Świąteczne ciacho - Wiktoria Klepacka

Kup ebooka

44.99 zł
37.73 zł (37,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

I

Tup, tup, tup, stuk, tuk, tuk - lubię wsłu­chi­wać się w dźwięk obca­sów, gdy idę kory­ta­rzem. Echo nie­sie się po ścia­nach, a ja koły­szę bio­drami jakaś taka bar­dziej inte­re­su­jąca, pospieszna, zajęta swo­imi spra­wami w sek­sowny spo­sób. Zer­kam pod nogi i gdy widzę ich smu­kłość wyeks­po­no­waną wyso­kimi obca­sami, mam wra­że­nie, że te buty wydo­by­wają ze mnie dru­gie "ja". "Ja" dra­pieżne. Pew­nego wie­czoru wyszłam więc dra­pież­nie na ulicę. Niebo było ciemne, a powie­trze chłodne. Czu­łam w nim zapach palo­nego drewna. To znak, że nad­cho­dziła zima, a z nią święta. Eh, i znowu się zacznie to całe zie­lono-czer­wone sza­leń­stwo - myśla­łam. Tym­cza­sem korzy­sta­łam z ostat­nich chwil, gdy wszystko było jesz­cze na swoim miej­scu. Zwy­kłe, matowe, spo­kojne. Zanim miało się roz­świe­tlić tysią­cem tan­det­nych świa­te­łek.

W takie jesienne ciche wie­czory można doce­nić blask latarni czy kubek gorą­cej cze­ko­lady. Można się im przyj­rzeć i być pew­nym, że nic nie odwróci uwagi. Można się nimi cie­szyć, delek­to­wać bez zbęd­nych roz­pra­sza­ją­cych bodź­ców...

Szłam więc i cie­szy­łam się tym względ­nym spo­ko­jem żyją­cego swoim życiem mia­steczka. Minę­łam pral­nię, pie­kar­nię, deli­ka­tesy, sklep meta­lowy... Wszystko takie nor­malne.

A to co? Czyżby? Pro­szę, pro­szę... Wygląda na to, że mamy nową cukier­nię! - zauwa­ży­łam.

W miej­scu owia­nym od tygo­dni tajem­nicą znik­nęły deski z witryn i roz­go­ściły się na dobre cie­płe świa­tła nisko zwi­sa­ją­cych lamp. Głę­bo­kie fotele przy okrą­głych sto­li­kach uśmie­chały się zapra­sza­jąco do prze­chod­niów. A tych wcale nie­mało było już w środku. Raczyli się wykwint­nymi dese­rami. Jeśli sma­ko­wały choć w poło­wie tak dobrze, jak wyglą­dały, były grze­chu warte.

Zawie­si­łam wzrok na przy­tul­nym wnę­trzu.

Niech tam, raz się żyje. Pół godziny w tę czy we w tę nie robi wiel­kiej róż­nicy - pomy­śla­łam. Pchnę­łam cięż­kie drzwi i weszłam do środka. Poczu­łam przy­jemne cie­pło na policz­kach. Pach­niało wani­lią i cyna­mo­nem.

- Mmmm... Tak sma­kuje szczę­ście. Na pewno - powie­dzia­łam pół­gło­sem do swo­jego wewnętrz­nego "ja", z któ­rym ostat­nio trzy­ma­łam praw­dziwą sztamę. Zamó­wi­łam espresso, a dla tam­tej dru­giej mnie trój­kątne gla­zu­ro­wane dzieło sztuki z fan­ta­zyjną deko­ra­cją z kar­melu. Odkąd wyba­czy­łam jej, że ona żre, a potem ja muszę bie­gać, zde­cy­do­wa­nie lepiej się doga­dy­wa­ły­śmy. Zeszła ze mnie i prze­stała robić mi wieczne wyrzuty o wszystko. Stała się naprawdę dobrą towa­rzyszką. Zapa­dłam się w fotelu i roz­ko­szy tej bło­giej, cie­płej, aro­ma­tycz­nej chwili. Z uzna­niem przy­glą­da­łam się wszyst­kim zaka­mar­kom nowego punktu na mapie miejsc god­nych uwagi. Było tam dużo brązu, zga­szo­nej zie­leni, bordo i aksa­mitu. Na ścia­nie na wprost mnie wisiał obraz w zło­tej ramie przed­sta­wia­jący sto­lik jak mój i fotele jak te obok. A w nich parę zako­cha­nych, któ­rzy pochy­lali się ku sobie nad fili­żan­kami. Wes­tchnę­łam, ale gdy tylko zda­łam sobie z tego sprawę, żach­nę­łam się zawsty­dzona przed swoim wewnętrz­nym "ja":

- E tam... Przy­naj­mniej nikt mi nie pod­jada.

Obraz jed­nak nic sobie nie robił z mojego zaprze­cze­nia. Wisiał tam, gdzie wisiał, i coraz bar­dziej mnie draż­nił. Czu­łam, że wycho­dząc, nie będę go już zupeł­nie lubiła.

A szkoda. Taka miła cukier­nia... Kto w ogóle maluje takie bred­nie? To tylko nie­po­trzeb­nie roz­bu­dza nadzieję na to, że można spo­tkać kogoś wyjąt­ko­wego, pod­czas gdy wszy­scy jeste­śmy zupeł­nie prze­ciętni. A w tej prze­cięt­no­ści zwy­kle dodat­kowo jeste­śmy uciąż­liwi, dokucz­liwi i ogól­nie cięż­ko­strawni. Dowolna para posa­dzona razem prę­dzej czy póź­niej się pokłóci. A ci wpa­trują się w sie­bie, nomen omen, jak w obraz... - poki­wa­łam głową z poli­to­wa­niem i szybko zna­la­złam sobie inny obiekt roz­wa­żań.

Obser­wo­wa­łam ludzi, nabie­ra­jąc na widel­czyk kolejne kęsy. Usa­do­wi­ły­śmy się wygod­nie z tą drugą mną w loży szy­der­ców i nie zosta­wi­ły­śmy suchej nitki na poja­wia­ją­cych się w cukierni pstro­ka­tych bere­ci­kach, nie­chluj­nych spodniach, fry­zu­rach, jakby pio­run w mio­tłę strze­lił... Uwiel­bia­ły­śmy to robić. Wtem dostrze­głam faceta. Bez bere­cika, w porząd­nych spodniach, ucze­sa­nego sta­ran­nie, ale iry­tu­ją­cego w całej swo­jej oka­za­ło­ści. Wyglą­dał obco. Nie paso­wał do reszty. Jakby się nie­dawno spro­wa­dził. Zawia­dy­wał obsługą. Krę­cił się mię­dzy sto­li­kami. Co rusz coś popra­wiał, wyrów­ny­wał, poda­wał, pole­cał...

O pro­szę, ten to dopiero... - pomy­śla­łam sobie. Jaki zaro­zu­miały, jak się rzą­dzi, książę udzielny i biz­nes­men od sied­miu bole­ści. Taki to musi mieć mnie­ma­nie o sobie. Wystar­czy spoj­rzeć: z gęby widać, że bez­czelny. Musi tu być kimś waż­nym. A jak się puszy i eks­po­nuje... Jakby powie­działa Susan - biceps, tri­ceps i kwa­dra­ceps. Matko, jak ja nie cier­pię takich gości. Co za laski na takich lecą? Dra­mat...

Nie cho­dziło o to, że już od pra­wie roku byłam sama, ani o to, że mój były, Alan, jakoś skraj­nie uprze­dził mnie do męż­czyzn. Nie mia­łam nic prze­ciwko nim, ale nie­na­wi­dzi­łam ich w takim nachal­nym, aro­ganc­kim wyda­niu. Im dłu­żej patrzy­łam na tego tam, tym bar­dziej mnie nie­po­koił i draż­nił. Dobrze, że ciastko mi się skoń­czyło, bo nor­mal­nie stra­ci­ła­bym ape­tyt. A tak z czy­stym sumie­niem mogłam opu­ścić lokal i usu­nąć z pola widze­nia to indy­wi­duum.

Na odchodne rzu­cił mi się w oczy afisz z napi­sem "Świą­teczne pier­niczki - szko­le­nie".

O mój Boże! - pomy­śla­łam. - Kto cho­dzi na takie badzie­wie? Kto w ogóle myśli o pier­nicz­kach w listo­pa­dzie? Pokrę­ci­łam głową i ruszy­łam przed sie­bie wolna od sam­ców, pier­nicz­ków i widma Bożego Naro­dze­nia.

Szłam ulicą, przy­glą­da­jąc się wysta­wom buti­ków. Powoli trzeba było już myśleć o jakiejś faj­nej sukience na uro­dziny. Jak znam życie, rodzice wypra­wią uro­czy­stą kola­cję... - myśla­łam. A w tym roku jest nie byle oka­zja...

Tak było. Mia­łam zakoń­czyć pierw­sze ćwierć­wie­cze życia. I w zasa­dzie nie było to dla mnie nic prze­ło­mo­wego. Jak dotąd byłam z sie­bie bar­dzo zado­wo­lona. Skoń­czy­łam far­ma­cję i na przed­prożu wiel­kiej kariery w wynaj­dy­wa­niu lekarstw, przy sil­nym wspar­ciu finan­so­wym taty otwo­rzy­łam wła­sną aptekę. Cał­kiem nie­źle jak na dziew­czynę w moim wieku. Ostat­nio nie mia­łam faceta i, szcze­rze mówiąc, to było cudowne.

Nie wiem, po co baby kom­pli­kują sobie życie związ­kami - myśla­łam. Zapewne tylko po to, żeby się z kimś poobła­py­wać, co samo w sobie jest krę­pu­jące. Mar­nują czas i ener­gię, a potem dowia­dują się, że jest jakaś Jane, Megan albo inna franca, która nie umiała zna­leźć faceta, więc przy­cze­piła się do cudzego... Bez sensu!

Takie wła­śnie mia­łam zda­nie, a moje wewnętrzne "ja" popie­rało mnie w całej roz­cią­gło­ści. Zarówno wtedy, gdy tak myśla­łam, jak i gdy mie­rzy­łam nie­bie­ską sukienkę w zie­lone groszki, dziew­częcą, za kolano, w sam raz na uro­dziny. Już bym ją kupiła, wszak była ide­alna, ale w przy­mie­rzalni usły­sza­łam roz­mowę roz­en­tu­zja­zmo­wa­nych eks­pe­dien­tek:

- Widzia­łaś to nowe cia­cho z cukierni?! - mówiła jedna.

