w kuchni, rozglądam się.
Zdjęcia jej i młodej kobiety wiszą na ścianach i stoją na kominku. Jest
uderzające podobieństwo między tą kobietą a Ellie. Mają ten sam mocny
nos, te same błyszczące oczy.
- Twoja córka? - pytam, kiedy wraca z tacą z herbatą.
- O tak. Moja Betsy. Mieszka teraz w Londynie. Ma świetną pracę, która
trzyma ją z dala ode mnie. Ale jestem z niej bardzo dumna.
Jest. Nie da się tego nie zauważyć.
Ellie nalewa mi filiżankę herbaty i kiedy sięgam po nią, zrzucam
sukienkę z kanapy. Spada na podłogę. Odstawiam herbatę i schylam się,
aby ją podnieść, i od razu zwracam uwagę na jakość wykonania.
- To niesamowita rzecz! - mówię, przyglądając się jej. Tkanina jest
gruba, ale rozciągliwa i wyobrażam sobie, że idealnie dopasowuje się do
kobiecej sylwetki. Leśna zieleń ma lekki połysk dzięki wplecionemu
złotemu brokatowi i widać wyraźnie, że to niezwykle elegancka sukienka
na przyjęcia. - Myślę, że coś takiego założyłaby Grace Kelly lub Jackie
O. - przykładam ją do ciała, a miękka, gruba tkanina woła do mnie, jakby
chciała, żebym ją założyła.
- O tak - mówi Ellie, zerkając na nią. Pociąga łyk herbaty. - Jest
piękna. Czy to nie dziwne, że najpiękniejsze rzeczy mogą jednocześnie
przywoływać cudowne i straszne wspomnienia?
Zastygam w bezruchu, sukienka zwisa mi w rękach i patrzę na Ellie.
Wpatruje się w sukienkę nieobecnym wzrokiem, jakby była zupełnie gdzie
indziej.
- Przykro mi - nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć. Nigdy nie byłam
dobra w niezręcznych sytuacjach. Kiedyś na przykład chichotałam na
pogrzebie. Nie umiem powiedzieć dlaczego.
- Miałam ją na sobie w najlepszym i najgorszym dniu mojego życia - mówi,
mrugając. - Życie może być takim paradoksem, moja droga. Kiedy patrzę,
jak ją trzymasz w rękach... i widzę, jak się porusza, to czuję się
prawie tak jak wtedy, kiedy po raz pierwszy założyłam ją na siebie.
Byłam tam przez chwilę, zawładnęły mną wspomnienia. Przepraszam. Możesz
ją odłożyć na stos rzeczy do wyrzucenia.
Wskazuje na stos przede mną, ale się waham.
- Ona jest taka cudna, Ellie. Mogłabyś dać ją córce. Nie robią już
takich ubrań. Wiem coś na ten temat, bo pracuję... eee... pracowałam w modzie.
- Naprawdę? - pyta z zainteresowaniem i bierze kolejny łyk herbaty.
- Tak. Zawsze chciałam pracować w branży. Ukończyłam projektowanie mody
i pracowałam jako asystentka na poziomie podstawowym w Nowym Jorku dla
magazynu o modzie. Marzyłam, by mieć własną linię. Przerabiałam też
ubrania dla siostry, kiedy była...
Mój głos cichnie, a Ellie mi się przygląda.
- Kiedy była chora? - pyta delikatnie. Jestem zaskoczona gulą w gardle,
która wciąż się formuje, kiedy po tylu latach mówię o Jo.
- Twój tata
mi o niej powiedział. Była taką piękną dziewczyną.
- Była - zgadzam się. - Przerabiałam jej ubrania, kiedy była chora. Moi
rodzice nie mogli sobie pozwolić na kupowanie jej nowych, kiedy chudła.
Promieniowanie sprawiło, że spadała jej waga.
- Byłaś wtedy bardzo młoda jak na przerabianie ubrań - mówi Ellie z podziwem w głosie. - Jestem pod wrażeniem.
Wzruszam ramionami.
- To chyba dla mnie naturalne. Mama mawiała, że od kołyski robiłam
własne papierowe lalki, żebym mogła projektować dla nich stroje. - Ellie
śmieje się lekkim, dźwięcznym głosem.
- Dlaczego więc tu jesteś? - pyta. Jej spojrzenie jest łagodne, ale
pytanie - bezpośrednie. Widzę, że jest naprawdę zainteresowana. Wydaje
mi się, że wdała się ze mną w pogawędkę, bo naprawdę ją to obchodzi.
- Jestem jedyną osobą z rodziny - mówię w końcu. - Musiałam wrócić i przejąć schedę po tacie.
- Nie chciałby, żebyś rezygnowała ze swoich marzeń - beszta mnie. - Był
z ciebie bardzo dumny.
- To on zostawił mi ten budynek - odpowiadam. - Więc pewnie chciał,
żebym tu była.
- Zawsze możesz go sprzedać - sugeruje.
- Nie mogę. Nieruchomości w Chicago są tym, czym są, nie mogę liczyć na
to, że ktoś inny po prostu go nie zburzy i nie zastąpi wieżowcem lub
czymś takim. Logan uprzytomnił mi, że wielu z was traktuje go jak swój
dom.
- Cóż, nie ja - odpowiada, dolewając herbaty do mojej filiżanki. - Pod
koniec miesiąca przenoszę się do wioski emerytów.
Wzdrygam się.
- O nie! Czy to z powodu windy? Bo jeśli tak, to obiecuję... Dopilnuję,
żeby się więcej nie psuła.
Uśmiecha się, a w jej oczach widać smutek.
- Nie, kochanie, to nie to. Moja córka za bardzo się o mnie martwi. To
stary budynek, choć jest piękny, jest tu sporo przeciągów i kiedy
wychodzę, trudno mi wydostać się na ulicę i wrócić. Wioska emerytów ma
zaplanowane wycieczki, własny transport i zorganizowane zajęcia z ludźmi
w moim wieku, więc znajdę tam przyjaciół. A przynajmniej tak mówi Betsy.
Jest tolerancyjna wobec córki.
- Więc sortujesz rzeczy, aby zmniejszyć rozmiary przeprowadzki? -
zgaduję.
- Tak. Przez lata nagromadziłam więcej, niż myślałam. Mieszkam tu, w Parkview West, od dziesięciu lat.
Więc przeprowadziła się tutaj, kiedy miałam dwadzieścia lat. Jak to się
stało, że nigdy jej nie widziałam? Bo nie zwracałam uwagi. Właśnie
tak.
- No cóż, będzie mi smutno, gdy odejdziesz - oznajmiam. - Miło byłoby
mieć tu przyjaciółkę.
Patrzy na mnie uspokajająco.
- Będziesz miała przyjaciół, kochanie. Więcej, niż możesz zliczyć.
Wszyscy tu na ciebie czekali.
- Mam nadzieję, że lubią być rozczarowani - odpowiadam cierpko, a ona
się śmieje.
- Masz poczucie humoru. Podoba mi się to.
Uśmiecham się z nią.
- Używam humoru, by ukryć swoją dziwaczną osobowość - wyjaśniam jej.
Znowu się śmieje.
- Jesteś rozkoszna.
Kładę sukienkę z powrotem na oparcie sofy i podziwiam, jak idealnie
układa się elegancki dekolt w łódkę.
- Powiedziałaś, że miałaś ją na sobie w najlepszym i najgorszym momencie
życia - spoglądam na nią, a ona odwraca wzrok. - Wygląda na to, że
przywołuje silne wspomnienia.
- Czy kiedykolwiek kochałaś kogoś tak bez pamięci, że myślałaś, że nie
będziesz mogła bez niego oddychać? - pyta.
Myślę o Drake'u i kręcę głową.
- Nie.
- Nigdy?
- Nigdy.
- Masz jeszcze mnóstwo czasu - mówi. - Właściwie to nosiłam tę
sukienkę, kiedy byłam mniej więcej w twoim wieku.
- Chciałabym o tym usłyszeć - mówię z nadzieją. Sukienka mieni się w świetle płomieni z kominka. Może zabrzmi to głupio, ale samo patrzenie
na nią sprawia, że czuję się szczęśliwsza, jakbym czuła, że życie niesie
ze sobą niezliczone możliwości. - Wiem, że właśnie się poznałyśmy, ale
ta sukienka ma historię, którą trzeba opowiedzieć.
Ellie się waha.
- Nie jestem pewna, czy chcesz usłyszeć tę historię w dniu, w którym się
poznałyśmy. To nie jest bajka z happy endem.
- Życie to nie bajka - mówię po prostu. - Ale mimo to jest piękne.
- To prawda, słodka dziewczyno - odpowiada. - Niektóre momenty są
niesamowicie piękne - wzdycha. - Zawrzemy układ. Jeśli obiecasz mi, że w tym roku założysz tę sukienkę, opowiem ci jej historię. Zasługuje na
jeszcze jeden wieczór.
- Chciałabym móc ci to obiecać - mówię jej. - Naprawdę chcę usłyszeć tę
historię, ale nie mam dokąd w niej wyjść. Nikogo tu nie znam, pamiętasz?
Zastanawia się nad tym przez moment.
- W porządku. Zróbmy tak... Opowiem ci tę historię, jeśli obiecasz, że
założysz tę sukienkę, jeśli nadarzy się okazja - czeka na moją
odpowiedź.
Czuję się na tyle bezpiecznie, że się zgadzam, bo moje życie towarzyskie
w tym mieście nie istnieje. I coś mi mówi, że muszę usłyszeć tę
historię.
- Jeśli naprawdę chcesz ją usłyszeć, to lepiej zrobię więcej herbaty.
Uśmiecha się, po czym znika w kuchni, a ja sprawdzam telefon.
Nic od Drake'a, dzięki Bogu.
Dwa nieodebrane połączenia i cztery esemesy od Cassie:
Wracaj.
Ratuj mnie.
Zabiję cię.
Odbierz telefon.
Kręcę głową i odpowiadam jej:
Dasz radę. Zadzwonię dziś wieczorem.
Odkładam telefon w momencie, gdy Ellie wraca z dzbankiem herbaty.
Nalewa nam po filiżance, po czym siada z powrotem na swoim miejscu.
- Frankie był miłością mojego życia - mówi cicho, patrząc w ogień.
Płomienie sprawiają, że jej twarz wygląda miękko, a jej oczy błyszczą
jak złoto. - Sprawiał, że zapierało mi dech w piersiach. Ten jego chód!
Był bardzo pewny siebie. Miał tak szerokie ramiona jak jego uśmiech -
trzyma rękę na sercu, jakby chciała uspokoić jego kołatanie. Podziwiam
miłość, która dziesiątki lat później wciąż sprawia, że serce szybciej
bije.
- Masz szczęście, że znalazłaś taką miłość - mówię.
Wzrusza ramionami, ale kiwa głową.
- Wiem. Spotkałam go na Navy Pier. Jezu, jaki on był przystojny.
Kruczoczarne włosy, jasnoniebieskie oczy. Chciałabym, żebyś mogła go
zobaczyć - przerywa i wiem, że wróciła do dnia, w którym go poznała.
- Miał najszersze ramiona i najwęższe biodra, jakie kiedykolwiek
widziałaś. Jadłam lunch z torebki i nie mogłam oderwać od niego wzroku.
Żonglował jedzeniem - pomarańczą, zawijaną kanapką i swoim napojem
czekoladowym. Popisywał się, próbując wszystkich rozbawić. Ale potem nie
złapał kanapki i wylądowała w jeziorze. Żebyś widziała wyraz jego
twarzy! - wzdycha i wiem, że widzi to wyraźnie w głowie. Ponownie
przykłada rękę do serca i wpatruje się w dal. - Skończyło się na tym, że
zrobiłam dobry uczynek i podzieliłam się z nim swoją kanapką. I tak to
wszystko się zaczęło...
- Uwielbiam tę historię - mówię - Jest oszałamiająca, Ellie!
Rumieni się.
- Zawsze wpadałam przy nim w zachwyt - stwierdza. - Zabiegał o mnie
przez miesiące. Nie mogliśmy przestać o sobie myśleć. Mimo że byliśmy
tak różni, jak tylko mogliśmy. Pochodził z bardziej wyrafinowanej
rodziny, podczas gdy moja była spokojna i raczej biedna. Normalnie dwoje
ludzi takich jak my nigdy nie byłoby razem. Ale wyglądało na to, że los
miał w tym swój udział, wiesz? Chcieliśmy to w pełni wykorzystać.
- To brzmi jak Romeo i Julia! - kręcę głową.
- Nie skończyli dobrze, kochanie - przypomina mi. - Ale przecież Frankie
i ja też nie.
- Co się stało? - pytam prawie przestraszona. Czy on umarł?
Twarz Ellie pochmurnieje i żałuję, że o to pytam.
- Chciałabym móc przekazać ci, jacy byliśmy dla siebie idealni - mówi. -
Byliśmy tak różni, a jednak idealnie do siebie pasowaliśmy. Miał w sobie
coś takiego, że po prostu chciałam się przed nim otworzyć i dzielić się
z nim wszystkim. Rozśmieszał mnie, chował notatki pod matą na
werandzie... To było idealne życie. Dopóki się nie skończyło.
Wstrzymuję oddech, żeby usłyszeć, co było dalej.
- Zbliżała się Wigilia, a jego matka Francesca urządzała wielką imprezę
- pierwszą od czasu, kiedy zmarł ojciec Frankiego. Była osobą towarzyską
i, chociaż pochodzę z biednej rodziny, myślę, że krok po kroku w końcu
udało mi się przekonać ją do siebie. A przynajmniej tak mi się wydawało.
- Och - mruczę. Ellie kiwa głową.
- Nigdy nie lekceważ matki, która ma syna - mówi. - To dobra lekcja dla
ciebie, kochanie.
- Co się stało? - pytam ponownie.
- Chciał mi się oświadczyć na tym przyjęciu - odpowiada po prostu Ellie.
- Wiedziałam o tym. Robił wcześniej aluzje, a ja oszczędzałam wszystkie
pieniądze, które zarobiłam, żeby kupić tę sukienkę w sklepie z używanymi
rzeczami. Kiedy zobaczyłam ją pierwszy raz, wiedziałam, że to suknia dla
mnie. Po prostu wiedziałam. Poprosiłam właścicielkę sklepu, aby odłożyła
ją dla mnie, dopóki na nią nie uzbieram, i spełniła moją prośbę.
Schowała ją pod ladą. Dwa miesiące zajęło mi zaoszczędzenie całej kwoty.
Nie wystarczyło mi już pieniędzy, żeby kupić pasującą biżuterię, ale nie
obchodziło mnie to. Przepełniało mnie takie szczęście - myślałam, że
pęknę.
Popija herbatę, a jej idealnie pomalowane paznokcie lekko drżą.
- Nie musisz mi dalej o tym mówić - zapewniam ją. - Naprawdę. Nie chcę
cię denerwować.
- Cieszę się, że ci to opowiadam - odpowiada. - Dzięki temu wiem, że to
się wydarzyło. Czasami bałam się, że to był tylko sen. Że był zbyt
doskonały, by w ogóle mógł istnieć.
- Był prawdziwy - mówię jej. - Widzę, jak bardzo go kochałaś.
Chwytam ją za rękę. Ona się uśmiecha.
- O tak, naprawdę. Dlatego tak trudno było mi go stracić...
Bierze głęboki oddech.
- Francesca była perfekcjonistką pod każdym względem. Wiedziała, że
Frankie zamierza się oświadczyć, a ponieważ mieli być tam wszyscy jej
przyjaciele, chciała, żeby było idealnie. Nalegała, żebym założyła jej
naszyjnik z szafirami i diamentami oraz komplet kolczyków. Były ostatnim
prezentem, jaki mąż dał jej przed śmiercią.
- To nie może się dobrze skończyć - mruczę pod nosem, kuląc się.
- Nie, nie - potwierdza. - Ale zaczęło się idealnie.
Impreza była piękna... Paliło się mnóstwo świec, rozbrzmiewała muzyka, a stoły pełne były najsmaczniejszego jedzenia. Frankie i ja tańczyliśmy, i tańczyliśmy. Wyglądałam pięknie w tej sukience. Wiedziałam o tym, a Frankie nie mógł oderwać ode mnie wzroku. - Przez sekundę pręży się
dumnie, nietrudno sobie wyobrazić, jaka była piękna. Nawet teraz jest
atrakcyjną kobietą.
- Frankie uklęknął na jedno kolano kilka minut przed północą, na samym
środku sali. Tańczyliśmy tak długo, że nasze policzki były zarumienione
i myślałam, że umrę ze szczęścia. Wszyscy patrzyli, a on otworzył
pudełko, w którym znajdował się najpiękniejszy pierścionek z rubinem
otoczonym błyszczącymi diamentami. Byłam szczęśliwsza niż kiedykolwiek
przedtem w całym moim młodym życiu. I wtedy... Usłyszałam okropny krzyk.
Prawie chcę zatkać uszy. Nie chcę słyszeć dalszej części opowieści. Ale
jednocześnie czekam na każde jej słowo.
- To była Francesca. Jeden z kolczyków wypadł mi z ucha tej nocy. Były
bardzo cenne, zarówno pod względem finansowym, jak i emocjonalnym,
ponieważ dostała je od zmarłego męża. Nie można jej było uspokoić.
Szukaliśmy, ale nigdzie nie mogliśmy go znaleźć. W miarę jak wieczór
mijał, nabierała przekonania, że go ukradłam. Pamiętaj, że byłam biedna.
Tej nocy mówiła do mnie straszne rzeczy. Frankie nie mógł jej odwieść od
tego pomysłu, a w końcu nalegała, żeby skończył ze mną, ponieważ
przestała mi ufać.
Twarz Ellie wykrzywia ból, więc ściskam jej dłoń.
- Z pewnością nikt nie wierzył, że ich okradłaś - mówię łagodnie. - Na
pewno nie Frankie.
- Nie miało znaczenia, w co wierzył - mówi bezbarwnie. - Odkąd jego
ojciec zmarł, stał się głową rodziny i Francesca traktowała to bardzo
poważnie. Nalegała, żeby opuścili przyjęcie. Nigdy nie zapomnę, jak -
odchodząc - patrzył na mnie przez ramię. Był taki smutny, taki bezradny
i być może była w jego wzroku nuta niepewności. Uważam, że nie był do
końca pewien, czy zrobiłam to, czy nie. I to złamało mi serce.
- Nawet sobie tego nie mogę wyobrazić - oddycham głęboko. - I wszyscy na
imprezie to widzieli?
Ellie kiwa głową ze smutkiem.
- O tak. Wybiegłam, nie mogłam znieść upokorzenia. Tej samej nocy
spakowałam torbę i wyjechałam do ciotki do Indiany. Zostałam u niej
przez kilka lat, aż skończyłam studia.
- Czy Frankie próbował się z tobą skontaktować?
- Nie wiedział, gdzie jestem, kochanie. Nic nikomu nie powiedziałam. Nie
zniosłabym, gdyby oficjalnie powiedział mi, że to koniec. Więc uciekłam.
- Nie winię cię - mówię jej stanowczo. - Zrobiłabym to samo.
- Ale zobacz - mówi, odwracając się, by spojrzeć mi w oczy. - Nie wiem,
co by się stało, gdyby... Nie miałam odwagi się dowiedzieć. Zamiast tego
w końcu poślubiłam kogoś innego, kogoś, kogo kochałam, ale nigdy nie
było tak samo. Mieliśmy piękną córkę, a nasze życie było cudowne. Ale
nigdy się nie dowiem, co mogło być.
- To jest... straszne - mówię w końcu szczerze.
- Wiem.
I ja teraz też wiem, dlaczego ta łagodna kobieta roztacza aurę smutku.
Jej życie jest niedokończone. Życie, które mogłoby być.
O Boże, nigdy nie pozwól mi tego doświadczyć.
- Tak mi przykro, Ellie - nie wiem, co jeszcze powiedzieć.
Kręci głową, jakby chciała otrząsnąć się z melancholii.
- Nie smuć się - mówi. - Mam piękną córkę, a mój zmarły mąż był dobrym
człowiekiem.
- Ale to nie był Frankie.
- Nie, nie był - sięga po mój pusty kubek. - Przepraszam, jeśli
zasmuciłam cię pierwszego dnia tutaj. Nie martw się o mnie, kochanie.
Daję radę - wstaje. - Teraz nie zapomnij o dotrzymaniu umowy. Musisz
założyć tę sukienkę, jeśli nadarzy się okazja. Obiecuję, że będzie
pasować. Jest magiczna pod tym względem.
Mruga, a ja się uśmiecham, uszczęśliwiając ją.
- W porządku. Nie zapomnę. Ale może zostawisz ją sobie do tego czasu? A jeśli jej nie założę, możesz oddać ją córce.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby dawać ją Betsy, biorąc pod uwagę,
że była przeznaczona dla kogoś innego niż jej ojciec - mówi Ellie i to
ma sens.
- Dobrze - mówię w końcu. - Wezmę ją. Jeśli jesteś pewna.
- Jestem w stu procentach pewna. Ta sukienka zapewniła mi piękny
wieczór... do pewnego momentu. To samo może zrobić dla ciebie... Oby bez
złamanego serca.
Uśmiecha się i prowadzi mnie do drzwi. Idę z sukienką przewieszoną przez
ramię.
- Do zobaczenia wkrótce, Meg - obiecuje.
Ellie zamyka za mną drzwi, a smutek tej historii wydaje się znikać wraz
z nią, ponieważ kiedy idę do mojego mieszkania, czuję się lżejsza i szczęśliwsza, niż byłam przez cały dzień. Wieszam sukienkę na wieszaku i zostawiam na drzwiach szafy. Patrzenie na nią sprawia mi radość, chociaż
wiem, że w najbliższym czasie nie będę miała okazji, żeby ją założyć.
Jej w niej coś, co przypomina mi ryczące lata dwudzieste, kapele
swingowe z lat czterdziestych i przepych lat pięćdziesiątych
jednocześnie, choć wydaje się to dziwne. Jakby sukienka miała coś z kameleona i mogła dopasować się do każdego o każdej porze i w każdym
miejscu. Zwijam się w kłębek na kanapie i dzwonię do Cassie, żeby zeszła
z gzymsu. Jestem pewna, że na nim stoi. W "Stitch" zawsze jest kryzys i zawsze jest gzyms. I po raz pierwszy cieszę się, że to nie ja na nim
stoję.