Światło między oceanami - M.L. Stedman

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 2

Po­int Par­ta­geu­se zo­stał na­zwa­ny na cześć fran­cu­skich od­kryw­ców, któ­rzy na­nie­śli na mapę przy­lą­dek w po­łu­dnio­wo-za­chod­niej czę­ści Au­stra­lii na dłu­go przed tym, za­nim Bry­tyj­czy­cy za­czę­li ko­lo­ni­zo­wać za­chód, w 1826 roku. Od tam­tej pory osad­ni­cy wę­dro­wa­li z Al­ba­ny na pół­noc i na po­łu­dnie z ko­lo­nii Swan Ri­ver, rosz­cząc so­bie pra­wo do na­po­ty­ka­nych po dro­dze dzie­wi­czych la­sów. Wy­so­kie ni­czym ka­te­dry drze­wa ustą­pi­ły miej­sca pa­stwi­skom. W le­śnej głu­szy po­wsta­wa­ły pry­mi­tyw­ne dro­gi, wy­rą­by­wa­ne ka­wa­łek po ka­wał­ku przez bia­ło­skó­rych męż­czyzn, któ­rym to­wa­rzy­szy­ły za­przę­gi sil­nych, po­tęż­nych koni. Zie­mia, któ­ra nig­dy do­tąd nie za­zna­ła in­ge­ren­cji czło­wie­ka, była wy­pa­la­na i ob­dzie­ra­na ze skó­ry, ozna­cza­na na ma­pach i mie­rzo­na przez tych, któ­rzy po­sta­no­wi­li spró­bo­wać szczę­ścia na pół­ku­li, gdzie cze­ka­ły na nich roz­pacz, śmierć albo nie­wy­obra­żal­ne bo­gac­twa.

Miesz­kań­cy Par­ta­gu­ese byli ni­czym dro­bin­ki ku­rzu na wie­trze, któ­re osia­dły w miej­scu, gdzie je­den oce­an łą­czył się z dru­gim. To tu zna­leź­li wodę pit­ną, na­tu­ral­ny port i uro­dzaj­ną gle­bę. Tu­tej­szy port nie mógł się rów­nać z tym, któ­ry wy­bu­do­wa­no w Al­ba­ny, jed­nak wy­star­czał miej­sco­wym do trans­por­tu drew­na san­da­ło­we­go i wo­ło­wi­ny. W oko­li­cy, ni­czym po­ro­sty na ska­le, roz­kwi­ta­ły ko­lej­ne in­te­re­sy. Nie­ba­wem w mia­stecz­ku po­wsta­ła szko­ła, roz­ma­ite ko­ścio­ły, domy z ce­gły oraz ka­mie­nia i ko­lej­ne z de­sek i bla­chy. Tuż po nich skle­py, ra­tusz, a na­wet fi­lia agen­cji rol­nej Dal­ge­ty'ego. I puby. Mnó­stwo pu­bów.

*

W po­cząt­ko­wym okre­sie roz­wo­ju mia­sta miesz­kań­cy Po­int Par­ta­geu­se wie­rzy­li, że praw­dzi­we ży­cie to­czy się gdzieś in­dziej. Wie­ści ze świa­ta na­pły­wa­ły po­wo­li ni­czym ska­pu­ją­ce z li­ści kro­ple desz­czu - strzęp in­for­ma­cji tu, plot­ka tam. Po po­ja­wie­niu się li­nii te­le­gra­ficz­nej w 1890 roku ży­cie w mia­stecz­ku na­bra­ło tem­pa, zwłasz­cza gdy w nie­licz­nych do­mach po­ja­wi­ły się pierw­sze te­le­fo­ny. W 1899 roku mia­stecz­ko wy­sła­ło swo­je od­dzia­ły do Trans­wa­lu i stra­ci­ło kil­ku miesz­kań­ców, mimo to ży­cie w Par­ta­geu­se nadal pły­nę­ło spo­koj­nie i le­ni­wie: nie na­le­ża­ło się spo­dzie­wać ni­cze­go wy­jąt­ko­wo okrop­ne­go ani też cu­dow­ne­go.

Inne mia­stecz­ka na za­cho­dzie po­strze­ga­ły rze­czy zu­peł­nie in­a­czej. Na przy­kład Kal­go­orie, wy­bu­do­wa­ne set­ki mil od wy­brze­ża, z ukry­ty­mi pod pu­sty­nią pod­ziem­ny­mi rze­ka­mi zło­ta. Przy­by­sze na­pły­wa­li do mia­sta uzbro­je­ni w tacz­ki i sita, a wy­jeż­dża­li sa­mo­cho­da­mi, któ­re ku­pi­li za brył­ki zło­ta wiel­ko­ści ko­ciąt. Nic dziw­ne­go, że tam­tej­sze uli­ce na­zy­wa­no imio­na­mi ta­kich lu­dzi, jak mi­tycz­ny Kre­zus. Kal­go­orie mia­ło to, cze­go pra­gnął świat. To, co mie­li do za­ofe­ro­wa­nia miesz­kań­cy Po­int Par­ta­geu­se - drew­no san­da­ło­we - było ni­czym w po­rów­na­niu z tra­wią­cą Kal go­rącz­ką zło­ta.

Sy­tu­acja zmie­ni­ła się w 1914 roku, kie­dy miesz­kań­cy Par­ta­geu­se od­kry­li, że oni rów­nież mają coś, cze­go po­żą­da świat: męż­czyzn. Mło­dych, sil­nych i zdro­wych męż­czyzn. Męż­czyzn, któ­rzy całe ży­cie ma­cha­li sie­kie­ra­mi, ora­li zie­mię i wal­czy­li o prze­trwa­nie. Któ­rzy mie­li stać się pierw­szy­mi ofia­ra­mi zło­żo­ny­mi na oł­ta­rzach woj­ny to­czą­cej się na dru­gim koń­cu świa­ta.

Rok 1914 był ro­kiem flag i pach­ną­cych no­wo­ścią mun­du­rów. Rok póź­niej ży­cie w Po­int Par­ta­geu­se na­bra­ło in­ne­go wy­mia­ru. Na­gle prze­sta­ło być nie­cie­ka­wie i spo­koj­nie, gdy za­miast ro­słych uko­cha­nych mę­żów i sy­nów do mia­stecz­ka za­czę­ły na­pły­wać ko­lej­ne te­le­gra­my. Skraw­ki pa­pie­ru wy­pa­da­ły z odrę­twia­łych ko­bie­cych rąk i uno­si­ły się na wie­trze, za­bie­ra­jąc ze sobą la­ko­nicz­ną wia­do­mość, że chło­piec, któ­re­go kar­mi­ły pier­sią, ką­pa­ły i besz­ta­ły, nie wró­ci do domu. Świat póź­no upo­mniał się o miesz­kań­ców Po­int Par­ta­geu­se i już na po­cząt­ku za­żą­dał od nich ofiar.

Na­tu­ral­nie utra­ta dzie­ci była czymś, z czym na­le­ża­ło się po­go­dzić. Nikt nie mógł za­gwa­ran­to­wać, że po­czę­cie za­koń­czy się uda­nym po­ro­dem ani że uda­ny po­ród bę­dzie gwa­ran­cją dłu­gie­go i szczę­śli­we­go ży­cia. Na­tu­ra dba­ła o to, by tyl­ko sil­ne, szczę­śli­we jed­nost­ki do­stą­pi­ły ży­cia w raju. By się o tym prze­ko­nać, wy­star­czy­ło zaj­rzeć do Bi­blii. Miej­sco­wy cmen­tarz rów­nież opo­wia­dał hi­sto­rie dzie­ci, któ­re z po­wo­du uką­sze­nia węża, go­rącz­ki albo upad­ku z wozu w koń­cu po­słu­cha­ły słów mat­czy­nej ko­ły­san­ki i za­mknę­ły swe oczę­ta. Te, któ­re prze­ży­ły, przy­zwy­cza­ja­ły się do tego, że na sto­le po­ja­wiał się je­den ta­lerz mniej, tak jak przy­zwy­cza­ja­ły się do ści­sku, jaki pa­no­wał w domu, gdy na świat przy­cho­dzi­ło ro­dzeń­stwo. Ni­czym na po­lach psze­ni­cy, ob­sia­nych gę­ściej niż to ko­niecz­ne, Bóg zsy­łał do Po­int Par­ta­geu­se dzie­ci i za­bie­rał je do sie­bie we­dług ja­kie­goś ta­jem­ni­cze­go nie­biań­skie­go ka­len­da­rza.

Wła­dze miej­sco­we­go cmen­ta­rza skru­pu­lat­nie od­no­to­wy­wa­ły każ­dy z tych przy­pad­ków, a po­sęp­ne, sa­mot­ne na­grob­ki nie po­zwa­la­ły za­po­mnieć o dzie­siąt­kach nie­win­nych ist­nień, któ­re ode­szły z tego świa­ta z po­wo­du gry­py, uto­nię­cia, przy­gnie­cio­ne drze­wa­mi czy ra­żo­ne pio­ru­nem. Jed­nak w 1915 roku re­je­stry za­czę­ły kła­mać. Chłop­cy i męż­czyź­ni nie­ustan­nie tra­ci­li ży­cie, a mimo to cmen­tar­ne księ­gi nie wspo­mi­na­ły o nich ani sło­wem.

Praw­da była taka, że cia­ła chłop­ców le­ża­ły w bło­cie z dala od ro­dzin­nych do­mów. Wła­dze ro­bi­ły, co mo­gły. Tam, gdzie po­zwa­la­ły na to wa­run­ki, ko­pa­no gro­by. Je­śli ze­bra­ne szcząt­ki umoż­li­wia­ły iden­ty­fi­ka­cję cia­ła, do­kła­da­no wszel­kich sta­rań, by tak się sta­ło, i za­pew­nia­no ofie­rze god­ny po­chó­wek. Pro­wa­dzo­no re­je­stry. Nie­co póź­niej za­czę­to ro­bić fo­to­gra­fie gro­bów i za sumę dwóch fun­tów, jed­ne­go szy­lin­ga i sze­ściu pen­sów ro­dzi­na mo­gła ku­pić spe­cjal­ną pa­miąt­ko­wą ta­blicz­kę. Z upły­wem cza­su po­ja­wia­ły się ko­lej­ne po­mni­ki ku czci po­le­głych. Lu­dzie prze­sta­li roz­pa­mię­ty­wać stra­ty i za­czę­li mó­wić o tym, co dzię­ki nim zy­ska­li. Zwy­cię­stwo mia­ło upoj­ny smak, choć, jak ma­wia­li nie­któ­rzy: "Zwy­cię­stwo oku­pio­ne śmier­cią to żad­ne zwy­cię­stwo".

*

Bez męż­czyzn Po­int Par­ta­geu­se przy­po­mi­nał dziu­ra­wy szwaj­car­ski ser. I nie cho­dzi­ło o na­bór. Nikt nie zmu­szał tych męż­czyzn, by szli i wal­czy­li.

Jed­nak prze­wrot­ny los naj­okrut­niej ob­szedł się ze "szczę­ścia­rza­mi", któ­rzy wró­ci­li do domu, do czy­ste­go miesz­ka­nia, wy­stro­jo­nych dzie­ci i psa z przy­wią­za­ną do ob­ro­ży ko­lo­ro­wą wstąż­ką. Psy zwy­kle jako pierw­sze za­uwa­ża­ły, że coś jest nie tak. Nie cho­dzi­ło o to, że nie­któ­rzy z nich stra­ci­li oko albo nogę. Po po­wro­cie za­cho­wy­wa­li się tak, jak­by utra­ci­li znacz­nie wię­cej, jak­by ich my­śli dry­fo­wa­ły w zu­peł­nie in­nym miej­scu, da­le­ko od cia­ła.

Na przy­kład taki Bil­ly Wi­shart z mły­na Sa­dle­ra. Ma trój­kę dzie­ci i żonę, o ja­kiej ma­rzy każ­dy męż­czy­zna. Po po­wro­cie za­czął pić i nie jest w sta­nie pod­nieść do ust łyż­ki z zupą. Ręce drżą mu tak bar­dzo, że nie po­tra­fi sam za­piąć gu­zi­ków. Wie­czo­rem kła­dzie się do łóż­ka w ubra­niu i zwi­nię­ty w kłę­bek szlo­cha jak dziec­ko. Albo mło­dy Sam Do­wsett, któ­ry prze­żył bi­twę o Gal­li­po­li2 tyl­ko po to, by pod Bul­le­co­urt stra­cić obie ręce i po­ło­wę twa­rzy. Jego owdo­wia­ła mat­ka nie może spać, my­śląc o tym, kto za­opie­ku­je się chłop­cem, kie­dy jej za­brak­nie. Żad­na dziew­czy­na w oko­li­cy nie jest na tyle głu­pia, by wyjść za ko­goś, kto przy­po­mi­na dziu­ra­wy szwaj­car­ski ser.

Przez dłu­gi czas lu­dzie mie­li zdzi­wio­ne miny wy­twor­nych gra­czy, któ­rych na­gle po­in­for­mo­wa­no, że re­gu­ły gry ule­gły zmia­nie. Po­cie­sza­li się my­ślą, że ich chłop­cy nie zgi­nę­li na próż­no i sta­li się czę­ścią wspa­nia­łej wal­ki o słusz­ną spra­wę. Były chwi­le, kie­dy na­praw­dę w to wie­rzy­li, i z tru­dem po­wstrzy­my­wa­li pe­łen roz­pa­czy, wście­kły wrzask, któ­ry od daw­na wiązł w gar­dłach.

*

Po woj­nie lu­dzie szu­ka­li wy­tłu­ma­cze­nia dla tych, któ­rzy wra­ca­jąc z fron­tu, nie stro­ni­li od al­ko­ho­lu, bi­ja­tyk i nie po­tra­fi­li utrzy­mać pra­cy dłu­żej niż kil­ka dni. Miej­sco­wi przed­się­bior­cy ja­koś so­bie ra­dzi­li. Kel­ly wciąż był wła­ści­cie­lem skle­pu spo­żyw­cze­go. Sta­ry Len Brad­shaw nadal pro­wa­dził sklep mię­sny, choć mło­dy Len tyl­ko cze­kał, kie­dy przej­mie jego in­te­res; wy­star­czy­ło spoj­rzeć, jak sza­ro­gę­sił się za ladą i się­gał po ko­tlet albo świń­ski ryj. Pani In­k­pen (któ­rej imię po­zo­sta­wa­ło ta­jem­ni­cą, choć sio­stra mó­wi­ła do niej Po­psy) za­czę­ła za­rzą­dzać kuź­nią, kie­dy jej mąż Mack zgi­nął w bi­twie pod Gal­li­po­li. Była twar­da jak że­la­zo, któ­rym pod­ku­wa­no koń­skie ko­py­ta. Jej pra­cow­ni­cy, po­tęż­ni męż­czyź­ni, za­wsze zwra­ca­li się do niej z sza­cun­kiem - "Tak, pani In­k­pen", "Nie, pani In­k­pen", "Trzy peł­ne wor­ki, pani In­k­pen" - choć w po­rów­na­niu z nimi była praw­dzi­wą kru­szy­ną.

Lu­dzie wie­dzie­li, komu udzie­lić kre­dy­tu, do kogo pójść po po­życz­kę i komu wie­rzyć, kie­dy wra­ca­li z to­wa­rem i do­ma­ga­li się zwro­tu pie­nię­dzy. Sklep tek­styl­no-pa­sman­te­ryj­ny Mo­uche­mo­re'a prze­ży­wał praw­dzi­we ob­lę­że­nie koło Bo­że­go Na­ro­dze­nia i Wiel­ka­no­cy, a póź­ną je­sie­nią za­ra­biał kro­cie na sprze­da­ży weł­ny i dam­skiej bie­li­zny. Lar­ry Mo­uche­mo­re, gła­dząc wąsy, po­pra­wiał wszyst­kich tych, któ­rzy nie­po­praw­nie wy­ma­wia­li jego na­zwi­sko (bar­dziej jak "mów", nie jak "mysz") i z oba­wą spo­glą­dał na pa­nią Thur­kle, któ­ra ubz­du­ra­ła so­bie, że tuż obok otwo­rzy za­kład ku­śnier­ski. Sklep z fu­tra­mi? W Po­int Par­ta­geu­se? Wy­obra­ża­cie so­bie? Uśmie­chał się ła­god­nie, kie­dy pół roku póź­niej sklep zo­stał za­mknię­ty. W ak­cie "są­siedz­kiej życz­li­wo­ści" ku­pił resz­tę to­wa­rów, któ­re sprze­dał za po­kaź­ną sumę ka­pi­ta­no­wi pa­row­ca pły­ną­ce­go do Ka­na­dy, gdzie - zda­niem ka­pi­ta­na - lu­dzie osza­le­li na punk­cie fu­ter.

W 1920 roku miesz­kań­cy Po­int Par­ta­geu­se po­czu­li dumę oku­pio­ną bo­le­sny­mi do­świad­cze­nia­mi, tak cha­rak­te­ry­stycz­ną dla każ­de­go mia­stecz­ka na za­cho­dzie Au­stra­lii. Po­środ­ku zie­lo­ne­go skwe­ru, nie­opo­dal głów­nej uli­cy, sta­nął gra­ni­to­wy obe­lisk z na­zwi­ska­mi chłop­ców i męż­czyzn, któ­rzy nie wró­cą już do do­mów, by za­orać pola i ściąć drze­wa, choć wie­lu miesz­kań­ców wciąż cze­ka­ło na ich po­wrót. Stop­nio­wo ży­cie w mia­stecz­ku wró­ci­ło do nor­my, przy­po­mi­na­jąc tka­ni­nę, w któ­rej każ­da nić spla­ta­ła się z in­ny­mi po­przez szko­łę, pra­cę i mał­żeń­stwo, two­rząc mi­ster­ny wzór nie­wi­docz­ny dla lu­dzi z ze­wnątrz.

Ja­nus Rock - łódź z za­pa­sa­mi przy­pły­wa­ła tu czte­ry razy w roku - wi­sia­ła na skra­ju tej tka­ni­ny ni­czym obe­rwa­ny gu­zik, któ­ry lada chwi­la ode­rwie się i spad­nie na An­tark­ty­dę.

*

Dłu­gie wą­skie molo w Po­int Par­ta­geu­se zro­bio­no z tego sa­me­go drew­na, któ­re prze­wo­żo­no wa­go­na­mi, by za­ła­do­wać je na stat­ki. Wody roz­le­głej za­to­ki, nad któ­rą zbu­do­wa­no mia­sto, przy­po­mi­na­ły płyn­ny tur­kus. W dniu, kie­dy sta­tek Toma za­cu­mo­wał, lśni­ły ni­czym po­le­ro­wa­ne szkło.

W por­cie za­pa­no­wa­ło oży­wie­nie. Męż­czyź­ni krzą­ta­li się, ła­du­jąc i roz­ła­do­wu­jąc to­wa­ry, dźwi­ga­li je i si­ło­wa­li się z ła­dun­kiem po­śród krzy­ków i gwiz­dów. To samo dzia­ło się na brze­gu, gdzie lu­dzie po­ja­wia­li się i zni­ka­li, przy­cho­dząc pie­szo albo przy­jeż­dża­jąc wo­za­mi za­przę­żo­ny­mi w ko­nie.

Je­dy­ną oso­bą, któ­ra nie bra­ła udzia­łu w tej krzą­ta­ni­nie, była mło­da ko­bie­ta kar­mią­ca chle­bem sta­do mew. Śmie­jąc się, roz­rzu­ca­ła okru­chy i pa­trzy­ła, jak pta­ki, krzy­cząc, wy­kłó­ca­ją się o naj­lep­sze ką­ski. Mewa w lo­cie po­chwy­ci­ła sma­ko­łyk i za­nur­ko­wa­ła po ko­lej­ny, czym jesz­cze bar­dziej roz­ba­wi­ła dziew­czy­nę.

Tom miał wra­że­nie, że mi­nę­ły lata, od­kąd ostat­ni raz sły­szał tak szcze­ry, nie­win­ny śmiech. Było po­god­ne zi­mo­we po­po­łu­dnie, a on nig­dzie się nie spie­szył i nie miał nic do ro­bo­ty. Po­pły­nie na Ja­nus Rock do­pie­ro za kil­ka dni, po tym jak spo­tka się z wła­ści­wy­mi ludź­mi i pod­pi­sze od­po­wied­nie do­ku­men­ty. Tym­cza­sem nie mu­siał wy­peł­niać żad­nych re­je­strów, po­le­ro­wać pry­zma­tów ani do­le­wać pa­li­wa do zbior­ni­ków. Miał przed sobą szczę­śli­wą ro­ze­śmia­ną dziew­czy­nę - do­wód, że woj­na na­praw­dę się skoń­czy­ła. Usiadł na ław­ce nie­opo­dal molo, po­zwa­la­jąc, by pro­mie­nie słoń­ca pie­ści­ły jego twarz. Pa­trzył na nie­zna­jo­mą, na dłu­gie ciem­ne wło­sy, fa­lu­ją­ce jak rzu­co­na na wiatr ry­bac­ka sieć. Spo­glą­dał na jej pal­ce, kre­ślą­ce w po­wie­trzu skom­pli­ko­wa­ne wzo­ry. Do­pie­ro po chwi­li za­uwa­żył, jaka jest ład­na, może na­wet pięk­na.

- Dla­cze­go się uśmie­chasz? - Głos dziew­czy­ny wy­rwał go z za­du­my.

- Prze­pra­szam. - Tom po­czuł, że się czer­wie­ni.

- Nig­dy nie prze­pra­szaj za to, że się uśmie­chasz! - po­wie­dzia­ła gło­sem, w któ­rym po­brzmie­wał smu­tek, ale po chwi­li jej twarz po­ja­śnia­ła. - Nie je­steś z Par­ta­geu­se.

- Rze­czy­wi­ście, nie je­stem.

- Ja miesz­kam tu od uro­dze­nia. Chcesz tro­chę chle­ba?

- Dzię­ki, nie je­stem głod­ny.

- Nie dla cie­bie, głup­ta­sie! Dla mew.

Wy­cią­gnę­ła ku nie­mu po­ciem­nia­łą skór­kę chle­ba. Rok temu, może jesz­cze wczo­raj, Tom od­mó­wił­by i od­szedł. Jed­nak cie­pło, po­czu­cie wol­no­ści, uśmiech dziew­czy­ny i coś, cze­go nie po­tra­fił na­zwać, spra­wi­ło, że przy­stał na jej pro­po­zy­cję.

- Za­ło­żę się, że wię­cej mew przy­le­ci do mnie niż do cie­bie - za­szcze­bio­ta­ła.

- W po­rząd­ku! Sama tego chcia­łaś! - od­parł.

- W ta­kim ra­zie za­czy­naj­my! - krzyk­nę­ła, śmie­jąc się. Ci­snę­li w po­wie­trze garść okru­chów i po­chy­li­li gło­wy, gdy roz­wrzesz­cza­ne mewy rzu­ci­ły się na je­dze­nie, nur­ku­jąc w po­wie­trzu i tłu­kąc wście­kle skrzy­dła­mi.

- Kto wy­grał? - spy­tał ze śmie­chem Tom, gdy w jego ręku nie zo­stał już ka­wa­łek chle­ba.

- Och! Za­po­mnia­łam po­li­czyć. - Dziew­czy­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Po­wiedz­my, że był re­mis.

- Do­brze. - Za­ło­żył czap­kę i się­gnął po płó­cien­ny wo­rek.

- Le­piej już pój­dę. Dzię­ki. Było miło.

- To tyl­ko głu­pia za­ba­wa - za­uwa­ży­ła z uśmie­chem.

- W ta­kim ra­zie dzię­ku­ję za przy­po­mnie­nie mi, że głu­pie za­ba­wy mogą być miłe. - Za­rzu­cił wo­rek na bar­czy­ste ra­mię i od­wró­cił się w stro­nę mia­sta. - Mi­łe­go po­po­łu­dnia, pa­nien­ko.

*

Tom za­dzwo­nił do drzwi pen­sjo­na­tu przy głów­nej uli­cy. Dom na­le­żał do pani Me­wett, kor­pu­lent­nej ko­bie­ty po sześć­dzie­siąt­ce.

- W li­ście na­pi­sa­no, że jest pan ka­wa­le­rem i po­cho­dzi ze wschod­nie­go wy­brze­ża, tak więc by­ła­bym wdzięcz­na, gdy­by pa­mię­tał pan, że je­ste­śmy w Po­int Par­ta­geu­se. To chrze­ści­jań­ska pla­ców­ka. Pa­le­nie ty­to­niu i spo­ży­wa­nie al­ko­ho­lu na te­re­nie pen­sjo­na­tu jest za­bro­nio­ne.

Tom spo­dzie­wał się, że ko­bie­ta wrę­czy mu klucz, jed­nak ona ści­ska­ła go w dło­ni i ani my­śla­ła od­dać.

- Pro­szę za­po­mnieć o daw­nych zwy­cza­jach. Zmie­nię prze­ście­ra­dło po pań­skim wy­jeź­dzie i mam na­dzie­ję, że nie będę mu­sia­ła go szo­ro­wać, je­śli wie pan, co mam na my­śli. Drzwi za­my­ka­my o dwu­dzie­stej dru­giej, śnia­da­nie po­da­je­my o szó­stej. Kto nie zej­dzie na czas, bę­dzie cho­dził głod­ny. Her­bat­kę pi­ja­my o sie­dem­na­stej trzy­dzie­ści; w tym przy­pad­ku rów­nież nie cze­ka­my na spóź­nial­skich. Lunch pro­szę ja­dać na mie­ście.

- Bar­dzo dzię­ku­ję, pani Me­wett - od­parł Tom. Po­sta­no­wił za­cho­wać po­wa­gę na wy­pa­dek, gdy­by uśmiech ozna­czał zła­ma­nie ko­lej­nej za­sa­dy.

- Cie­pła woda to do­dat­ko­wy szy­ling ty­go­dnio­wo. Od pana za­le­ży, czy chce pan z niej sko­rzy­stać, czy też nie. Z do­świad­cze­nia wiem, że w pań­skim wie­ku zim­na woda jesz­cze ni­ko­mu nie za­szko­dzi­ła. - Po tych sło­wach wrę­czy­ła mu klucz do po­ko­ju. Kie­dy, uty­ka­jąc, ru­szy­ła w głąb ko­ry­ta­rza, Tom za­sta­na­wiał się, czy ist­nie­je ktoś taki jak pan Me­wett, któ­ry choć tro­chę lubi tę ko­bie­tę.

W ma­łym po­ko­ju na ty­łach domu wy­jął za­war­tość płó­cien­ne­go wor­ka, usta­wia­jąc my­dło i przy­bo­ry do go­le­nia na je­dy­nej pół­ce. Zło­żył ka­le­so­ny i ra­zem ze skar­pe­ta­mi scho­wał je do szu­fla­dy. Na ko­niec otwo­rzył wą­ską sza­fę i po­wie­sił w niej trzy ko­szu­le, dwie pary spodni, gar­ni­tur i kra­wat. Wło­żył do kie­sze­ni książ­kę i wy­ru­szył na zwie­dza­nie mia­sta.

*

Je­dy­nym obo­wiąz­kiem Toma Sher­bo­ur­ne'a w Po­int Par­ta­geu­se był obiad w to­wa­rzy­stwie ka­pi­ta­na por­tu i jego żony. Ka­pi­tan Per­cy Ha­sluck od­po­wia­dał za wszyst­ko, co dzia­ło się w por­cie, i tra­dy­cją było, że ko­lej­ni la­tar­ni­cy z Ja­nus Rock przed wy­pły­nię­ciem na wy­spę je­dli z nim uro­czy­sty obiad.

Tom umył się i ogo­lił, na­ło­żył bry­lan­ty­nę na wło­sy, przy­gła­dził je, przy­piął koł­nie­rzyk i wło­żył gar­ni­tur. Sło­necz­na po­go­da ostat­nich dni ustą­pi­ła miej­sca ni­skim chmu­rom i mroź­ne­mu an­tark­tycz­ne­mu wia­tro­wi, więc zde­cy­do­wał, że le­piej bę­dzie, je­śli wło­ży cięż­ki dwu­rzę­do­wy płaszcz.

Wy­szedł z pen­sjo­na­tu wcze­śniej, niż było to ko­niecz­ne, i do­tarł do domu ka­pi­ta­na gru­bo przed cza­sem. Go­spo­darz po­wi­tał go cie­płym, sze­ro­kim uśmie­chem, a gdy Tom prze­pro­sił za tak wcze­sne naj­ście, "pani ka­pi­tan Ha­sluck", jak mó­wił o niej mąż, kla­snę­ła i za­szcze­bio­ta­ła:

- Boże je­dy­ny, pa­nie Sher­bo­ur­ne! Pro­szę nie prze­pra­szać za to, że za­szczy­cił nas pan swo­ją obec­no­ścią, zwłasz­cza że przy­niósł pan ta­kie pięk­ne kwia­ty. - Mó­wiąc to, po­wą­cha­ła róże, któ­re Tom za do­dat­ko­wą opła­tą ze­rwał w ogro­dzie pani Me­wett. Ko­bie­ta za­dar­ła gło­wę, żeby le­piej mu się przyj­rzeć.

- Do­bry Boże! Jest pan pra­wie tak wy­so­ki jak ta la­tar­nia! - po­wie­dzia­ła i za­śmia­ła się z wła­sne­go żar­tu.

Ka­pi­tan wziął ka­pe­lusz i płaszcz Toma.

- Za­pra­szam do sa­lo­nu.

- Po­wie­dział pa­jąk do mu­chy! - do­da­ła śpiew­nym gło­sem jego żona.

- Sam pan wi­dzi, że moja mał­żon­ka to praw­dzi­wa żar­tow­ni­sia! - sko­men­to­wał ka­pi­tan. Tom za­czął się oba­wiać, że cze­ka go dłu­gi i mę­czą­cy wie­czór.

- Sher­ry? A może szkla­necz­kę por­to? - spy­ta­ła pani ka­pi­ta­no­wa.

- Okaż tro­chę li­to­ści i przy­nieś bie­da­ko­wi bu­tel­kę piwa - po­pro­sił ze śmie­chem ka­pi­tan Ha­sluck. Po­kle­pał Toma po ple­cach. - A te­raz sia­daj, mło­dzień­cze, i opo­wiedz mi o so­bie.

Na szczę­ście w tym sa­mym mo­men­cie ktoś za­dzwo­nił do drzwi.

- Prze­pra­szam - bąk­nął ka­pi­tan. Chwi­lę póź­niej Tom usły­szał w ko­ry­ta­rzu jego do­no­śny głos: - Cy­ri­lu, Ber­tho. Jak miło, że przy­szli­ście. Po­zwól­cie, że we­zmę wa­sze ka­pe­lu­sze.

Pani ka­pi­ta­no­wa wró­ci­ła do sa­lo­nu ze srebr­ną tacą, na któ­rej sta­ła bu­tel­ka piwa i szklan­ki.

- Po­my­śle­li­śmy, że za­pro­si­my kil­ko­ro zna­jo­mych, żeby przed­sta­wić pana miej­sco­wym. Par­ta­geu­se to nie­zwy­kle przy­ja­zne miej­sce.

Wraz z ka­pi­ta­nem do po­ko­ju we­szli ko­lej­ni go­ście: Cy­ril Chip­per, pulch­ny pre­zes lo­kal­ne­go za­rzą­du dróg, i jego żona Ber­tha, chu­da jak szcza­pa, po­nu­ra ko­bie­ta.

- No i co pan są­dzi o lo­kal­nych dro­gach? - za­gad­nął Toma Cy­ril, kie­dy tyl­ko zo­sta­li so­bie przed­sta­wie­ni.

- Szcze­rze. Jak wy­pa­da­ją na tle wscho­du?

- Ależ Cy­ri­lu, daj spo­kój temu bied­ne­mu czło­wie­ko­wi - zbesz­ta­ła go żona. Tom dzię­ko­wał Bogu nie tyl­ko za tę in­ter­wen­cję, ale tak­że za to, że w głę­bi domu znów roz­legł się dźwięk dzwon­ka.

- Bill, Vio­let, jak miło was wi­dzieć! - wy­krzyk­nął ka­pi­tan, otwie­ra­jąc drzwi. - No, no, mło­da damo, mu­szę przy­znać, że z dnia na dzień ro­bisz się co­raz pięk­niej­sza.

Chwi­lę póź­niej wró­cił do sa­lo­nu w to­wa­rzy­stwie po­staw­ne­go męż­czy­zny z si­wy­mi wą­sa­mi i jego żony, krzep­kiej, ru­mia­nej ko­bie­ty.

- To Bill Gray­smark, jego żona, Vio­let, i ich cór­ka... - od­wró­cił się - ...gdzie ona się po­dzia­ła? W każ­dym ra­zie Bill i Vio­let mają cór­kę, któ­ra gdzieś tu się krę­ci. Przy­pusz­czam, że nie­ba­wem do nas do­łą­czy. Bill jest dy­rek­to­rem szko­ły w Par­ta­geu­se.

- Miło mi pana po­znać. - Tom uści­snął rękę męż­czy­zny i ukło­nił się jego żo­nie.

- A za­tem - za­czął Bill Gray­smark - jest pan go­to­wy za­miesz­kać na Ja­nus Rock?

- Mam na­dzie­ję, że wkrót­ce się prze­ko­nam - od­parł Tom.

- To po­nu­re miej­sce.

- Nie jest pan pierw­szą oso­bą, któ­ra mi o tym mówi.

- Na Ja­nus Rock nie ma dróg - wtrą­cił Cy­ril Chip­per.

- Tak, to oczy­wi­ste - od­rzekł uprzej­mie Tom.

- Nie mam naj­lep­sze­go zda­nia o miej­scach, w któ­rych nie ma dróg - cią­gnął Chip­per ta­kim to­nem, jak­by roz­pra­wiał o kwe­stiach mo­ral­nych.

- Brak dróg bę­dzie naj­mniej­szym z two­ich pro­ble­mów, synu - za­uwa­żył Gray­smark.

- Pro­szę, tat­ku, daj spo­kój. - Tom stał ple­ca­mi do drzwi, kie­dy do sa­lo­nu we­szła cór­ka dy­rek­to­ra. - Two­je po­nu­re opo­wie­ści są ostat­nią rze­czą, ja­kiej po­trze­ba temu bied­ne­mu czło­wie­ko­wi.

- Ach! Mó­wi­łem, że nie­ba­wem do nas do­łą­czy - przy­po­mniał ra­do­śnie ka­pi­tan Ha­sluck. - Oto Isa­bel Gray­smark. Isa­bel, po­znaj, pro­szę, pana Sher­bo­ur­ne'a.

Tom wstał, a gdy się od­wró­cił, zo­ba­czył zna­jo­mą twarz. Za­mie­rzał na­po­mknąć coś o me­wach, jed­nak dziew­czy­na uci­szy­ła go uprzej­mym:

- Miło mi pana po­znać, pa­nie Sher­bo­ur­ne.

- Pro­szę mi mó­wić Tom - po­wie­dział, my­śląc, że może rze­czy­wi­ście nie po­win­na spę­dzać po­po­łu­dni, do­kar­mia­jąc por­to­we pta­ki. Za­sta­na­wiał się też, co kry­je się za ta­jem­ni­czym uśmie­chem Isa­bel Gray­smark.

*

W cza­sie ko­la­cji Ha­sluc­ko­wie ra­czy­li Toma opo­wie­ścia­mi o Po­int Par­ta­geu­se i la­tar­ni, któ­rą zbu­do­wa­no za ży­cia ojca ka­pi­ta­na.

- Jest nie­zwy­kle istot­na dla han­dlu - za­pew­nił ka­pi­tan por­tu. - Oce­an Po­łu­dnio­wy jest wy­star­cza­ją­co zdra­dziec­ki na po­wierzch­ni, nie mó­wiąc o pa­smach pod­wod­nych gór. Każ­dy wie, że bez­piecz­ny trans­port jest klu­czem do suk­ce­su.

- To oczy­wi­ste, iż praw­dzi­wą pod­sta­wą trans­por­tu są do­bre dro­gi. - Chip­per pró­bo­wał spro­wa­dzić roz­mo­wę na je­dy­ny zna­ny so­bie te­mat.

Tom uda­wał, że słu­cha go z za­in­te­re­so­wa­niem, jed­nak wciąż zer­kał na Isa­bel. Sie­dząc nie­co z boku, nie­zau­wa­żo­na przez resz­tę to­wa­rzy­stwa, prze­drzeź­nia­ła Cy­ri­la Chip­pe­ra, ge­sty­ku­lu­jąc i ro­biąc za­baw­ne miny.

Wi­dząc to, Tom pró­bo­wał za­cho­wać po­wa­gę, jed­nak w pew­nej chwi­li wy­buch­nął śmie­chem, któ­ry na­tych­miast zmie­nił w uda­wa­ny atak kasz­lu.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku, Tom? - spy­ta­ła żona ka­pi­ta­na.

- Przy­nio­sę ci wody.

Na­wet na nią nie spoj­rzał i za­no­sząc się kasz­lem, bąk­nął tyl­ko:

- Dzię­ku­ję. Pój­dę z pa­nią. Nie mam po­ję­cia, skąd ten ka­szel.

Kie­dy wstał, Isa­bel spo­waż­nia­ła i zwró­ci­ła się do Chip­pe­ra:

- Kie­dy Tom wró­ci, musi mu pan ko­niecz­nie opo­wie­dzieć o dro­gach z drew­na eu­ka­lip­tu­sa. - Za­raz po­tem spoj­rza­ła na Toma. - Po­spiesz się, bo pan Chip­per ma w za­na­drzu całe mnó­stwo cie­ka­wych opo­wie­ści. - Uśmiech­nę­ła się nie­win­nie, choć Tom mógł­by przy­siąc, że ką­ci­ki jej ust nie­znacz­nie drgnę­ły.

*

Kie­dy spo­tka­nie do­bie­ga­ło koń­ca, go­ście ży­czy­li To­mo­wi wszyst­kie­go do­bre­go pod­czas po­by­tu na wy­spie Ja­nus.

- Wy­glą­dasz na męż­czy­znę ule­pio­ne­go z twar­dej gli­ny - za­uwa­żył Ha­sluck. Bill Gray­smark skwi­to­wał jego sło­wa ski­nie­niem gło­wy.

- Cóż, dzię­ku­ję. Miło było pań­stwa po­znać. Tom ści­skał ręce dżen­tel­me­nom i kła­niał się pa­niom. - Dzię­ku­ję, że za­dba­ła pani o to, by wpro­wa­dzo­no mnie w taj­ni­ki bu­do­wy dróg na za­cho­dzie Au­stra­lii - zwró­cił się szep­tem do Isa­bel.

- Szko­da, że nie mia­łem oka­zji się zre­wan­żo­wać. - Chwi­lę póź­niej go­ście opu­ści­li dom ka­pi­ta­na i wy­szli w chłod­ną zi­mo­wą noc.

ROZ­DZIAŁ 1

16 grud­nia 1918

- Tak, ro­zu­miem - od­parł Tom Sher­bo­ur­ne. Sie­dział w spar­tań­sko urzą­dzo­nym po­ko­ju, da­ją­cym nie­wiel­kie wy­tchnie­nie od pa­nu­ją­cej na ze­wnątrz du­cho­ty. Let­ni deszcz dzwo­nił o szy­by, spra­wia­jąc, że lu­dzie na uli­cach w po­śpie­chu szu­ka­li schro­nie­nia.

- Bę­dzie na­praw­dę cięż­ko. - Męż­czy­zna po dru­giej stro­nie biur­ka po­chy­lił się do przo­du, dla pod­kre­śle­nia swo­ich słów. - To nie żar­ty. Nie cho­dzi o to, że za­to­ka By­ron jest naj­gor­szym przy­dzia­łem, ale chcę mieć pew­ność, że wiesz, na co się de­cy­du­jesz. - Ubił kciu­kiem ty­toń i za­pa­lił faj­kę. Po­da­nie Toma było po­dob­ne do wie­lu in­nych z tam­te­go okre­su: uro­dzo­ny dwu­dzie­ste­go ósme­go wrze­śnia 1893 roku, woj­nę spę­dził na fron­cie, znał mię­dzy­na­ro­do­wy kod sy­gna­ło­wy i al­fa­bet Mor­se'a, zdro­wy i wy­spor­to­wa­ny, zwol­nio­ny z woj­ska z od­zna­cze­nia­mi. Zgod­nie z pa­nu­ją­cy­mi za­sa­da­mi, pierw­szeń­stwo na­le­ża­ło się by­łym woj­sko­wym.

- Na pew­no nie... - Tom urwał i chwi­lę póź­niej za­czął od nowa. - Z ca­łym sza­cun­kiem, pa­nie Co­ugh­lan, ale nie ma nic gor­sze­go niż front za­chod­ni.

Męż­czy­zna po raz ko­lej­ny utkwił wzrok w do­ku­men­tach i spoj­rzał na Toma, jak­by szu­kał cze­goś w jego oczach, w twa­rzy.

- Tak, synu. Pew­nie masz ra­cję. - Znu­dzo­nym gło­sem wy­re­cy­to­wał re­guł­kę: - Sam opła­casz prze­jazd. Je­steś zmien­ni­kiem, więc nie masz urlo­pu. Sta­łym pra­cow­ni­kom przy­słu­gu­je mie­sięcz­ny urlop pod ko­niec każ­de­go trzy­let­nie­go kon­trak­tu. - Się­gnął po gru­be pió­ro i pod­pi­sał for­mu­larz. Przy­ło­żył pie­cząt­kę do na­są­czo­nej tu­szem po­du­szecz­ki.

- Wi­ta­my... - przy­bił pie­cząt­kę w trzech miej­scach - w Sto­wa­rzy­sze­niu La­tar­ni­ków.

For­mu­larz opa­trzo­no datą szes­na­ste­go grud­nia 1918.

*

Sześć mie­się­cy spę­dzo­ne w za­to­ce By­ron u wy­brze­ży No­wej Po­łu­dnio­wej Wa­lii, w to­wa­rzy­stwie dwóch la­tar­ni­ków i ich ro­dzin, uświa­do­mi­ło To­mo­wi, jak wy­glą­da co­dzien­ne ży­cie la­tar­ni­ka. Po za­to­ce By­ron przy­szedł czas na Ma­at­suy­ker, dzi­ką wy­spę na po­łu­dnie od Ta­sma­nii, gdzie przez więk­szą część roku pa­dał deszcz, a wie­ją­ce w cza­sie sztor­mów po­ry­wi­ste wia­try ci­ska­ły kur­czę­ta wprost w osza­la­łe fale.

Jako la­tar­nik Tom Sher­bo­ur­ne ma mnó­stwo cza­su na roz­my­śla­nia o woj­nie. O twa­rzach i gło­sach swych to­wa­rzy­szy, któ­rzy w taki czy inny spo­sób ura­to­wa­li mu ży­cie. O ostat­nich sło­wach ko­na­ją­cych żoł­nie­rzy i bez­ład­nej pa­pla­ni­nie, któ­rej nie mógł zro­zu­mieć, a mimo to, słu­cha­jąc jej, upar­cie ki­wał gło­wą.

Nie był jed­nym z tych, któ­rzy wle­kli za sobą po­ury­wa­ne koń­czy­ny i któ­rych wnętrz­no­ści wy­le­wa­ły się z brzu­cha ni­czym ośli­zgłe wę­go­rze. Tru­ją­cy gaz nie zmie­nił jego płuc i mó­zgu w kle­istą bre­ję. A mimo to cier­piał, zmu­szo­ny do ży­cia w cie­le czło­wie­ka, któ­ry na woj­nie do­pu­ścił się po­twor­nych rze­czy. Wspo­mnie­nia tych wy­da­rzeń wlo­kły się za nim ni­czym dru­gi cień.

Pró­bu­je o tym nie my­śleć. Wie­lo­krot­nie wi­dział, co wspo­mnie­nia po­tra­fią zro­bić z czło­wie­kiem. Dla­te­go wciąż żyje na kra­wę­dzi cze­goś, cze­go sam nie po­tra­fi na­zwać. Kie­dy śni o tam­tych la­tach, Tom, któ­re­go wi­dzi w snach, ten, któ­ry ma na rę­kach ludz­ką krew, jest za­le­d­wie ośmio­let­nim chłop­cem. W snach to wła­śnie on sta­je na­prze­ciw­ko męż­czyzn uzbro­jo­nych w strzel­by i ba­gne­ty i bez­rad­ny pa­trzy na wła­sne skar­pe­ty, wie­dząc, że aby je pod­cią­gnąć, bę­dzie mu­siał odło­żyć broń, któ­ra i tak cią­ży mu w rę­kach. Jak­by tego było mało, nig­dzie nie może od­na­leźć mat­ki.

Po prze­bu­dze­niu tra­fia do świa­ta peł­ne­go wia­tru, fal, świa­tła i me­cha­ni­zmów, któ­re pod­trzy­mu­ją pło­mień i ob­ra­ca­ją świa­tło, utrzy­mu­jąc je w cią­głym ru­chu.

Gdy­by tyl­ko mógł uciec wy­star­cza­ją­co da­le­ko - z dala od lu­dzi i wspo­mnień - czas ule­czył­by rany.

*

Nie­wiel­ka wy­spa Ja­nus Rock, od­da­lo­na ty­sią­ce mil od za­chod­nie­go wy­brze­ża, była naj­dal­szym miej­scem, do któ­re­go tra­fił wy­cho­wa­ny w Syd­ney Tom. Tam­tej­sza la­tar­nia mor­ska była ostat­nim za­kąt­kiem Au­stra­lii, któ­ry wi­dział, gdy w 1915 roku wy­pły­wał do Egip­tu na po­kła­dzie trans­por­tow­ca. Po­wie­trze pach­nia­ło eu­ka­lip­tu­sa­mi jesz­cze dłu­go po tym, jak stra­cił z oczu wy­brze­że Al­ba­ny, a gdy prze­stał czuć tę woń, ogar­nę­ła go nie­wy­po­wie­dzia­na tę­sk­no­ta. Kil­ka go­dzin póź­niej, w naj­od­le­glej­szym za­kąt­ku swej oj­czy­zny zo­ba­czył świa­tło - pię­cio­se­kun­do­we bły­ski, któ­rych wi­dok to­wa­rzy­szył mu w cza­sie wo­jen­nej za­wie­ru­chy ni­czym wspo­mnie­nie po­że­gnal­ne­go po­ca­łun­ku. Kie­dy w czerw­cu 1920 roku do­wie­dział się o wol­nej po­sa­dzie na wy­spie Ja­nus, miał wra­że­nie, że świa­tło la­tar­ni go przy­zy­wa.

Przy­cup­nię­ta na kra­wę­dzi szel­fu kon­ty­nen­tal­ne­go Ja­nus Rock cie­szy­ła się złą sła­wą. I choć pra­ca w tak trud­nych wa­run­kach ozna­cza­ła nie­co wyż­sze za­rob­ki, sta­re wygi mó­wi­ły, że nie jest war­ta tych pie­nię­dzy, któ­re i tak są nie­wiel­kie. La­tar­nik za­stą­pio­ny przez Toma, Trim­ble Do­cher­ty, wy­wo­łał praw­dzi­wą bu­rzę, kie­dy zgło­sił, że jego żona da­wa­ła zna­ki prze­pły­wa­ją­cym stat­kom, wy­wie­sza­jąc ko­lo­ro­we fla­gi mię­dzy­na­ro­do­we­go kodu sy­gna­ło­we­go. To obu­rzy­ło ów­cze­sne wła­dze z dwóch po­wo­dów: po pierw­sze, za­stęp­ca kie­row­ni­ka związ­ku la­tar­ni­ków za­ka­zał uży­wa­nia flag na wy­spie Ja­nus, po­nie­waż prze­pły­wa­ją­ce stat­ki, aby je zo­ba­czyć, pod­pły­wa­ły nie­bez­piecz­nie bli­sko brze­gu, po dru­gie, żona Do­cher­ty'ego, któ­ra ja­ko­by wy­wie­sza­ła fla­gi, od ja­kie­goś cza­su nie żyła.

Na­stą­pi­ła gwał­tow­na wy­mia­na ko­re­spon­den­cji po­mię­dzy Fre­man­tle i Mel­bo­ur­ne. Za­stęp­ca kie­row­ni­ka z Fre­man­tle przed­sta­wił lu­dziom z cen­tra­li sta­no­wi­sko obro­ny Do­cher­ty'ego i hi­sto­rię jego dłu­go­let­niej służ­by, a ci po­sta­no­wi­li przyj­rzeć się pra­cy la­tar­ni­ka, kosz­tom i prze­strze­ga­niu przez nie­go za­sad. W koń­cu osią­gnię­to kom­pro­mis, zgod­nie z któ­rym Do­cher­ty po­szedł na sze­ścio­mie­sięcz­ny przy­mu­so­wy urlop, a jego miej­sce na wy­spie za­jął Tom.

- W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach nie wy­sła­li­by­śmy tam jed­nej oso­by, bo to od­le­głe miej­sce i ro­dzi­na może sta­no­wić nie tyl­ko opar­cie, ale i wiel­ką po­moc - zwró­cił się na­czel­nik okrę­gu do Toma. - Ale po­nie­waż jest to sy­tu­acja przej­ścio­wa... Wy­pły­nie pan z Par­ta­geu­se za dwa dni - do­dał, skła­da­jąc pod­pis na pół­rocz­nym kontr­ak­cie Toma.

*

Tom nie­wie­le miał do za­ła­twie­nia. Nie mu­siał się z ni­kim że­gnać. Dwa dni póź­niej wszedł na trap z prze­rzu­co­nym przez ra­mię wor­kiem ma­ry­nar­skim. Pa­ro­wiec o wdzięcz­nej na­zwie Pro­me­theus pły­nął nie­zmor­do­wa­nie wzdłuż po­łu­dnio­wych wy­brze­ży Au­stra­lii, za­wi­ja­jąc do roz­ma­itych por­tów po­mię­dzy Syd­ney i Perth. Nie­licz­ne ka­bi­ny za­re­zer­wo­wa­ne dla pa­sa­że­rów po­dró­żu­ją­cych pierw­szą kla­są znaj­do­wa­ły się na gór­nym po­kła­dzie, nie­opo­dal dzio­bu. Pły­ną­cy trze­cią kla­są Tom dzie­lił ka­bi­nę z pod­sta­rza­łym ma­ry­na­rzem. "Pły­wam tą dro­gą od pięć­dzie­się­ciu lat. Nie mie­li­by czel­no­ści pro­sić mnie o pie­nią­dze. Praw­dzi­wy pech", po­wie­dział ra­do­śnie ma­ry­narz i sku­pił się na wiel­kiej bu­tel­ce wy­so­ko­pro­cen­to­we­go rumu. Zmę­czo­ny wdy­cha­niem opa­rów al­ko­ho­lo­wych Tom za dnia prze­cha­dzał się po po­kła­dzie, cze­ka­jąc na wie­czor­ną par­tyj­kę kart.

*

Nie­trud­no było się do­my­ślić, kto spę­dził woj­nę na fron­cie, a kto prze­sie­dział ją w domu. Lu­dzie cią­gnę­li do swo­ich. Sie­dze­nie pod po­kła­dem bu­dzi­ło wspo­mnie­nia trans­por­tow­ców, któ­re za­bra­ły ich na Bli­ski Wschód, a póź­niej da­lej, do Fran­cji. Wy­star­czy­ło wejść na po­kład, by in­stynk­tow­nie wy­czuć, kto jest ofi­ce­rem, a kto niż­szy ran­gą.

Tak jak na trans­por­tow­cach lu­dzie szu­ka­li tu roz­ryw­ki, któ­ra oży­wi at­mos­fe­rę i umi­li po­dróż. Gra, w któ­rą gra­li, rów­nież wy­da­wa­ła się zna­jo­ma. Wy­gry­wał ten, kto pierw­szy zdo­był coś, co na­le­ża­ło do pa­sa­że­ra pierw­szej kla­sy. Nie cho­dzi­ło jed­nak o byle jaką rzecz, ale o dam­skie figi. Wy­gra­na ro­sła dwu­krot­nie, je­śli tro­feum zo­sta­ło zdję­te z wła­ści­ciel­ki.

Pro­wo­dyr, wą­sa­ty męż­czy­zna na­zwi­skiem McGo­wan, o pal­cach po­żół­kłych od pa­pie­ro­sów Wo­od­bi­ne, po­wie­dział, że roz­ma­wiał z jed­nym ze ste­war­dów o li­ście go­ści: wy­bór był dość ogra­ni­czo­ny. W dzie­się­ciu ka­ju­tach miesz­ka­li: praw­nik z żoną (le­piej trzy­mać się od nich z da­le­ka), kil­ka pod­sta­rza­łych par, dwie sta­re pan­ny (brzmia­ło obie­cu­ją­co) oraz po­dró­żu­ją­ca sa­mot­nie cór­ka ja­kie­goś czło­wie­ka z wyż­szych sfer.

- Przy­pusz­czam, że mo­gli­by­śmy wspiąć się z boku i wejść przez okno - po­wie­dział. - Kto idzie ze mną?

To, że przed­się­wzię­cie było ry­zy­kow­ne, nie za­sko­czy­ło Toma. Od­kąd wró­cił, sły­szał wie­le po­dob­nych opo­wie­ści o męż­czy­znach ry­zy­ku­ją­cych ży­cie dla ka­pry­su, ska­ka­li przez szla­ba­ny na prze­jaz­dach ko­le­jo­wych i rzu­ca­li się w śro­dek wiru, żeby zo­ba­czyć, czy da­dzą radę wy­pły­nąć na po­wierzch­nię. Wie­lu z tych, któ­rzy unik­nę­li śmier­ci, pod­świa­do­mie wciąż jej szu­ka­ło. Jed­nak ci lu­dzie sami so­bie byli pa­na­mi, a ich sło­wa tyl­ko czczy­mi prze­chwał­ka­mi.

*

Ko­lej­nej nocy, kie­dy drę­czą­ce go kosz­ma­ry sta­ły się nie do wy­trzy­ma­nia, Tom po­sta­no­wił uciec przed nimi na po­kład. Była dru­ga. O tej po­rze mógł spa­ce­ro­wać, gdzie tyl­ko chciał, więc prze­cha­dzał się, pa­trząc na wi­docz­ną na wo­dzie sre­brzy­stą smu­gę księ­ży­co­we­go świa­tła. Wszedł na gór­ny po­kład, chwy­ta­jąc się po­rę­czy, i przez chwi­lę roz­ko­szo­wał się ła­god­ną bry­zą, po­dzi­wia­jąc usia­ne gwiaz­da­mi noc­ne nie­bo.

Ką­tem oka w ilu­mi­na­to­rze jed­nej z ka­bin do­strzegł błysk. Naj­wi­docz­niej pa­sa­że­ro­wie po­dró­żu­ją­cy pierw­szą kla­są rów­nież mie­wa­li pro­ble­my z za­śnię­ciem. Na­gle obu­dził się w nim szó­sty zmysł - zna­jo­my, nie­okre­ślo­ny in­stynkt, ostrze­ga­ją­cy go przed nie­bez­pie­czeń­stwem. Naj­ci­szej jak mógł pod­kradł się do ka­bi­ny i zaj­rzał przez ilu­mi­na­tor.

W ską­pym świe­tle zo­ba­czył ko­bie­tę, któ­ra tu­li­ła się do ścia­ny, choć sto­ją­cy przed nią męż­czy­zna nie zdą­żył jej na­wet do­tknąć. Jego twarz dzie­lił za­le­d­wie cal od twa­rzy ko­bie­ty, oczy pa­trzy­ły na nią po­żą­dli­wie. Tom po­trze­bo­wał chwi­li, by roz­po­znać w nim męż­czy­znę spod po­kła­du, i przy­po­mniał so­bie na­gro­dę. Cho­ler­ni idio­ci. Na­ci­snął klam­kę i drzwi się otwo­rzy­ły.

- Zo­staw ją - po­wie­dział, wcho­dząc do ka­bi­ny. Głos miał spo­koj­ny, ale sta­now­czy.

Męż­czy­zna od­wró­cił się, żeby spoj­rzeć na in­tru­za, i wi­dząc Toma, uśmiech­nął się.

- Chry­ste! My­śla­łem, że to ste­ward! Mo­żesz mi po­móc, wła­śnie...

- Po­wie­dzia­łem, że­byś dał jej spo­kój. Wy­noś się. Na­tych­miast.

- Jesz­cze nie skoń­czy­łem. Wła­śnie za­mie­rza­łem spra­wić pani wiel­ką przy­jem­ność. - Cuch­nął al­ko­ho­lem i pa­pie­ro­sa­mi.

Tom po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu i ści­snął tak moc­no, że męż­czy­zna krzyk­nął. Był do­bre sześć cali niż­szy od Toma, a mimo to za­mie­rzył się na nie­go. Tom zła­pał go za nad­gar­stek i wy­krę­cił mu rękę. - Na­zwi­sko i sto­pień!

- McKen­zie. Sze­re­go­wy. CX-trzy-dwa-sie­dem-sie­dem.

- Męż­czy­zna od­ru­cho­wo po­dał swój nu­mer iden­ty­fi­ka­cyj­ny.

- Sze­re­go­wy, pro­szę na­tych­miast prze­pro­sić tę mło­dą damę, wró­cić do ka­bi­ny i nie po­ka­zy­wać się na po­kła­dzie, do­pó­ki nie za­cu­mu­je­my. Zro­zu­mia­no?

- Tak jest! - McKen­zie spoj­rzał na dziew­czy­nę. - Pro­szę wy­ba­czyć, pa­nien­ko. Nie chcia­łem pa­nien­ki skrzyw­dzić.

Prze­ra­żo­na ko­bie­ta nie­mal nie­zau­wa­żal­nie ski­nę­ła gło­wą.

- A te­raz wy­no­cha! - wark­nął Tom.

Męż­czy­zna w jed­nej chwi­li stra­cił pew­ność sie­bie i po­włó­cząc no­ga­mi, wy­szedł z ka­ju­ty.

- Nic pani nie jest? - zwró­cił się Tom do ko­bie­ty.

- Chy­ba... chy­ba nie.

- Skrzyw­dził pa­nią?

- Wła­ści­wie... - mó­wi­ła bar­dziej do sie­bie niż do nie­go - ...wła­ści­wie na­wet mnie nie do­tknął.

Tom przyj­rzał się jej twa­rzy - sza­re oczy dziew­czy­ny wy­da­wa­ły się nie­co spo­koj­niej­sze. Jej ciem­ne wło­sy opa­da­ły mięk­ki­mi fa­la­mi do po­ło­wy ple­ców, a pię­ści za­ci­ska­ły się na koł­nie­rzy­ku noc­nej ko­szu­li. Tom zdjął wi­szą­cy na ha­czy­ku szla­frok i za­rzu­cił jej na ra­mio­na.

- Dzię­ku­ję - od­par­ła.

- Mu­sia­ła się pani nie­źle prze­stra­szyć. Oba­wiam się, że nie­któ­rzy z nas od­zwy­cza­ili się od cy­wi­li­zo­wa­ne­go to­wa­rzy­stwa.

Nie od­po­wie­dzia­ła.

- Ten czło­wiek nie bę­dzie już pani nie­po­ko­ił. - Po­sta­wił krze­sło, któ­re prze­wró­cił, wcho­dząc do ka­bi­ny. - Może wnieść pani na nie­go skar­gę, ale oba­wiam się, że woj­na wy­star­cza­ją­co na­mie­sza­ła mu w gło­wie.

Spoj­rza­ła na nie­go py­ta­ją­co.

- Wal­ka na fron­cie zmie­nia lu­dzi. Nie­któ­rzy prze­sta­ją do­strze­gać róż­ni­cę mię­dzy do­brem a złem. - Ru­szył do wyj­ścia, jed­nak w ostat­niej chwi­li się od­wró­cił. - Ma pani wszel­kie pra­wo, by wnieść prze­ciw­ko nie­mu oskar­że­nie, ale my­ślę, że i bez tego ma dość kło­po­tów. Tak jak mó­wi­łem, wszyst­ko za­le­ży od pani. - Po tych sło­wach wy­szedł z ka­ju­ty.

ROZ­DZIAŁ 3

Win­dward Spi­rit, łódź za­opa­tru­ją­ca wszyst­kie la­tar­nie mor­skie wzdłuż tej czę­ści wy­brze­ża, była sta­rą łaj­bą, o któ­rej Ralph Ad­di­cott mó­wił, że jest wier­na jak pies. Sta­ry Ralph pły­wał na niej od lat i chwa­lił się, że ma naj­lep­szą pra­cę na świe­cie.

- Ty pew­nie je­steś Tom Sher­bo­ur­ne - za­ga­ił, kie­dy Tom bla­dym świ­tem wy­ru­szał w swą pierw­szą po­dróż na Ja­nus Rock. - Wi­tam na po­kła­dzie! - Mó­wiąc to, wska­zał gołe de­ski i łusz­czą­cą się od mor­skiej soli far­bę.

- Miło mi pana po­znać. - Tom uści­snął dłoń męż­czy­zny. Sil­nik pra­co­wał na ja­ło­wym bie­gu i po­wie­trze wy­peł­niał za­pach spa­lin. Tem­pe­ra­tu­ra w ka­bi­nie była nie­wie­le wyż­sza od pa­nu­ją­ce­go na ze­wnątrz, prze­ni­kli­we­go chło­du po­tę­go­wa­ne­go przez gwał­tow­ne po­dmu­chy wia­tru.

W luku na ty­łach ka­bi­ny po­ja­wi­ła się bu­rza czer­wo­nych lo­ków.

- Wy­glą­da na to, że mo­że­my pły­nąć, Ralph. Łaj­ba jest go­to­wa - oświad­czył ich wła­ści­ciel, mło­dy chło­pak.

- Blu­ey, to jest Tom Sher­bo­ur­ne - przed­sta­wił Toma Ralph.

- Wi­tam - rzu­cił ra­do­śnie chło­pak, prze­ci­ska­jąc się przez luk.

- Dzień do­bry.

- Cho­ler­na po­go­da! Mam na­dzie­ję, że spa­ko­wa­łeś weł­nia­ne ka­le­so­ny. Sko­ro tu jest tak zim­no, to nie wy­obra­żam so­bie, co bę­dzie na Ja­nus Rock - do­dał Blu­ey, chu­cha­jąc w dło­nie.

Pod­czas gdy opro­wa­dzał Toma po ło­dzi, ka­pi­tan po raz ostat­ni spraw­dził osprzęt. Ka­wał­kiem sta­rej fla­gi prze­tarł brud­ny od mor­skiej soli ba­ro­metr i krzyk­nął:

- Przy­go­to­wać liny. Wy­pły­wa­my! - Otwo­rzył prze­pust­ni­cę. - No, da­lej, sta­rusz­ko, w dro­gę - mruk­nął, wy­pro­wa­dza­jąc łódź z przy­sta­ni.

Tom przyj­rzał się wi­szą­cej na ta­bli­cy ma­pie. Na­wet po­więk­szo­na do tej ska­li, wy­spa Ja­nus przy­po­mi­na­ła nie­wiel­ką plam­kę po­śród ła­wi­cy in­nych wysp. Spoj­rzał na bez­kre­sne mo­rze i ode­tchnął gę­stym sło­nym po­wie­trzem. Nie oglą­dał się za sie­bie, żeby się przy­pad­kiem nie roz­my­ślić.

W mia­rę jak od­da­la­li się od brze­gu, woda pod nimi sta­wa­ła się co­raz głęb­sza, a jej ko­lor przy­wo­dził na myśl ciem­ną gle­bę. Od cza­su do cza­su Ralph po­ka­zy­wał To­mo­wi coś cie­ka­we­go - mor­skie­go orła albo sta­do del­fi­nów do­ka­zu­ją­cych przed dzio­bem. W pew­nej chwi­li, da­le­ko na ho­ry­zon­cie, do­strze­gli ko­min pa­row­ca. Co ja­kiś czas Blu­ey wy­cho­dził z kam­bu­za, ra­cząc ich go­rą­cą her­ba­tą w wy­szczer­bio­nych ema­lio­wa­nych kub­kach. Ralph opo­wia­dał hi­sto­rie o sza­le­ją­cych na mo­rzu sztor­mach i dra­ma­tycz­nej sy­tu­acji la­tar­ni w tej czę­ści wy­brze­ża. W za­mian za to Tom ura­czył go opo­wie­ścia­mi o ży­ciu w za­to­ce By­ron i na wy­spie Ma­at­suy­ker, ty­sią­ce mil na wschód.

- Sko­ro prze­trwa­łeś na Ma­at­suy­ker, ist­nie­je szan­sa, że prze­ży­jesz na Ja­nus Rock - skwi­to­wał Ralph. Zer­k­nął na ze­ga­rek. - Może się zdrzem­niesz? Przed nami jesz­cze dłu­ga dro­ga, chłop­cze.

*

Kie­dy po krót­kiej drzem­ce Tom wy­szedł na po­kład, Blu­ey prze­ma­wiał ści­szo­nym gło­sem do Ral­pha, któ­ry słu­cha­jąc go, krę­cił gło­wą.

- Chcę tyl­ko wie­dzieć, czy to praw­da. Prze­cież nic się nie sta­nie, je­śli go o to spy­tam - upie­rał się Blu­ey.

- Spy­tasz mnie o co? - wtrą­cił się Tom.

- Czy... - Blu­ey zer­k­nął na Ral­pha. Roz­dar­ty mię­dzy cie­ka­wo­ścią a oba­wą przed nie­za­do­wo­le­niem ma­lu­ją­cym się na twa­rzy ka­pi­ta­na, za­czer­wie­nił się i się nie ode­zwał.

- W po­rząd­ku. To nie moja spra­wa - mruk­nął Tom, spo­glą­da­jąc na spię­trzo­ne wody, sza­re jak skó­ra foki.

- By­łem za mło­dy. Mama nie po­zwo­li­ła mi do­dać so­bie lat, że­bym mógł się za­cią­gnąć. Sły­sza­łem, że...

Tom spoj­rzał na chło­pa­ka i uniósł py­ta­ją­co brwi.

- Po­dob­no zo­stał pan od­zna­czo­ny Krzy­żem Woj­sko­wym - po­wie­dział Blu­ey. - Wy­czy­ta­li to w pań­skich pa­pie­rach. Tom wpa­try­wał się w wodę. Wi­dząc to, Blu­ey po­smut­niał i wy­glą­dał na spe­szo­ne­go.

- Cho­dzi o to, że je­stem dum­ny, iż mo­głem uści­snąć rękę praw­dzi­we­go bo­ha­te­ra.

- Ka­wa­łek mo­sią­dzu nie czy­ni czło­wie­ka bo­ha­te­rem - od­parł Tom. - Więk­szość tych, któ­rzy na­praw­dę za­słu­ży­li na me­da­le, ode­szła z tego świa­ta. Na two­im miej­scu nie eks­cy­to­wał­bym się tak bar­dzo - do­dał i od­wró­cił się, by spoj­rzeć na mapę.

*

- Oto i ona! - wy­krzyk­nął Blu­ey, po­da­jąc To­mo­wi lor­net­kę.

- Miej­sce, któ­re przez ko­lej­ne sześć mie­się­cy bę­dziesz na­zy­wał do­mem. - Ralph za­chi­cho­tał.

Tom spoj­rzał przez lor­net­kę na wy­spę, któ­ra wy­ła­nia­ła się z wody ni­czym ogrom­ny mor­ski po­twór. Wi­docz­ny z da­le­ka klif był naj­wyż­szym punk­tem Ja­nus Rock, da­lej te­ren opa­dał ła­god­nie aż do prze­ciw­le­głe­go brze­gu.

- Sta­ry Ne­vil­le ucie­szy się na nasz wi­dok - rzekł Ralph.

- Nie był za­do­wo­lo­ny, kie­dy przez Trim­ble'a ścią­gnę­li go z eme­ry­tu­ry. Ale praw­da jest taka, że ża­den la­tar­nik nie zo­sta­wi la­tar­ni bez nad­zo­ru, bez wzglę­du na to, jak bar­dzo na nią psio­czył. Le­piej, że­byś wie­dział, że Ne­vil­le Whit­t­nish nie na­le­ży do we­soł­ków. Nie jest też zbyt roz­mow­ny.

Molo cią­gnę­ło się do­bre sto stóp od li­nii brze­gu. Zbu­do­wa­no je na pa­lach wy­star­cza­ją­co wy­so­kich, by prze­trwa­ły naj­wyż­sze przy­pły­wy i naj­gwał­tow­niej­sze sztor­my. Wie­lo­krą­żek był ota­klo­wa­ny, go­to­wy wcią­gnąć za­pa­sy na szczyt urwi­ste­go wznie­sie­nia, do bu­dyn­ków go­spo­dar­czych. Na brze­gu cze­kał na nich po­nu­ry męż­czy­zna po sześć­dzie­siąt­ce, o ogo­rza­łej od wia­tru, po­bruż­dżo­nej twa­rzy.

- Ralph. Blu­ey - po­wi­tał ich nie­dba­łym ski­nie­niem gło­wy. - Ty pew­nie je­steś moim za­stęp­cą - zwró­cił się do Toma.

- Tom Sher­bo­ur­ne. Miło mi pana po­znać - od­parł Tom, wy­cią­ga­jąc rękę.

Męż­czy­zna spoj­rzał na nie­go nie­obec­nym wzro­kiem, jak­by po­trze­bo­wał chwi­li, żeby przy­po­mnieć so­bie, co wła­ści­wie ozna­cza ten gest. W koń­cu po­trzą­snął ręką Toma, jak­by chciał się prze­ko­nać, czy jego za­stęp­ca ma sil­ne ra­mio­na.

- Tędy - mruk­nął i nie cze­ka­jąc, aż Tom zbie­rze swo­je rze­czy, po­wlókł się w stro­nę la­tar­ni. Było wcze­sne po­po­łu­dnie i po wie­lu go­dzi­nach spę­dzo­nych na wzbu­rzo­nym mo­rzu Tom czuł się nie­swo­jo, ma­jąc pod sto­pa­mi twar­dy grunt. Za­rzu­cił wo­rek na ple­cy i za­ta­cza­jąc się, ru­szył za la­tar­ni­kiem, zo­sta­wia­jąc z tyłu Ral­pha i Blu­eya, któ­rzy roz­ła­do­wy­wa­li za­pa­sy.

- Chat­ka la­tar­ni­ka - oznaj­mił Whit­t­nish, kie­dy zbli­ży­li się do ni­skie­go bu­dyn­ku z da­chem z bla­chy fa­li­stej. Tom do­strzegł trzy zbior­ni­ki na desz­czów­kę i sze­reg bu­dyn­ków go­spo­dar­czych, w któ­rych prze­cho­wy­wa­no za­pa­sy dla domu i la­tar­ni. - Mo­żesz zo­sta­wić wo­rek w ko­ry­ta­rzu - do­dał, otwie­ra­jąc drzwi. - Mu­sisz się dużo na­uczyć. - Od­wró­cił się na pię­cie i ru­szył pro­sto do wie­ży. Cho­ciaż miał swo­je lata, jego krok po­zo­stał pew­ny i sprę­ży­sty.

Tom za­uwa­żył, że kie­dy Whit­t­nish mó­wił o la­tar­ni, jego głos się zmie­niał; jak­by opo­wia­dał o wier­nym psie albo uko­cha­nej róży.

- Na­wet po tylu la­tach wciąż jest pięk­na - po­wie­dział. Zbu­do­wa­na z bia­łe­go ka­mie­nia, mie­rzą­ca sto trzy­dzie­ści stóp wie­ża wy­glą­da­ła na tle ciem­no­sza­re­go nie­ba jak sto­ją­cy nad kra­wę­dzią kli­fu ogrom­ny ka­wał kre­dy. Tom był za­sko­czo­ny nie tyl­ko jej roz­mia­ra­mi, ale i smu­kłą ele­gan­cją.

To, co zo­ba­czył za zie­lo­ny­mi drzwia­mi, wy­glą­da­ło mniej wię­cej tak, jak się spo­dzie­wał. Wy­star­czy­ło kil­ka kro­ków, by przejść z jed­ne­go koń­ca po­miesz­cze­nia na dru­gi. Kro­ków, któ­re roz­brzmie­wa­ły w ci­szy ni­czym huk zbłą­ka­nych kul, od­bi­ja­jąc się echem od po­ma­lo­wa­nej zie­lo­ną far­bą pod­ło­gi i po­bie­lo­nych wap­nem ścian. Nie­licz­ne me­ble - dwie szaf­ki i mały sto­lik - usta­wio­no na ty­łach po­miesz­cze­nia, gdzie ku­li­ły się pod ścia­na­mi ni­czym ban­da gar­bu­sów. Po­środ­ku stał cięż­ki me­ta­lo­wy cy­lin­der, się­ga­ją­cy wy­so­ko w górę, aż do la­ter­ny. W jego wnę­trzu umiesz­czo­no cię­żar­ki me­cha­ni­zmu, któ­ry pier­wot­nie ob­ra­cał ukła­dem optycz­nym.

Na górę pro­wa­dzi­ły wą­skie spi­ral­ne scho­dy, któ­re zni­ka­ły za me­ta­lo­wym po­de­stem wy­so­ko w gó­rze. Tom wszedł za la­tar­ni­kiem na ko­lej­ny, jesz­cze węż­szy po­ziom, i da­lej w górę wą­ską spi­ra­lą scho­dów, aż do­tar­li na pią­te pię­tro, tuż po­ni­żej la­ter­ny - ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go ser­ca la­tar­ni. W nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu sta­ło biur­ko z re­je­stra­mi, apa­rat te­le­gra­ficz­ny i lor­net­ka. Na­tu­ral­nie nie było w nim łóż­ka ani wy­god­nych fo­te­li, za­miast tego w po­ko­ju sta­ło twar­de drew­nia­ne krze­sło z wy­so­kim opar­ciem. Ko­lej­ne po­ko­le­nia moc­nych, zgru­bia­łych rąk spra­wi­ły, że jego po­rę­cze były gład­kie i lek­ko błysz­czą­ce.

Tom za­uwa­żył, że na­le­ży wy­czy­ścić ba­ro­metr, jed­nak coś in­ne­go zwró­ci­ło jego uwa­gę. Kie­dy spoj­rzał na mapy, do­strzegł kłę­bek weł­ny z we­tknię­ty­mi w śro­dek dru­ta­mi i ka­wał­kiem cze­goś, co wy­glą­da­ło jak po­czą­tek sza­li­ka.

- To sta­re­go Do­cher­ty'ego - wy­ja­śnił Whit­t­nish.

Tom wie­dział, że w chwi­lach spo­ko­ju la­tar­ni­cy zaj­mu­ją się roz­ma­ity­mi rze­cza­mi: rzeź­bią fi­gu­ry sza­cho­we w musz­lach lub drew­nie, a ro­bie­nie na dru­tach jest rów­nie po­pu­lar­ne.

Whit­t­nish przej­rzał dzien­nik i za­pi­ski do­ty­czą­ce po­go­dy, a chwi­lę póź­niej po­pro­wa­dził Toma pię­tro wy­żej, na szczyt la­tar­ni. Szkło la­ter­ny przy­po­mi­na­ło gład­ką ta­flę, tu i ów­dzie po­prze­ci­na­ną astra­ga­la­mi, któ­re trzy­ma­ły szy­by na miej­scu. Na ze­wnątrz wie­żę oka­la­ła me­ta­lo­wa ga­le­ria z nie­bez­piecz­nie wy­glą­da­ją­cą dra­bi­ną, po­łą­czo­ną z wą­skim po­mo­stem, tuż pod wia­trow­ska­zem ko­ły­szą­cym się na wie­trze.

- Jest pięk­na - przy­znał Tom. Pa­trzył na umiesz­czo­ną na ob­ro­to­wym pod­wyż­sze­niu ogrom­ną so­czew­kę. Była znacz­nie wyż­sza od nie­go i przy­wo­dzi­ła na myśl szkla­ny ul. Byli w sa­mym ser­cu Ja­nus Rock, peł­nym świa­tła, ja­sno­ści i ci­szy.

Twarz sta­re­go la­tar­ni­ka roz­ja­śnił prze­lot­ny uśmiech.

- Znam ją od dziec­ka. Tak, to praw­dzi­wa pięk­ność.

*

Na­za­jutrz rano Ralph sta­nął na molo.

- Je­ste­śmy pra­wie go­to­wi do dro­gi po­wrot­nej. Chcesz, że­by­śmy na­stęp­nym ra­zem przy­wieź­li ci tro­chę ga­zet?

- Wia­do­mo­ści spóź­nio­ne o kil­ka mie­się­cy to żad­ne wia­do­mo­ści. Wo­lał­bym za­osz­czę­dzić pie­nią­dze i ku­pić do­brą książ­kę - od­parł Tom.

Ralph ro­zej­rzał się, spraw­dza­jąc, czy wszyst­ko jest jak na­le­ży.

- No cóż, nic tu po nas. Je­steś pe­wien, że nie zmie­nisz zda­nia, synu?

Tom uśmiech­nął się smut­no.

- Tak, Ral­phie, je­stem pe­wien.

- Ani się obej­rzysz, a bę­dzie­my z po­wro­tem. Trzy mie­sią­ce to nic, je­śli nie spo­dzie­wasz się zbyt wie­le!

- Trak­tuj la­tar­nię z na­le­ży­tym sza­cun­kiem, a nie spra­wi ci żad­nych kło­po­tów - do­dał Whit­t­nish. - Ja­sność umy­słu i cier­pli­wość to wszyst­ko, cze­go ci trze­ba.

- Zo­ba­czę, co da się zro­bić - od­parł Tom, spo­glą­da­jąc na Blu­eya, któ­ry szy­ko­wał się do po­dró­ży. - Wi­dzi­my się za trzy mie­sią­ce, Blu­ey?

- Ja­sne.

Łódź od­bi­ła od brze­gu, zo­sta­wia­jąc za sobą pas spie­nio­nej wody. Po­wie­trze wy­peł­nił za­pach spa­lin i ogłu­sza­ją­cy ryk sil­ni­ka. Tom jesz­cze dłu­go stał na molo, pa­trząc, jak Win­dward Spi­rit zmie­nia się w ma­leń­ką plam­kę na sta­lo­wo­sza­rym ho­ry­zon­cie, by osta­tecz­nie znik­nąć po­śród bez­mia­ru wody.

Wów­czas na­sta­ła chwi­la bez­ru­chu. Nie ci­szy: fale wciąż roz­trza­ski­wa­ły się o ska­ły, ry­czą­cy wiatr wci­skał się do uszu, a ob­lu­zo­wa­ne drzwi w jed­nym z bu­dyn­ków go­spo­dar­czych otwie­ra­ły się i za­my­ka­ły z głu­chym ło­sko­tem. Po raz pierw­szy od lat Tom po­czuł we­wnętrz­ny spo­kój.

W mil­cze­niu wszedł na szczyt kli­fu. Gdzieś w od­da­li roz­legł się dźwięk ko­zie­go dzwon­ka i gda­ka­nie kur. Na­gle, nie wia­do­mo dla­cze­go, te od­gło­sy na­bra­ły no­we­go zna­cze­nia. Ozna­cza­ły, że gdzieś, tuż obok, to­czy się ży­cie. Tom po­ko­nał sto osiem­dzie­siąt czte­ry stop­nie pro­wa­dzą­ce na szczyt la­tar­ni i wy­szedł na ga­le­rię. Wiatr rzu­cił się na nie­go ni­czym dra­pież­ca, pcha­jąc go z po­wro­tem do wyj­ścia, aż do chwi­li, gdy Tom zna­lazł w so­bie wy­star­cza­ją­co dużo sił, by za­ci­snąć dło­nie na me­ta­lo­wej ba­lu­stra­dzie.

Po raz pierw­szy spoj­rzał na roz­ta­cza­ją­cy się przed nim wi­dok. Sto­jąc set­ki stóp nad po­zio­mem mo­rza, jak urze­czo­ny wpa­try­wał się w wody oce­anu, któ­re z hu­kiem roz­bi­ja­ły się o wi­docz­ne w dole kli­fy. Fale roz­chla­py­wa­ły się ni­czym gę­sta bia­ła far­ba, przez któ­rą - od cza­su do cza­su - prze­bi­jał nie­bie­ski pod­kład. Na dru­gim koń­cu wy­spy wody oce­anu przedar­ły się przez rząd ogrom­nych gła­zów, two­rząc na­tu­ral­ną sa­dzaw­kę. Jej wi­dok spra­wił, że Tom po­czuł się, jak­by zwi­sał z kra­wę­dzi nie­ba. Po­wo­li ob­szedł całą ga­le­rię, spo­glą­da­jąc na ota­cza­ją­cą go pust­kę. Miał wra­że­nie, że jego płu­ca nig­dy nie będą wy­star­cza­ją­co duże, by ode­tchnąć taką ilo­ścią po­wie­trza, wzrok nie obej­mie ta­kie­go ogro­mu prze­strze­ni, a uszy nie przy­zwy­cza­ją się do ryku oce­anu. Przez uła­mek se­kun­dy czuł się, jak­by jego cia­ło nie mia­ło gra­nic.

Za­mru­gał i po­krę­cił gło­wą. Nie­bez­piecz­nie zbli­żył się do wiru i żeby nie uto­nąć, mu­siał sku­pić się na bi­ciu swo­je­go ser­ca i twar­dym me­ta­lu pod sto­pa­mi. Wy­prę­żył się jak stru­na. Utkwił wzrok w ob­lu­zo­wa­nym za­wia­sie i po­sta­no­wił, że za­cznie swój po­byt na Ja­nus Rock od na­pra­wie­nia drzwi. Po­trze­bu­je cze­goś kon­kret­ne­go. Musi za­jąć czymś umysł, bo je­śli tego nie zro­bi, jego du­sza ule­ci ku nie­bu jak ba­lon. W ten spo­sób zdo­łał prze­trwać czte­ry lata peł­ne krwi i sza­leń­stwa: za­wsze wiedz, gdzie leży two­ja broń, gdy na dzie­sięć mi­nut zdrzem­niesz się w wy­ko­pa­nej przez sie­bie zie­mian­ce; za­wsze spraw­dzaj ma­skę prze­ciw­ga­zo­wą; upew­nij się, że każ­dy z two­ich lu­dzi do­brze zro­zu­miał roz­ka­zy. Nie myśl o tym, co przy­nio­są ko­lej­ne mie­sią­ce czy lata, skup się na tym, co tu i te­raz, na ko­lej­nej go­dzi­nie, może jesz­cze na­stęp­nej. Wszyst­ko inne jest spe­ku­la­cją.

Pod­niósł do oczu lor­net­kę i ro­zej­rzał się po wy­spie w po­szu­ki­wa­niu ko­lej­nych śla­dów ży­cia. Musi zo­ba­czyć kozy i owce. Po­li­czyć je. Musi sku­pić się na czymś kon­kret­nym. Na mo­sięż­nych urzą­dze­niach, któ­re na­le­ży wy­po­le­ro­wać, szkle, któ­re trze­ba wy­czy­ścić - naj­pierw ze­wnętrz­ne szy­by la­tar­ni, do­pie­ro póź­niej pry­zma­ty. Trze­ba przy­nieść olej, za­dbać o płyn­ną pra­cę me­cha­ni­zmu i uzu­peł­nić po­ziom rtę­ci. Trzy­mał się każ­dej z tych my­śli jak szcze­bli dra­bi­ny, dzię­ki któ­rej mógł wró­cić do tego, co znał, do wła­sne­go ży­cia.

*

Tej nocy, gdy za­pa­lił lam­pę, jego po­wol­ne, ostroż­ne ru­chy przy­wo­dzi­ły na myśl ka­pła­nów, któ­rzy ty­sią­ce lat temu na wy­spie Fa­ros roz­pa­li­li ogień w pierw­szej la­tar­ni mor­skiej. Wszedł po wą­skich me­ta­lo­wych scho­dach pro­wa­dzą­cych na we­wnętrz­ny po­most zbu­do­wa­ny wo­kół lam­py, schy­la­jąc gło­wę prze­szedł przez otwór wprost do ser­ca urzą­dze­nia. Po­dał pa­li­wo, roz­pa­la­jąc ogień pod zbior­ni­kiem, spra­wia­jąc, że za­czę­ło pa­ro­wać i do­tar­ło do osło­ny w po­sta­ci gazu. Wów­czas zbli­żył do osło­ny za­pał­kę, któ­ra za­mie­ni­ła parę w bia­ły pło­mień. Zszedł na niż­szy po­ziom i uru­cho­mił sil­nik. Świa­tło za­czę­ło się ob­ra­cać, emi­tu­jąc rów­ne, pię­cio­se­kun­do­we bły­ski. Tom się­gnął po pió­ro i za­no­to­wał w sze­ro­kim, opra­wio­nym w skó­rę dzien­ni­ku:

Za­pa­lo­no o 17.09. Wiatr pół­noc­ny/pól­noc­no-wschod­ni 15 wę­złów. Za­chmu­rze­nie duże, wie­trze­nie. Mo­rze 6.

Pod no­tat­ką za­pi­sał swo­je ini­cja­ły:

T.S.

Ten za­pi­sek był kon­ty­nu­acją opo­wie­ści, któ­rą kil­ka go­dzin temu za­koń­czył Whit­t­nish, a przed nim Do­cher­ty. Tom był czę­ścią nie­prze­rwa­ne­go łań­cu­cha, ko­lej­nym la­tar­ni­kiem, opie­ku­nem pło­mie­nia.

Kie­dy upew­nił się, że wszyst­ko jest jak na­le­ży, wró­cił do chat­ki. Jego cia­ło do­ma­ga­ło się snu, ale wie­dział do­brze, że aby pra­co­wać, musi coś zjeść. W spi­żar­ni zna­lazł kon­ser­wy z wo­ło­wi­ną, pusz­ki fa­so­li i gru­szek, sar­dyn­ki, cu­kier oraz duży sło­ik mię­tó­wek, któ­re tak uwiel­bia­ła nie­ży­ją­ca pani Do­cher­ty. Pierw­sze­go wie­czo­ru zjadł kil­ka pod­pło­my­ków zo­sta­wio­nych przez Whit­t­ni­sha, ka­wa­łek sera i po­marsz­czo­ne jabł­ko.

Sie­dząc przy ku­chen­nym sto­le, spo­glą­dał na drżą­cy od cza­su do cza­su pło­mień lam­py naf­to­wej. Wiatr pro­wa­dził nie­usta­ją­cą woj­nę z szy­ba­mi, pod­sy­ca­ny wil­got­nym ry­kiem fal. Tom za­drżał na myśl, że jest je­dy­ną oso­bą, któ­ra to sły­szy, je­dy­nym czło­wie­kiem w pro­mie­niu stu mil. Po­my­ślał o me­wach ku­lą­cych się w gniaz­dach na kli­fach i chro­nio­nych przez lo­do­wa­tą wodę ry­bach, któ­re przy­cup­nę­ły bez ru­chu po­śród raf. Każ­da isto­ta po­trze­bu­je schro­nie­nia.

Po­szedł z lam­pą do sy­pial­ni. Kie­dy zdej­mo­wał buty i roz­bie­rał się do ka­le­so­nów, jego cień peł­zał po ścia­nie ni­czym pła­ski ol­brzym. Wło­sy miał sztyw­ne od mor­skiej soli, a skó­rę szorst­ką od wia­tru. Od­rzu­cił koł­drę i wśli­zgnął się do łóż­ka. Nie­ba­wem za­snął ko­ły­sa­ny do snu szu­mem fal i opę­tań­czym za­wo­dze­niem wia­tru. Przez całą noc wy­so­ko w gó­rze świa­tło la­tar­ni mor­skiej prze­ci­na­ło mrok ni­czym miecz.

ROZ­DZIAŁ 4

Każ­de­go ran­ka o wscho­dzie słoń­ca, po wy­łą­cze­niu świa­tła la­tar­ni, Tom wy­ru­sza w głąb wy­spy, by od­kryć ko­lej­ną część te­ry­to­rium, za­nim po­chło­ną go co­dzien­ne obo­wiąz­ki. Pół­noc­na część Ja­nus Rock oka­zu­je się gra­ni­to­wym kli­fem, wzno­szą­cym się dum­nie nad wo­da­mi oce­anu. Te­ren opa­da tu na po­łu­dnie, by osta­tecz­nie znik­nąć pod wo­da­mi płyt­kiej la­gu­ny. Nie­opo­dal wą­skiej pla­ży znaj­du­je się koło wod­ne, któ­re do­pro­wa­dza do chat­ki świe­żą wodę ze stru­mie­nia. W głę­bi lądu i wzdłuż dna oce­anu, aż do Ja­nus Rock i da­lej poza nią, są szcze­li­ny, z któ­rych w ta­jem­ni­czy spo­sób wy­pły­wa słod­ka woda. Kie­dy w XVIII wie­ku Fran­cu­zi opi­sa­li to zja­wi­sko, uzna­no je za mit. Jed­nak praw­dą było, że w róż­nych czę­ściach oce­anu moż­na było od­na­leźć świe­żą słod­ką wodę, zu­peł­nie jak­by na­tu­ra po­sta­no­wi­ła spła­tać fi­gla.

Dzień po dniu Tom or­ga­ni­zu­je so­bie pra­cę, któ­ra wkrót­ce sta­je się ru­ty­ną. Prze­pi­sy wy­ma­ga­ją, by w każ­dą nie­dzie­lę wcią­gał na maszt fla­gę. Sto­su­je się do nich i fla­ga po­ja­wia się re­gu­lar­nie co ty­dzień, z sa­me­go rana, jak rów­nież wte­dy, gdy w po­bli­żu wy­spy prze­pły­wa okręt wo­jen­ny. Tom zna la­tar­ni­ków, któ­rzy w du­chu prze­kli­na­ją swo­je obo­wiąz­ki, on jed­nak znaj­du­je w nich po­cie­sze­nie. Uwa­ża, że luk­su­sem jest ro­bić coś, co tak na­praw­dę nie ma prak­tycz­ne­go za­sto­so­wa­nia.

Na­pra­wia rze­czy, któ­re za­czę­ły nisz­czeć, od­kąd po­gor­szył się stan zdro­wia Trim­ble'a Do­cher­ty'ego. Przede wszyst­kim jed­nak dba o la­tar­nię. Uszczel­nia okna ki­tem. Pu­mek­sem wy­gła­dza szu­fla­dę w miej­scu, gdzie drew­no wy­pa­czy­ło się i na­pu­chło od wil­go­ci. Ma­lu­je miej­sca na po­de­stach, gdzie zie­lo­na far­ba złusz­czy­ła się albo zdar­ła. Mi­nie dużo cza­su, za­nim spe­cjal­na eki­pa po­ma­lu­je całą sta­cję.

Urzą­dze­nia od­wdzię­cza­ją się za jego tro­skę: szkło lśni, mo­siądz błysz­czy, a re­flek­tor ob­ra­ca się lek­ko i płyn­nie ni­czym wy­drzyk nie­sio­ny prą­da­mi po­wie­trza. Od cza­su do cza­su Tom scho­dzi na wi­docz­ne w dole ska­ły, żeby ło­wić ryby albo prze­spa­ce­ro­wać się piasz­czy­stą pla­żą la­gu­ny. Za­przy­jaź­nił się z parą czar­nych scyn­ków, któ­re za­miesz­ka­ły w szo­pie na drew­no, i cza­sa­mi do­kar­mia je ziar­nem dla kur­cza­ków. Sam oszczę­dza na je­dze­niu, wie­dząc, że miną mie­sią­ce, za­nim do wy­spy przy­bi­je łódź z za­pa­sa­mi.

To cięż­ka i od­po­wie­dzial­na pra­ca. W prze­ci­wień­stwie do ry­ba­ków, la­tar­ni­cy nie mają związ­ków za­wo­do­wych, któ­re wal­czy­ły­by o lep­sze pen­sje i wa­run­ki pra­cy. By­wa­ją dni, że czu­je się obo­la­ły i wy­koń­czo­ny, mar­twi się nad­cią­ga­ją­cym sztor­mem albo zło­ści, kie­dy grad nisz­czy ogró­dek wa­rzyw­ny. Ale je­śli nie my­śli o tym zbyt in­ten­syw­nie, przy­po­mi­na so­bie, kim jest i dla­cze­go zna­lazł się na wy­spie. Musi tyl­ko za­pa­lać świa­tło. Nic wię­cej.

*

Trzy mie­sią­ce póź­niej do brze­gu przy­bił Win­ward Spi­rit z za­pa­sa­mi.

Twarz Świę­te­go Mi­ko­ła­ja - z ru­mia­ny­mi po­licz­ka­mi i wą­sa­mi - roz­cią­gnę­ła się w sze­ro­kim uśmie­chu.

- Wi­taj To­mie Sher­bo­ur­ne. Jak so­bie ra­dzisz? - Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, Ralph rzu­cił mu gru­bą wil­got­ną linę, któ­rą Tom za­wią­zał wo­kół pa­choł­ka. Szy­per nie mógł się na­dzi­wić, jak do­brze wy­glą­da la­tar­nik.

Tom z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał na za­pa­sy do la­tar­ni, nie­wie­le my­śląc o do­sta­wie żyw­no­ści. Za­po­mniał też, że wraz z ło­dzią na wy­spę przy­pły­nie pocz­ta, był więc zdzi­wio­ny, gdy pod ko­niec dnia Ralph wrę­czył mu plik ko­pert.

- Pra­wie bym za­po­mniał - rzu­cił prze­pra­sza­ją­co. List opa­trzo­ny pie­czę­cią na­czel­ni­ka okrę­gu za­wie­rał pod­pi­sa­ne z datą wstecz­ną mia­no­wa­nie Toma i wa­run­ki współ­pra­cy. W li­ście z De­par­ta­men­tu Re­pa­tria­cji przed­sta­wio­no li­stę ko­rzy­ści przy­zna­nych by­łym woj­sko­wym, łącz­nie z za­sił­kiem z ty­tu­łu nie­zdol­no­ści do pra­cy oraz po­życz­ką na roz­krę­ce­nie wła­sne­go in­te­re­su. Żad­na z tych ofert nie za­in­te­re­so­wa­ła Toma, więc otwo­rzył ko­lej­ny list - wy­ciąg z Ban­ku Com­mon­we­alth, po­twier­dza­ją­cy, że ulo­ko­wa­ne na kon­cie pięć­set fun­tów przy­nio­sło czte­ro­pro­cen­to­wy zysk. Je­den po dru­gim po­bież­nie prze­glą­dał ko­lej­ne li­sty, aż do­tarł do ostat­nie­go. Ad­res na ko­per­cie na­pi­sa­no ręcz­nie. Tom nie miał po­ję­cia, kto mógł­by do nie­go na­pi­sać, i oba­wiał się, że to ktoś "życz­li­wy", kto po­sta­no­wił prze­słać mu wia­do­mo­ści do­ty­czą­ce bra­ta lub ojca.

Mimo to otwo­rzył list.

Dro­gi To­mie, po­my­śla­łam, że na­pi­szę do Cie­bie i upew­nię się, że nic Ci nie jest. Mam na­dzie­ję, że po­ry­wi­sty wiatr nie zdmuch­nął Cię do mo­rza i że brak dróg nie przy­spa­rza Ci zbyt wie­lu pro­ble­mów.

Tom zer­k­nął na koń­czą­cy list pod­pis:

Two­ja Isa­bel Gray­smark.

W dal­szej czę­ści li­stu Isa­bel wy­ra­ża­ła na­dzie­ję, że Tom nie jest zbyt sa­mot­ny i po po­wro­cie z Ja­nus Rock od­wie­dzi ją, za­nim wy­je­dzie na ko­lej­ne pust­ko­wie. List ozda­biał ry­su­nek la­tar­ni­ka opie­ra­ją­ce­go się o mury la­tar­ni i nu­cą­ce­go pod no­sem, pod­czas gdy za jego ple­ca­mi z wody wy­ła­niał się ogrom­ny wie­lo­ryb. Ry­su­nek opa­trzo­no pod­pi­sem:

Do tego cza­su nie daj się zjeść wie­lo­ry­bom.

Tom się uśmiech­nął. Roz­ba­wi­ła go ab­sur­dal­ność ry­sun­ku, a jesz­cze bar­dziej jego nie­win­ność. Ogar­nę­ło go uczu­cie lek­ko­ści, jak­by to, że trzy­ma w ręku list od Isa­bel, wpra­wi­ło go w bło­gi stan.

- Mo­żesz chwi­lę za­cze­kać? - zwró­cił się do Ral­pha, któ­ry szy­ko­wał się do dro­gi po­wrot­nej.

Pod­szedł do biur­ka i się­gnął po pa­pier i pió­ro. Do­pie­ro gdy po­chy­lił się nad kart­ką, uświa­do­mił so­bie, że nie ma po­ję­cia, co na­pi­sać. Za­miast słów wo­lał­by prze­słać jej uśmiech.

Dro­ga Isa­bel, na szczę­ście wciąż czu­ję się do­brze, a po­ry­wi­sty wiatr nie zdmuch­nął mnie do mro­za. Wi­dzia­łem wie­le wie­lo­ry­bów, jed­nak do tej pory ża­den z nich nie pró­bo­wał mnie zjeść; może dla­te­go, że nie je­stem zbyt smacn­zy.

Zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści, trzy­mam się cał­kiem nie­źle i ja­koś ra­dzę so­bie z bra­kiem dróg. Mam na­dzie­ję, że dzię­ki To­bie miej­sco­we pta­ki nie na­rze­ka­ją na brak je­dze­nia. Chęt­nie spo­tkam się z Tobą za trzy mie­sią­ce, za­nim zno­wu opusz­czę Par­ta­geu­se.

Jak po­wi­nien za­koń­czyć list?

- Koń­czysz? - spy­tał Ralph.

- Już pra­wie - od­parł i po­spiesz­nie do­pi­sał: Tom.

Za­kle­ił i za­adre­so­wał ko­per­tę, po czym wrę­czył ją­ka­pi­ta­no­wi.

- Mógł­byś to wy­słać?

Ralph zer­k­nął na ad­res i pu­ścił do nie­go oko.

- Do­star­czę to oso­bi­ście. I tak będę w tej oko­li­cy.

27 kwiet­nia 1926

W dniu, kie­dy zda­rzył się cud, Isa­bel klę­cza­ła na skra­ju kli­fu, mo­dląc się nad ma­łym krzy­żem skle­co­nym z drew­na, któ­re fale wy­rzu­ci­ły na brzeg. Wy­so­ko nad jej gło­wą, na nie­bie tak błę­kit­nym, jak wi­docz­ne w dole wody oce­anu, dry­fo­wa­ła sa­mot­na tłu­sta chmu­ra. Ko­bie­ta spry­ska­ła mo­gi­łę wodą i ukle­pa­ła zie­mię wo­kół wła­śnie za­sa­dzo­ne­go krze­wu roz­ma­ry­nu.

- ...i nie wódź nas na po­ku­sze­nie, ale zbaw nas ode złe­go - szep­nę­ła.

Przez mo­ment mia­ła wra­że­nie, że sły­szy płacz dziec­ka. Na­tych­miast ode­gna­ła od sie­bie tę nie­do­rzecz­ną myśl i sku­pi­ła się na sta­dzie wie­lo­ry­bów, któ­re pły­nę­ły w stro­nę wy­brze­ża, by w cie­plej­szych wo­dach wy­dać na świat mło­de. Ich ma­syw­ne ogo­ny po­ja­wia­ły się i zni­ka­ły pod wodą ni­czym igły w błę­kit­nym go­be­li­nie. Znów usły­sza­ła płacz dziec­ka, tym ra­zem nie­co gło­śniej­szy. To nie­moż­li­we, po­my­śla­ła.

Przed nią, aż po ho­ry­zont i da­lej, do Afry­ki, cią­gnął się oce­an. Tu wody Oce­anu In­dyj­skie­go wpły­wa­ły do Oce­anu Po­łu­dnio­we­go1, two­rząc wi­docz­ny w dole bez­kre­sny dy­wan. W dni ta­kie jak ten mia­ła wra­że­nie, że mo­gła­by przejść po nim, nie mo­cząc stóp, aż do Ma­da­ga­ska­ru. Z dru­giej stro­ny wy­spy nie­spo­koj­ne wody cią­gnę­ły się aż do wy­brze­ży Au­stra­lii, od­le­głych o pra­wie sto mil. Nie­da­le­ko brze­gu, pod po­wierzch­nią, cza­ił się wy­so­ki łań­cuch zdra­dziec­kich pod­wod­nych gór, któ­re wy­ra­sta­ły z dna ni­czym ogrom­ne po­ła­ma­ne zęby, czy­ha­ją­ce na każ­dy nie­win­ny sta­tek pły­ną­cy do upra­gnio­ne­go por­tu.

By za­po­biec tra­ge­diom, na wy­spie Ja­nus Rock wy­bu­do­wa­no la­tar­nię mor­ską, któ­rej świa­tło ostrze­ga­ło przed nie­bez­pie­czeń­stwem z od­le­gło­ści trzy­dzie­stu mil. Co noc po­wie­trze wy­peł­niał jej mo­no­ton­ny szum, kie­dy bez­stron­ny w swych osą­dach snop świa­tła ob­ra­cał się to w jed­ną, to w dru­gą stro­nę, nie ob­wi­nia­jąc skał, nie lę­ka­jąc się fal, a je­śli trze­ba było, przy­no­sząc wy­ba­wie­nie.

Płacz nie usta­wał. Isa­bel usły­sza­ła szczęk otwie­ra­nych drzwi i na bal­ko­nie po­ja­wi­ła się smu­kła syl­wet­ka Toma, któ­ry ob­ser­wo­wał wy­spę przez lor­net­kę.

- Izzy! - za­wo­łał. - Łódź! - Wska­zał za­tocz­kę. - Na pla­ży jest łódź!

Znik­nął i chwi­lę póź­niej po­ja­wił się w drzwiach na dole.

- Wy­glą­da na to, że ktoś w niej jest! - krzyk­nął.

Isa­bel naj­szyb­ciej jak mo­gła pod­bie­gła do męża i ra­zem po­ko­na­li stro­mą, wy­dep­ta­ną ścież­kę pro­wa­dzą­cą w dół, do nie­wiel­kiej pla­ży.

- To rze­czy­wi­ście łódź - stwier­dził Tom. - I... ja­sna cho­le­ra! W środ­ku jest ja­kiś męż­czy­zna, ale... - Męż­czy­zna ani drgnął. Na wpół le­żał, na wpół sie­dział opar­ty o ław­kę, jed­nak płacz nie usta­wał. Tom pod­szedł do łód­ki i spró­bo­wał zbu­dzić nie­zna­jo­me­go, raz za ra­zem zer­ka­jąc na dziób, skąd do­bie­gło kwi­le­nie. Kie­dy się wy­pro­sto­wał, trzy­mał w ra­mio­nach za­wi­niąt­ko: ma­leń­kie pła­czą­ce nie­mow­lę, za­wi­nię­te w mięk­ki dam­ski swe­ter w ko­lo­rze la­wen­dy.

- Ja­sna cho­le­ra! - za­klął. - Ja­sna cho­le­ra, Izzy. To...

- Dziec­ko! Boże Wszech­mo­gą­cy! Tom! No już, daj mi je!

Od­dał jej to­bo­łek i jesz­cze raz spró­bo­wał obu­dzić nie­zna­jo­me­go, ten jed­nak nie od­dy­chał. Tom spoj­rzał na Isa­bel, któ­ra przy­glą­da­ła się ma­leń­kiej istot­ce.

- On nie żyje, Izz. Co z dziec­kiem? - spy­tał.

- Wy­glą­da na zdro­we. Nie wi­dzę żad­nych si­nia­ków ani ska­le­czeń. Jest ta­kie ma­leń­kie! - do­da­ła, wpa­tru­jąc się w nie­mow­lę i tu­ląc je do sie­bie. - No już, ci­chut­ko. Nic ci nie bę­dzie, kru­szy­no. Tu bę­dziesz bez­piecz­na.

Tom stał nie­ru­cho­mo, pa­trząc na cia­ło męż­czy­zny. Za­my­kał oczy i otwie­rał je, jak­by chciał się upew­nić, że nie śni. Dziec­ko prze­sta­ło pła­kać i chci­wie ła­pa­ło po­wie­trze.

- Ten czło­wiek nie ma żad­nych ran i nie wy­glą­da na cho­re­go. Nie mógł dry­fo­wać zbyt dłu­go... Aż trud­no uwie­rzyć.

- Urwał. - Weź dziec­ko do domu, Izz, a ja przy­nio­sę coś, żeby przy­kryć cia­ło.

- Ale, Tom...

- Nie damy rady wcią­gnąć go na górę. Le­piej zo­sta­wić go tu, do cza­su, aż na­dej­dzie po­moc. Nie chcę, żeby do­bra­ły się do nie­go pta­ki czy mu­chy. W szo­pie jest sta­re płót­no, po­win­no wy­star­czyć. - Głos miał spo­koj­ny, ale jego dło­nie i twarz były zim­ne, kie­dy ostre je­sien­ne słoń­ce prze­sło­ni­ły cie­nie prze­szło­ści.

*

Ja­nus Rock to zie­lo­na wy­spa o po­wierzch­ni sze­ściu­set pięć­dzie­się­ciu akrów. Ro­sną­ca tam tra­wa wy­star­czy­ła, by wy­kar­mić nie­wiel­kie sta­do owiec i kóz oraz kil­ka kur­cza­ków, a gór­na war­stwa gle­by oka­za­ła się na tyle uro­dzaj­na, że moż­na było za­ło­żyć ogró­dek wa­rzyw­ny. Je­dy­ny­mi drze­wa­mi były bliź­nia­cze so­sny za­sa­dzo­ne na wy­spie przez lu­dzi z Po­int Par­ta­geu­se, któ­rzy w 1889 roku, prze­szło trzy­dzie­ści lat temu, zbu­do­wa­li la­tar­nię mor­ską. Sku­pi­sko sta­rych mo­gił było wszyst­kim, co po­zo­sta­ło po tra­ge­dii, gdy sta­tek Pri­de of Bir­ming­ham w bia­ły dzień roz­bił się o chci­we ska­ły. Po la­tach na po­dob­nym stat­ku o dum­nej na­zwie Chan­ce Bro­thers, przy­by­ło z An­glii świa­tło la­tar­ni, cud współ­cze­snej tech­ni­ki, gwa­ran­tu­ją­cy stat­kom bez­pie­czeń­stwo, bez wzglę­du na to, jak nie­go­ścin­ne i zwod­ni­cze były wody, po któ­rych pły­wa­ły.

Pod­wod­ne prą­dy wy­rzu­ca­ły na brzeg roz­ma­ite rze­czy: szcząt­ki roz­bi­tych stat­ków, skrzy­nie z her­ba­tą, ko­ści wie­lo­ry­bów. Ru­pie­cie po­ja­wia­ły się na­gle, kie­dy chcia­ły i jak chcia­ły. Do sto­ją­cej po­środ­ku wy­spy la­tar­ni mor­skiej tu­li­ła się chat­ka la­tar­ni­ka i bu­dyn­ki go­spo­dar­cze, nisz­cze­ją­ce od wie­ją­cych bez­u­stan­nie gwał­tow­nych wia­trów.

Isa­bel we­szła do kuch­ni i z dziec­kiem w ra­mio­nach usia­dła przy sta­rym drew­nia­nym sto­le. Tom sta­ran­nie wy­tarł buty i po­ło­żył na ra­mie­niu żony stward­nia­łą dłoń.

- Przy­kry­łem bie­da­ka. Jak tam dziec­ko?

- To dziew­czyn­ka - od­par­ła z uśmie­chem Isa­bel.

- Wy­ką­pa­łam ją. Wy­glą­da na zdro­wą.

Dziec­ko utkwi­ło w nim spoj­rze­nie du­żych oczu.

- Jak, do li­cha, uda­ło jej się prze­żyć? - za­sta­na­wiał się Tom.

- Da­łam jej tro­chę mle­ka. - Po­pa­trzy­ła na nie­mow­lę.

- Praw­da, skar­bie? - za­gru­cha­ła czu­le. - Jest taka ide­al­na, Tom - do­da­ła, ca­łu­jąc małą. - Bóg je­den wie, przez co mu­sia­ła przejść.

Tom wy­cią­gnął z so­sno­wej szaf­ki bu­tel­kę bran­dy, wlał do szklan­ki nie­wiel­ką ilość i wy­chy­lił dusz­kiem. Usiadł obok żony, ob­ser­wu­jąc tań­czą­ce na jej twa­rzy sło­necz­ne re­flek­sy, kie­dy po­chy­la­ła się nad dziec­kiem. Nie­mow­lę wo­dzi­ło za nią wzro­kiem, jak­by bało się, że je­śli choć na chwi­lę stra­ci ją z oczu, Isa­bel znik­nie.

- Ma­leń­stwo - szep­nę­ła ko­bie­ta - bied­ne, bied­ne ma­leń­stwo. - Nie­mow­lę tu­li­ło się do jej pier­si. Tom wy­czuł w gło­sie żony z tru­dem po­wstrzy­my­wa­ne łzy. Wró­ci­ły wspo­mnie­nia, któ­re ni­czym du­chy za­wi­sły w po­wie­trzu.

- Chy­ba cię po­lu­bi­ła - za­uwa­żył. - Pa­trząc na nią, za­sta­na­wiam się, jak by to było... - cią­gnął, jak­by mó­wił do sie­bie. - To zna­czy... nie chcia­łem... - do­dał po­spiesz­nie.

- Cho­dzi o to, że wy­glą­dasz, jak­byś zo­sta­ła do tego stwo­rzo­na.

- Mó­wiąc to, po­gła­skał jej po­li­czek.

Isa­bel pod­nio­sła wzrok i spoj­rza­ła na męża.

- Wiem, ko­cha­nie. Wiem, co mia­łeś na my­śli. Czu­ję to samo.

Oto­czył ją ra­mie­niem. Pach­niał bran­dy.

- Och, Tom, dzię­ki Bogu, że w porę ją zna­leź­li­śmy.

Tom po­ca­ło­wał Isa­bel i mu­snął usta­mi czo­ło dziec­ka.

Sie­dzie­li tak przez chwi­lę, aż nie­mow­lę za­czę­ło się wier­cić, wy­cią­ga­jąc ku nim małą piąst­kę.

W koń­cu Tom dźwi­gnął się od sto­łu.

- Mu­szę wy­słać sy­gnał. Po­wia­do­mię o ło­dzi, niech przy­ślą ko­goś po cia­ło i pan­nę Ma­zgaj­ską.

- Jesz­cze nie! - za­pro­te­sto­wa­ła Isa­bel, do­ty­ka­jąc pa­lusz­ków dziec­ka. - To zna­czy... nie mu­sisz ro­bić tego te­raz. Temu bie­da­ko­wi to i tak nie zro­bi róż­ni­cy. A ma­leń­stwo dość już ma chy­ba ło­dzi, przy­najm­niej na ja­kiś czas. Za­cze­kaj. Daj jej ode­tchnąć.

- Miną go­dzi­ny, za­nim tu do­trą. Nic jej nie bę­dzie. Zo­bacz, już się uspo­ko­iła.

- Za­cze­kaj­my. Prze­cież to i tak nic nie zmie­ni.

- Mu­szę za­pi­sać wszyst­ko w dzien­ni­ku. Wiesz prze­cież, że po­wi­nie­nem od razu zgła­szać po­dob­ne wy­pad­ki.

- Rze­czy­wi­ście, obo­wiąz­kiem Toma było za­pi­sy­wa­nie wszel­kich waż­nych wy­da­rzeń, któ­re mia­ły miej­sce na wy­spie albo w jej po­bli­żu, po­cząw­szy od prze­pły­wa­ją­cych stat­ków i po­go­dy, a na pro­ble­mach ze sprzę­tem skoń­czyw­szy.

- Za­cze­kaj z tym do rana, do­brze?

- A je­śli to łódź ze stat­ku?

- To nie jest sza­lu­pa ra­tun­ko­wa - za­uwa­ży­ła Isa­bel.

- W ta­kim ra­zie dziec­ko ma mat­kę, któ­ra cze­ka na nie gdzieś na brze­gu i rwie wło­sy z gło­wy. Jak byś się czu­ła, gdy­by cho­dzi­ło o two­je dziec­ko?

- Wi­dzia­łeś swe­ter. Mat­ka na pew­no wy­pa­dła za bur­tę i uto­nę­ła.

- Ko­cha­nie, nie wie­my nic o jej mat­ce. Nie wie­my na­wet, kim jest ten męż­czy­zna.

- To naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne wy­tłu­ma­cze­nie, praw­da? Nie­mow­lę­ta nie od­da­la­ją się same od ro­dzi­ców.

- Izzy, wszyst­ko jest moż­li­we. Skąd mamy wie­dzieć, co tak na­praw­dę się wy­da­rzy­ło?

- Czy kie­dy­kol­wiek sły­sza­łeś o nie­mow­lę­ciu dry­fu­ją­cym w ło­dzi na peł­nym mo­rzu, bez mat­ki? - Mó­wiąc to, moc­niej przy­tu­li­ła dziec­ko do pier­si.

- To po­waż­na spra­wa, Izz. Ten czło­wiek nie żyje.

- Ale dziec­ko żyje. Miej ser­ce, Tom.

Coś w jej gło­sie spra­wi­ło, że za­miast sprze­ci­wić się żo­nie, Tom roz­wa­żył jej proś­bę. Może chce spę­dzić tro­chę cza­su z dziec­kiem? Może jest jej to wi­nien? Isa­bel spoj­rza­ła na nie­go bła­gal­nym wzro­kiem.

- Osta­tecz­nie... - mruk­nął, choć nie przy­szło mu to ła­two - mogę za­cze­kać. Ale wy­ślę sy­gnał ju­tro z sa­me­go rana, za­raz po tym, jak wy­łą­czę świa­tła.

Isa­bel po­ca­ło­wa­ła go i de­li­kat­nie uści­snę­ła jego ra­mię.

- Le­piej wró­cę do la­tar­ni. Wła­śnie wy­mie­nia­łem lam­pę rtę­cio­wą - do­dał.

Idąc ścież­ką, usły­szał głos Isa­bel, któ­ra śpie­wa­ła: Wiej wie­trze po­łu­dnio­wy, po­łu­dnio­wy, po­łu­dnio­wy, wiej wie­trze po­łu­dnio­wy nad pięk­nym, nie­bie­skim mo­rzem. Dźwię­ki pio­sen­ki nie uspo­ko­iły go jed­nak, gdy wcho­dząc po scho­dach do la­tar­ni, pró­bo­wał za­po­mnieć o za­nie­dba­niu, ja­kie­go do­pu­ścił się na proś­bę żony.

ROZ­DZIAŁ 5

Po upły­wie sze­ściu mie­się­cy Tom nie­ocze­ki­wa­nie po raz ko­lej­ny sko­rzy­stał z go­ścin­no­ści pani Me­wett, kie­dy oka­za­ło się, że po­sa­da la­tar­ni­ka na wy­spie Ja­nus wciąż po­zo­sta­je wol­na. Nie­szczę­śnik Trim­ble Do­cher­ty do resz­ty stra­cił ro­zum i rzu­cił się ze szczy­tu gra­ni­to­we­go kli­fu zna­ne­go jako Prze­paść. Naj­wy­raź­niej wy­da­wa­ło mu się, że ska­cze na łódź do­wo­dzo­ną przez jego uko­cha­ną żonę. We­zwa­no więc Toma, by jesz­cze raz omó­wić z nim wa­run­ki za­trud­nie­nia, do­peł­nić for­mal­no­ści i dać mu tro­chę wol­ne­go, za­nim na do­bre przej­mie po­sa­dę. Do tego cza­su Tom Sher­bo­ur­ne dał się po­znać z jak naj­lep­szej stro­ny, więc urzęd­ni­cy z Fre­man­tle nie za­wra­ca­li so­bie gło­wy szu­ka­niem ko­lej­nych kan­dy­da­tów.

- Nig­dy nie lek­ce­waż zna­cze­nia od­po­wied­niej żony - po­wie­dział ka­pi­tan Ha­sluck, kie­dy Tom wy­cho­dził z jego ga­bi­ne­tu. - Sta­ra Mo­ira Do­cher­ty tak dłu­go była z Trim­ble'em, że sama mo­gła­by ob­słu­gi­wać la­tar­nię. Ta­kie ży­cie wy­ma­ga wy­jąt­ko­wej ko­bie­ty. Kie­dy męż­czy­zna taką znaj­du­je, ma ocho­tę za­gar­nąć ją tyl­ko dla sie­bie, naj­szyb­ciej jak się da. Pa­mię­taj jed­nak, że bę­dziesz mu­siał tro­chę po­cze­kać...

Wra­ca­jąc do pen­sjo­na­tu pani Me­wett, Tom roz­my­ślał o drob­nych rze­czach po­zo­sta­wio­nych w la­tar­ni - kłęb­ku weł­ny Trim­ble'a Do­cher­ty'ego, nie­tknię­tym sło­iku ulu­bio­nych mię­tó­wek jego żony, któ­ry zna­lazł w spi­żar­ni. Lu­dzie od­cho­dzą, jed­nak po­zo­sta­wia­ją po so­bie ślad. My­ślał o roz­pa­czy czło­wie­ka, któ­ry osza­lał i umarł z żalu po śmier­ci żony. Nie tyl­ko woj­na do­pro­wa­dza lu­dzi do osta­tecz­no­ści.

Dwa dni po po­wro­cie do Par­ta­geu­se Tom sie­dział wy­pro­sto­wa­ny w sa­lo­nie Gray­smar­ków, pod­czas gdy obo­je ro­dzi­ce pa­trzy­li na swo­ją je­dy­ną cór­kę jak lwy na an­ty­lo­pę. Pró­bu­jąc pchnąć roz­mo­wę na od­po­wied­nie tory, Tom mó­wił o po­go­dzie, wie­trze i wy­słu­chi­wał opo­wie­ści o ku­zy­nach Grey­smar­ków miesz­ka­ją­cych w in­nych czę­ściach Au­stra­lii. Uni­ka­nie roz­mów o nim oka­za­ło się prost­sze, niż się spo­dzie­wał.

- Kie­dy wra­casz? - spy­ta­ła Isa­bel, gdy od­pro­wa­dza­ła go do wyj­ścia.

- Za dwa ty­go­dnie.

- W ta­kim ra­zie wy­ko­rzy­staj­my ten czas naj­le­piej jak mo­że­my - od­par­ła, jak gdy­by chcia­ła za­koń­czyć dłu­gą dys­ku­sję.

- Na­praw­dę? - spy­tał, rów­nie roz­ba­wio­ny, co za­sko­czo­ny Tom.

- Tak, na­praw­dę - od­rze­kła z uśmie­chem. Ca­łu­ją­ce jej twarz pro­mie­nie słoń­ca spra­wi­ły, że oczy dziew­czy­ny roz­bły­sły i przez mo­ment Tom miał wra­że­nie, że może zaj­rzeć do jej wnę­trza, zo­ba­czyć ja­sność i otwar­tość, któ­rej nie mógł się oprzeć. - Spo­tkaj­my się ju­tro. Przy­go­tu­ję ko­szyk z je­dze­niem i pój­dzie­my nad za­to­kę.

- Naj­pierw chy­ba po­wi­nie­nem po­pro­sić o zgo­dę two­je­go ojca. Albo mat­kę. - Mó­wiąc to, prze­krzy­wił gło­wę. - Mam na­dzie­ję, że nie ura­zi cię to py­ta­nie, ale ile wła­ści­wie masz lat?

- Wy­star­cza­ją­co dużo, żeby pójść na pik­nik.

- A do­kład­nie?

- Dzie­więt­na­ście. Pra­wie. Po­zwo­lisz więc, że sama zaj­mę się swo­imi ro­dzi­ca­mi. - Isa­bel wbie­gła do domu i po­ma­cha­ła mu na po­że­gna­nie.

Tom wró­cił do pen­sjo­na­tu pani Me­wett lek­kim, raź­nym kro­kiem. Nie po­tra­fił po­wie­dzieć, co wła­ści­wie wpra­wi­ło go w ten bez­tro­ski na­strój. Nie wie­dział nic o Isa­bel, poza tym, że lubi się śmiać i ma w so­bie do­broć.