- Tego boga sło­dy­czy w ciele boga roz­pu­sty? - wtó­ro­wała jej druga.

- Kochana, ja przez niego żywię się tylko pącz­kami. Mam nadzieję, że go zba­je­ruję, zanim tyłek prze­sta­nie mi się mie­ścić w miniówę... - traj­ko­tała pierw­sza.

- Powo­dze­nia, już pró­bo­wa­łam... - skwi­to­wała druga roz­strzy­ga­ją­cym tonem.

- Zajęty? - szcze­bio­tała pierw­sza.

- Wia­domo, zajęty albo gej. Prze­cież wiesz, że jestem jak gej­ra­dar. Hete­ryk mi się nie oprze. Więc sama rozu­miesz... - mówiła druga tonem znaw­czyni.

- Och, nie mów - zawo­dziła pierw­sza.

- No nie­stety... Można sobie naj­wy­żej popa­trzeć. Ale dobre i to. Przy każ­dej zapła­cie wyso­kim nomi­na­łem udaję, że nie mam drob­nych i cho­dzę do cukierni roz­mie­nić... - chwa­liła się eks­pertka.

- Ach! Ty to jesteś genialna! - podzi­wiała ją kole­żanka.

- Sze­fowa się tro­chę wku­rza, że w kasie same drobne, ale sama rozu­miesz... Należy się nam tro­chę przy­jem­no­ści!

- A jak płacą kartą? - dopy­ty­wała pierw­sza.

- Udaję, że zepsuł nam się ter­mi­nal.

- Zosta­łaś moim guru...

No co za tępe dzidy - pomy­śla­łam. Musiały mówić o tym nowym. Co im się podoba w tym wstręt­nym bufo­nie? I jak można być tak pro­stą larwą? Nic od nich nie kupię. Zwłasz­cza że mam w port­felu same wyso­kie nomi­nały - posta­no­wi­łam. Albo lepiej! Przyjdę po tę kieckę jutro i zapłacę mone­tami. Naszy­kuję cały worek monet i będę patrzeć, jak sie­dzą i liczą... - uknu­łam nie­cny plan i wyszłam obu­rzona, a jed­no­cze­śnie prze­ko­nana, że obro­ni­łam honor wszyst­kich kobiet. Tylko prze­lot­nie spoj­rza­łam, jak wygląda ta niu­nia, co to nikt jej się nie oprze.

Gej­ra­dar! Też coś! - stwier­dzi­łam.

W aptece pra­co­wa­łam razem z przy­ja­ciółką ze stu­diów, Susan. Na jej przy­kła­dzie tata nie­mal co rano mi wyja­śniał, że można pra­co­wać dla innych, ale lepiej, jeśli to oni pra­cują dla cie­bie. Przy pro­wa­dze­niu apteki zapewne przy­dałby się jakiś kurs zarzą­dza­nia, ale ja byłam po prze­szło dwu­dzie­sto­let­nim szko­le­niu u taty, który w nie­mal każ­dym zda­niu czymś zarzą­dzał bądź też uczył zarzą­dza­nia. I trzeba przy­znać, że znał się na tym dobrze, bo czym­kol­wiek by nie zarzą­dzał, osią­gał zado­wa­la­jące rezul­taty. Tak też było w kwe­stii Gwiazdki. Zarzą­dzał nią po mistrzow­sku. Każde święta w moim domu były zor­ga­ni­zo­wane z roz­ma­chem na miarę słyn­nego domu towa­ro­wego. Wszystko było świą­tecz­nie świą­teczne - deko­ra­cje, stroje, jedze­nie, zwy­czaje, abso­lut­nie wszystko, co teo­re­tycz­nie było potrzebne do prze­ży­cia wiel­kich, ide­al­nych świąt. Mimo to ja ni­gdy ich nie czu­łam. Nic we mnie świą­tecz­nie nie podry­gi­wało, nie nuci­łam kolęd i niczego w grud­niu nie wycze­ki­wa­łam. Może tylko jego końca... Święta były dla mnie datą w kalen­da­rzu wyma­ga­jącą szcze­gól­nych wysił­ków i więk­szego zasze­re­go­wa­nia cza­so­wego na rzecz rodziny. Trzeba było wygo­spo­da­ro­wać mnó­stwo wol­nego na udział we wszyst­kich tra­dy­cjach oraz na pomoc w ponadwy­mia­ro­wych porząd­kach. Zupeł­nie jakby na Gwiazdkę zjeż­dżała inspek­cja sani­tarna. No i oczy­wi­ście trzeba było czasu na wysiłki w kuchni, gdzie mama, jako żona świą­tecznego fre­aka, nie­zmien­nie sta­wała na wydu­ma­nej wyso­ko­ści zada­nia. W święta wszystko musiało być arcy­wy­jąt­kowe. Posiłki wytworne, wyśmie­nite i tak bar­dzo cza­so­chłonne, by nikomu nawet przez myśl nie prze­szło, że można je poda­wać czę­ściej niż raz w roku. Aż trudno uwie­rzyć, że w tym wszyst­kim kto­kol­wiek mógł odnaj­dy­wać jakąś przy­jem­ność. Na pewno nie ja. Pomimo świa­te­łek, bro­ka­tów i wspa­nia­ło­ści nie czu­łam w świę­tach niczego szcze­gól­nego. Niczego poza mie­szanką zmę­cze­nia i znie­chę­ce­nia. Zazdro­ści­łam ojcu, mamie i bra­ciom, któ­rych serca wręcz wzno­siły się w górę, gdy zapa­lali lampki na cho­ince. Chcia­łam się tego nauczyć, chcia­łam to poczuć, ale jakoś nie mogłam. Kon­cen­tro­wa­łam się raczej na tym, żeby święta prze­trwać i żeby nie popsuć innym dobrego świą­tecz­nego humoru.

Wie­działa o tym tylko Susan. Przez całe stu­dia były­śmy sobie bli­skie jak sio­stry.

- Uwiel­biam te nasze plo­teczki - wyzna­łam pew­nego wie­czoru, kiedy po zamknię­ciu opie­ra­ły­śmy się o regały i, niby to pod­li­cza­jąc dzień, gada­ły­śmy o wszyst­kim i niczym.

- Hi, hi, ja też, Emmy! - pisnęła Susan. - Dobra, nie wytrzy­mam, wycią­gnij ręce i zamknij oczy!

- A co to za oka­zja? - zaśmia­łam się zasko­czona.

- No zrób to.

- OK - ule­głam i poczu­łam coś papie­ro­wego na dłoni.

- Otwórz! - pole­ciła.

- Co to? - dzi­wi­łam się.

- Twój pre­zent uro­dzi­nowy.

- Prze­cież to jesz­cze sporo czasu... - śmia­łam się.

- Oj, taki no, wcze­śniej­szy... - Susan szcze­rzyła się wyraź­nie pod­eks­cy­to­wana.

Otwo­rzy­łam kopertę i wycią­gnę­łam brą­zowy kar­net. Roz­ło­ży­łam go. W rękach unio­sła mi się papie­rowa atrapa chatki z pier­nika. Całe szczę­ście, że w poprzed­nim wcie­le­niu byłam słynną aktorką, która non stop zbie­rała Oscary...

Trudno powie­dzieć, dla­czego Susan zapi­sała nas na przed­świą­teczny kurs deko­ro­wa­nia pier­nicz­ków w nowej cukierni. Być może uwa­żała, że akt kre­acji bożo­na­ro­dze­nio­wego piękna sprawi, że odnajdę w świę­tach coś wyjąt­ko­wego. Może liczyła, że dobra zabawa pozy­tyw­nie mnie nastroi. Były to oczy­wi­ste bred­nie, zwłasz­cza że mia­łam pro­blem z ude­ko­ro­wa­niem wła­snych paznokci lakie­rem. Zatem kurs deko­ro­wa­nia pier­nicz­ków wręcz gwa­ran­to­wał mi wzmo­żoną por­cję fru­stra­cji. Nie byłam miło­śniczką wypie­ków. Ani wcze­śniej­szych pre­zen­tów. Pre­zen­tów w ogóle... W ogóle nie byłam miło­śniczką!

Przy­ję­łam upo­mi­nek z należną wdzięcz­no­ścią i wystu­dio­waną rado­ścią, bo dowo­dził, że Susan się o mnie trosz­czyła, a to bez­cenne. Poza tym ozna­czał, że tro­chę ze sobą pobę­dziemy. I to był jeden jedyny drobny plus tego nie­do­rzecz­nego pomy­słu. W aptece pra­co­wa­ły­śmy na zmiany i nie mia­ły­śmy dla sie­bie dość czasu. W zasa­dzie czu­łam pewną eks­cy­ta­cję przed ponow­nym zaję­ciem ławki razem z Susan, więc posta­no­wi­łam się nie mar­twić tym ska­za­nym na porażkę kur­sem. Choć pewne było, że niczego się tam nie nauczę, zamie­rza­łam się dobrze bawić. Po dłuż­szym namy­śle posta­no­wi­łam nawet szcze­rze spró­bo­wać tego deko­ro­wa­nia, bo prze­cież pier­niczki wcale nie muszą być świą­teczne. Można sobie zro­bić pier­niczki hal­lo­we­enowe, uro­dzi­nowe, a nawet takie bez oka­zji. Kurs był kosz­towny i nie chcia­łam zmar­no­wać pie­nię­dzy Susan.

Dla­tego tydzień póź­niej, za dwie dzie­więt­na­sta, sta­łam w bia­łym far­tuszku w gro­nie kilku kobiet, dwóch gejów i faceta z brzusz­kiem, który towa­rzy­szył mniej wię­cej ośmio­let­niej córce. To była odpo­wiedź na moje pyta­nie, kto cho­dzi na takie badzie­wie. Otóż ja we wła­snej oso­bie. Opie­ra­łam ręce na bla­cie jed­nego z ośmiu sto­li­ków, które wyzna­czały sta­no­wi­ska pracy kur­san­tów zgro­ma­dzo­nych w cukierni. Roz­glą­da­łam się dookoła. Lokal był praw­dziwą nowinką i zbie­rał same pochlebne opi­nie. Z dnia na dzień mia­stecz­kiem wstrzą­snęły zachwyty nad boską kawą, nie­ziem­ską atmos­ferą i ape­tycz­nymi łako­ciami. Rze­czy­wi­ście wszystko wyglą­dało bajecz­nie. Cukier­nia była przy­tulna i zapra­sza­jąca. Słoje z cia­stecz­kami, patery z muf­fi­nami i lady chłod­ni­cze wypeł­nione po brzegi ape­tycz­nymi wypie­kami przy­cią­gały wzrok i wzma­gały wytwa­rza­nie śliny. Zapach cze­ko­lady wodził na poku­sze­nie. A mięk­kie fotele zachę­cały, by się w nich zatra­cić. Ogólne wra­że­nie było bar­dzo dobre i miło było tu prze­by­wać. Tak więc prze­by­wa­łam, podob­nie jak inni, gotowa na szko­le­nie z przy­go­to­wa­nia pier­nicz­ków.

I nie rozu­mia­łam, dla­czego nie został zawczasu doce­niony mój entu­zjazm. Nie­ła­two było go wykrze­sać. Za to łatwo było go stra­cić, gdy moim oczom uka­zał się nie­jaki Chri­sto­pher Coś­tam, natych­miast okrzyk­nięty przez Susan Świą­tecz­nym Cia­chem. Chyba nie trzeba pod­po­wie­dzi, że był to ten kołek, któ­rego ostat­nio tu widzia­łam. Krą­żył pośród kur­san­tów, przy­jaź­nie ich zaga­du­jąc. Rze­czy­wi­ście był cał­kiem przy­stojny, nie wiem, być może w typie Susan. Ja wola­łam mniej popu­lar­nych męż­czyzn. Takich z wnę­trzem, duszą, inte­li­gent­nych, repre­zen­tu­ją­cych sobą coś wię­cej niż dobre czasy w mara­to­nach. W ogóle nie prze­pa­da­łam za typem spor­towca. No chyba że cho­dziło o wyso­kich wio­śla­rzy. Do nich mia­łam lekką niczym nie­uza­sad­nioną sła­bość. Chri­sto­pher zaś był szczu­pły i miał naj­wy­żej metr osiem­dzie­siąt. Ot, taki chło­pa­czek. Ow­szem, ewi­dent­nie roz­ta­czał jakiś urok, skoro wszy­scy poza mną na wstę­pie go polu­bili. No ale cukier­nik? Serio?! Czy to zawód dla męż­czyzny? Czy praw­dziwy facet pie­cze pty­sie? W tym bia­łym far­tuszku znie­chę­cał mnie jesz­cze bar­dziej niż poprzed­nio bez far­tuszka. W naj­mniej­szym nawet stop­niu nie podzie­la­łam zachwytu Susan, która wodziła za nim wzro­kiem.

- Susan, na miłość boską, wię­cej dys­kre­cji - szturch­nę­łam ją w ramię.

- Ale o co ci cho­dzi? - żach­nęła się. - Nic nie robię, nic nie mówię. Stoję sobie!

- Gapisz się na niego!

- Ma pro­wa­dzić kurs, więc się gapię, żeby niczego nie PRZE­ga­pić i tobie też to radzę - naci­skała i raczej nie cho­dziło jej o deko­ro­wa­nie pier­nicz­ków.

- Dzię­kuję, postoję - zby­łam ją.

- No weź, zobacz, jaki przy­stoj­niak! Nor­mal­nie biceps...

- ...tri­ceps i kwa­dra­ceps, wiem, wiem... - dokoń­czy­łam zde­gu­sto­wana.

- O to cho­dzi! - pota­ki­wała.

- Facet nie jest w moim typie - odpar­łam lek­ce­wa­żą­cym tonem.

- Ostat­nio żaden facet nie jest w twoim typie - pod­su­mo­wała rze­czowo, mając zapewne tro­chę racji.

Byłam jej zupeł­nym prze­ci­wień­stwem. Ona w każ­dym chło­paku dostrze­gała jakąś zaletę. Ja odwrot­nie. Nikim nie bywa­łam ocza­ro­wana. Chyba mia­łam z face­tami ten sam pro­blem co z Bożym Naro­dze­niem, ale wola­łam tego gło­śno nie mówić, zwłasz­cza przy Susan. Jesz­cze zapi­sa­łaby nas na kurs tańca na rurze albo cze­goś innego, rów­nie nie­do­rzecz­nego...

Cukier­nik roz­po­czął zaję­cia. Poczę­sto­wał nas pier­nicz­kami i przy­go­to­wał ponoć ide­alny lukier kró­lew­ski. Przy­glą­da­łam mu się wni­kli­wie. Czym on mnie tak draż­nił? Po dłuż­szym namy­śle stwier­dzi­łam, że nie był znie­wie­ściały. Był cier­pliwy, może nawet sym­pa­tyczny. Wszyst­kich zachę­cał do aktyw­nego udziału. Pano­wał nad grupą. Zaba­wiał nas roz­mową, gdy ubi­jał białka. Zaan­ga­żo­wał małą Niki do prze­sie­wa­nia cukru pudru. Trzeba przy­znać, że sku­tecz­nie pod­no­sił zwy­kłe, pro­za­iczne czyn­no­ści - jak odwa­ża­nie skład­ni­ków - do rangi zaj­mu­ją­cego wyda­rze­nia. Może i miał w sobie coś absor­bu­ją­cego. Naj­gor­sze jed­nak było to, że za każ­dym razem, gdy się zbli­żał, wzma­gał we mnie nie­po­kój. Wola­łam, gdy stał daleko i nie poświę­cał mi uwagi. Gdy tylko pod­cho­dził, czu­łam się nie­zręcz­nie. Zde­cy­do­wa­nie wola­ła­bym, żeby te zaję­cia pro­wa­dziła jakaś puszy­sta pani domu. Rze­sze odda­nych fanek były jed­nak innego zda­nia.

Matko, jakie te baby są durne - myśla­łam, prze­wra­ca­jąc oczami.

Chris uzy­skał pożą­daną kon­sy­sten­cję lukru, prze­ło­żył część do miseczki i każ­demu kazał go dotknąć. Wyda­wało mi się to absur­dalne, ale nie pozo­stało mi nic innego, jak pod­dać się tej zbio­ro­wej histe­rii wyznaw­ców reli­gii świą­tecz­nych cia­stek. Scep­tycz­nie nabra­łam odro­binę lukru pal­cem wska­zu­ją­cym.

- Czu­jesz grudki? - zapy­tał pro­wa­dzący.

Nie mów do mnie - pomy­śla­łam z rezy­gna­cją, ale zda­łam sobie sprawę z tego, że za późno na to życze­nie. Wywo­łana do odpo­wie­dzi roz­tar­łam lukier w pal­cach. Spoj­rza­łam na niego bez entu­zja­zmu:

- Jest nieco szorstki, ale nie ma gru­dek.

- I nie jest lejący - dodał, utrzy­mu­jąc moje spoj­rze­nie. Miał szare oczy. - Opisz go - pole­cił.

No nie mogę... Będziemy wyno­sić na ołta­rze lukier? - sko­men­to­wa­łam w myślach. Ale pamię­ta­łam o sto­ją­cej obok Susan.

- Biały i słodki! - wyre­cy­to­wa­łam z uczniow­ską powagą.

Cukier­nik zmarsz­czył brwi w nie­do­wie­rza­niu. Zła­pał mnie za nad­gar­stek i w mgnie­niu oka uniósł moją dłoń do swo­jej twa­rzy. Zebrał ustami odro­binę lukru z mojego palca. Nie zdą­ży­łam zare­ago­wać! Bez­czelny! Sta­łam jak wryta. Nie mogłam ode­rwać od niego zaże­no­wa­nego wzroku. Tym­cza­sem on wzru­szył ramio­nami.

- Nie spró­bo­wa­łaś go, nie jest słodki.

Nie do wiary... Pró­bo­wał mnie zawsty­dzić? Co to za zacho­wa­nie? Roz­mó­wię się z nim po lek­cji! Bez świad­ków!

- Jest z cukru, musi być słodki - odpar­łam, wkła­da­jąc w swe słowa tyle obłud­nego czaru, ile tylko mogłam.

- Jest też z wody, a wcale nie jest mokry - Chri­sto­pher Coś­tam nie dawał za wygraną. Pozo­stali kur­sanci przy­słu­chi­wali się nam z uwagą. Czu­łam na sobie spoj­rze­nie Susan. Mia­łam wra­że­nie, że stoję na sce­nie, a ten prze­mą­drzały dupek pró­buje zabły­snąć, nara­ża­jąc mnie na śmiesz­ność. Był pewny sie­bie. Zapewne nie­raz już to robił. Miał swój sce­na­riusz. Poczu­łam prze­możną chęć zbu­rze­nia go. Nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od jego źre­nic, pochy­li­łam głowę, czy­niąc swój wize­ru­nek bar­dziej zalot­nym. Wolno unio­słam palec wska­zu­jący do buzi i namięt­nie zli­za­łam z niego resztkę lukru, opie­ra­jąc opu­szek na dol­nej war­dze. Prze­chy­li­łam głowę, jak­bym się zasta­na­wiała...

- Jest cytry­nowy - wymru­cza­łam - lepki i cytry­nowy...

Gwał­tow­nie zerwa­łam nić spoj­rze­nia. Cukier­nik, nie­stety, nie był skon­fun­do­wany. Był zado­wo­lony. Bez­czel­nie zado­wo­lony. Susan stała osłu­piała, a oparty o part­nera Mike wpra­wił wszyst­kich w roz­ba­wie­nie komen­ta­rzem:

- Boże, ile sek­sa­pilu...

Tak czy ina­czej jakoś z tego wybrnę­łam i nie chcia­łam do tego wra­cać. Odpu­ści­łam sobie roz­mowę mora­li­za­tor­ską, którą w myślach poprzy­się­głam ciast­ko­wemu men­to­rowi. Nie mia­łam ochoty nara­żać się znowu na śmiesz­ność po zaję­ciach.

Nie­stety, scenę z lukrem omó­wi­ły­śmy potem z Susan około dwu­stu razy. Gdy tylko wyda­wało mi się, że nic wię­cej nie da się powie­dzieć, ona zaczy­nała od nowa. Że kto by pomy­ślał... Pro­szę, pro­szę... Co by było, gdyby facet BYŁ w moim typie...

Co za bred­nie! Totalne bred­nie. Nie­po­trzeb­nie to wszystko mówiła. Przez nią zamiast zapo­mnieć o tym całym zda­rze­niu, raz po raz do niego wra­ca­łam, prze­ży­wa­łam zawsty­dze­nie i od nowa sili­łam się na odwagę, żeby bez­czel­nie wpra­wić wszyst­kich w zakło­po­ta­nie. Pozo­sta­wa­łam z poczu­ciem dwu­znacz­nego, nie­kom­for­to­wego zwy­cię­stwa i przej­mu­ją­cego spoj­rze­nia sza­rych oczu.

To poczu­cie pro­wa­dziło do pyta­nia, czy iść na następne zaję­cia. Odpo­wiedź była oczy­wi­sta, gdy pomy­śla­łam o Susan, i nieoczy­wi­sta, gdy myśla­łam o całej resz­cie. Stała się jesz­cze bar­dziej wąt­pliwa naza­jutrz.

Wła­śnie koń­czy­łam zmianę w aptece. Susan już zastą­piła mnie przy okienku, więc poszłam na zaple­cze upo­rząd­ko­wać doku­menty i przy­szy­ko­wać się do wyj­ścia. Nie minęło nawet pięć minut, gdy przy­ja­ciółka pobie­gła do łazienki, rzu­ca­jąc mi tylko:

- Bła­gam, stań za ladą, muszę do kibelka...

Led­wie usia­dłam... - pomy­śla­łam nie­za­do­wo­lona. Dźwi­gnę­łam się leni­wie z krze­sła.

- Pew­nie znowu się cze­goś nażarła... - snu­łam domy­sły.

Chło­pak Susan, John, wie­rzył w to, że świet­nie gotuje, a ona biedna trwała w posta­no­wie­niu, że nie będzie pod­ko­py­wać jego zapału, wypro­wa­dza­jąc go z błędu. Efekt tego był skraj­nie żało­sny.

- Zde­cy­do­wa­nie John powi­nien dostać voucher na kuli­narne szko­le­nie zamiast mnie. I nie ogra­ni­cza­ła­bym się do pier­nicz­ków - wes­tchnę­łam sama do sie­bie, wspo­mi­na­jąc jego szak­szukę z kur­kumą, mie­lonką i cytru­sami, któ­rej smród i kon­sy­sten­cja czule nastra­jały do rama­danu.

W aptece było kilka osób, ale moją uwagę od razu przy­kuł ostatni w kolejce klient.

O nie! To nie mógł być przy­pa­dek. Susan musiała to zapla­no­wać! Na pewno chciała, żebym to ja obsłu­żyła Chri­sto­phera z cukierni. No uwzięła się na mnie... A niech to! - pomy­śla­łam.

Przy­glą­dał mi się, odkąd tylko wyszłam z zaple­cza. Przy­szła jego kolej. Uśmiech­nął się nie­znacz­nie:

- Cześć.

- Czym mogę słu­żyć? - odpar­łam z uda­wa­nym uro­kiem rów­nym temu, który zapre­zen­to­wa­łam na zaję­ciach.

- Potrze­buję cze­goś na opa­rze­nia.

- Jak bar­dzo roz­le­głe? - zapy­ta­łam z chło­dem, który przy­niósłby ulgę nawet ofie­rze pożaru.

- Nie bar­dzo - odrzekł cukier­nik.

- No, nie jest to apte­kar­ska pre­cy­zja... - zaśmia­łam się mimo woli.

Spoj­rzał na mnie, lekko uno­sząc kąciki ust w pogod­nym gry­ma­sie. Ostroż­nie uniósł rękaw. Opa­rze­nie jak opa­rze­nie, na pra­wym przed­ra­mie­niu, nic spe­cjal­nego, ale dla męż­czy­zny mógł to być stan ago­nalny. Zwłasz­cza dla męż­czy­zny z cukierni... - pomy­śla­łam, robiąc przy­tyk do jego nie­wie­ściego fachu.

- Para? - spoj­rza­łam współ­czu­jąco.

- Roz­grzane masło kaka­owe.

- Dobrze się składa, masło kaka­owe pomaga na opa­rze­nia - odpar­łam z prze­ko­na­niem.

- Bar­dzo śmieszne... - mruk­nął poważ­nie.

- Nie żar­tuję. Masło kaka­owe sto­suje się do okła­dów na skórę przy drob­nych opa­rze­niach, gdy docho­dzi jedy­nie do zaczer­wie­nie­nia. Oczy­wi­ście sto­suje się je na zimno - zaśmia­łam się lekko.

- Faj­nie, ale wolał­bym coś nie­ka­ka­owego... - skwi­to­wał i zaczął spo­koj­nie wpa­try­wać się we mnie tymi swo­imi sza­rymi, prze­past­nymi oczami. Posta­wi­łam przed nim śro­dek chło­dzący i opa­tru­nek jałowy.

- Powinno wystar­czyć - prze­su­nę­łam pro­dukty w jego stronę.

- Mogła­byś to jakoś...? - poki­wał pal­cem, suge­ru­jąc zało­że­nie opa­trunku. Wyj­rza­łam zza jego ple­ców zna­cząco, chcąc powo­łać się na ocze­ku­jącą kolejkę, ale nikogo poza nim już nie było. Pod­da­łam się, umy­łam ręce, zało­ży­łam ręka­wiczki, nanio­słam pre­pa­rat i ostroż­nie przy­mo­co­wa­łam opa­tru­nek osła­nia­jący. Chris śle­dził każdy mój ruch.

- Trzeba to regu­lar­nie zmie­niać - pouczy­łam go.

- Jesteś tro­skliwa - spoj­rzał na mnie spode łba.

Cóż za tani pod­ryw - pomy­śla­łam. Par­sk­nę­łam śmie­chem:

- Wymo­głeś to na mnie.

- Mogła­byś mnie nauczyć? - zawie­sił głos, wycze­ku­jąc odpo­wie­dzi.

- To żadna filo­zo­fia - wzbra­nia­łam się. - Widzia­łeś: przy­kła­dasz, przy­kle­jasz, gotowe - tłu­ma­czy­łam zaże­no­wana.

- Cho­dzi mi o coś wię­cej - naci­skał. - Pro­wa­dzę szko­le­nia, mam pod opieką ludzi w kuchni. Pło­mie­nie, noże i te sprawy. Powi­nie­nem się mniej wię­cej orien­to­wać...

Wzru­sza­jące - pomy­śla­łam i wzię­łam głę­boki oddech. Nie dam się tak łatwo podejść - zarze­ka­łam się sama przed sobą.

I ow­szem! Pró­bo­wa­łam się go pozbyć. Pró­bo­wa­łam się wywi­nąć! A jaki był finał? Wyje­chał mi z przy­sięgą Hipo­kra­tesa! Byłam wście­kła, ale pomimo wszel­kich sta­rań pole­głam. Był tak zawzięty, że nie zdo­ła­łam się wymi­gać. Więc wresz­cie zło­ży­łam broń:

- Niech będzie, na pewno ja albo Susan...

- Świet­nie, zostań dłu­żej po jutrzej­szych zaję­ciach. Jestem ci megaw­dzięczny! - zapew­nił i zosta­wił mnie z bank­no­tem, z któ­rego nie zdą­ży­łam wydać mu reszty.

Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że się wko­pa­łam w coś, na co abso­lut­nie nie mia­łam ochoty.

- W zasa­dzie jed­nak wko­pała mnie Susan i to ona zaj­mie się szko­le­niem z pierw­szej pomocy - posta­no­wi­łam.

Wpa­ro­wa­łam na zaple­cze i zaczę­łam tłuc pię­ścią w drzwi łazienki:

- Wyłaź, dobrze wiem, że to zaaran­żo­wa­łaś! Sły­szysz? Już koniec przed­sta­wie­nia, poszedł!

Usły­sza­łam dźwięk prze­su­wa­nego zamka, ale Susan nie wyszła. Otwo­rzy­łam drzwi. Sie­działa na pod­ło­dze i obej­mo­wała sedes.

- Nic ci nie jest? - zapy­ta­łam zanie­po­ko­jona.

- Zastąp mnie jesz­cze przez chwilę. Chyba coś mi zaszko­dziło - pro­siła.

Świet­nie... - pomy­śla­łam.

Nawet nie mogłam jej opie­przyć. Zadzwo­ni­łam po domnie­ma­nego sprawcę jej zatru­cia. Zapa­ko­wa­łam mu elek­tro­lity i kilka zio­ło­wych her­ba­tek, żeby się bie­daczka nie odwod­niła, a sama wró­ci­łam do okienka. Ruch był mały, więc mia­łam dużo czasu na prze­my­śle­nia. Obli­czy­łam, że praw­do­po­do­bień­stwo jutrzej­szego udziału Susan w zaję­ciach z pier­nicz­ków jest bli­skie zeru. Obmy­śli­łam zatem dzie­sięć spo­so­bów na to, żeby uspra­wie­dli­wić wła­sną nie­obec­ność. Wpraw­dzie wszyst­kie były zna­ko­mite, ale jesz­cze dla bez­pie­czeń­stwa przy­go­to­wa­łam sobie dodat­kowe trzy. Cóż, prze­zorny zawsze ubez­pie­czony!

Plany urwa­nia się z pier­nicz­ków były nie­mal dosko­nałe. Nie zakła­dały tylko jed­nego: że Susan przy­śle mi wia­do­mość jed­no­znacz­nie żąda­jącą, żebym zro­biła notatki. Wście­kła rzu­ci­łam o zie­mię wszyst­kimi trzy­na­stoma spo­so­bami na nie­pój­ście i mogła­bym przy­siąc, że widzia­łam, jak tłuką się w drobny mak. O osiem­na­stej przy­gnę­biona jak zbity pies zamknę­łam aptekę. Zabra­łam kilka środ­ków opa­trun­ko­wych i spoj­rza­łam w lustro. Na twa­rzy mia­łam wyma­lo­wa­nych dzie­więć godzin za ladą. Uszmin­ko­wa­łam usta i mach­nę­łam ręką. Trudno. Zacze­sa­łam blond loki za ucho. Czu­łam się zmę­czona i znie­chę­cona. A wie­czór zapo­wia­dał się dłuż­szy, niż to było konieczne. Po dro­dze do cukierni wpa­dłam do domu i zabra­łam stary pod­ręcz­nik z cza­sów szkol­nych. Wyszłam na ulicę, powta­rza­jąc sobie w duchu jak man­trę:

- Mam ochotę na pie­przone pier­niczki i kurs pierw­szej pomocy! Mam ochotę...

Nie mia­łam ochoty. Ale może uczu­cia, takie jak miłość czy przy­jaźń, po pro­stu wyma­gają poświę­ceń. Rzy­ga­jąca jak kot Susan ofia­ro­wała swoje zdro­wie dla poczu­cia war­to­ści Johna. Ja jestem jej winna te notatki. Za naszą przy­jaźń, za ten pre­zent, za cało­kształt. Szłam zre­zy­gno­wana ulicą. Smęt­nie zawie­sza­łam wzrok na witry­nach. Gdzie­nie­gdzie poja­wiały się pierw­sze cho­inki i migo­czące świa­tełka.

Serio? Tak szybko? - pyta­łam samą sie­bie z zawo­dem. Z naprze­ciwka szli chło­pak z dziew­czyną. Ona szcze­bio­tała:

- O mój Boże! Świa­tełka! Widzia­łeś?! Coraz bli­żej święta! Gdy na nie patrzę, czuję się taka szczę­śliwa i pod­eks­cy­to­wana! Jak małe dziecko! - pisz­czała.

Skrzy­wi­łam się z nie­sma­kiem.

O Boże... Jak małe dziecko, jak małe dziecko - prze­drzeź­nia­łam ją w myślach. Badaw­czo spoj­rza­łam na kolo­rowe lampki. Czy coś poczu­łam? Oczy­wi­ście, że nie. Nic nie poczu­łam. Bo to tylko durne świa­tła odbi­ja­jące się od bro­katu!

Lek­cja robie­nia pier­nicz­ków zaczęła się w miarę zno­śnie. Chri­sto­pher poczę­sto­wał nas puszy­stymi pier­nicz­kami z nadzie­niem. Były zupeł­nie inne niż te do deko­ro­wa­nia. Roz­pły­wały się w ustach. Były prze­pyszne, korzenne, ugi­nały się pod języ­kiem.

- Zamie­rzam wam poka­zać, jak piec roz­ma­ite pier­niczki, ale to na któ­rejś z następ­nych lek­cji. Teraz wiem, że nie może­cie docze­kać się kon­kre­tów, dla­tego przy­go­to­wa­łem dla was pier­niczki w kształ­cie bom­bek, na któ­rych nauczy­cie się ryso­wać pro­ste linie oraz kółka. One pozwolą na wyko­na­nie pierw­szych deko­ra­cji - zapo­wie­dział cukier­nik.

Zano­to­wa­łam: "kre­ski i kropki".

Mike zacie­rał dło­nie z rado­ści. Niki pod­ska­ki­wała. Na oko trzy­dzie­sto­let­nia ruda Darma z eks­cy­ta­cją śle­dziła ruchy Chrisa. Jakieś pier­nicz­kowe sza­leń­stwo. Chris miał pod­wi­nięte rękawy. Spod jed­nego wysta­wał powie­wa­jący strzę­pek opa­trunku. Mia­łam nadzieję, że lepiej deko­ruje ciastka, niż przy­kleja pla­stry.

Wpraw­nie ude­ko­ro­wał kilka pier­nicz­ków na pokaz. Nie sądzi­łam, że to takie łatwe. Lukier był w spe­cjal­nych worecz­kach z meta­lo­wymi koń­ców­kami. Można było nimi pisać jak dłu­go­pi­sem. Roz­pro­mie­ni­łam się.

Pisać umiem fan­ta­stycz­nie, więc bez trudu sobie pora­dzę - pomy­śla­łam. A napi­szę coś anty­świą­tecz­nego. Na przy­kład Fuc­king Chri­st­mas. Nie, to by było zbyt wul­garne. FC - sub­tel­nie, jak dama - pla­no­wa­łam.

Po pre­zen­ta­cji przy­stą­pi­li­śmy do dzieła. Chris krą­żył pomię­dzy nami, raz po raz komuś coś poka­zu­jąc. W cukierni zapa­no­wał rado­sny gwar. Wszy­scy żywio­łowo reago­wali na wła­sne próby z lukrem, a nie­po­wo­dze­nia przy­no­siły nawet wię­cej rado­ści niż suk­cesy. Innym. Ja oso­bi­ście mia­łam mie­szane uczu­cia. Czu­łam się dziw­nie. Bra­ko­wało mi Susan. Moje pier­niczki wycho­dziły pokraczne. Linie były krzywe, wręcz falo­wane, raz grube, raz cien­kie, cza­sem nawet prze­ry­wane. Im bar­dziej się sta­ra­łam, tym gorzej mi wycho­dziły. Kropki pre­zen­to­wały się jesz­cze gorzej. Chris zer­k­nął mi kilka razy przez ramię, ale niczego nie komen­to­wał. Trak­to­wał mnie ina­czej niż innych. Tro­chę jak powie­trze. Byłam zła. Innym wycho­dziło lepiej i to na pewno dla­tego, że dawał im jakieś wska­zówki. Może bawiło go to, że mi nie wycho­dzi. Jeśli tak, to nie ma co liczyć na kurs pierw­szej pomocy - zarze­ka­łam się sama przed sobą. Albo prze­ciw­nie, wezmę odwet, gdy wyśmieję jego mistrzow­ski opa­tru­nek, który trzyma się pew­nie tylko dla­tego, że przy­kleił się do rany!

Czas pier­nicz­ków szybko minął. Nawet szyb­ciej, niż przy­pusz­cza­łam. Wszy­scy zaczęli wycho­dzić. Pospiesz­nie się­gnę­łam po płaszcz. Chris czuj­nie mnie zatrzy­mał:

- Co robisz? Mia­łaś zostać...

- A no tak! - uda­łam roz­tar­gnioną. - Pew­nie! Zapo­mnia­łam... - mach­nę­łam ręką i uśmiech­nę­łam się do niego, gra­jąc na zwłokę.

- Co z twoją kole­żanką? Czemu nie przy­szła? - dopy­ty­wał.

Współ­czu­jąco pomy­śla­łam o Susan:

- Coś jej zaszko­dziło, leży w domu... Chyba jej chło­pak otruł ją kolej­nym kuli­nar­nym eks­ce­sem... - poro­zu­mie­waw­czo potrzą­snę­łam głową.

- Może to i lepiej... - rzu­cił Chris.

Myśla­łam, że nie dosły­sza­łam:

- Co pro­szę?

- No wiesz, nie muszę teraz jej spła­wiać... - patrzył na mnie, jakby mówił o jakichś zupeł­nych oczy­wi­sto­ściach.

- Nie do końca rozu­miem... - uda­łam.

- Powiedzmy, że lepiej się kon­cen­truję przy jed­nej oso­bie... - przy­mknął oko i zawie­sił głos.

Znowu czu­łam się zaże­no­wana. Zasta­na­wia­łam się, co ten koleś insy­nu­uje.

- Usiądź! - wska­zał wyso­kie krze­sło przy ladzie. Opar­łam się łok­ciem o kon­tuar.

- Dobrze ci idzie, ale musisz nabrać wyczu­cia - mówił, nio­sąc rękaw cukier­ni­czy z lukrem. - Ach tak... - pomy­śla­łam. - Pan pro­fe­sor będzie się popi­sy­wał.

Wytarł koń­cówkę meta­lo­wej tutki. Poło­żył przede mną nowy pier­ni­czek.

W sumie - stwier­dzi­łam w myślach - należy mi się. Kurs jest opła­cony, a on mnie total­nie igno­ro­wał. Może nie radzi sobie z taką liczbą uczniów. A może po pro­stu moje błędy były mniej oczy­wi­ste. Nie zaszko­dzi sko­rzy­stać z jego uwag - oce­ni­łam naprędce i wzię­łam rękaw z lukrem.

Chris usiadł za mną i objął mnie. Trzy­mał moją dłoń w swo­jej. Nieco stra­ci­łam pew­ność sie­bie. Zupeł­nie ina­czej to sobie wyobra­ża­łam. Miał twarz tuż przy mojej. Zaglą­dał mi przez ramię i ukła­dał nasze ręce na ręka­wie. Nie wie­dzieć czemu oddech mi przy­spie­szył. Zro­biło mi się nie­swojo, dziw­nie, kry­tycz­nie. Czu­łam na ple­cach, jak jego klatka pier­siowa unosi się i opada. Jak tembr jego głosu deli­kat­nie wibruje i rezo­nuje.

A może mi się zda­wało? Może wcale niczego nie poczu­łam? Czemu niby mia­ła­bym coś poczuć...

Obej­mo­wał mnie. To było nie­zręczne. Byłam skon­ster­no­wana. Ten koleś po raz kolejny prze­kra­czał jakąś gra­nicę, nie­spo­dzie­wa­nie i bez pyta­nia. Byłam zszo­ko­wana jak wtedy, gdy wziął do ust mój palec. Wyswo­bo­dzi­łam się z jego ramion. Odsu­nął się zakło­po­tany. Wresz­cie! Zakło­po­tany! Czyli jed­nak. Zda­rza się.

- Prze­pra­szam, chcia­łem tylko poka­zać... - tłu­ma­czył się.

Spoj­rza­łam lodo­wato w jego oczy. Szare, głę­bo­kie, przej­mu­jące oczy. I... poczu­łam żal. Żal, że już mnie nie obej­muje. Bar­dzo się tego prze­stra­szy­łam. Tego, że mnie dotknął, i tego, że już nie dotyka.

Cukier­nia zawi­ro­wała. Poczu­łam, jakby w ułamku sekundy pory­wi­sty wiatr przy­wiał w moje ręce los na lote­rię, a następ­nie go wyszarp­nął, zanim nawet prze­czy­ta­łam, co w tej lote­rii jest główną nagrodą. Mia­łam wra­że­nie, że albo coś się ze mną dzieje, albo coś się dzieje mię­dzy nami. I choć nie był to facet w moim typie, nie wiem czemu, ale chcia­łam cof­nąć czas i sie­dzieć oto­czona jego ramio­nami.

W takich chwi­lach umysł pra­cuje z pręd­ko­ścią świa­tła. Jak w momen­tach zagro­że­nia, gdy całe życie prze­wija się przed oczami. Jakiś nie­za­leżny ode mnie układ decy­zyjny posta­no­wił za wszelką cenę odzy­skać utra­coną chwilę:

- Tak nie możesz... Zanie­czy­ścisz ranę, opa­tru­nek ledwo się trzyma. Przy­nieś NAJ­PIERW pla­ster i gazę... - bre­dzi­łam jak potłu­czona i czu­łam wstyd, że tak dosad­nie zaak­cen­to­wa­łam "naj­pierw", mając nadzieję, że to słowo da mu do myśle­nia. Bez słowa przy­niósł zakupy z apteki. Spró­bo­wa­łam pod­wi­nąć rękaw wyżej, ale był za cia­sny.

- Opa­tru­nek pew­nie prze­mie­ścił się w cza­sie zakła­da­nia koszulki - oce­nia­łam z miną znawcy.

- To nic takiego - rzu­cił nieco zdez­o­rien­to­wany.

- Prze­ciw­nie! - nie dałam za wygraną. - Skoro zało­ży­łam pierw­szy opa­tru­nek, to muszę go nad­zo­ro­wać. Idę umyć ręce! Zdej­mij koszulę! - zaor­dy­no­wa­łam, nie zauwa­ża­jąc, jak gdzieś ule­ciały moje nie­chęć i zaże­no­wa­nie. Chris wymow­nie spoj­rzał na witry­nowe okno cukierni, przez które było nas widać jak na dłoni. Wybuch­nę­łam śmie­chem:

- Bez prze­sady! Nie pro­szę, żebyś zdjął spodnie! - chi­cho­ta­łam.

No myślałby kto, że jestem taka śmiała, zabawna i wylu­zo­wana... Chris uśmiech­nął się prze­wrot­nie:

- Jesz­cze...

- Jesz­cze długo nie! - odpy­sko­wa­łam nieco pod­eks­cy­to­wana, zosta­wia­jąc sobie na wszelki wypa­dek małą furtkę.

Chris zdjął koszulę przez głowę. Moim oczom uka­zał się jego tors. Hmm... Był nie­źle zbu­do­wany. Klatka pier­siowa nieco się uno­siła. Na brzu­chu lekko zary­so­wy­wały się mię­śnie, a ramiona były pro­por­cjo­nalne do jego wzro­stu. Był zupeł­nie niczego sobie. Nie w moim guście, oczy­wi­ście. Ale niczego sobie. No, mógł się podo­bać. Komuś tam. Kobie­tom. Nie­któ­rym...

Susan miała rację - pod­da­łam się. Jest z niego cia­cho! - przy­zna­łam przed sobą. Chyba przy­glą­da­łam mu się nieco za długo, bo uśmiech­nął się z prze­ką­sem, wska­zu­jąc moją bluzkę:

- Teraz twoja kolej!

- Słu­cham? - otrzą­snę­łam się i obu­rzy­łam, ale natych­miast zmie­ni­łam ton i się zaśmia­łam: - Ha, ha, jasne, tylko się opa­rzę.

Dotknę­łam jego ramie­nia pod pozo­rem wła­ści­wego uło­że­nia ręki. Sztuka dla sztuki. Wyno­si­łam nakle­ja­nie pla­stra do poziomu nie­gdy­siej­szej reflek­sji nad lukrem. Miał napiętą beżową skórę. Zało­ży­łam opa­tru­nek i się­gnę­łam po rękaw cukier­ni­czy:

- Kon­ty­nu­ujmy! - oka­za­łam nie wiem skąd zaczerp­nięty entu­zjazm. Spoj­rzał na mnie podejrz­li­wie. Objął mnie znowu. Znowu! Boże, znowu! Tak, nie myli­łam się, chcia­łam tego. Chcia­łam, by mnie objął. O co tu cho­dzi? Co się ze mną dzieje? Zdur­nia­łam, jak te wszyst­kie baby? Zdur­nia­łam do reszty. O nie! Czemu się odsu­nął?

- Gry­zie mnie twój swe­ter - skrzy­wił się.

- Nie­moż­liwe, jest kasz­mi­rowy! - zapew­nia­łam.

- Prze­pra­szam, naprawdę mnie gry­zie... - roz­ło­żył ramiona.

Dro­czył się ze mną. To było ewi­dentne. Patrzył tymi wyzy­wa­ją­cymi, błysz­czą­cymi oczami i cze­kał. Cze­kał, aż się spe­szę. Podo­bało mu się, gdy byłam zagu­biona!

O nie, mój panie - pomy­śla­łam - źle tra­fi­łeś z tymi gier­kami!

Przy­gry­złam usta...

- Wiesz, to może być nad­wraż­li­wość skóry wywo­łana przez opa­rze­nie - poki­wa­łam głową.

- Myślisz? - teatral­nie się zaafe­ro­wał.

- Nie wyobra­żaj sobie Bóg wie czego, ale trosz­cząc się o twoje zdro­wie, a nie rezy­gnu­jąc z deko­ro­wa­nia pier­nicz­ków, mam w zasa­dzie tylko jedno wyj­ście... - zawie­si­łam głos. Cier­pli­wie cze­kał. Dosko­nale wie­dzia­łam, że powin­nam kazać mu się ubrać. Albo jesz­cze lepiej - wypchać. Zamiast tego nie­zgrab­nie ścią­gnę­łam swe­ter i zosta­łam w samym sta­niku.

Co ty wypra­wiasz, Emmo?! - krzy­cza­łam w duchu na sie­bie. Nie­wzru­szony Chris objął mnie od tyłu i uło­żył w moich rękach rękaw cukier­ni­czy. Prze­szedł mnie dreszcz. Czu­łam dotyk jego skóry, cie­pło, które z niego ema­no­wało... Chcia­łam się nad tym zasta­na­wiać, chcia­łam to czuć...

- Skon­cen­truj się... - mówił cicho, opie­ra­jąc brodę na moim ramie­niu - lewą ręką pro­wa­dzisz wzór, prawą deli­kat­nie, rów­no­mier­nie dozu­jesz lukier. Musisz dosto­so­wać sto­pień naci­sku do ilo­ści lukru i utrzy­my­wać tempo.

Pro­wa­dził moje dło­nie.

- Trzy­maj nad­garstki bli­sko ciała, oprzyj je o piersi, osią­gniesz więk­szą sta­bil­ność.

Otu­lił mnie cia­sno rękami. Czu­łam, że ten instruk­taż wymaga więk­szego wysiłku niż pod­da­nie się mu. Kątem oka widzia­łam napięte mię­śnie jego ramion.

Zde­cy­do­wa­nie jest cia­chem. Jest cie­płym, ape­tycz­nym cia­chem - pod­su­mo­wy­wa­łam go w duchu.

Stop­niowo odda­wał mi kon­trolę nad ukła­da­nym wzo­rem. Linie wycho­dziły pra­wie pro­ste. Byłam zachwy­cona.

- Nauczę Susan! - krzyk­nę­łam rado­śnie, dostrze­ga­jąc, że zabrzmia­łam jak mała Niki. Chris dys­kret­nie odsu­nął się do tyłu, ale moje plecy podą­żyły za nim. Opar­łam się o niego, poka­zu­jąc tak dosad­nie, jak tylko mogłam, że nie czuję się już skrę­po­wana i jest mi dobrze. Odgar­nął moje włosy i poca­ło­wał szyję. Zmru­ży­łam oczy i poczu­łam, jak krew pul­suje mi w żyłach. Odwró­ci­łam się do niego. Patrzy­li­śmy chwilę na sie­bie. Wszystko działo się tak szybko. Powie­trze wokół nas wiro­wało. Chris ujął mnie pod brodę i namięt­nie poca­ło­wał. Jego usta zabrały mnie w odle­głą, nie­prze­wi­dzianą podróż...

- A co to, gołą­beczki, testu­je­cie lukier? - wyrwał nas z uści­sku głos Mike'a. Zapo­mnie­li­śmy, że sie­dzimy roz­ne­gli­żo­wani w roz­świe­tlo­nej cukierni!

- Drzwi były otwarte, więc pomy­śle­li­śmy, że sprze­dasz nam jesz­cze na wie­czór kilka tych nie­biań­skich cze­ko­la­do­wych pysz­no­ści - przy­bysz z wdzię­kiem uspra­wie­dli­wiał naj­ście. Byłam zawsty­dzona. Pospiesz­nie nacią­gnę­łam swe­ter, a Chris bez cie­nia skru­pu­łów z gołym tor­sem prze­szedł na dugą stronę lady i podał Mike'owi pier­niczki, nara­ża­jąc się na kry­tyczne spoj­rze­nie jego part­nera Mor­risa. Sta­ra­łam się wymknąć nie­po­strze­że­nie, zanim moje policzki spłoną z zakło­po­ta­nia.

- Emma! - krzyk­nął za mną Chris.

Rzu­ci­łam mu spło­szone spoj­rze­nie.

- Kola­cja? Jutro o ósmej?

Ski­nę­łam głową twier­dząco. Wyszłam, pozo­sta­wia­jąc za sobą usa­tys­fak­cjo­no­wany uśmiech Chrisa i gromką apro­batę chło­pa­ków ubraną w piskliwe "Uuuuuu...".

Wewnętrzne "ja" spa­ni­ko­wało:

Emmo Wal­ter! Co ty naj­lep­szego zro­bi­łaś?!

Rozdział II

II

Blade pro­mie­nie słońca zała­my­wały się na aptecz­nej witry­nie. Moje myśli wspi­nały się po małych szu­flad­kach z far­ma­ceu­ty­kami. Co zaszło mię­dzy mną a Chri­sto­phe­rem i jak wytłu­ma­czyć moje absur­dalne zacho­wa­nie? Czy pcha­łam mu do się łóżka? I gdzie byśmy wylą­do­wali, gdyby nie Mike i Mor­ris? Elek­try­zu­jący dotyk umię­śnio­nego ciała, bez­brzeżne spoj­rze­nia, sza­rość jego oczu... Czy nasz poca­łu­nek miał jakieś zna­cze­nie? Czy te pyta­nia są pozba­wione ładu i składu? - roz­pra­wia­łam sama ze sobą, gdy do apteki wtar­gnął - tak, wtar­gnął! - tata.

- Witaj, mój kwia­tuszku! - krzyk­nął od progu, roz­ta­cza­jąc wokół nad­po­bu­dliwą weso­łość. - Przy­sze­dłem przy­po­mnieć o sobot­niej kola­cji!

Prawda! Tata kilka lat temu zapro­wa­dził ojcow­skim roz­po­rzą­dze­niem rodzinną tra­dy­cję. Każdą sobotę grud­nia spę­dza­li­śmy rodzin­nie, żeby wspól­nie... ocze­ki­wać na święta. Dokład­nie! Ocze­ki­wać! Tata orga­ni­zo­wał próby śpiewu, kazał nam deko­ro­wać dom, wypi­sy­wać kartki świą­teczne, pla­no­wać - naprawdę - te same potrawy co zawsze! A to wszystko było podzie­lone spra­wie­dli­wie mię­dzy wszyst­kie soboty, żeby żadna "przy­jem­ność" nikogo nie omi­nęła!

- Pamię­tam, tatku, pamię­tam, jakże bym mogła zapo­mnieć? - zagad­nę­łam życz­li­wie.

Tata przyj­rzał mi się czuj­nie:

- Źle spa­łaś!

- Prze­ciw­nie, spa­łam jak zabita - skła­ma­łam. - Susan jest chora i cią­gnę obie zmiany w aptece.

- Powin­naś zatrud­nić kogoś jesz­cze.

- Pomy­ślę o tym - skła­ma­łam ponow­nie. - Zapa­rzyć ci zió­łek?

Kiedy nie było klien­tów, tata chęt­nie zosta­wał, żeby wypić na zaple­czu szklankę gorą­cego naparu, co było pre­tek­stem do wygło­sze­nia kilku zarząd­czych mądro­ści, ewen­tu­al­nie jakichś rodzin­nych postu­la­tów. Tym razem, dzięki Bogu, spie­szył się na zakupy, żeby przy­pad­kiem ktoś w listo­pa­dzie nie sprząt­nął mu sprzed nosa naj­pięk­niej­szej cho­inki.

Zosta­łam więc znowu sama ze swo­imi myślami. Myślami o Chri­sie.

Mama mówi, że jak się o kimś inten­syw­nie myśli, można go tymi myślami ścią­gnąć. Może to nie­prawda, ale prawdą jest, że w aptece po połu­dniu poja­wiło się Świą­teczne Cia­cho. Gdy zoba­czy­łam go w drzwiach, poczu­łam ukłu­cie, jakby obawę, czy nie przy­szedł odwo­łać wie­czor­nego spo­tka­nia. Stał przede mną i lekko się uśmie­chał. Patrzy­łam na niego pyta­jąco, ze zdzi­wie­niem odwza­jem­nia­jąc uśmiech.

- Czym mogę słu­żyć? - zapy­ta­łam.

- Chciał­bym kupić jakieś lekar­stwo - odparł.

- Kon­kret­nie jakie?

- Obo­jęt­nie - odpo­wie­dział bez namy­słu i dalej na mnie patrzył.

- Fla­vio, przy­nieś panu z zaple­cza opa­ko­wa­nie "obo­jęt­nie" w kap­suł­kach... - rzu­ci­łam dono­śnym gło­sem w głąb pustej apteki. Chris par­sk­nął śmie­chem.

- Fla­vio? - zaśmia­li­śmy się zgod­nie.

Patrzy­łam na niego wycze­ku­jąco.

- Widzimy się dzi­siaj... - zaczął.

- Podobno... - odpo­wie­dzia­łam.

- Chcia­łem się upew­nić. Nie mogę się docze­kać. Wczo­raj nam prze­rwano. Głu­pio wyszło...

- Sama jestem sobie winna, zwra­ca­łeś uwagę na okno... - uda­wa­łam, że nic mnie to nie obe­szło.

- Wła­śnie, zszar­ga­łaś mi repu­ta­cję... - uśmiech­nął się pro­mien­nie.

- No, no, no - pogro­zi­łam mu pal­cem - Bez prze­sady...

Chris jed­nym susem prze­sko­czył ladę i wpił się w moje usta, przy­ci­ska­jąc mnie do regału aptecz­nego. Wszyst­kie sło­iczki się zatrzę­sły. Cało­wał mnie jak osza­lały, zale­wa­jąc moje ciało gwał­tow­nymi falami cie­pła. Obej­mo­wał mnie ramie­niem, a dru­gim zachłan­nie zagar­niał do sie­bie moje bio­dra. Po chwili oszo­ło­mie­nia wci­snę­łam mię­dzy nas dło­nie, pró­bu­jąc odsu­nąć jego klatkę pier­siową i się wyswo­bo­dzić. Objął mnie jesz­cze moc­niej i, ści­ska­jąc mój tyłek, skry­ty­ko­wał:

- Daj spo­kój! Potem znowu będziesz musiała nas roz­bie­rać, żeby odzy­skać chwilę, którą nie­ostroż­nie zepsu­łaś...

Onie­mia­łam. Mia­łam wra­że­nie, że czer­wień zalewa moje policzki. Mówił tak, jakby wtedy sły­szał moje myśli... Czu­łam się zde­ma­sko­wana, obna­żona, wyśmiana i gwał­cona w naj­cu­dow­niej­szy spo­sób. Sprzecz­ność uczuć, jakie mnie prze­peł­niały, nara­stała nie­bez­piecz­nie. Pra­gnę­łam tej jego łap­czy­wej namięt­no­ści, gwał­tow­no­ści. Wcze­pi­łam dło­nie w jego włosy i pospiesz­nie odpo­wia­da­łam na poca­łunki.

- Zobacz, kwia...

Zamar­łam pod ustami Chrisa. On natych­miast odno­to­wał moje odrę­twie­nie i też zastygł ucze­piony mojego far­tu­cha. Ostroż­nie, niczym rze­zi­mie­szek wzięty na muszkę, zwol­nił uścisk ramion i obró­cił się do wej­ścia, uka­zu­jąc nam obojgu kupę igli­wia, na końcu któ­rej ster­czał skon­ster­no­wany tata. Mil­cze­li­śmy przez dłuż­szą chwilę, bo spra­wie­dli­wie trzeba przy­znać, że żadne z nas nie wie­działo, jak roz­wią­zać tę sytu­ację.

- No, skoro tak się sprawy mają... - tata pierw­szy oprzy­tom­niał. - Richard Wal­ter, jestem ojcem Emmy... - spo­koj­nie wycią­gnął dłoń do Chrisa, który wyda­wał się roz­ba­wiony sytu­acją.

- Chri­sto­pher New­man - odparł Chris i być może coś jesz­cze by dodał, gdyby tata z wła­ściwą sobie lek­ko­ścią nie prze­jął dowódz­twa.

- Sądząc po stop­niu waszej zaży­ło­ści, mnie­mam, iż wiesz o sobot­niej kola­cji. Ocze­kuję two­jego przy­by­cia. Doprawdy, Emmo - zwró­cił się do mnie - jeśli tra­pi­łaś się, jak nam o nim powie­dzieć, i przez to byłaś taka zmar­no­wana, wiedz, że to nie­do­rzeczne. Masz pra­wie dwa­dzie­ścia pięć lat, naj­wyż­szy czas na zamąż­pój­ście!

Mdla­łam. Nawet jeśli na­dal sta­łam, wewnątrz sie­bie dwu­krot­nie zemdla­łam i oprzy­tom­nia­łam tylko po to, by zemdleć jesz­cze raz. Unie­sione brwi Chri­sto­phera wska­zy­wały na to, że i on na chwilę onie­miał...

- Nie­zwy­kłe, jak bar­dzo Emma jest do pana podobna - skwi­to­wał wresz­cie ze swadą. - Będę ucie­kał. Emmo, widzimy się wie­czo­rem...

Prze­sko­czył ladę.

- I... pro­szę wyba­czyć to zaj­ście - z natu­ralną lek­ko­ścią zwró­cił się do mojego ojca. - Ostat­nio okna i otwarte drzwi nam nie sprzy­jają...

Prze­niósł wzrok na mnie.

- Ale trzeba przy­znać - mamy remis - rzu­cił do mnie na odchodne.

Poziom zaże­no­wa­nia, który osią­ga­łam w tym tygo­dniu, sta­no­wił chyba roczną por­cję tego par­szy­wego uczu­cia. Mia­łam wiele obaw co do wpływu spo­tka­nia z tatą na zna­jo­mość z Chri­sem. Czu­łam, że znaj­duję się w tara­pa­tach i że będę musiała to wszystko wytłu­ma­czyć. Po dro­dze do domu wpa­dłam do Susan, ale tylko prze­lot­nie ją uści­snę­łam. Posta­no­wiłam jej nic nie mówić, czym ugrun­to­wa­łam w niej prze­ko­na­nie, że coś przed nią ukry­wam. Przed spo­wie­dzią w obec­no­ści Johna ura­to­wała mnie wyjąt­kowo słaba kon­dy­cja Susan, która zde­cy­do­wa­nie nie uda­wała zatru­cia. Żało­wa­łam, że jest w tak fatal­nej for­mie, bo chęt­nie sko­rzy­sta­ła­bym z jej umie­jęt­no­ści kre­owa­nia out­fitu na każdą oka­zję. Nie­stety, zosta­łam pozo­sta­wiona sama sobie i musia­łam jakoś z tego wybrnąć. Ni­gdy nie byłam eks­per­tem od mody, choć oczy­wi­ście radzi­łam sobie. Cho­dziło jed­nak o to, że poja­wiła się we mnie taka drobna wąt­pli­wość, czy Chris nie wymaga jakichś środ­ków spe­cjal­nych. Pew­nie przy­wykł do tych wszyst­kich wypin­drzo­nych niuń... A mnie, gdy­bym chciała się wypin­drzyć - nie żebym chciała! - Susan bar­dzo by się przy­dała tego dnia!

To nie może być takie trudne - dopin­go­wa­łam sama sie­bie. Myśl jak Susan, myśl jak Susan!

Wyobra­zi­łam sobie, że jestem szczerą, bez­po­śred­nią nią. Pod­par­łam się pod boki, naśla­du­jąc nasze głosy:

- Punkt pierw­szy: Co to za oka­zja?

- Pierw­sza randka z super­fa­ce­tem - odpo­wie­dzia­łam sama sobie.

- Punkt drugi: Co chcesz osią­gnąć?

- Chcę go zachwy­cić, skoro ojciec go znie­chę­cił!

- Punkt trzeci: Dokąd się wybie­ra­cie?

- Na kola­cję.

- Voila! - z tem­pe­ra­men­tem wła­ści­wym Susan wyszarp­nę­łam z szafy wie­szak z małą czarną.

- Ale... - pró­bo­wa­łam z nią per­trak­to­wać.

- Bez dys­ku­sji! - ucię­łam roz­mowę, patrząc w lustro. - To jedyna droga!

Pod­da­łam się sama sobie, choć nie opusz­czały mnie wąt­pli­wo­ści.

- A jeśli pomy­śli, że się tak stroję, bo szu­kam męża, jak to ujął tata?

Prze­chy­li­łam głowę.

- E tam. Ta sukienka jest zbyt pusz­czal­ska jak na przy­szłą żonę - oce­ni­łam.

- A może jed­nak nie? Może wcale nie jest pusz­czal­ska...

- Wow...

Tyle powie­dział Chris, gdy zdjął ze mnie płaszcz w restau­ra­cji Le Délice. Czer­wona krótka sukienka z dekol­tem w kształ­cie fali luźno powie­wała na moich ramio­nach i opi­nała się na bio­drach. Długi czarny naszyj­nik doda­wał zmy­sło­wo­ści i ele­gan­cji. Jak dobrze, że oprócz uda­wa­nia Susan mia­łam jesz­cze praw­dziwą Susan gotową do wszel­kich poświę­ceń. Nawet do pro­wa­dze­nia gorą­cej linii modo­wej z głową nad muszlą klo­ze­tową. Chris był wyraź­nie pod wra­że­niem i nie zwle­kał z komen­ta­rzem:

- Będziesz mi się śnić w tej sukience - zawie­sił zna­cząco głos.

Prze­łknę­łam ślinę.

- Mam nadzieję, że to nie będą kosz­mary, w któ­rych ojciec stra­szy cię mał­żeń­stwem - sili­łam się na żart.

- Bez obaw! - się­gnął po kartę win. - Jeśli to jemu zawdzię­czam tę kre­ację, czuję, że jutro się z nim zaprzy­jaź­nię.

- Chyba się nie wybie­rasz na tę kola­cję? - zanie­po­ko­iłam się.

- Nie jesteś zbyt gościnna. Nie sły­sza­łaś? Będzie mnie ocze­ki­wał... - dro­czył się ze mną.

- Nie prze­ra­żają cię takie sytu­acje? - zapy­ta­łam zdzi­wiona.

Wzru­szył ramio­nami.

- Ani tro­chę. To tylko ojciec. Każda dziew­czyna ma ojca. Myślę, że on jest na gor­szej pozy­cji. Musi się pogo­dzić z tym, że jego grzeczna córeczka sypia z jakimś oble­śnym face­tem...

Strze­li­łam go swoją kartą z uda­wa­nym obu­rze­niem:

- Zbyt opty­mi­stycz­nie wybie­gasz myślami w przy­szłość!

- Ojcu to powiedz! Może ci uwie­rzy... - śmiał się bez­czel­nie.

Nie mia­łam wyj­ścia, musia­łam się przy­łą­czyć. Nasza świeża zna­jo­mość została poczy­tana za ugrun­to­wany zwią­zek. A moje zain­te­re­so­wa­nie Chri­sem wymy­kało się spod kon­troli. Ciało i umysł wal­czyły o nie­pod­le­głość i zupeł­nie gar­dziły moimi zasa­dami. Prze­sta­wały się z nimi liczyć, wię­cej nawet, miały je w ser­decz­nym powa­ża­niu.

Szu­ka­łam w tym wszyst­kim sensu. Pró­bo­wa­łam sobie to na szybko prze­ana­li­zo­wać:

Nic o tym face­cie nie wiem. Nie mogę się skon­cen­tro­wać, jestem przy nim nie­ra­cjo­nalna. Szcze­bio­czę jak nasto­latka. Myślę o nim z sek­su­al­nym pod­tek­stem. Dopusz­czam myśl, że się z nim prze­śpię! Wię­cej nawet! Liczę na to! Sodoma i Gomora! Ale skąd we mnie przy­pusz­cze­nie, że Chris będzie ini­cjo­wał seks?

Oj dobra... - zży­ma­łam się przed samą sobą. Po przed­sta­wie­niu z lukrem, po naszych namięt­nych poca­łun­kach, zakła­da­jąc tę sukienkę, mogłam nie zakła­dać maj­tek! Ale może jako przy­zwo­ita dziew­czyna powin­nam prze­li­czyć spo­tka­nia i odwlec zbli­że­nie do trze­ciej albo nawet czwar­tej randki? Może powin­nam pocze­kać dwa mie­siące? A może powin­nam to zro­bić dopiero po ślu­bie... Jakim ślu­bie?! - zada­wa­łam sobie pyta­nia, na które wcale nie chcia­łam szu­kać odpo­wie­dzi.

Wola­ła­bym myśleć o tym, jak to będzie, w jaki spo­sób to zrobi. Byłam jed­nak pełna uzna­nia dla wła­snej przy­zwo­ito­ści... Zamó­wi­li­śmy wino i kola­cję. Bez deseru.

- Deser przy­go­to­wa­łem w cukierni - zapo­wie­dział. Dosko­nale rozu­mia­łam alu­zję.

- Hmm, mam nadzieję, że tym razem zamkniemy drzwi i zga­simy świa­tło - uśmiech­nę­łam się zalot­nie.

- Opo­wiedz mi o sobie - zagad­nął.

Słusz­nie, bar­dzo słusz­nie - pomy­śla­łam. Może zanim roz­łożę nogi, warto by było choć tro­chę się poznać. Dowie­dzieć się, co to za jeden. Poza tym, że tak bar­dzo nie jest w moim typie, że aż jest cał­kiem w moim typie...

Zapewne moje pinot gri­gio było bar­dziej zgubne niż jego, bo ze zręcz­no­ścią agenta MI6 wycią­gnął ze mnie wszyst­kie szcze­góły mojego ćwierć­wiecz­nego życia. Wie­dział już, że w dzie­ciń­stwie byłam cichą i skromną dziew­czynką, że hodo­wa­łam kró­lika o imie­niu Fado, który podej­mo­wał za mnie wszyst­kie waż­niej­sze decy­zje, włącz­nie z tą, czy wybrać far­ma­cję, czy mikro­bio­lo­gię. Dowie­dział się, że wcze­śniej na serio mia­łam dwóch chło­pa­ków, że przy­jaź­ni­łam się tylko z Susan, marzy­łam o domu na przed­mie­ściach i o tym, żeby wresz­cie regu­lar­nie pro­wa­dzić pamięt­nik. Wie­dział już, jak wylą­do­wa­łam na jego kur­sie... Wie­dział, co go spo­tka na jutrzej­szej kola­cji, a dole­wa­jąc mi wina - na moją zgubę - poznał też całą bole­sną prawdę o moim chłod­nym sto­sunku do zimo­wych świąt.

- Serio? Nie lubisz Bożego Naro­dze­nia?! - nie dowie­rzał.

- Nie lubię! Wiem, że to okropne, ale naprawdę nie lubię! Zupeł­nie go nie rozu­miem! - gesty­ku­lo­wa­łam nad­mier­nie. - Jak można wkła­dać tyle pracy i pie­nię­dzy w coś tak bar­dzo głu­piego i tan­det­nego?!

- Ej, święta nie muszą być tan­detne... - prze­ko­ny­wał Chris, ale nie dawa­łam mu dojść do słowa.

- Wszę­dzie bro­kat, nic, tylko bro­kat! Hor­ror dla cho­rych na padaczkę! Tego się nie da posprzą­tać! Jest jak zaraza! Przy­cho­dzisz zupeł­nie nor­malny, niby niczego nie doty­kasz, wra­casz do domu i masz bro­kat na czole, ciu­chach, nawet na zębach! Nie ucho­wasz się przed bro­katem. Musisz się świe­cić! Tra­ge­dia! - pisz­cza­łam, zaci­ska­jąc pię­ści. Chris się śmiał.

- A czemu święta są głu­pie? - pod­pusz­czał mnie do dal­szej dys­ku­sji.

- Weźmy na przy­kład takie elfy! Prze­cież to jest żało­sne. Niskie stwory ze spi­cza­stymi uszami. Wszyst­kie tak samo ubrane. Mają jeden leit-motiv - zdą­żyć do Gwiazdki! Co roku! Bez żad­nych zmian! I za każ­dym razem mają od tego rumieńce! Żaden z nich nie ma nic ambit­niej­szego do roboty, tylko zasu­wają w tym korpo! Zero indy­wi­du­ali­zmu. Wysoka spe­cja­li­za­cja podziału zadań. Kult szefa, który pod płasz­czy­kiem wspa­nia­ło­myśl­no­ści je wyzy­skuje. Sam się upasł, a elfy? Elfy są chu­dziut­kie, bo pew­nie nie doja­dają i zasu­wają w fabryce na tego dar­mo­zjada, który tyle ma do roboty poza sze­fo­wa­niem, że w grud­niu czyta listy i przez jedną noc wozi dupę w saniach! - eks­cy­to­wa­łam się, a Chris wprost zwi­jał się ze śmie­chu. - Zresztą czy nie budzi two­ich wąt­pli­wo­ści, że elfy cho­dzą przez cały czas z dzwo­necz­kami przy szel­kach, i nie wku­rza cię ich wieczne pobrzę­ki­wa­nie? Ogar­niasz to? Dokąd­kol­wiek idziesz, nawet do kibelka, wszę­dzie sły­szysz: dzyń, dzyń, dzyń. Można osza­leć! A te lata­jące sanie! To dopiero kicz i tan­deta! Na co Miko­ła­jowi sanie, skoro w tylu miej­scach na kuli ziem­skiej w grud­niu wcale nie ma śniegu?! Biedne reni­fery zasu­wają po nie­bie z opo­rem powie­trza wywo­ła­nym przez płozy! A weź wylą­duj saniami na dachu! Wiesz, ile wysiłku musi kosz­to­wać utrzy­ma­nie takiego taboru na spa­dzi­stym dachu? To wszystko powinno się z dachu spier­ni­czyć! Z wiel­kim hukiem!

- Na tym polega magia... - śmiał się Chris dobro­tli­wie, zasłu­chany w mój mono­log.

- Magia-sra­gia. Miko­łaj z wiel­kim bebe­chem i wor­kiem pre­zen­tów potrafi skur­czyć się tak, że wcho­dzi przez komin! A tam? W kominku pło­nie zwy­kle ogień, wia­domo, dla wspa­nia­łego nastroju! Powiedz mi, czy przy takich zdol­no­ściach nie wolał­byś się skur­czyć do wej­ścia przez dziurkę od klu­cza?! Nie musiał­byś par­ko­wać na dachu, tyłka byś sobie nie przy­pa­lił i nie miał­byś dyle­matu, co zro­bić, jeśli dom nie ma komina! Ale nie, gostek zawsze włazi przez komin. W tylu domach! I ni­gdy się nie usmoli, skąd, zawsze ma nie­na­gan­nie czer­wony płasz­czyk z bia­łym futer­kiem! Cza­isz to?! I w ogóle kto, gdy chce wejść dokądś nie­po­strze­że­nie, odwala się na czer­wono?!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki