Długo, z twarzą zanurzoną w pysznie haftowanej poduszce,
leżała na szezlongu, a wyprostowała się tylko po to, aby cienką
chusteczką otrzeć zapłakane oczy, białe ręce załamać i znowu
płakać. Teraz łzy jej nie lały się, jak przed chwilą, strumieniem
obfitym, lecz rzadkiemi kroplami spływały po pięknym owalu
policzków, padały na stanik, obciskający zgrabną kibić i, jak
drobne brylanty, świeciły w puchu zdobiących go koronek. Dokoła
niej, z pod lekkich zasłon, na dwie lampy zarzuconych, rozlewało
się miękkie światło, w którem pobłyskiwały złocone ramy obrazów i
majaczyły barwy i kształty wytwornych sprzętów. Albumy w bogatych
oprawach, wazy majolikowe, drobiażdżki pozłacane, srebrne,
rzeźbione przyozdabiały stoły i kominek, u okien kwitły białe i
czerwone kwiaty. Za oknami, przelatywały świszczące wichry ze
śnieżną zamiecią, brzęczały dzwonki u sanek, rozlegały się gwary
uliczne; tu - było ciepło, cicho i samotnie. Zanadto ciepło, cicho i samotnie. Powietrze, napełniające
te cztery piękne ściany, miało w sobie coś z cieplarnianej
parności, która zapewne ułatwiała rozkwit roślinom, lecz utrudniała
oddech, cisza zaś i samotność były tak zupełne, jak gdyby na
znaczną odległość dokoła nie było żadnej żywej istoty. Za
poroztwieranemi drzwiami panowała ciemność, z której nie wychodził
szelest najlżejszy: ani rozmowy, ani śmiechu, ani dziecka, ani
zwierzęcia, ani domownika, ze śmiałem stąpaniem i poufałą twarzą.
Na kominku, za przezroczystą, żelazną kratką, stosik zgrabnie
porąbanych drewek, dawno znać tam leżący i - nie zapalany. Od lat kilku, to jest od czasu, w którym, po nieśmiałych
zrazu błyskach uczuwania, że nie jest szczęśliwą, po niezliczone
razy postanawiała, że nigdy głośno, ani pocichu na los swój
narzekać, ani pętami jego niecierpliwie a bezskutecznie wstrząsać
nie będzie, w umyśle jej istniał niewyraźny, nie dobrze określony,
ale ponętny dla niej ideał męztwa, cierpliwości, dumnego i
milczącego znoszenia ciężarów życia. Ideał ten w wyobraźni jej
powstał z kilku żywych wzorów w dzieciństwie widzianych, z kilku
książek, które ojciec jej, - zanim na wieki oczy zamknął, - przed
jej oczy nasunął; pragnęła teraz stosować do niego swoją duszę, ale
nie mogła. Była to biedna dusza kobieca, wrażliwa i niespokojna,
mieszkająca w ciele, do którego nie przyznałby się żaden stoik.
Pomimo więc wielokrotnych postanowień, że nad sobą roztkliwiać się
nie będzie, płakała znowu serdecznie i roztkliwiała się rzewnie. Wspomniała swoje umarłe złudzenia i radości; poumierały
one w sposób różny. Dwoje drobnych dzieci po prostu, nagle i
brutalnie zabiła śmierć; miłość człowieka, którego kochała i z
którym związała życie, umarła nie wiedzieć dla czego, bez żadnej
jej winy, za sprawą zmiennej natury ludzkiej, lub koniecznego
rozejścia się dwóch, nie zgadzających się, istot; uciecha z
posiadanego bogactwa stopiła się w przyzwyczajeniu i doświadczeniu,
że ani karetą serdecznych łez otrzeć, ani z majolikową wazą poufnie
gawędzić, ani łakociami najwyborniejszemi gorzkiego smaku zgryzoty
zatrzeć niepodobna. Urok świata, - świata, strojącego się, tańczącego,
grającego, paplającego, jedynego świata, który znała, - zniknął dla
niej bez śladu, odkąd się przekonała, że ubierać się, tańczyć i
paplać z sercem bolącem nie ulgą jest lub uciechą, ale męczarnią.
Miała lat niespełna trzydzieści, a życie wydawało się jej już
skończonem. Była osieroconą matką, opuszczoną żoną, kobietą
światową, do świata rozczarowaną. Jedynemi nawet uczuciami, które
budził w niej ten potwór, były: żal i gniew. Czyliż bowiem nie ten
świat właśnie odebrał jej serce i obecność ukochanego człowieka,
porwał go urokami swemi, upoił, zepsuł? Czyliż nie jego mieszkanką
i doskonałą przedstawicielką była ta kobieta, dla której on ją
opuszczał, ranił, obrażał, przy której znajdował się i teraz, na
której wspomnienie krew żalu i upokorzenia serce jej zalewała? O, ten wdzięk kobiecy, tak bardzo w tym świecie sławiony,
a który osłania tyle oszustwa i okrucieństwa! O, te wykwintne,
woniejące buduary, w których, za spuszczonemi u drzwi i okien
firankami, dwie istoty bezkarnie dokonywają nad trzecią morderstwa!
O, te wieczne rozmowy motyle, żarty wesołe, półsłówka słodkie,
marzenia przy muzyce, zmiany mody, rozkazy zwyczaju, wśród których
dusze ludzkie tracą z oczu wszelką linię, wiodącą do czegokolwiek
innego, niż do użycia! O, nakoniec, te stoły gry co wieczór otwarte
i przy których on siaduje, ilekroć nie może siedzieć u boku tej
kobiety! Jak ona to wszystko znienawiedziła! jak głęboką dla tego
wszystkiego powzięła wzgardę! Tej nienawiści i wzgardy nauczyło ją
nieszczęście, odbierając jej zarazem rzecz jedyną, w której
znaleźćby mogła uciechę i ratunek - to jest: chęć użycia i zabawy.
Nie; może inne czynić to mogą, ale jej niepodobna bawić się jeszcze
pośród ludzi, gdy już raz w ich dobroć, szczerość, wartość wierzyć
przestała, gdy ci ludzie, bezpośrednio lub pośrednio wydarli jej
jedyny skarb, do którego przywiązywała cenę i który mógł cenę życiu
jej nadać - ciepło domowe i szczęście serdeczne... Od dzieciństwa słyszała, że szczęście kobiety, jej
obowiązek, cnota, dostojność - to miłość i macierzyństwo. Czy dla
tego, że od dzieciństwa tak ją nauczano, czy że w sposób tej nauce
odpowiedni utworzyła ją natura, ale istotnie miłość i macierzyństwo
były jedynemi źródłami, z których biły jej: szczęście, cnota,
dostojność. Teraz te dwie jedyne, dobre wieszczki jej życia umarły,
znikły - i cóż? Gdy śliczne, drogie główki dziecięce zasuną się na wieki w
cienie zaświatowe, a serce blizkiego, drogiego człowieka, ulotni
się w płomieniu innych uczuć i rozkoszy - cóż? Przyjąć od świata
nową miłość, tak, jak się od krawca przyjmuje nową suknię... cha,
cha, cha! A jeżeli tamta tak mocno w pierś wrosła, że nic, nic już
wyrwać jej nie zdoła? Albo jeżeli małość i kruchość tamtej zabiła
wiarę w wielkość i trwałość jakiejkolwiek innej? Zerwała się z szezlonga, obu dłońmi pochwyciła się za
głowę i parę razy piękny salonik przebiegła. Puszysty kobierzec
tłumił szelest jej kroków; w zamian serce biło i pierś oddychała
głośno. - Co mi pozostało? czego spodziewać się jeszcze mogę? Co
uczynię ze swojem sercem, z czasem, ze wszystkiemi temi dniami,
miesiącami, latami?... Dni, miesiące, lata stanęły przed oczami jej
wyobraźni w postaci długiej galeryi, zdobnej w złocenia i rzeźby,
ale tak pustej i tak zimnej, że aż dreszcz nią wstrząsnął... Gdy
odjęła ręce od głowy i twarzy, znalazła się przy stole, na którym,
pod światłem lampy, leżała rozwarta książka. Czytała ją przed
godziną, a na stół rzuciła wtedy, gdy on wszedł do jej pokoju i z
nieznośnym dla niej uśmiechem człowieka, który w braku cieplejszych
uczuć zmusza się do obowiązkowej uprzejmości, na cały wieczór ją
pożegnał. Teraz przypadkiem wzrok jej padł na trzy czarne wiersze:
Czemuś ty mi, życie, Nie dało do ręki Srebrzystego sierpa...
Prędko odwróciła się i znowu kilka razy salonik
przebiegła. Tak. O, jak ci poeci odgadywać umieją udręczone dusze
ludzkie! Tak; dla czegóż nie jest ona chłopką, która "srebrny
sierp" z ręki wypuściwszy, u wesołego, ludnego ogniska zasiada, z
ciałem strudzonem, lecz z sercem spokojnem? Jej ciało mogłoby
słodki spoczynek znajdować na tych miękkich kozetach, fotelach,
szezlongach; ale skoro miota nim burza serca, skoro nigdzie znaleźć
nie może spokoju, cóż jej z kozet, fotelów i szezlongów? Gorzko
zazdrościła małym, biednym, spracowanym, i namiętnie przeklęła
swoje bogactwo... Znowu wypadkiem znalazła się przy stole i wzrok jej upadł
na czarne słowa:
Czemuż z mego czoła Pot nie spłynął rosą?...
Ze wzniesionemi oczyma stała przez chwilę zamyślona, aż
obejrzała się dokoła. Cokolwiek robić! do potu czoła cokolwiek
robić! Robotą napełnić czas, uśpić pamięć, ostudzić wstyd istoty
opuszczonej, sponiewieranej i - ach, nikomu na całej wielkiej ziemi
niepotrzebnej! Ostatnia myśl znowu pierś jej wzdęła łkaniem... Dzieci w wiekuistych cieniach grobu, on... tam; brat,
siostry - daleko i w przestrzeni, i w uczuciach... Jakże wszystkie
węzły rozluźniają się - i przez oddalenie, i przez nierozłączne
połączenie! Ma brata, siostry, męża - i zarazem ich nie ma. Wszyscy na
świecie zosobna i każde dla siebie żyją; ona nie chce tak żyć, a
jednak musi, bo nikt na wielkiej ziemi jej nie potrzebuje. Co
robić? Prawie nieprzytomnym od rozpaczy wzrokiem salonik
przebiegła. Czytać?.... Ach, tyle już dziś, wczoraj, przez
nieskończoną liczbę dni czytała - i cóż z tego? Ten haft pajęczy
kończyć?... Ileż już podobnych wykończyła! - i cóż z tego? Ozdobne
pianino u ściany stoi, świece tylko w świecznikach zapalić, nuty
rozłożyć i grać! Przez ileż lat, dni w latach, godzin w dniach
grała, ślicznie grała - i cóż z tego? Nic, nic! Po za tem także
nic... Rozpacz jej zmieniała się w bezbrzeżną nudę, która, jak mgła
z bagniska, wybucha z wyrazu: nic! Gdyby ktokolwiek przyszedł,
ktokolwiek choć trochę miły i zajmujący! Panująca dokoła cisza i samotność przerażać ją zaczęły.
Jak ona z temi dwiema jedynemi towarzyszkami przebędzie ten
nieskończenie długi wieczór zimowy? Wiedziała z doświadczenia, że
nieustannie pogłębiać one będą jej ciemne myśli, drażnić rany - i
gdy wybije godzina spoczynku, położą się obok niej na noc bezsenną
i okropną. Gdyby jakiekolwiek wrażenie z zewnątrz, jakakolwiek
twarz choć trochę miła, rozmowa choć trochę zajmująca, przerwały
jej sam na sam z przeszłością i przyszłością, z których pierwsza
budziła w niej żałość, druga nudę i trwogę! Czy wezwać kogo?... Na
jej wezwanie przybiegłoby śpiesznie mnóstwo ludzi: nie byłaż
bogatą? Zaśmiała się... Może która z przyjaciółek?... Zaśmiała się
znowu. Był przecież niedaleko człowiek, w którego szczere i
gorące uczucie wierzyła. Myślała, że najpewniej było ono, tak jak
wszystkie inne, złożone z jednej cząstki miłości dla niej a
dziewięćdziesięciu dziewięciu samolubstwa, z jednej cząstki
szlachetnych uniesień, a dziewięćdziesięciu dziewięciu grubych
pożądań. Ten człowiek, jak zresztą wszyscy inni - nie przestał
jeszcze jej kochać, dla tego, że jeszcze jej nie posiadł; czasem
troszczył się o jej szczęście, zawsze pragnął swojego, niekiedy
myślał o jej duszy, zawsze o jej ciele. W tym pozornie drogocennym klejnocie, za jaki poczytywaną
jest miłość, ona dojrzała silną domieszkę podłego kruszcu; na dnie
tego kryształu widziała i ciężkie krople mętów... Jednak w obecnej
chwili, zajmujący ten człowiek kochał ją; było to niewątpliwem.
Same pozory ideału pociągały ją i chwilami zachwycały. Niejedną
godzinę spędzoną z nim porównać mogła do błysku słońca wśród dnia
chmurnego, do kwiatu na drodze wyjałowionej. Więc cóż? więc gdyby w tej chwili przyszedł?... Pewno,
pewno byłaby dla niego szczerzej, niż kiedykolwiek dotąd, uprzejmą,
serdeczną. To, że jest takiej właśnie miłości przedmiotem, i to
złudzenie napełnia ją rozkoszą, dopóki nie przeminie. Może
przyjdzie! Wszak niedawno, w dziwnej chwili, w której czuła
niepojęte pomieszanie rozpaczy z nadzieją, zwątpienia z żądzą
wiary, powiedziała mu - czuła sama, że drżącemi usty - iż ze
wszystkich znanych jej ludzi jego jednego chciałaby widywać często.
On, na podziękowanie, nizko pochylił się przed nią, a gdy podniósł
głowę, ujrzała, że twarz jego była oblana światłem niewymownego
szczęścia... Wprawdzie to samo światło widywała niegdyś na twarzy tego,
którego sama tak niezmiernie, tak czule kochała. Wprawdzie wie o
tem, że to światło nie służy wyłącznie do zapalania świętych ogni i
że prędzej lub później zgasnąć musi... jednak, na widok jego,
zdawało się jej - przez mgnienie oka - że jest jeszcze świeżą,
ufną, nieświadomą zasadzek i zawodów. Więc cóż, gdyby przyszedł teraz? O, niech przyjdzie!
Czuje, że głowę pochyli na jego ramię i z wahaniem, lecz także z
rozkoszą wyszepce: przyjacielu! Zbyt dobrze ludzkie stosunki
przejrzała, jakim zazwyczaj bywa koniec takich przyjaźni, na jakie
niebezpieczeństwo wystawi ją jego namiętność przez jej czułość
ośmielona. Mniejsza o to! Alboż będzie pierwszą?... dla czegóż ma
być wyjątkiem?... Czy ten... który teraz w jakimś buduarze lub w
jakiejś sali gry wybornie czas przepędza, nie rozciął naprawdę
łączącego ich węzła, nie uczynił z ich przysięgi i przyrzeczeń
kłamstwa, z ich związku kłamstwem nadzianej formy? Czy doprawdy
powinna szanować to, z czego uciekła wszelka prawda?... Czy z innej
gliny, niż wszystkich ulepiła ją natura? Czy jest aniołem i dźwiga
na sobie ciężar spełniania na ziemi posłannictwa anielskiego?
Marzyła wprawdzie o anielskiej dobroci i stoickiej cnocie, - ale
teraz śmieje się z tego... Cierpi i pragnie pociechy, tak, jak
wszyscy. Utraciła szczęście i pragnie choć cząstkę, choć złudzenie
jego odzyskać, tak, jak wszyscy...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.