Świąteczne duchobranie - Iwona Banach

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słu­chaj­cie, mamy su­perz­le­ce­nie! - za­wo­łał Ro­bert, wpa­da­jąc do Ju­styny, gdzie wcale nie przy­pad­kiem sie­dział też Łu­kasz.

Oboje po­pa­trzyli na niego ze skrzy­wio­nym za­sko­cze­niem, bo po pierw­sze Ro­bert za­wsze miał głu­pie po­my­sły, po dru­gie oni ni­gdy żad­nych zle­ceń nie brali.

Nad­cho­dziły święta. Ruch w in­te­re­sie za­marł, bo jed­nak w święta hu­lają tylko du­chy Bo­żego Na­ro­dze­nia, czyli te od Ebe­ne­zera Scro­oge'a, a te się nie li­czyły, bo nikt ja­koś nie pró­bo­wał ich ani re­je­stro­wać, ani na­gry­wać.

- Hę? Że co po­wiesz? Zle­ce­nie? Dla nas? Na co? - za­py­tała Ju­styna zgryź­li­wie, bo Ro­ber­towi zda­rzały się po­my­sły, któ­rych nikt nie ak­cep­to­wał.

- Ho­tel Asto­ria, coś wam to mówi? - Za­stygł w ocze­ki­wa­niu, ale nie do­cze­kał się spo­dzie­wa­nej re­ak­cji.

- Ho­teli Asto­ria są w Pol­sce setki, więc co ma nam to mó­wić? Nie je­ste­śmy firmą sprzą­ta­jącą, żeby nam ho­tele da­wały zle­ce­nia, choć gdy­by­śmy byli... Też bym nie chciała, bo jak cze­goś nie ogar­niają we wła­snym za­kre­sie, to musi być syf, że szkoda ga­dać!

- Nie, żadne sprzą­ta­nie, coś ty! Co do na­zwy to ma­cie ra­cję, cho­dzi o Bor­kowo Po­kutne. Spory ho­tel.

Na­dal nie­wiele im to mó­wiło, tym bar­dziej że na­zwy miej­sco­wo­ści też nie znali, ba, na­wet im się chyba ni­gdy nie obiła o uszy.

- I? - za­py­tała Ju­styna, wzdy­cha­jąc.

- I na­wie­dzony! - za­wo­łał z en­tu­zja­zmem.

- Ale zle­ce­nie? O co cho­dzi z tym zle­ce­niem?

Sprawa była o tyle cie­kawa, że rze­czy­wi­ście żad­nych zle­ceń ni­gdy nie brali ani też nie do­sta­wali, w ogóle zle­ce­nia jako ta­kie nie ist­niały w ich słow­niku, choć inni, ow­szem, brali. Hieny brały wszystko, na­wet eg­zor­cy­zmy, a ci z par­ciem na szkło tylko to, co na po­kaz. W ich dzie­dzi­nie, czyli dzia­łal­no­ści skie­ro­wa­nej na du­chowe ob­jawy ży­cia po śmierci, było wiele grup i te grupy nie były jed­no­rodne. Jedne pod­cho­dziły do sprawy ko­mer­cyj­nie i usi­ło­wały się za po­mocą du­chów sprze­dać czy wy­pro­mo­wać się, inne usi­ło­wały sprze­da­wać du­chy, twier­dząc, że są w sta­nie za­pew­nić ich przy­chyl­ność, oczy­wi­ście za pie­nią­dze, a jesz­cze inne sta­wiały na sek­se­zo­te­rykę. Du­chowe or­ga­zmy by­wały w ce­nie.

Ju­styna i jej dwaj ko­le­dzy sta­no­wili od­ga­łę­zie­nie pa­ra­nau­kowe i bar­dzo byli z tego dumni, oni chcieli tylko udo­wod­nić, że du­chy ist­nieją, co też z pew­no­ścią by się im opła­ciło, choć może mniej bez­po­śred­nio.

Zle­ce­nie było o tyle dziwne, że oni du­chów nie pa­cy­fi­ko­wali, nie prze­pro­wa­dzali, nic z nimi nie ro­bili, spraw­dzali tylko, czy są, to tak jakby we­zwać spe­cja­li­stę od szczu­rów, który miałby je­dy­nie stwier­dzić, że one ist­nieją, a po­tem nie pró­bo­wał ich na­wet wy­tę­pić.

- No tak się ja­koś zło­żyło, że aku­rat my do­sta­li­śmy zle­ce­nie, ale prze­cież to ża­den pro­blem. Nie bę­dziemy pła­cić za noc­legi i wy­ży­wie­nie i jesz­cze za­ro­bimy, i nie ma żad­nych krucz­ków typu, że je­żeli znaj­dziemy, to to, a je­żeli nie znaj­dziemy, to nie, cał­ko­wita swo­boda dzia­ła­nia, jest tylko je­den kło­pot.

Od razu miny im zrze­dły, bo je­żeli Ro­bert oświad­czał, że jest kło­pot, i oświad­czał to na sa­mym końcu, to na ogół ten kło­pot był po­ważny, a czę­sto nie do prze­sko­cze­nia.

- No, da­waj - za­chę­ciła go Ju­styna. - Je­żeli to zle­ce­nie jest aż ta­kie su­per jak opo­wia­dasz, to ten kło­pot musi być na­prawdę spory.

- No więc... tak jakby... No, to duży ho­tel. - Ro­bert za­czął du­kać, jakby bał się po­wie­dzieć, o co cho­dzi.

- Już mó­wi­łeś. Da­waj da­lej! Weź tego byka za rogi... Mów!

- Bo ja już pod­pi­sa­łem umowę.

Ju­styna i Łu­kasz aż prych­nęli ze zło­ści. Niby byli przy­ja­ciółmi i ufali so­bie na­wza­jem, więc to, co Ro­ber­towi od­po­wia­dało, po­winno od­po­wia­dać także im, ale... Ist­niało jedno ale. Tak się po pro­stu nie robi.

- Weź nie świ­ruj! Za nas? Oci­pia­łeś?! Mów, o co cho­dzi. - Do­tych­czas nic ta­kiego nie miało miej­sca, jako że ni­gdy nie dzia­łali na żadne zle­ce­nia, więc ja­koś nie przy­szło im do głowy, że Ro­bert może od­sta­wić taką sa­mo­wolkę, ale naj­pierw chcieli się do­wie­dzieć, w czym rzecz. Za­mor­do­wa­nie go lub ewen­tu­al­nie sko­pa­nie mu tyłka zo­sta­wiali so­bie na po­tem.

- Bo oni brali też pod uwagę Du­cha­czy! Mu­sia­łem! Zro­zum­cie, mam cho­lerny kre­dyt, mu­szę za­cząć za­ra­biać, a i wam się nie prze­lewa - Ro­bert za­czął się bro­nić. Że miał kre­dyt, wie­dzieli wszy­scy, choć uczci­wie rzecz bio­rąc, za­cią­ga­nie kre­dytu na har­leya da­vid­sona, kiedy nie ma się na­wet miesz­ka­nia, jest durne, ale Ro­bert taki był, lu­bił luk­sus. Oni sami też nie na­rze­kali na nad­miar go­tówki. Może Ro­bert tro­chę za bar­dzo ko­chał pie­nią­dze, ale kto ich nie ko­cha?

- Czy mógł­byś wresz­cie po­wie­dzieć, co to za pro­blem? - Łu­kasz zde­ner­wo­wał się tym przy­dłu­gim wstę­pem.

- Cho­dzi o to, że mamy tam prze­by­wać przez ty­dzień.

To nie mógł być ten pro­blem, bo ty­dzień to na­wet w le­sie by wy­trzy­mali, a co do­piero w ho­telu. Oczy­wi­ście mo­gli so­bie to i owo od­mro­zić, ale czuli, że na­dal są ja­kieś nie­do­po­wie­dze­nia.

- No i?

- Od dwu­dzie­stego pią­tego grud­nia - wy­pa­lił Ro­bert i aż się sku­lił. Te­raz już było wia­domo, o co cho­dzi, ale zde­cy­do­wa­nie prze­ce­niał ich uwiel­bie­nie do do­mo­wych świą­tecz­nych kli­ma­tów.

- Osza­la­łeś? - za­py­tała Ju­styna dla przy­zwo­ito­ści, bo tak wy­pa­dało, ale ode­tchnęła z ulgą.

- Nie ja, nie ja, te ich pie­przone du­chy! - za­wo­łał Ro­bert z ra­do­ścią w gło­sie, bo du­chy bar­dzo ich cie­szyły. Na­le­żeli do grupy DrDuch, to zna­czy nie tak, nie na­le­żeli - two­rzyli ją.

Byli nią wszy­scy troje.

W ta­kich gru­pach utarło się, że jest dwóch fa­ce­tów i dziew­czyna. Oni są od "po­waż­nej" ro­boty, dziew­czyna od sta­ty­sto­wa­nia, wy­glą­da­nia i pi­sków, bo prze­cież du­chy są straszne, a fa­ce­tom pisz­czeć nie wy­pada, a je­żeli nikt nie pisz­czy, to efekt wi­zu­alny jest bar­dzo marny i nie­wia­ry­godny.

I wcale nie byli, jak to się czę­sto uważa, "po­grom­cami du­chów" tak jak z filmu, wcale nie. Żad­nej agre­sji, żad­nego ła­pa­nia, prze­trzy­my­wa­nia, nic z tych rze­czy, nie na­le­żeli też do grup mi­sty­cy­zu­ją­cych, nie chcieli ni­kogo prze­pro­wa­dzać na drugą stronę (drugą, piątą czy ja­ką­kol­wiek inną), na­wra­cać czy po­ma­gać w speł­nia­niu du­cho­wych mi­sji, też nie. To nie były ich prio­ry­tety, ba, w ogóle tego nie brali pod uwagę.

Oni po­żą­dali wie­dzy.

Uwa­żali, że jak każdy byt trwały, a du­chy są trwal­sze na­wet niż bu­dynki czy ludzka pa­mięć, du­chy mają prawo do sa­mo­sta­no­wie­nia. Nie tylko prawo do sa­mo­sta­no­wie­nia, ale też wolną wolę. Wol­ność w każ­dym, nie tylko du­cho­wym, po­ję­ciu. Skoro chcą coś na­wie­dzać, to mogą. Wolno im, to zna­czy nie każ­demu to się musi po­do­bać, ale mają do tego prawo.

Żywi tego nie lu­bią, ale to też nie do końca prawda, żywi to lu­bią, tylko nie ci, co trzeba. Wła­ści­ciele czę­sto nie chcą w domu obec­no­ści ta­kich istot, ale że inni chęt­nie płacą za dresz­czyk emo­cji, to ci wła­ści­ciele z tego ko­rzy­stają. To swo­iste roz­dwo­je­nie jaźni.

Je­żeli cho­dzi o grupę DrDuch, to oni nie chcieli na te du­chy w ża­den spo­sób wpły­wać.

Czyli niech so­bie te du­chy na­wie­dzają, ale też niech się da­dzą za­re­je­stro­wać, żeby oni mo­gli się po­chwa­lić, że tak, ow­szem, du­chy ist­nieją. Chcieli wie­dzieć, że są, a nie wie­rzyć, że ist­nieją.

Oni chcieli tylko udo­wod­nić. Coś udo­wod­nić, bo to tro­chę było ja­koś tak, że udo­wad­nia­jąc ist­nie­nie du­chów, mo­gliby udo­wod­nić też, że są naj­lepsi w swo­jej branży, a to się li­czy.

Lu­dzie nie­zwią­zani z branżą my­ślą so­bie, że to zbie­ra­nina po­krę­co­nych ama­to­rów, wśród któ­rych prym wiodą osoby z cho­ro­bami psy­chicz­nymi, lę­kami, albo choć zwi­dami, ale to nie­prawda. W tej ni­szo­wej dzie­dzi­nie można za­ro­bić spore pie­nią­dze, ow­szem, naj­czę­ściej na oszu­stwie, ale kto by się tym przej­mo­wał, skoro to nie jest na­wet kra­dzież?

Wma­wia­nie ko­muś, że du­chy są mu przy­ja­zne albo będą za nie­wielką opłatą, też nie jest ka­ralne.

Do­piero groźby w stylu: "je­żeli nie za­pła­cisz, to du­chy za­czną cię na­wie­dzać albo spro­wa­dzą na cie­bie nie­szczę­ście" mogą być ka­ralne, o ile ktoś udo­wodni, że coś ta­kiego pod­lega pod... No bo czy duch jest nie­bez­piecz­nym na­rzę­dziem albo prze­dłu­że­niem ręki?

Szybka i po­zba­wiona żalu eli­mi­na­cja ro­dzin­nych świąt przy zde­chłej nieco cho­ince i trzech na­pru­tych wuj­kach oraz ciotce wciąż py­ta­ją­cej o ciążę albo choć o ślub spra­wiła, że Ju­styna po­szła nieco da­lej.

- Ale... Jak ty so­bie to wy­obra­żasz? - za­py­tała. - Coś mi tu nie gra. Je­żeli jest zle­ce­nie, to co? Bę­dziemy je eli­mi­no­wać? Nie tak się uma­wia­li­śmy!

- Nie bę­dziemy! - za­pew­nił po­śpiesz­nie Ro­bert.

- To po jaką cho­lerę ktoś nas wy­na­jął? - Łu­kasz też nie za bar­dzo wie­dział, o co cho­dzi. Zle­ce­nia obej­mują nie tylko za­płatę, ale i ja­kąś pracę, która trzeba wy­ko­nać. - Co w ta­kim ra­zie bę­dzie na­szym za­da­niem?

- Mamy udo­wod­nić, że są. Że ist­nieją. To pro­ste. Nie ro­zu­miesz? Czy­sty, żywy mar­ke­ting!

Po­krę­cili gło­wami, ale słu­chali da­lej.

- Ho­tel fi­nan­sowo - Ro­bert miał im dużo do po­wie­dze­nia - tro­chę pada. Pan­de­mia, ceny ener­gii... Wszystko to spra­wiło, że nie wiążą końca z koń­cem, ale gdyby mieli du­chy, toby za­częli wy­cho­dzić na swoje. Pro­ste? Pro­ste. Tu­ry­ści po­żą­dają ta­kich atrak­cji, ale mają już po dziurki w no­sie na­wie­dzo­nych miejsc, które wcale nie są na­wie­dzone. Oni chcą mieć praw­dziwe du­chy.

Wszel­kie Białe Damy i Czarni Ry­ce­rze, o któ­rych opo­wiada się to tu, to tam, mają jedną wadę. Nie po­ja­wiają się. Niby ktoś gdzieś coś wi­dział, ale tylko po­dobno, dla­tego miej­sca, gdzie można zo­ba­czyć praw­dziwe du­chy, są bar­dzo po­żą­dane.

W tej branży na­wet syn kon­ku­benta są­siadki szefa ochrony jest lep­szy niż "dawno, dawno temu".

- Oni? Wła­ści­ciele?

- No i jedni, i dru­dzy, tu­ry­ści i wła­ści­ciele! - Ro­bert czuł, że idą w do­brym kie­runku.

- Prze­cież ci wła­ści­ciele po­dobno te du­chy mają?

- No prze­cież mó­wię. Ho­tel jest jak naj­bar­dziej na­wie­dzony, więc mają.

- Czyli? - Tego już nie poj­mo­wali, je­żeli ktoś du­cha wi­dział, to oni nie byli już ko­nieczni.

- Oni chcą mieć du­chy cer­ty­fi­ko­wane! - za­wo­łał ro­ze­źlony ich nie­ogar­nię­ciem Ro­bert. - Mamy je zna­leźć i zo­sta­wić w spo­koju, ewen­tu­al­nie dać im do zro­zu­mie­nia, że są w do­brym miej­scu i mogą ha­sać, a lu­dziom mamy po­wie­dzieć: "hej, pa­trz­cie, one ist­nieją na­prawdę". Cer­ty­fi­ko­wane du­chy, czyli po­świad­cze­nie au­ten­tycz­no­ści na­wie­dze­nia, czy ja­koś tak.

- Ale...

Au­ten­tycz­ność na­wie­dze­nia to była sprawa wagi cięż­kiej, ide­alne zle­ce­nie, ide­alny po­mysł, na do­da­tek jesz­cze płatne (do tego noc­legi i wy­ży­wie­nie), no cud-miód i tro­chę jakby smród... Bo co, je­żeli się nie uda? Do­dat­ko­wym pro­ble­mem były święta, ale one aku­rat pro­ble­mem nie były.

Święta każ­demu co­raz mniej ko­ja­rzą się ze świę­tami, a co­raz bar­dziej z na­chalną re­klamą w te­le­wi­zji, sprze­dażą śmie­cio­wych ga­dże­tów w śmie­cio­wych skle­pach i ry­czą­cymi ko­lę­dami w su­per­mar­ke­tach. Czę­sto, kiedy już po kosz­mar­nym li­sto­pa­dzie i wy­nisz­cza­ją­cym grud­niu w końcu święta nad­cho­dzą, lu­dzie po pro­stu od­dy­chają z ulgą, że wresz­cie się to skoń­czyło, choć mają jesz­cze do­grywkę z syl­we­strem. Awan­turę o kar­pie za­mie­nia się na awan­turę o fa­jer­werki, biedne mal­tre­to­wane ryby zni­kają z pro­gra­mów in­for­ma­cyj­nych i ta­le­rzy, za to po­ja­wiają się ze­stre­so­wane kotki i pie­ski, na szczę­ście nie na ta­ler­zach, ale pod łóż­kami. Są­sie­dzi z par­teru grożą śmier­cią są­sia­dom z dru­giego z po­wodu Zenka, a tamci la­tają z sie­kierą po pię­trach z po­wodu umc, umc, umc techno.

Po­tem i tak wszystko sku­pia się na tych z pierw­szego, bo kto przy zdro­wych zmy­słach słu­cha Cho­pina?

No ale to do­piero w syl­we­stra. Święta i tak są strasz­niej­sze.

Zresztą nikt przy zdro­wych zmy­słach nie mar­nuje czasu na ro­dzinne święta, je­żeli może tego nie ro­bić, ale czas się tro­chę mar­nuje sam. Nie ma żad­nej al­ter­na­tywy. Zna­jomi się roz­jeż­dżają po ro­dzi­nach, wszystko za­miera, więc na­wet gdyby czło­wiek chciał w tym cza­sie ro­bić co­kol­wiek in­nego, to po pro­stu nie ma jak.

I jak już się zo­staje w domu, to trudno - barszcz, uszka, karp, pa­sterka i po­chlaj są je­dyną moż­li­wo­ścią.

Ciotki i wuj­ko­wie się mnożą, dzielą, pącz­kują, ga­dają głu­poty, py­tają o rze­czy, które ni­kogo nie po­winny in­te­re­so­wać, i wku­rzają wszyst­kich.

- Czy ty, moja ko­chana, nie je­steś przy­pad­kiem tą, no... - za­czyna ciotka.

- Fe­mi­nistką? - do­po­wiada z chi­cho­tem wu­jek, choć ciotka miała za­py­tać o we­ga­nizm, ale się za­cięła, a wu­jek wy­ko­rzy­stał i co ro­bić? Po­wie­dzieć, że nie, nie uwie­rzą, po­wie­dzieć, że tak, nie uwie­rzą...

- Ale dla­czego?

- Bo te fio­le­towe włosy, buty woj­skowe i taka mało ko­bieca je­steś...

- A, to nie, les­bijką je­stem - od­po­wie­działa zło­śli­wie, żeby ich wku­rzyć, i zro­biła się awan­tura na pół ro­dziny.

Dla­tego taki świą­teczny wy­jazd do pracy był na­wet po­żą­dany.

- Du­cha­cze też się za­ła­pali - po­wie­dział Ro­bert po dłuż­szej chwili. Wie­dział, że nie spo­tka się to z za­chwy­tem przy­ja­ciół.

- No, ale mó­wi­łeś...

- To ma być taka cer­ty­fi­ka­cja krzy­żowa. Tak to fa­cet na­zwał. Że jak nie my, to oni, ale płatne z góry, więc pro­blemu nie ma - uspo­koił przy­ja­ciół, tyle że oni wcale nie po­czuli się spo­kojni.

Du­cha­cze byli kon­ku­ren­cyjną grupą łow­ców du­chów, jed­nak nie o samą kon­ku­ren­cję tu cho­dziło. Du­cha­cze to była że­nada w czy­stej for­mie. Wstyd dla po­waż­nych lu­dzi na­uki. Ma­sa­kra in­te­lektu.

La­tali gdzie się da w ko­szu­lach ze swoim logo i ro­bili mnó­stwo ha­łasu, żeby tylko ktoś ich za­uwa­żył.

W branży prze­bą­ki­wano, że wkrótce po­wsta­nie kilka no­wych pro­gra­mów te­le­wi­zyj­nych w stylu re­ality show, ta­kich jak Duch szuka żony albo Duch od pierw­szego wej­rze­nia, nie mó­wiąc już o Du­cho­wych re­wo­lu­cjach.

Gdyby po­wstały, z pew­no­ścią ktoś by się za­ła­pał. Ktoś me­dialny, nie­ko­niecz­nie kom­pe­tentny, dla­tego nie­które grupy pod­kre­ślały swoje wa­lory aż nadto.

Ko­szulki z logo to był pryszcz, chwa­lili się naj­droż­szym i naj­więk­szym sprzę­tem, la­tali jak po­rą­bani, a ich dziew­czyny do­słow­nie świe­ciły cyc­kami.

Ro­bert, Łu­kasz i Ju­styna, czyli DrDuch, nie zni­żali się do tego po­ziomu. Ju­styna ni­gdy nie ło­wiła du­chów w bi­kini, jak to na­gmin­nie, na­wet zimą, ro­biła Kaśka z Du­cha­czy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki