Rozdział 2
Oldenburg, Niemcy - 17 kwietnia 1916 roku
Anna Zeller, dwudziestotrzyletnia pielęgniarka Czerwonego Krzyża, jasnowłosa dziewczyna z dołeczkiem w podbródku i z chabrowymi oczami, wcisnęła zwój bandaży do kieszeni fartucha i ruszyła przez zatłoczoną salę szpitalną. Pomieszczenie wypełniały jęki, kaszlnięcia i charkoty pacjentów. Anna, podobnie jak inne pielęgniarki i lekarze, była wyczerpana pracą na podwójnych dyżurach i z trudem radziła sobie z opieką nad coraz większą liczbą rannych żołnierzy.
- Emmi - odezwała się, gdy mijała młodą siostrę, której spod czepka wystawały szorstkie, ciemne włosy. - Morfina. Łóżko numer jedenaście.
Emmi skinęła głową i pomknęła do magazynku.
Duża sala był zastawiona rzędami pojedynczych metalowych łóżek, a w każdym z nich leżał ranny żołnierz. Znajdowały się w odległości wyciągniętej ręki, co pozwalało pielęgniarkom swobodnie poruszać się między pacjentami. Chociaż okno było otwarte, w powietrzu unosił się odór potu, karbolu i gangreny. Kilka sióstr, ubranych w białe fartuchy narzucone na sukienki w biało-niebieskie prążki, zajmowało się mężczyznami, którzy trafili tu z frontu zachodniego. Zakres wojennych obrażeń, z którymi musiały się mierzyć, był ogromny: rany od pocisków i szrapneli, oparzenia, urwane kończyny, okaleczenia, skutki użycia gazów bojowych, infekcje, złamania, urazy głowy... Codziennie do szpitala przywożono kolejnych rannych, a lekarze i pielęgniarki rozpoczynali swoją bitwę: próbę przywrócenia sprawności ciałom pokiereszowanych ludzi.
Anna stanęła przy łóżku wstrząsanego dreszczami żołnierza z głową owiniętą prowizorycznym opatrunkiem przypominającym turban. Podejrzenie pęknięcia czaszki.
- Jestem Anna - przedstawiła się. - Czy możesz powiedzieć, jak masz na imię?
Mężczyzna z trudem otworzył spuchnięte powieki.
- Johann - wyrzęził.
- Wszystko będzie dobrze, Johannie.
Obok łóżka pojawiła się Emmi ze strzykawką do iniekcji podskórnych.
- Moja koleżanka Emmi zrobi ci teraz zastrzyk morfiny, żeby uśmierzyć ból - wyjaśniła Anna. - Zostaniesz zbadany przez lekarza, a potem oczyszczę ci ranę i założę nowe bandaże.
Johann jęknął i przyłożył dłonie do skroni. Wzdrygnął się, gdy Emmi dotknęła jego ramienia.
- Nie bój się. - Anna ściszyła głos. - Ona zaaplikuje ci lekarstwo, a ja potrzymam cię za ręce. - Delikatnie chwyciła palce żołnierza i opuściła jego ręce na boki. Dała koleżance znak głową. Emmi wstrzyknęła rannemu morfinę.
Żołnierz ścisnął dłonie Anny. Ubrudzone ziemią z okopów paznokcie wbiły się w jej skórę.
Kiedy oddech Johanna stał się spokojniejszy, a mięśnie się rozluźniły, Anna puściła jego dłonie. Odwróciła się do Emmi i szepnęła:
- Nie poradziłabym sobie bez ciebie.
Emmi spojrzała na nią pociemniałymi ze zmęczenia oczami, uśmiechnęła się blado i ruszyła do łóżka kolejnego pacjenta.
Anna ostrożnie odwinęła polowy opatrunek, modląc się, żeby czaszka żołnierza nie okazała się uszkodzona.
Gdy wybuchła wojna, podjęła pracę w szpitalu, przekonana o konieczności spełnienia patriotycznego obowiązku. Pierwsze dni w roli pielęgniarki były bardzo wyczerpujące. Wycie ludzi dręczonych koszmarnym bólem zszargało jej nerwy. Kiedy podawała leki, dygotały jej ręce, a podczas oczyszczania zakażonych ran robiło jej się niedobrze. Techniczne aspekty opieki nad pacjentami też okazały się trudne i Anna potrzebowała więcej czasu, aby opanować niektóre czynności, takie jak precyzyjne odmierzanie dawek leków czy wbijanie igieł. Na domiar złego w szpitalu brakowało personelu, bo część lekarzy i pielęgniarek przeniesiono do szpitali polowych, dlatego w Oldenburgu często pracowało się dwie zmiany z rzędu. Kiedy nie przebywała na oddziale albo nie pozwalała sobie na krótką chwilę odpoczynku na składanej leżance ustawionej w kotłowni w piwnicy, szła do domu - mieszkała wraz z ojcem, Norbertem - gdzie po prostu padała bez przytomności na łóżko.
Mijały miesiące i Anna stopniowo przyzwyczaiła się do stresującego szpitalnego otoczenia, a do tego nabrała biegłości w wykonywaniu swoich obowiązków. Muszę być silna, właśnie dla nich - powtarzała sobie, gdy zmieniała opatrunek na kikucie urwanej nogi. Chociaż ojciec wychowywał ją na pacyfistkę i chociaż szczerze nienawidziła wojny, to jednak wierzyła, że robi coś dobrego, pełniąc służbę pielęgniarki. Mimo to czuła, że większość podejmowanych przez nią prób poskładania nadwyrężonych ciał przynosi tylko chwilowe skutki, bo przecież trwale upośledzonych ludzi czekała niewesoła przyszłość. Kto się nimi zaopiekuje po wyjściu ze szpitala? - zastanawiała się często. Jak sobie poradzą sami? Serce jej się krajało na myśl o żołnierzach, których ciała i dusze spustoszyła wojna. Chciałaby móc zrobić coś więcej, żeby mieli lepsze życie.
Po nerwowym poranku wypełnionym opieką nad pacjentami Anna wraz z Emmi przysiadła na chwilę na ławce w szpitalnym ogrodzie, żeby coś przekąsić. Chociaż przyroda pozostawała jeszcze w uśpieniu, rześkie powietrze stanowiło miłą odmianę po zaduchu szpitalnych sal.
- Co z naszym rannym z łóżka numer jedenaście? - spytała Emmi.
- Operacja nie będzie potrzebna - odparła Anna, odwijając z papieru pajdę chleba. Przełamała ją na pół i podała Emmi jeden z kawałków. - Kto wie, może całkowicie się wykuruje.
- Pacjenci dochodzą do zdrowia, bo wiesz, jak do nich podejść.
- Miło, że tak myślisz. Ale przecież wszyscy wiedzą, że jestem jedną z najmniej doświadczonych pielęgniarek na naszym piętrze.
- To nie ma znaczenia - stwierdziła Emmi. - Medycyna to nie tylko wyjmowanie odłamków z ran. Okazujesz im współczucie i dajesz nadzieję.
Anna uśmiechnęła się, wdzięczna za życzliwe słowa koleżanki. Ugryzła kawałek chleba i pomyślała o mężu Emmi, który służył na froncie jako sanitariusz.
- Co u Ewalda?
- Wczoraj dostałam od niego list - powiedziała Emmi. - Jest w dobrym nastroju. Ale wiem, że nigdy by się nie przyznał, gdyby było inaczej.
- Na pewno jest cały i zdrowy - pocieszyła ją Anna.
Emmi skubnęła kawałek chleba.
- Wciąż się o niego martwię.
- Ja też się martwię o Brunona. - Anna pogładziła jej rękę. - Musimy wierzyć, że wojna się skończy, a oni wrócą do domu.
- Tak... - Emmi zamrugała powiekami, próbując powstrzymać łzy.
Anna poznała Brunona, oficera armii cesarskiej, wkrótce po rozpoczęciu pracy w szpitalu, do którego trafił ze złamaniem ręki. Był jednym z jej pierwszych pacjentów. Chociaż założyła mu wyjątkowo brzydki opatrunek z bandaży nasączonych gipsem, po opuszczeniu szpitala poprosił ją o spotkanie. Początkowo odmawiała, ale po wielu prośbach, z których dwie zostały zapisane w formie kiepsko skleconych wierszy, przystała na propozycję. Bruno spędził cały trzytygodniowy urlop zdrowotny w Oldenburgu; nie wrócił do rodzinnego domu we Frankfurcie, tylko zamieszkał w pensjonacie. Mimo że wywodzili się z różnych środowisk - ojciec Anny był skromnym zegarmistrzem, podczas gdy Bruno pochodził z rodziny przedsiębiorców, właścicieli dużej fabryki barwników - oczarował ją swoim wdziękiem. Dzień przed ponownym wyjazdem na front Bruno zaproponował jej małżeństwo, a ona przyjęła jego oświadczyny. Zamierzali wziąć ślub po wojnie, czyli, jak oboje przypuszczali, za kilka miesięcy. Jednak z kilku miesięcy zrobił się rok, a teraz, prawie dwa lata od dnia wybuchu konfliktu, wciąż nie było widać jego końca.
Gdy Anna i Emmi kończyły posiłek, w ogrodzie pojawił się lekarz. Miał delikatne, krótkie siwe włosy i nosił okulary, a w dłoni trzymał smycz, do której był przypięty owczarek niemiecki. Drugą ręką prowadził oślepionego na froncie żołnierza, który powłóczył nogami i wpatrywał się przed siebie niewidzącym wzrokiem.
- To miłe, że doktor Stalling przyprowadził psa do szpitala - zauważyła Anna. - Pacjenci będą mieli trochę rozrywki.
- Tak - odrzekła Emmi. - Ciekawe, ile psów trzyma u siebie w domu.
- Jak to? - zdziwiła się Anna.
- Jest dyrektorem stowarzyszenia hodowli psów ratowniczych przy Niemieckim Czerwonym Krzyżu.
- Och... - Anna poczuła się trochę zawstydzona brakiem znajomości osiągnięć doktora Stallinga.
- W listach Ewald często wspomina o psach ratowniczych. O tym, jak pomagają sanitariuszom odnajdować rannych i wyprowadzać ich z pola bitwy.
- Na pewno są niezwykle odważne - powiedziała Anna.
- I mądre! - dodała Emmi.
- Zawsze chciałam mieć psa - oznajmiła Anna, zerkając na merdającego ogonem owczarka.
Koleżanka szturchnęła ją łokciem.
- Może po wojnie sprawicie sobie z Brunonem jakiegoś pieska.
- Byłoby bardzo miło.
Emmi wstała i strzepnęła okruszki z fartucha.
- Powinnam wracać do pracy - stwierdziła.
- Za chwilę do ciebie dołączę.
Emmi skinęła głową i weszła do budynku.
Anna opuściła ławkę i stanęła pośrodku ogrodu, obserwując, jak niezwykła grupka wędruje alejkami. Zrobiła na niej wrażenie ostrożność, z jaką doktor Stalling asystował swojemu pacjentowi, a także posłuszne zachowanie stąpającego obok psa. Przede wszystkim jednak współczuła ociemniałemu żołnierzowi, który po wyjściu ze szpitala będzie musiał stawić czoła niewyobrażalnym wyzwaniom.
Drzwi wychodzące na ogród otworzyły się nagle.
- Doktorze Stalling! - zawołała pielęgniarka. - Jest pan potrzebny w sali dwadzieścia osiem!
Lekarz dał jej znak ręką. Kiedy prowadził pacjenta i psa ku budynkowi, jego spojrzenie zatrzymało się na Annie.
- Panno Zeller!
Anna wyprostowała się.
- Tak, panie doktorze?
- Czy mogłaby pani mnie zastąpić?
- Oczywiście, panie doktorze! - Anna ruszyła prędko w jego stronę.
Stalling przekazał jej smycz.
Anna zerknęła na owczarka. Zwierzę miało czarną sierść, nie licząc złotobrązowych pasemek na uszach i karku, jakby ktoś skropił je w tych miejscach palonym cukrem. Poczuła, jak przyspiesza jej puls. Przysunęła się bliżej, starając się sprawiać wrażenie osoby, która wie, jak sobie poradzić z psem.
- Niech się pani nie obawia, panno Zeller. Ona pani nie ugryzie. - Stalling poklepał pacjenta po ramieniu. - Horst również nie.
Żołnierz uśmiechnął się niepewnie. Stalling zostawił ich i wszedł do budynku.
Anna rozluźniła ramiona.
- Miło cię poznać, Horst - powiedziała. - Mam na imię Anna.
- Dzień dobry - odpowiedział żołnierz. Miał ciemne, nieruchome oczy i głębokie blizny na policzkach i w okolicach brwi.
- Czy chciałbyś jeszcze trochę pospacerować?
- Tak - odparł i wysunął łokieć w bok.
Anna objęła jego rękę i spojrzała na psa.
- Czy ona ma jakieś imię? - spytała.
- Nie wiem. Doktor nie miał okazji nas sobie przedstawić... Zauważył mnie w korytarzu i zaproponował, żebyśmy się przeszli.
Suka zastrzygła uszami, jak gdyby słuchała ich rozmowy.
Anna pociągnęła za smycz.
- No dobrze, piesku. Idziemy.
Ruszyli przez ogród. Pies, bez konieczności wydawania mu jakichkolwiek poleceń, trzymał się przy jej nodze. Anna nabrała pewności siebie, zwiększyła tempo marszu i poprowadziła Horsta wąską ścieżką między wiecznie zielonymi krzewami.
- Te rośliny ładnie pachną. - Uniósł nos i wciągnął powietrze w płuca.
- To jałowce. - Anna spojrzała na Horsta. - W jaki sposób straciłeś wzrok?
- Dostałem odłamkiem pocisku.
- Przykro mi - powiedziała. - Czy czeka cię operacja?
- Nic się nie da zrobić.
Anna przełknęła ślinę.
- A kiedy wrócisz do domu, do bliskich?
- Mam tylko brata. Jest na froncie.
Annę ogarnęło przygnębienie. Przerażała ją myśl, że za dalszą opiekę nad Horstem odpowiadać będą teraz władze. Z punktu widzenia przepisów wzrok był najważniejszym zmysłem, a osobę niewidomą uznawano za całkowicie niepełnosprawną. Obawiała się, że Horst zginie w biurokratycznej machinie państwa niemieckiego, podobnie jak stało się w przypadku niezliczonych rzesz innych okaleczonych mężczyzn.
Stłumiła niepokój. Rozpoczęli kolejne okrążenie ogrodu.
Kiedy mijali pozbawiony roślinności klomb, pies trącił nosem jej nogę. Przyklękła i pogładziła go po łbie. Gęsta sierść połaskotała jej skórę i wszelkie obawy zniknęły.
- Zamieńmy się! - zaproponowała. Chwyciła dłoń Horsta i położyła ją na grzbiecie zwierzęcia. Żołnierz przeczesał palcami jego sierść. - Proszę - dodała, podając mu smycz.
Horst zawahał się i zagryzł dolną wargę.
- Nie bój się - stwierdziła Anna. - Będę iść tuż za tobą.
- Dobrze. - Poklepał psa i poczłapał naprzód. Owczarek ruszył za nim, nie odstępując jego boku.
Zaczęli krążyć po ogrodzie. Początkowo Horst szedł ostrożnie, jakby bał się zboczyć ze ścieżki i wpaść w krzaki. Anna kładła dłoń na jego ramieniu, żeby skierować go we właściwą stronę na zakrętach, jednak kiedy zauważyła, że pies szturcha nosem nogę niewidomego, żeby uchronić go przed zejściem na bok, stopniowo przestała im pomagać. Po kilku minutach usadowiła się na ławce, a Horst wraz z owczarkiem penetrowali zakamarki ogrodu.
Drzwi szpitala otworzyły się i pojawił się w nich doktor Stalling. Jego oczy rozszerzyły się w zdumieniu.
Anna podniosła się gwałtownie z ławki. - Bardzo przepraszam, ja...
Stalling uniósł palec do ust. Anna odwróciła głowę.
Lekarz patrzył uważnie, obserwując, jak jego pies pomaga Horstowi.
- Jak długo już tak chodzą? - zapytał przyciszonym głosem.
Anna zbliżyła się do niego.
- Kilka minut - odpowiedziała.
- Dużo już przeszli?
- Parę razy okrążyli ogród. - Przełknęła ślinę. - Przepraszam, panie doktorze. Powinnam im towarzyszyć, zaniedbałam swoje obowiązki.
- W żadnym razie, panno Zeller.
Pies zatrzymał się pod drzewem i polizał dłoń Horsta.
Żołnierz roześmiał się i pogłaskał zwierzę po łbie.
Anna poczuła, jak wzbiera w niej ciekawość. Spojrzała na Stallinga.
- W jaki sposób udało się panu nauczyć ją prowadzenia ludzi?
- Nie uczyłem jej tego - odparł Stalling.
Anna otworzyła szeroko oczy.
- To bardzo inteligentny pies - zauważyła.
Doktor przytaknął bezgłośnie.
Umysł Anny wypełniła wizja ociemniałych żołnierzy, siedzących samotnie na szpitalnych ławkach. Poczuła, że ogarnia ją fala smutku. - Chciałabym, żeby wszyscy niewidomi weterani mieli takiego psa jak ten.
- Ja również. - Doktor Stalling uniósł brodę, a twarz rozjaśniła mu się w promiennym uśmiechu, jakby właśnie wpadł na jakiś pomysł. - Być może będziemy w stanie znaleźć każdemu z nich towarzysza.
- Co pan ma na myśli? - spytała Anna.
- Przecież już prowadzimy szkolenia psów stróżujących, tropiących, kurierskich i ratowniczych - odparł doktor. - Nie widzę powodów, dla których nie mielibyśmy przysposobić dużej liczby zwierząt jako przewodników niewidomych weteranów.
Anna myślała gorączkowo.
- Dzięki temu byli żołnierze mogliby wrócić do domów i nie byliby skazani na pobyt w szpitalu - powiedziała. - I mieliby szansę rozpocząć samodzielne życie.
- Właśnie tak. - Stalling uśmiechnął się szeroko. - Co pani sądzi o pomyśle założenia w Oldenburgu szkoły psów przewodników?
- To najwspanialsza sprawa, jaką można sobie wyobrazić, panie doktorze.
- Cieszę się, że pani tak uważa. - Stalling patrzył, jak jego pies pomaga Horstowi pokonać zakręt na ścieżce. - Nowoczesna broń powoduje najstraszliwsze obrażenia, jakie kiedykolwiek widzieliśmy, a z frontu wraca ogromna liczba oślepionych żołnierzy. Nie możemy pozwolić, aby ci ludzie, którzy poświęcili wzrok w obronie naszej ojczyzny, stali się żebrakami, wyrzutkami społecznymi albo osobami zdanymi na łaskę instytucji dobroczynnych. Chciałbym, żeby dostali szansę na odzyskanie normalnego życia, i uważam, że psy asystujące mogą im ułatwić poruszanie się na co dzień. Niewidomi nie będą już musieli liczyć wyłącznie na opiekę rodziny i przyjaciół, staną się niezależni i będą zdolni do podjęcia pracy. A co najważniejsze, pies przewodnik może być dla każdego weterana wsparciem emocjonalnym i pozwoli mu odzyskać pewność siebie.
- To rzeczywiście piękne zamiary, panie doktorze - przyznała Anna.
- Owszem. - Stalling spojrzał na nią. - Uzyskanie środków finansowych i wsparcia władz będzie poważnym wyzwaniem, ale znajdę sposób, aby otworzyć szkołę psów przewodników. Rozpoczniemy od zajęć w małych grupach, co pozwoli udoskonalić techniki nauczania, ale wkrótce rozszerzymy zakres działań i będziemy szkolić setki owczarków i kombatantów. Powstaną filie w różnych częściach Niemiec, a pewnego dnia zasady, które wypracujemy, przyniosą korzyści tysiącom niewidomych z całego świata.
Anna, zadziwiona wizją przedstawioną przez Stallinga, zacisnęła dłonie.
- To byłoby wspaniałe, panie doktorze.
Lekarz skinął głową.
Wspólnie przypatrywali się Horstowi i psu, którzy powoli przemierzali ogrodowe alejki. Jestem świadkiem przełomowego momentu - pomyślała Anna. Poczuła, jak wzbiera w niej fala nadziei. Bardzo pragnęła stać się częścią czegoś większego i ważniejszego, co nie dotyczyłoby tylko jej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki