Światłodawca. Cykl Czerwony świt. Tom 6 - Pierce Brown

Kup ebooka

77.00 zł
65.45 zł (61,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 3. Darrow. Zjawy

3

Dar­row

Zjawy

Alarm nie­sie się przez bazę. Bie­gnę kory­ta­rzem i łapię kara­bin EM rzu­cony mi przez Thraxę, która do mnie dołą­cza. Usta ma roz­chy­lone w sza­lo­nym, złym uśmie­chu. Jako jedyna na Pie­chu­rze ma brzy­twę i nie robi wra­że­nia, jakby zamie­rzała się nią dzie­lić.

-?Ile okrę­tów? -?pytam.

Oczy jej błysz­czą.

-?Tylko jeden. Ale i tak dosta­tecz­nie duży, żeby nas zeszklić. Pro­po­nuję uda­wać trupa. Niech się zbliżą, spró­bują abor­dażu. Zabi­jemy wszyst­kich, przej­miemy prom, pole­cimy na ich sta­tek, przej­miemy go i...

Pole­cimy do domu.

Posęp­nieję.

-?Możemy stra­cić połowę ludzi.

-?Wię­cej -?odpo­wiada.

Naszą dwu­oso­bową kliką włada jeden umysł. Żoł­nie­rze opły­wają nas w kory­ta­rzu. Jacy oni są mali. Zer­kają na nas w górę, na swo­ich gene­ra­łów, szu­ka­jąc otu­chy. Thraxa łapie mnie i zniża głos:

-?Jeśli nada­rzy się oka­zja, zro­bimy to, co konieczne.

-?Dewa­sta­tor się zbliża! Wie, że tu jeste­śmy! -?woła Brzy­dal.

-?To tyle, jeśli idzie o uda­wa­nie zde­chłego psa -?mówię.

Zer­kam na broń Thraxy, Zołzę. Zasła­nia ją przede mną cia­łem i bie­gniemy dalej.

Tak się śpie­szymy, żeby dopaść zjeż­dżalni w głów­nym kory­ta­rzu, że pra­wie zde­rzamy się z inży­nie­rami wypa­da­ją­cymi ze swo­ich koszar. Więk­szość ma na sobie tylko polowe napier­śniki, wciąż pory­so­wane i powgnia­tane po wędrówce przez Pust­ko­wie Ladona. Zabie­ram napier­śnik jed­nemu z nich i przy­wo­łuję dwa tuziny ludzi. Odsy­łam Thraxę, żeby dowo­dziła dwiema bate­riami dzia­łek EM, a sam ruszam bro­nić han­garu.

-?To ja powi­nie­nem mieć brzy­twę! -?wołam, gdy się roz­sta­jemy.

Thraxa wybu­cha dud­nią­cym śmie­chem.

-?Już mia­łeś!

Mia­łem. Bra­kuje mi poda­runku od żony. Kara­biny są w porządku, ale nie cier­pię, kiedy jestem zdany na łaskę jako­ści zbroi prze­ciw­nika. Lepiej ude­rzać z bli­ska, kiedy śmierć jest pewna.

-?Dostrze­gli nas? -?pytam przez radio. -?Brzy­dal?

Nie odpo­wiada. W han­ga­rze zastaję Har­nas­susa i paru Poma­rań­czo­wych szy­ku­ją­cych się do ostrzału zza bary­kady. Har­nas­sus stara się, żeby jego głos nie zdra­dzał stra­chu.

-?Pierwsi wypadną Obsy­dia­nowi ber­ser­ko­wie -?mówi, gdy do niego dołą­czam.

-?Brzy­dal? Potrzebny mi raport -?pró­buję nawią­zać łącz­ność. -?Są już w zasięgu naszych dzia­łek EM? Brzy­dal?

-?Prze­sy­łają wia­do­mość -?odpo­wiada.

Pauza. Serce mi łomo­cze. Działka EM namie­rzają cel. A potem Brzy­dal wybu­cha śmie­chem.

-?Niech mnie szlag. -?W końcu mu odwa­liło? Tak samo jak Orion? Jak Sevro? -?Sze­fie, powiedz Thrak­sie, żeby wylu­zo­wała przy dzia­łach. Niech nie strzela! To nasi. Zbłą­kany Pod­bró­dek przy­pro­wa­dził przy­ja­ciół.

***

Dewa­sta­tor wysuwa pępo­winę, żeby połą­czyć się z bazą. Żoł­nie­rze gro­ma­dzą się przy ślu­zie. Col­lo­way Char pierw­szy scho­dzi z pokładu. Har­nas­sus, Thraxa i ja cze­kamy na niego. Brzy­dal nie raczył się zja­wić.

Zamiast pochy­lić smu­kłe ramiona i ruszyć pro­sto do mnie, naj­lep­szy pilot Repu­bliki zwal­nia. Jest chudy jak patyk, ciemna skóra jego twa­rzy jest tak napięta, że widać każdy szcze­gół czaszki. Kiedy patrzy po ludziach, nie ma w jego spoj­rze­niu typo­wej zmę­czo­nej pobłaż­li­wo­ści, tylko harda wład­czość. Char ni­gdy nie lubił brać na sie­bie odpo­wie­dzial­no­ści, ja jed­nak mia­łem nadzieję, że pew­nego dnia sta­nie się przy­wódcą. Ta prze­miana zaczęła się w Helio­po­lis po śmierci Orion, ale osta­tecz­nie doko­nała się pod moją nie­obec­ność.

-?Przy­le­cia­łeś z flotą Tele­ma­nu­sów? -?woła do niego Czer­wony inży­nier.

-?Czy Mars padł? -?krzy­czy Brą­zowy strze­lec z zardze­wia­łymi mody­fami w rękach i wybla­kłymi od słońca oczami.

Col­lo­way staje nad nim.

-?Czy Mars padł? Czy Mars padł? -?szy­dzi. -?Gdzie twoja wiara, Mar­sja­ni­nie? Mars trwa! Jak zawsze.

Żoł­nie­rze wiwa­tują z tak ogromną ulgą, że brzmi to wręcz jak lament. Char idzie przez tłum i pró­buje zasa­lu­to­wać, zanim zamknę go w obję­ciach. Czub­kiem głowy nawet nie sięga mi do pod­bródka. Myśla­łem, że wychu­dłem, ale przez ska­fan­der czuję jego łopatki. Za nim kil­ku­dzie­się­ciu Nie­bie­skich i Sza­rych wysiada ze statku i szuka przy­ja­ciół wśród mojej bandy. Odsu­wam się od Chara. Kiedy już wita się z Thraxą i Har­nas­su­sem, wypa­lam:

-?Vir­gi­nia. Żyje? A Pax?

Odwraca się do mnie z miną znu­żo­nego roz­bitka, który widział zbyt dużo, żeby myśleć o ludziach zna­nych nam daw­niej w domu jak o czymś wię­cej niż tylko mgli­stych poję­ciach. Po chwili kiwa głową.

-?Vir­gi­nia żyje -?mru­czy. -?Rzą­dzi z Agei. Nie wiem, co z twoim synem.

Łapię się jego ramie­nia, żeby nie stra­cić rów­no­wagi.

-?Trzy dni temu widzia­łem Vir­gi­nię, jak prze­ma­wiała -?dodaje. -?Vic­tra stała obok niej. Tak samo jak Kavax i Niobe, i twój brat, Kie­ran. Jest teraz arcy­gu­ber­na­to­rem.

Emo­cje pra­wie ści­nają mnie z nóg; walą we mnie z mocą roz­pa­czy. Odbiera mi głos.

-?Kie­ran? A co się stało z Rollo? -?pyta Har­nas­sus.

-?Rollo został zamor­do­wany kilka mie­sięcy temu -?odpo­wiada Char.

Tak bar­dzo przy­wy­kłem do śmierci, że nawet powieka mi nie drgnie.

Arcy­gu­ber­na­tor Kie­ran. Prze­dziwne. Nie mogę wyobra­zić sobie mojego skry­tego, uprzej­mego brata na urzę­dzie, który kie­dyś zaj­mo­wał Nero au Augu­stus.

-?Powiedz wię­cej. Od mie­sięcy sie­dzimy tu odcięci od świa­tów. Co jesz­cze? -?dopy­tuję się, już pijany, ale pra­gnę wię­cej.

-?Nie­wiele. Układ zmie­nił się w ciemną zupę. Albo to jakaś nowa broń Zło­tych, albo coś naszego. Albo coś z Obrzeża? Coś od Żywego Sre­bra? Kto wie. Roz­wala czuj­niki i prze­kazy radiowe stąd aż po Pas. Wszę­dzie latają fał­szywe sygna­tury. Sło­neczne roz­bły­ski. Lasery zała­twiają tele­skopy. Drony fru­wają z ato­mów­kami. Dodaj do tego wiru­jące wszę­dzie potrza­skane kadłuby i masz chaos. Wal­czymy, chyba, ale można bez­piecz­nie orzec, że nie wygry­wamy tej wojny. Obrzeże ude­rzyło z całą mocą.

-?Kto dowo­dzi? -?pyta Har­nas­sus.

-?Helios ma armadę Pył, a Dido Smoka -?odpo­wiada Char.

Patrzymy po sobie z Thraxą. Obrzeże spro­wa­dziło dwie z trzech głów­nych armad. Helios to też kiep­ska wia­do­mość. Jest ich naj­lep­szym gwiezd­nym dowódcą. Twardy jak stal wete­ran, ponad dwa razy ode mnie star­szy i ponad dwu­krot­nie bar­dziej doświad­czony.

-?A Żywe Sre­bro? Wró­cił na Marsa? -?pytam.

Char marsz­czy brwi.

-?Mówi się, że porzu­cił wojnę.

Gapię się na niego z nie­do­wie­rza­niem.

-?Porzu­cił? Prze­cież to on ją zaczął, do spółki z Fitch­ne­rem.

Wydaje się, że Col­lo­way wręcz z pogardą reaguje na moją nie­wie­dzę.

-?Sefi też nie żyje. Ojciec Ragnara zafun­do­wał jej krwa­wego orła.

Wytrzesz­czam oczy. Czy on w ogóle mówi we wspól­nym?

-?Rzą­dzi Obsy­dia­no­wymi i wykradł z floty Volk to, co naj­lep­sze, zanim uciekł z Marsa.

Thraxa i ja znowu patrzymy po sobie. Jest cała pokryta tatu­ażami Obsy­dia­no­wych.

-?Ojciec Ragnara powi­nien być potwor­nie stary. O ile w ogóle żyje.

-?Impo­stor -?szy­dzi Thraxa. -?Ucie­kli z Marsa? Nie­ścięty też?

Nasze pyta­nia przy­gnia­tają Chara.

-?Nie­ważne -?war­czę. -?Co z Sevro? Gdzie jest?

Thraxa pry­cha pogar­dli­wie, o wiele bar­dziej zain­te­re­so­wana Obsy­dia­no­wymi.

Char nie odpo­wiada. Dzieli nas dystans. Potę­pie­nie.

-?Myśla­łem, że nie żyjesz. Powie­dzieli, że nie żyjesz. Prze­myt­nicy, któ­rzy zabrali nas z Mer­ku­rego. Wszy­scy myślą, że nie żyjesz -?tłu­ma­czy. -?Wyglą­dasz, jak­byś był na wpół mar­twy.

Ogar­nia mnie smu­tek. Jak­bym był porzu­cony. Prze­sta­rzały. Zapo­mniany.

-?Nie mia­łem pew­no­ści, czy kto­kol­wiek jesz­cze wyrwał się z Mer­ku­rego - mru­czę. Zer­kam za niego. -?Nie widzę z tobą Rhonny.

-?Fakt.

Gula mi rośnie w gar­dle. Kiedy ostat­nim razem widzia­łem bra­ta­nicę, Lysan­der roz­trza­skał jej twarz, tuż po tym, jak strze­lił Ale­xan­drowi w głowę. Spusz­czam wzrok. Jak powiem Kie­ra­nowi, że porzu­ci­łem jego córkę? Arcy­gu­ber­na­to­rowi Kie­ra­nowi.

-?Jej prom nie dotarł do Gwiazdy Zaran­nej przed impul­sem elek­tro­ma­gne­tycz­nym -?mówi Char. -?Spa­dła gdzieś w mie­ście. Ucie­kli­śmy tylko dzięki temu, że kadłub osło­nił część pro­mów sztur­mo­wych w Gwieź­dzie przed dzia­ła­niem impulsu. Nie mogli­śmy dotrzeć na orbitę, więc ukry­li­śmy się w górach, aż udało nam się wyna­jąć prze­myt­ni­ków żelaza, któ­rzy prze­szmu­glo­wali nas z pla­nety. Ukra­dli­śmy dewa­sta­tor prze­myt­ni­kom, któ­rzy wcze­śniej wykra­dli go z floty Votum. Jest bar­dziej poobi­jany, niż wygląda. Połowa dział prze­pa­dła. Pan­cerz poła­tany. Ma jed­nak trans­pon­der Votum i lata jak wście­kły. Powi­nien wystar­czyć, żeby zabrać nas do domu.

-?Ilu was jest? -?pyta Har­nas­sus.

-?Dwa tysiące jede­na­stu. Wszy­scy, któ­rych zdo­ła­li­śmy zabrać z Helio­po­lis. Na dewa­sta­to­rze jest wię­cej miej­sca. Ale zebrało się nas cał­kiem sporo. Mam nadzieję, że zgro­ma­dzi­li­ście jedze­nie.

-?Stare racje woj­skowe -?mówię. -?Całe mnó­stwo.

Spo­gląda w przej­ścia na tyłach han­garu.

-?To wszy­scy wasi ludzie?

Kiedy kiwam głową, nie wygląda na roz­cza­ro­wa­nego. Wygląda na wście­kłego. Czuję cię­żar jego oskar­że­nia.

-?Byłeś na Mer­ku­rym przez wiele tygo­dni -?zaczy­nam. -?Reszta naszych legio­nów, wszy­scy ci, do któ­rych nie mogli­śmy dotrzeć... Co się z nimi stało?

Patrzy badaw­czo w moją twarz.

-?A obcho­dzi cię to?

Mniej by zabo­lało, gdyby po pro­stu dźgnął mnie nożem.

Thraxa ude­rza go pal­cem w pierś.

-?Twój arcy­im­pe­ra­tor zadał ci pyta­nie, Char.

Nale­żymy teraz do dwóch róż­nych ple­mion. Mrużę oczy. Jak bar­dzo Char pra­gnie naszego jedze­nia?

-?Rzeź. -?Odwraca wzrok. Jego smu­tek jest oskar­że­niem rzu­co­nym moim zmru­żo­nym oczom. -?Tych, któ­rzy nie umarli z głodu w Gwieź­dzie Zaran­nej albo nie zostali pożarci przez ogary Ata­lan­tii, Atlas kazał pona­bi­jać na pale. Od Helio­po­lis aż po Tyche. Resztę wysłał do kopalni żelaza nale­żą­cej do Votum. Widzia­łem to z powie­trza. Widzia­łem drogę, którą wyty­czyli.

Od Helio­po­lis po Tyche. Powi­nie­nem był zabić Atlasa, kiedy mia­łem go w gar­ści. Powi­nie­nem był zabić Lysan­dra. Czy za każdą łaskę zostanę uka­rany?

-?Żad­nych wiwa­tów na cześć boha­tera chwili i wykra­dzio­nego przez niego helu? -?dobiega patry­cju­szow­ski głos z pępo­winy.

Thraxa rzuca pół­gło­sem wymyślne prze­kleń­stwo. Par­szywy Bel­lona wycho­dzi ze statku i ze zło­tymi lokami błysz­czą­cymi w ponu­rym świe­tle han­garu pozuje jak pyszny mistrz brzy­twy wcho­dzący do Krwa­wego Kręgu przy wtó­rze okrzy­ków omdle­wa­ją­cych, roz­mi­ło­wa­nych w nim Pik­sów. Kiedy wita go tylko cisza, wzdy­cha roz­cza­ro­wany i pod­cho­dzi do mnie non­sza­lanc­kim kro­kiem. Nie­sie cztery kani­stry prze­two­rzo­nego wyso­ko­ga­tun­ko­wego helu. Mają pie­częć orła domu Bel­lona.

Mimo że Cas­sius jest wręcz obrzy­dli­wie przy­stojny, mie­rzy ponad sie­dem stóp wzro­stu, jest zbu­do­wany jak bok­ser wal­czący w ultra­Gra­wi­ta­cji i pre­zen­tuje się olśnie­wa­jąco w sza­rej pele­ry­nie podróż­nej, wzrok wszyst­kich sku­pia się na idą­cej za nim sma­głej kobie­cie. Aurae ma co prawda na sobie brudny kom­bi­ne­zon członka załogi i nosi pisto­let, ale odstaje od nas, pry­mi­tyw­nych żoł­nie­rzy, jak orchi­dea przy­pięta do pasa z nabo­jami, i to nie tylko dla­tego, że ona i Cas­sius wciąż mają włosy.

Aurae to rzadki typ Różo­wej. To nie tania pod­nieta z aniel­skimi skrzy­dłami, rogami albo jedwa­bi­stym ogo­nem, która czeka na klienta w Per­ło­wym Klu­bie. To także nie Helena Tro­jań­ska -?kosz­towne cacko naj­wyż­szej jako­ści, jakie można by zoba­czyć uwie­szone u ramie­nia Ata­lan­tii albo Apol­lo­niusa. Aurae jest heterą Raa, pięk­no­ścią z cie­nia i pyłu, z jesienną tra­ge­dią wpi­saną w rysy. Twarz ma pocią­głą. Skórę o odcień ciem­niej­szą od oliw­ko­wej. Włosy gęste, falu­jące i tak czarne, że aż nie­bie­skawe, cho­ciaż ni­gdy nie wydaje się, żeby dwa razy przy­brały ten sam odcień albo były tak samo zaple­cione. Nie spo­sób odgad­nąć jej wieku. Nie­któ­rzy przy­pusz­czają, że ma czter­dzie­ści lat, inni - trzy­dzie­ści, a jesz­cze inni, że dwa­dzie­ścia. Jej oczy zaprze­czają tej ostat­niej moż­li­wo­ści. Są sze­roko roz­sta­wione, ciem­no­ró­żowe i przed­wieczne.

Moi żoł­nie­rze mogą oczer­niać Aurae i plot­ko­wać na jej temat, ale kiedy widzą jej smu­kłe ręce ugi­na­jące się pod cię­ża­rem jed­nego kani­stra helu 3, kil­ku­na­stu męż­czyzn i nie­wiele mniej kobiet rzuca się, żeby jej pomóc. Thraxa odpy­cha ich wszyst­kich i bie­rze kani­ster. Har­nas­sus pró­buje uda­wać, że nie jest zazdro­sny o deli­katny uśmiech, który posyła jej Aurae.

Przy­wy­kły do takich reak­cji Cas­sius prze­wraca oczami i teatral­nym gestem odsta­wia cztery kani­stry na pod­łogę. Kła­dzie na jed­nym z nich stopę i opiera przed­ra­miona na kola­nie.

Patrzę na hel i wyobra­żam sobie, jak obejmę Vir­gi­nię, gdy tylko wysiądę z Archi­me­desa w Agei.

-?Moi łaskawi pano­wie, naj­lep­szy dostępny na rynku mar­sjań­ski hel 3, dzięki wspar­ciu mojej matki i jej prze­myt­ni­czej dzia­łal­no­ści w Gwiezd­nej Fak­to­rii. Zawsze lubi­łem pod­wę­dzać jej drobne z port­mo­netki. Patrz­cie: oto zefir, który zabie­rze was do domu. -?Mruży oczy. -?Pod warun­kiem, że nie zamę­czy­łeś mojego statku tak, że już się nie da go napra­wić. -?Zerka na Col­lo­waya, który robi zbo­lałą, ura­żoną minę. -?Powie­dzia­łeś mu, Char? Oczy­wi­ście, że nie, wszystko spada na mnie. Typowe.

-?Co miał mi powie­dzieć? -?pytam.

Cas­sius wzdy­cha.

-?Cho­dzi o Sevro. Żyje. Gorzej nawet. Paskudna sprawa. Został sprze­dany na aukcji zor­ga­ni­zo­wa­nej przez Syn­dy­kat dla śmie­tanki towa­rzy­skiej.

-?Sprze­dany -?powta­rzam. -?Komu?

Cas­sius się krzywi.

-?Ta część naprawdę ci się nie spodoba.

Rozdział 4. Darrow. Paskudna sprawa

4

Dar­row

Paskudna sprawa

Holo­gram wypeł­nia więk­szą część mojej kwa­tery.

Męż­czy­zna wisi w powie­trzu w domu aukcyj­nym Syn­dy­katu. Jest nagi, wychu­dzony, pokryty tatu­ażami i bli­znami. Głowę zakrywa mu ogromny hełm w kształ­cie wil­czego łba. Kiedy bla­do­oki licy­ta­tor Syn­dy­katu macha ręką, hełm otwiera się i unosi w powie­trze, odsła­nia­jąc brzydką, zrzę­dliwą twarz, która zna­czy dla mnie wię­cej niż moje wła­sne ciało.

Sevro.

Miłość rzadko przy­spa­rzała mi tak czy­sto fizycz­nego bólu.

W Czer­wo­nych oczach Sevro odma­lo­wuje się prze­lotna kon­ster­na­cja. To te same oczy, które Mic­key Rzeź­biarz wyjął ze mnie, żeby na ich miej­sce wło­żyć Złote. A potem -?ból, gdy dociera do niego, gdzie się znaj­duje. Zwie­sza głowę, zawsty­dzony, zaczyna nią kiwać w przód i w tył. Mimo zła­ma­nego nosa, bar­dziej krzy­wego niż zyg­zak bły­ska­wicy, potar­ga­nych dziko wło­sów, pokie­re­szo­wa­nych uszu i roz­kwa­szo­nych ust, mimo dzie­się­ciu lat wojny i tego, co przy­da­rzyło mu się na Lunie i zruj­no­wało jego ciało, widzę tylko dziwne wil­cze szcze­nię, które ura­to­wało mnie i Cas­siusa przed zamar­z­nię­ciem na śmierć w jezio­rze; nasto­let­nią zmorę, która wpa­try­wała się we mnie spod cuch­ną­cej wil­czej skóry, na wpół gotową ucie­kać, na wpół marzącą o tym, żeby ktoś ją objął, despe­racko pra­gnącą dowieść swo­jej war­to­ści.

Chło­piec w znisz­czo­nym wojną męż­czyź­nie dyszy ze stra­chu. Z bólem serca patrzę, jak roz­gląda się po sali aukcyj­nej, kiedy wro­go­wie go licy­tują. Licy­tanci zacho­wują ano­ni­mo­wość. Holo­gra­ficzne pro­jek­tory ukry­wają ich toż­sa­mość, wyświe­tla­jąc -?ze stat­ków kosmicz­nych albo ukry­tych sank­tu­ariów -?posłane do domu aukcyj­nego absur­dalne awa­tary o kształ­tach zwie­rząt i bogów. Sevro nie chce nawet spoj­rzeć swoim opraw­com w oczy.

Ni­gdy nie widzia­łem go tak poko­na­nego.

Obraz prze­ska­kuje i zamiast aukcji widzimy wspa­niałą woj­skową archi­tek­turę. Gwiazdy i odle­głe okręty wojenne lśnią w wylo­cie han­garu oskrzy­dlo­nego przez karia­tydy rodu Car­thii. Mech towa­rowy, w eskor­cie bandy cierni Syn­dy­katu i arbi­tra z Gil­dii Orion, wycho­dzi z paru­ją­cego, szyb­kiego okrętu zdol­nego prze­bić się przez blo­kadę. Mech sta­wia na ziemi kon­te­ner. Czte­rech legio­ni­stów w sza­rych zbro­jach i bia­łych pele­ry­nach z pur­pu­ro­wym bykiem otwiera ogromny zamek. Kon­te­ner roz­kłada się na połowy. Powie­trze wyla­tuje z sykiem.

Wewnątrz wisi Sevro na wie­szaku dla nie­wol­ni­ków. Jego wydatny pod­bró­dek pokrywa broda, która rosła od wielu mie­sięcy. Włosy ma dłu­gie i poprze­ty­kane bielą. Rurki na nie­czy­sto­ści z pomp­kami ciśnie­nio­wymi wiją się z jego wychu­dzo­nego brzu­cha w dół, do pla­sti­ko­wych wor­ków. Prze­wie­ziono go przy­tom­nego i zakne­blo­wa­nego, zapew­nia­jąc mu led­wie tyle kalo­rii, by nie padł tru­pem. Oczy ma otwarte, prze­krwione. Ze zna­jomą, zmę­czoną nie­na­wi­ścią wpa­truje się w coś poza kadrem holo­gramu.

Roz­lega się pomruk męskiego głosu:

-?Szep­czą, że nie żyjesz. Tak jak mnie zosta­wi­łeś: na pewną śmierć. Ale zdo­by­łem nowe kró­le­stwo. -?Han­gar znika, zastą­piony przez aniel­sko piękną, a zara­zem złą twarz. -?Nie żyjesz, Dar­row? -?Apol­lo­nius au Valii Rath czeka na odpo­wiedź, jakby to wcale nie było nagra­nie, które dla mnie przy­go­to­wał. -?Jeśli nie żyjesz, to ten czas mroku zakoń­czył się skom­le­niem. -?Wygląda na przy­gnę­bio­nego. Rzuca zawzięte spoj­rze­nie w niebo. -?O nie. Ty żyjesz -?mówi do sie­bie, a potem opusz­cza wzrok. Uśmiech wypełza mu na usta. -?Nie możesz nie żyć. Czuję to w swo­ich stwo­rzo­nych do wojny kościach. Nie ma cię jed­nak ani na Mar­sie, ani na Ziemi, ani przy two­jej nie­wzru­szo­nej kobie­cie bro­nią­cej two­jej pla­nety, nie wal­czysz z siłami Heliosa i Ata­lan­tii na czele nie­zrów­na­nej Straży Eklip­tycz­nej. Musisz więc ukry­wać się, słaby i ranny. Prze­my­kasz wśród cieni jak mysz w ciem­no­ści. Młody Ajax, syn Ai, poszko­do­wany i nie­ustra­szony, pra­gnie two­jej krwi. Tak samo pra­gnie jej Obrzeże, ich mistyczni myśliwi i ich nie­zrów­nany przy­wódca: Dio­me­des, Rycerz Burzy. Zła­pią cię, jeśli pole­cisz na Marsa, myszko. Cze­kają w zasadzce. Sprytni, cier­pliwi, głodni. Ni­gdy nie pozwolą ci popro­wa­dzić kolej­nej armii. Lepiej przy­leć do mnie. Lepiej spędź czas ze mną.

Patrzy na mnie tak, jak mógłby spoj­rzeć smok na wieść o odle­głym skar­bie: zachłanny, zdra­dziecki, urze­czony. Prze­suwa języ­kiem po zębach.

-?Aby cię sku­sić, naby­łem two­jego kun­dla za nie­małą sumkę. Na Lunie źle go trak­to­wano. Udzielę mu dzie­więć­dzie­się­ciu dni wytchnie­nia i god­no­ści w moim domi­nium, ale dzie­więć­dzie­sią­tego pierw­szego dnia zosta­nie ode­słany do Wiszą­cego Kolo­seum w Stocz­niach Wenu­sjań­skich, jak to czy­niono daw­niej z jeń­cami Car­thii. I tak jak dawni Car­thii ja i moi goście zapo­lu­jemy na niego na skrzy­dla­tych ruma­kach, zatkniemy jego głowę na włócz­nię i nakar­mimy jego narzą­dami wojenny stos.

Zamyka oczy, jakby wyobra­żał sobie wiatr we wło­sach, kiedy dosią­dzie pegaza Car­thii, zapach palo­nego ciała, gdy będzie śmiał się z przy­ja­ciółmi przy ogniu ofiar­nym. A kiedy znów je otwiera, błysz­czą sza­leń­stwem.

-?Chyba że przy­bę­dziesz do mnie. Chyba że przy­bę­dziesz i zde­cy­du­jemy wresz­cie, kto jest myśli­wym, a kto zwie­rzyną. Do tego czasu, mój szla­chetny prze­ciw­niku, per aspera ad astra.

Świa­tło holo­gramu bled­nie, a potem nagra­nie odtwa­rza się od początku, zapę­tlone w nie­skoń­czo­ność. Brzy­dal zatrzy­muje obraz. Har­nas­sus, Thraxa i Col­lo­way gar­bią się w ciem­no­ści wokół mojego stołu śnia­da­nio­wego. Brzy­dal dra­pie się po kiku­cie nogi. Cas­sius ze skrzy­żo­wa­nymi na piersi rękami opiera się o drzwi i mnie obser­wuje. U jego stóp sie­dzi Aurae. Ma zamknięte oczy.

-?Skąd masz to gówno? -?pyta ostro Brzy­dal. Patrzy na Cas­siusa i wytyka pal­cem Aurae. -?Twoja syrena to wycza­ro­wała?

Nawet Har­nas­sus uważa, że to idio­tyczny pomysł. Aurae nie raczy nawet otwo­rzyć oczu, żeby zare­ago­wać na oskar­że­nie.

-?Co ona w ogóle robi w tym pokoju? -?dopy­tuje Brzy­dal.

-?Mogę wyjść -?odpo­wiada Aurae.

-?Walić to -?mówi Cas­sius. -?Po tym, co prze­szli­śmy, żeby ukraść hel, powin­ni­ście cało­wać nas po nogach -?zawie­sza głos. -?Mniej­sza z tym, pew­nie spra­wi­łoby to wam przy­jem­ność, psy­chole. Jed­nak w odpo­wie­dzi na zapy­ta­nie: nie dosta­łem tej wia­do­mo­ści od Apol­lo­niusa. Sza­lony łaj­dak trans­mi­to­wał ją ze Stoczni Wenu­sjań­skich przez dwa mie­siące. Z powodu pól zakłó­ca­ją­cych wychwy­ci­łem prze­kaz na trzy dni przed tym, jak Gwiezdna Fak­to­ria spik­nęła mnie z Col­lo­wayem.

-?Czyli natkną­łeś się na nią przy­pad­kiem -?szy­dzi Brzy­dal.

Cas­sius nie traci poczu­cia humoru.

-?Po tym, jak Jeźdźcy Pyłu Raa pokro­ili mnie na pla­sterki, zła­ma­łem słowo dane Dio­me­de­sowi au Raa, prze­le­cia­łem w dzi­kim pędzie przez połowę Układu, żeby prze­bić się przez Armadę Popielną do strefy wojen­nej, ura­to­wać Dar­rowa, a potem powtór­nie przedar­łem się przez Armadę Popielną pod ostrza­łem Anni­hilo, tak, tak, ni mniej, ni wię­cej, jak Anni­hilo wła­śnie, sprzy­mie­rzy­łem się z Mino­tau­rem, nadę­tym zbi­rem kom­pen­su­ją­cym sobie nędzne pocho­dze­nie, któ­rego nie widzia­łem, odkąd nafa­sze­ro­wany lek­sa­miną i tru­ci­zną z roz­dymki cyto­wał Mil­tona w mar­sjań­skim bur­delu czter­na­ście lat temu? -?Macha ręką jak kot łapą. -?Daj spo­kój... Jeśli tak bar­dzo chcesz mnie obra­zić, to przy­naj­mniej okaż mi tyle sza­cunku, żeby mówić do rze­czy.

-?Sza­cu­nek. -?Brzy­dal odchyla głowę w tył i śmieje się. -?Tę war­tość wła­śnie wpo­iłeś swo­jemu lubu­ją­cemu się w palo­wa­niu pro­te­go­wa­nemu, Dzie­dzi­cowi Sile­niusa? Sza­cu­nek! Ha!

Na wspo­mnie­nie o Lysan­drze uśmiech Cas­siusa znika.

-?To Atlas nabija na pale two­ich żoł­nie­rzy, nie Lysan­der. To nie w jego stylu.

-?Och, my znamy jego styl -?mówi Thraxa. -?Rhonna. Bra­ta­nica Dar­rowa. To nie Atlas zmiaż­dżył jej twarz. To twój chło­pak to zro­bił. Po tym, jak strze­lił Ale­xan­drowi w głowę. Nie w walce. Przy drinku.

Cas­sius marsz­czy czoło.

-?Ale­xan­dar au...

-?Arcos -?koń­czy chłodno Col­lo­way. Po raz pierw­szy, odkąd przy­je­chał, widzę, że patrzy na mnie z odro­biną współ­czu­cia. -?Był arcy­lan­sje­rem Dar­rowa. Aro­gancki dupek, ale naj­lep­szy żoł­nierz, z jakim kie­dy­kol­wiek słu­ży­łem. Koniec, kropka. Zapro­po­no­wał Lysan­drowi poje­dy­nek. Lysan­der odmó­wił i z bli­ska odstrze­lił mu głowę. Wła­snemu kuzy­nowi.

Cas­siu­sowi rzed­nie mina. Arcy­lan­sje­rzy czę­sto są rów­nie bli­scy impe­ra­to­rowi jak jego wła­sne dzieci. Poczu­cie winy na jego twa­rzy jest powo­dem, dla któ­rego mu o tym nie powie­dzia­łem. To nie była jego wina. Nie chcę jego współ­czu­cia.

Bra­kuje mi Ale­xan­dra. Nam wszyst­kim. Dla­tego robi nam się tak nie­do­brze, gdy oglą­damy Sevro wysta­wio­nego na aukcji.

Har­nas­sus pod­cho­dzi do mnie i zaga­duje deli­kat­nie:

-?Dar­row, wiem, że nikt nie chce tego powie­dzieć na głos, więc ja to zro­bię. Nic tu nie zdzia­łamy. Znaj­du­jemy się miliony kilo­me­trów za liniami wroga. Dzięki Bel­lo­nie mamy hel i wła­śnie koń­czymy naprawę reak­tora Archi­me­desa. Powin­ni­śmy pomknąć na Marsa, póki możemy.

Patrzę na obraz Sevro. Stocz­nie Wenu­sjań­skie nie są wcale tak daleko. Sevro jest bli­sko. Bli­żej niż myśla­łem.

Miłość do Sevro czy nie­na­wiść do roga­tego? Co mnie tak przy­ciąga niczym gra­wi­ta­cja?

-?Dla­czego prze­trwa­li­śmy na Mer­ku­rym? -?pytam. Nikt nie odpo­wiada. Roz­glą­dam się po pokoju. -?Dla­czego prze­trwa­li­śmy w tym wię­zie­niu?

-?Dar­row, jesz­cze nie prze­trwa­li­śmy. Nie, dopóki nie dotrzemy do domu - wtrąca się Har­nas­sus. -?Każ­dego dnia doda­wa­łeś nam otu­chy, mówiąc, że dom wkrótce znaj­dzie się w naszym zasięgu. Teraz jest. Teraz masz szansę wró­cić do naszych sił. Do Vir­gi­nii... Do swo­jego syna.

Opie­ram się temu nur­towi, bo czuję, jak wciąga mnie inny, nowy.

-?Prze­trwa­li­śmy, żeby coś zmie­nić w tej woj­nie -?odpo­wia­dam im. -?Walka o Marsa zaczyna się na Wenus. Statki Armady Popiel­nej pocho­dzą z jed­nego miej­sca i tylko z jed­nego: ze Stoczni Wenu­sjań­skich. Ata­lan­tia zdra­dziła Apol­lo­niusa i wydała go nam. Ten czło­wiek jest pato­lo­gicz­nie pamię­tliwy. Zatem Ata­lan­tia zosta­wiła mu te stocz­nie tylko z jed­nego powodu: ponie­waż wie­rzy, że jest zdolny i gotowy, żeby je znisz­czyć. Zosta­wi­łem Apol­lo­niusa z rap­tem garstką ludzi, co ozna­cza, że tylko na kilka spo­so­bów może sta­no­wić tak wiel­kie zagro­że­nie. Bomby, zga­dza się? To stwa­rza dla nas oka­zję.

Har­nas­sus bled­nie.

-?Dar­row... nie możesz...

-?Czemu nie?

-?Spójrz na nas. Spójrz na sie­bie. Led­wie się trzy­mamy.

-?Ale wciąż się trzy­mamy. -?Zer­kam na Chara. -?Tylko na wpół mar­twi.

Char ma dość.

-?Moje dary należą do Repu­bliki. Nie będę mar­no­wał ich na twoją kolejną misję samo­bój­czą, Dar­row.

Wstaje, zapala szluga i wycho­dzi.

Pio­ru­nuję wzro­kiem jego plecy. Przy­naj­mniej zdo­był jedze­nie.

Thrak­sie może nie podo­bać się brak taktu Col­lo­waya, ale zga­dza się z nim.

-?Dar­row, całe szczę­ście, jakie mie­li­śmy, zuży­li­śmy na Mer­ku­rym. Ponie­waż Orion nie żyje, ty musisz pokie­ro­wać flotą. Naszym prio­ry­te­tem jest powrót do domu.

Tylko Brzy­dal się nie ode­zwał. Urazę do Sevro zastą­pił skrajny smu­tek. Może mieć mu różne rze­czy za złe, ale kocha swo­jego przy­ja­ciela. Mimo to kręci głową, bła­ga­jąc, żebym nawet o tym nie myślał.

Patrzę na pozo­sta­łych. Widzia­łem dość straj­ków gło­do­wych w kopal­niach, by wie­dzieć, jak bar­dzo są zła­mani. Zarządca Pod­gi­nus udałby, że zga­dza się na ich warunki. Przy­szedłby z jedze­niem. Pie­czone kur­czaki, świeży chleb, kawały ste­ków błysz­czące od tłusz­czu. A potem zna­la­złby jakiś szcze­gół for­malny. Wzdy­chałby. Pomru­ki­wał. Pochrzą­ki­wał. I wyco­fałby się z umowy. Wystar­czyłby tylko dzień albo dwa, zanim pierw­szy straj­ku­jący prze­kro­czy­liby gra­nicę. Ludzie mogą znieść wszystko z wyjąt­kiem takich przed­wcze­snych trium­fów. Przed­wcze­sne triumfy łamią czło­wieka. Moi przy­ja­ciele zła­mali się, kiedy tylko Cas­sius zja­wił się z helem.

Moje serce czę­sto jest z żelaza, ale topi się dla zła­ma­nych.

Będą pró­bo­wali poko­jo­wego buntu. Czuję to w powie­trzu. Kochają mnie, ale mnie powstrzy­mają. Nie mogę pozwo­lić, żeby poto­czyło się to tak samo jak z Wul­fga­rem. Dla­tego udaję, że się pod­daję.

-?Jestem zmę­czony. Daj­cie mi noc na zasta­no­wie­nie się. W porządku?

-?Oczy­wi­ście -?mówi Har­nas­sus z ulgą. -?Wiesz, ile Sevro zna­czy dla nas wszyst­kich.

Brzy­dal kiwa głową i ociera oczy. Thraxa ści­ska mi ramię meta­lową ręką.

Znowu wpa­truję się w Sevro, kiedy moi przy­ja­ciele wycho­dzą. Jego twarz zamarła w chwili, w któ­rej zdaje sobie sprawę, że jest licy­to­wany na aukcji. Dokład­nie w tym momen­cie, gdy dociera do niego, że jest kawał­kiem mięsa.

Roz­ma­so­wuję obo­lałą lewą rękę, nie­na­wi­dząc swo­jej sła­bo­ści.

-?Wszystko pierw­szo­rzęd­nie? -?pyta Cas­sius.

Odwra­cam się. W swoim sku­pie­niu nie zda­łem sobie sprawy, że on i Aurae zostali. Opiera się o ścianę obok drzwi i obser­wuje mnie z cie­nia. Aurae na­dal ma zamknięte oczy, jej twarz wyraża zadumę, myślami jest gdzieś daleko. Nie odpo­wia­dam i odwra­cam się z powro­tem do Sevro. Zasta­na­wiam się.

-?Jest na to lekar­stwo -?mówi Cas­sius i wyj­muje butelkę z ple­caka. Nalewa sobie solidną por­cję, wypija i nalewa następną. -?Dla­czego nie powie­dzia­łeś mi o Ale­xan­da­rze i Rhon­nie?

-?Nie uzna­łem tego za istotne. Potrze­bu­jesz cze­goś?

Po chwili odchrzą­kuje.

-?Zanim to wszystko się wyda­rzyło, kiedy Olim­pia była świa­tłem prze­wod­nim, a gwiazda mojego ojca wscho­dziła, miał dla mnie czas. Dla­tego posta­no­wił zabrać mnie na moje pierw­sze polo­wa­nie...

-?Cas­siu­sie, cie­szę się, że tu jesteś, naprawdę, ale nie jestem w tej chwili zain­te­re­so­wany two­imi naukami.

-?Wciąż pamię­tam, jak udzie­li­łem ci pierw­szej lek­cji.

Odwra­cam się.

-?Słu­cham?!

-?Zosta­wi­łem cię w bło­cie z dziurą w brzu­chu... -?Nalewa alko­hol do dru­giego kubka i pod­suwa mi go po stole. Wypi­jam. -?Bo ja byłem poje­dyn­ko­wi­czem, a ty nie. Nie tak naprawdę.

-?Jak tam twoja ręka? Wiesz, ta, którą ci odcią­łem na gali?

Uśmie­cha się.

-?Widzisz, bar­dzo wiele się spo­dzie­wa­łem po swoim pierw­szym polo­wa­niu. Ala­ba­strowy jeleń, trzy­dzie­sto­szó­stak, zawę­dro­wał na nasze zie­mie.

Wzdy­cham, ale daję mu mówić.

-?Pod­czas tro­pie­nia wyobra­ża­łem sobie, jak pad­nie z mojej ręki. Ja spoj­rzę na jele­nia, on spoj­rzy na mnie i poczuję coś trans­cen­den­tal­nego, wza­jemną zgodę na wielką pogoń. Jeleń uciek­nie, szybki i prze­bie­gły. Ja ruszę za nim. W biegu strzelę z łuku. Tra­fię go w pół susa, ide­al­nie w serce. I prze­pełni mnie radość, bo zetrę się z jele­niem na rów­nych zasa­dach i dam mu wspa­niałą, szla­chetną śmierć, na którą zasłu­guje. On ze swo­jej strony poczuje przy­naj­mniej pewną satys­fak­cję, bo pad­nie z ręki dra­pież­nika dorów­nu­ją­cego jego maje­sta­towi. Zamiast tego dopa­dłem go przy wodo­poju. Źle oce­ni­łem wiatr i strzał był fatalny. Mój jeleń czmych­nął w las, oka­le­czony, ale wciąż nie umie­ra­jący. Wytro­pi­li­śmy go i zna­leź­li­śmy osiem godzin póź­niej, kiedy wlekł się po wul­ka­nicz­nych ska­łach. Prze­szedł po nich trzy kilo­me­try. Widać było odsło­nięte żebra w miej­scu, gdzie skóra została zdarta. Ni­gdy nie zapo­mnę miny mojego ojca.

Aurae otwo­rzyła oczy; nie podo­bała jej się ta opo­wieść. Cas­sius tego nie zauwa­żył. Popa­trzyła na mnie i prze­szyła mnie badaw­czym wzro­kiem.

-?Widzisz, ty myślisz, że Mino­taur cię sza­nuje. Wie­rzysz, że ten sza­cu­nek daje ci prawo do pew­nych przy­wi­le­jów. Ten jeleń miał mój sza­cu­nek. Mimo to pode­rżną­łem mu gar­dło i zawie­si­łem jego głowę na ścia­nie. Apol­lo­nius może marzyć o wiel­kim poje­dynku, ale twoja głowa to jego bilet, żeby wkraść się z powro­tem w łaski Zło­tych. Odbie­rze ci ją każ­dym moż­li­wym spo­so­bem.

-?Sześć lat w Gro­bowcu w Otchłani zmie­nia czło­wieka -?odpo­wia­dam. - Celem Apol­lo­niusa jest doświad­cze­nie, nie sku­tek osta­teczny. Jestem jego uko­cha­nym pupil­kiem. Ten jeleń nie był tobie równy. W każ­dym razie to nie ma zna­cze­nia. Lecę na Marsa.

Cas­sius pro­tek­cjo­nal­nie kiwa głową.

-?Lecę na Marsa, Cas­siu­sie.

-?Powi­nie­neś to zro­bić, ale wcale nie zamie­rzasz -?odpo­wiada.

-?Nie było cię dzie­sięć lat. Nie znasz mnie tak dobrze, jak sobie wyobra­żasz.

Patrzy na Sevro.

-?Pewne rze­czy ni­gdy się nie zmie­niają. Spró­bu­jesz się wykraść, kiedy wszy­scy będą spali. Po Mer­ku­rym nie chcesz zmar­no­wać ani jed­nego życia wię­cej. Dar­row, znam poczu­cie winy jak mało kto. Wiem, że boisz się wró­cić do domu. Ale nie pozwolę ci dać się zabić, nawet dla Sevro.

-?Nie pozwo­lisz?

Uśmie­cha się. W pokoju robi się zimno.

-?Kavax kazał mi cię spro­wa­dzić do domu. Vir­gi­nia czeka na swo­jego impe­ra­tora... i męża.

Naje­żam się na te słowa.

-?Powie­dzia­łeś, że wró­ci­łeś, żeby...

-?Wal­czyć w two­jej woj­nie. Tak. Ale nie żeby zgi­nąć w misji samo­bój­czej.

-?A kto mówi, że to misja samo­bój­cza? -?odzywa się Aurae. Jej głos brzmi, jakby dobie­gał z jaskini wyroczni. Nie ode­rwała ode mnie wzroku, odkąd otwo­rzyła oczy. -?Przed­staw mu swoje powody, Dar­row. Jeśli masz wię­cej niż jeden.

Dociera do mnie, że mam. O wiele wię­cej niż jeden. Two­rzą nurt, który cią­gnie mnie w tym kie­runku. Część mnie chce z nim wal­czyć, wal­czyć z prze­bie­głym wyra­zem twa­rzy Aurae i sło­wami Ścieżki do Doliny. Trudno jed­nak dąsać się, kiedy mar­nie­jesz w oczach.

-?Mam pięć. Po pierw­sze: to jest Sevro i jestem mu to winien. Po dru­gie: te stocz­nie to serce prze­my­słu wojen­nego Zło­tych i jeśli nie zdo­łam oca­lić Sevro, to przy­naj­mniej znisz­czę je i zdo­będę tro­chę czasu dla Marsa. Po trze­cie: kiedy się tam poja­wię, ścią­gnę wszyst­kie spoj­rze­nia na Wenus. Oczysz­czę wam drogę do domu. Po czwarte: Mino­taur sza­nuje mnie bar­dziej niż swo­ich Zło­tych towa­rzy­szy. Cho­ciaż to brzmi dziw­nie, może zdo­łam prze­cią­gnąć go na naszą stronę. Po piąte: Repu­blika potrze­buje iskry. Wołał­bym wró­cić do domu, Cas­siu­sie, zaufaj mi, ale...

-?...ścieżka wie­dzie na Wenus -?mru­czy Aurae. Zer­kam na nią. -?"Wiatr nie zważa na prze­szkody, cho­ciaż bez nich jego ścieżka byłaby cał­kiem inna". -?Uśmie­cha się. -?Czyli moja książka jed­nak prze­trwała w jed­nym kawałku?

Waham się znowu, nie mając ochoty wyra­żać uzna­nia dla książki, którą napi­sali nie­znani mi ludzie i którą dała mi kobieta trzy­ma­jąca moje życie w swo­ich rękach, a mimo to nie­wzbu­dza­jąca we mnie do końca zaufa­nia.

-?Tak, na razie nie prze­ro­bi­łem jej na papier toa­le­towy -?mru­czę.

Cas­sius nie ma poję­cia, o czym mówimy.

-?Byli­ście ze sobą w kon­tak­cie w ciągu ostat­nich tygo­dni? Zacho­wu­je­cie się, jakby nagle połą­czył was wspólny tajny język.

-?A nie jest tak zawsze w przy­padku ludzi, któ­rzy czy­tają te same książki? -?pyta z szel­mow­skim uśmiesz­kiem Aurae. -?Moi ludzie wie­rzą, że tylko pył zna lepiej cię­żar Zło­tych butów niż Czer­woni i Różowi. Wiesz, że Ares był dla moich ludzi boha­te­rem, Cas­siu­sie. Tak samo jego syn. Dla­tego polecę z tobą, Dar­row.

Cas­sius wygląda, jakby wła­śnie dostał rachu­nek z baru, w któ­rym Wyjce bawiły się po uda­nym Desz­czu.

-?Za żadne skarby, psia­krew.

Aurae marsz­czy brwi.

-?Czyż­bym wymie­niła jed­nego pana na dru­giego?

Cas­sius bled­nie.

-?Oczy­wi­ście, że nie. Po pro­stu... nie sądzę, żebyś naprawdę rozu­miała, dokąd Dar­row się wybiera, jak tam dotrze i co tam potem zrobi. Bywa­łem już po dru­giej stro­nie tego rów­na­nia... Jak by to ująć...? Totalna jatka.

-?Bez urazy, Aurae, ale on ma rację -?odzy­wam się. -?Nie zga­dzam się. Apol­lo­nius nie ma zbyt wielu ludzi, to prawda, ale ci nie­liczni zja­dają skor­piony na lunch i uwa­żają, że whi­sky i walka na noże to dzie­ci­nada. Jeśli zrobi się z tego rzeź, wolę nie przy­no­sić ze sobą cie­lę­ciny. Bez urazy.

Aurae wstaje z pod­łogi. Kiedy już stoi, przy­po­mina mi sarnę mar­sjań­ską - wysoka, nie­bez­piecz­nie smu­kła jak więk­szość Różo­wych z Obrzeża. Mógł­bym zmiaż­dżyć jej żebra i prze­bić płuca, wpa­da­jąc na nią pechowo w kory­ta­rzu.

-?Możesz wyłgać się moją kru­cho­ścią, pew­nie, albo możemy przejść do rze­czy. Nie ufasz mi.

-?Nie znam cię...

-?Dar­row. Jestem heterą Raa. Nie­wol­nicą rodu, który żyje na sto­pio­nej skale peł­nej wul­ka­nów, hoduje smoki i zało­żył Kryp­teję. Kryp­teję, nie jakąś agen­cję wywia­dow­czą, tylko kult, który gotowy jest zamor­do­wać każ­dego, kto zagrozi bez­cen­nej hie­rar­chii. Uwierz mi, kiedy ci mówię, że Raa nie hodują stwo­rzeń, które nie mają kłów. Gdy­bym chciała waszej śmierci, już byście wszy­scy nie żyli. Na przy­kład dzięki płat­kom pomor­nicy, które przy­wio­złam ze sobą z Obrzeża i zmie­lone dorzu­ci­ła­bym wam do owsianki, którą wam poda­wa­łam, gdy gnieź­dzi­li­ście się na kory­ta­rzach Archi­me­desa. Albo mogli­by­ście spać tutaj i oddy­chać powie­trzem z cen­trum fil­tra­cji anty­ra­dia­cyj­nej na pozio­mie 7B.

Zer­kamy po sobie z Cas­siu­sem zanie­po­ko­jeni.

Aurae patrzy na nas współ­czu­jąco.

-?Prze­czy­ta­łeś książkę, ale wciąż wal­czysz ze ścieżką. To pew­nie leży w two­jej natu­rze. -?Wzdy­cha. -?Ale nie jestem cie­lę­ciną. Mięso nie potrafi latać. Dzięki Cas­siu­sowi bar­dzo dobrze orien­tuję się teraz w kie­ro­wa­niu Archi­me­de­sem. Będzie­cie potrze­bo­wali pilota, który umoż­liwi wam ucieczkę. I który będzie cze­kał, kiedy ty i Cas­sius wysią­dzie­cie w stoczni.

Cas­sius kręci głową.

-?Aurae...

Ona unosi wyzy­wa­jąco brwi.

-?Pamię­tasz, co mi powie­dzia­łeś, zanim pomo­głam ci uciec z Europy? Pamię­tasz?

Cas­sius zaci­ska zęby. Nie przy­wykł, by Różowa sta­wiała go pod ścianą, zwłasz­cza Różowa, w któ­rej tak ewi­dent­nie się kocha -?i ewi­dent­nie bez wza­jem­no­ści. Pod­daje się bar­dzo teatral­nie.

-?Zatem raz jesz­cze skoczmy w wyłom, przy­ja­ciele.

Aurae ści­ska jego ramię.

-?To także twoja ścieżka, Cas­siu­sie. Ta, którą chcesz kro­czyć. Pamię­tasz?

Cas­sius kiwa głową.

-?Mam zapasy, które chcę zabrać, zanim ruszymy -?dodaje Aurae. - Nie­długo spo­tkam się tu z wami.

Wycho­dzi. Cas­sius prze­cze­suje dło­nią włosy.

-?Co za kobieta.

-?Ty nawet nie lubisz Sevro -?zauwa­żam.

-?Nie, i podej­rze­wam, że zesta­rzał się rów­nie dobrze jak mer­ku­riań­skie mleko latem.

-?Co powie­dzia­łeś wtedy Aurae? Zanim ci pomo­gła na Euro­pie?

Pada na krze­sło i bie­rze do ręki drinka.

-?Wiesz, że zawsze byłem słab­szym czło­wie­kiem, niż chciał­bym przy­znać. Na tym polega mój czar. -?Kręci alko­ho­lem w kubku. -?Prawda jest taka, że ciążą mi potworne wyrzuty sumie­nia z powodu czło­wieka, jakim byłem wcze­śniej. Przed tym wszyst­kim. Nie śmiej się -?dodaje, kiedy pry­cham. - Ja też potra­fię odgro­dzić się murem.

Daję mu mówić.

-?Zawsze chcia­łem być przy­zwo­itym czło­wie­kiem. Ale... cóż, bra­ko­wało mi siły woli, żeby ponieść konieczne ofiary. Byłem tchó­rzem. Bru­talna prawda jest taka, że lubi­łem swoje bogac­two. Lubi­łem... swoje Różowe. Lubi­łem być na szczy­cie. Bel­lona. Czu­łem, że to złe, ale znaj­do­wa­łem wymówki. Mówi­łem, że tak to już jest na świe­cie. Uda­wa­łem, że nie jestem butem na gar­dle Czer­wo­nych albo Różo­wych. Wma­wia­łem sobie, że honor czyni mnie wyjąt­ko­wym; że jestem jed­nym z tych "dobrych" tyra­nów. Myślę, że honor stwo­rzono po to, żeby się za nim cho­wać. Jak koronę albo olim­pij­ską pele­rynę. -?Krzywi się. -?Wiem teraz, że byłem... jedy­nie zno­śnym źró­dłem cier­pie­nia. Jeśli mam być szczery, to wła­śnie dla­tego przez dzie­sięć lat włó­czy­łem się po aste­ro­idach z Lysan­drem, speł­nia­jąc różne drobne dobre uczynki przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji. Chcia­łem wró­cić dawno temu. Ale bałem się, Dar­row. Bałem się tego, jak ludzie będą na mnie patrzeć. Oba­wia­łem się nie­na­wi­ści, którą zoba­czę w ich oczach, a widuję ją, bo wiem, że mają prawo mnie nie­na­wi­dzić. Nosząc olim­pij­ską pele­rynę, zabi­łem Aresa. Fitch­nera. Czło­wieka war­tego dzie­się­ciu takich jak ja. Ucie­kłem przed tą winą, przed tą nie­na­wi­ścią. I nie prze­sta­łem ucie­kać. Ni­gdy wcze­śniej nie prze­by­wa­łem rów­nie daleko od domu. I wiesz, co zna­la­złem? Tę wła­śnie nie­na­wiść. Nie­na­wiść, przed którą ucie­ka­łem dzie­sięć lat, cze­kała na mnie w oczach pierw­szej kobiety, o któ­rej myślę, że kie­dy­kol­wiek naprawdę kocha­łem. Ona mnie nie kocha. Nie szko­dzi. Myślę, że jest lustrem. Pomaga mi nie zejść z drogi. Aurae tole­ruje mnie, bo zło­ży­łem jej przy­sięgę.

-?Jaką przy­sięgę?

-?Że spłacę dług, jaki zacią­gną­łem, zabi­ja­jąc ich zbawcę, Aresa. Mówi­łem ci. To sym­pa­tyczka. Dla­tego mi pomo­gła. Bo pomo­głem ci zabić Octa­vię. Nie mogę przy­wró­cić życia Are­sowi, ale mogę wal­czyć za jego sprawę, za Repu­blikę i pomogę ci ura­to­wać jego syna. -?Zerka na mnie. -?Powiedz mi więc, że nie pla­nu­jesz poje­dynku z Apol­lo­niu­sem.

-?Znasz mnie. Ni­gdy nie wal­czę uczci­wie, jeśli mogę tego unik­nąć.

-?Zatem pro­sta misja ratun­kowa. Tak?

-?Tak.

-?Mini­mum ofiar. Przy­się­gnij.

-?Mini­mum ofiar -?mówię.

Mruży oczy.

-?I będziemy mieli plan ucieczki?

-?Tak. Domi­nus Grzy­bek.

-?Co?

-?Brzy­dal tak go nazwał, po tym jak zna­lazł go w zbro­jowni, gdzie rósł w ciem­no­ści.

Idę otwo­rzyć szafkę kuchenną i wra­cam z cięż­kim ładun­kiem zawi­nię­tym w ręcz­nik. Rzu­cam go Cas­siu­sowi. On odwija ręcz­nik i widzi czarną kulę wiel­ko­ści stru­siego jaja z nary­so­waną na powierzchni twa­rzą z kłami. Wzdy­cha.

-?Dar­row, to trzy­dzie­sto­me­ga­to­nowa gło­wica ato­mowa.

Uśmie­cham się.

-?To wielka oso­bo­wość.

-?W takim razie spodoba się Apol­lo­niu­sowi.

***

Z prze­wie­szo­nymi przez ramiona ple­ca­kami ze sprzę­tem masze­ru­jemy z Cas­siu­sem do han­garu. Aurae idzie za nami. Kory­ta­rze są podej­rza­nie puste, nawet jak na tak późną porę nocną w cyklu dobo­wym bazy. Kiedy wcho­dzimy do han­garu, odkry­wamy powody tego stanu rze­czy. Drogę do promu zagra­dzają nam wszy­scy ludzie, jacy zostali w bazie. Thraxa, Har­nas­sus i Brzy­dal stoją na ich czele: komen­danci tego naj­now­szego powsta­nia.

-?Naj­wy­raź­niej oni też cię znają -?mru­czy Cas­sius.

-?A cóż to?! -?woła Thraxa. -?Wymy­kasz się w środku nocy?

-?Mam drobną sprawę do zała­twie­nia -?odpo­wia­dam. -?Nie chcia­łem, żeby­ście się mar­twili.

-?Sprawa jest odwo­łana -?odpo­wiada.

Har­nas­sus wygląda na zmę­czo­nego. Thraxa na roz­gnie­waną. Brzy­dal wbija wzrok w buty.

Nie śpie­szę się, patrząc w oczy ludziom, któ­rzy stoją za nimi. Jest tam moja ekipa spa­wal­ni­cza, podob­nie jak pie­chota, lot­nicy i inży­nie­ro­wie. Słońce na Mer­ku­rym zamie­niło im skórę w rze­mień, a potem nędza w bazie pozba­wiła ich ciała wszel­kiego tłusz­czu, więc teraz skóra zwisa im z kości jak o dwa roz­miary za duża. Są tu, bo mnie kochają, ale widzę gniew w ich oczach. Gniew, jaki zawsze był zare­zer­wo­wany dla wroga.

Kiedy zwra­cam się do nich, czuję, że już odda­li­łem się od nich na milion kilo­me­trów.

-?Bra­cia, sio­stry. Pokła­da­li­ście wiarę we mnie zbyt wiele razy, żeby dało się to zli­czyć. Zawio­dłem was. Nie prze­trwa­łem jed­nak Mer­ku­rego po to, żeby wró­cić chył­kiem do domu. Prze­trwa­łem, żeby dalej wal­czyć. Nawet jeśli tego nie dostrze­ga­cie, poja­wiła się oka­zja, żeby zra­nić Zło­tych i pomóc Mar­sowi. Nie pro­szę, żeby­ście na mnie cze­kali. Pro­szę tylko, żeby­ście spo­tkali się ze mną na Lwich Scho­dach z kub­kiem gorzały pod ręką. Bogo­wie jedni wie­dzą, że będę tego potrze­bo­wał.

Thraxa nie rozu­mie.

-?Dar­row, Straż Eklip­tyczna już się zebrała. Skrzyk­nięto Czer­wone legiony. Nie chcesz popro­wa­dzić obrony Marsa?

-?Niczego nie pra­gnę bar­dziej, ale wie­rzę w tę ścieżkę. Mam wła­ściwy sta­tek, mam wła­ściwy plan. Polecę do stoczni i znajdę spo­sób.

-?A jeśli nie?

-?To znajdę inny. Prze­puść­cie mnie, pro­szę.

-?Jesteś głup­cem. -?Thraxa wyciąga brzy­twę i zaska­kuje mnie, wci­ska­jąc mi ją w ręce. -?Weź Zołzę. Jeśli masz umrzeć, umrzyj z ostrzem w rękach.

-?Była w two­jej rodzi­nie od wie­ków -?mru­czę.

Srebrne ostrze jest ozdo­bione lisami i drze­wami. Kavax, ojciec Thraxy, dał jej tę brzy­twę, kiedy skoń­czyła Insty­tut. Nale­żała do jego matki.

-?Dla­tego jeśli wylą­duje na ścia­nie z tro­fe­ami Mino­taura, znajdę cię w Doli­nie i spusz­czę ci łomot. -?Porywa mnie w bru­talne obję­cia. -?Więc lepiej nie zgiń.

Dzię­kuję jej i odwra­cam się do Har­nas­susa.

-?Co mam powie­dzieć Vir­gi­nii? -?pyta.

Zna­łem odpo­wiedź, zanim padło pyta­nie.

-?Powiedz, że posłu­cha­łem. Powiedz, że wytrwa­łem. Kiedy dam wam sygnał ze stoczni, pędź­cie na Marsa. Powiesz Col­lo­way­owi?

Kiwa głową.

Brzy­dal wyciąga pisto­let. Broń drży w jego dłoni. Pod­cho­dzę i obej­muję go za szyję.

-?Polecę -?mówi. -?Potrze­bu­jesz kogoś, komu możesz ufać.

-?Mars też cię potrze­buje -?odpo­wia­dam. -?Za długo nie było cię w domu. Twoja Suwe­renka wie, jak wiele poświę­ci­łeś. Kiedy spoj­rzysz jej w oczy, zro­zu­miesz, że byłeś dostrze­gany przez cały ten czas. Służ Vir­gi­nii, jak słu­ży­łeś mnie. Chroń ją. Chroń Marsa. Wrócę.

Całuję go w czoło i odsu­wam się.

Nabie­ram impetu, pod­cho­dząc do żoł­nie­rzy. Nie wyglą­dają, jakby chcieli się ruszyć. Wiem, że to wygląda, jak­bym zła­mał się i stra­cił rozum. Nie potra­fię wyja­śnić, co czuję. Mogę tylko iść naprzód. Wresz­cie dzie­sięć lat sza­cunku, na jaki zapra­co­wa­łem, spra­wia, że się roz­stę­pują. Idę mię­dzy nimi, aż docho­dzę do pie­szej pępo­winy łączą­cej bazę z Archi­me­de­sem. Na mojej dro­dze stoi samotny Czer­wony o sma­głej skó­rze i wąskich oczach. Gniew­nie zaci­ska wydatną szczękę. Znam aż za dobrze te wiel­kie jak szynki dło­nie zaci­śnięte przy bokach w pię­ści. Pio­ru­nuje mnie wzro­kiem z furią trzy razy na niego za wielką.

Obcho­dzę go bokiem.

Sta­nąw­szy w pępo­wi­nie, odwra­cam się do moich ludzi; Cas­sius i Aurae zni­kają w środku. Oglą­dam się na przy­ja­ciół, na żoł­nie­rzy, z któ­rymi tyle wycier­pia­łem i uno­szę pięść.

-?Ave Liber­tas!

Tylko echo mi odpo­wiada.

Rozdział 5. Lysander. Igrzyska

5

Lysan­der

Igrzy­ska

Prze­ni­kliwy gwizd nie­sie się z migo­czą­cego mirażu, kiedy dzi­kie sło­necz­no­kr­wi­ste wypa­dają galo­pem z pustyni. Oca­lała mło­dzież elity Mer­ku­rego ściga białe konie, zgod­nie z tra­dy­cją zaga­nia pędzący tabun ku bra­mie burzo­wej Helio­po­lis. Konie wpa­dają przez łuk trium­falny wznie­siony na cześć mojego zwy­cię­stwa nad Powsta­niem i wybie­gają na ulice mia­sta.

Potworna bli­zna od opa­rze­nia, którą zosta­wił but Dar­rowa na mojej twa­rzy, pie­cze jak dia­bli. Prawdę mówiąc, łatwiej byłoby pozbyć się jej, ale bli­zna zadana przez Dar­rowa to zaszczyt. Poza tym przy­po­mina mi o tym, co zro­bił naszej Wspól­no­cie, za każ­dym razem, gdy patrzę w lustro i widzę pomarsz­czoną, błysz­czącą maka­brę, przez którą jedna powieka mi opada. Opie­ram się poku­sie podra­pa­nia się po niej. Wszy­scy na mnie patrzą. Ze swo­jego miej­sca na szczy­cie łuku trium­fal­nego, z Gli­ra­ste­sem i Rhone'em sto­ją­cymi po obu moich stro­nach, kiwam głową do Nie­bie­skiego. Przy wtó­rze świer­gotu sil­ni­ków gra­wi­ta­cyj­nych łuk unosi się. Lecimy za końmi, które pędzą w głąb mia­sta, łomo­cząc kopy­tami o nawierzch­nię Via Trium­phia.

Za bary­ka­dami poranny tłum już jest pijany korzen­nym winem z Keryksa i kak­tu­sową brandy z Poli­bosa. Mimo her­ku­le­so­wych wysił­ków naszych oddzia­łów sani­tar­nych pro­mie­nio­wa­nie z bomb zrzu­co­nych pod­czas bitwy o Ladona na­dal pano­szy się na całym kon­ty­nen­cie. Z jego powodu wielu oby­wa­teli wyły­siało. Na prze­kór tej epi­de­mii łysie­nia pysz­nią się peru­kami o eks­cen­trycz­nej dłu­go­ści i kolo­rach. I dobrze pamię­tają, że to pro­mie­nio­wa­nie to robota Ata­lan­tii, a nie Dar­rowa.

W oczach Mer­ku­rego Dar­row i Ata­lan­tia są rów­nie znie­na­wi­dzeni, ale ja jestem kochany. Tak działa wyrzu­ca­nie masy pie­nię­dzy na pla­netę. Skan­dują moje imię. Za mną moi pre­to­ria­nie patrzą na nich z góry jak rząd uzbro­jo­nych soko­łów. Mój Szept, Kyber, kuca po lewej. Moja ostat­nia linia oso­bi­stej obrony, dys­kretna Szara z Luny, nie odstę­puje mnie na krok. Dzi­siaj udaje Mie­dzianą. Jej bystre, zmo­dy­fi­ko­wane oczy jagu­ara obser­wują dachy zza chro­mo­wa­nych gogli.

-?Kochają cię jak dzieci ojca -?mówi Gli­ra­stes.

Moja pele­ryna łopo­cze na wie­trze, podob­nie jak jego jasno­po­ma­rań­czowa szata.

Rhone się krzywi.

-?Gdyby tylko ta miłość nie była taka... droga. Gdyby tylko te wszyst­kie głosy nale­żały do żoł­nie­rzy.

-?Ci ludzie to serce Wspól­noty -?woła Gli­ra­stes, prze­krzy­ku­jąc wiatr i wrzawę. Osła­nia oczy przed słoń­cem i patrzy na połu­dnie mia­sta, w stronę kosmo­portu, gdzie Świa­tło­dawca, osa­czony mro­wiem ski­fów budow­la­nych, wznosi się jak góra. -?To tupot żoł­nier­skich butów i skwier­cze­nie spa­wa­rek skła­dają się na muzykę nie­wy­pła­cal­no­ści!

-?Lepiej być ubo­gim i sil­nym niż ubo­gim i popu­lar­nym -?odpo­wiada Rhone.

Cho­ciaż wygląda wspa­niale w fio­le­towo srebr­nym mun­du­rze galo­wym, nie jest to żoł­nierz kocha­jący parady. To wete­ran wśród wete­ranów, wal­czył na trzy­na­stu świa­tach i nosi dowody tego w postaci falery na piersi i blizn na twa­rzy. To nie jest tępe narzę­dzie. To bru­talny inte­lekt, ulu­biony Szary Ai, który teraz stał się prze­myśl­nym sil­ni­kiem mojej rosną­cej machiny wojen­nej.

-?Tłum może spra­wiać wra­że­nie potęż­nego jak morze, ale daj mi astro­Pan­cerz, a stanę się Moj­że­szem -?dodaje.

Gli­ra­stes szy­kuje się do ripo­sty.

-?Jeśli nie może­cie się doga­dać, to wolę ciszę -?war­czę, poiry­to­wany ich nara­sta­jącą wza­jemną wro­go­ścią. -?Obaj jeste­ście boha­te­rami dla tych ludzi, więc machaj­cie, psia­krew, rękami; póź­niej będzie­cie lob­bo­wać.

Macham do ludzi w dole. Z każdą prze­cznicą tłum jest coraz gęst­szy i coraz bar­dziej pijany. Spa­lone słoń­cem kobiety w peru­kach krzy­czą z dachów. Dzieci wspi­nają się na ramiona ojców, żeby wyma­chi­wać cho­rą­giew­kami swo­ich ulu­bio­nych dru­żyn rydwa­no­wych. Na głów­nych bul­wa­rach domi­nuje biel i złoto Dru­żyny Her­mes.

Sło­necz­no­kr­wi­ste mkną na połu­dnie, mijają bazar i poko­nują czę­ściowo odbu­do­wane Wodne Ogrody. Tam tabun zata­cza koło i stop­niowo skręca w stronę Hipo­dromu, naszego celu.

Przy ogrom­nej budowli mój łuk opada nad wej­ściem na repre­zen­ta­cyjny plac recep­cyjny. Scho­dzimy mię­dzy szpa­ler pre­to­ria­nów. Przy win­dzie na poziom repre­zen­ta­cyjny Gli­ra­stes dosłow­nie odpy­cha Rhone'a, żeby zająć jego miej­sce obok mnie. Rhone jest tak tym zasko­czony, że zanim odzy­ska rów­no­wagę, drzwi do windy już się zamy­kają. Unie­sie­niem ręki daję mu znać, żeby spo­tkał się z nami na górze.

Gra­Winda rusza w górę.

-?Nie wiem, czy sto­so­wa­nie siły to dobry pomysł w kon­tak­tach z Rhone'em -?mówię.

-?Jak ina­czej mam prze­nik­nąć fio­le­towo czarny mur, który wszę­dzie za tobą łazi, jeśli nie bio­drem i spry­tem? -?Gli­ra­stes pio­ru­nuje wzro­kiem Kyber, która stoi w kącie. Jakimś cudem już cze­kała na nas w win­dzie. - Cho­ciaż jest taka, która zawsze się za tobą wśli­zgnie.

-?Masz coś do powie­dze­nia. Wobec tego mów.

Gli­ra­stes, naj­więk­szy archi­tekt swo­jego poko­le­nia, jest łysy, podobny do jastrzę­bia, ma krza­cza­ste brwi, błysz­czące, poma­rań­czowe oczy i zgar­bioną syl­wetkę dra­pież­nika, która kie­dyś spra­wiała, że wyda­wał się zachłanny i nad­ska­ku­jący, ale też odporny na wszel­kie nar­ko­tyki i kata­strofy budow­lane znane czło­wie­kowi. Jed­nakże ta postawa coraz bar­dziej zdra­dza też jego kru­chość. Wygląda jak czło­wiek chwie­jący się na kra­wę­dzi urwi­ska. Ostat­nie mie­siące były dla niego cięż­kie. W sumie arty­ści to wraż­liwy gatu­nek.

-?Krążą plotki, że Sau­do­wie odmó­wili ci pożyczki. To prawda?

Wzdy­cham.

-?Wiesz, czego mi naj­bar­dziej bra­kuje z cza­sów, kiedy uwa­żano mnie za zmar­łego? Nikt nie plot­ko­wał.

-?Rhone cię zruj­nuje -?wypala.

-?Gli­ra­ste­sie, stary przy­ja­cielu, te igrzy­ska to był twój pomysł - przy­po­mi­nam. -?Powie­dzia­łeś, że ludzie potrze­bują nadziei.

-?Igrzy­ska to psie pie­nią­dze w porów­na­niu z tym, co wyda­jesz na okręty i legiony. I nie tyle igrzy­ska mnie mar­twią, co goście. Bru­dzisz ręce, zada­jąc się z takimi jak Rath albo Car­thii.

Stara śpiewka.

-?Ale mogę tarzać się w orlim gów­nie?

-?To nie­spra­wie­dliwe porów­na­nie. Wyrzu­casz pie­nią­dze w błoto. Lady Bel­lona jest... dys­tyn­go­wana. To ktoś wię­cej niż ban­kier albo pry­mi­tywny drab. Ona pośred­ni­czy w obro­cie... wła­dzą. Może i nie kon­tro­luje Dwu­stu, ale ma wpływ na zna­czący blok sena­to­rów. Z któ­rych więk­szość nie kocha Ata­lan­tii.

-?Tak, i może gdy­byś wyśpie­wy­wał pochwały pod moim adre­sem do jej ucha, to raczy­łaby zja­wić się na moich igrzy­skach. A tak nie przy­słała mi ani listu, ani emi­sa­riu­sza, tylko swoją dru­żynę. Odkąd wysłała Rhone'a, żeby pomógł mi na pustyni, na każ­dym kroku mnie znie­waża.

-?Może nie po to cię zaspon­so­ro­wała, żebyś stał się zabawką Ata­lan­tii.

-?Czy zabawka prze­szmu­glo­wa­łaby legiony do Mino­taura? Teraz zaczniesz jęczeć, że jestem lek­ko­myślny.

-?Żon­glu­jesz żmi­jami, chłop­cze. Zapo­mnij o pie­nią­dzach Bel­lony. Jeśli Ata­lan­tia... Do dia­bła, jeśli Car­thii odkryją, że zawar­łeś z Mino­tau­rem tajny pakt... -?Zerka na Kyber. -?Nie rozu­miem. Dla­czego on? Mino­taur to sza­le­niec. Pra­gnie rze­czy ulot­nych. Doświad­czeń! Zaspo­ko­je­nia żądz! Żaden czło­wiek nie jest więk­szym prze­ci­wień­stwem cie­bie, a jed­nak mar­nu­jesz bogac­two, za które mógł­byś odbu­do­wać Mer­ku­rego, żeby posłać woj­sko wła­śnie jemu. Boję się, Lysan­drze. O cie­bie. O sie­bie. Boję się każ­dego cie­nia i każ­dego kie­liszka wina.

-?Może powi­nie­neś wobec tego prze­stać pić. -?Prze­pra­szam natych­miast, gdy widzę ból na jego twa­rzy. -?Gli­ra­ste­sie, nie masz powodu się bać. Ochro­nię cię. Ale tak szcze­rze mówiąc: czego ode mnie ocze­ku­jesz?

-?Chciał­bym, żebyś posłu­chał ludzi. Kochają cię, bar­dzo cię kochają. Nie graj w gierki Ata­lan­tii. Pro­wadź wła­sną grę. Prze­stań budo­wać woj­sko i flotę. Poświęć czas i pie­nią­dze tutaj. Niech dobro­byt na Mer­ku­rym będzie twoją kam­pa­nią o Tron Poranka. -?Łapie mnie za prawą rękę. -?Serce pękłoby mi, gdy­bym zoba­czył, że dałeś się wcią­gnąć w tę walkę na noże Zło­tych. Stać cię na wię­cej. Musi cię być stać na wię­cej.

-?Może i tak, ale bez siły wszystko inne to tylko dobre chęci. No dobrze, goście cze­kają.

Gli­ra­stes dąsa się, ale nie pro­te­stuje, kiedy uru­cha­miam ponow­nie windę. Pytha już czeka na pozio­mie repre­zen­ta­cyj­nym. Jest z nią Rhone. Jego gra­wi­Buty jarzą się od żaru po tym, jak wylą­do­wał.

-?Wybacz, musia­łem się potknąć -?mówi do mnie, zer­ka­jąc na Gli­ra­stesa, który nie wycho­dzi za mną z windy.

-?Idź -?pona­gla mnie Gli­ra­stes. -?Nie mam dzi­siaj zdro­wia ani do two­ich gości, ani do straż­ni­ków.

Poiry­to­wany zosta­wiam go w win­dzie. Pytha, Nie­bie­ska pilotka, która czu­wała nade mną na Archi­me­de­sie przez wiele lat klu­czo­wych dla mojego dora­sta­nia, unosi brew.

-?Mam go zabrać do domu?

-?Prze­ga­pisz wyścigi -?odpo­wia­dam.

-?Daj spo­kój: rydwany? Nawet nie mają sil­ni­ków.

Zde­cy­do­wała się zostać ze mną, a nie z Cas­siu­sem. Ta wier­ność i jej wiara w moją wizję Wspól­noty z nad­dat­kiem wystar­czyły, by zapew­nić jej obecną pozy­cję, jakiej pozaz­dro­ściłby jej każdy Nie­bie­ski ze Wspól­noty: fotel kapi­tana Świa­tło­dawcy. O ile ten sta­tek rze­czy­wi­ście kie­dyś poleci. Bo jeśli nie, to Pytha sta­nie się pośmie­wi­skiem, a ja wraz z nią. Nasze losy są ze sobą sple­cione. Dzię­kuję jej i idę z Rhone'em do loży.

-?Oddech mu śmier­dzi wódką, a nie ma jesz­cze połu­dnia -?zauważa Rhone. - Myśla­łem, że Mer­ku­ria­nie mają być pra­co­wici.

-?Uwa­żaj, Fla­vi­niu­sie. Nie pozwolę, żeby­ście sobie dogry­zali. A teraz uśmiech­nij się dla moich gości -?war­czę i wcho­dzę do loży hono­ro­wej.

Pijący tam Złoci uno­szą brwi na widok Pythy i Rhone'a. Odsu­wają się od Kyber, bio­rąc ją za Mie­dzianą z racji jej prze­bra­nia. Jed­nakże Rhone jest popu­larny. Prze­bieg jego służby, jeśli nie miriady łezek na twa­rzy, doma­gałby się sza­cunku nawet u Ata­lan­tii. Witam moich gości skwa­pli­wie, zgod­nie z dobrym wycho­wa­niem, dopóki kilka minut póź­niej ryk publiki nie wyciąga mnie spod osłony jedwab­nej mar­kizy na słońce.

W dole pod­Ko­lory śpie­szą tune­lami na swoje miej­sca, idą od stra­ga­nów obła­do­wane kieł­ba­skami dopra­wio­nymi fen­ku­łem, orze­chami pekan w cukrze, ostry­gami i tykwami peł­nymi wina. Dla dwu­stu pięć­dzie­się­ciu tysięcy ludzi, któ­rzy tło­czą się na kolej­nych pozio­mach mar­mu­ro­wych try­bun, dźwięk kopyt na uli­cach mia­sta musi być wciąż odle­gły, ale tłum już wyje nie­cier­pli­wie. Cały Hipo­drom gawo­rzy jak grom nie­mowlę. Dopiero kiedy pierw­sze sło­necz­no­kr­wi­ste wpa­dają na sta­dion, nie­har­mo­nijny zgiełk prze­ta­pia się w jeden głos:

-?AD... ASTRA... AD... ASTRA... AD... ASTRA...

Konie wybie­gają w pędzie na piasz­czy­sty tor wyści­gowy. Za nimi galo­pują mło­dzieńcy, któ­rzy pędzą tabun, aż pokona całe okrą­że­nie. Wokół sta­dionu zapa­lają się potężne zni­cze, sygna­li­zu­jąc roz­po­czę­cie igrzysk. Kiedy oble­pieni pyłem mło­dzieńcy mijają lożę hono­rową -?moją lożę -?stają w strze­mio­nach i salu­tują mnie i moim Nie­zrów­na­nym gościom. Przy­po­mi­nają zaku­rzone ptaki dra­pieżne. Ich twa­rze i oczy są surowe, kości wciąż cien­kie, a cho­ciaż żaden nie skoń­czył nawet pięt­na­stu lat, nie został w nich żaden ślad mło­do­ści. Widy­wa­łem już takie twa­rze. Tak wyglą­dają ci, któ­rzy już wybrali swoje prze­zna­cze­nie. Mar­twi mnie ten widok u tak mło­dych ludzi.

Zasta­na­wiam się, czy ja też mia­łem taką minę, kiedy sie­dzia­łem przy łożu śmierci Kalin­dory, która ule­gła tru­ciź­nie z ostrza Dar­rowa i wyznała mi rolę, jaką ode­grała w zamor­do­wa­niu moich rodzi­ców, w zama­chu, który zapla­no­wała i prze­pro­wa­dziła naj­lep­sza przy­ja­ciółka mojej matki i moja narze­czona: Ata­lan­tia. Zwa­żyw­szy, że Dar­row nie sły­nie z zami­ło­wa­nia do tru­cizn, łatwo zgad­nąć, kto naprawdę stał za śmier­cią Kalin­dory.

-?Mniej niż trzy­stu absol­wen­tów. Nędza w porów­na­niu z Insty­tu­tami Ata­lan­tii -?rzuca prze­cią­gle Rhone, przy­glą­da­jąc się mło­dym jeźdź­com. O ile więk­szość moich gości wyciąga się w cie­niu, w kli­ma­ty­zo­wa­nych głę­bi­nach loży, o tyle Rhone poci się razem ze mną na poran­nym słońcu. - Domi­nus, to, co powie­dzia­łem na temat Gli­ra­stesa...

-?To była prawda, ale nie pozwolę go oczer­niać. Ni­gdy. -?Patrzę na niego, żeby zro­zu­miał, jak bar­dzo poważ­nie to mówię. -?Nie infor­mo­wa­łeś mnie, tylko bawi­łeś się w poli­tykę. Zmieńmy temat.

Kiwa głową i wraca do kon­kre­tów.

-?Nasi szpie­dzy na Wenus dono­szą, że Insty­tuty Car­thii opusz­cza mro­wie mło­dych Nie­zrów­na­nych -?mówi. -?Sau­do­wie nie są za nimi daleko w tyle. Mimo to na­dal uwa­żam, że zain­we­sto­wa­łeś we wła­ściwy Kolor.

Przy­gląda się gru­bej wstę­dze Sza­rych, któ­rzy zajęli przed­nie miej­sca wokół pia­sków areny.

Zga­dzam się z nim. Z nie­sma­kiem przy­glą­dam się pro­me­na­dzie. Mimo że Ata­lan­tia jest zajęta kon­so­li­do­wa­niem wpły­wów na Ziemi i oble­ga­niem Luny, nie­wiele umyka jej spoj­rze­niu, zwłasz­cza gdy w grę wcho­dzą podatki. Jej Złoci sojusz­nicy, a jest ich wielu, zaj­mują nie­mal połowę lóż na pozio­mie pro­me­nady. Miały zostać sprze­dane na aukcji, żeby pomóc sfi­nan­so­wać kosz­towne igrzy­ska. Zamiast tego Ata­lan­tia pchnęła mnie ku ban­kruc­twu, uparł­szy się, żeby żadne z jej przy­ja­ciół nie musiało pła­cić.

-?Wygłod­niały tłum, nie­praw­daż? -?roz­lega się czyjś głos.

Odwra­cam się do smu­kłej, mocno opa­lo­nej kobiety śred­niego wzro­stu. Hora­tia au Votum, młod­sza sio­stra Cicero, nie jest wojow­niczką, cho­ciaż na ser­co­wa­tej twa­rzy nosi bli­znę Nie­zrów­na­nej. To dosko­nała admi­ni­stra­torka i oczy jej błysz­czą tylko na widok cyfr. O wiele lepiej czuje się wśród kote­rii Mie­dzia­nych niż na okrę­cie wojen­nym albo polu bitwy.

-?Nie przy­szli tu oglą­dać igrzysk. Chcą zoba­czyć, jak zawie­dziemy.

Ma na myśli to, że przy­byli, żeby zoba­czyć start Świa­tło­dawcy, a raczej jego brak. Jako kie­row­nik pro­jektu prze­bu­dowy i remontu roz­bi­tego okrętu Dar­rowa Hora­tia trak­tuje sprawę bar­dzo oso­bi­ście. O wiele bar­dziej libe­ralna i zain­te­re­so­wana poli­tyką niż jej brat Cicero, zajęła wysoką pozy­cję po ich ojcu w bloku Refor­ma­to­rów wśród Dwu­stu. Nasza poli­tyka jest ude­rza­jąco zbieżna, ale nie­zbyt popu­larna. Zakła­damy, że ten brak popu­lar­no­ści wynika z faktu, iż tyrani Ata­lan­tii z bloku Żela­znych zagar­nęli lwią część wojen­nego pre­stiżu i mili­tar­nej potęgi, i modlimy się, aby nasze zało­że­nie nie oka­zało się naiwne.

-?Już za samo wino, które kupisz dla tych Zło­tych, można by wypo­sa­żyć w zbroje połowę legionu. Nie wspo­mnę o jedze­niu.

-?Albo Różo­wych -?dodaję.

-?Lub Fio­le­to­wych.

-?To chyba nie są nasi naj­gorsi goście -?odzywa się Rhone.

-?Tak? -?Hora­tia nie lubi się uśmie­chać, ale jed­nak zaszczyca go uśmie­chem. -?Zatem kto z naszych gości hono­ro­wych zasłu­żył na ten tytuł? Rath czy Car­thii?

-?Wenu­sja­nie. Zawsze.

Ze skwa­szoną miną Rhone zerka za nas na potom­stwo domu Car­thii wyle­gu­jące się w mojej loży i pijane moim winem. Wolał­bym gościć dele­ga­cję z Obrzeża, zwłasz­cza ich wscho­dzą­cego boha­tera Dio­me­desa, ale odpo­wiedź kon­sul Dido na moje zapro­sze­nie skła­dała się z jed­nej linijki: "Mars musi upaść". Zamiast więc hono­ro­wych, god­nych Nie­zrów­na­nych ryce­rzy z Obrzeża drę­czą mnie fili­stro­wie Car­thii, tak wyro­bieni, że cał­kiem zapo­mnieli o dobrych manie­rach.

Hora­tia pochyla się ku mnie:

-?Prze­pro­wa­dzi­łam swego rodzaju... roz­po­zna­nie z moimi przy­ja­ciółmi na Ziemi. Car­thii są... tacy jak mówi­łeś, że będą. Nie­ofi­cjal­nie z nikim nie­zwią­zani. Są wście­kli na Ata­lan­tię, że pozwo­liła Rath zatrzy­mać stocz­nie.

-?Zatem są do wzię­cia.

-?Nie uję­ła­bym tego w ten spo­sób.

-?Są do wzię­cia -?potwier­dzam.

Przez dzie­sięć lat wojny i pod­czas trwa­ją­cej całe życie misji mają­cej na celu zaję­cie urzędu suwe­renki Ata­lan­tia opie­rała się głów­nie na stocz­niach Car­thii. To się zmie­niło. Kiedy Apol­lo­nius ode­brał je Car­thii, Ata­lan­tia odsu­nęła się od daw­nych sprzy­mie­rzeń­ców i pod­pi­sała poro­zu­mie­nie z Apol­lo­niusem, żeby w warun­kach détente skra­dzione przez niego okręty Car­thii wciąż napły­wały do jej armady.

Zro­bił się z tego nie­zły bała­gan. Oczy­wi­ście to ja z wielką przy­jem­no­ścią dopro­wa­dzi­łem do zawar­cia tego poro­zu­mie­nia.

Cho­ciaż ród Car­thii jest kon­ser­wa­tywny poli­tycz­nie, prze­ciwny refor­mom i zasad­ni­czo zdra­dliwy, to jest także potężny i bar­dzo bogaty. Zdo­by­cie ich popar­cia byłoby poli­tycz­nym i mili­tar­nym zama­chem stanu, ale jed­no­cze­śnie ruchem rów­nie bez­piecz­nym jak pój­ście do łóżka ze żmiją.

Uśmie­cham się, kiedy zauwa­żam, że naj­lep­szy cel spo­śród obec­nych Car­thii -?to zna­czy naj­bo­gat­sza i najam­bit­niej­sza osoba z tej bandy -?mie­rzy mnie wzro­kiem, sie­dząc wśród swo­ich braci.

Vale­ria au Car­thii ma led­wie dwa­dzie­ścia sie­dem lat i podob­nie jak wielu bez­względ­nych mło­dych Zło­tych w jej poko­le­niu prze­ko­nała się, że wojna ma kata­li­zu­jący wpływ na jej per­spek­tywy. Awan­so­wała w hie­rar­chii, wyprze­dza­jąc wielu swo­ich sław­niej­szych braci, i stała się trze­cią zawod­niczką w sze­roko zakro­jo­nej i czę­sto śmier­tel­nej rywa­li­za­cji mię­dzy rodzeń­stwem o tytuł dzie­dzica ich sta­reń­kiego ojca. Jako że jej ojciec, Asmo­deus, dawno skoń­czył sto lat i na­dal zastę­puje utra­cone potom­stwo, jakby to był żart, Vale­ria będzie potrze­bo­wała nowego, potęż­nego przy­ja­ciela.

Kiwam do niej głową. Odpo­wiada mi ski­nie­niem kie­liszka, dnem w moją stronę. Drobny, ale kokie­te­ryjny gest w wenu­sjań­skim flir­cie.

-?Gdzie twój brat? -?pytam Hora­tię.

-?Cicero? -?Marsz­czy brwi. -?Nawet ja nie jestem w sta­nie śle­dzić tej zmien­nej. Zapy­tam sta­jen­nych.

-?Obie­cał, że nie będzie się ści­gać.

-?Zapy­tam sta­jen­nych.

Vale­ria au Car­thii pod­cho­dzi do nas, zanim Hora­tia zdąży odejść.

-?Lysan­drze, oglą­da­łam pro­gram i muszę powie­dzieć, że to okrop­nie aure­liań­skie z two­jej strony, że pomi­ną­łeś walki gla­dia­to­rów. -?Wciąga świeżą ostrygę i odrzuca sko­rupę na pod­łogę, żeby słu­żący ją sprząt­nęli. -?Czy to raczej twoja wina, Hora­tio?

-?Oba­wiam się, że to zbio­rowa decy­zja -?odpo­wiada Hora­tia. -?Pro­szę o wyba­cze­nie.

-?Refor­ma­to­rzy. Fuj, są tacy pru­de­ryjni. -?Vale­ria marsz­czy nos. - Wyścigi rydwa­nów i star­cia pega­zów są świetne, ale jak można mówić o grze o wysoką stawkę, kiedy nikt nie umiera?

-?Myślę, że miesz­kańcy Helio­po­lis dość już napa­trzyli się na śmierć - odpo­wia­dam.

Na moje ski­nie­nie Rhone wraca pod mar­kizę, żeby pil­no­wać mnie z cie­nia naprze­ciwko Kyber. Vale­ria spo­gląda za nim.

-?Nie powi­nie­neś pozwa­lać psom sia­dać przy swoim stole. Będą ci jeść z tale­rza.

-?Pre­to­ria­nom daleko do psów. Bli­żej za to do soko­łów.

Śmieje się.

-?Podobno to Hora­tia odpo­wiada za ten leżący na połu­dniu prze­jaw manii wiel­ko­ści?

-?To prawda. To był jej pomysł, żeby wyko­rzy­stać wraki Bia­łej Floty do naprawy Świa­tło­dawcy.

-?Votum buduje statki... Gdy­bym uwie­rzyła, że to moż­liwe, poczu­ła­bym się ura­żona. Wygląda jak potwór, ma zde­cy­do­wa­nie za ciężki dziób. Nawet nie jest poma­lo­wany.

-?Hora­tia mówi, że farba to luk­sus, na który nas nie stać.

-?Prze­za­bawna kobieta. Taka poważna. Pie­przysz się z nią? Czy wolisz jej brata? A może oboje?

-?Jak już wspo­mnia­łem, dzi­siaj nie jeste­śmy na Wenus.

-?Hmm. -?Zerka na Rhone'a, a potem na pre­to­ria­nów na try­bu­nach. - Sły­sza­łam, że stu­diu­jesz dzieła naszych pra­daw­nych przod­ków. Cno­tliwy pasterz ludu. -?Zaj­muje się otwie­ra­niem ostryg i ich sior­ba­niem. -?Mimo wszystko. Wszy­scy zasta­na­wiamy się, kiedy znu­żysz się tą orgią aequ­itas i dołą­czysz do praw­dzi­wego cyrku.

-?Niczego tak nie pra­gnę, jak włą­czyć się do wojny, ale póki nie otrzy­mam woj­sko­wego mia­no­wa­nia od Dyk­ta­torki albo Dwu­stu, muszę zaj­mo­wać się swo­imi obo­wiąz­kami tu, na Mer­ku­rym. Ostat­nie, o czym marzę, to mie­szać się do poli­tyki.

-?Jakiż z cie­bie pra­wo­rządny młody oby­wa­tel. -?Uśmie­cha się. -?Wyobraź sobie ulgę mojego ojca, kiedy dowie się, że wspie­ra­nie Ata­lan­tii w wyko­rzy­sty­wa­niu naszych skra­dzio­nych stoczni nie jest dla cie­bie mie­sza­niem się do poli­tyki.

-?Bitwa o Mer­ku­rego wiele nas kosz­to­wała, a opór sta­wiany przez Julii i Augu­stusa jest naprawdę... impo­nu­jący. Wojna wymaga okrę­tów, żeby­śmy mogli zastą­pić świeże straty, prawda? To, że twoja rodzina stra­ciła stocz­nie na rzecz sza­leńca z garstką żoł­nie­rzy, to naprawdę nie moja wina. Już prę­dzej winien jest twój ojciec i to, jak trak­to­wał swo­ich pra­cow­ni­ków i oby­wa­teli. Podobno wasi ludzie poparli Apol­lo­niusa i pomo­gli mu prze­jąć sta­cję. Ja tylko pomo­głem Ata­lan­tii i Apol­lo­niu­sowi sku­pić się na tym, co naj­waż­niej­sze dla ludzi: wygra­niu tej wojny.

Prze­wraca oczami.

-?Lysan­der Świa­tło­dawca. Lysan­der Roz­jemca. Roz­jemca nie zacho­wałby bli­zny. Jest ohydna. Podoba się Ata­lan­tii?

-?Nie. Gar­dzi nią.

-?A mnie sza­le­nie się podoba. Jest taka dzika. Ślad po bucie Dar­rowa, prawda? -?Przy­gląda się opa­rze­niu na mojej twa­rzy i wciąga ostrygę. - Pro­sta ze mnie kobieta. Lubię statki. Lubię nimi latać, lubię je budo­wać, odbie­rać wro­gom i malo­wać na nich swo­jego cen­taura. Oso­bi­ście maluję mu oczy, a potem wypa­lam cygaro. A co ty lubisz? Tylko nie mów mi, że pokój.

-?Potęgę -?odpo­wia­dam.

Pod­no­szę wzrok, kiedy w górze roz­lega się grzmot. Na tle błę­kit­nego nieba w każ­dej z czter­na­stu wież hipo­dromu ogromni Obsy­dia­nowi poma­lo­wani na biało ude­rzają w bębny. Główna brama otwiera się i jeden po dru­gim wyła­niają się z niej czte­ro­konne rydwany pre­ten­du­jące do grand prix. Pre­zen­ter przed­sta­wia każ­dego woź­nicę i jego dru­żynę, a ich kibice dosłow­nie sza­leją.

-?Cóż innego jest w sta­nie zapro­wa­dzić pokój? -?pytam.

-?To nie jest potęga. To teatr -?odpo­wiada. -?Kosz­towny teatr. Miłość ludzi nie spre­zen­tuje ci Tronu Poranka, Lune.

-?Ale daje mi oka­zję, żeby zapy­tać, co mi go zagwa­ran­tuje.

Vale­ria szcze­rzy zęby w uśmie­chu.

-?Wiesz, czego chcę, Roz­jemco. Tego, co ukradł Mino­taur. Tego, co Ata­lan­tia aż nazbyt chęt­nie prze­han­dlo­wała. Tego, czego mój ojciec odma­wia, a moje rodzeń­stwo pożąda. Mojego dzie­dzic­twa.

-?Doprawdy. Nie mia­łem poję­cia.

-?Prze­stań. Nasze dąże­nia poli­tyczne są... prze­ciwne. Refor­ma­to­rzy... zaprze­czają fak­tom: zasad­ni­czej pod­ło­ści rodzaju ludz­kiego. Wiele nas jed­nak łączy, cie­bie i mnie. Ata­lan­tia i jej ojciec pochło­nęli wszyst­kie statki rodu Lune, twier­dze i ludzi, a potem nama­lo­wali na nich czaszkę Grim­mu­sów. Oddała ci to, co należy do cie­bie?

Uśmie­cham się. Wszy­scy wie­dzą, że nie oddała, cho­ciaż zgod­nie z pra­wem powinna.

-?Wygląda na to, że obojgu nam uzur­pa­to­rzy skra­dli dzie­dzic­two -?cią­gnie Vale­ria. -?Gdy­by­śmy tylko mogli sobie nawza­jem pomóc...

Kie­ruje wzrok do loży na prawo od naszej, gdzie bawi się brat Apol­lo­niusa, Thar­sus au Rath, wystro­jony z oka­zji wyści­gów, w oto­cze­niu dru­żyny nowych pochleb­ców: wygna­nych z Marsa Zło­tych, gib­kich kur­ty­zan i pysz­nią­cych się poetów. Ród Rath nie ist­niał w cza­sach Pod­boju, więc nie­za­leż­nie od ogromu ich bogac­twa, głę­bin nie­sławy czy jako­ści wina, ku ich wiecz­nemu roz­go­ry­cze­niu ni­gdy nie zostaną uznani za zna­czący gens.

-?Oba­wiam się, że twoje dzie­dzic­two już zostało zare­zer­wo­wane, podob­nie jak moje -?mówię. -?Na razie.

Uśmie­cha się.

-?Na razie?

Thar­sus wydaje się pro­mie­nieć, kiedy wyczuwa na sobie nasze spoj­rze­nia. Kaza­łem mu przy­siąc, że będzie zacho­wy­wał dystans publicz­nie, żeby nikt nie zaczął podej­rze­wać, że jestem w zmo­wie z jego bra­tem. Muszę zacho­wać pozór neu­tral­no­ści.

Zbliża się tanecz­nym kro­kiem do kra­wę­dzi loży. Gdy znaj­duje się kilka kro­ków od niej, krzy­czy:

-?Albo chcesz ze mną cudzo­ło­żyć, albo mnie zabić. Nie wiem, Vale­rio. Pierw­sze mi odpo­wiada, ale dru­gie jest mało praw­do­po­dobne, o ile nie wręcz nie­moż­liwe. -?Z roz­tar­gnie­niem obma­cuje mija­jącą go Różową. - Jestem odporny na zły wzrok, noże i wszystko pomię­dzy nimi, bo mój brat wyce­lo­wał ładunki ato­mowe w twoją spu­ści­znę, a jest w dodatku...

Wska­zuje na jed­nego ze swo­ich bar­dziej pija­nych lizu­sów.

-?Sza­lony jak byk! -?krzy­czy jego przy­ja­ciel i przy­kłada palce do głowy na kształt rogów.

Reszta ryczy i tań­czy w kółko, zanim wybu­chają śmie­chem i posy­łają całusy Car­thii.

Hora­tia wraca z wie­ściami od Cicero.

-?Nie -?mówię, czy­ta­jąc z jej twa­rzy. -?Powiedz, że nie.

-?Tak. Zga­dza się -?pota­kuje.

Krzy­wię się, kiedy tłum ryczy, a pre­zen­ter oznaj­mia poja­wie­nie się obec­nego czem­piona wyści­gów indy­wi­du­al­nych. Cicero au Votum, który zawsze jeź­dził dla Dru­żyny Her­mes, wypro­wa­dza rydwan na pia­sek. Czwórce jego koni prze­wo­dzi nie­ustra­szony ogier, Cesar­ska Krew.

Cicero ma na sobie białą tunikę cia­sno owi­niętą rze­mien­nymi pasami, żeby chro­nić pierś. Jego potężne ręce i nogi są opa­lone i natarte ole­jem. Jak wszy­scy jeźdźcy rydwa­nów w kla­sycz­nej kon­ku­ren­cji, jest przy­gnę­bia­jąco odsło­nięty. Krew gotuje mi się na widok tego, jak jedzie z uśmie­chem na spo­tka­nie śmier­tel­nemu zagro­że­niu.

-?Obie­cał, że nie będzie się ści­gał -?mru­czę.

-?Zatem stawka będzie jed­nak wysoka. -?Vale­ria nie posiada się z zachwytu.

Wzdy­cham.

-?Wybacz. Teatr wzywa.

-?Na razie? -?pyta.

-?Na razie. Ale nie na zawsze.

Kwi­tuje to toa­stem.

Daję znać Fla­vi­niu­sowi, zanim wysko­czę z loży i wylą­duję poni­żej, gdzie Kyber już na mnie czeka. Naprawdę wygląda jak Mie­dziana acta­rius, z tym swoim ter­mi­na­lem i gib­kimi koń­czy­nami. Jeśli ma przy sobie broń, to jej nie dostrze­gam. Tłum -?zaszo­ko­wany fak­tem, że zesko­czy­łem na zwy­kłe try­buny -?wiwa­tuje, a ja idę pomię­dzy śród­Ko­lo­rami, nie po to, żeby usiąść z moimi ludźmi, ale by uczcić legiony Votum. Sza­rzy od Cicero podej­mują mnie jak boha­tera, za co Rhone zapła­cił ich cen­tu­rio­nom. Kiedy obsta­wiam u wędru­ją­cego wśród try­bun buk­ma­chera, Cicero prze­jeż­dża obok na rydwa­nie i pod­nosi rękę w ofi­cjal­nym salu­cie. Jego głos wzmoc­niony przez jakiś nie­wi­doczny mikro­fon dudni ponad areną:

-?Dedy­kuję ten wyścig wybawcy Helio­po­lis! Zarządcy Mer­ku­rego! Wize­run­kowi Sile­niusa, ostat­niemu z jego rodu, Lysan­drowi Świa­tło­dawcy!

Posyła mi całusa.

Pro­wa­dzi rydwan na start. Tłum ryczy. A potem zapada cisza. Jeźdźcy rydwa­nów patrzą przed sie­bie, a gdy z potęż­nego bia­łego rogu dobywa się długa, żało­sna nuta, rydwany ruszają gwał­tow­nie do przodu. Piach bucha spod kół i kopyt.

Rozdział 6. Darrow. Troski śmiertelników

6

Dar­row

Tro­ski śmier­tel­ni­ków

Niczym remora w głę­bo­kim kosmo­sie Archi­me­des wybu­dza się z leni­wego dry­fo­wa­nia i skrada się w ślad za kon­wo­jem kosmo­Frach­tow­ców Votum. Stat­kom towa­rzy­szą potężne nisz­czy­ciele, na któ­rych dopiero co nama­lo­wano pur­pu­rowy łeb Mino­taura.

Gdy przy­le­cie­li­śmy z Pie­chura na orbitę Wenus, cze­ka­li­śmy wiele dni na kon­wój, za któ­rym mogli­by­śmy zbli­żyć się do stoczni. Dzięki temu mie­li­śmy czas na przy­go­to­wa­nie pla­nów. Na razie masko­wa­nie statku pozwo­liło nam unik­nąć dwóch eskadr Car­thii na patrolu, ale stocz­nie z ich bar­dziej wyra­fi­no­wa­nymi czuj­ni­kami to zupeł­nie inna bajka.

Pochy­lam się nad ramie­niem Cas­siusa, gdy pod­la­tuje Archi­me­de­sem do kadłuba ostat­niego kosmo­Frach­towca w kon­woju.

-?Ostroż­nie. Mar­twy punkt nie jest duży -?mru­czę.

-?Potra­fię latać -?mówi Cas­sius. -?Jeśli chcesz się czymś mar­twić, to martw się o nasze masko­wa­nie.

-?Zwa­żyw­szy, że zorien­tu­jemy się, że nas zauwa­żyli, dopiero kiedy do nas strzelą, to może obaj powin­ni­ście się sku­pić -?odzywa się Aurae z fotela dru­giego pilota.

Sia­dam na roz­kła­da­nym sie­dze­niu za nimi i wstrzy­muję oddech, aż wyrów­nu­jemy naszą pręd­kość z pręd­ko­ścią frach­towca i znaj­du­jemy się led­wie dzie­sięć metrów od jego ster­burty. Cas­sius wypusz­cza powie­trze.

-?No dobra. Jeste­śmy w ich cie­niu. Żywe Sre­bro musi cię nie­na­wi­dzić, Dar­row. Albo to, albo pra­cuje dla Zło­tych. Dla­czego ina­czej nie wypo­sa­żyłby w taką tech­no­lo­gię Bia­łej Floty? Pięć nisz­czy­cieli z takim kadłu­bem mogłoby pociąć Wspól­notę na kawałki jak skal­pel.

-?Podobno pro­duk­cja tego mate­riału jest sto razy droż­sza w prze­li­cze­niu na uncję od pro­duk­cji brzy­tew -?odpo­wia­dam. -?Repu­blika zban­kru­to­wa­łaby, gdy­by­śmy wypo­sa­żyli w ten spo­sób samą Gwiazdę Zaranną.

-?No i?

-?To samo powie­dzia­łem.

Cas­sius się śmieje.

-?Nic dziw­nego, że senat cię nie lubił.

W mar­twym polu frach­towca mam czas, by popo­dzi­wiać widoki, kiedy zbli­żamy się do Wenus.

Z oddali Stocz­nie Wenu­sjań­skie, naj­więk­sza kon­struk­cja kie­dy­kol­wiek zbu­do­wana ludzką ręką, przy­po­mi­nają led­wie rysę na sza­fi­ro­wej kulce zawie­szo­nej samot­nie w ciem­no­ści. Gdy­bym kie­dy­kol­wiek potrze­bo­wał przy­po­mnie­nia, jak zasad­ni­czo mali jeste­śmy w ogól­nym roz­ra­chunku, wystar­czy­łoby, żebym spoj­rzał na Wenus.

Jed­nak nawet sama Wenus -?pla­neta o nie­do­ści­głym maje­sta­cie, ze swo­imi roz­le­głymi rafami kora­lo­wymi, tajem­ni­czymi migru­ją­cymi wyspami, bujną florą i fauną, sztywną struk­turą kastową i ludz­kimi fabry­kami zasi­la­ją­cymi machinę wojenną Zło­tych -?jest mniej­sza od paznok­cia mojego małego palca, kiedy wycią­gam przed sie­bie rękę na całą dłu­gość.

W miarę jak się zbli­żamy i Wenus zaczyna rosnąć, mam dość czasu, żeby zacząć się dener­wo­wać. Nie­długo poja­wia się przed naszymi oczami flota Car­thii. Więk­szość stat­ków i pre­to­rów domu Car­thii słu­żyła Ata­lan­tii nad Mer­ku­rym, kiedy Apol­lo­nius ukradł stocz­nie. Teraz ich jed­nostki cumują nad pół­noc­nym bie­gu­nem ich ojczy­stej pla­nety, gdzie migo­czą jak korona z błę­kit­nych odłam­ków.

Nie­wąt­pli­wie zatrzy­muje je tam strach, co Apol­lo­nius zro­biłby z ich stocz­niami, gdyby spró­bo­wali je odzy­skać. Na jego miej­scu roz­mie­ścił­bym tam bomby z zapal­ni­kami, które odpa­li­łyby je w chwili mojej śmierci. My dwaj czę­sto podob­nie rozu­mu­jemy.

Wycią­gam rękę do sąsied­niego sie­dze­nia i dla pokrze­pie­nia głasz­czę Grzybka, naszą samotną gło­wicę ato­mową.

Na widok dział bazy i jej eskorty frach­towce zwal­niają, zbli­ża­jąc się do stoczni. Archi­me­des także. Pośród skom­pli­ko­wa­nych for­ty­fi­ka­cji kom­pleksu znaj­dują się działa wiel­ko­ści dra­pa­czy chmur. Jeśli śmierć po nas przyj­dzie, dowiemy się o tym w ostat­niej chwili. Z ostroż­nym uśmie­chem, który posze­rza się tym bar­dziej, im dłu­żej żyjemy, Cas­sius wyłą­cza sil­niki i prze­cho­dzi w pro­sto­pa­dły dryf. Wynu­rzamy się z cie­nia frach­towca. Stocz­nie prze­pły­wają obok nas, nie­skoń­czone for­ty­fi­ka­cje i prze­my­słowe wieże, wrze­ciona kon­struk­cyjne i han­gary gdzie okiem się­gnąć. Aurae nie posiada się ze zdu­mie­nia. Cas­sius pochmur­nieje.

-?Dobra wia­do­mość jest taka, że wciąż żyjemy. -?Wstaję. -?Zła zaś taka, że to była ta łatwiej­sza część zada­nia. Aurae: Archi­me­des i domi­nus Grzy­bek zostają w two­ich rękach. Cas­siu­sie, czas na nas.

-?Pamię­taj, czego cię uczy­łem o dry­fie osio­wym. I nie zapo­mnij, że dwa sil­niki manew­rowe na bak­bur­cie kapry­szą -?mówi do Aurae Cas­sius, nie­chęt­nie odda­jąc jej stery.

-?Nie roz­biję się, jeśli wy nie umrze­cie -?odpo­wiada Różowa i uśmie­cha się do niego.

Cas­sius roz­gląda się po wnę­trzu statku -?swoim domu, nabiera powie­trza w płuca i rusza do han­garu. Ja zostaję jesz­cze chwilę i patrzę, jak palce Aurae tań­czą po ste­rach.

-?Cas­sius naprawdę nauczył cię latać, czy tylko uda­wa­łaś, żeby dać mu się wyka­zać?

Nie prze­rywa pracy.

-?"W natu­rze panów jest pra­gnąć, tak jak w natu­rze sługi jest zaspo­ka­jać potrzeby. To nie zna­czy, że pan nie może zaspo­ka­jać potrzeb. To nie zna­czy, że sługa nie pra­gnie".

-?Czyli uda­wa­łaś, żeby spra­wić mu przy­jem­ność.

Odwraca się.

-?Jestem Różowa. Spra­wiam przy­jem­ność wszyst­kim. -?Nie ma w jej gło­sie ani kro­pli gory­czy. -?Wszy­scy mamy swoje spo­soby na prze­trwa­nie, Dar­row. Ja zawsze byłam i jestem powie­trzem. Ty do tej pory mogłeś pozwo­lić sobie na to, żeby być skałą. Nie musia­łeś się prze­kształ­cać ani zmie­niać kursu. Teraz pękasz. To dobrze. Jeśli chcesz się napra­wić...

-?Naj­pierw musisz się popsuć -?mru­czę. Widziała, że czy­ta­łem książkę w salo­niku Archi­me­desa. -?Połowa tego to bzdury.

-?Oczy­wi­ście. Przez całe życie wcho­dzi­łeś w inte­rak­cję ze świa­tem poprzez swoje ręce. Jed­nakże ścieżka nie jest narzę­dziem, które możesz chwy­cić i się nim posłu­żyć. Nie jest rze­czą. To cza­sow­nik.

Patrzy na mnie cier­pli­wie, bez­na­mięt­nie.

-?Dla­czego naprawdę tu jesteś, Aurae? Cas­sius może i łyk­nął twoją histo­ryjkę o byciu sym­pa­tyczką. Możesz wytłu­ma­czyć swoje umie­jęt­no­ści wykształ­ce­niem hetery, ale...

-?Jestem tu dla Sevro. Taka jest prawda. Nie cała prawda, ale ta jej część, która się liczy. Ta, która jest teraz uży­teczna.

-?I rozu­miem, że ścieżka powie­dzia­łaby mi, że należy to zaak­cep­to­wać.

-?Sam mi powiedz. -?Uśmie­cha się zna­cząco. -?Tylko czy tak naprawdę masz jakiś wybór?

Kiwam głową na Grzybka.

-?Dopil­nuj, żeby zna­lazł się tam, gdzie zrobi naj­więk­sze wra­że­nie.

Aurae salu­tuje.

Ruszam do ładowni. Cas­sius już jest w poło­wie roze­brany. Potrze­bo­wa­li­śmy dwóch dni pracy w warsz­ta­cie, żeby prze­kształ­cić przy­słaną przez Kavaxa -?i dostar­czoną przez Cas­siusa -?zbroję pro­duk­cji Sun Indu­stries w taki spo­sób, żeby przy­po­mi­nała spar­tań­sko baro­kowy styl pan­ce­rzy impul­so­wych ryce­rzy z domu Rath. Teraz jest szaro fio­le­towa, ozdo­biona moty­wem byka i Her­ku­lesa na ramio­nach. Nasze prze­bra­nie może się spraw­dzić.

-?Nie martw się, dobrze ją nauczy­łem -?zapew­nia mnie Cas­sius. -?To uro­dzona pilotka.

-?Nie wąt­pię. -?Kiedy jeste­śmy już w pan­cer­zach, zer­kam na swój chro­no­metr. -?Dzie­więć­dzie­siąt sekund. Zamy­kamy.

Zakła­damy hełmy. Dreszcz prze­biega mi po skó­rze, gdy patrzę na świat przez soczewki zbroi impul­so­wej. Mimo że nie­na­wi­dzę wojny, moje ciało raduje się jej rytu­ałami jak pijak brzę­kiem lodu w szklance do whi­sky. Kiedy Cas­sius staje w goto­wo­ści obok mnie, prze­nika mnie szczę­ście Domu Marsa, że znowu mam szes­na­ście lat i przy­go­to­wuję się do wykra­dze­nia wro­gowi jego sztan­daru.

Zaj­mu­jemy swoje miej­sca przy drzwiach na pra­wej bur­cie. Cas­sius kle­pie mnie po ple­cach.

-?Jaja przy dupie, Bel­lona. Nie bądź nie­śmiały.

Świa­tło przed sko­kiem zmie­nia się z czer­wo­nego w żółte.

-?Wolał­bym nie.

-?Cas­siu­sie, prze­ćwi­czy­li­śmy to...

-?Mimo to wciąż mam obiek­cje. Prę­dzej ty powi­nie­neś wsko­czyć mi na plecy. Wyglą­dasz jak żywy pla­kat prze­strze­ga­jący przed kupo­wa­niem nar­ko­ty­ków na ulicy. Bez urazy.

-?Tak wygląda pro­ce­dura Wyj­ców przy sko­kach pro­sto­pa­dłych w parach. Jeśli sprzęt zawie­dzie, nie możemy się oddzie­lić -?odpo­wia­dam. Wci­skam mu w dło­nie pisto­let trak­cyjny. -?A teraz wska­kuj mi na plecy.

Gra­moli się na mnie, mru­cząc:

-?Pomy­śla­łem sobie: wyruszmy na wojnę razem ze Żni­wia­rzem z Marsa. Naprawdę wyobra­ża­łem sobie coś bar­dziej efek­tow­nego.

Aurae otwiera drzwi. Słaba opa­li­za­cja pola impul­so­wego to wszystko, co nas oddziela teraz od kosmosu. Jeste­śmy dosta­tecz­nie bli­sko, żeby dostrze­gać poszcze­gólne ilu­mi­na­tory i włazy w meta­lo­wym kra­jo­bra­zie stoczni. Kiedy moje życie znowu jest w moich wła­snych rękach, to mimo cze­ka­ją­cego mnie nie­bez­pie­czeń­stwa czuję się żywy. Dobrze jest czuć, że moje buty nie grzę­zną już w bło­cie.

Biorę się w garść i ska­czę.

Stocz­nie obra­cają się pod nami, kiedy spa­damy ku nim z Cas­siu­sem, nie­sieni impe­tem mojego wybi­cia. Potem pręd­kość odzie­dzi­czona po Archi­me­de­sie spra­wia, że lecimy pro­sto­pa­dle do krzy­wi­zny wschod­niej czę­ści ogrom­nego pół­okręgu. Kiedy suniemy nad stocz­niami, mam wra­że­nie, że oglą­dam odwró­cony w cza­sie pro­ces budowy: naj­pierw mijamy ukoń­czone nisz­czy­ciele i dewa­sta­tory, któ­rych jesz­cze tylko nie poma­lo­wano. Następ­nie widzimy okręty bez uzbro­je­nia, potem bez kadłu­bów, wresz­cie bez sil­ni­ków, aż w końcu prze­la­tu­jemy nad maszy­nami spa­wa­ją­cymi ogromne poła­cie duro­stali, które stwo­rzą nad­bu­dówki jed­no­stek wojen­nych.

Robot­nicy, maleńcy i liczni jak mrówki, peł­zają po powierzchni stat­ków i po samej stoczni pod bacz­nym spoj­rze­niem nie­ru­cho­mych wład­ców: ogrom­nych posą­gów nie­ży­ją­cych człon­ków rodu Car­thii. Kiedy docie­ramy do Ust Wul­kana, prze­la­tu­jemy pod spoj­rze­niem Sile­niusa i Car­thusa, kolo­sal­nych atlan­tów, któ­rzy pio­ru­nują nas wzro­kiem z obu stron Ust. Te posągi to ostat­nia rzecz, jaką widzą eme­ry­to­wane statki, zanim zostaną sto­pione w piecu nazwa­nym na cześć rzym­skiego boga kuźni. Sile­nius i Car­thus, świad­ko­wie upływu czasu, nie zwa­żają na nasze żało­sne tro­ski śmier­tel­ni­ków i szy­der­czym wzro­kiem patrzą ponad nami, w gwiazdy.

Pięt­na­ście minut po skoku docie­ramy do punktu strzału.

Ostroż­nie, żeby nie zabu­rzyć naszej tra­jek­to­rii, Cas­sius celuje w sta­cję i ponad moim ramie­niem strzela z pisto­letu trak­cyj­nego. Pisto­let jest pra­wie bez­odrzu­towy, ale mimo to obra­camy się odro­binę w locie, dopóki wystrze­lony ładu­nek nie przy­wrze do kor­pusu sta­cji i lina się nie napnie. Wbu­do­wany w broń sil­ni­czek cią­gnie nas do przodu. Na powierzchni sta­cji porzu­camy pisto­let, a Cas­sius korzy­sta z łoża cięż­kiej insta­la­cji armat­niej, żeby zejść mi z ple­ców. Dobrze strze­lił. Znaj­du­jemy się osiem­dzie­siąt metrów od celu. Prze­cho­dzimy ostroż­nie, pod­cią­ga­jąc się na palce stóp Sile­niusa. Kiedy poobi­jany nisz­czy­ciel Repu­bliki wynu­rza się z kolejki, żeby wle­cieć do Ust i spło­nąć, wska­ku­jemy na jego kadłub. Wrota pieca zamy­kają się za nami.

-?A teraz... ruchy! -?mówię.

Pędzimy wzdłuż ska­za­nego na zagładę okrętu wojen­nego i zeska­ku­jemy z dziobu ku ogrom­nemu otwo­rowi zbie­ra­ją­cemu płynny metal, w który wkrótce zamieni się nisz­czy­ciel. Fala żaru ściga nas do otworu i dalej, wzdłuż łącz­nika pro­wa­dzą­cego do ponu­rego cen­trum prze­twa­rza­nia, gdzie ogromne sze­ścienne tace cze­kają na roz­to­pioną stal. Czer­wony bry­ga­dzi­sta w mechu odwraca się w naszą stronę, ale nas już tam nie ma, bo po pie­szym pomo­ście wysoko w górze prze­mknę­li­śmy do wnę­trza sta­cji.

***

Filo­zo­fia porządku rodu Car­thii jest pro­sta. Uznają dys­cy­plinę, która jest jak żela­zny pręt trzy­many w aksa­mit­nej, pach­ną­cej ręka­wiczce.

Stocz­niowcy posłuszni swoim panom dostają wiele przy­wi­le­jów, wśród któ­rych są dwa­dzie­ścia trzy salony deli­ryczne ich pożą­da­nych Zie­lo­nych. Kie­ru­jemy się do salonu na trzy­dzie­stym siód­mym pozio­mie we wschod­nim wrze­cio­nie kon­struk­cyj­nym. Jest parno, świa­tła na sufi­cie rzu­cają słabą poświatę w kolo­rze indygo na rzędy kap­suł deli­rycz­nych.

Nasze nagłe wej­ście i głu­chy odgłos pada­ją­cego na pod­łogę ciała Brą­zo­wego woź­nego przy­cią­gają uwagę admi­ni­stra­tora salonu, wyso­kiego her­ma­fro­dy­tycz­nego Zie­lo­nego o okrut­nej, bla­dej twa­rzy. Zie­lone wła­śnie szło pomię­dzy rzę­dami kap­suł deli­rycz­nych, ale odwraca się w samą porę, żeby zoba­czyć cień, który na nie ska­cze. Cas­sius kopie je dość mocno kola­nem w mostek. Zanim do nich dobie­gam, Cas­sius już trzyma ciało wiot­kie jak mokry ręcz­nik. Szok umiar­ko­wa­nego prze­cież zde­rze­nia zabił Zie­lone.

-?Wybacz -?mru­czy Cas­sius. -?Nie przy­wy­kłem do tak dużej gra­wi­ta­cji. - Upusz­cza ludzki ręcz­nik. -?Takie kru­che stwo­rze­nie.

-?Szu­kamy archi­tekta albo ful­gur bel­la­tor. Sym­bol delty z trzema bły­ska­wi­cami. Posta­raj się go nie zabić.

Dzie­limy się kap­su­łami. Idę pomię­dzy rzę­dami, zer­ka­jąc na puste, blade twa­rze i szu­kam wła­ści­wego tatu­ażu, który znaj­dzie dla mnie celę Sevro i prze­pro­wa­dzi mnie przez drzwi zagra­dza­jące mi drogę do niej. Remi­ni­scen­cje Zie­lo­nych pod­łą­czo­nych do kap­suł holo­Do­świad­czal­nych wyświe­tlają się w postaci małych holo­gra­mów nad ich gło­wami. Ponad połowa z nich bie­rze udział w symu­la­cjach sek­su­al­nych i ma na sobie saczki, które wychwy­tują pro­dukty uboczne ich przy­jem­no­ści. Przy­staję i żołą­dek mi się burzy na widok potwor­no­ści, któ­rych poświata oblewa twarz wysoko odzna­czo­nego ful­gur bel­la­tor -?wojow­nika bły­ska­wicy. Ten wytrzy­mały typ Zie­lo­nego jest wcie­lany do Sza­rych oddzia­łów fron­to­wych, żeby neu­tra­li­zo­wał elek­tro­nikę wroga, dla­tego ma ciało moc­niej­sze niż kole­dzy, a jego upodo­ba­nia są o wiele bar­dziej maka­bryczne.

Zaci­skam rękę na jego gar­dle i wyry­wam druty wcho­dzące do por­tów tuż przed uszami. Jego świa­do­mość wyco­fuje się z lubież­nej hulanki i wraca do pobliź­nio­nego w wal­kach, wzmoc­nio­nego tech­niką ciała. Duszę go, a potem łamię mu kark jak źdźbło suchej słomy.

Zanie­po­ko­jony Cas­sius pod­cho­dzi do mnie.

-?Ty mor­der­czy hipo­kryto. -?Jego bez­na­miętny hełm zamiera przed zamro­żo­nym marze­niem nad głową mar­twego Zie­lo­nego. Cas­sius odwraca się z nie­sma­kiem. -?Ci Wenu­sja­nie... -?Wydaje z sie­bie odgłos, jakby splu­nął. - Zna­la­złem archi­tekta. Śnił zdrow­sze sny.

Idę za nim do smu­kłej Zie­lo­nej o wąskich oczach, z tatu­ażem archi­tekta nad prawą brwią. Jej holo­Do­świad­cze­nie jest łagod­niej­sze: leci na grzbie­cie pokry­tej łuską bestii nad ponurą for­tecą oświe­tloną zie­lo­nym świa­tłem. Czarne góry wokół twier­dzy są tak powysz­czer­biane, jakby wyrżnął je olbrzym za pomocą kosy. Powieki jej trze­po­czą, kiedy Cas­sius wybu­dza ją ze snu. Drga zasko­czona i jej wzrok ogni­skuje się na nowej, prze­ra­ża­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści. Kiedy pró­buje krzyk­nąć, owi­jam jej Zołzę wokół szyi i mówię:

-?Twoje życie jest w two­ich rękach. Nie upuść go.

***

Zie­lona archi­tektka nie chce upu­ścić swo­jego życia. Jest drobna, pew­nie waży jedną trze­cią tego, co ja, i tak się dener­wuje, że jej chude palce trzęsą się na kla­wia­tu­rze ter­mi­nala w kory­ta­rzu. Każę jej uru­cho­mić go ręcz­nie, żeby nie pró­bo­wała niczego kom­bi­no­wać. Cas­sius robi za czujkę. Pro­gram Zie­lo­nej fil­truje tysiące obra­zów. Areszt jest pełen więź­niów, głów­nie Zło­tych i Sza­rych, ale nie ma wśród nich Sevro. Zie­lona roz­sze­rza poszu­ki­wa­nia, zagłę­bia się w ści­śle strze­żone obszary, aż każę jej zatrzy­mać się na pew­nej bia­łej celi. Leży tam męż­czy­zna sku­lony w pozy­cji pło­do­wej. Jest ubrany w żółty kom­bi­ne­zon więź­nia, a na gło­wie ma ogromny hełm w kształ­cie wil­czego łba. Cas­sius musi sły­szeć, jak serce mi przy­śpie­sza.

-?Masz go? -?pyta, nie odwra­ca­jąc się.

-?Być może.

Robię zbli­że­nie na odsło­nięte ręce więź­nia, aż dostrze­gam tatuaż z cza­szek na grzbie­cie lewej dłoni. Na­dal nie jestem prze­ko­nany, więc oce­niam bli­zny na pra­wej. Pasują do tych, jakie zadały mu bestie wojenne Ata­lan­tii -?cajiry -?na Ziemi. Z tru­dem prze­ły­kam ślinę. Dener­wuję się teraz, kiedy zna­la­złem się tak bli­sko.

-?To Sevro. -?Zer­kam na chro­no­metr. Jeśli Aurae nie zali­czyła żad­nych opóź­nień, to wła­śnie wylą­do­wała Archi­me­de­sem i prze­szła już w ska­fan­drze kosmicz­nym na szó­ste wrze­ciono kon­struk­cyjne. Nasze zabez­pie­cze­nie powinno znaj­dy­wać się na miej­scu. -?Chodźmy po niego.

Nasze pole zakłó­ca­jące zasła­nia nas przed kame­rami, gdy biorę Zie­loną na smycz z brzy­twy i zmu­szam ją, żeby nas popro­wa­dziła. Otwiera kolejne windy tech­niczne, żeby dopro­wa­dzić nas jak naj­bli­żej celi Sevro. Gdy wcho­dzimy do szy­bów ser­wi­so­wych, każę Cas­siu­sowi wypu­ścić paję­czy dron Sun Indu­stries do prze­wo­dów wen­ty­la­cyj­nych. Cas­sius kie­ruje dro­nem za pomocą łącza w heł­mie. Zagląda nim do naj­sil­niej strze­żo­nego bloku. Dron prze­pełza i zaczyna pom­po­wać gaz z prze­no­śnego zbior­niczka. Wewnątrz roz­lega się alarm i Sza­rzy na służ­bie rzu­cają się po hełmy. Ja tym­cza­sem popy­cham Zie­loną do panelu ste­ru­ją­cego przy głów­nych drzwiach.

Roz­dy­go­tana garbi się nad pane­lem, aż drzwi otwie­rają się z sykiem. Ude­rzam ją łok­ciem w poty­licę i ruszam szybko, pochy­lony. Pająk wybu­cha roz­bły­skami bia­łego świa­tła. Pierw­szy Szary odwraca się do drzwi. Jest ośle­piony. Prze­bi­jam mu zbroję i serce. Uno­szę go przed sobą jak tar­czę i pusz­czam się bie­giem. Roz­le­gają się strzały. Poci­ski walą w zbroję Sza­rego. Ja jed­nak dopa­dam już pozo­sta­łych, a zabi­ja­nie z bli­ska wycho­dzi mi naj­le­piej.

Zrzu­cam Sza­rego z Zołzy i ata­kuję męż­czy­znę z kara­bi­nem, odci­na­jąc mu obie ręce na wyso­ko­ści łokci. Dru­giego odrzu­cam kop­nia­kiem, łapię od dołu za szczękę i łamię mu kark. Następ­nego sma­gam po kost­kach i ścią­gam z wyż­szego poziomu, a potem cofam ostrze i odci­nam mu stopy. Tnę brzy­twą grze­bień na heł­mie czwar­tego; pęka na pół jak kłoda pod ude­rze­niem sie­kiery. Ata­kuję dwóch kolej­nych po obu moich stro­nach. Uszko­dze­nia heł­mów są powierz­chowne, ale idący za mną Cas­sius spo­koj­nie zdąża ich zastrze­lić.

-?Na trze­ciej! -?wołam. -?Nisko.

Cas­sius robi unik i topór Obsy­dia­no­wego tnie powie­trze w miej­scu, w któ­rym przed chwilą była jego głowa. Kon­ty­nu­ując ten sam ruch, Cas­sius zakre­śla krąg brzy­twą nad głową i roz­cina jed­nego z ata­ku­ją­cych Obsy­dia­no­wych na wyso­ko­ści pasa. Zaha­cza ostrzem o zbroję dru­giego. Przyj­muje drugi cios topora na swoją egidę, którą emi­tuje z lewego zarę­ka­wia, i turla się, żeby oswo­bo­dzić klingę. Spada następny cios Obsy­dia­no­wego, topór krze­sze iskry na jego tar­czy impul­so­wej i odska­kuje. Cas­sius wbija obiema rękami brzy­twę od dołu w pachę prze­ciw­nika i prze­bija się aż pod szczękę. Osta­tecz­nie ostrze wycho­dzi czub­kiem hełmu. Cas­sius wyszar­puje brzy­twę, wyciera ją i wstaje.

-?Czy­sto! -?mówi. -?Ja tu zostanę, a ty idź po swo­jego Goblina.

Prze­cho­dzę chwiej­nie nad drga­ją­cymi cia­łami i zry­wam kartę dostę­pową ze zbroi cen­tu­riona. Bie­gnę przez blok wię­zienny głów­nym kory­ta­rzem, aż docie­ram do drzwi celi Sevro. Macham kartą. Ciężki metal pod­nosi się. Wpa­dam do celi.

Sevro leży pośrodku bia­łego pokoju. Wil­czy hełm na jego gło­wie jest tak ciężki, że przy pod­nie­sie­niu głowy żyły nabrzmie­wają mu na szyi. Pod­bie­gam i ostroż­nie roz­ci­nam zamek na heł­mie. Cho­wam brzy­twę do pochwy, zry­wam hełm z głowy Sevro. Jego twarz jest wil­gotna i pokryta zaschniętą śliną, mar­twym naskór­kiem, wło­sami i grzy­bem. Śmier­dzi serem jak roz­cięta cysta. Mruga, patrząc na mnie spod szopy wło­sów.

Jego oczy są Szare.

Męż­czy­zna ma tatu­aże Sevro. Ma jego bli­zny. Ale nim nie jest.

-?Pomocy... -?błaga oszust.

-?Oż w mordę. -?Wypusz­czam go. -?Cas­sius! To pułapka!

Z kory­ta­rza dobiega powta­rza­jący się huk. Cas­sius staje w drzwiach z kara­bi­nem na ramie­niu.

-?Dar­row. -?Patrzy na oszu­sta u moich stóp. -?Zablo­ko­wali wyj­ście. To co naj­mniej dwa oddziały.

Sta­wiam hełm.

-?Musimy prze­bić się przez nich, to nasza jedyna...

-?Cas­sius! Ruchy! -?krzy­czę, bo cela zaczyna się zamy­kać. A on stoi w progu.

Rzuca się do środka. Drzwi zatrza­skują się za nim z taką siłą, że skru­szy­łyby gra­nit. Cas­sius kozioł­kuje i pod­rywa się na równe nogi, wycią­ga­jąc już z powro­tem brzy­twę.

-?Ty idioto! Co to było?! -?krzy­czę.

-?Powie­dzia­łeś "ruchy"!

-?Ale w drugą stronę!

-?Nie spre­cy­zo­wa­łeś kie­runku!

-?Kto by się rzu­cał do celi, psia­krew? -?war­czę.

Kap. Kap. Kap.

Każda kolejna kro­pla krwi z Zołzy moc­niej ude­rza o pod­łogę. Czuję cha­rak­te­ry­styczne kłu­cie w żołądku, oło­wiany cię­żar w mózgu i koń­czy­nach.

-?Gra­wi­ta­cja. Pod pod­łogą musi być stud­nia. Musimy się stąd wynieść.

Wyj­muję ładu­nek wybu­chowy ze schowka na udzie i rzu­cam go Cas­siu­sowi. Cią­że­nie nara­sta wykład­ni­czo, ładu­nek nie dola­tuje. Moje stopy pod­no­szą się kosz­mar­nie powoli i opa­dają z siłą więk­szą niż koń­ski kop­niak. Moja zbroja impul­sowa jest mocna. Nie jest to arcy­dzieło tech­niki, do jakiego nosze­nia przy­wy­kłem, ale jest twarda i spraw­dzona w walce. Mimo to ona rów­nież ulega cią­że­niu. Moje kolano ude­rza w pod­łogę z takim impe­tem, że robi w niej wgnie­ce­nie. Cas­sius trzyma się pro­sto i z ładun­kiem w ręce wle­cze się do drzwi.

-?Jakby słoń... na mojej... prze­klę­tej piersi... -?cedzi przez zaci­śnięte zęby.

Krew dudni mi w gło­wie, która waży dzie­sięć razy wię­cej, niż waży­łaby na Ziemi. Serce wali mi sza­leń­czo z powodu wysiłku, jakiego wymaga od niego prze­py­cha­nie krwi przez żyły. Padam jak wie­kowy mar­sjań­ski bogo­Drzew. Źle ląduję i czuję igiełki zim­nego ognia w lewej ręce, kiedy przy­trza­skuję sobie nerw w szyi. Leżę i dyszę. Cas­sius beł­ko­cze coś, czego nie rozu­miem. Chyba nie doszedł do drzwi. Nie sły­chać wybu­chu. Nie ma Sevro. Czy Apol­lo­nius w ogóle go miał? Zro­bił ze mnie skoń­czo­nego głupca.

Z gło­śnika nad nami pły­nie głos zbyt dźwięczny, zbyt nie­na­sy­cony, żeby mógł nale­żeć do kogoś innego niż Apol­lo­nius:

-?Dar­row, Dar­row, Dar­row... Doprawdy, jesteś boski. Bowiem odpo­wie­dzia­łeś na moje modli­twy. Witaj w Stoczni Mino­taura. Powi­taj swój koniec.

Rozdział 7. Lysander. Sojusznik idiota

7

Lysan­der

Sojusz­nik idiota

Cicero wygrywa wyścig bez więk­szego wysiłku, tylko pod­czas pią­tego okrą­że­nia spon­so­ro­wany przez Car­thii rydwan pra­wie miaż­dży go o cen­tralną kolumnę areny. Zosta­wiam swo­ich pre­to­ria­nów przy bra­mie i idę przez dzie­dzi­niec, żeby powie­dzieć mu, co o tym myślę. Kyber idzie za mną jakby ni­gdy nic, ale nie­ustan­nie wypa­truje zagro­że­nia.

Na dzie­dzińcu pach­nie sia­nem, łaj­nem, wypra­wioną skórą i końmi. Te zapa­chy przy­wo­dzą mi na myśl Vir­gi­nię au Augu­stus. Ze wszyst­kich Zło­tych, któ­rzy prze­wi­nęli się przez pałac mojej babki, Vir­gi­nia nale­żała do moich naj­ulu­bień­szych.

Tęsk­nię tro­chę za jej natu­ral­nym uśmie­chem i nie­prze­wi­dy­wal­no­ścią w roz­mo­wach. Z pew­no­ścią ten uśmiech skry­wał usta pełne szty­le­tów, ale Vir­gi­nia potra­fiła spra­wić, że czło­wiek czuł się uprzy­wi­le­jo­wany, mogąc prze­grać z nią w sza­chy albo w bez­sen­sow­nym zakła­dzie, który ptak śpie­wa­jący pierw­szy wykluje się w ogro­do­wej wolie­rze. Zasta­na­wiam się, czy na­dal ma czas, żeby odwie­dzać swoją staj­nię na Mar­sie, czy też wojna pochło­nęła ją cał­ko­wi­cie, tak jak mnie. Zawsze była szczę­śliw­sza po prze­jażdżce w parku na Pala­ty­nie. Jak się nad tym zasta­no­wić, to ja także.

Oka­la­jące dzie­dzi­niec arkady zapew­niają cień dru­ży­nom rydwa­no­wym. Stoją tam także stoły. Mło­dzi Złoci jeźdźcy rydwa­nów i plu­gawe towa­rzy­stwo, jakie zawsze kręci się wokół tak ordy­nar­nych postaci, sączą wino i grają w kości. Wielu wznosi toa­sty na moją cześć, gdy ich mijam, ale nie Car­thii, któ­rzy szy­dzą i obra­żają mnie pod nosem.

Pod arkadą ze skrzy­dla­tym kołem Dru­żyny Her­mes Cicero spraw­dza stan wodzy. Przed połu­dniem znowu ma się ści­gać i zrobi to jesz­cze pra­wie dwa­dzie­ścia razy, zanim igrzy­ska się skoń­czą. A wszystko to mając na sobie tylko ten idio­tyczny mały hełm.

Wyczuwa moje nadej­ście, ale zamiast się odwró­cić, pomaga sta­jen­nemu czy­ścić konie.

-?Wiem, Lysan­drze. Wiem, wiem, wiem.

Idę za nim, obcho­dząc jed­nego z jego ruma­ków, Cesar­ską Krew.

-?Obie­ca­łeś mi, że nie będziesz się ści­gał.

Cesar­ska Krew pró­buje trą­cić mnie chra­pami i pra­wie mnie przy tym prze­wraca.

Mój przy­ja­ciel wzdy­cha. Zerka na mnie spod szopy zło­tych loków.

-?Łaskawy panie, się­gnij do swej pamięci. Obie­ca­łem, że wezmę sobie do serca twoje zale­ce­nia i naprawdę to zro­bi­łem. -?Dotyka piersi. -?Wię­cej powiem: moje serce było tak roz­darte w tej kwe­stii, że pra­wie nad­wy­rę­ży­łem sobie nad­garstki, pró­bu­jąc utrzy­mać je w cało­ści.

Rzuca prze­po­coną szmatę sta­jen­nemu i odsuwa się od koni, żeby usiąść na schodku rydwanu. Bie­rze od jed­nego ze swo­ich sług srebrny kie­lich z winem, wypija go do dna i dopo­mina się o wię­cej.

-?Wina? -?pro­po­nuje. -?Jest z Salo­nik. Rath przy­wiózł dzie­sięć beczek. Bogo­wie jedni wie­dzą, jak je zdo­był. Ten gość ma zna­jo­mo­ści wśród prze­myt­ni­ków. Doprawdy dzi­waczna osoba. Cią­gle coś insy­nu­uje. Nie potra­fię się zorien­to­wać, czy pró­buje zwę­dzić mi sakiewkę, czy mnie prze­le­cieć.

-?Pamię­tasz, że w Rzy­mie rydwa­nami powo­zili nie­wol­nicy? -?upew­niam się, kiedy słu­żący napeł­nia mu kie­lich. -?Bogaci, oto­czeni dziw­kami, nie­mniej jed­nak nie­wol­nicy?

-?Czy w ten spo­sób pró­bu­jesz mi powie­dzieć, że w prze­ci­wień­stwie do nich mam wiele do stra­ce­nia?

-?Twój ojciec nie trzyma już wodzy. Ty musisz pokie­ro­wać swoim rodem. On...

-?Mój ojciec stra­cił swoją pla­netę. A potem honor -?odpo­wiada bez­na­mięt­nie Cicero. -?A na koniec zmar­no­wał życie i ulu­bio­nego syna, pró­bu­jąc odzy­skać obie tamte rze­czy. Znasz jego tchórz­liwą naturę, skąpy cha­rak­ter. Jed­nak kochał ten sport. Hipo­drom jest w naszej krwi. -?Oczy zasnu­wają mu się mgłą, gdy pod­nosi wzrok na kamienny ogrom połu­dnio­wej fasady sta­dionu. -?Ten piach należy do mnie. Mam tyle samo do stra­ce­nia, co naj­nędz­niej­szy rzym­ski nie­wol­nik. O co bar­dziej muszę się bać niż o honor? Cóż wię­cej mogę stra­cić niż życie? Popro­si­łeś, żebym zary­zy­ko­wał życie dla cie­bie i two­ich sta­rań o Tron Poranka, cho­ciaż wszy­scy wie­dzą, jak małe masz szanse. Rydwany to o niebo bez­piecz­niej­szy sport! -?Pije wino i zerka na mnie bła­gal­nie. -?Ty i moja sio­stra nie rozu­mie­cie, ponie­waż wasze umy­sły są upo­rząd­ko­wane jak wnętrz­no­ści zegarka. Mój umysł to cha­otyczny narząd, któ­rym włada przy­pa­dek, ale nie jest pozba­wiony wła­snego porządku.

Prze­nosi wzrok ku arka­dom, gdzie jeźdźcy rydwa­nów spon­so­ro­wani przez Car­thii odpo­czy­wają w cie­niu, słu­cha­jąc, jak jeden z ich towa­rzy­szy gra na har­fie.

-?Ow­szem, próż­ność leży w mojej natu­rze, ale to by dla mnie wiele zna­czyło, gdy­byś uwie­rzył we mnie na tyle, żeby wie­dzieć, że nie jestem pyszał­kiem. Nie zgo­dzę się, żeby obra­żano Mer­ku­rego, a Wenus zdo­była chwałę w dniu, który powi­nien uczcić pamięć mojego ojca i pla­nety, za którą zgi­nął. Co by to powie­działo naszym oby­wa­te­lom? Że Mer­kury jest zale­d­wie cie­niem tego, czym był? Że Votum to naj­słab­szy z rodów Pod­boju? Nie ści­gam się tylko dla lau­rów, drogi przy­ja­cielu. Ści­gam się dla ducha moich ludzi. -?Sztur­cha mnie. -?Naszych ludzi.

Podoba mi się szcze­rość Cicero, jego ogólny opty­mizm, zapał do spi­sko­wa­nia, ale naj­bar­dziej podzi­wiam jego bła­zeń­skie pokazy odwagi. Inni uwa­żają, że jest lek­ko­myślny, że to utra­cjusz bar­dziej zain­te­re­so­wany sztuką niż wojną. Jakże się mylą.

Dziwna z nas para przy­ja­ciół. Cicero nie mógłby bar­dziej róż­nić się od Ajaxa, mojego naj­lep­szego przy­ja­ciela z dzie­ciń­stwa. Wtedy Ajax był miły i nie­śmiały, pod­czas gdy Cicero był słyn­nym kosz­ma­rem, aro­ganc­kim urwi­sem, wiecz­nym źró­dłem kło­po­tów. Potem życie zmie­niło Ajaxa w ego­istycz­nego fan­fa­rona, gro­te­skowo uta­len­to­wa­nego w zabi­ja­niu, co miało dowieść, że nie jest słaby. Cicero zaś nie ma nic prze­ciwko temu, że inni uwa­żają go za sła­bego. I nawet kiedy myśli tylko o wła­snych inte­re­sach, udaje mu się -?podej­rze­wam, że przy­pad­kiem -?zadbać o inte­resy innych. Mimo to bra­kuje mi Ajaxa.

Pry­cham, myśląc o idio­tycz­no­ści więzi z dzie­ciń­stwa.

-?Co? -?pyta Cicero.

Zmie­niam temat.

-?Przy­po­mniało mi się coś, co wiele mie­sięcy temu powie­działa twoja sio­stra. Jeśli potrze­bu­jesz napa­stli­wego czaru oso­bi­stego, się­gnij po Cicero. Skoro to tak wiele zna­czy dla cie­bie, masz moje bło­go­sła­wień­stwo. Cho­ciaż wcale go nie potrze­bu­jesz.

Po tym, jak stra­ci­łem Cas­siusa na rzecz Dar­rowa i Ajaxa na rzecz Ata­lan­tii, sta­ram się nie gasić ducha w moich przy­ja­cio­łach.

-?A jed­nak naprawdę mnie dostrze­gasz. Powie­dzia­łem to Gli­ra­ste­sowi. - Uśmie­cha się zachwy­cony. -?No dobrze, gdzie jest ta stara torba? Może zade­dy­kuję mu następny wyścig.

-?Wró­cił do domu.

-?Na pewno przez cie­bie. Musisz deli­kat­niej się z nim obcho­dzić.

-?Trak­tuję go deli­kat­nie.

-?Jesteś życz­liwy, ale nie deli­katny. Arty­ści są prze­wraż­li­wieni na punk­cie swo­jej pracy. Ty jesteś jego dzie­łem, któ­rym chce odku­pić wła­sne grze­chy.

Marsz­czę brwi.

-?Pomógł Dar­ro­wowi, prawda? -?cią­gnie Cicero. -?Bogo­wie Burzy to w takim samym stop­niu jego dia­bły, jak Żni­wia­rza. Ma wiele do odpo­ku­to­wa­nia. - Dostrzega coś ponad moim ramie­niem. -?Niech to szlag. Nad­cho­dzi kre­tyn.

-?Cen­taur czy byk?

-?Rogaty gatu­nek.

Thar­sus i jego mena­że­ria kie­rują się pro­sto do nas.

-?Idiota -?mru­czę.

-?Nie kaza­łeś mu zacho­wy­wać dystansu? -?pyta Cicero.

-?Wie­lo­krot­nie.

Cicero pochyla głowę.

-?Przez niego socjo­paci Grim­mu­sów obe­drą nas ze skóry.

-?Tylko cie­bie. Mnie wypchają i dołożą sznurki, żebym robił za mario­netkę.

-?Nie mów tak. To okropne. O bogo­wie, zbliża się. Myślisz, że nas widział? -?Cicero pró­buje scho­wać się za rydwa­nem.

-?Cicero, łaskawy panie! Praw­dziwy z cie­bie Fla­viusz Skor­pus! -?woła Thar­sus.

Na dźwięk kom­ple­mentu Cicero wyska­kuje zza rydwanu jak pie­sek pre­riowy.

-?Nie będę zaprze­czał -?odpo­wiada.

-?Co za wido­wi­sko! Co za bra­wura! -?Kiedy Thar­sus jest już dosta­tecz­nie bli­sko, ton jego głosu staje się bar­dziej ponury. -?Potra­fię czy­tać z ruchu ust na odle­głość stu metrów, ty oszczer­czy kozo­jebco.

-?Wiemy. -?Łapię Thar­susa za musku­larne ramię, a gdy zabie­ram rękę, pach­nie drew­nem san­da­ło­wym i fero­mo­nami. -?I mimo przy­po­mnień, że łamiesz naszą umowę, pod­sze­dłeś.

-?To byłoby jesz­cze dziw­niej­sze, gdy­bym trzy­mał się na dystans od tak zna­ko­mi­tych oso­bi­sto­ści. -?Pochyla się. Może flir­tuje, a może spryt­nie chowa usta przed tymi, któ­rzy potra­fią czy­tać z ruchu warg. Na jego środ­ko­wym palcu wibruje audio­tłu­mik. -?Nie wyko­nu­jesz swo­jego zada­nia, Lune. Mia­łeś wsu­nąć ręce w bogate maj­teczki, żeby sfi­nan­so­wać naszą wielką kru­cjatę, a nie badać pal­cem pro­staty Sza­rych z naj­tań­szych miejsc na try­bu­nach. Zdo­by­wa­nie miło­ści żoł­nie­rzy to zada­nie mojego brata. Ty masz tylko dostar­czać ludzi i pie­nię­dzy.

-?Pie­nię­dzy, które twój brat roz­trwoni na aukcjach Syn­dy­katu -?wtrąca Cicero.

Thar­sus posyła nam uśmiech, w któ­rym jest zde­cy­do­wa­nie zbyt dużo zado­wo­le­nia z sie­bie.

-?Roz­trwoni, powia­dasz?

Kilku kolej­nych braci Vale­rii dołą­czyło teraz do dru­żyny Car­thii. Ktoś od nich rzuca wino­gro­nem w jed­nego z zaprzy­jaź­nio­nych poetów Thar­susa. Inny ciska kością kur­czaka. Ruchem głowy daję znak pre­to­ria­nom, żeby znie­chę­cili ich do takich pro­wo­ka­cji. Mar­kus -?śniady od słońca cen­tu­rion wielki jak bawół wodny, jeden z ulu­bień­ców Rhone'a -?aż się pali, żeby speł­nić moje życze­nie.

-?Thar­su­sie, idź sobie. -?Rzu­cam mu parę kre­dy­tów, jak­bym prze­grał zakład. Chowa je, uśmie­cha­jąc się na widok mojego zakło­po­ta­nia. - Spro­wo­ku­jesz awan­turę, która nie skoń­czy się tutaj.

-?No bła­gam cię... Wystar­czy, że tkną włos na mojej lśnią­cej gło­wie, a mój brat zacznie wysa­dzać wrze­ciona kon­struk­cyjne w ich stocz­niach jedno po dru­gim, dopóki nie wrócę do niego. Jak wtedy wygrają wojnę? Kiedy wróg będzie miał swoje stocz­nie, a Wspól­nota straci swoją? -?mru­czy Thar­sus. -?Roz­wiej swe obawy, dziecko Pala­tynu. Przy­sze­dłem tylko prze­ka­zać wie­ści od Apol­lo­niusa. Pod­czas gdy inni, jak ten idiota Ajax, mar­nują cenny hel, prze­cze­su­jąc Układ w poszu­ki­wa­niu nie­uchwyt­nego wilka, mój brat wywa­bił go z cie­nia, żeby pod­dać pró­bie jego walecz­ność.

-?Nie do pomy­śle­nia! -?wykrzy­kuje Cicero. -?Wia­do­mość podzia­łała?

-?W rze­czy samej. I wkrótce mój brat powali Dar­rowa. -?Thar­sus dotyka mojej ręki. -?Uspo­kój lędź­wie, mój ty nad wiek roz­wi­nięty kata­mito. Twoja dawna flama, Cas­sius, też wpadł we wnyki i w ciągu dwóch tygo­dni otrzy­masz go w pre­zen­cie dla swo­jej przy­jem­no­ści. Może lady Bel­lona otwo­rzy wtedy dla cie­bie swój skar­biec.

Wpa­truję się w niego.

-?Cas­sius żyje. I razem z Dar­ro­wem pró­bo­wał uwol­nić Sevro?

-?Tak.

-?Twój brat ma ich obu?

Thar­sus jest tak zado­wo­lony z sie­bie, że zaraz zemdleje.

-?Tak.

Stoję osłu­piały. Myśla­łem, że Cas­sius zgi­nął na Obrzeżu, dopóki nie zoba­czy­łem go, jak rato­wał Dar­rowa z Helio­po­lis osiem mie­sięcy temu. Zakła­da­łem wtedy, że ponie­waż szu­kają go Ajax, Jeźdźcy Pyłu i inni, Cas­sius skoń­czył w jakiś maka­bryczny spo­sób. Przez dzie­sięć lat był dla mnie jak brat. Nie­do­sko­nały brat, ow­szem. Nie­mniej brat. W pew­nym sen­sie wola­łem, żeby nie żył. Przy­naj­mniej jego śmierć była szla­chetna. Spra­wiała mi ból, ale była lep­sza niż świa­do­mość, że żyje i wal­czy po stro­nie Dar­rowa zamiast po mojej.

To okrutna gra. Dla­tego ja też muszę być okrutny. Oddam go jego matce, Julii. Może to jest klucz, któ­rego mi bra­ko­wało, żeby otwo­rzyć jej skar­biec.

-?No patrz­cie tylko. Już liczy monety -?mówi Thar­sus. -?Ty! -?woła, gdy jego uwagę przy­ciąga kobieta z dru­żyny Bel­lony. Wyszła wła­śnie z cie­nia arkad, żeby zbesz­tać jed­nego ze sta­jen­nych opo­rzą­dza­ją­cych ich konie. Thar­sus odcho­dzi, wyma­chu­jąc musku­larną ręką niczym modliszka w tańcu godo­wym. -?Ty, genialna kobieto! Oczy­wi­ście, że mnie znasz, ale ja muszę poznać cie­bie. Co za gra­cja! Co za bra­wura! Co za wido­wi­sko.

Cicero i ja patrzymy za nim, gdy zacze­pia młodą człon­ki­nię dru­żyny rydwa­no­wej Bel­lony. W gło­wie mam mętlik. Apol­lo­nius schwy­tał Dar­rowa i Cas­siusa. Ogromny nie­po­kój zostaje zmyty tą myślą i zastą­piony kolej­nym. Dar­row musi umrzeć, rzecz jasna, ale czy Cas­sius także?

Cicero krzy­żuje ramiona na piersi i dąsa się.

-?Co z tobą? -?pytam.

Cicero wzdy­cha.

-?Po pro­stu... wido­wi­sko, bra­wura... Mnie tak samo skom­ple­men­to­wał.

Zer­kam na niego po raz drugi. Nie żar­tuje. Kocham Cicero, ale cza­sem zasta­na­wiam się, czy nie trak­to­wano by mnie poważ­niej, gdyby u mojego boku stał prze­ra­ża­jący Ajax au Grim­mus.

***

Noc zapada w Helio­po­lis i wyścigi ustę­pują miej­sca teatrowi i przy­ję­ciom. Śmiech i muzyka z zabaw na dachach i z nad­mor­skich gali płyną ponad oświe­tlo­nymi latar­niami uli­cami. Bru­ko­wana ścieżka, którą idę, wije się wzdłuż nabrzeża, a potem przez zagaj­nik roz­ca­pie­rzo­nych gwiaź­dzi­ście drzew do wyku­tego w urwi­sku amfi­te­atru. Sztuka już trwa, ale nie po to tu przy­sze­dłem.

Przy­sze­dłem, ponie­waż wielki sta­tek o nazwie Śmier­cio­no­śny wszedł w połu­dnie na orbitę, a ja muszę spo­tkać się z jego panem.

Zosta­wiam pre­to­ria­nów za sobą i scho­dzę, żeby sta­nąć za tyl­nymi miej­scami. W dole na sce­nie usta­wio­nej tyłem do morza udrę­czony Edyp zdaje sobie sprawę, że kró­lowa jest tak naprawdę jego matką. Pod­Ko­lory, zaopa­trzone w wino z korze­niami i sło­dy­cze i sie­dzące grup­kami na ławach i nasy­pach, szlo­chają. Znad wody, z pły­wa­ją­cej wyspy w oddali, dola­tują kłó­cące się z tym odgłosy zabawy, jakby kpiły sobie z cier­pie­nia Edypa. Wąt­pię, żeby kto­kol­wiek inny to zauwa­żył. Thes­sian, słynny Fio­le­towy z Ziemi, jest już stary, ale wiek nie umniej­szył jego talentu.

Prze­peł­niony emo­cjami wywo­ła­nymi przez jego grę opie­ram się o drzewo oliw­kowe i patrzę, jak Edyp się ośle­pia, chór prze­ma­wia i tłum znika z amfi­te­atru, kie­ru­jąc się do barów i na pokazy akro­ba­tyczne na nabrzeżu.

Scho­dzę do amfi­te­atru, żeby prze­ciąć drogę dwóm wyso­kim męż­czy­znom w ciem­nych pele­ry­nach podróż­nych, gdy wstają z sie­dzeń. Nikt nie mógłby pomy­lić się co do ich natury: Nie­zrów­nani Nazna­czeni.

-?Mówią, że Thes­sian wyci­snąłby łzy z kamie­nia, ale wasze oczy są suche. Jeste­ście aż tak sto­iccy czy Thes­sian stra­cił wprawę? -?pytam, gdy się odwra­cają.

Star­szy Nazna­czony jest chud­szy od towa­rzy­sza. Odpo­wiada lako­nicz­nie:

-?Na Mer­ku­rym jest gorąco. Za mało wody wypi­łem.

Odpo­wiedź rów­nie szczera jak sam czło­wiek. Helios au Lux jest surowy, nie­po­ru­szony i poważny jak lufa broni pal­nej. Nosi prze­zwi­sko Żar Słońca ze względu na ogo­rzałą cerę i sła­bość do dewa­sta­to­rów. Przez czter­dzie­ści lat był Ryce­rzem Prawdy w Domi­nium Obrzeża, zanim na początku wojny został współ­kon­su­lem wraz z Dido. Jest ser­deczny, ale ewi­dent­nie nie cie­szy go mój widok.

-?Salve, au Lune.

Ści­ska mi dłoń. Sam nosi sta­ro­świecki cestus: ręka­wicę bojową ze sple­cio­nych zło­tych taśm, która sięga od łok­cia po czubki pal­ców i zapew­nia wła­ści­cie­lowi pano­wa­nie nad okrę­tem wojen­nym. Na metalu wytra­wiono sceny bata­li­styczne i słowo Śmier­cio­no­śny wraz z wer­sem z Iliady: "Padnę i umrę -?lecz sława w udziale przy­pad­nie mi zacna!"2. Ten kon­kretny cestus nazywa się Więzy Zeusa.

Młod­szy z Nie­zrów­na­nych Nazna­czo­nych to hura­gan zamknięty w oło­wia­nym bęb­nie, przed któ­rego otwar­ciem każdy czło­wiek, nawet Apol­lo­nius, powi­nien się zawa­hać. Jest mocno zbu­do­wany, ponury, mówi łagod­nym gło­sem i jest jed­nym ze wscho­dzą­cych boha­te­rów Obrzeża. To Dio­me­des au Raa, naj­star­szy syn Romu­lusa i Dido. Cie­szy mnie jego widok. Moż­liwe, że jest jedyną osobą, któ­rej sym­pa­tii despe­racko pra­gnę z tego jedy­nie powodu, że uwa­żam go za hono­ro­wego, god­nego podziwu i cał­ko­wi­cie odpor­nego na wszystko: wdzięk, pochleb­stwo, prze­kup­stwo czy inne pod­stępy tak chęt­nie wyko­rzy­sty­wane w Rdze­niu. Na wszystko z wyjąt­kiem zasług.

Dio­me­des lubi nie­do­ce­nio­nych boha­te­rów, ale ja mogę przy­pi­sać sobie tylko parę pie­śni i jedną szarżę. To spra­wia, że czuję się tro­chę nie­pew­nie w jego obec­no­ści.

Wycią­gam do niego rękę.

-?Au Raa, czy może powi­nie­nem powie­dzieć Ryce­rzu Burzy? Lega­cie? Zdo­bywco Bliź­niąt? Naprawdę zagar­niasz wszyst­kie zaszczyty, łaskawy panie.

Nie ści­ska mojej dłoni. Jestem wstrzą­śnięty. Zawsty­dzony. Myśla­łem, że zbli­żamy się do przy­jaźni po wspól­nej podróży mają­cej na celu przed­sta­wie­nie Ata­lan­tii pro­po­zy­cji Obrzeża, które jest gotowe włą­czyć się do wojny, ale naj­wy­raź­niej mie­siące roz­łąki ochło­dziły rodzącą się bli­skość. Jego sio­stra Sera­phina zgi­nęła na pustyni pod­czas naszej misji znisz­cze­nia Boga Burzy na Mer­ku­rym. Ma mi to za złe?

Helios odwraca wzrok.

Dio­me­des oznaj­mia bar­dzo ofi­cjal­nie:

-?Jestem ci winien prze­pro­siny, au Lune. Okła­ma­łem cię. Powie­dzia­łem ci na Io, że Cas­sius nie żyje, pod­czas gdy było prze­ciw­nie. Zosta­łem skry­ty­ko­wany przez Ryce­rzy Olim­pij­skich, ale nie przez cie­bie.

-?Możesz mu zadać cztery ciosy, jeśli chcesz -?mru­czy Helios, na­dal odwra­ca­jąc wzrok.

-?Dla­czego skła­ma­łeś? -?pytam Dio­me­desa.

-?Cas­sius wal­czył hono­rowo, ale sam nie został tak potrak­to­wany. Chcia­łem oszczę­dzić jego życie. Nie wie­dzia­łem, jak ina­czej tego doko­nać niż tylko stwier­dzić, że umarł i go ukryć. Zła­mał dane mi słowo i wró­cił, żeby wziąć udział w woj­nie. -?Dio­me­des zawie­sza głos. -?Podob­nie jak jedna z moich słu­żą­cych, która pomo­gła mu w ucieczce.

-?Gdyby wszyst­kie kłam­stwa były rów­nie życz­liwe, ni­gdy nie chciał­bym usły­szeć prawdy. Rezy­gnuję z cio­sów, jeśli uści­śniesz mi dłoń -?mówię, znowu wycią­ga­jąc rękę. Ści­ska ją i uśmie­cha się z ulgą. -?Muszę przy­znać, że zdzi­wi­łem się, sły­sząc, że obaj jeste­ście na pla­ne­cie. Nie spo­dzie­wa­łem się dele­ga­cji z Obrzeża, zwłasz­cza że Dido odrzu­ciła moje zapro­sze­nie.

-?Bo nie jeste­śmy dele­ga­cją z Obrzeża -?odpo­wiada Helios.

Marsz­czę brwi. Jeśli to nie jest posel­stwo, zostaje tylko jedna rzecz. Obe­lga.

-?Jestem tu jako pry­watny oby­wa­tel, żeby uho­no­ro­wać przy­sięgę zło­żoną córce. -?Muska dło­nią noszone u pasa kitari z wpra­wio­nym w gło­wicę pier­ście­niem Domu Dio­ni­zosa z Insty­tutu na Io. -?Przed śmier­cią kazała mi przy­siąc, że zoba­czę raz jesz­cze występ Thes­siana. -?Krzywi ponurą twarz w czymś, co mogłoby ujść za uśmiech. -?Zawsze uwa­żała, że za bar­dzo sku­piam się na obo­wiąz­kach i zapo­mi­nam, żeby żyć.

Marna wymówka. Ukry­wam roz­cza­ro­wa­nie.

-?I jakie to uczu­cie: żyć?

-?Tęsk­nię za powro­tem na sta­tek i do wojny -?przy­znaje.

-?Naj­wy­raź­niej życie nie jest dla wszyst­kich.

Przy­glą­dają mi się skrę­po­wani, jakby cze­kali, aż sobie pójdę. Czuję się jak głu­piec. Kiedy powie­dziano mi, że okręt wojenny Obrzeża wszedł na orbitę, pomy­śla­łem, że obec­ność Heliosa ozna­cza, że chce ze mną poroz­ma­wiać. Myli­łem się.

-?Obu wam należą się pochwały za suk­cesy wojenne. Dzięki wam przy­ci­snę­li­śmy Repu­blikę. Led­wie ważą się opu­ścić Marsa w oba­wie przed waszymi flo­tami.

Helios jest uprzejmy. Zale­d­wie uprzejmy.

-?Tobie też nie­źle się powio­dło na Mer­ku­rym, sądząc po zaba­wach, jakie urzą­dzasz.

-?Nie­stety na­dal zostało wiele do zro­bie­nia. Zwłasz­cza w Tyche, ale żelazo pły­nie, a morza są spo­kojne. Był­bym zaszczy­cony, gdy­by­ście towa­rzy­szyli mi w loży hono­ro­wej jutro pod­czas walk pega­zów i póź­niej, pod­czas startu Świa­tło­dawcy...

Helios patrzy na widoczny na połu­dniu potężny okręt. Bez wąt­pie­nia uważa go za wła­sność Obrzeża, ponie­waż zbu­do­wano go w Stocz­niach Gani­me­desa, które potem ten sam okręt znisz­czył na roz­kaz Dar­rowa.

-?Nie -?odpo­wiada. -?Zaj­rze­li­śmy tu tylko przy oka­zji. Jutro mijamy Sola, żeby dotrzeć na szczyt. Odla­tu­jemy w ciągu godziny.

-?Na jaki szczyt?

-?Dyk­ta­torka jest w Rzy­mie. Obie­cała, że za dzie­więć dni przed­stawi swoje plany na następny etap wojny.

Wie­dzą, że nie zosta­łem zapro­szony. To jasne jak słońce.

-?Następny etap? -?powta­rzam. -?Mars?

Helios wzru­sza ramio­nami.

-?Jeśli nie, to będą tego kon­se­kwen­cje. Ata­lan­tia nie może dłu­żej się ocią­gać, pod­czas gdy moi ludzie pro­wa­dzą za nią jej wojnę. Czas to skoń­czyć. Popro­sił­bym, żebyś to jej prze­ka­zał, ale sły­szę, że nie cie­szysz się jej zaufa­niem, a jedy­nie masz wstęp do jej łoża. -?Patrzy na Dio­me­desa. -?Rdzeń to dziwne miej­sce, prawda?

Dio­me­des spra­wia wra­że­nie zakło­po­ta­nego. Nie­grzecz­ność Heliosa jest wstrzą­sa­jąca, nawet jak na Księ­żyka.

-?Wygląda na to, że bar­dzo sta­rasz się mnie obra­zić. Dla­czego?

-?Wiem, że zapro­si­łeś kon­sul Raa na swoje... igrzy­ska. Dido mogą bawić prze­py­chanki u wła­dzy w Rdze­niu, w końcu jest Wenu­sjanką. Ja jed­nak się nie bawię. O ile nie jesteś w sta­nie pchnąć floty Ata­lan­tii z Ziemi i Luny na Marsa, nie kon­tak­tuj się z nami. Twój urząd ma cha­rak­ter lokalny. Trzy­maj się swo­jego miej­sca.

-?Po to Władcy Księ­ży­ców wysłali cię do Rdze­nia? Masz dopil­no­wać, żeby Dido się... hamo­wała?

Badam teren. To ma sens, żeby frak­cja izo­la­cjo­ni­stów zaczęła tchó­rzyć, kiedy armady Pył i Smok odle­ciały i zostały im tylko armada Cień i lokalne gar­ni­zony do obrony świa­tów na Obrzeżu. Ner­wowi ludzie z tych Księ­ży­ków.

-?To Dido chciała tej wojny. Nie ja. Jestem tu po to, żeby Władcy Księ­ży­ców mieli pew­ność, że haczyk nie znaj­dzie się w naszych ustach po zakoń­cze­niu wojny.

-?Zatem wra­ca­cie do izo­la­cjo­ni­zmu.

Helios zerka na pre­to­ria­nów obser­wu­ją­cych nas z obrzeży amfi­te­atru.

-?Co myślą twoi pre­to­ria­nie o tym, że zada­jesz się z czło­wie­kiem, który dowo­dził eska­drą pod­czas bitwy o Ilion? Krew ich braci i sióstr jest na moim ostrzu.

-?Moi pre­to­ria­nie są prze­dłu­że­niem mnie samego, a ja uwa­żam, że jeśli będą defi­nio­wać nas kon­flikty z naszej prze­szło­ści, to ni­gdy nie wyro­śniemy na nic lep­szego niż kar­ło­wata wer­sja daw­nych feu­da­łów.

-?Puste słowa. Widzia­łem, jak Rea pło­nęła, chłop­cze -?odpo­wiada. -?Rdzeń toczy cho­roba, na którą jedy­nym lekiem jest kwa­ran­tanna. Nie powinno nas tu być. Jeste­śmy jed­nak. Kiedy odej­dziemy, spa­limy za sobą mosty.

Tyle, jeśli idzie o moje marze­nie o zjed­no­cze­niu.

-?Dio­me­de­sie, z pew­no­ścią dostrze­gasz war­tość w utrzy­ma­niu łącz­no­ści mię­dzy Obrze­żem a Rdze­niem. Mając waszą agro­kul­turę i pro­jekty stat­ków oraz nasze zasoby ludz­kie i surowce, możemy spoj­rzeć poza ogród tego małego słońca. Wśród gwiazd cze­kają światy na wybu­do­wa­nie.

-?Jestem pro­stym ryce­rzem -?odpo­wiada, cho­ciaż wyczu­wam, że się powstrzy­muje. Wła­ści­wie po tym jak widzia­łem go wal­czą­cego na Obrzeżu, czuję, że jego pano­wa­nie nad sobą to jedyna rzecz, która chroni nas wszyst­kich. -?Nie uwa­żam za roz­tropne, aby nie­do­świad­czeni ludzie wypo­wia­dali się w kwe­stiach wagi pań­stwo­wej.

-?O ile wiem, "pro­sty" to zde­cy­do­wa­nie nie­wła­ściwe okre­śle­nie - odpo­wia­dam.

Helios śmieje się w głos.

-?Pro­szę, mylili się. Nie ośle­piło cię wła­sne odbi­cie. A przy­naj­mniej nie na oboje oczu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dramatis person?

Repu­blika Solarna

Dar­row z Lykos / Żni­wiarz -?arcy­im­pe­ra­tor Repu­bliki Solar­nej, mąż Vir­gi­nii, Czer­wony

Vir­gi­nia Augu­stus / Mustang -?aktu­alna Suwe­renka Repu­bliki Solar­nej, żona Dar­rowa, pry­mus domu Augu­stus, sio­stra Sza­kala z Marsa, Złota

Pax Augu­stus -?syn Dar­rowa i Vir­gi­nii, Złoty

Dio z Lykos -?sio­stra Eo, żona Kie­rana z Lykos, matka Rhonny, Czer­wona

Kie­ran z Lykos -?brat Dar­rowa, arcy­gu­ber­na­tor Marsa, Czer­wony

Rhonna z Lykos -?bra­ta­nica Dar­rowa, córka Kie­rana, Wyjec, lan­sjer, Szcze­niak nr Dwa, Czer­wona, zagi­nęła pod­czas upadku Helio­po­lis

Deanna z Lykos -?matka Dar­rowa, Czer­wona

Sevro Barca / Goblin -?impe­ra­tor Repu­bliki, mąż Vic­try, Wyjec, Złoty

Vic­tra Barca -?żona Sevro, z domu au Julii, Złota

Elec­tra Barca -?córka Sevro i Vic­try, Złota

Ulys­ses Barca -?syn Sevro i Vic­try, zabity przez Har­mony i Czer­woną Rękę

Dan­cer / sena­tor O'Faran -?sena­tor, nie­gdyś jeden z dowód­ców Synów Aresa, try­bun bloku Czer­wo­nych, Czer­wony, zabity w Dniu Czer­wo­nych Gołębi

Kavax Tele­ma­nus -?pry­mus domu Tele­ma­nus, klient domu Augu­stus, Złoty

Niobe Tele­ma­nus -?żona Kavaxa, klient domu Augu­stus, Złota

Daxo Tele­ma­nus -?dzie­dzic domu Tele­ma­nus, syn Kavaxa i Niobe, sena­tor, try­bun bloku Zło­tych, Złoty, zabity przez Lilath au Faran

Thraxa Tele­ma­nus -?pre­tor Wol­nych Legio­nów, córka Kavaxa i Niobe, Wyjec, Złota

Ale­xan­dar Arcos -?naj­star­szy wnuk Lorna au Arcos, dzie­dzic domu Arcos, sprzy­mie­rzony z domem Augu­stus, lan­sjer, Szcze­niak Jeden, Złoty, zabity przez Lysan­dra au Lune

Lorn au Arcos -?były Rycerz Gniewu, głowa domu Arcos, men­tor Dar­rowa z Lykos, Złoty, zabity przez Lilath au Faran i Adriusa au Augu­stus

Cadus Har­nas­sus -?impe­ra­tor Repu­bliki, zastępca dowódcy Wol­nych Legio­nów, inży­nier, Poma­rań­czowy

Orion Aqu­arii -?nawar­cha Repu­bliki, impe­ra­tor Bia­łej Floty, Nie­bie­ska, zabita pod­czas ope­ra­cji Tar­tar

Oro Sculp­tu­rus -?nawar­cha Repu­bliki, dowódca obrony gwiezd­nej Fobosa, Nie­bie­ski

Col­lo­way Char -?pilot z naj­więk­szą liczbą zestrze­leń we flo­cie Repu­bliki, Wyjec, Nie­bie­ski

Holi­day Naka­mura -?dux Lwiej Gwar­dii Vir­gi­nii, sio­stra Trigga, klient domu Augu­stus, cen­tu­rion Legionu Pegaz, Szara

Żywe Sre­bro / Regu­lus Sun -?naj­bo­gat­szy czło­wiek w Repu­blice, szef Sun Indu­stries, Srebrny

Mat­teo -?mąż Regu­lusa Sun, Różowy

The­odora -?przy­wód­czyni agen­tów zwa­nych Drza­zgami, klient domu Augu­stus, Różowa Róża, stra­cona przez Vox Populi

Bła­zen -?Wyjec, klient domu Barca, Złoty

Pestka -?Wyjec, klient domu Barca, Złota

Min Min -?Wyjec, snaj­per i eks­pert od uzbro­je­nia, klient domu Barca, Czer­wona, zabita przez Plu­ga­stwo

Brzy­dal -?Wyjec, klient domu Augu­stus, Złoty

Cas­sius au Bel­lona -?syn Julii au Bel­lona, były Olim­pij­ski Rycerz, dawny men­tor Lysan­dra au Lune, Złoty

Wspól­nota

Ata­lan­tia au Grim­mus -?dyk­ta­torka Wspól­noty, córka Pana Popio­łów Magnusa au Grim­mus, sio­stra Ai i Moiry, były klient domu Lune, Złota

Lysan­der au Lune -?wnuk byłej Suwe­renki Octa­vii, dzie­dzic rodu Lune, patrona domu Grim­mus, Złoty

Atlas au Raa / Rycerz Stra­chu -?brat Romu­lusa au Raa, legat Legionu Zero ("Gor­gony"), daw­niej pod kura­telą domu Lune, klient domu Grim­mus, Złoty

Ajax au Grim­mus / Rycerz Burzy -?syn Ai au Grim­mus i Atlasa au Raa, dzie­dzic domu Grim­mus, legat Żela­znych Lam­par­tów, Złoty

Kalin­dora au San / Rycerz Miło­ści -?Olim­pij­ski Rycerz, ciotka Ale­xan­dra au Arcosa, klient domu Grim­mus, Złota

Julia au Bel­lona -?matka Cas­siusa, który nie utrzy­muje z nią kon­tak­tów, nie­przy­ja­ciółka Dar­rowa, pry­mus pozo­sta­ło­ści domu Bel­lona, prin­ceps sena­tus Dwu­stu, Złota

Pal­las au Grecca -?kapi­tan dru­żyny rydwa­no­wej domu Bel­lona, klientka tego domu, Złota

Scor­pio au Votum -?pry­mus domu Votum, Złoty

Cicero au Votum -?dzie­dzic domu Votum, legat Legionu Skor­pion, Złoty

Cipio au Fal­the -?pry­mus domu Fal­the (wojow­nicy z Ziemi mający obse­sję na punk­cie czy­sto­ści)

Asmo­deus au Car­thii -?pry­mus domu Car­thii (stocz­niowcy z Wenus), Złoty

Rhone ti Fla­vi­nius -?dux domu Lune, dowódca Legio XIII Dra­co­nes (Straży Pre­to­riań­skiej), Szary

Deme­trius ti Inte­rimo -?cen­tu­rion Legio XIII Dra­co­nes z Luny, Szary

Mar­kus ti Lacrima -?cen­tu­rion Legio XIII Dra­co­nes z Luny, Szary

Dru­silla ti Pistris -?deku­rionka Legio XIII Dra­co­nes z Luny, Szara

Kyber ti Umbra -?legio­nistka z Legio XIII Dra­co­nes z Luny, Szept Lysan­dra au Lune, Szara

Magnus au Grim­mus / Pan Popio­łów -?były arcy­im­pe­ra­tor za rzą­dów Octa­vii au Lune, Nisz­czy­ciel Rei, Złoty, zabity przez Wyj­ców i Apol­lo­niusa au Valii Rath

Octa­via au Lune -?była Suwe­renka Wspól­noty, babka Lysan­dra, Złota, zabita przez Dar­rowa

Aja au Grim­mus -?córka Pana Popio­łów Magnusa au Grim­mus, Złota, zabita przez Sevro, Cas­siusa, Vir­gi­nię i Dar­rowa

Gli­ra­stes Mistrz Stwórca -?archi­tekt i wyna­lazca, Poma­rań­czowy

Exe­ter -?poko­jo­wiec Gli­ra­stesa, Brą­zowy

Pytha xe Vir­gus -?kapi­tan Świa­tło­dawcy, była druga pilotka Archi­me­desa, Nie­bie­ska

Domi­nium Obrzeża

Dido au Raa -?współ­kon­sul Domi­nium Obrzeża, żona byłego Suwe­rena Domi­nium Obrzeża Romu­lusa au Raa, z domu au Saud, Złota

Dio­me­des au Raa / Rycerz Burzy -?syn Romu­lusa i Dido, tak­sar­cha Falangi Bły­ska­wicy, Złoty

Sera­phina au Raa -?córka Romu­lusa i Dido, locha­gos Jede­na­stej Jazdy Pyłu, Złota, zgi­nęła w bitwie

Helios au Lux -?współ­kon­sul Domi­nium Obrzeża dzie­lący urząd z Dido, były Rycerz Prawdy, Złoty

Romu­lus au Raa / Władca Pyłu -?były pry­mus domu Raa i Suwe­ren Domi­nium Obrzeża, Złoty, popeł­nił rytu­alne samo­bój­stwo

Gaia au Raa -?matka Romu­lusa au Raa i babka Dio­me­desa i Tha­lii, Złota

Tha­lia au Raa -?młod­sza sio­stra Dio­me­desa, Złota

Vela au Raa -?sio­stra Atlasa i Romu­lusa, legatka, Złota

Grecca au Codo­van -?wład­czyni Gani­me­desa, Złota

Obsy­dia­nowi

Sefi Mil­cząca -?kró­lowa Obsy­dia­no­wych, przy­wód­czyni Wal­ki­rii, sio­stra Ragnara Vola­rusa, Obsy­dia­nowa, zabita przez Vol­sunga Fá

Val­dir Nie­ścięty -?wódz wojenny, part­ner kró­lo­wej Sefi, uwię­ziony za zdradę Repu­bliki, Obsy­dia­nowy

Ragnar Vola­rus -?były przy­wódca Obsy­dia­no­wych, Wyjec, Obsy­dia­nowy, zabity przez Aję au Grim­mus

Vol­sung Fá -?król Obsy­dia­no­wych, ojciec Sefi, dzia­dek Volgi Fjor­gan, znany nie­gdyś jako Vagnar Hefga, Obsy­dia­nowy

Volga Fjor­gan -?córka Ragnara, była współ­pra­cow­niczka Eph­ra­ima ti Horn, Obsy­dia­nowa

Ur Poże­racz Rado­ści -?zwany Włócz­nią Tronu Ultima Thule, Obsy­dia­nowy

Skarde Ols­gur -?jarl Volk, z ple­mie­nia Krwa­wego Barana, Obsy­dia­nowy

Sigurd Ols­gur -?syn Skarde'a, wojow­nik z ple­mie­nia Krwa­wego Barana

Inni

Aurae -?hetera domu Raa i towa­rzyszka Cas­siusa, Różowa

Apol­lo­nius au Valii Rath / Mino­taur -?dzie­dzic domu Valii Rath, wie­lo­mówny, Złoty

Thar­sus au Rath -?brat Apol­lo­niusa au Valii Rath, Złoty

Vor­kian ti Hadriana -?cen­tu­rion legio­nów domu Rath, Szary

Lyria z Laga­los -?Gamma z Marsa, klient domu Tele­ma­nus, Czer­wona

Liam z Laga­los -?sio­strze­niec Lyrii, klient domu Tele­ma­nus, Czer­wony

Cheon -?chi­liar­cha Czar­nych Sów, Córka Ateny, Czer­wona

Har­mony -?przy­wód­czyni Czer­wo­nej Ręki, była człon­kini Synów Aresa, Czer­wona, zabita przez Vic­trę

Fig­ment -?wolny strze­lec, Brą­zowa

Fitch­ner au Barca / Ares -?były przy­wódca Synów Aresa, ojciec Sevro, Złoty, zabity przez Cas­siusa au Bel­lona

Eph­raim ti Horn -?wolny strze­lec, były czło­nek Synów Aresa, mąż Trigga ti Naka­mura, Szary, zabity przez Vol­sunga Fá

Rozdział 1. Darrow. Rozbitek

1

Dar­row

Roz­bi­tek

Nasze słońce unosi się w ciem­no­ści w asy­ście księ­ży­ców zro­bio­nych ze śmieci. Dawno temu, kiedy pla­nety zostały prze­kształ­cone przez rodzaj ludzki, pozo­sta­ło­ści po wiel­kich przed­się­wzię­ciach ter­ra­for­mu­ją­cych sto­piono za pomocą pras orbi­tal­nych w kule wiel­ko­ści księ­ży­ców i pchnięto w stronę Sola. Więk­szość tych śmieci, pochwy­co­nych przez gra­wi­ta­cję słońca, doko­nała żywota po trwa­ją­cym stu­le­cia mar­szu pogrze­bo­wym w jego nukle­ar­nych pie­cach, ale kil­ka­set guz­drał na­dal krą­żyło wokół swo­jego osta­tecz­nego miej­sca zgonu.

Przy­cu­mo­wany do jało­wego kra­jo­brazu zapo­mnia­nego odpad­ko­wego księ­życa, który kie­dyś nosił nazwę kata­lo­gową Pie­chur-1632, wrak kor­wety zwa­nej Archi­me­de­sem ukrywa się w cie­niu rzu­ca­nym przez wysoką na kilo­metr skarpę ze śmieci. Mar­sjań­scy nie­wol­nicy, zamie­nieni w żoł­nie­rzy, któ­rych następ­nie zamie­niono w roz­bit­ków, peł­zają po statku. Nasze pal­niki spa­wal­ni­cze roz­bły­skują na kadłu­bie. Nasze ska­fan­dry kosmiczne to cuch­nące mokra­dła. Utknę­li­śmy dwie­ście milio­nów kilo­metrów od domu, a ja gotuję się w pocie, mdło­ściach i nie­za­do­wo­le­niu.

Ten cho­lerny Bel­lona. Aro­gancki Nie­zrów­nany palant.

Poła­mię mu kolana, jeśli jesz­cze kie­dyś go zoba­czę. To on powi­nien się czoł­gać po tym kadłu­bie. Powie­dział­bym mu to pro­sto w twarz, ale on zabrał jedyny relikt w han­ga­rze bazy, jaki jesz­cze był w sta­nie latać, i wykradł się wraz z Aurae, swoją Różową wspól­niczką, kiedy spa­łem. Nagrał krótką wia­do­mość z dobrą radą, żebym zajął się swo­imi ranami, i zosta­wił po sobie bała­gan, któ­rego sam naro­bił -?swój oka­le­czony sta­tek -?żeby­śmy go napra­wili. Łaj­dak.

Ponad dzie­sięć lat z dala od prze­stron­nych gro­bow­ców Olim­pii ani odro­binę nie umniej­szyło spek­ta­ku­lar­nego zacię­cia Cas­siusa do oka­zy­wa­nia pro­tek­cjo­nal­no­ści. A co naj­gor­sze, w spo­sób abso­lut­nie dla sie­bie typowy nie śpie­szy się. Sześć tygo­dni temu wyru­szył z misją do Gwiezd­nej Fak­to­rii -?eklip­tycz­nej pla­cówki han­dlo­wej poło­żo­nej pomię­dzy orbi­tami Mer­ku­rego i Wenus -?żeby zdo­być hel potrzebny nam do Archi­me­desa. A w tym cza­sie ja albo gniję w sta­rej bazie Synów Aresa ukry­tej w brzu­chu śmie­cio­wego księ­życa, albo sie­dzę przy­ssany do burty jego statku jak pra­co­wita pąkla, zabi­jam czas spa­wa­niem i zara­zem wiem, że tego czasu zostaje nam coraz mniej.

Do dia­bła, moż­liwe, że już w ogóle go nie mamy.

Pozba­wiony łącz­no­ści ze świa­tem zewnętrz­nym, nie mam poję­cia, jaki obrót przy­brała wojna, którą zaczą­łem. Nie wiem, czy Vir­gi­nia i Vic­tra zdo­łały prze­trwać zjed­no­cze­nie Zło­tych z Obrzeża i Rdze­nia. Nie mam poję­cia, czy Sefi powró­ciła do Repu­bliki i czy Lysan­der wyko­rzy­stał moją porażkę na Mer­ku­rym, żeby wspiąć się na Tron Poranka.

Nie wiem, czy wróg nie spa­lił już Marsa, mojej rodziny, mojego domu.

Myślę o Mar­sie, o wyżyn­nych wrzo­so­wi­skach i szep­czą­cych lasach...

Nie. Vir­gi­nia kazała mi wytrwać.

Już raz zosta­łem uwię­ziony. Wiem, że muszę ode­pchnąć myśli o domu, zanim zamie­nią mnie we wrak czło­wieka. Nie pierw­szy raz szu­kam schro­nie­nia w gnie­wie. Chcę wal­czyć. Potrze­buję walki. Takim mnie stwo­rzono -?bym spa­lał się w wiecz­nej darem­nej walce. Jed­nak zamiast niej, zamiast ruchu naprzód, który koi moją nie­spo­kojną naturę, dostaję jedy­nie mono­tonny szum gene­ra­to­rów i dni zle­wa­jące się ze sobą, nie­skoń­czoną lita­nię codzien­nych obo­wiąz­ków.

Ja zaczą­łem tę wojnę. Inni ją koń­czą. Muszę uciec. Ata­lan­tia musi umrzeć. Atlas musi umrzeć. Lysan­der musi umrzeć. Wyobra­żam sobie, jak płasz­czą się przede mną, moje uszy są głu­che na ich bła­ga­nia, moja dłoń wyci­ska z nich życie, kiedy krew wzbiera w ich oczach.

Te krwawe fan­ta­zje w żad­nej mie­rze nie łago­dzą mojego przy­gnę­bie­nia. Gniew, który kie­dyś spra­wiał, że pla­nety drżały, został pozba­wiony zębów. Ode­brano mi mój mit, zada­jąc klę­skę, pozba­wiono mnie armii za sprawą moich błę­dów, stra­ci­łem przy­ja­ciół i rodzinę z powodu wyma­gań, jakie im sta­wia­łem, i wiem, że nie­na­wiść nie zwróci mi tego, co prze­pa­dło, i nie naprawi tego, co znisz­czy­łem.

Słońce sza­lało przez ponad cztery i pół miliarda lat. Ja sza­la­łem przez szes­na­ście. Nic dziw­nego, że słońce ma wię­cej paliwa na zby­ciu. Nawet mój gniew na Cas­siusa wydaje się nie­szczery. Nie mam już czym go kar­mić, nie jestem w sta­nie żywić tego wiecz­nego gniewu na sie­bie i innych. Nie po tym, co zro­bi­łem.

Ucie­kłem z Mer­ku­rego, oca­li­łem życie za cenę Wol­nych Legio­nów i tego, co ostało się z mojego sza­cunku dla samego sie­bie. Popro­wa­dzi­łem dzieci Marsa na pla­netę z dala od ich domu, obie­caw­szy im, że zakoń­czymy wojnę, by następ­nie porzu­cić je na pastwę wroga i rato­wać wła­sną skórę. Moje serce zostało pocho­wane wraz z moją armią w tam­tej­szych pia­skach. Jed­nakże moje ciało na­dal wle­cze się przed sie­bie, jak to ono, bez względu na znisz­cze­nie, jakie zosta­wia za sobą.

Odkąd wymkną­łem się z Mer­ku­rego z garstką moich ludzi, zsu­wamy się po równi pochy­łej. Cas­sius ura­to­wał nas led­wie dwu­stu z Helio­po­lis, ale ucieczka nie oka­zała się pro­sta. Drę­czeni przez dewa­sta­tory Grim­mu­sów, roz­mi­nę­li­śmy się z flotą Tele­ma­nu­sów. Prze­ga­pi­li­śmy naszą szansę na powrót do domu. Led­wie udało nam się dokuś­ty­kać do bazy na Pie­chu­rze, zanim Cas­sius odle­ciał.

Ciszę prze­ry­wają tylko roz­mowy innych spa­wa­czy. Jeden opo­wiada dow­cip, dosta­tecz­nie zabawny, żebym na chwilę prze­stał się biczo­wać. Słu­cham innych gło­sów. Przy­po­mi­nają mi wier­ta­czy gawę­dzą­cych w tunelu nad moim świ­droSz­po­nem w Lykos. Ich kiep­skie żarty dzia­łają kojąco, moje myśli powra­cają do znisz­czo­nej książki, którą Aurae zosta­wiła w heł­mie mojego ska­fan­dra kosmicz­nego, zanim wymknęła się z Cas­siu­sem.

W liściku, który zosta­wiła razem z tomi­kiem, napi­sała, że był on jej ścieżką przez ciem­ność nie­woli na Obrzeżu. Czu­łem wście­kłość po tym, jak Aurae i Cas­sius odle­cieli, nie­wiele bra­ko­wało, a wyko­rzy­stał­bym tę książkę w cha­rak­te­rze papieru toa­le­to­wego. Jed­nakże zawsze czu­łem, że Różowi są naj­bar­dziej uci­ska­nym z Kolo­rów, a ich ciężki los prze­poił nie­któ­rych nad­na­tu­ralną siłą wewnętrzną. Nauczyły mnie tego Evey i The­odora. Dla­tego bar­dziej z sza­cunku dla nich niż dla Aurae prze­czy­ta­łem pierw­szą stronę. Szybko zaczęła iry­to­wać mnie męt­ność stylu. Jak­bym czy­tał księgę wróżb, powta­rza­jącą okle­pane mądro­ści w postaci ezo­te­rycz­nych meta­for. Mimo to zapa­mię­ta­łem kilka lini­jek, które wydały mi się celne.

"Ścieżkę wybru­ko­wano kamie­niami, które wydają się iden­tyczne. Kiedy kro­czysz po złu, nie zatrzy­mu­jesz się dla odpo­czynku i nie patrzysz w dół, bo dobro może znaj­do­wać się zale­d­wie jeden krok dalej. Następny może ozna­czać koniec, kolejny radość, ale kamie­nie nie są twoim celem. Są tylko twoją drogą do końca ścieżki".

Zasta­na­wiam się nad tymi sło­wami, kiedy spa­wam nowy arkusz do kadłuba. Może to tylko kolejny kamień na bru­ko­wa­nej dro­dze. Może to nie jest miej­sce wiecz­nego potę­pie­nia. Może to dar.

Prawda jest taka, że powi­nie­nem był umrzeć na Mer­ku­rym. Prawda jest taka, że wszystko po tam­tym pie­kle naprawdę jest darem, nawet to miej­sce. Napra­wia­nie sta­reń­kiej pięć­dzie­się­cio­me­tro­wej kor­wety może być nużące, ale praca daje czło­wie­kowi cel. Każdy przy­spa­wany arkusz to krok naprzód. A każdy taki krok naprzód zbliża mnie do rodziny. Wró­cimy do domu. Pod warun­kiem, że Cas­sius wróci z helem, któ­rego potrze­bu­jemy do reak­tora. A także pod warun­kiem, że Har­nas­su­sowi rze­czy­wi­ście uda się napra­wić reak­tor.

Może dziś wie­czo­rem prze­czy­tam kolejną stronę.

Cho­ciaż uparty ze mnie sukin­syn, więc może jed­nak nie.

W moim sys­te­mie łącz­no­ści roz­le­gają się trza­ski.

-?Spa­wacz dwa­dzie­ścia trzy, jak mnie sły­szysz? -?Cho­wam pal­nik i odsu­wam się na linie zabez­pie­cza­ją­cej. -?Spa­wacz dwa­dzie­ścia trzy. Zapo­mnij na chwilę o swo­ich egzy­sten­cjal­nych lękach i odpo­wiedz...

-?Tu spa­wacz dwa­dzie­ścia trzy. Co jest grane, Thraxa? Wysypka znowu daje ci się we znaki?

Nie mogąc zna­leźć żad­nego ska­fan­dra dość sze­ro­kiego, żeby pomie­ścił jej kolo­salne uda, wojow­ni­cza Thraxa ugrzę­zła w bazie. Codzien­nie narzeka, że wola­łaby hono­rowe samo­bój­stwo, które zamie­rzała popeł­nić w Helio­po­lis, od codzien­nej nudy zarzą­dza­nia zmia­nami.

-?Słońce wzej­dzie za trzy­dzie­ści minut. Bądź tak miły i zbierz swoją dru­żynę, zanim ugo­tu­je­cie się w ska­fan­drach.

Oglą­dam się przez ramię na wschodni hory­zont śmie­cio­wego księ­życa.

-?Nie za wcze­śnie?

-?Masa Archi­me­desa przy­śpie­sza obroty księ­życa. Wszy­scy wiemy, że prze­spa­łeś zaję­cia z fizyki, ale zaufaj mi w tej kwe­stii albo jutro twój kutas będzie wyglą­dał jak hydra. I bez tego zosta­łeś solid­nie napro­mie­nio­wany.

-?Możemy na tej zmia­nie skoń­czyć kadłub -?odpo­wia­dam.

-?Następna zmiana może go skoń­czyć. Zresztą doni­kąd się nie wybie­ramy bez helu i napra­wio­nego reak­tora. Wra­caj.

Nie­chęt­nie zga­dzam się i ogła­szam swo­jej eki­pie koniec zmiany. Spa­wa­cze śmi­gają wzdłuż lin zabez­pie­cza­ją­cych z powro­tem do bazy, a ja ich liczę. Kiedy ostatni ląduje w bazie, scho­dzę z kadłuba, odpy­cham się i zsu­wam do śluzy.

Przy ślu­zie zatrzy­muję się, żeby zro­bić coś, czego nie robi­łem ani razu pod­czas moich zmian przy spa­wa­niu. Oglą­dam się na ska­li­sty hory­zont. Cie­niutki sierp słońca wycho­dzi zza księ­życa. Żar znie­kształca cęt­ko­waną powierzch­nię, kal­dery roz­prę­że­niowe wypu­czają się, aż buchają pyłem i tok­sycz­nymi gazami. Pył i gaz łączą się wokół skarpy z zie­lono czar­nego pla­stiku i w końcu wycią­gają się za księ­ży­cem w postaci ogona jarzą­cych się czą­ste­czek.

Widzia­łem rze­czy, któ­rych Czer­wo­nemu gór­ni­kowi ni­gdy nie powinno być dane ujrzeć. Nie­wy­po­wie­dzianą zgrozę, nie­moż­liwe piękno. Rze­czy, przy któ­rych ten ogon z czą­ste­czek wydałby się czymś zwy­czaj­nym. Dzi­siaj jed­nak odbie­ram to ina­czej. Odro­binę bar­dziej chcę dostrzec piękno tutaj, na tym kamie­niu w bru­ko­wa­nej dro­dze. Może to przez tę książkę. Może to wpływ napro­mie­nio­wa­nia. Bez względu na powód czuję, że dziś mam dość siły, aby spoj­rzeć w innym kie­runku, poza mroczną syl­wetkę Archi­me­desa, ku roz­le­głej połaci gwiazd w dali, gdzie mój wzrok zatrzy­muje się na sła­bym, czer­wo­na­wym świa­tełku.

Dom.

Kosmos jest pusty i mil­czący, ale moją pamięć wypeł­nia bogac­two dźwię­ków z domu. Zamy­kam oczy i sły­szę szept bogo­Drzewi, szum Morza Ter­micz­nego, łopot skrzy­deł gryfa, Vic­trę krzy­czącą na Sofo­klesa, Sevro recho­cą­cego z cór­kami, brzęki i war­kot, gdy Pax maj­struje coś w warsz­ta­cie, głos mojej żony.

Przez jedną ide­alną chwilę widzę obie­cany świt, mój powrót na Marsa, do domu. A potem wszystko znika. Księ­życ obró­cił się do słońca. Świa­tło prze­pala się przez moje powieki i w końcu nawet moje złote oczy nie mogą tego dłu­żej zno­sić. Czas zejść.

Rozdział 2. Darrow. Książka

2

Dar­row

Książka

O ile Mer­kury był nie­ustan­nym ata­kiem na moje nerwy, o tyle Pie­chur 1632 jest powol­nym oblę­że­niem mojego umy­słu.

Dawna baza Synów Aresa to spar­tań­skie, klau­stro­fo­biczne miej­sce. Zbu­do­wano ją wewnątrz Pie­chura, żeby zapew­nić pierw­szym koman­do­som Synów ukrytą przy­stań, skąd mogliby nękać wenu­sjań­skich panów nie­wol­ni­ków. Porzu­cono ją jede­na­ście lat temu, kiedy tutej­szy gar­ni­zon dołą­czył do mojej floty w despe­rac­kim ataku na Lunę. Osiem mie­sięcy temu dowle­kli­śmy się do niej i prze­ko­na­li­śmy się, że jej kory­ta­rze są zimne i otwarte na próż­nię. Uru­cho­mi­li­śmy ponow­nie gene­ra­tor zasi­lany z bate­rii sło­necz­nych i udało nam się przy­wró­cić warunki do zamiesz­ka­nia. Zna­leź­li­śmy zapasy wody i kalo­rii, kiedy naj­bar­dziej tego potrze­bo­wa­li­śmy. Jed­nak tem­pe­ra­tura i gra­wi­ta­cja pozo­stają niskie, a wro­gie pro­mie­nio­wa­nie poza wyło­żo­nymi oło­wiem ścia­nami spra­wia, że czu­jemy się jak pod­czas oblę­że­nia. I tak wyglą­damy. Jeste­śmy chu­dzi i bla­dzi, mimo sło­necz­nych blizn po Mer­ku­rym na twa­rzach. Pra­wie wszy­scy wyły­sie­li­śmy, a ci, któ­rzy mogą, noszą brody na pamiątkę Ragnara.

Ode­rwani od wojny, nie­świa­domi ruchów przy­ja­ciół i wro­gów, odcięci od wszel­kiej łącz­no­ści z domem, żyjemy zmar­twie­niem, które towa­rzy­szy nam jak stały refren. Rutyna jest naszym jedy­nym wyba­wie­niem.

Mar­twię się o syna, kiedy razem z resztą mojej dru­żyny prze­cho­dzę dekon­ta­mi­na­cję w myjni i ści­skam klu­czyk do gra­wi­cy­kla, który dosta­łem od niego przed wyjaz­dem z Luny, tak jak kie­dyś ści­ska­łem obrączkę Eo w myjni w Lykos. Mar­twię się o Vir­gi­nię, kiedy gar­biąc się idę wąskimi, wycię­tymi świ­drami kory­ta­rzami do mesy. Sior­biąc lio­fi­li­zo­waną papkę biał­kową, mar­twię się o Sevro, który prze­padł bez śladu, gdy Luna wpa­dła w ręce Vox. Pozo­stali, rów­nie łysi jak ja, też się mar­twią. O swo­ich wła­snych bli­skich. O domy. Stra­cony czas. Stra­cone światy. Razem two­rzymy morze zmar­twie­nia w sła­bym bla­sku che­micz­nych świa­teł. Sta­ramy się ukry­wać te tro­ski przed sobą nawza­jem jak coś mrocz­nego, sekret­nego i wsty­dli­wego. Jak wszy­scy zagu­bieni żoł­nie­rze, moi oca­leńcy są zmę­czeni i cisi -?poza tymi chwi­lami, w któ­rych są gro­te­skowi, non­sza­lanccy albo wul­garni. Szcze­rość ujaw­nia się tylko w skrę­po­wa­nym mil­cze­niu albo tych cichych momen­tach, gdy lira Aurae wypeł­nia mesę pie­śniami z Obrzeża, które jakimś cudem przy­po­mi­nają nam o naszych wła­snych domach.

Nie pierw­szy raz bra­kuje mi jej pio­se­nek. Jest ina­czej, odkąd wymknęła się razem z Cas­siu­sem.

Jem szybko, odsta­wiam tacę, życzę dobrej nocy moim żoł­nie­rzom i opie­ram się poku­sie rzu­ce­nia im żartu, żeby otrzy­mać od nich uśmiech. Wie­dzą, że ich przy­ja­ciele zgi­nęli przez moje błędy. Wie­dzą też, że w następ­nym cyklu znowu zajeż­dżę ich przy pracy pra­wie na śmierć. To moje zada­nie. Jeśli nie korzy­stasz z maszyny, psuje się. Jak Syno­wie Aresa, kiedy wcie­li­li­śmy ich stop­niowo do woj­ska Repu­bliki. Albo ta baza. Z kolei narzę­dzie, któ­rym posłu­gu­jesz się zbyt czę­sto, roz­pada się -?jak Orion na Mer­ku­rym. Jak Sevro na Wenus. Dowo­dze­nie to stą­pa­nie po cien­kiej linie, zwłasz­cza gdy prze­gry­wasz.

Zaglą­dam do warsz­tatu, żeby zorien­to­wać się w postę­pach w pracy Har­nas­susa, i zastaję go ze stad­kiem mecha­ni­ków pochy­lo­nych nad czę­ściami z reak­tora Archi­me­desa. Męż­czy­zna o wydat­nych kost­kach dłoni i nosie pijaka tro­chę przy­po­mina małpę. Ma buj­niej­szą brodę niż ja, poprze­ty­kaną siwi­zną. Klu­cze i wkrę­tarki pobrzę­kują w tle, kiedy pod­cho­dzi, żeby ze mną poroz­ma­wiać.

-?Cześć, Cadus.

-?Cześć. Podobno kadłub jest już gotowy?

-?Pra­wie. Trze­cia zmiana będzie miała zaszczyt zakoń­czyć prace. Nie zaj­mie im to wię­cej niż pół godziny. Jesteś pewien, że powłoka wciąż będzie nas chro­nić przed czuj­ni­kami? Tylko dzięki temu mamy szansę wró­cić do domu.

-?Teo­re­tycz­nie tak. Pod warun­kiem, że nie roz­cień­czymy za bar­dzo war­stwy powle­ka­ją­cej. Mamy szansę skoń­czyć zaraz po was.

Roz­pro­mie­niam się.

-?Naprawdę? Próby, które prze­pro­wa­dzi­li­ście, nie wyglą­dały pierw­szo­rzęd­nie...

-?Bo nie jesteś inży­nie­rem. Jeśli dosta­niemy potrzebny hel, Archi­me­des będzie gotowy do lotu, kiedy Bel­lona wróci. O ile wła­śnie Grim­mus go nie tor­tu­ruje.

-?Pew­nie jesteś jedy­nym, który wie­rzy, że on zamie­rza wró­cić -?mówię, zer­ka­jąc na jego ludzi.

Wzru­sza ramio­nami.

-?Nie byłoby nas, żeby­śmy mogli w niego wąt­pić, gdyby wcze­śniej nas nie ura­to­wał. Oba­wiam się jed­nak, że chuć go ośle­pia. Powin­ni­śmy bar­dziej uwa­żać na tę jego Różową.

-?Co prawda to nie nasza sprawa, ale wąt­pię, żeby sypiali ze sobą.

Har­nas­sus jest zaszo­ko­wany.

-?Serio? Facet jest w niej zadu­rzony po uszy.

-?Wąt­pię, żeby miał coś do powie­dze­nia w tej kwe­stii.

Po wylą­do­wa­niu na Pie­chu­rze Cas­sius opo­wie­dział mi o swo­jej ucieczce z Obrzeża. Był tam więź­niem razem z Lysan­drem i został zmu­szony do serii nie­uczci­wych poje­dyn­ków na Io. Zaim­po­no­wał Dio­me­de­sowi au Raa, który sfin­go­wał jego śmierć, żeby go ochro­nić po tym, jak wyszedł z walk cało. Ukrył Cas­siusa w swo­jej posia­dło­ści w pobliżu Europy, a w zamian Cas­sius dał mu słowo, że nie uciek­nie do czasu zakoń­cze­nia wojny. Aurae, hetera domu Raa, pomo­gła Cas­siusowi wymknąć się z posia­dło­ści Dio­me­desa na Archi­me­de­sie. Twier­dziła, że sym­pa­ty­zuje z Repu­bliką. Razem pognali do Rdze­nia, żeby ostrzec Repu­blikę przed zamia­rem Obrzeża włą­cze­nia się do wojny. Spóź­nili się. Od tam­tego czasu Aurae jest człon­ki­nią załogi Cas­siusa.

-?No dobrze, nawet jeśli się nie bzy­kają, tylko dla­tego, że wygląda jak driada, śpiewa jak syrena, prze­ma­wia jak wyrocz­nia i ma cho­lerne alibi, nie zna­czy, że nie jest agentką Kryp­tei.

-?Gdyby pra­co­wała dla wywiadu Obrzeża, już byśmy nie żyli -?odpo­wia­dam.

Nazy­wa­nie Kryp­tei wywia­dem Obrzeża to kom­ple­ment. Oczy­wi­ście praca wywia­dow­cza należy do ich obo­wiąz­ków, ale naj­waż­niej­szym i naj­bar­dziej pod­stęp­nym zada­niem jest utrzy­ma­nie hie­rar­chii w Domi­nium za wszelką cenę.

-?Chyba że wła­śnie kie­ruje na nas Kryp­teję. Musisz to przy­znać: opa­no­wała zdu­mie­wa­jący wachlarz umie­jęt­no­ści nawet jak na heterę Raa. Medycz­nych, inży­nier­skich. Nie do końca miesz­czą się w zakre­sie kom­pe­ten­cji kur­ty­zany.

Mrużę oczy.

-?Roz­ma­wia­łeś z Brzy­da­lem, co?

Krzywi się.

-?Facet lubi ostat­nio poga­dać. Sieje zwąt­pie­nie, jakby to było jego powo­ła­nie. Może powi­nie­neś do niego zaj­rzeć?

Nie wiem, czy mam jesz­cze do powie­dze­nia cokol­wiek, co wycią­gnę­łoby Brzy­dala z depre­sji. Przy­cho­dzi mi jed­nak do głowy pewna myśl: może książka Aurae bar­dziej prze­mówi do niego niż do mnie. Brzy­dal lubi czy­tać.

Ści­skam Har­nas­susa za ramię i ruszam do wyj­ścia.

-?Cadu­sie! -?wołam jesz­cze. -?Jeśli uwa­żasz, że Aurae jest z Kryp­tei, to czemu zro­bi­łeś jej lirę?

Zanim odle­ciała z Cas­siu­sem, Aurae grała na lirze i śpie­wała pie­śni ze swo­ich świa­tów żoł­nie­rzom przy kola­cji. Har­nas­sus ni­gdy nie prze­ga­pił jej występu.

-?Dla żoł­nie­rzy -?kła­mie, rumie­niąc się.

***

Wma­wiam sobie, że zaglą­dam do Brzy­dala, żeby dodać mu otu­chy, ale tak naprawdę robię to, bo sam czuję się samotny. Ze wszyst­kich oca­la­łych tylko z nim łączą mnie wspólne wspo­mnie­nia z Insty­tutu. Szu­kam tej iskierki z naszych dni daw­nej chwały u sta­rego członka mojego stada.

Biorę dwa ter­mosy roz­wod­nio­nej kawy z prze­twor­nika, zgar­niam swoją torbę tre­nin­gową i książkę Aurae z pokoju i idę przez górny labi­rynt bazy do pokoju łącz­no­ści. Zastaję Brzy­dala ską­pa­nego w bla­sku moni­to­rów pod ter­mal­nymi kocami obok grzej­nika. Wygląda bar­dziej jak oży­wiony stos pra­nia niż legenda, którą był. Serce mi pęka.

Brzy­dal nie jest powszech­nie doce­nia­nym czło­wie­kiem, ponie­waż jego poświę­ce­nia zawsze miały miej­sce w cie­niu -?ku jego wiel­kiemu roz­go­ry­cze­niu. Marzy mu się świa­towe życie, zazdro­ści sławy Col­lo­way­owi albo Sevro. Kiedy go pozna­łem w Insty­tu­cie, był brzyd­kim i leni­wym dar­mo­zja­dem. Na­dal jest dar­mo­zja­dem i prę­dzej ampu­to­wałby sobie jądro niż zapła­cił za drinka, ale po trzech latach pracy na tyłach wroga (po tym, jak Mic­key go wyrzeź­bił, a The­odora stwo­rzyła mu nową toż­sa­mość, żeby mógł prze­nik­nąć do Legio­nów Popio­łów), nikt nie mógłby o nim powie­dzieć, że jest leniwy.

Począt­kowo zachwy­cił się tajną misją. Wcze­śniej był wiecz­nie zakom­plek­siony, za to kiedy wynu­rzył się z sali poope­ra­cyj­nej Mic­keya - bar­czy­sty, z surową twa­rzą Rzy­mia­nina i pod­bród­kiem nie­mal rów­nie dosko­na­łym jak pod­bró­dek Cas­siusa i tylko odro­binę więk­szym -?pierw­szy raz zoba­czy­łem czło­wieka, który tak dobrze czułby się we wła­snej skó­rze.

-?Teraz wyglą­dam god­nie, stary, teraz wyglą­dam, psia­ju­cha, jak ktoś godny zerżnąć całą trupę bale­tową. Jaki znowu Bel­lona? Legiony Popio­łów, nad­cho­dzę -?powie­dział, przyj­mu­jąc olim­pij­ską pozę.

Był nagi. Miał epic­kie pro­por­cje. Nawet The­odora zakla­skała.

A teraz? Teraz Brzy­dal znowu jest brzydki i nie­na­wi­dzi tego. Kiedy Helio­po­lis upa­dło, został oskal­po­wany i stra­cił nogę. Ukrywa siną bli­znę, która zaczyna się tuż nad jego brwiami, pod weł­nianą czapką, ale w maga­zy­nach w bazie nie zna­leź­li­śmy pro­tez, więc musi mu wystar­czyć pla­sti­kowy kołek z pian­kową pod­kładką w miej­scu styku z kiku­tem.

Moje dowo­dze­nie znisz­czyło tego czło­wieka. Dwa razy. Gorycz sączy się z jego każ­dego słowa, ale trwał przy mnie w Helio­po­lis, zanim upa­dło. Pomógł mi otrzą­snąć się z roz­pa­czy. Więc teraz ja mogę prze­łknąć jego gorycz.

-?Jakieś wie­ści od Bel­lony? -?pytam, poda­jąc mu kawę.

Nie dzię­kuje.

-?O, to dzi­siaj nazy­wamy tego, który ściął głowę Are­sowi, jego praw­dzi­wym imie­niem? -?Dąsa się. -?Nie­stety Pod­bró­dek i Syrena na­dal się błą­kają.

-?Zawsze musisz o tym przy­po­mi­nać?

-?Daj spo­kój, wczo­raj­sza roz­mowa była taka zabawna. Tyle mia­łeś przy­miot­ni­ków dla Nie­od­po­wie­dzial­nej Pizdy. Orlego Zdrajcy. A nawet parę przy­słów­ków.

-?Byłem...

-?Zgorzk­niały i pijany? Jesteś cho­dzą­cym gnie­wem, gdy jesteś zgorzk­niały i pijany. Naprawdę myślę, że ta wojna już byłaby wygrana, gdy­byś funk­cjo­no­wał w ten spo­sób przez cały czas, ale oba­wiam się, że wtedy zosta­li­by­śmy tylko my dwaj i nasza autar­kia. -?Śmieje się z wła­snego doboru słów, wysoka mowa kon­tra­stuje z jego niskim uro­dze­niem. -?Bądźmy szcze­rzy, każdy czuje gorycz w kwe­stii Bel­lony, przez całe życie. Ten Wstrętny Ado­nis dostał wszyst­kie dobre karty, co?

-?I żadną nie zagrał, jak trzeba.

-?Z wyjąt­kiem tego pod­bródka z dołecz­kiem. Och, te oblane rosą doliny, które zba­dał... Kró­le­stwo za to, żeby być wło­skiem na tej bro­dzie.

Opie­ram się poku­sie zer­k­nię­cia na jego pod­bró­dek z dołecz­kiem. W prze­ci­wień­stwie do całej naszej reszty Brzy­dal na­dal goli się gładko.

-?Masz cokol­wiek na czuj­ni­kach? -?pytam.

-?Zero, mój łysy i bro­daty panie. -?Obej­muje obiema dłońmi ter­mos, żeby je ogrzać. Paznok­cie ma obgry­zione do żywego. -?Radar i lidar wciąż są zwa­lone. Pró­bo­wa­łem stwo­rzyć jakieś fil­try, żeby odce­dzić zupę, zresztą sam wiesz wszystko. -?Pije kawę, prze­łyka i odchyla głowę. -?Może dla cie­bie rutyna to zdro­wie psy­chiczne, ale mnie dopro­wa­dzasz do sza­leń­stwa.

-?Nie wycho­dzi­łeś stąd od trzech dni. -?Kiwam głową na wia­dro z nie­czy­sto­ściami. -?Twój wystrój wnę­trza zaczyna bar­dzo przy­po­mi­nać styl Sevro.

Roz­gląda się.

-?Zero nefry­tów. Zero zło­tych ścian. Zero jedwabi. To nie ma nic wspól­nego z lego­wi­skiem tego dezer­tera.

-?Brzy­dal, wiesz, że postą­pił tak, jak uwa­żał za słuszne.

Brzy­dal spluwa na zie­mię.

-?Spę­dzi­łem trzy lata wśród socjo­pa­tów Ata­lan­tii dla Repu­bliki, kiedy on przy­ssał się do cycka swo­jej Zło­tej kró­lo­wej. A popatrz na moją nagrodę. -?Zdej­muje czapkę i poka­zuje oka­le­czoną głowę. -?Kiedy my umie­ra­li­śmy, Sevro czmych­nął do domu. A ja cze­kam tu, aż ta Różowa dopro­wa­dzi do nas Jeźdź­ców Pyłu.

-?Fakt, że nie­prze­ciętna z niej osóbka, ale nie jest z Kryp­tei.

Brzy­dal marsz­czy brwi.

-?To czym jest?

Zasta­na­wiam się nad umie­jęt­no­ściami Aurae, nad książką, nad tym, że cza­sem patrzy na mnie jak sędzia.

-?Przy­ja­ciółką. Mam nadzieję.

-?Módlmy się, żebyś miał rację. Bo oni tam są i polują na nas. Będą chcieli ściąć ci głowę za znisz­cze­nie stoczni na Gani­me­de­sie. Tobie i Vic­trze. A Jeźdźcy Pyłu ni­gdy nie prze­stają, dopóki nie osią­gną celu.

Podzie­lam jego sza­cu­nek dla oddzia­łów tro­pi­cieli z Obrzeża, ale nie mówię o nich pode­ner­wo­wa­nym teno­rem. To by zakra­wało nie­mal na iro­nię losu, gdyby nas zna­leźli i zawle­kli mnie z powro­tem na Obrzeże, żebym zapła­cił za swoje grze­chy. Jed­nak to nie z ich powodu i nie z powodu Aurae Brzy­dal sra do wia­dra, bo boi się opu­ścić sta­cję czuj­ni­ków. I nie cho­dzi też o Ajaxa au Grim­mus, który naj­bar­dziej zbli­żył się do odkry­cia nas, kiedy pięć mie­sięcy temu jego nisz­czy­ciel, Pan­tera, prze­le­ciał pięć­dzie­siąt tysięcy kilo­me­trów od nas. Brzy­dal słusz­nie oba­wia się tylko samego Ryce­rza Stra­chu.

Współ­czuję mu, bo podzie­lam to uczu­cie.

-?Atlas na nas nie poluje -?mówię. Brzy­dal patrzy na mnie jak Pax, kiedy budzi­łem go z kosz­maru. -?Nasz trop wystygł. W skali całego Układu jeste­śmy mniejsi niż zoo­plank­ton na grzbie­cie kryla na wszyst­kich morzach wszyst­kich świa­tów razem wzię­tych. Nawet jeśli nie uznał, że jeste­śmy mar­twi, to nie będzie mar­no­wał czasu na szu­ka­nie nas.

-?Chcesz powie­dzieć, że nie będzie go mar­no­wał, skoro wie, dokąd chcemy dotrzeć -?mru­czy Brzy­dal. Może nie powi­nie­nem był pod­su­wać mu tej kon­klu­zji. -?W mordę, sze­fie. Nawet jeśli Bel­lona wróci z helem... Czeka nas długa droga do domu, a wylą­do­wa­li­śmy na samym końcu łań­cu­cha pokar­mo­wego. Jeśli patrol wroga nas wypa­trzy... nie będziemy mieli dokąd ucie­kać. Te statki z Obrzeża są szyb­sze od nas. Cho­ciaż to nie ma zna­cze­nia. Więk­szość ludzi i bez tego myśli, że Mars już padł.

-?Musisz prze­stać pod­sy­cać w nich pesy­mizm. Jesteś Wyj­cem. Ludzie ocze­kują, że nadasz resz­cie ton. Ja też. Poza mną jesteś tu jedy­nym ze sta­rej sfory.

-?Jakiej sfory? Dwóch to nie sfora, łaskawy panie. Dwóch to szczątki kołu­jące na wodzie wokół otworu odpły­wo­wego. -?Patrzy na mnie. - Odrzu­casz rze­czy­wi­stość, sze­fie. Boisz się sta­wić czoło fak­tom. Sefi i jej Volk porzu­cili Wolne Legiony, żeby ukraść sobie kró­le­stwo na Mar­sie. Biała Flota jest stra­cona. Orion nie żyje. Wolne Legiony obró­ciły się w pył. Senat zosta­wił nas na lodzie. Vir­gi­nia nie wysłała wspar­cia na Mer­ku­rego. Sevro porzu­cił nas dla swo­jej małej Zło­tej rodzinki. Bła­zen i Pestka spik­sieli. Nie ma naszej sfory. Nasze woj­sko gnije nabite na pale. Nie obwi­niam cię. Nie obwi­niam sie­bie. Nie obwi­niam żoł­nie­rzy. Obwi­niam motłoch, który stchó­rzył, i poli­ty­ków, któ­rzy spi­sko­wali.

Tyle jeśli idzie o iskrę, któ­rej w nim szu­ka­łem. Nie wyj­mują książki Aurae z torby. Brzy­dal nie potrze­buje słów. Musi wró­cić do domu.

-?Mimo to... Jak chcesz skam­leć, to przede mną, nie przed ludźmi.

-?Jasne, pew­nie. -?Popija kawę. -?Dałem ciała.

***

Zosta­wiam Brzy­dala w nie­lep­szej for­mie, niż go zasta­łem, lecz także - mam nadzieję -?w nie­gor­szej, i idę do sali tre­nin­go­wej na Archi­me­de­sie pępo­winą, która łączy sta­tek z bazą. Białą okła­dzinę plami prze­lany na prze­strzeni wielu lat pot; więk­szość nale­żała do Cas­siusa i Lysan­dra, ale pod ich nie­obec­ność zosta­wi­łem też wła­sne ślady. Ponie­waż Lysan­der zła­mał mój sier­pak, muszę posłu­gi­wać się brzy­twami ćwi­czeb­nymi z wypo­sa­że­nia sali -?dokład­nie tymi samymi, z któ­rymi tre­no­wał on. Czuję się idio­tycz­nie, gdy zdej­muję jedną z nich ze ściany. Słowa Brzy­dala drę­czą mnie bar­dziej, niż bym chciał.

Jaki cel ma tre­ning? Moje ostrze nie może napra­wić tego, co zostało znisz­czone.

Cho­ciaż nie mogę ścier­pieć tego faktu, uraza wobec Sevro gry­zie mnie tak samo jak Brzy­dala. Porzu­cił mnie, kiedy naj­bar­dziej go potrze­bo­wa­łem. Mógł­bym mu to wyba­czyć. Trud­niej wyba­czyć, że zdra­dził woj­sko. Był pierw­szym towa­rzy­szem w Wol­nych Legio­nach i kiedy odszedł, w sze­regi zakra­dło się zwąt­pie­nie. We mnie też. Co gor­sza, jego decy­zja pod­wa­żała także moją. Naj­bar­dziej na świe­cie pra­gną­łem wró­cić do Paxa, gdy został porwany. Ura­to­wać go. Dowieść osta­tecz­nie, że zawsze może na mnie liczyć. Wybra­łem obo­wiązki impe­ra­tora kosz­tem obo­wiąz­ków ojca. A teraz samot­nie bawię się bro­nią.

Cisza mnie dusi. Pra­wie zawra­cam. Nikt nie zauważy, jeśli zro­bię sobie wolny dzień. Nikt nie ośmieli się powie­dzieć, że nie pra­cuję dość ciężko. Znowu zie­wam. Może dzi­siaj się tylko poroz­cią­gam. Ciału dobrze by to zro­biło. Łatwiej sta­wię czoło jutrzej­szemu dniowi, jeśli będę wypo­częty.

Pra­wie się ugi­nam. Jed­nakże do tej pory już się nauczy­łem, że głos roz­sądku to mój wróg. Jest we mnie tchórz, który boi się nie­wy­gody. Ten tchórz pod­suwa mi pocie­chę w postaci wymó­wek. Ale to wła­śnie tchórz przy­go­to­wuje czło­wieka na porażki. To tchórz spra­wia, że czło­wiek je akcep­tuje, bo przy­wykł do wynaj­do­wa­nia dobrych powo­dów, aby prze­stać. A tchó­rza w sobie można zabić tylko w jeden spo­sób.

Zrzu­cam torbę i zakła­dam strój ćwi­czebny.

-?Cześć, nauczy­cielu -?mówię do kom­pu­tera sfery tre­nin­go­wej.

-?Witaj, szer­mie­rzu numer trzy.

Głos kom­pu­tera jest kobiecy i uwo­dzi­ciel­ski, dokład­nie taki, jaki wybrałby Cas­sius. Dzie­sięć lat temu zdu­miał­bym się, że roz­ma­wiam z kom­pu­te­rem, ale gwał­towny roz­wój tech­niki w cza­sach Repu­bliki spra­wił, że nie­gdyś zaka­zane roz­wią­za­nia stały się upior­nie powszechne. W porów­na­niu z sys­te­mami Żywego Sre­bra ten kom­pu­ter to tro­glo­dyta.

-?Znowu pro­fil gra­wi­ta­cyjny Marsa?

-?Nie.

-?Pro­fil walk na aste­ro­idach?

-?Nie. Losowe inter­wały od 0,2 do 4,5 G. Zaliczmy dzi­siaj cały Układ. Skoń­czymy na Mar­sie.

Roz­cie­ram lewe przed­ra­mię. Mam nadzieję, że wytrzyma ponad 4 G.

-?Przy­ję­łam. Czas?

-?Twój wybór.

-?Przy­ję­łam, szer­mie­rzu numer trzy. Przy­go­to­wuję sesję numer sto sześć­dzie­siąt osiem.

Tłu­mię kolejne ziew­nię­cie, kiedy sala się roz­grzewa. Roz­cią­gam ramiona. Są sztywne po wysiłku przy spa­wa­niu i nie­zli­czo­nych wybi­ciach, jakie zali­czy­łem na prze­strzeni lat. Lewe płuco mi się zaci­ska, kiedy biorę głę­boki wdech -?pamiątka po brzy­twie, którą Lysan­der wbił mi w pierś w Helio­po­lis. Potrzą­sam lewą ręką: kości zostały strza­skane, kiedy mój sier­pak zde­rzył się z ostrzem, które Lysan­der zabrał zabi­temu Ale­xan­drowi. Aurae, podej­rza­nie bie­gła w medy­cy­nie, powkła­dała kości w mojej lewej ręce z powro­tem na swoje miej­sca i zasto­so­wała kata­li­za­tor wap­nia, ale będę potrze­bo­wał Rzeź­bia­rza, żeby odzy­skać pełną spraw­ność.

Boli mnie ręka. Dobre przy­po­mnie­nie nie­wy­rów­na­nych rachun­ków.

Nacho­dzi mnie myśl, kiedy cze­kam, aż nagrzeją się stud­nie gra­wi­ta­cyjne w sali. Gdy tre­no­wa­łem z Lor­nem, mówił do mnie, pod­czas gdy ja pły­ną­łem przez kolejne postawy Drogi Wierzby. Bra­kuje mi metro­nomu jego głosu i mam dość ciszy.

-?Kom­pu­ter, połącz się z moim oso­bi­stym ter­mi­na­lem.

Wyj­muję z torby ter­mi­nal i książkę Aurae, ska­nuję dwa­dzie­ścia pierw­szych stron. Każę kom­pu­te­rowi odczy­ty­wać tekst, a potem prze­cho­dzę do pozy­cji zimo­wej z Drogi Wierzby z ostrzem trzy­ma­nym nad głową w obu dło­niach. Zamie­ram.

-?Kom­pu­ter. Próbka głosu z holo­pliku 1 3 1, prze­mowa Suwe­renki z oka­zji Satur­na­liów.

Chwilę póź­niej głos Vir­gi­nii wypeł­nia pokój.

"Tym, któ­rzy piszą, byśmy mogli czy­tać, tym, któ­rzy upa­dają, byśmy mogli iść, tym, któ­rzy przy­szli przed nami, żeby­śmy mogli nadejść po nich - słowa podzię­ko­wa­nia".

Sfera tre­nin­gowa zaczyna swój pro­gram. Począt­kowo gra­wi­ta­cja zmie­nia się powoli; kiedy poko­nuję pierw­szą gałąź pozy­cji zimo­wej i opusz­czam ostrze w uko­śnym cię­ciu, prze­kształ­ce­niu ulega kie­ru­nek cią­że­nia. Stę­kam z bólu, ale moje ciało roz­grzewa się i znika sztyw­ność. Wkrótce sły­chać tylko szept ćwi­czeb­nego ostrza, szu­ra­nie moich stóp, mój oddech i głos Vir­gi­nii.

"Pierw­sza prawda: ścieżka do Doliny jest nie­prze­nik­niona, wieczna i dosko­nała. Nie da się jej ujrzeć oczami ani poczuć pod sto­pami. Wije się zgod­nie z wła­sną wolą. Koń­czy się tam, gdzie musi. Wspina się wtedy, kiedy chce. Opada wtedy, gdy powinna".

Prze­cho­dzę do cio­sów jesieni, wygi­nam się do tyłu, wyska­kuję w przód w ataku.

"Cią­gnie się głę­boko w skały, które wyko­pu­jemy, i wraca ku naszym ser­com. Wije się przed nami i za nami, we wszyst­kich kie­run­kach i zara­zem w żad­nym. Cho­ciaż możemy ją przejść, ni­gdy jej nie opa­nu­jemy. Cho­ciaż możemy widzieć ścieżkę, ni­gdy nie poznamy prawdy. Ścieżka do Doliny jest nie­prze­nik­niona, wieczna i dosko­nała. Trzeba nią podą­żać za wszelką cenę".

Po pierw­szej praw­dzie nastę­puje sześć kolej­nych, a ja prze­cho­dzę przez kolejne pory roku Drogi Wierzby przy zmien­nej gra­wi­ta­cji. W ciągu godziny nar­ra­cja powta­rza się kil­ka­na­ście razy, pły­nąc, kiedy leżę na ple­cach i dyszę.

"Czwarta prawda: naj­wyż­sze dobro to wiatr z kopalni. Prze­pływa przez skałę, wokół ludzi i ponad zie­miami. Wiatr nie zważa na prze­szkody, cho­ciaż te kształ­tują jego ścieżkę. Kiedy czu­jesz zapach rdzy, który nie­sie, albo sły­szysz echo narzę­dzi w ciem­no­ści, uśmiech­nij się i raduj. Ścieżka jest pod tobą, a ty jesteś na niej. Musisz tylko iść".

Lewa ręka mnie boli. Ści­ska i pali mnie w płucu, ale mój umysł jest cudow­nie pusty, gdy słu­cham głosu Vir­gi­nii. Słowa książki są -?jak uzna­łem na początku -?mętne. Nie rozu­miem ich jesz­cze (nie mówiąc już o ich zaak­cep­to­wa­niu), ale przy­po­mi­nają mi coś, co czy­ta­łem dawno temu, kiedy tre­no­wa­łem z Mat­teo. To nie był Dumas ani Grecy, tylko coś, co umyka mojej pamięci. Książka Aurae wydaje się zna­joma i nie­sie pocie­chę jak echo koły­sanki z dzie­ciń­stwa.

Wra­cam do swo­jej kwa­tery w sta­nie podob­nym do transu. Z braku wody posłu­guję się tępym nożem, żeby zdra­pać pot i mar­twy naskó­rek, zanim przejdę do kolej­nego punktu wie­czor­nego rytu­ału. Nagry­wam wia­do­mość dla żony, jak­by­śmy dopiero co roz­ma­wiali, i zapi­suję ją razem z resztą bez przej­rze­nia. Potem nagry­wam wia­do­mość dla syna, kolejny roz­dział świa­dec­twa nie­obec­nego ojca.

Wiele mie­sięcy temu zaczą­łem mu opo­wia­dać o swoim życiu. Jest to coś, co powi­nie­nem był zro­bić oso­bi­ście, ale teraz nawet jeśli nie zdo­łam do niego wró­cić, to może ta histo­ria do niego dotrze. Dzi­siaj zaczy­nam od dnia, w któ­rym pozna­łem Vir­gi­nię w Insty­tu­cie, i koń­czę na tym, jak razem z Cas­siu­sem i Sevro wyli­śmy jak wilki i bie­gli­śmy po oświe­tlo­nych księ­ży­cem rów­ni­nach ze sztan­da­rem Minerwy.

Koń­czę i sia­dam na łóżku, pusty i zado­wo­lony. W książce mówiono o pustce jak o czymś, czego uży­wamy. Pudełka, kubki. Pełne są bez­u­ży­teczne, ponie­waż posłu­gu­jemy się ich pustką, żeby je napeł­nić. Kart­kuję książkę, żeby zna­leźć tę frazę. Zanim mi się uda, roz­lega się wrzask alarmu - ktoś się zbliża.

Zna­leźli nas.

Wyska­kuję z łóżka, czuję radość, która budzi we mnie wyrzuty sumie­nia. Naresz­cie walka, oka­zja -?to potra­fię. Ubie­ram się z ponurą satys­fak­cją, gotowy zabi­jać.

W pokoju roz­brzmiewa głos Brzy­dala:

-?Wszy­scy na sta­no­wi­ska bojowe. Wszy­scy na sta­no­wi­ska. Zbliża się dewa­sta­tor Votum.