Rozdział 3. Darrow. Zjawy
3
Darrow
Zjawy
Alarm niesie się przez bazę. Biegnę korytarzem i łapię karabin EM
rzucony mi przez Thraxę, która do mnie dołącza. Usta ma rozchylone w szalonym, złym uśmiechu. Jako jedyna na Piechurze ma brzytwę i nie robi
wrażenia, jakby zamierzała się nią dzielić.
-?Ile okrętów? -?pytam.
Oczy jej błyszczą.
-?Tylko jeden. Ale i tak dostatecznie duży, żeby nas zeszklić. Proponuję
udawać trupa. Niech się zbliżą, spróbują abordażu. Zabijemy wszystkich,
przejmiemy prom, polecimy na ich statek, przejmiemy go i...
Polecimy do domu.
Posępnieję.
-?Możemy stracić połowę ludzi.
-?Więcej -?odpowiada.
Naszą dwuosobową kliką włada jeden umysł. Żołnierze opływają nas w korytarzu. Jacy oni są mali. Zerkają na nas w górę, na swoich generałów,
szukając otuchy. Thraxa łapie mnie i zniża głos:
-?Jeśli nadarzy się okazja, zrobimy to, co konieczne.
-?Dewastator się zbliża! Wie, że tu jesteśmy! -?woła Brzydal.
-?To tyle, jeśli idzie o udawanie zdechłego psa -?mówię.
Zerkam na broń Thraxy, Zołzę. Zasłania ją przede mną ciałem i biegniemy
dalej.
Tak się śpieszymy, żeby dopaść zjeżdżalni w głównym korytarzu, że prawie
zderzamy się z inżynierami wypadającymi ze swoich koszar. Większość ma
na sobie tylko polowe napierśniki, wciąż porysowane i powgniatane po
wędrówce przez Pustkowie Ladona. Zabieram napierśnik jednemu z nich i przywołuję dwa tuziny ludzi. Odsyłam Thraxę, żeby dowodziła dwiema
bateriami działek EM, a sam ruszam bronić hangaru.
-?To ja powinienem mieć brzytwę! -?wołam, gdy się rozstajemy.
Thraxa wybucha dudniącym śmiechem.
-?Już miałeś!
Miałem. Brakuje mi podarunku od żony. Karabiny są w porządku, ale nie
cierpię, kiedy jestem zdany na łaskę jakości zbroi przeciwnika. Lepiej
uderzać z bliska, kiedy śmierć jest pewna.
-?Dostrzegli nas? -?pytam przez radio. -?Brzydal?
Nie odpowiada. W hangarze zastaję Harnassusa i paru Pomarańczowych
szykujących się do ostrzału zza barykady. Harnassus stara się, żeby jego
głos nie zdradzał strachu.
-?Pierwsi wypadną Obsydianowi berserkowie -?mówi, gdy do niego dołączam.
-?Brzydal? Potrzebny mi raport -?próbuję nawiązać łączność. -?Są już w zasięgu naszych działek EM? Brzydal?
-?Przesyłają wiadomość -?odpowiada.
Pauza. Serce mi łomocze. Działka EM namierzają cel. A potem Brzydal
wybucha śmiechem.
-?Niech mnie szlag. -?W końcu mu odwaliło? Tak samo jak Orion? Jak
Sevro? -?Szefie, powiedz Thraksie, żeby wyluzowała przy działach. Niech
nie strzela! To nasi. Zbłąkany Podbródek przyprowadził przyjaciół.
***
Dewastator wysuwa pępowinę, żeby połączyć się z bazą. Żołnierze gromadzą
się przy śluzie. Colloway Char pierwszy schodzi z pokładu. Harnassus,
Thraxa i ja czekamy na niego. Brzydal nie raczył się zjawić.
Zamiast pochylić smukłe ramiona i ruszyć prosto do mnie, najlepszy pilot
Republiki zwalnia. Jest chudy jak patyk, ciemna skóra jego twarzy jest
tak napięta, że widać każdy szczegół czaszki. Kiedy patrzy po ludziach,
nie ma w jego spojrzeniu typowej zmęczonej pobłażliwości, tylko harda
władczość. Char nigdy nie lubił brać na siebie odpowiedzialności, ja
jednak miałem nadzieję, że pewnego dnia stanie się przywódcą. Ta
przemiana zaczęła się w Heliopolis po śmierci Orion, ale ostatecznie
dokonała się pod moją nieobecność.
-?Przyleciałeś z flotą Telemanusów? -?woła do niego Czerwony inżynier.
-?Czy Mars padł? -?krzyczy Brązowy strzelec z zardzewiałymi modyfami w rękach i wyblakłymi od słońca oczami.
Colloway staje nad nim.
-?Czy Mars padł? Czy Mars padł? -?szydzi. -?Gdzie twoja wiara,
Marsjaninie? Mars trwa! Jak zawsze.
Żołnierze wiwatują z tak ogromną ulgą, że brzmi to wręcz jak lament.
Char idzie przez tłum i próbuje zasalutować, zanim zamknę go w objęciach. Czubkiem głowy nawet nie sięga mi do podbródka. Myślałem, że
wychudłem, ale przez skafander czuję jego łopatki. Za nim
kilkudziesięciu Niebieskich i Szarych wysiada ze statku i szuka
przyjaciół wśród mojej bandy. Odsuwam się od Chara. Kiedy już wita się z Thraxą i Harnassusem, wypalam:
-?Virginia. Żyje? A Pax?
Odwraca się do mnie z miną znużonego rozbitka, który widział zbyt dużo,
żeby myśleć o ludziach znanych nam dawniej w domu jak o czymś więcej niż
tylko mglistych pojęciach. Po chwili kiwa głową.
-?Virginia żyje -?mruczy. -?Rządzi z Agei. Nie wiem, co z twoim synem.
Łapię się jego ramienia, żeby nie stracić równowagi.
-?Trzy dni temu widziałem Virginię, jak przemawiała -?dodaje. -?Victra
stała obok niej. Tak samo jak Kavax i Niobe, i twój brat, Kieran. Jest
teraz arcygubernatorem.
Emocje prawie ścinają mnie z nóg; walą we mnie z mocą rozpaczy. Odbiera
mi głos.
-?Kieran? A co się stało z Rollo? -?pyta Harnassus.
-?Rollo został zamordowany kilka miesięcy temu -?odpowiada Char.
Tak bardzo przywykłem do śmierci, że nawet powieka mi nie drgnie.
Arcygubernator Kieran. Przedziwne. Nie mogę wyobrazić sobie mojego
skrytego, uprzejmego brata na urzędzie, który kiedyś zajmował Nero au
Augustus.
-?Powiedz więcej. Od miesięcy siedzimy tu odcięci od światów. Co
jeszcze? -?dopytuję się, już pijany, ale pragnę więcej.
-?Niewiele. Układ zmienił się w ciemną zupę. Albo to jakaś nowa broń
Złotych, albo coś naszego. Albo coś z Obrzeża? Coś od Żywego Srebra? Kto
wie. Rozwala czujniki i przekazy radiowe stąd aż po Pas. Wszędzie latają
fałszywe sygnatury. Słoneczne rozbłyski. Lasery załatwiają teleskopy.
Drony fruwają z atomówkami. Dodaj do tego wirujące wszędzie potrzaskane
kadłuby i masz chaos. Walczymy, chyba, ale można bezpiecznie orzec, że
nie wygrywamy tej wojny. Obrzeże uderzyło z całą mocą.
-?Kto dowodzi? -?pyta Harnassus.
-?Helios ma armadę Pył, a Dido Smoka -?odpowiada Char.
Patrzymy po sobie z Thraxą. Obrzeże sprowadziło dwie z trzech głównych
armad. Helios to też kiepska wiadomość. Jest ich najlepszym gwiezdnym
dowódcą. Twardy jak stal weteran, ponad dwa razy ode mnie starszy i ponad dwukrotnie bardziej doświadczony.
-?A Żywe Srebro? Wrócił na Marsa? -?pytam.
Char marszczy brwi.
-?Mówi się, że porzucił wojnę.
Gapię się na niego z niedowierzaniem.
-?Porzucił? Przecież to on ją zaczął, do spółki z Fitchnerem.
Wydaje się, że Colloway wręcz z pogardą reaguje na moją niewiedzę.
-?Sefi też nie żyje. Ojciec Ragnara zafundował jej krwawego orła.
Wytrzeszczam oczy. Czy on w ogóle mówi we wspólnym?
-?Rządzi Obsydianowymi i wykradł z floty Volk to, co najlepsze, zanim
uciekł z Marsa.
Thraxa i ja znowu patrzymy po sobie. Jest cała pokryta tatuażami
Obsydianowych.
-?Ojciec Ragnara powinien być potwornie stary. O ile w ogóle żyje.
-?Impostor -?szydzi Thraxa. -?Uciekli z Marsa? Nieścięty też?
Nasze pytania przygniatają Chara.
-?Nieważne -?warczę. -?Co z Sevro? Gdzie jest?
Thraxa prycha pogardliwie, o wiele bardziej zainteresowana
Obsydianowymi.
Char nie odpowiada. Dzieli nas dystans. Potępienie.
-?Myślałem, że nie żyjesz. Powiedzieli, że nie żyjesz. Przemytnicy,
którzy zabrali nas z Merkurego. Wszyscy myślą, że nie żyjesz -?tłumaczy.
-?Wyglądasz, jakbyś był na wpół martwy.
Ogarnia mnie smutek. Jakbym był porzucony. Przestarzały. Zapomniany.
-?Nie miałem pewności, czy ktokolwiek jeszcze wyrwał się z Merkurego -
mruczę. Zerkam za niego. -?Nie widzę z tobą Rhonny.
-?Fakt.
Gula mi rośnie w gardle. Kiedy ostatnim razem widziałem bratanicę,
Lysander roztrzaskał jej twarz, tuż po tym, jak strzelił Alexandrowi w głowę. Spuszczam wzrok. Jak powiem Kieranowi, że porzuciłem jego córkę?
Arcygubernatorowi Kieranowi.
-?Jej prom nie dotarł do Gwiazdy Zarannej przed impulsem
elektromagnetycznym -?mówi Char. -?Spadła gdzieś w mieście. Uciekliśmy
tylko dzięki temu, że kadłub osłonił część promów szturmowych w Gwieździe przed działaniem impulsu. Nie mogliśmy dotrzeć na orbitę,
więc ukryliśmy się w górach, aż udało nam się wynająć przemytników
żelaza, którzy przeszmuglowali nas z planety. Ukradliśmy dewastator
przemytnikom, którzy wcześniej wykradli go z floty Votum. Jest bardziej
poobijany, niż wygląda. Połowa dział przepadła. Pancerz połatany. Ma
jednak transponder Votum i lata jak wściekły. Powinien wystarczyć, żeby
zabrać nas do domu.
-?Ilu was jest? -?pyta Harnassus.
-?Dwa tysiące jedenastu. Wszyscy, których zdołaliśmy zabrać z Heliopolis. Na dewastatorze jest więcej miejsca. Ale zebrało się nas
całkiem sporo. Mam nadzieję, że zgromadziliście jedzenie.
-?Stare racje wojskowe -?mówię. -?Całe mnóstwo.
Spogląda w przejścia na tyłach hangaru.
-?To wszyscy wasi ludzie?
Kiedy kiwam głową, nie wygląda na rozczarowanego. Wygląda na wściekłego.
Czuję ciężar jego oskarżenia.
-?Byłeś na Merkurym przez wiele tygodni -?zaczynam. -?Reszta naszych
legionów, wszyscy ci, do których nie mogliśmy dotrzeć... Co się z nimi
stało?
Patrzy badawczo w moją twarz.
-?A obchodzi cię to?
Mniej by zabolało, gdyby po prostu dźgnął mnie nożem.
Thraxa uderza go palcem w pierś.
-?Twój arcyimperator zadał ci pytanie, Char.
Należymy teraz do dwóch różnych plemion. Mrużę oczy. Jak bardzo Char
pragnie naszego jedzenia?
-?Rzeź. -?Odwraca wzrok. Jego smutek jest oskarżeniem rzuconym moim
zmrużonym oczom. -?Tych, którzy nie umarli z głodu w Gwieździe
Zarannej albo nie zostali pożarci przez ogary Atalantii, Atlas kazał
ponabijać na pale. Od Heliopolis aż po Tyche. Resztę wysłał do kopalni
żelaza należącej do Votum. Widziałem to z powietrza. Widziałem drogę,
którą wytyczyli.
Od Heliopolis po Tyche. Powinienem był zabić Atlasa, kiedy miałem go w garści. Powinienem był zabić Lysandra. Czy za każdą łaskę zostanę
ukarany?
-?Żadnych wiwatów na cześć bohatera chwili i wykradzionego przez niego
helu? -?dobiega patrycjuszowski głos z pępowiny.
Thraxa rzuca półgłosem wymyślne przekleństwo. Parszywy Bellona wychodzi
ze statku i ze złotymi lokami błyszczącymi w ponurym świetle hangaru
pozuje jak pyszny mistrz brzytwy wchodzący do Krwawego Kręgu przy wtórze
okrzyków omdlewających, rozmiłowanych w nim Piksów. Kiedy wita go tylko
cisza, wzdycha rozczarowany i podchodzi do mnie nonszalanckim krokiem.
Niesie cztery kanistry przetworzonego wysokogatunkowego helu. Mają
pieczęć orła domu Bellona.
Mimo że Cassius jest wręcz obrzydliwie przystojny, mierzy ponad siedem
stóp wzrostu, jest zbudowany jak bokser walczący w ultraGrawitacji i prezentuje się olśniewająco w szarej pelerynie podróżnej, wzrok
wszystkich skupia się na idącej za nim smagłej kobiecie. Aurae ma co
prawda na sobie brudny kombinezon członka załogi i nosi pistolet, ale
odstaje od nas, prymitywnych żołnierzy, jak orchidea przypięta do pasa z nabojami, i to nie tylko dlatego, że ona i Cassius wciąż mają włosy.
Aurae to rzadki typ Różowej. To nie tania podnieta z anielskimi
skrzydłami, rogami albo jedwabistym ogonem, która czeka na klienta w Perłowym Klubie. To także nie Helena Trojańska -?kosztowne cacko
najwyższej jakości, jakie można by zobaczyć uwieszone u ramienia
Atalantii albo Apolloniusa. Aurae jest heterą Raa, pięknością z cienia i pyłu, z jesienną tragedią wpisaną w rysy. Twarz ma pociągłą. Skórę o odcień ciemniejszą od oliwkowej. Włosy gęste, falujące i tak czarne, że
aż niebieskawe, chociaż nigdy nie wydaje się, żeby dwa razy przybrały
ten sam odcień albo były tak samo zaplecione. Nie sposób odgadnąć jej
wieku. Niektórzy przypuszczają, że ma czterdzieści lat, inni -
trzydzieści, a jeszcze inni, że dwadzieścia. Jej oczy zaprzeczają tej
ostatniej możliwości. Są szeroko rozstawione, ciemnoróżowe i przedwieczne.
Moi żołnierze mogą oczerniać Aurae i plotkować na jej temat, ale kiedy
widzą jej smukłe ręce uginające się pod ciężarem jednego kanistra helu
3, kilkunastu mężczyzn i niewiele mniej kobiet rzuca się, żeby jej
pomóc. Thraxa odpycha ich wszystkich i bierze kanister. Harnassus
próbuje udawać, że nie jest zazdrosny o delikatny uśmiech, który posyła
jej Aurae.
Przywykły do takich reakcji Cassius przewraca oczami i teatralnym gestem
odstawia cztery kanistry na podłogę. Kładzie na jednym z nich stopę i opiera przedramiona na kolanie.
Patrzę na hel i wyobrażam sobie, jak obejmę Virginię, gdy tylko wysiądę
z Archimedesa w Agei.
-?Moi łaskawi panowie, najlepszy dostępny na rynku marsjański hel 3,
dzięki wsparciu mojej matki i jej przemytniczej działalności w Gwiezdnej
Faktorii. Zawsze lubiłem podwędzać jej drobne z portmonetki. Patrzcie:
oto zefir, który zabierze was do domu. -?Mruży oczy. -?Pod warunkiem, że
nie zamęczyłeś mojego statku tak, że już się nie da go naprawić. -?Zerka
na Collowaya, który robi zbolałą, urażoną minę. -?Powiedziałeś mu, Char?
Oczywiście, że nie, wszystko spada na mnie. Typowe.
-?Co miał mi powiedzieć? -?pytam.
Cassius wzdycha.
-?Chodzi o Sevro. Żyje. Gorzej nawet. Paskudna sprawa. Został sprzedany
na aukcji zorganizowanej przez Syndykat dla śmietanki towarzyskiej.
-?Sprzedany -?powtarzam. -?Komu?
Cassius się krzywi.
-?Ta część naprawdę ci się nie spodoba.
Rozdział 4. Darrow. Paskudna sprawa
4
Darrow
Paskudna sprawa
Hologram wypełnia większą część mojej kwatery.
Mężczyzna wisi w powietrzu w domu aukcyjnym Syndykatu. Jest nagi,
wychudzony, pokryty tatuażami i bliznami. Głowę zakrywa mu ogromny hełm
w kształcie wilczego łba. Kiedy bladooki licytator Syndykatu macha ręką,
hełm otwiera się i unosi w powietrze, odsłaniając brzydką, zrzędliwą
twarz, która znaczy dla mnie więcej niż moje własne ciało.
Sevro.
Miłość rzadko przysparzała mi tak czysto fizycznego bólu.
W Czerwonych oczach Sevro odmalowuje się przelotna konsternacja. To te
same oczy, które Mickey Rzeźbiarz wyjął ze mnie, żeby na ich miejsce
włożyć Złote. A potem -?ból, gdy dociera do niego, gdzie się znajduje.
Zwiesza głowę, zawstydzony, zaczyna nią kiwać w przód i w tył. Mimo
złamanego nosa, bardziej krzywego niż zygzak błyskawicy, potarganych
dziko włosów, pokiereszowanych uszu i rozkwaszonych ust, mimo dziesięciu
lat wojny i tego, co przydarzyło mu się na Lunie i zrujnowało jego
ciało, widzę tylko dziwne wilcze szczenię, które uratowało mnie i Cassiusa przed zamarznięciem na śmierć w jeziorze; nastoletnią zmorę,
która wpatrywała się we mnie spod cuchnącej wilczej skóry, na wpół
gotową uciekać, na wpół marzącą o tym, żeby ktoś ją objął, desperacko
pragnącą dowieść swojej wartości.
Chłopiec w zniszczonym wojną mężczyźnie dyszy ze strachu. Z bólem serca
patrzę, jak rozgląda się po sali aukcyjnej, kiedy wrogowie go licytują.
Licytanci zachowują anonimowość. Holograficzne projektory ukrywają ich
tożsamość, wyświetlając -?ze statków kosmicznych albo ukrytych
sanktuariów -?posłane do domu aukcyjnego absurdalne awatary o kształtach
zwierząt i bogów. Sevro nie chce nawet spojrzeć swoim oprawcom w oczy.
Nigdy nie widziałem go tak pokonanego.
Obraz przeskakuje i zamiast aukcji widzimy wspaniałą wojskową
architekturę. Gwiazdy i odległe okręty wojenne lśnią w wylocie hangaru
oskrzydlonego przez kariatydy rodu Carthii. Mech towarowy, w eskorcie
bandy cierni Syndykatu i arbitra z Gildii Orion, wychodzi z parującego,
szybkiego okrętu zdolnego przebić się przez blokadę. Mech stawia na
ziemi kontener. Czterech legionistów w szarych zbrojach i białych
pelerynach z purpurowym bykiem otwiera ogromny zamek. Kontener rozkłada
się na połowy. Powietrze wylatuje z sykiem.
Wewnątrz wisi Sevro na wieszaku dla niewolników. Jego wydatny podbródek
pokrywa broda, która rosła od wielu miesięcy. Włosy ma długie i poprzetykane bielą. Rurki na nieczystości z pompkami ciśnieniowymi wiją
się z jego wychudzonego brzucha w dół, do plastikowych worków.
Przewieziono go przytomnego i zakneblowanego, zapewniając mu ledwie tyle
kalorii, by nie padł trupem. Oczy ma otwarte, przekrwione. Ze znajomą,
zmęczoną nienawiścią wpatruje się w coś poza kadrem hologramu.
Rozlega się pomruk męskiego głosu:
-?Szepczą, że nie żyjesz. Tak jak mnie zostawiłeś: na pewną śmierć. Ale
zdobyłem nowe królestwo. -?Hangar znika, zastąpiony przez anielsko
piękną, a zarazem złą twarz. -?Nie żyjesz, Darrow? -?Apollonius au Valii
Rath czeka na odpowiedź, jakby to wcale nie było nagranie, które dla
mnie przygotował. -?Jeśli nie żyjesz, to ten czas mroku zakończył się
skomleniem. -?Wygląda na przygnębionego. Rzuca zawzięte spojrzenie w niebo. -?O nie. Ty żyjesz -?mówi do siebie, a potem opuszcza wzrok.
Uśmiech wypełza mu na usta. -?Nie możesz nie żyć. Czuję to w swoich
stworzonych do wojny kościach. Nie ma cię jednak ani na Marsie, ani na
Ziemi, ani przy twojej niewzruszonej kobiecie broniącej twojej planety,
nie walczysz z siłami Heliosa i Atalantii na czele niezrównanej Straży
Ekliptycznej. Musisz więc ukrywać się, słaby i ranny. Przemykasz wśród
cieni jak mysz w ciemności. Młody Ajax, syn Ai, poszkodowany i nieustraszony, pragnie twojej krwi. Tak samo pragnie jej Obrzeże, ich
mistyczni myśliwi i ich niezrównany przywódca: Diomedes, Rycerz Burzy.
Złapią cię, jeśli polecisz na Marsa, myszko. Czekają w zasadzce.
Sprytni, cierpliwi, głodni. Nigdy nie pozwolą ci poprowadzić kolejnej
armii. Lepiej przyleć do mnie. Lepiej spędź czas ze mną.
Patrzy na mnie tak, jak mógłby spojrzeć smok na wieść o odległym
skarbie: zachłanny, zdradziecki, urzeczony. Przesuwa językiem po zębach.
-?Aby cię skusić, nabyłem twojego kundla za niemałą sumkę. Na Lunie źle
go traktowano. Udzielę mu dziewięćdziesięciu dni wytchnienia i godności
w moim dominium, ale dziewięćdziesiątego pierwszego dnia zostanie
odesłany do Wiszącego Koloseum w Stoczniach Wenusjańskich, jak to
czyniono dawniej z jeńcami Carthii. I tak jak dawni Carthii ja i moi
goście zapolujemy na niego na skrzydlatych rumakach, zatkniemy jego
głowę na włócznię i nakarmimy jego narządami wojenny stos.
Zamyka oczy, jakby wyobrażał sobie wiatr we włosach, kiedy dosiądzie
pegaza Carthii, zapach palonego ciała, gdy będzie śmiał się z przyjaciółmi przy ogniu ofiarnym. A kiedy znów je otwiera, błyszczą
szaleństwem.
-?Chyba że przybędziesz do mnie. Chyba że przybędziesz i zdecydujemy
wreszcie, kto jest myśliwym, a kto zwierzyną. Do tego czasu, mój
szlachetny przeciwniku, per aspera ad astra.
Światło hologramu blednie, a potem nagranie odtwarza się od początku,
zapętlone w nieskończoność. Brzydal zatrzymuje obraz. Harnassus, Thraxa
i Colloway garbią się w ciemności wokół mojego stołu śniadaniowego.
Brzydal drapie się po kikucie nogi. Cassius ze skrzyżowanymi na piersi
rękami opiera się o drzwi i mnie obserwuje. U jego stóp siedzi Aurae. Ma
zamknięte oczy.
-?Skąd masz to gówno? -?pyta ostro Brzydal. Patrzy na Cassiusa i wytyka
palcem Aurae. -?Twoja syrena to wyczarowała?
Nawet Harnassus uważa, że to idiotyczny pomysł. Aurae nie raczy nawet
otworzyć oczu, żeby zareagować na oskarżenie.
-?Co ona w ogóle robi w tym pokoju? -?dopytuje Brzydal.
-?Mogę wyjść -?odpowiada Aurae.
-?Walić to -?mówi Cassius. -?Po tym, co przeszliśmy, żeby ukraść hel,
powinniście całować nas po nogach -?zawiesza głos. -?Mniejsza z tym,
pewnie sprawiłoby to wam przyjemność, psychole. Jednak w odpowiedzi na
zapytanie: nie dostałem tej wiadomości od Apolloniusa. Szalony łajdak
transmitował ją ze Stoczni Wenusjańskich przez dwa miesiące. Z powodu
pól zakłócających wychwyciłem przekaz na trzy dni przed tym, jak
Gwiezdna Faktoria spiknęła mnie z Collowayem.
-?Czyli natknąłeś się na nią przypadkiem -?szydzi Brzydal.
Cassius nie traci poczucia humoru.
-?Po tym, jak Jeźdźcy Pyłu Raa pokroili mnie na plasterki, złamałem
słowo dane Diomedesowi au Raa, przeleciałem w dzikim pędzie przez połowę
Układu, żeby przebić się przez Armadę Popielną do strefy wojennej,
uratować Darrowa, a potem powtórnie przedarłem się przez Armadę Popielną
pod ostrzałem Annihilo, tak, tak, ni mniej, ni więcej, jak Annihilo
właśnie, sprzymierzyłem się z Minotaurem, nadętym zbirem kompensującym
sobie nędzne pochodzenie, którego nie widziałem, odkąd nafaszerowany
leksaminą i trucizną z rozdymki cytował Miltona w marsjańskim burdelu
czternaście lat temu? -?Macha ręką jak kot łapą. -?Daj spokój... Jeśli tak
bardzo chcesz mnie obrazić, to przynajmniej okaż mi tyle szacunku, żeby
mówić do rzeczy.
-?Szacunek. -?Brzydal odchyla głowę w tył i śmieje się. -?Tę wartość
właśnie wpoiłeś swojemu lubującemu się w palowaniu protegowanemu,
Dziedzicowi Sileniusa? Szacunek! Ha!
Na wspomnienie o Lysandrze uśmiech Cassiusa znika.
-?To Atlas nabija na pale twoich żołnierzy, nie Lysander. To nie w jego
stylu.
-?Och, my znamy jego styl -?mówi Thraxa. -?Rhonna. Bratanica Darrowa. To
nie Atlas zmiażdżył jej twarz. To twój chłopak to zrobił. Po tym, jak
strzelił Alexandrowi w głowę. Nie w walce. Przy drinku.
Cassius marszczy czoło.
-?Alexandar au...
-?Arcos -?kończy chłodno Colloway. Po raz pierwszy, odkąd przyjechał,
widzę, że patrzy na mnie z odrobiną współczucia. -?Był arcylansjerem
Darrowa. Arogancki dupek, ale najlepszy żołnierz, z jakim kiedykolwiek
służyłem. Koniec, kropka. Zaproponował Lysandrowi pojedynek. Lysander
odmówił i z bliska odstrzelił mu głowę. Własnemu kuzynowi.
Cassiusowi rzednie mina. Arcylansjerzy często są równie bliscy
imperatorowi jak jego własne dzieci. Poczucie winy na jego twarzy jest
powodem, dla którego mu o tym nie powiedziałem. To nie była jego wina.
Nie chcę jego współczucia.
Brakuje mi Alexandra. Nam wszystkim. Dlatego robi nam się tak niedobrze,
gdy oglądamy Sevro wystawionego na aukcji.
Harnassus podchodzi do mnie i zagaduje delikatnie:
-?Darrow, wiem, że nikt nie chce tego powiedzieć na głos, więc ja to
zrobię. Nic tu nie zdziałamy. Znajdujemy się miliony kilometrów za
liniami wroga. Dzięki Bellonie mamy hel i właśnie kończymy naprawę
reaktora Archimedesa. Powinniśmy pomknąć na Marsa, póki możemy.
Patrzę na obraz Sevro. Stocznie Wenusjańskie nie są wcale tak daleko.
Sevro jest blisko. Bliżej niż myślałem.
Miłość do Sevro czy nienawiść do rogatego? Co mnie tak przyciąga niczym
grawitacja?
-?Dlaczego przetrwaliśmy na Merkurym? -?pytam. Nikt nie odpowiada.
Rozglądam się po pokoju. -?Dlaczego przetrwaliśmy w tym więzieniu?
-?Darrow, jeszcze nie przetrwaliśmy. Nie, dopóki nie dotrzemy do domu -
wtrąca się Harnassus. -?Każdego dnia dodawałeś nam otuchy, mówiąc, że
dom wkrótce znajdzie się w naszym zasięgu. Teraz jest. Teraz masz szansę
wrócić do naszych sił. Do Virginii... Do swojego syna.
Opieram się temu nurtowi, bo czuję, jak wciąga mnie inny, nowy.
-?Przetrwaliśmy, żeby coś zmienić w tej wojnie -?odpowiadam im. -?Walka
o Marsa zaczyna się na Wenus. Statki Armady Popielnej pochodzą z jednego
miejsca i tylko z jednego: ze Stoczni Wenusjańskich. Atalantia zdradziła
Apolloniusa i wydała go nam. Ten człowiek jest patologicznie pamiętliwy.
Zatem Atalantia zostawiła mu te stocznie tylko z jednego powodu:
ponieważ wierzy, że jest zdolny i gotowy, żeby je zniszczyć. Zostawiłem
Apolloniusa z raptem garstką ludzi, co oznacza, że tylko na kilka
sposobów może stanowić tak wielkie zagrożenie. Bomby, zgadza się? To
stwarza dla nas okazję.
Harnassus blednie.
-?Darrow... nie możesz...
-?Czemu nie?
-?Spójrz na nas. Spójrz na siebie. Ledwie się trzymamy.
-?Ale wciąż się trzymamy. -?Zerkam na Chara. -?Tylko na wpół martwi.
Char ma dość.
-?Moje dary należą do Republiki. Nie będę marnował ich na twoją kolejną
misję samobójczą, Darrow.
Wstaje, zapala szluga i wychodzi.
Piorunuję wzrokiem jego plecy. Przynajmniej zdobył jedzenie.
Thraksie może nie podobać się brak taktu Collowaya, ale zgadza się z nim.
-?Darrow, całe szczęście, jakie mieliśmy, zużyliśmy na Merkurym.
Ponieważ Orion nie żyje, ty musisz pokierować flotą. Naszym priorytetem
jest powrót do domu.
Tylko Brzydal się nie odezwał. Urazę do Sevro zastąpił skrajny smutek.
Może mieć mu różne rzeczy za złe, ale kocha swojego przyjaciela. Mimo to
kręci głową, błagając, żebym nawet o tym nie myślał.
Patrzę na pozostałych. Widziałem dość strajków głodowych w kopalniach,
by wiedzieć, jak bardzo są złamani. Zarządca Podginus udałby, że zgadza
się na ich warunki. Przyszedłby z jedzeniem. Pieczone kurczaki, świeży
chleb, kawały steków błyszczące od tłuszczu. A potem znalazłby jakiś
szczegół formalny. Wzdychałby. Pomrukiwał. Pochrząkiwał. I wycofałby się
z umowy. Wystarczyłby tylko dzień albo dwa, zanim pierwszy strajkujący
przekroczyliby granicę. Ludzie mogą znieść wszystko z wyjątkiem takich
przedwczesnych triumfów. Przedwczesne triumfy łamią człowieka. Moi
przyjaciele złamali się, kiedy tylko Cassius zjawił się z helem.
Moje serce często jest z żelaza, ale topi się dla złamanych.
Będą próbowali pokojowego buntu. Czuję to w powietrzu. Kochają mnie, ale
mnie powstrzymają. Nie mogę pozwolić, żeby potoczyło się to tak samo jak
z Wulfgarem. Dlatego udaję, że się poddaję.
-?Jestem zmęczony. Dajcie mi noc na zastanowienie się. W porządku?
-?Oczywiście -?mówi Harnassus z ulgą. -?Wiesz, ile Sevro znaczy dla nas
wszystkich.
Brzydal kiwa głową i ociera oczy. Thraxa ściska mi ramię metalową ręką.
Znowu wpatruję się w Sevro, kiedy moi przyjaciele wychodzą. Jego twarz
zamarła w chwili, w której zdaje sobie sprawę, że jest licytowany na
aukcji. Dokładnie w tym momencie, gdy dociera do niego, że jest
kawałkiem mięsa.
Rozmasowuję obolałą lewą rękę, nienawidząc swojej słabości.
-?Wszystko pierwszorzędnie? -?pyta Cassius.
Odwracam się. W swoim skupieniu nie zdałem sobie sprawy, że on i Aurae
zostali. Opiera się o ścianę obok drzwi i obserwuje mnie z cienia. Aurae
nadal ma zamknięte oczy, jej twarz wyraża zadumę, myślami jest gdzieś
daleko. Nie odpowiadam i odwracam się z powrotem do Sevro. Zastanawiam
się.
-?Jest na to lekarstwo -?mówi Cassius i wyjmuje butelkę z plecaka.
Nalewa sobie solidną porcję, wypija i nalewa następną. -?Dlaczego nie
powiedziałeś mi o Alexandarze i Rhonnie?
-?Nie uznałem tego za istotne. Potrzebujesz czegoś?
Po chwili odchrząkuje.
-?Zanim to wszystko się wydarzyło, kiedy Olimpia była światłem
przewodnim, a gwiazda mojego ojca wschodziła, miał dla mnie czas.
Dlatego postanowił zabrać mnie na moje pierwsze polowanie...
-?Cassiusie, cieszę się, że tu jesteś, naprawdę, ale nie jestem w tej
chwili zainteresowany twoimi naukami.
-?Wciąż pamiętam, jak udzieliłem ci pierwszej lekcji.
Odwracam się.
-?Słucham?!
-?Zostawiłem cię w błocie z dziurą w brzuchu... -?Nalewa alkohol do
drugiego kubka i podsuwa mi go po stole. Wypijam. -?Bo ja byłem
pojedynkowiczem, a ty nie. Nie tak naprawdę.
-?Jak tam twoja ręka? Wiesz, ta, którą ci odciąłem na gali?
Uśmiecha się.
-?Widzisz, bardzo wiele się spodziewałem po swoim pierwszym polowaniu.
Alabastrowy jeleń, trzydziestoszóstak, zawędrował na nasze ziemie.
Wzdycham, ale daję mu mówić.
-?Podczas tropienia wyobrażałem sobie, jak padnie z mojej ręki. Ja
spojrzę na jelenia, on spojrzy na mnie i poczuję coś transcendentalnego,
wzajemną zgodę na wielką pogoń. Jeleń ucieknie, szybki i przebiegły. Ja
ruszę za nim. W biegu strzelę z łuku. Trafię go w pół susa, idealnie w serce. I przepełni mnie radość, bo zetrę się z jeleniem na równych
zasadach i dam mu wspaniałą, szlachetną śmierć, na którą zasługuje. On
ze swojej strony poczuje przynajmniej pewną satysfakcję, bo padnie z ręki drapieżnika dorównującego jego majestatowi. Zamiast tego dopadłem
go przy wodopoju. Źle oceniłem wiatr i strzał był fatalny. Mój jeleń
czmychnął w las, okaleczony, ale wciąż nie umierający. Wytropiliśmy go i znaleźliśmy osiem godzin później, kiedy wlekł się po wulkanicznych
skałach. Przeszedł po nich trzy kilometry. Widać było odsłonięte żebra w miejscu, gdzie skóra została zdarta. Nigdy nie zapomnę miny mojego ojca.
Aurae otworzyła oczy; nie podobała jej się ta opowieść. Cassius tego nie
zauważył. Popatrzyła na mnie i przeszyła mnie badawczym wzrokiem.
-?Widzisz, ty myślisz, że Minotaur cię szanuje. Wierzysz, że ten
szacunek daje ci prawo do pewnych przywilejów. Ten jeleń miał mój
szacunek. Mimo to poderżnąłem mu gardło i zawiesiłem jego głowę na
ścianie. Apollonius może marzyć o wielkim pojedynku, ale twoja głowa to
jego bilet, żeby wkraść się z powrotem w łaski Złotych. Odbierze ci ją
każdym możliwym sposobem.
-?Sześć lat w Grobowcu w Otchłani zmienia człowieka -?odpowiadam. -
Celem Apolloniusa jest doświadczenie, nie skutek ostateczny. Jestem jego
ukochanym pupilkiem. Ten jeleń nie był tobie równy. W każdym razie to
nie ma znaczenia. Lecę na Marsa.
Cassius protekcjonalnie kiwa głową.
-?Lecę na Marsa, Cassiusie.
-?Powinieneś to zrobić, ale wcale nie zamierzasz -?odpowiada.
-?Nie było cię dziesięć lat. Nie znasz mnie tak dobrze, jak sobie
wyobrażasz.
Patrzy na Sevro.
-?Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają. Spróbujesz się wykraść, kiedy
wszyscy będą spali. Po Merkurym nie chcesz zmarnować ani jednego życia
więcej. Darrow, znam poczucie winy jak mało kto. Wiem, że boisz się
wrócić do domu. Ale nie pozwolę ci dać się zabić, nawet dla Sevro.
-?Nie pozwolisz?
Uśmiecha się. W pokoju robi się zimno.
-?Kavax kazał mi cię sprowadzić do domu. Virginia czeka na swojego
imperatora... i męża.
Najeżam się na te słowa.
-?Powiedziałeś, że wróciłeś, żeby...
-?Walczyć w twojej wojnie. Tak. Ale nie żeby zginąć w misji samobójczej.
-?A kto mówi, że to misja samobójcza? -?odzywa się Aurae. Jej głos
brzmi, jakby dobiegał z jaskini wyroczni. Nie oderwała ode mnie wzroku,
odkąd otworzyła oczy. -?Przedstaw mu swoje powody, Darrow. Jeśli masz
więcej niż jeden.
Dociera do mnie, że mam. O wiele więcej niż jeden. Tworzą nurt, który
ciągnie mnie w tym kierunku. Część mnie chce z nim walczyć, walczyć z przebiegłym wyrazem twarzy Aurae i słowami Ścieżki do Doliny. Trudno
jednak dąsać się, kiedy marniejesz w oczach.
-?Mam pięć. Po pierwsze: to jest Sevro i jestem mu to winien. Po drugie:
te stocznie to serce przemysłu wojennego Złotych i jeśli nie zdołam
ocalić Sevro, to przynajmniej zniszczę je i zdobędę trochę czasu dla
Marsa. Po trzecie: kiedy się tam pojawię, ściągnę wszystkie spojrzenia
na Wenus. Oczyszczę wam drogę do domu. Po czwarte: Minotaur szanuje mnie
bardziej niż swoich Złotych towarzyszy. Chociaż to brzmi dziwnie, może
zdołam przeciągnąć go na naszą stronę. Po piąte: Republika potrzebuje
iskry. Wołałbym wrócić do domu, Cassiusie, zaufaj mi, ale...
-?...ścieżka wiedzie na Wenus -?mruczy Aurae. Zerkam na nią. -?"Wiatr nie
zważa na przeszkody, chociaż bez nich jego ścieżka byłaby całkiem inna".
-?Uśmiecha się. -?Czyli moja książka jednak przetrwała w jednym kawałku?
Waham się znowu, nie mając ochoty wyrażać uznania dla książki, którą
napisali nieznani mi ludzie i którą dała mi kobieta trzymająca moje
życie w swoich rękach, a mimo to niewzbudzająca we mnie do końca
zaufania.
-?Tak, na razie nie przerobiłem jej na papier toaletowy -?mruczę.
Cassius nie ma pojęcia, o czym mówimy.
-?Byliście ze sobą w kontakcie w ciągu ostatnich tygodni? Zachowujecie
się, jakby nagle połączył was wspólny tajny język.
-?A nie jest tak zawsze w przypadku ludzi, którzy czytają te same
książki? -?pyta z szelmowskim uśmieszkiem Aurae. -?Moi ludzie wierzą, że
tylko pył zna lepiej ciężar Złotych butów niż Czerwoni i Różowi. Wiesz,
że Ares był dla moich ludzi bohaterem, Cassiusie. Tak samo jego syn.
Dlatego polecę z tobą, Darrow.
Cassius wygląda, jakby właśnie dostał rachunek z baru, w którym Wyjce
bawiły się po udanym Deszczu.
-?Za żadne skarby, psiakrew.
Aurae marszczy brwi.
-?Czyżbym wymieniła jednego pana na drugiego?
Cassius blednie.
-?Oczywiście, że nie. Po prostu... nie sądzę, żebyś naprawdę rozumiała,
dokąd Darrow się wybiera, jak tam dotrze i co tam potem zrobi. Bywałem
już po drugiej stronie tego równania... Jak by to ująć...? Totalna jatka.
-?Bez urazy, Aurae, ale on ma rację -?odzywam się. -?Nie zgadzam się.
Apollonius nie ma zbyt wielu ludzi, to prawda, ale ci nieliczni zjadają
skorpiony na lunch i uważają, że whisky i walka na noże to dziecinada.
Jeśli zrobi się z tego rzeź, wolę nie przynosić ze sobą cielęciny. Bez
urazy.
Aurae wstaje z podłogi. Kiedy już stoi, przypomina mi sarnę marsjańską -
wysoka, niebezpiecznie smukła jak większość Różowych z Obrzeża. Mógłbym
zmiażdżyć jej żebra i przebić płuca, wpadając na nią pechowo w korytarzu.
-?Możesz wyłgać się moją kruchością, pewnie, albo możemy przejść do
rzeczy. Nie ufasz mi.
-?Nie znam cię...
-?Darrow. Jestem heterą Raa. Niewolnicą rodu, który żyje na stopionej
skale pełnej wulkanów, hoduje smoki i założył Krypteję. Krypteję, nie
jakąś agencję wywiadowczą, tylko kult, który gotowy jest zamordować
każdego, kto zagrozi bezcennej hierarchii. Uwierz mi, kiedy ci mówię, że
Raa nie hodują stworzeń, które nie mają kłów. Gdybym chciała waszej
śmierci, już byście wszyscy nie żyli. Na przykład dzięki płatkom
pomornicy, które przywiozłam ze sobą z Obrzeża i zmielone dorzuciłabym
wam do owsianki, którą wam podawałam, gdy gnieździliście się na
korytarzach Archimedesa. Albo moglibyście spać tutaj i oddychać
powietrzem z centrum filtracji antyradiacyjnej na poziomie 7B.
Zerkamy po sobie z Cassiusem zaniepokojeni.
Aurae patrzy na nas współczująco.
-?Przeczytałeś książkę, ale wciąż walczysz ze ścieżką. To pewnie leży w twojej naturze. -?Wzdycha. -?Ale nie jestem cielęciną. Mięso nie potrafi
latać. Dzięki Cassiusowi bardzo dobrze orientuję się teraz w kierowaniu
Archimedesem. Będziecie potrzebowali pilota, który umożliwi wam
ucieczkę. I który będzie czekał, kiedy ty i Cassius wysiądziecie w stoczni.
Cassius kręci głową.
-?Aurae...
Ona unosi wyzywająco brwi.
-?Pamiętasz, co mi powiedziałeś, zanim pomogłam ci uciec z Europy?
Pamiętasz?
Cassius zaciska zęby. Nie przywykł, by Różowa stawiała go pod ścianą,
zwłaszcza Różowa, w której tak ewidentnie się kocha -?i ewidentnie bez
wzajemności. Poddaje się bardzo teatralnie.
-?Zatem raz jeszcze skoczmy w wyłom, przyjaciele.
Aurae ściska jego ramię.
-?To także twoja ścieżka, Cassiusie. Ta, którą chcesz kroczyć.
Pamiętasz?
Cassius kiwa głową.
-?Mam zapasy, które chcę zabrać, zanim ruszymy -?dodaje Aurae. -
Niedługo spotkam się tu z wami.
Wychodzi. Cassius przeczesuje dłonią włosy.
-?Co za kobieta.
-?Ty nawet nie lubisz Sevro -?zauważam.
-?Nie, i podejrzewam, że zestarzał się równie dobrze jak merkuriańskie
mleko latem.
-?Co powiedziałeś wtedy Aurae? Zanim ci pomogła na Europie?
Pada na krzesło i bierze do ręki drinka.
-?Wiesz, że zawsze byłem słabszym człowiekiem, niż chciałbym przyznać.
Na tym polega mój czar. -?Kręci alkoholem w kubku. -?Prawda jest taka,
że ciążą mi potworne wyrzuty sumienia z powodu człowieka, jakim byłem
wcześniej. Przed tym wszystkim. Nie śmiej się -?dodaje, kiedy prycham. -
Ja też potrafię odgrodzić się murem.
Daję mu mówić.
-?Zawsze chciałem być przyzwoitym człowiekiem. Ale... cóż, brakowało mi
siły woli, żeby ponieść konieczne ofiary. Byłem tchórzem. Brutalna
prawda jest taka, że lubiłem swoje bogactwo. Lubiłem... swoje Różowe.
Lubiłem być na szczycie. Bellona. Czułem, że to złe, ale znajdowałem
wymówki. Mówiłem, że tak to już jest na świecie. Udawałem, że nie jestem
butem na gardle Czerwonych albo Różowych. Wmawiałem sobie, że honor
czyni mnie wyjątkowym; że jestem jednym z tych "dobrych" tyranów. Myślę,
że honor stworzono po to, żeby się za nim chować. Jak koronę albo
olimpijską pelerynę. -?Krzywi się. -?Wiem teraz, że byłem... jedynie
znośnym źródłem cierpienia. Jeśli mam być szczery, to właśnie dlatego
przez dziesięć lat włóczyłem się po asteroidach z Lysandrem, spełniając
różne drobne dobre uczynki przy każdej nadarzającej się okazji. Chciałem
wrócić dawno temu. Ale bałem się, Darrow. Bałem się tego, jak ludzie
będą na mnie patrzeć. Obawiałem się nienawiści, którą zobaczę w ich
oczach, a widuję ją, bo wiem, że mają prawo mnie nienawidzić. Nosząc
olimpijską pelerynę, zabiłem Aresa. Fitchnera. Człowieka wartego
dziesięciu takich jak ja. Uciekłem przed tą winą, przed tą nienawiścią.
I nie przestałem uciekać. Nigdy wcześniej nie przebywałem równie daleko
od domu. I wiesz, co znalazłem? Tę właśnie nienawiść. Nienawiść, przed
którą uciekałem dziesięć lat, czekała na mnie w oczach pierwszej
kobiety, o której myślę, że kiedykolwiek naprawdę kochałem. Ona mnie nie
kocha. Nie szkodzi. Myślę, że jest lustrem. Pomaga mi nie zejść z drogi.
Aurae toleruje mnie, bo złożyłem jej przysięgę.
-?Jaką przysięgę?
-?Że spłacę dług, jaki zaciągnąłem, zabijając ich zbawcę, Aresa. Mówiłem
ci. To sympatyczka. Dlatego mi pomogła. Bo pomogłem ci zabić Octavię.
Nie mogę przywrócić życia Aresowi, ale mogę walczyć za jego sprawę, za
Republikę i pomogę ci uratować jego syna. -?Zerka na mnie. -?Powiedz mi
więc, że nie planujesz pojedynku z Apolloniusem.
-?Znasz mnie. Nigdy nie walczę uczciwie, jeśli mogę tego uniknąć.
-?Zatem prosta misja ratunkowa. Tak?
-?Tak.
-?Minimum ofiar. Przysięgnij.
-?Minimum ofiar -?mówię.
Mruży oczy.
-?I będziemy mieli plan ucieczki?
-?Tak. Dominus Grzybek.
-?Co?
-?Brzydal tak go nazwał, po tym jak znalazł go w zbrojowni, gdzie rósł w ciemności.
Idę otworzyć szafkę kuchenną i wracam z ciężkim ładunkiem zawiniętym w ręcznik. Rzucam go Cassiusowi. On odwija ręcznik i widzi czarną kulę
wielkości strusiego jaja z narysowaną na powierzchni twarzą z kłami.
Wzdycha.
-?Darrow, to trzydziestomegatonowa głowica atomowa.
Uśmiecham się.
-?To wielka osobowość.
-?W takim razie spodoba się Apolloniusowi.
***
Z przewieszonymi przez ramiona plecakami ze sprzętem maszerujemy z Cassiusem do hangaru. Aurae idzie za nami. Korytarze są podejrzanie
puste, nawet jak na tak późną porę nocną w cyklu dobowym bazy. Kiedy
wchodzimy do hangaru, odkrywamy powody tego stanu rzeczy. Drogę do promu
zagradzają nam wszyscy ludzie, jacy zostali w bazie. Thraxa, Harnassus i Brzydal stoją na ich czele: komendanci tego najnowszego powstania.
-?Najwyraźniej oni też cię znają -?mruczy Cassius.
-?A cóż to?! -?woła Thraxa. -?Wymykasz się w środku nocy?
-?Mam drobną sprawę do załatwienia -?odpowiadam. -?Nie chciałem,
żebyście się martwili.
-?Sprawa jest odwołana -?odpowiada.
Harnassus wygląda na zmęczonego. Thraxa na rozgniewaną. Brzydal wbija
wzrok w buty.
Nie śpieszę się, patrząc w oczy ludziom, którzy stoją za nimi. Jest tam
moja ekipa spawalnicza, podobnie jak piechota, lotnicy i inżynierowie.
Słońce na Merkurym zamieniło im skórę w rzemień, a potem nędza w bazie
pozbawiła ich ciała wszelkiego tłuszczu, więc teraz skóra zwisa im z kości jak o dwa rozmiary za duża. Są tu, bo mnie kochają, ale widzę
gniew w ich oczach. Gniew, jaki zawsze był zarezerwowany dla wroga.
Kiedy zwracam się do nich, czuję, że już oddaliłem się od nich na milion
kilometrów.
-?Bracia, siostry. Pokładaliście wiarę we mnie zbyt wiele razy, żeby
dało się to zliczyć. Zawiodłem was. Nie przetrwałem jednak Merkurego po
to, żeby wrócić chyłkiem do domu. Przetrwałem, żeby dalej walczyć. Nawet
jeśli tego nie dostrzegacie, pojawiła się okazja, żeby zranić Złotych i pomóc Marsowi. Nie proszę, żebyście na mnie czekali. Proszę tylko,
żebyście spotkali się ze mną na Lwich Schodach z kubkiem gorzały pod
ręką. Bogowie jedni wiedzą, że będę tego potrzebował.
Thraxa nie rozumie.
-?Darrow, Straż Ekliptyczna już się zebrała. Skrzyknięto Czerwone
legiony. Nie chcesz poprowadzić obrony Marsa?
-?Niczego nie pragnę bardziej, ale wierzę w tę ścieżkę. Mam właściwy
statek, mam właściwy plan. Polecę do stoczni i znajdę sposób.
-?A jeśli nie?
-?To znajdę inny. Przepuśćcie mnie, proszę.
-?Jesteś głupcem. -?Thraxa wyciąga brzytwę i zaskakuje mnie, wciskając
mi ją w ręce. -?Weź Zołzę. Jeśli masz umrzeć, umrzyj z ostrzem w rękach.
-?Była w twojej rodzinie od wieków -?mruczę.
Srebrne ostrze jest ozdobione lisami i drzewami. Kavax, ojciec Thraxy,
dał jej tę brzytwę, kiedy skończyła Instytut. Należała do jego matki.
-?Dlatego jeśli wyląduje na ścianie z trofeami Minotaura, znajdę cię w Dolinie i spuszczę ci łomot. -?Porywa mnie w brutalne objęcia. -?Więc
lepiej nie zgiń.
Dziękuję jej i odwracam się do Harnassusa.
-?Co mam powiedzieć Virginii? -?pyta.
Znałem odpowiedź, zanim padło pytanie.
-?Powiedz, że posłuchałem. Powiedz, że wytrwałem. Kiedy dam wam sygnał
ze stoczni, pędźcie na Marsa. Powiesz Collowayowi?
Kiwa głową.
Brzydal wyciąga pistolet. Broń drży w jego dłoni. Podchodzę i obejmuję
go za szyję.
-?Polecę -?mówi. -?Potrzebujesz kogoś, komu możesz ufać.
-?Mars też cię potrzebuje -?odpowiadam. -?Za długo nie było cię w domu.
Twoja Suwerenka wie, jak wiele poświęciłeś. Kiedy spojrzysz jej w oczy,
zrozumiesz, że byłeś dostrzegany przez cały ten czas. Służ Virginii, jak
służyłeś mnie. Chroń ją. Chroń Marsa. Wrócę.
Całuję go w czoło i odsuwam się.
Nabieram impetu, podchodząc do żołnierzy. Nie wyglądają, jakby chcieli
się ruszyć. Wiem, że to wygląda, jakbym złamał się i stracił rozum. Nie
potrafię wyjaśnić, co czuję. Mogę tylko iść naprzód. Wreszcie dziesięć
lat szacunku, na jaki zapracowałem, sprawia, że się rozstępują. Idę
między nimi, aż dochodzę do pieszej pępowiny łączącej bazę z Archimedesem. Na mojej drodze stoi samotny Czerwony o smagłej skórze i wąskich oczach. Gniewnie zaciska wydatną szczękę. Znam aż za dobrze te
wielkie jak szynki dłonie zaciśnięte przy bokach w pięści. Piorunuje
mnie wzrokiem z furią trzy razy na niego za wielką.
Obchodzę go bokiem.
Stanąwszy w pępowinie, odwracam się do moich ludzi; Cassius i Aurae
znikają w środku. Oglądam się na przyjaciół, na żołnierzy, z którymi
tyle wycierpiałem i unoszę pięść.
-?Ave Libertas!
Tylko echo mi odpowiada.
Rozdział 5. Lysander. Igrzyska
5
Lysander
Igrzyska
Przenikliwy gwizd niesie się z migoczącego mirażu, kiedy dzikie
słonecznokrwiste wypadają galopem z pustyni. Ocalała młodzież elity
Merkurego ściga białe konie, zgodnie z tradycją zagania pędzący tabun ku
bramie burzowej Heliopolis. Konie wpadają przez łuk triumfalny
wzniesiony na cześć mojego zwycięstwa nad Powstaniem i wybiegają na
ulice miasta.
Potworna blizna od oparzenia, którą zostawił but Darrowa na mojej
twarzy, piecze jak diabli. Prawdę mówiąc, łatwiej byłoby pozbyć się jej,
ale blizna zadana przez Darrowa to zaszczyt. Poza tym przypomina mi o tym, co zrobił naszej Wspólnocie, za każdym razem, gdy patrzę w lustro i widzę pomarszczoną, błyszczącą makabrę, przez którą jedna powieka mi
opada. Opieram się pokusie podrapania się po niej. Wszyscy na mnie
patrzą. Ze swojego miejsca na szczycie łuku triumfalnego, z Glirastesem
i Rhone'em stojącymi po obu moich stronach, kiwam głową do Niebieskiego.
Przy wtórze świergotu silników grawitacyjnych łuk unosi się. Lecimy za
końmi, które pędzą w głąb miasta, łomocząc kopytami o nawierzchnię Via
Triumphia.
Za barykadami poranny tłum już jest pijany korzennym winem z Keryksa i kaktusową brandy z Polibosa. Mimo herkulesowych wysiłków naszych
oddziałów sanitarnych promieniowanie z bomb zrzuconych podczas bitwy o Ladona nadal panoszy się na całym kontynencie. Z jego powodu wielu
obywateli wyłysiało. Na przekór tej epidemii łysienia pysznią się
perukami o ekscentrycznej długości i kolorach. I dobrze pamiętają, że to
promieniowanie to robota Atalantii, a nie Darrowa.
W oczach Merkurego Darrow i Atalantia są równie znienawidzeni, ale ja
jestem kochany. Tak działa wyrzucanie masy pieniędzy na planetę.
Skandują moje imię. Za mną moi pretorianie patrzą na nich z góry jak
rząd uzbrojonych sokołów. Mój Szept, Kyber, kuca po lewej. Moja ostatnia
linia osobistej obrony, dyskretna Szara z Luny, nie odstępuje mnie na
krok. Dzisiaj udaje Miedzianą. Jej bystre, zmodyfikowane oczy jaguara
obserwują dachy zza chromowanych gogli.
-?Kochają cię jak dzieci ojca -?mówi Glirastes.
Moja peleryna łopocze na wietrze, podobnie jak jego jasnopomarańczowa
szata.
Rhone się krzywi.
-?Gdyby tylko ta miłość nie była taka... droga. Gdyby tylko te wszystkie
głosy należały do żołnierzy.
-?Ci ludzie to serce Wspólnoty -?woła Glirastes, przekrzykując wiatr i wrzawę. Osłania oczy przed słońcem i patrzy na południe miasta, w stronę
kosmoportu, gdzie Światłodawca, osaczony mrowiem skifów budowlanych,
wznosi się jak góra. -?To tupot żołnierskich butów i skwierczenie
spawarek składają się na muzykę niewypłacalności!
-?Lepiej być ubogim i silnym niż ubogim i popularnym -?odpowiada Rhone.
Chociaż wygląda wspaniale w fioletowo srebrnym mundurze galowym, nie
jest to żołnierz kochający parady. To weteran wśród weteranów, walczył
na trzynastu światach i nosi dowody tego w postaci falery na piersi i blizn na twarzy. To nie jest tępe narzędzie. To brutalny intelekt,
ulubiony Szary Ai, który teraz stał się przemyślnym silnikiem mojej
rosnącej machiny wojennej.
-?Tłum może sprawiać wrażenie potężnego jak morze, ale daj mi
astroPancerz, a stanę się Mojżeszem -?dodaje.
Glirastes szykuje się do riposty.
-?Jeśli nie możecie się dogadać, to wolę ciszę -?warczę, poirytowany ich
narastającą wzajemną wrogością. -?Obaj jesteście bohaterami dla tych
ludzi, więc machajcie, psiakrew, rękami; później będziecie lobbować.
Macham do ludzi w dole. Z każdą przecznicą tłum jest coraz gęstszy i coraz bardziej pijany. Spalone słońcem kobiety w perukach krzyczą z dachów. Dzieci wspinają się na ramiona ojców, żeby wymachiwać
chorągiewkami swoich ulubionych drużyn rydwanowych. Na głównych
bulwarach dominuje biel i złoto Drużyny Hermes.
Słonecznokrwiste mkną na południe, mijają bazar i pokonują częściowo
odbudowane Wodne Ogrody. Tam tabun zatacza koło i stopniowo skręca w stronę Hipodromu, naszego celu.
Przy ogromnej budowli mój łuk opada nad wejściem na reprezentacyjny plac
recepcyjny. Schodzimy między szpaler pretorianów. Przy windzie na poziom
reprezentacyjny Glirastes dosłownie odpycha Rhone'a, żeby zająć jego
miejsce obok mnie. Rhone jest tak tym zaskoczony, że zanim odzyska
równowagę, drzwi do windy już się zamykają. Uniesieniem ręki daję mu
znać, żeby spotkał się z nami na górze.
GraWinda rusza w górę.
-?Nie wiem, czy stosowanie siły to dobry pomysł w kontaktach z Rhone'em
-?mówię.
-?Jak inaczej mam przeniknąć fioletowo czarny mur, który wszędzie za
tobą łazi, jeśli nie biodrem i sprytem? -?Glirastes piorunuje wzrokiem
Kyber, która stoi w kącie. Jakimś cudem już czekała na nas w windzie. -
Chociaż jest taka, która zawsze się za tobą wślizgnie.
-?Masz coś do powiedzenia. Wobec tego mów.
Glirastes, największy architekt swojego pokolenia, jest łysy, podobny do
jastrzębia, ma krzaczaste brwi, błyszczące, pomarańczowe oczy i zgarbioną sylwetkę drapieżnika, która kiedyś sprawiała, że wydawał się
zachłanny i nadskakujący, ale też odporny na wszelkie narkotyki i katastrofy budowlane znane człowiekowi. Jednakże ta postawa coraz
bardziej zdradza też jego kruchość. Wygląda jak człowiek chwiejący się
na krawędzi urwiska. Ostatnie miesiące były dla niego ciężkie. W sumie
artyści to wrażliwy gatunek.
-?Krążą plotki, że Saudowie odmówili ci pożyczki. To prawda?
Wzdycham.
-?Wiesz, czego mi najbardziej brakuje z czasów, kiedy uważano mnie za
zmarłego? Nikt nie plotkował.
-?Rhone cię zrujnuje -?wypala.
-?Glirastesie, stary przyjacielu, te igrzyska to był twój pomysł -
przypominam. -?Powiedziałeś, że ludzie potrzebują nadziei.
-?Igrzyska to psie pieniądze w porównaniu z tym, co wydajesz na okręty i legiony. I nie tyle igrzyska mnie martwią, co goście. Brudzisz ręce,
zadając się z takimi jak Rath albo Carthii.
Stara śpiewka.
-?Ale mogę tarzać się w orlim gównie?
-?To niesprawiedliwe porównanie. Wyrzucasz pieniądze w błoto. Lady
Bellona jest... dystyngowana. To ktoś więcej niż bankier albo prymitywny
drab. Ona pośredniczy w obrocie... władzą. Może i nie kontroluje Dwustu,
ale ma wpływ na znaczący blok senatorów. Z których większość nie kocha
Atalantii.
-?Tak, i może gdybyś wyśpiewywał pochwały pod moim adresem do jej ucha,
to raczyłaby zjawić się na moich igrzyskach. A tak nie przysłała mi ani
listu, ani emisariusza, tylko swoją drużynę. Odkąd wysłała Rhone'a, żeby
pomógł mi na pustyni, na każdym kroku mnie znieważa.
-?Może nie po to cię zasponsorowała, żebyś stał się zabawką Atalantii.
-?Czy zabawka przeszmuglowałaby legiony do Minotaura? Teraz zaczniesz
jęczeć, że jestem lekkomyślny.
-?Żonglujesz żmijami, chłopcze. Zapomnij o pieniądzach Bellony. Jeśli
Atalantia... Do diabła, jeśli Carthii odkryją, że zawarłeś z Minotaurem
tajny pakt... -?Zerka na Kyber. -?Nie rozumiem. Dlaczego on? Minotaur to
szaleniec. Pragnie rzeczy ulotnych. Doświadczeń! Zaspokojenia żądz!
Żaden człowiek nie jest większym przeciwieństwem ciebie, a jednak
marnujesz bogactwo, za które mógłbyś odbudować Merkurego, żeby posłać
wojsko właśnie jemu. Boję się, Lysandrze. O ciebie. O siebie. Boję się
każdego cienia i każdego kieliszka wina.
-?Może powinieneś wobec tego przestać pić. -?Przepraszam natychmiast,
gdy widzę ból na jego twarzy. -?Glirastesie, nie masz powodu się bać.
Ochronię cię. Ale tak szczerze mówiąc: czego ode mnie oczekujesz?
-?Chciałbym, żebyś posłuchał ludzi. Kochają cię, bardzo cię kochają. Nie
graj w gierki Atalantii. Prowadź własną grę. Przestań budować wojsko i flotę. Poświęć czas i pieniądze tutaj. Niech dobrobyt na Merkurym będzie
twoją kampanią o Tron Poranka. -?Łapie mnie za prawą rękę. -?Serce
pękłoby mi, gdybym zobaczył, że dałeś się wciągnąć w tę walkę na noże
Złotych. Stać cię na więcej. Musi cię być stać na więcej.
-?Może i tak, ale bez siły wszystko inne to tylko dobre chęci. No
dobrze, goście czekają.
Glirastes dąsa się, ale nie protestuje, kiedy uruchamiam ponownie windę.
Pytha już czeka na poziomie reprezentacyjnym. Jest z nią Rhone. Jego
grawiButy jarzą się od żaru po tym, jak wylądował.
-?Wybacz, musiałem się potknąć -?mówi do mnie, zerkając na Glirastesa,
który nie wychodzi za mną z windy.
-?Idź -?ponagla mnie Glirastes. -?Nie mam dzisiaj zdrowia ani do twoich
gości, ani do strażników.
Poirytowany zostawiam go w windzie. Pytha, Niebieska pilotka, która
czuwała nade mną na Archimedesie przez wiele lat kluczowych dla mojego
dorastania, unosi brew.
-?Mam go zabrać do domu?
-?Przegapisz wyścigi -?odpowiadam.
-?Daj spokój: rydwany? Nawet nie mają silników.
Zdecydowała się zostać ze mną, a nie z Cassiusem. Ta wierność i jej
wiara w moją wizję Wspólnoty z naddatkiem wystarczyły, by zapewnić jej
obecną pozycję, jakiej pozazdrościłby jej każdy Niebieski ze Wspólnoty:
fotel kapitana Światłodawcy. O ile ten statek rzeczywiście kiedyś
poleci. Bo jeśli nie, to Pytha stanie się pośmiewiskiem, a ja wraz z nią. Nasze losy są ze sobą splecione. Dziękuję jej i idę z Rhone'em do
loży.
-?Oddech mu śmierdzi wódką, a nie ma jeszcze południa -?zauważa Rhone. -
Myślałem, że Merkurianie mają być pracowici.
-?Uważaj, Flaviniusie. Nie pozwolę, żebyście sobie dogryzali. A teraz
uśmiechnij się dla moich gości -?warczę i wchodzę do loży honorowej.
Pijący tam Złoci unoszą brwi na widok Pythy i Rhone'a. Odsuwają się od
Kyber, biorąc ją za Miedzianą z racji jej przebrania. Jednakże Rhone
jest popularny. Przebieg jego służby, jeśli nie miriady łezek na twarzy,
domagałby się szacunku nawet u Atalantii. Witam moich gości skwapliwie,
zgodnie z dobrym wychowaniem, dopóki kilka minut później ryk publiki nie
wyciąga mnie spod osłony jedwabnej markizy na słońce.
W dole podKolory śpieszą tunelami na swoje miejsca, idą od straganów
obładowane kiełbaskami doprawionymi fenkułem, orzechami pekan w cukrze,
ostrygami i tykwami pełnymi wina. Dla dwustu pięćdziesięciu tysięcy
ludzi, którzy tłoczą się na kolejnych poziomach marmurowych trybun,
dźwięk kopyt na ulicach miasta musi być wciąż odległy, ale tłum już wyje
niecierpliwie. Cały Hipodrom gaworzy jak grom niemowlę. Dopiero kiedy
pierwsze słonecznokrwiste wpadają na stadion, nieharmonijny zgiełk
przetapia się w jeden głos:
-?AD... ASTRA... AD... ASTRA... AD... ASTRA...
Konie wybiegają w pędzie na piaszczysty tor wyścigowy. Za nimi galopują
młodzieńcy, którzy pędzą tabun, aż pokona całe okrążenie. Wokół stadionu
zapalają się potężne znicze, sygnalizując rozpoczęcie igrzysk. Kiedy
oblepieni pyłem młodzieńcy mijają lożę honorową -?moją lożę -?stają w strzemionach i salutują mnie i moim Niezrównanym gościom. Przypominają
zakurzone ptaki drapieżne. Ich twarze i oczy są surowe, kości wciąż
cienkie, a chociaż żaden nie skończył nawet piętnastu lat, nie został w nich żaden ślad młodości. Widywałem już takie twarze. Tak wyglądają ci,
którzy już wybrali swoje przeznaczenie. Martwi mnie ten widok u tak
młodych ludzi.
Zastanawiam się, czy ja też miałem taką minę, kiedy siedziałem przy łożu
śmierci Kalindory, która uległa truciźnie z ostrza Darrowa i wyznała mi
rolę, jaką odegrała w zamordowaniu moich rodziców, w zamachu, który
zaplanowała i przeprowadziła najlepsza przyjaciółka mojej matki i moja
narzeczona: Atalantia. Zważywszy, że Darrow nie słynie z zamiłowania do
trucizn, łatwo zgadnąć, kto naprawdę stał za śmiercią Kalindory.
-?Mniej niż trzystu absolwentów. Nędza w porównaniu z Instytutami
Atalantii -?rzuca przeciągle Rhone, przyglądając się młodym jeźdźcom. O ile większość moich gości wyciąga się w cieniu, w klimatyzowanych
głębinach loży, o tyle Rhone poci się razem ze mną na porannym słońcu. -
Dominus, to, co powiedziałem na temat Glirastesa...
-?To była prawda, ale nie pozwolę go oczerniać. Nigdy. -?Patrzę na
niego, żeby zrozumiał, jak bardzo poważnie to mówię. -?Nie informowałeś
mnie, tylko bawiłeś się w politykę. Zmieńmy temat.
Kiwa głową i wraca do konkretów.
-?Nasi szpiedzy na Wenus donoszą, że Instytuty Carthii opuszcza mrowie
młodych Niezrównanych -?mówi. -?Saudowie nie są za nimi daleko w tyle.
Mimo to nadal uważam, że zainwestowałeś we właściwy Kolor.
Przygląda się grubej wstędze Szarych, którzy zajęli przednie miejsca
wokół piasków areny.
Zgadzam się z nim. Z niesmakiem przyglądam się promenadzie. Mimo że
Atalantia jest zajęta konsolidowaniem wpływów na Ziemi i obleganiem
Luny, niewiele umyka jej spojrzeniu, zwłaszcza gdy w grę wchodzą
podatki. Jej Złoci sojusznicy, a jest ich wielu, zajmują niemal połowę
lóż na poziomie promenady. Miały zostać sprzedane na aukcji, żeby pomóc
sfinansować kosztowne igrzyska. Zamiast tego Atalantia pchnęła mnie ku
bankructwu, uparłszy się, żeby żadne z jej przyjaciół nie musiało
płacić.
-?Wygłodniały tłum, nieprawdaż? -?rozlega się czyjś głos.
Odwracam się do smukłej, mocno opalonej kobiety średniego wzrostu.
Horatia au Votum, młodsza siostra Cicero, nie jest wojowniczką, chociaż
na sercowatej twarzy nosi bliznę Niezrównanej. To doskonała
administratorka i oczy jej błyszczą tylko na widok cyfr. O wiele lepiej
czuje się wśród koterii Miedzianych niż na okręcie wojennym albo polu
bitwy.
-?Nie przyszli tu oglądać igrzysk. Chcą zobaczyć, jak zawiedziemy.
Ma na myśli to, że przybyli, żeby zobaczyć start Światłodawcy, a raczej jego brak. Jako kierownik projektu przebudowy i remontu rozbitego
okrętu Darrowa Horatia traktuje sprawę bardzo osobiście. O wiele
bardziej liberalna i zainteresowana polityką niż jej brat Cicero, zajęła
wysoką pozycję po ich ojcu w bloku Reformatorów wśród Dwustu. Nasza
polityka jest uderzająco zbieżna, ale niezbyt popularna. Zakładamy, że
ten brak popularności wynika z faktu, iż tyrani Atalantii z bloku
Żelaznych zagarnęli lwią część wojennego prestiżu i militarnej potęgi, i modlimy się, aby nasze założenie nie okazało się naiwne.
-?Już za samo wino, które kupisz dla tych Złotych, można by wyposażyć w zbroje połowę legionu. Nie wspomnę o jedzeniu.
-?Albo Różowych -?dodaję.
-?Lub Fioletowych.
-?To chyba nie są nasi najgorsi goście -?odzywa się Rhone.
-?Tak? -?Horatia nie lubi się uśmiechać, ale jednak zaszczyca go
uśmiechem. -?Zatem kto z naszych gości honorowych zasłużył na ten tytuł?
Rath czy Carthii?
-?Wenusjanie. Zawsze.
Ze skwaszoną miną Rhone zerka za nas na potomstwo domu Carthii
wylegujące się w mojej loży i pijane moim winem. Wolałbym gościć
delegację z Obrzeża, zwłaszcza ich wschodzącego bohatera Diomedesa, ale
odpowiedź konsul Dido na moje zaproszenie składała się z jednej linijki:
"Mars musi upaść". Zamiast więc honorowych, godnych Niezrównanych
rycerzy z Obrzeża dręczą mnie filistrowie Carthii, tak wyrobieni, że
całkiem zapomnieli o dobrych manierach.
Horatia pochyla się ku mnie:
-?Przeprowadziłam swego rodzaju... rozpoznanie z moimi przyjaciółmi na
Ziemi. Carthii są... tacy jak mówiłeś, że będą. Nieoficjalnie z nikim
niezwiązani. Są wściekli na Atalantię, że pozwoliła Rath zatrzymać
stocznie.
-?Zatem są do wzięcia.
-?Nie ujęłabym tego w ten sposób.
-?Są do wzięcia -?potwierdzam.
Przez dziesięć lat wojny i podczas trwającej całe życie misji mającej na
celu zajęcie urzędu suwerenki Atalantia opierała się głównie na
stoczniach Carthii. To się zmieniło. Kiedy Apollonius odebrał je
Carthii, Atalantia odsunęła się od dawnych sprzymierzeńców i podpisała
porozumienie z Apolloniusem, żeby w warunkach détente skradzione przez
niego okręty Carthii wciąż napływały do jej armady.
Zrobił się z tego niezły bałagan. Oczywiście to ja z wielką
przyjemnością doprowadziłem do zawarcia tego porozumienia.
Chociaż ród Carthii jest konserwatywny politycznie, przeciwny reformom i zasadniczo zdradliwy, to jest także potężny i bardzo bogaty. Zdobycie
ich poparcia byłoby politycznym i militarnym zamachem stanu, ale
jednocześnie ruchem równie bezpiecznym jak pójście do łóżka ze żmiją.
Uśmiecham się, kiedy zauważam, że najlepszy cel spośród obecnych Carthii
-?to znaczy najbogatsza i najambitniejsza osoba z tej bandy -?mierzy
mnie wzrokiem, siedząc wśród swoich braci.
Valeria au Carthii ma ledwie dwadzieścia siedem lat i podobnie jak wielu
bezwzględnych młodych Złotych w jej pokoleniu przekonała się, że wojna
ma katalizujący wpływ na jej perspektywy. Awansowała w hierarchii,
wyprzedzając wielu swoich sławniejszych braci, i stała się trzecią
zawodniczką w szeroko zakrojonej i często śmiertelnej rywalizacji między
rodzeństwem o tytuł dziedzica ich stareńkiego ojca. Jako że jej ojciec,
Asmodeus, dawno skończył sto lat i nadal zastępuje utracone potomstwo,
jakby to był żart, Valeria będzie potrzebowała nowego, potężnego
przyjaciela.
Kiwam do niej głową. Odpowiada mi skinieniem kieliszka, dnem w moją
stronę. Drobny, ale kokieteryjny gest w wenusjańskim flircie.
-?Gdzie twój brat? -?pytam Horatię.
-?Cicero? -?Marszczy brwi. -?Nawet ja nie jestem w stanie śledzić tej
zmiennej. Zapytam stajennych.
-?Obiecał, że nie będzie się ścigać.
-?Zapytam stajennych.
Valeria au Carthii podchodzi do nas, zanim Horatia zdąży odejść.
-?Lysandrze, oglądałam program i muszę powiedzieć, że to okropnie
aureliańskie z twojej strony, że pominąłeś walki gladiatorów. -?Wciąga
świeżą ostrygę i odrzuca skorupę na podłogę, żeby służący ją sprzątnęli.
-?Czy to raczej twoja wina, Horatio?
-?Obawiam się, że to zbiorowa decyzja -?odpowiada Horatia. -?Proszę o wybaczenie.
-?Reformatorzy. Fuj, są tacy pruderyjni. -?Valeria marszczy nos. -
Wyścigi rydwanów i starcia pegazów są świetne, ale jak można mówić o grze o wysoką stawkę, kiedy nikt nie umiera?
-?Myślę, że mieszkańcy Heliopolis dość już napatrzyli się na śmierć -
odpowiadam.
Na moje skinienie Rhone wraca pod markizę, żeby pilnować mnie z cienia
naprzeciwko Kyber. Valeria spogląda za nim.
-?Nie powinieneś pozwalać psom siadać przy swoim stole. Będą ci jeść z talerza.
-?Pretorianom daleko do psów. Bliżej za to do sokołów.
Śmieje się.
-?Podobno to Horatia odpowiada za ten leżący na południu przejaw manii
wielkości?
-?To prawda. To był jej pomysł, żeby wykorzystać wraki Białej Floty do
naprawy Światłodawcy.
-?Votum buduje statki... Gdybym uwierzyła, że to możliwe, poczułabym się
urażona. Wygląda jak potwór, ma zdecydowanie za ciężki dziób. Nawet nie
jest pomalowany.
-?Horatia mówi, że farba to luksus, na który nas nie stać.
-?Przezabawna kobieta. Taka poważna. Pieprzysz się z nią? Czy wolisz jej
brata? A może oboje?
-?Jak już wspomniałem, dzisiaj nie jesteśmy na Wenus.
-?Hmm. -?Zerka na Rhone'a, a potem na pretorianów na trybunach. -
Słyszałam, że studiujesz dzieła naszych pradawnych przodków. Cnotliwy
pasterz ludu. -?Zajmuje się otwieraniem ostryg i ich siorbaniem. -?Mimo
wszystko. Wszyscy zastanawiamy się, kiedy znużysz się tą orgią
aequitas i dołączysz do prawdziwego cyrku.
-?Niczego tak nie pragnę, jak włączyć się do wojny, ale póki nie
otrzymam wojskowego mianowania od Dyktatorki albo Dwustu, muszę zajmować
się swoimi obowiązkami tu, na Merkurym. Ostatnie, o czym marzę, to
mieszać się do polityki.
-?Jakiż z ciebie praworządny młody obywatel. -?Uśmiecha się. -?Wyobraź
sobie ulgę mojego ojca, kiedy dowie się, że wspieranie Atalantii w wykorzystywaniu naszych skradzionych stoczni nie jest dla ciebie
mieszaniem się do polityki.
-?Bitwa o Merkurego wiele nas kosztowała, a opór stawiany przez Julii i Augustusa jest naprawdę... imponujący. Wojna wymaga okrętów, żebyśmy mogli
zastąpić świeże straty, prawda? To, że twoja rodzina straciła stocznie
na rzecz szaleńca z garstką żołnierzy, to naprawdę nie moja wina. Już
prędzej winien jest twój ojciec i to, jak traktował swoich pracowników i obywateli. Podobno wasi ludzie poparli Apolloniusa i pomogli mu przejąć
stację. Ja tylko pomogłem Atalantii i Apolloniusowi skupić się na tym,
co najważniejsze dla ludzi: wygraniu tej wojny.
Przewraca oczami.
-?Lysander Światłodawca. Lysander Rozjemca. Rozjemca nie zachowałby
blizny. Jest ohydna. Podoba się Atalantii?
-?Nie. Gardzi nią.
-?A mnie szalenie się podoba. Jest taka dzika. Ślad po bucie Darrowa,
prawda? -?Przygląda się oparzeniu na mojej twarzy i wciąga ostrygę. -
Prosta ze mnie kobieta. Lubię statki. Lubię nimi latać, lubię je
budować, odbierać wrogom i malować na nich swojego centaura. Osobiście
maluję mu oczy, a potem wypalam cygaro. A co ty lubisz? Tylko nie mów
mi, że pokój.
-?Potęgę -?odpowiadam.
Podnoszę wzrok, kiedy w górze rozlega się grzmot. Na tle błękitnego
nieba w każdej z czternastu wież hipodromu ogromni Obsydianowi
pomalowani na biało uderzają w bębny. Główna brama otwiera się i jeden
po drugim wyłaniają się z niej czterokonne rydwany pretendujące do grand
prix. Prezenter przedstawia każdego woźnicę i jego drużynę, a ich kibice
dosłownie szaleją.
-?Cóż innego jest w stanie zaprowadzić pokój? -?pytam.
-?To nie jest potęga. To teatr -?odpowiada. -?Kosztowny teatr. Miłość
ludzi nie sprezentuje ci Tronu Poranka, Lune.
-?Ale daje mi okazję, żeby zapytać, co mi go zagwarantuje.
Valeria szczerzy zęby w uśmiechu.
-?Wiesz, czego chcę, Rozjemco. Tego, co ukradł Minotaur. Tego, co
Atalantia aż nazbyt chętnie przehandlowała. Tego, czego mój ojciec
odmawia, a moje rodzeństwo pożąda. Mojego dziedzictwa.
-?Doprawdy. Nie miałem pojęcia.
-?Przestań. Nasze dążenia polityczne są... przeciwne. Reformatorzy...
zaprzeczają faktom: zasadniczej podłości rodzaju ludzkiego. Wiele nas
jednak łączy, ciebie i mnie. Atalantia i jej ojciec pochłonęli wszystkie
statki rodu Lune, twierdze i ludzi, a potem namalowali na nich czaszkę
Grimmusów. Oddała ci to, co należy do ciebie?
Uśmiecham się. Wszyscy wiedzą, że nie oddała, chociaż zgodnie z prawem
powinna.
-?Wygląda na to, że obojgu nam uzurpatorzy skradli dziedzictwo -?ciągnie
Valeria. -?Gdybyśmy tylko mogli sobie nawzajem pomóc...
Kieruje wzrok do loży na prawo od naszej, gdzie bawi się brat
Apolloniusa, Tharsus au Rath, wystrojony z okazji wyścigów, w otoczeniu
drużyny nowych pochlebców: wygnanych z Marsa Złotych, gibkich kurtyzan i pyszniących się poetów. Ród Rath nie istniał w czasach Podboju, więc
niezależnie od ogromu ich bogactwa, głębin niesławy czy jakości wina, ku
ich wiecznemu rozgoryczeniu nigdy nie zostaną uznani za znaczący gens.
-?Obawiam się, że twoje dziedzictwo już zostało zarezerwowane, podobnie
jak moje -?mówię. -?Na razie.
Uśmiecha się.
-?Na razie?
Tharsus wydaje się promienieć, kiedy wyczuwa na sobie nasze spojrzenia.
Kazałem mu przysiąc, że będzie zachowywał dystans publicznie, żeby nikt
nie zaczął podejrzewać, że jestem w zmowie z jego bratem. Muszę zachować
pozór neutralności.
Zbliża się tanecznym krokiem do krawędzi loży. Gdy znajduje się kilka
kroków od niej, krzyczy:
-?Albo chcesz ze mną cudzołożyć, albo mnie zabić. Nie wiem, Valerio.
Pierwsze mi odpowiada, ale drugie jest mało prawdopodobne, o ile nie
wręcz niemożliwe. -?Z roztargnieniem obmacuje mijającą go Różową. -
Jestem odporny na zły wzrok, noże i wszystko pomiędzy nimi, bo mój brat
wycelował ładunki atomowe w twoją spuściznę, a jest w dodatku...
Wskazuje na jednego ze swoich bardziej pijanych lizusów.
-?Szalony jak byk! -?krzyczy jego przyjaciel i przykłada palce do głowy
na kształt rogów.
Reszta ryczy i tańczy w kółko, zanim wybuchają śmiechem i posyłają
całusy Carthii.
Horatia wraca z wieściami od Cicero.
-?Nie -?mówię, czytając z jej twarzy. -?Powiedz, że nie.
-?Tak. Zgadza się -?potakuje.
Krzywię się, kiedy tłum ryczy, a prezenter oznajmia pojawienie się
obecnego czempiona wyścigów indywidualnych. Cicero au Votum, który
zawsze jeździł dla Drużyny Hermes, wyprowadza rydwan na piasek. Czwórce
jego koni przewodzi nieustraszony ogier, Cesarska Krew.
Cicero ma na sobie białą tunikę ciasno owiniętą rzemiennymi pasami, żeby
chronić pierś. Jego potężne ręce i nogi są opalone i natarte olejem. Jak
wszyscy jeźdźcy rydwanów w klasycznej konkurencji, jest przygnębiająco
odsłonięty. Krew gotuje mi się na widok tego, jak jedzie z uśmiechem na
spotkanie śmiertelnemu zagrożeniu.
-?Obiecał, że nie będzie się ścigał -?mruczę.
-?Zatem stawka będzie jednak wysoka. -?Valeria nie posiada się z zachwytu.
Wzdycham.
-?Wybacz. Teatr wzywa.
-?Na razie? -?pyta.
-?Na razie. Ale nie na zawsze.
Kwituje to toastem.
Daję znać Flaviniusowi, zanim wyskoczę z loży i wyląduję poniżej, gdzie
Kyber już na mnie czeka. Naprawdę wygląda jak Miedziana actarius, z tym swoim terminalem i gibkimi kończynami. Jeśli ma przy sobie broń, to
jej nie dostrzegam. Tłum -?zaszokowany faktem, że zeskoczyłem na zwykłe
trybuny -?wiwatuje, a ja idę pomiędzy śródKolorami, nie po to, żeby
usiąść z moimi ludźmi, ale by uczcić legiony Votum. Szarzy od Cicero
podejmują mnie jak bohatera, za co Rhone zapłacił ich centurionom. Kiedy
obstawiam u wędrującego wśród trybun bukmachera, Cicero przejeżdża obok
na rydwanie i podnosi rękę w oficjalnym salucie. Jego głos wzmocniony
przez jakiś niewidoczny mikrofon dudni ponad areną:
-?Dedykuję ten wyścig wybawcy Heliopolis! Zarządcy Merkurego!
Wizerunkowi Sileniusa, ostatniemu z jego rodu, Lysandrowi Światłodawcy!
Posyła mi całusa.
Prowadzi rydwan na start. Tłum ryczy. A potem zapada cisza. Jeźdźcy
rydwanów patrzą przed siebie, a gdy z potężnego białego rogu dobywa się
długa, żałosna nuta, rydwany ruszają gwałtownie do przodu. Piach bucha
spod kół i kopyt.
Rozdział 6. Darrow. Troski śmiertelników
6
Darrow
Troski śmiertelników
Niczym remora w głębokim kosmosie Archimedes wybudza się z leniwego
dryfowania i skrada się w ślad za konwojem kosmoFrachtowców Votum.
Statkom towarzyszą potężne niszczyciele, na których dopiero co
namalowano purpurowy łeb Minotaura.
Gdy przylecieliśmy z Piechura na orbitę Wenus, czekaliśmy wiele dni na
konwój, za którym moglibyśmy zbliżyć się do stoczni. Dzięki temu
mieliśmy czas na przygotowanie planów. Na razie maskowanie statku
pozwoliło nam uniknąć dwóch eskadr Carthii na patrolu, ale stocznie z ich bardziej wyrafinowanymi czujnikami to zupełnie inna bajka.
Pochylam się nad ramieniem Cassiusa, gdy podlatuje Archimedesem do
kadłuba ostatniego kosmoFrachtowca w konwoju.
-?Ostrożnie. Martwy punkt nie jest duży -?mruczę.
-?Potrafię latać -?mówi Cassius. -?Jeśli chcesz się czymś martwić, to
martw się o nasze maskowanie.
-?Zważywszy, że zorientujemy się, że nas zauważyli, dopiero kiedy do nas
strzelą, to może obaj powinniście się skupić -?odzywa się Aurae z fotela
drugiego pilota.
Siadam na rozkładanym siedzeniu za nimi i wstrzymuję oddech, aż
wyrównujemy naszą prędkość z prędkością frachtowca i znajdujemy się
ledwie dziesięć metrów od jego sterburty. Cassius wypuszcza powietrze.
-?No dobra. Jesteśmy w ich cieniu. Żywe Srebro musi cię nienawidzić,
Darrow. Albo to, albo pracuje dla Złotych. Dlaczego inaczej nie
wyposażyłby w taką technologię Białej Floty? Pięć niszczycieli z takim
kadłubem mogłoby pociąć Wspólnotę na kawałki jak skalpel.
-?Podobno produkcja tego materiału jest sto razy droższa w przeliczeniu
na uncję od produkcji brzytew -?odpowiadam. -?Republika zbankrutowałaby,
gdybyśmy wyposażyli w ten sposób samą Gwiazdę Zaranną.
-?No i?
-?To samo powiedziałem.
Cassius się śmieje.
-?Nic dziwnego, że senat cię nie lubił.
W martwym polu frachtowca mam czas, by popodziwiać widoki, kiedy
zbliżamy się do Wenus.
Z oddali Stocznie Wenusjańskie, największa konstrukcja kiedykolwiek
zbudowana ludzką ręką, przypominają ledwie rysę na szafirowej kulce
zawieszonej samotnie w ciemności. Gdybym kiedykolwiek potrzebował
przypomnienia, jak zasadniczo mali jesteśmy w ogólnym rozrachunku,
wystarczyłoby, żebym spojrzał na Wenus.
Jednak nawet sama Wenus -?planeta o niedościgłym majestacie, ze swoimi
rozległymi rafami koralowymi, tajemniczymi migrującymi wyspami, bujną
florą i fauną, sztywną strukturą kastową i ludzkimi fabrykami
zasilającymi machinę wojenną Złotych -?jest mniejsza od paznokcia mojego
małego palca, kiedy wyciągam przed siebie rękę na całą długość.
W miarę jak się zbliżamy i Wenus zaczyna rosnąć, mam dość czasu, żeby
zacząć się denerwować. Niedługo pojawia się przed naszymi oczami flota
Carthii. Większość statków i pretorów domu Carthii służyła Atalantii nad
Merkurym, kiedy Apollonius ukradł stocznie. Teraz ich jednostki cumują
nad północnym biegunem ich ojczystej planety, gdzie migoczą jak korona z błękitnych odłamków.
Niewątpliwie zatrzymuje je tam strach, co Apollonius zrobiłby z ich
stoczniami, gdyby spróbowali je odzyskać. Na jego miejscu rozmieściłbym
tam bomby z zapalnikami, które odpaliłyby je w chwili mojej śmierci. My
dwaj często podobnie rozumujemy.
Wyciągam rękę do sąsiedniego siedzenia i dla pokrzepienia głaszczę
Grzybka, naszą samotną głowicę atomową.
Na widok dział bazy i jej eskorty frachtowce zwalniają, zbliżając się do
stoczni. Archimedes także. Pośród skomplikowanych fortyfikacji
kompleksu znajdują się działa wielkości drapaczy chmur. Jeśli śmierć po
nas przyjdzie, dowiemy się o tym w ostatniej chwili. Z ostrożnym
uśmiechem, który poszerza się tym bardziej, im dłużej żyjemy, Cassius
wyłącza silniki i przechodzi w prostopadły dryf. Wynurzamy się z cienia
frachtowca. Stocznie przepływają obok nas, nieskończone fortyfikacje i przemysłowe wieże, wrzeciona konstrukcyjne i hangary gdzie okiem
sięgnąć. Aurae nie posiada się ze zdumienia. Cassius pochmurnieje.
-?Dobra wiadomość jest taka, że wciąż żyjemy. -?Wstaję. -?Zła zaś taka,
że to była ta łatwiejsza część zadania. Aurae: Archimedes i dominus
Grzybek zostają w twoich rękach. Cassiusie, czas na nas.
-?Pamiętaj, czego cię uczyłem o dryfie osiowym. I nie zapomnij, że dwa
silniki manewrowe na bakburcie kapryszą -?mówi do Aurae Cassius,
niechętnie oddając jej stery.
-?Nie rozbiję się, jeśli wy nie umrzecie -?odpowiada Różowa i uśmiecha
się do niego.
Cassius rozgląda się po wnętrzu statku -?swoim domu, nabiera powietrza w płuca i rusza do hangaru. Ja zostaję jeszcze chwilę i patrzę, jak palce
Aurae tańczą po sterach.
-?Cassius naprawdę nauczył cię latać, czy tylko udawałaś, żeby dać mu
się wykazać?
Nie przerywa pracy.
-?"W naturze panów jest pragnąć, tak jak w naturze sługi jest zaspokajać
potrzeby. To nie znaczy, że pan nie może zaspokajać potrzeb. To nie
znaczy, że sługa nie pragnie".
-?Czyli udawałaś, żeby sprawić mu przyjemność.
Odwraca się.
-?Jestem Różowa. Sprawiam przyjemność wszystkim. -?Nie ma w jej głosie
ani kropli goryczy. -?Wszyscy mamy swoje sposoby na przetrwanie, Darrow.
Ja zawsze byłam i jestem powietrzem. Ty do tej pory mogłeś pozwolić
sobie na to, żeby być skałą. Nie musiałeś się przekształcać ani zmieniać
kursu. Teraz pękasz. To dobrze. Jeśli chcesz się naprawić...
-?Najpierw musisz się popsuć -?mruczę. Widziała, że czytałem książkę w saloniku Archimedesa. -?Połowa tego to bzdury.
-?Oczywiście. Przez całe życie wchodziłeś w interakcję ze światem
poprzez swoje ręce. Jednakże ścieżka nie jest narzędziem, które możesz
chwycić i się nim posłużyć. Nie jest rzeczą. To czasownik.
Patrzy na mnie cierpliwie, beznamiętnie.
-?Dlaczego naprawdę tu jesteś, Aurae? Cassius może i łyknął twoją
historyjkę o byciu sympatyczką. Możesz wytłumaczyć swoje umiejętności
wykształceniem hetery, ale...
-?Jestem tu dla Sevro. Taka jest prawda. Nie cała prawda, ale ta jej
część, która się liczy. Ta, która jest teraz użyteczna.
-?I rozumiem, że ścieżka powiedziałaby mi, że należy to zaakceptować.
-?Sam mi powiedz. -?Uśmiecha się znacząco. -?Tylko czy tak naprawdę masz
jakiś wybór?
Kiwam głową na Grzybka.
-?Dopilnuj, żeby znalazł się tam, gdzie zrobi największe wrażenie.
Aurae salutuje.
Ruszam do ładowni. Cassius już jest w połowie rozebrany. Potrzebowaliśmy
dwóch dni pracy w warsztacie, żeby przekształcić przysłaną przez Kavaxa
-?i dostarczoną przez Cassiusa -?zbroję produkcji Sun Industries w taki
sposób, żeby przypominała spartańsko barokowy styl pancerzy impulsowych
rycerzy z domu Rath. Teraz jest szaro fioletowa, ozdobiona motywem byka
i Herkulesa na ramionach. Nasze przebranie może się sprawdzić.
-?Nie martw się, dobrze ją nauczyłem -?zapewnia mnie Cassius. -?To
urodzona pilotka.
-?Nie wątpię. -?Kiedy jesteśmy już w pancerzach, zerkam na swój
chronometr. -?Dziewięćdziesiąt sekund. Zamykamy.
Zakładamy hełmy. Dreszcz przebiega mi po skórze, gdy patrzę na świat
przez soczewki zbroi impulsowej. Mimo że nienawidzę wojny, moje ciało
raduje się jej rytuałami jak pijak brzękiem lodu w szklance do whisky.
Kiedy Cassius staje w gotowości obok mnie, przenika mnie szczęście Domu
Marsa, że znowu mam szesnaście lat i przygotowuję się do wykradzenia
wrogowi jego sztandaru.
Zajmujemy swoje miejsca przy drzwiach na prawej burcie. Cassius klepie
mnie po plecach.
-?Jaja przy dupie, Bellona. Nie bądź nieśmiały.
Światło przed skokiem zmienia się z czerwonego w żółte.
-?Wolałbym nie.
-?Cassiusie, przećwiczyliśmy to...
-?Mimo to wciąż mam obiekcje. Prędzej ty powinieneś wskoczyć mi na
plecy. Wyglądasz jak żywy plakat przestrzegający przed kupowaniem
narkotyków na ulicy. Bez urazy.
-?Tak wygląda procedura Wyjców przy skokach prostopadłych w parach.
Jeśli sprzęt zawiedzie, nie możemy się oddzielić -?odpowiadam. Wciskam
mu w dłonie pistolet trakcyjny. -?A teraz wskakuj mi na plecy.
Gramoli się na mnie, mrucząc:
-?Pomyślałem sobie: wyruszmy na wojnę razem ze Żniwiarzem z Marsa.
Naprawdę wyobrażałem sobie coś bardziej efektownego.
Aurae otwiera drzwi. Słaba opalizacja pola impulsowego to wszystko, co
nas oddziela teraz od kosmosu. Jesteśmy dostatecznie blisko, żeby
dostrzegać poszczególne iluminatory i włazy w metalowym krajobrazie
stoczni. Kiedy moje życie znowu jest w moich własnych rękach, to mimo
czekającego mnie niebezpieczeństwa czuję się żywy. Dobrze jest czuć, że
moje buty nie grzęzną już w błocie.
Biorę się w garść i skaczę.
Stocznie obracają się pod nami, kiedy spadamy ku nim z Cassiusem,
niesieni impetem mojego wybicia. Potem prędkość odziedziczona po
Archimedesie sprawia, że lecimy prostopadle do krzywizny wschodniej
części ogromnego półokręgu. Kiedy suniemy nad stoczniami, mam wrażenie,
że oglądam odwrócony w czasie proces budowy: najpierw mijamy ukończone
niszczyciele i dewastatory, których jeszcze tylko nie pomalowano.
Następnie widzimy okręty bez uzbrojenia, potem bez kadłubów, wreszcie
bez silników, aż w końcu przelatujemy nad maszynami spawającymi ogromne
połacie durostali, które stworzą nadbudówki jednostek wojennych.
Robotnicy, maleńcy i liczni jak mrówki, pełzają po powierzchni statków i po samej stoczni pod bacznym spojrzeniem nieruchomych władców: ogromnych
posągów nieżyjących członków rodu Carthii. Kiedy docieramy do Ust
Wulkana, przelatujemy pod spojrzeniem Sileniusa i Carthusa, kolosalnych
atlantów, którzy piorunują nas wzrokiem z obu stron Ust. Te posągi to
ostatnia rzecz, jaką widzą emerytowane statki, zanim zostaną stopione w piecu nazwanym na cześć rzymskiego boga kuźni. Silenius i Carthus,
świadkowie upływu czasu, nie zważają na nasze żałosne troski
śmiertelników i szyderczym wzrokiem patrzą ponad nami, w gwiazdy.
Piętnaście minut po skoku docieramy do punktu strzału.
Ostrożnie, żeby nie zaburzyć naszej trajektorii, Cassius celuje w stację
i ponad moim ramieniem strzela z pistoletu trakcyjnego. Pistolet jest
prawie bezodrzutowy, ale mimo to obracamy się odrobinę w locie, dopóki
wystrzelony ładunek nie przywrze do korpusu stacji i lina się nie
napnie. Wbudowany w broń silniczek ciągnie nas do przodu. Na powierzchni
stacji porzucamy pistolet, a Cassius korzysta z łoża ciężkiej instalacji
armatniej, żeby zejść mi z pleców. Dobrze strzelił. Znajdujemy się
osiemdziesiąt metrów od celu. Przechodzimy ostrożnie, podciągając się na
palce stóp Sileniusa. Kiedy poobijany niszczyciel Republiki wynurza się
z kolejki, żeby wlecieć do Ust i spłonąć, wskakujemy na jego kadłub.
Wrota pieca zamykają się za nami.
-?A teraz... ruchy! -?mówię.
Pędzimy wzdłuż skazanego na zagładę okrętu wojennego i zeskakujemy z dziobu ku ogromnemu otworowi zbierającemu płynny metal, w który wkrótce
zamieni się niszczyciel. Fala żaru ściga nas do otworu i dalej, wzdłuż
łącznika prowadzącego do ponurego centrum przetwarzania, gdzie ogromne
sześcienne tace czekają na roztopioną stal. Czerwony brygadzista w mechu
odwraca się w naszą stronę, ale nas już tam nie ma, bo po pieszym
pomoście wysoko w górze przemknęliśmy do wnętrza stacji.
***
Filozofia porządku rodu Carthii jest prosta. Uznają dyscyplinę, która
jest jak żelazny pręt trzymany w aksamitnej, pachnącej rękawiczce.
Stoczniowcy posłuszni swoim panom dostają wiele przywilejów, wśród
których są dwadzieścia trzy salony deliryczne ich pożądanych Zielonych.
Kierujemy się do salonu na trzydziestym siódmym poziomie we wschodnim
wrzecionie konstrukcyjnym. Jest parno, światła na suficie rzucają słabą
poświatę w kolorze indygo na rzędy kapsuł delirycznych.
Nasze nagłe wejście i głuchy odgłos padającego na podłogę ciała
Brązowego woźnego przyciągają uwagę administratora salonu, wysokiego
hermafrodytycznego Zielonego o okrutnej, bladej twarzy. Zielone właśnie
szło pomiędzy rzędami kapsuł delirycznych, ale odwraca się w samą porę,
żeby zobaczyć cień, który na nie skacze. Cassius kopie je dość mocno
kolanem w mostek. Zanim do nich dobiegam, Cassius już trzyma ciało
wiotkie jak mokry ręcznik. Szok umiarkowanego przecież zderzenia zabił
Zielone.
-?Wybacz -?mruczy Cassius. -?Nie przywykłem do tak dużej grawitacji. -
Upuszcza ludzki ręcznik. -?Takie kruche stworzenie.
-?Szukamy architekta albo fulgur bellator. Symbol delty z trzema
błyskawicami. Postaraj się go nie zabić.
Dzielimy się kapsułami. Idę pomiędzy rzędami, zerkając na puste, blade
twarze i szukam właściwego tatuażu, który znajdzie dla mnie celę Sevro i przeprowadzi mnie przez drzwi zagradzające mi drogę do niej.
Reminiscencje Zielonych podłączonych do kapsuł holoDoświadczalnych
wyświetlają się w postaci małych hologramów nad ich głowami. Ponad
połowa z nich bierze udział w symulacjach seksualnych i ma na sobie
saczki, które wychwytują produkty uboczne ich przyjemności. Przystaję i żołądek mi się burzy na widok potworności, których poświata oblewa twarz
wysoko odznaczonego fulgur bellator -?wojownika błyskawicy. Ten
wytrzymały typ Zielonego jest wcielany do Szarych oddziałów frontowych,
żeby neutralizował elektronikę wroga, dlatego ma ciało mocniejsze niż
koledzy, a jego upodobania są o wiele bardziej makabryczne.
Zaciskam rękę na jego gardle i wyrywam druty wchodzące do portów tuż
przed uszami. Jego świadomość wycofuje się z lubieżnej hulanki i wraca
do pobliźnionego w walkach, wzmocnionego techniką ciała. Duszę go, a potem łamię mu kark jak źdźbło suchej słomy.
Zaniepokojony Cassius podchodzi do mnie.
-?Ty morderczy hipokryto. -?Jego beznamiętny hełm zamiera przed
zamrożonym marzeniem nad głową martwego Zielonego. Cassius odwraca się z niesmakiem. -?Ci Wenusjanie... -?Wydaje z siebie odgłos, jakby splunął. -
Znalazłem architekta. Śnił zdrowsze sny.
Idę za nim do smukłej Zielonej o wąskich oczach, z tatuażem architekta
nad prawą brwią. Jej holoDoświadczenie jest łagodniejsze: leci na
grzbiecie pokrytej łuską bestii nad ponurą fortecą oświetloną zielonym
światłem. Czarne góry wokół twierdzy są tak powyszczerbiane, jakby
wyrżnął je olbrzym za pomocą kosy. Powieki jej trzepoczą, kiedy Cassius
wybudza ją ze snu. Drga zaskoczona i jej wzrok ogniskuje się na nowej,
przerażającej rzeczywistości. Kiedy próbuje krzyknąć, owijam jej Zołzę
wokół szyi i mówię:
-?Twoje życie jest w twoich rękach. Nie upuść go.
***
Zielona architektka nie chce upuścić swojego życia. Jest drobna, pewnie
waży jedną trzecią tego, co ja, i tak się denerwuje, że jej chude palce
trzęsą się na klawiaturze terminala w korytarzu. Każę jej uruchomić go
ręcznie, żeby nie próbowała niczego kombinować. Cassius robi za czujkę.
Program Zielonej filtruje tysiące obrazów. Areszt jest pełen więźniów,
głównie Złotych i Szarych, ale nie ma wśród nich Sevro. Zielona
rozszerza poszukiwania, zagłębia się w ściśle strzeżone obszary, aż każę
jej zatrzymać się na pewnej białej celi. Leży tam mężczyzna skulony w pozycji płodowej. Jest ubrany w żółty kombinezon więźnia, a na głowie ma
ogromny hełm w kształcie wilczego łba. Cassius musi słyszeć, jak serce
mi przyśpiesza.
-?Masz go? -?pyta, nie odwracając się.
-?Być może.
Robię zbliżenie na odsłonięte ręce więźnia, aż dostrzegam tatuaż z czaszek na grzbiecie lewej dłoni. Nadal nie jestem przekonany, więc
oceniam blizny na prawej. Pasują do tych, jakie zadały mu bestie wojenne
Atalantii -?cajiry -?na Ziemi. Z trudem przełykam ślinę. Denerwuję się
teraz, kiedy znalazłem się tak blisko.
-?To Sevro. -?Zerkam na chronometr. Jeśli Aurae nie zaliczyła żadnych
opóźnień, to właśnie wylądowała Archimedesem i przeszła już w skafandrze kosmicznym na szóste wrzeciono konstrukcyjne. Nasze
zabezpieczenie powinno znajdywać się na miejscu. -?Chodźmy po niego.
Nasze pole zakłócające zasłania nas przed kamerami, gdy biorę Zieloną na
smycz z brzytwy i zmuszam ją, żeby nas poprowadziła. Otwiera kolejne
windy techniczne, żeby doprowadzić nas jak najbliżej celi Sevro. Gdy
wchodzimy do szybów serwisowych, każę Cassiusowi wypuścić pajęczy dron
Sun Industries do przewodów wentylacyjnych. Cassius kieruje dronem za
pomocą łącza w hełmie. Zagląda nim do najsilniej strzeżonego bloku. Dron
przepełza i zaczyna pompować gaz z przenośnego zbiorniczka. Wewnątrz
rozlega się alarm i Szarzy na służbie rzucają się po hełmy. Ja tymczasem
popycham Zieloną do panelu sterującego przy głównych drzwiach.
Rozdygotana garbi się nad panelem, aż drzwi otwierają się z sykiem.
Uderzam ją łokciem w potylicę i ruszam szybko, pochylony. Pająk wybucha
rozbłyskami białego światła. Pierwszy Szary odwraca się do drzwi. Jest
oślepiony. Przebijam mu zbroję i serce. Unoszę go przed sobą jak tarczę
i puszczam się biegiem. Rozlegają się strzały. Pociski walą w zbroję
Szarego. Ja jednak dopadam już pozostałych, a zabijanie z bliska
wychodzi mi najlepiej.
Zrzucam Szarego z Zołzy i atakuję mężczyznę z karabinem, odcinając mu
obie ręce na wysokości łokci. Drugiego odrzucam kopniakiem, łapię od
dołu za szczękę i łamię mu kark. Następnego smagam po kostkach i ściągam
z wyższego poziomu, a potem cofam ostrze i odcinam mu stopy. Tnę brzytwą
grzebień na hełmie czwartego; pęka na pół jak kłoda pod uderzeniem
siekiery. Atakuję dwóch kolejnych po obu moich stronach. Uszkodzenia
hełmów są powierzchowne, ale idący za mną Cassius spokojnie zdąża ich
zastrzelić.
-?Na trzeciej! -?wołam. -?Nisko.
Cassius robi unik i topór Obsydianowego tnie powietrze w miejscu, w którym przed chwilą była jego głowa. Kontynuując ten sam ruch, Cassius
zakreśla krąg brzytwą nad głową i rozcina jednego z atakujących
Obsydianowych na wysokości pasa. Zahacza ostrzem o zbroję drugiego.
Przyjmuje drugi cios topora na swoją egidę, którą emituje z lewego
zarękawia, i turla się, żeby oswobodzić klingę. Spada następny cios
Obsydianowego, topór krzesze iskry na jego tarczy impulsowej i odskakuje. Cassius wbija obiema rękami brzytwę od dołu w pachę
przeciwnika i przebija się aż pod szczękę. Ostatecznie ostrze wychodzi
czubkiem hełmu. Cassius wyszarpuje brzytwę, wyciera ją i wstaje.
-?Czysto! -?mówi. -?Ja tu zostanę, a ty idź po swojego Goblina.
Przechodzę chwiejnie nad drgającymi ciałami i zrywam kartę dostępową ze
zbroi centuriona. Biegnę przez blok więzienny głównym korytarzem, aż
docieram do drzwi celi Sevro. Macham kartą. Ciężki metal podnosi się.
Wpadam do celi.
Sevro leży pośrodku białego pokoju. Wilczy hełm na jego głowie jest tak
ciężki, że przy podniesieniu głowy żyły nabrzmiewają mu na szyi.
Podbiegam i ostrożnie rozcinam zamek na hełmie. Chowam brzytwę do
pochwy, zrywam hełm z głowy Sevro. Jego twarz jest wilgotna i pokryta
zaschniętą śliną, martwym naskórkiem, włosami i grzybem. Śmierdzi serem
jak rozcięta cysta. Mruga, patrząc na mnie spod szopy włosów.
Jego oczy są Szare.
Mężczyzna ma tatuaże Sevro. Ma jego blizny. Ale nim nie jest.
-?Pomocy... -?błaga oszust.
-?Oż w mordę. -?Wypuszczam go. -?Cassius! To pułapka!
Z korytarza dobiega powtarzający się huk. Cassius staje w drzwiach z karabinem na ramieniu.
-?Darrow. -?Patrzy na oszusta u moich stóp. -?Zablokowali wyjście. To co
najmniej dwa oddziały.
Stawiam hełm.
-?Musimy przebić się przez nich, to nasza jedyna...
-?Cassius! Ruchy! -?krzyczę, bo cela zaczyna się zamykać. A on stoi w progu.
Rzuca się do środka. Drzwi zatrzaskują się za nim z taką siłą, że
skruszyłyby granit. Cassius koziołkuje i podrywa się na równe nogi,
wyciągając już z powrotem brzytwę.
-?Ty idioto! Co to było?! -?krzyczę.
-?Powiedziałeś "ruchy"!
-?Ale w drugą stronę!
-?Nie sprecyzowałeś kierunku!
-?Kto by się rzucał do celi, psiakrew? -?warczę.
Kap. Kap. Kap.
Każda kolejna kropla krwi z Zołzy mocniej uderza o podłogę. Czuję
charakterystyczne kłucie w żołądku, ołowiany ciężar w mózgu i kończynach.
-?Grawitacja. Pod podłogą musi być studnia. Musimy się stąd wynieść.
Wyjmuję ładunek wybuchowy ze schowka na udzie i rzucam go Cassiusowi.
Ciążenie narasta wykładniczo, ładunek nie dolatuje. Moje stopy podnoszą
się koszmarnie powoli i opadają z siłą większą niż koński kopniak. Moja
zbroja impulsowa jest mocna. Nie jest to arcydzieło techniki, do jakiego
noszenia przywykłem, ale jest twarda i sprawdzona w walce. Mimo to ona
również ulega ciążeniu. Moje kolano uderza w podłogę z takim impetem, że
robi w niej wgniecenie. Cassius trzyma się prosto i z ładunkiem w ręce
wlecze się do drzwi.
-?Jakby słoń... na mojej... przeklętej piersi... -?cedzi przez zaciśnięte
zęby.
Krew dudni mi w głowie, która waży dziesięć razy więcej, niż ważyłaby na
Ziemi. Serce wali mi szaleńczo z powodu wysiłku, jakiego wymaga od niego
przepychanie krwi przez żyły. Padam jak wiekowy marsjański bogoDrzew.
Źle ląduję i czuję igiełki zimnego ognia w lewej ręce, kiedy
przytrzaskuję sobie nerw w szyi. Leżę i dyszę. Cassius bełkocze coś,
czego nie rozumiem. Chyba nie doszedł do drzwi. Nie słychać wybuchu. Nie
ma Sevro. Czy Apollonius w ogóle go miał? Zrobił ze mnie skończonego
głupca.
Z głośnika nad nami płynie głos zbyt dźwięczny, zbyt nienasycony, żeby
mógł należeć do kogoś innego niż Apollonius:
-?Darrow, Darrow, Darrow... Doprawdy, jesteś boski. Bowiem odpowiedziałeś
na moje modlitwy. Witaj w Stoczni Minotaura. Powitaj swój koniec.
Rozdział 7. Lysander. Sojusznik idiota
7
Lysander
Sojusznik idiota
Cicero wygrywa wyścig bez większego wysiłku, tylko podczas piątego
okrążenia sponsorowany przez Carthii rydwan prawie miażdży go o centralną kolumnę areny. Zostawiam swoich pretorianów przy bramie i idę
przez dziedziniec, żeby powiedzieć mu, co o tym myślę. Kyber idzie za
mną jakby nigdy nic, ale nieustannie wypatruje zagrożenia.
Na dziedzińcu pachnie sianem, łajnem, wyprawioną skórą i końmi. Te
zapachy przywodzą mi na myśl Virginię au Augustus. Ze wszystkich
Złotych, którzy przewinęli się przez pałac mojej babki, Virginia
należała do moich najulubieńszych.
Tęsknię trochę za jej naturalnym uśmiechem i nieprzewidywalnością w rozmowach. Z pewnością ten uśmiech skrywał usta pełne sztyletów, ale
Virginia potrafiła sprawić, że człowiek czuł się uprzywilejowany, mogąc
przegrać z nią w szachy albo w bezsensownym zakładzie, który ptak
śpiewający pierwszy wykluje się w ogrodowej wolierze. Zastanawiam się,
czy nadal ma czas, żeby odwiedzać swoją stajnię na Marsie, czy też wojna
pochłonęła ją całkowicie, tak jak mnie. Zawsze była szczęśliwsza po
przejażdżce w parku na Palatynie. Jak się nad tym zastanowić, to ja
także.
Okalające dziedziniec arkady zapewniają cień drużynom rydwanowym. Stoją
tam także stoły. Młodzi Złoci jeźdźcy rydwanów i plugawe towarzystwo,
jakie zawsze kręci się wokół tak ordynarnych postaci, sączą wino i grają
w kości. Wielu wznosi toasty na moją cześć, gdy ich mijam, ale nie
Carthii, którzy szydzą i obrażają mnie pod nosem.
Pod arkadą ze skrzydlatym kołem Drużyny Hermes Cicero sprawdza stan
wodzy. Przed południem znowu ma się ścigać i zrobi to jeszcze prawie
dwadzieścia razy, zanim igrzyska się skończą. A wszystko to mając na
sobie tylko ten idiotyczny mały hełm.
Wyczuwa moje nadejście, ale zamiast się odwrócić, pomaga stajennemu
czyścić konie.
-?Wiem, Lysandrze. Wiem, wiem, wiem.
Idę za nim, obchodząc jednego z jego rumaków, Cesarską Krew.
-?Obiecałeś mi, że nie będziesz się ścigał.
Cesarska Krew próbuje trącić mnie chrapami i prawie mnie przy tym
przewraca.
Mój przyjaciel wzdycha. Zerka na mnie spod szopy złotych loków.
-?Łaskawy panie, sięgnij do swej pamięci. Obiecałem, że wezmę sobie do
serca twoje zalecenia i naprawdę to zrobiłem. -?Dotyka piersi. -?Więcej
powiem: moje serce było tak rozdarte w tej kwestii, że prawie
nadwyrężyłem sobie nadgarstki, próbując utrzymać je w całości.
Rzuca przepoconą szmatę stajennemu i odsuwa się od koni, żeby usiąść na
schodku rydwanu. Bierze od jednego ze swoich sług srebrny kielich z winem, wypija go do dna i dopomina się o więcej.
-?Wina? -?proponuje. -?Jest z Salonik. Rath przywiózł dziesięć beczek.
Bogowie jedni wiedzą, jak je zdobył. Ten gość ma znajomości wśród
przemytników. Doprawdy dziwaczna osoba. Ciągle coś insynuuje. Nie
potrafię się zorientować, czy próbuje zwędzić mi sakiewkę, czy mnie
przelecieć.
-?Pamiętasz, że w Rzymie rydwanami powozili niewolnicy? -?upewniam się,
kiedy służący napełnia mu kielich. -?Bogaci, otoczeni dziwkami, niemniej
jednak niewolnicy?
-?Czy w ten sposób próbujesz mi powiedzieć, że w przeciwieństwie do nich
mam wiele do stracenia?
-?Twój ojciec nie trzyma już wodzy. Ty musisz pokierować swoim rodem.
On...
-?Mój ojciec stracił swoją planetę. A potem honor -?odpowiada
beznamiętnie Cicero. -?A na koniec zmarnował życie i ulubionego syna,
próbując odzyskać obie tamte rzeczy. Znasz jego tchórzliwą naturę, skąpy
charakter. Jednak kochał ten sport. Hipodrom jest w naszej krwi. -?Oczy
zasnuwają mu się mgłą, gdy podnosi wzrok na kamienny ogrom południowej
fasady stadionu. -?Ten piach należy do mnie. Mam tyle samo do stracenia,
co najnędzniejszy rzymski niewolnik. O co bardziej muszę się bać niż o honor? Cóż więcej mogę stracić niż życie? Poprosiłeś, żebym zaryzykował
życie dla ciebie i twoich starań o Tron Poranka, chociaż wszyscy wiedzą,
jak małe masz szanse. Rydwany to o niebo bezpieczniejszy sport! -?Pije
wino i zerka na mnie błagalnie. -?Ty i moja siostra nie rozumiecie,
ponieważ wasze umysły są uporządkowane jak wnętrzności zegarka. Mój
umysł to chaotyczny narząd, którym włada przypadek, ale nie jest
pozbawiony własnego porządku.
Przenosi wzrok ku arkadom, gdzie jeźdźcy rydwanów sponsorowani przez
Carthii odpoczywają w cieniu, słuchając, jak jeden z ich towarzyszy gra
na harfie.
-?Owszem, próżność leży w mojej naturze, ale to by dla mnie wiele
znaczyło, gdybyś uwierzył we mnie na tyle, żeby wiedzieć, że nie jestem
pyszałkiem. Nie zgodzę się, żeby obrażano Merkurego, a Wenus zdobyła
chwałę w dniu, który powinien uczcić pamięć mojego ojca i planety, za
którą zginął. Co by to powiedziało naszym obywatelom? Że Merkury jest
zaledwie cieniem tego, czym był? Że Votum to najsłabszy z rodów Podboju?
Nie ścigam się tylko dla laurów, drogi przyjacielu. Ścigam się dla ducha
moich ludzi. -?Szturcha mnie. -?Naszych ludzi.
Podoba mi się szczerość Cicero, jego ogólny optymizm, zapał do
spiskowania, ale najbardziej podziwiam jego błazeńskie pokazy odwagi.
Inni uważają, że jest lekkomyślny, że to utracjusz bardziej
zainteresowany sztuką niż wojną. Jakże się mylą.
Dziwna z nas para przyjaciół. Cicero nie mógłby bardziej różnić się od
Ajaxa, mojego najlepszego przyjaciela z dzieciństwa. Wtedy Ajax był miły
i nieśmiały, podczas gdy Cicero był słynnym koszmarem, aroganckim
urwisem, wiecznym źródłem kłopotów. Potem życie zmieniło Ajaxa w egoistycznego fanfarona, groteskowo utalentowanego w zabijaniu, co miało
dowieść, że nie jest słaby. Cicero zaś nie ma nic przeciwko temu, że
inni uważają go za słabego. I nawet kiedy myśli tylko o własnych
interesach, udaje mu się -?podejrzewam, że przypadkiem -?zadbać o interesy innych. Mimo to brakuje mi Ajaxa.
Prycham, myśląc o idiotyczności więzi z dzieciństwa.
-?Co? -?pyta Cicero.
Zmieniam temat.
-?Przypomniało mi się coś, co wiele miesięcy temu powiedziała twoja
siostra. Jeśli potrzebujesz napastliwego czaru osobistego, sięgnij po
Cicero. Skoro to tak wiele znaczy dla ciebie, masz moje
błogosławieństwo. Chociaż wcale go nie potrzebujesz.
Po tym, jak straciłem Cassiusa na rzecz Darrowa i Ajaxa na rzecz
Atalantii, staram się nie gasić ducha w moich przyjaciołach.
-?A jednak naprawdę mnie dostrzegasz. Powiedziałem to Glirastesowi. -
Uśmiecha się zachwycony. -?No dobrze, gdzie jest ta stara torba? Może
zadedykuję mu następny wyścig.
-?Wrócił do domu.
-?Na pewno przez ciebie. Musisz delikatniej się z nim obchodzić.
-?Traktuję go delikatnie.
-?Jesteś życzliwy, ale nie delikatny. Artyści są przewrażliwieni na
punkcie swojej pracy. Ty jesteś jego dziełem, którym chce odkupić własne
grzechy.
Marszczę brwi.
-?Pomógł Darrowowi, prawda? -?ciągnie Cicero. -?Bogowie Burzy to w takim
samym stopniu jego diabły, jak Żniwiarza. Ma wiele do odpokutowania. -
Dostrzega coś ponad moim ramieniem. -?Niech to szlag. Nadchodzi kretyn.
-?Centaur czy byk?
-?Rogaty gatunek.
Tharsus i jego menażeria kierują się prosto do nas.
-?Idiota -?mruczę.
-?Nie kazałeś mu zachowywać dystansu? -?pyta Cicero.
-?Wielokrotnie.
Cicero pochyla głowę.
-?Przez niego socjopaci Grimmusów obedrą nas ze skóry.
-?Tylko ciebie. Mnie wypchają i dołożą sznurki, żebym robił za
marionetkę.
-?Nie mów tak. To okropne. O bogowie, zbliża się. Myślisz, że nas
widział? -?Cicero próbuje schować się za rydwanem.
-?Cicero, łaskawy panie! Prawdziwy z ciebie Flaviusz Skorpus! -?woła
Tharsus.
Na dźwięk komplementu Cicero wyskakuje zza rydwanu jak piesek preriowy.
-?Nie będę zaprzeczał -?odpowiada.
-?Co za widowisko! Co za brawura! -?Kiedy Tharsus jest już dostatecznie
blisko, ton jego głosu staje się bardziej ponury. -?Potrafię czytać z ruchu ust na odległość stu metrów, ty oszczerczy kozojebco.
-?Wiemy. -?Łapię Tharsusa za muskularne ramię, a gdy zabieram rękę,
pachnie drewnem sandałowym i feromonami. -?I mimo przypomnień, że
łamiesz naszą umowę, podszedłeś.
-?To byłoby jeszcze dziwniejsze, gdybym trzymał się na dystans od tak
znakomitych osobistości. -?Pochyla się. Może flirtuje, a może sprytnie
chowa usta przed tymi, którzy potrafią czytać z ruchu warg. Na jego
środkowym palcu wibruje audiotłumik. -?Nie wykonujesz swojego zadania,
Lune. Miałeś wsunąć ręce w bogate majteczki, żeby sfinansować naszą
wielką krucjatę, a nie badać palcem prostaty Szarych z najtańszych
miejsc na trybunach. Zdobywanie miłości żołnierzy to zadanie mojego
brata. Ty masz tylko dostarczać ludzi i pieniędzy.
-?Pieniędzy, które twój brat roztrwoni na aukcjach Syndykatu -?wtrąca
Cicero.
Tharsus posyła nam uśmiech, w którym jest zdecydowanie zbyt dużo
zadowolenia z siebie.
-?Roztrwoni, powiadasz?
Kilku kolejnych braci Valerii dołączyło teraz do drużyny Carthii. Ktoś
od nich rzuca winogronem w jednego z zaprzyjaźnionych poetów Tharsusa.
Inny ciska kością kurczaka. Ruchem głowy daję znak pretorianom, żeby
zniechęcili ich do takich prowokacji. Markus -?śniady od słońca
centurion wielki jak bawół wodny, jeden z ulubieńców Rhone'a -?aż się
pali, żeby spełnić moje życzenie.
-?Tharsusie, idź sobie. -?Rzucam mu parę kredytów, jakbym przegrał
zakład. Chowa je, uśmiechając się na widok mojego zakłopotania. -
Sprowokujesz awanturę, która nie skończy się tutaj.
-?No błagam cię... Wystarczy, że tkną włos na mojej lśniącej głowie, a mój
brat zacznie wysadzać wrzeciona konstrukcyjne w ich stoczniach jedno po
drugim, dopóki nie wrócę do niego. Jak wtedy wygrają wojnę? Kiedy wróg
będzie miał swoje stocznie, a Wspólnota straci swoją? -?mruczy Tharsus.
-?Rozwiej swe obawy, dziecko Palatynu. Przyszedłem tylko przekazać
wieści od Apolloniusa. Podczas gdy inni, jak ten idiota Ajax, marnują
cenny hel, przeczesując Układ w poszukiwaniu nieuchwytnego wilka, mój
brat wywabił go z cienia, żeby poddać próbie jego waleczność.
-?Nie do pomyślenia! -?wykrzykuje Cicero. -?Wiadomość podziałała?
-?W rzeczy samej. I wkrótce mój brat powali Darrowa. -?Tharsus dotyka
mojej ręki. -?Uspokój lędźwie, mój ty nad wiek rozwinięty katamito.
Twoja dawna flama, Cassius, też wpadł we wnyki i w ciągu dwóch tygodni
otrzymasz go w prezencie dla swojej przyjemności. Może lady Bellona
otworzy wtedy dla ciebie swój skarbiec.
Wpatruję się w niego.
-?Cassius żyje. I razem z Darrowem próbował uwolnić Sevro?
-?Tak.
-?Twój brat ma ich obu?
Tharsus jest tak zadowolony z siebie, że zaraz zemdleje.
-?Tak.
Stoję osłupiały. Myślałem, że Cassius zginął na Obrzeżu, dopóki nie
zobaczyłem go, jak ratował Darrowa z Heliopolis osiem miesięcy temu.
Zakładałem wtedy, że ponieważ szukają go Ajax, Jeźdźcy Pyłu i inni,
Cassius skończył w jakiś makabryczny sposób. Przez dziesięć lat był dla
mnie jak brat. Niedoskonały brat, owszem. Niemniej brat. W pewnym sensie
wolałem, żeby nie żył. Przynajmniej jego śmierć była szlachetna.
Sprawiała mi ból, ale była lepsza niż świadomość, że żyje i walczy po
stronie Darrowa zamiast po mojej.
To okrutna gra. Dlatego ja też muszę być okrutny. Oddam go jego matce,
Julii. Może to jest klucz, którego mi brakowało, żeby otworzyć jej
skarbiec.
-?No patrzcie tylko. Już liczy monety -?mówi Tharsus. -?Ty! -?woła, gdy
jego uwagę przyciąga kobieta z drużyny Bellony. Wyszła właśnie z cienia
arkad, żeby zbesztać jednego ze stajennych oporządzających ich konie.
Tharsus odchodzi, wymachując muskularną ręką niczym modliszka w tańcu
godowym. -?Ty, genialna kobieto! Oczywiście, że mnie znasz, ale ja muszę
poznać ciebie. Co za gracja! Co za brawura! Co za widowisko.
Cicero i ja patrzymy za nim, gdy zaczepia młodą członkinię drużyny
rydwanowej Bellony. W głowie mam mętlik. Apollonius schwytał Darrowa i Cassiusa. Ogromny niepokój zostaje zmyty tą myślą i zastąpiony kolejnym.
Darrow musi umrzeć, rzecz jasna, ale czy Cassius także?
Cicero krzyżuje ramiona na piersi i dąsa się.
-?Co z tobą? -?pytam.
Cicero wzdycha.
-?Po prostu... widowisko, brawura... Mnie tak samo skomplementował.
Zerkam na niego po raz drugi. Nie żartuje. Kocham Cicero, ale czasem
zastanawiam się, czy nie traktowano by mnie poważniej, gdyby u mojego
boku stał przerażający Ajax au Grimmus.
***
Noc zapada w Heliopolis i wyścigi ustępują miejsca teatrowi i przyjęciom. Śmiech i muzyka z zabaw na dachach i z nadmorskich gali
płyną ponad oświetlonymi latarniami ulicami. Brukowana ścieżka, którą
idę, wije się wzdłuż nabrzeża, a potem przez zagajnik rozcapierzonych
gwiaździście drzew do wykutego w urwisku amfiteatru. Sztuka już trwa,
ale nie po to tu przyszedłem.
Przyszedłem, ponieważ wielki statek o nazwie Śmiercionośny wszedł w południe na orbitę, a ja muszę spotkać się z jego panem.
Zostawiam pretorianów za sobą i schodzę, żeby stanąć za tylnymi
miejscami. W dole na scenie ustawionej tyłem do morza udręczony Edyp
zdaje sobie sprawę, że królowa jest tak naprawdę jego matką. PodKolory,
zaopatrzone w wino z korzeniami i słodycze i siedzące grupkami na ławach
i nasypach, szlochają. Znad wody, z pływającej wyspy w oddali, dolatują
kłócące się z tym odgłosy zabawy, jakby kpiły sobie z cierpienia Edypa.
Wątpię, żeby ktokolwiek inny to zauważył. Thessian, słynny Fioletowy z Ziemi, jest już stary, ale wiek nie umniejszył jego talentu.
Przepełniony emocjami wywołanymi przez jego grę opieram się o drzewo
oliwkowe i patrzę, jak Edyp się oślepia, chór przemawia i tłum znika z amfiteatru, kierując się do barów i na pokazy akrobatyczne na nabrzeżu.
Schodzę do amfiteatru, żeby przeciąć drogę dwóm wysokim mężczyznom w ciemnych pelerynach podróżnych, gdy wstają z siedzeń. Nikt nie mógłby
pomylić się co do ich natury: Niezrównani Naznaczeni.
-?Mówią, że Thessian wycisnąłby łzy z kamienia, ale wasze oczy są suche.
Jesteście aż tak stoiccy czy Thessian stracił wprawę? -?pytam, gdy się
odwracają.
Starszy Naznaczony jest chudszy od towarzysza. Odpowiada lakonicznie:
-?Na Merkurym jest gorąco. Za mało wody wypiłem.
Odpowiedź równie szczera jak sam człowiek. Helios au Lux jest surowy,
nieporuszony i poważny jak lufa broni palnej. Nosi przezwisko Żar Słońca
ze względu na ogorzałą cerę i słabość do dewastatorów. Przez
czterdzieści lat był Rycerzem Prawdy w Dominium Obrzeża, zanim na
początku wojny został współkonsulem wraz z Dido. Jest serdeczny, ale
ewidentnie nie cieszy go mój widok.
-?Salve, au Lune.
Ściska mi dłoń. Sam nosi staroświecki cestus: rękawicę bojową ze
splecionych złotych taśm, która sięga od łokcia po czubki palców i zapewnia właścicielowi panowanie nad okrętem wojennym. Na metalu
wytrawiono sceny batalistyczne i słowo Śmiercionośny wraz z wersem z Iliady: "Padnę i umrę -?lecz sława w udziale przypadnie mi
zacna!"2. Ten konkretny cestus nazywa się Więzy Zeusa.
Młodszy z Niezrównanych Naznaczonych to huragan zamknięty w ołowianym
bębnie, przed którego otwarciem każdy człowiek, nawet Apollonius,
powinien się zawahać. Jest mocno zbudowany, ponury, mówi łagodnym głosem
i jest jednym ze wschodzących bohaterów Obrzeża. To Diomedes au Raa,
najstarszy syn Romulusa i Dido. Cieszy mnie jego widok. Możliwe, że jest
jedyną osobą, której sympatii desperacko pragnę z tego jedynie powodu,
że uważam go za honorowego, godnego podziwu i całkowicie odpornego na
wszystko: wdzięk, pochlebstwo, przekupstwo czy inne podstępy tak chętnie
wykorzystywane w Rdzeniu. Na wszystko z wyjątkiem zasług.
Diomedes lubi niedocenionych bohaterów, ale ja mogę przypisać sobie
tylko parę pieśni i jedną szarżę. To sprawia, że czuję się trochę
niepewnie w jego obecności.
Wyciągam do niego rękę.
-?Au Raa, czy może powinienem powiedzieć Rycerzu Burzy? Legacie?
Zdobywco Bliźniąt? Naprawdę zagarniasz wszystkie zaszczyty, łaskawy
panie.
Nie ściska mojej dłoni. Jestem wstrząśnięty. Zawstydzony. Myślałem, że
zbliżamy się do przyjaźni po wspólnej podróży mającej na celu
przedstawienie Atalantii propozycji Obrzeża, które jest gotowe włączyć
się do wojny, ale najwyraźniej miesiące rozłąki ochłodziły rodzącą się
bliskość. Jego siostra Seraphina zginęła na pustyni podczas naszej misji
zniszczenia Boga Burzy na Merkurym. Ma mi to za złe?
Helios odwraca wzrok.
Diomedes oznajmia bardzo oficjalnie:
-?Jestem ci winien przeprosiny, au Lune. Okłamałem cię. Powiedziałem ci
na Io, że Cassius nie żyje, podczas gdy było przeciwnie. Zostałem
skrytykowany przez Rycerzy Olimpijskich, ale nie przez ciebie.
-?Możesz mu zadać cztery ciosy, jeśli chcesz -?mruczy Helios, nadal
odwracając wzrok.
-?Dlaczego skłamałeś? -?pytam Diomedesa.
-?Cassius walczył honorowo, ale sam nie został tak potraktowany.
Chciałem oszczędzić jego życie. Nie wiedziałem, jak inaczej tego dokonać
niż tylko stwierdzić, że umarł i go ukryć. Złamał dane mi słowo i wrócił, żeby wziąć udział w wojnie. -?Diomedes zawiesza głos. -?Podobnie
jak jedna z moich służących, która pomogła mu w ucieczce.
-?Gdyby wszystkie kłamstwa były równie życzliwe, nigdy nie chciałbym
usłyszeć prawdy. Rezygnuję z ciosów, jeśli uściśniesz mi dłoń -?mówię,
znowu wyciągając rękę. Ściska ją i uśmiecha się z ulgą. -?Muszę
przyznać, że zdziwiłem się, słysząc, że obaj jesteście na planecie. Nie
spodziewałem się delegacji z Obrzeża, zwłaszcza że Dido odrzuciła moje
zaproszenie.
-?Bo nie jesteśmy delegacją z Obrzeża -?odpowiada Helios.
Marszczę brwi. Jeśli to nie jest poselstwo, zostaje tylko jedna rzecz.
Obelga.
-?Jestem tu jako prywatny obywatel, żeby uhonorować przysięgę złożoną
córce. -?Muska dłonią noszone u pasa kitari z wprawionym w głowicę
pierścieniem Domu Dionizosa z Instytutu na Io. -?Przed śmiercią kazała
mi przysiąc, że zobaczę raz jeszcze występ Thessiana. -?Krzywi ponurą
twarz w czymś, co mogłoby ujść za uśmiech. -?Zawsze uważała, że za
bardzo skupiam się na obowiązkach i zapominam, żeby żyć.
Marna wymówka. Ukrywam rozczarowanie.
-?I jakie to uczucie: żyć?
-?Tęsknię za powrotem na statek i do wojny -?przyznaje.
-?Najwyraźniej życie nie jest dla wszystkich.
Przyglądają mi się skrępowani, jakby czekali, aż sobie pójdę. Czuję się
jak głupiec. Kiedy powiedziano mi, że okręt wojenny Obrzeża wszedł na
orbitę, pomyślałem, że obecność Heliosa oznacza, że chce ze mną
porozmawiać. Myliłem się.
-?Obu wam należą się pochwały za sukcesy wojenne. Dzięki wam
przycisnęliśmy Republikę. Ledwie ważą się opuścić Marsa w obawie przed
waszymi flotami.
Helios jest uprzejmy. Zaledwie uprzejmy.
-?Tobie też nieźle się powiodło na Merkurym, sądząc po zabawach, jakie
urządzasz.
-?Niestety nadal zostało wiele do zrobienia. Zwłaszcza w Tyche, ale
żelazo płynie, a morza są spokojne. Byłbym zaszczycony, gdybyście
towarzyszyli mi w loży honorowej jutro podczas walk pegazów i później,
podczas startu Światłodawcy...
Helios patrzy na widoczny na południu potężny okręt. Bez wątpienia uważa
go za własność Obrzeża, ponieważ zbudowano go w Stoczniach Ganimedesa,
które potem ten sam okręt zniszczył na rozkaz Darrowa.
-?Nie -?odpowiada. -?Zajrzeliśmy tu tylko przy okazji. Jutro mijamy
Sola, żeby dotrzeć na szczyt. Odlatujemy w ciągu godziny.
-?Na jaki szczyt?
-?Dyktatorka jest w Rzymie. Obiecała, że za dziewięć dni przedstawi
swoje plany na następny etap wojny.
Wiedzą, że nie zostałem zaproszony. To jasne jak słońce.
-?Następny etap? -?powtarzam. -?Mars?
Helios wzrusza ramionami.
-?Jeśli nie, to będą tego konsekwencje. Atalantia nie może dłużej się
ociągać, podczas gdy moi ludzie prowadzą za nią jej wojnę. Czas to
skończyć. Poprosiłbym, żebyś to jej przekazał, ale słyszę, że nie
cieszysz się jej zaufaniem, a jedynie masz wstęp do jej łoża. -?Patrzy
na Diomedesa. -?Rdzeń to dziwne miejsce, prawda?
Diomedes sprawia wrażenie zakłopotanego. Niegrzeczność Heliosa jest
wstrząsająca, nawet jak na Księżyka.
-?Wygląda na to, że bardzo starasz się mnie obrazić. Dlaczego?
-?Wiem, że zaprosiłeś konsul Raa na swoje... igrzyska. Dido mogą bawić
przepychanki u władzy w Rdzeniu, w końcu jest Wenusjanką. Ja jednak się
nie bawię. O ile nie jesteś w stanie pchnąć floty Atalantii z Ziemi i Luny na Marsa, nie kontaktuj się z nami. Twój urząd ma charakter
lokalny. Trzymaj się swojego miejsca.
-?Po to Władcy Księżyców wysłali cię do Rdzenia? Masz dopilnować, żeby
Dido się... hamowała?
Badam teren. To ma sens, żeby frakcja izolacjonistów zaczęła tchórzyć,
kiedy armady Pył i Smok odleciały i zostały im tylko armada Cień i lokalne garnizony do obrony światów na Obrzeżu. Nerwowi ludzie z tych
Księżyków.
-?To Dido chciała tej wojny. Nie ja. Jestem tu po to, żeby Władcy
Księżyców mieli pewność, że haczyk nie znajdzie się w naszych ustach po
zakończeniu wojny.
-?Zatem wracacie do izolacjonizmu.
Helios zerka na pretorianów obserwujących nas z obrzeży amfiteatru.
-?Co myślą twoi pretorianie o tym, że zadajesz się z człowiekiem, który
dowodził eskadrą podczas bitwy o Ilion? Krew ich braci i sióstr jest na
moim ostrzu.
-?Moi pretorianie są przedłużeniem mnie samego, a ja uważam, że jeśli
będą definiować nas konflikty z naszej przeszłości, to nigdy nie
wyrośniemy na nic lepszego niż karłowata wersja dawnych feudałów.
-?Puste słowa. Widziałem, jak Rea płonęła, chłopcze -?odpowiada. -?Rdzeń
toczy choroba, na którą jedynym lekiem jest kwarantanna. Nie powinno nas
tu być. Jesteśmy jednak. Kiedy odejdziemy, spalimy za sobą mosty.
Tyle, jeśli idzie o moje marzenie o zjednoczeniu.
-?Diomedesie, z pewnością dostrzegasz wartość w utrzymaniu łączności
między Obrzeżem a Rdzeniem. Mając waszą agrokulturę i projekty statków
oraz nasze zasoby ludzkie i surowce, możemy spojrzeć poza ogród tego
małego słońca. Wśród gwiazd czekają światy na wybudowanie.
-?Jestem prostym rycerzem -?odpowiada, chociaż wyczuwam, że się
powstrzymuje. Właściwie po tym jak widziałem go walczącego na Obrzeżu,
czuję, że jego panowanie nad sobą to jedyna rzecz, która chroni nas
wszystkich. -?Nie uważam za roztropne, aby niedoświadczeni ludzie
wypowiadali się w kwestiach wagi państwowej.
-?O ile wiem, "prosty" to zdecydowanie niewłaściwe określenie -
odpowiadam.
Helios śmieje się w głos.
-?Proszę, mylili się. Nie oślepiło cię własne odbicie. A przynajmniej
nie na oboje oczu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Dramatis person?
Republika Solarna
Darrow z Lykos / Żniwiarz -?arcyimperator Republiki Solarnej, mąż
Virginii, Czerwony
Virginia Augustus / Mustang -?aktualna Suwerenka Republiki Solarnej,
żona Darrowa, prymus domu Augustus, siostra Szakala z Marsa, Złota
Pax Augustus -?syn Darrowa i Virginii, Złoty
Dio z Lykos -?siostra Eo, żona Kierana z Lykos, matka Rhonny, Czerwona
Kieran z Lykos -?brat Darrowa, arcygubernator Marsa, Czerwony
Rhonna z Lykos -?bratanica Darrowa, córka Kierana, Wyjec, lansjer,
Szczeniak nr Dwa, Czerwona, zaginęła podczas upadku Heliopolis
Deanna z Lykos -?matka Darrowa, Czerwona
Sevro Barca / Goblin -?imperator Republiki, mąż Victry, Wyjec, Złoty
Victra Barca -?żona Sevro, z domu au Julii, Złota
Electra Barca -?córka Sevro i Victry, Złota
Ulysses Barca -?syn Sevro i Victry, zabity przez Harmony i Czerwoną Rękę
Dancer / senator O'Faran -?senator, niegdyś jeden z dowódców Synów
Aresa, trybun bloku Czerwonych, Czerwony, zabity w Dniu Czerwonych
Gołębi
Kavax Telemanus -?prymus domu Telemanus, klient domu Augustus, Złoty
Niobe Telemanus -?żona Kavaxa, klient domu Augustus, Złota
Daxo Telemanus -?dziedzic domu Telemanus, syn Kavaxa i Niobe, senator,
trybun bloku Złotych, Złoty, zabity przez Lilath au Faran
Thraxa Telemanus -?pretor Wolnych Legionów, córka Kavaxa i Niobe, Wyjec,
Złota
Alexandar Arcos -?najstarszy wnuk Lorna au Arcos, dziedzic domu Arcos,
sprzymierzony z domem Augustus, lansjer, Szczeniak Jeden, Złoty, zabity
przez Lysandra au Lune
Lorn au Arcos -?były Rycerz Gniewu, głowa domu Arcos, mentor Darrowa z Lykos, Złoty, zabity przez Lilath au Faran i Adriusa au Augustus
Cadus Harnassus -?imperator Republiki, zastępca dowódcy Wolnych
Legionów, inżynier, Pomarańczowy
Orion Aquarii -?nawarcha Republiki, imperator Białej Floty, Niebieska,
zabita podczas operacji Tartar
Oro Sculpturus -?nawarcha Republiki, dowódca obrony gwiezdnej Fobosa,
Niebieski
Colloway Char -?pilot z największą liczbą zestrzeleń we flocie
Republiki, Wyjec, Niebieski
Holiday Nakamura -?dux Lwiej Gwardii Virginii, siostra Trigga, klient
domu Augustus, centurion Legionu Pegaz, Szara
Żywe Srebro / Regulus Sun -?najbogatszy człowiek w Republice, szef Sun
Industries, Srebrny
Matteo -?mąż Regulusa Sun, Różowy
Theodora -?przywódczyni agentów zwanych Drzazgami, klient domu Augustus,
Różowa Róża, stracona przez Vox Populi
Błazen -?Wyjec, klient domu Barca, Złoty
Pestka -?Wyjec, klient domu Barca, Złota
Min Min -?Wyjec, snajper i ekspert od uzbrojenia, klient domu Barca,
Czerwona, zabita przez Plugastwo
Brzydal -?Wyjec, klient domu Augustus, Złoty
Cassius au Bellona -?syn Julii au Bellona, były Olimpijski Rycerz, dawny
mentor Lysandra au Lune, Złoty
Wspólnota
Atalantia au Grimmus -?dyktatorka Wspólnoty, córka Pana Popiołów Magnusa
au Grimmus, siostra Ai i Moiry, były klient domu Lune, Złota
Lysander au Lune -?wnuk byłej Suwerenki Octavii, dziedzic rodu Lune,
patrona domu Grimmus, Złoty
Atlas au Raa / Rycerz Strachu -?brat Romulusa au Raa, legat Legionu Zero
("Gorgony"), dawniej pod kuratelą domu Lune, klient domu Grimmus, Złoty
Ajax au Grimmus / Rycerz Burzy -?syn Ai au Grimmus i Atlasa au Raa,
dziedzic domu Grimmus, legat Żelaznych Lampartów, Złoty
Kalindora au San / Rycerz Miłości -?Olimpijski Rycerz, ciotka Alexandra
au Arcosa, klient domu Grimmus, Złota
Julia au Bellona -?matka Cassiusa, który nie utrzymuje z nią kontaktów,
nieprzyjaciółka Darrowa, prymus pozostałości domu Bellona, princeps
senatus Dwustu, Złota
Pallas au Grecca -?kapitan drużyny rydwanowej domu Bellona, klientka
tego domu, Złota
Scorpio au Votum -?prymus domu Votum, Złoty
Cicero au Votum -?dziedzic domu Votum, legat Legionu Skorpion, Złoty
Cipio au Falthe -?prymus domu Falthe (wojownicy z Ziemi mający obsesję
na punkcie czystości)
Asmodeus au Carthii -?prymus domu Carthii (stoczniowcy z Wenus), Złoty
Rhone ti Flavinius -?dux domu Lune, dowódca Legio XIII Dracones
(Straży Pretoriańskiej), Szary
Demetrius ti Interimo -?centurion Legio XIII Dracones z Luny, Szary
Markus ti Lacrima -?centurion Legio XIII Dracones z Luny, Szary
Drusilla ti Pistris -?dekurionka Legio XIII Dracones z Luny, Szara
Kyber ti Umbra -?legionistka z Legio XIII Dracones z Luny, Szept
Lysandra au Lune, Szara
Magnus au Grimmus / Pan Popiołów -?były arcyimperator za rządów Octavii
au Lune, Niszczyciel Rei, Złoty, zabity przez Wyjców i Apolloniusa au
Valii Rath
Octavia au Lune -?była Suwerenka Wspólnoty, babka Lysandra, Złota,
zabita przez Darrowa
Aja au Grimmus -?córka Pana Popiołów Magnusa au Grimmus, Złota, zabita
przez Sevro, Cassiusa, Virginię i Darrowa
Glirastes Mistrz Stwórca -?architekt i wynalazca, Pomarańczowy
Exeter -?pokojowiec Glirastesa, Brązowy
Pytha xe Virgus -?kapitan Światłodawcy, była druga pilotka
Archimedesa, Niebieska
Dominium Obrzeża
Dido au Raa -?współkonsul Dominium Obrzeża, żona byłego Suwerena
Dominium Obrzeża Romulusa au Raa, z domu au Saud, Złota
Diomedes au Raa / Rycerz Burzy -?syn Romulusa i Dido, taksarcha Falangi
Błyskawicy, Złoty
Seraphina au Raa -?córka Romulusa i Dido, lochagos Jedenastej Jazdy
Pyłu, Złota, zginęła w bitwie
Helios au Lux -?współkonsul Dominium Obrzeża dzielący urząd z Dido, były
Rycerz Prawdy, Złoty
Romulus au Raa / Władca Pyłu -?były prymus domu Raa i Suweren Dominium
Obrzeża, Złoty, popełnił rytualne samobójstwo
Gaia au Raa -?matka Romulusa au Raa i babka Diomedesa i Thalii, Złota
Thalia au Raa -?młodsza siostra Diomedesa, Złota
Vela au Raa -?siostra Atlasa i Romulusa, legatka, Złota
Grecca au Codovan -?władczyni Ganimedesa, Złota
Obsydianowi
Sefi Milcząca -?królowa Obsydianowych, przywódczyni Walkirii, siostra
Ragnara Volarusa, Obsydianowa, zabita przez Volsunga Fá
Valdir Nieścięty -?wódz wojenny, partner królowej Sefi, uwięziony za
zdradę Republiki, Obsydianowy
Ragnar Volarus -?były przywódca Obsydianowych, Wyjec, Obsydianowy,
zabity przez Aję au Grimmus
Volsung Fá -?król Obsydianowych, ojciec Sefi, dziadek Volgi Fjorgan,
znany niegdyś jako Vagnar Hefga, Obsydianowy
Volga Fjorgan -?córka Ragnara, była współpracowniczka Ephraima ti Horn,
Obsydianowa
Ur Pożeracz Radości -?zwany Włócznią Tronu Ultima Thule, Obsydianowy
Skarde Olsgur -?jarl Volk, z plemienia Krwawego Barana, Obsydianowy
Sigurd Olsgur -?syn Skarde'a, wojownik z plemienia Krwawego Barana
Inni
Aurae -?hetera domu Raa i towarzyszka Cassiusa, Różowa
Apollonius au Valii Rath / Minotaur -?dziedzic domu Valii Rath,
wielomówny, Złoty
Tharsus au Rath -?brat Apolloniusa au Valii Rath, Złoty
Vorkian ti Hadriana -?centurion legionów domu Rath, Szary
Lyria z Lagalos -?Gamma z Marsa, klient domu Telemanus, Czerwona
Liam z Lagalos -?siostrzeniec Lyrii, klient domu Telemanus, Czerwony
Cheon -?chiliarcha Czarnych Sów, Córka Ateny, Czerwona
Harmony -?przywódczyni Czerwonej Ręki, była członkini Synów Aresa,
Czerwona, zabita przez Victrę
Figment -?wolny strzelec, Brązowa
Fitchner au Barca / Ares -?były przywódca Synów Aresa, ojciec Sevro,
Złoty, zabity przez Cassiusa au Bellona
Ephraim ti Horn -?wolny strzelec, były członek Synów Aresa, mąż Trigga
ti Nakamura, Szary, zabity przez Volsunga Fá
Rozdział 1. Darrow. Rozbitek
1
Darrow
Rozbitek
Nasze słońce unosi się w ciemności w asyście księżyców zrobionych ze
śmieci. Dawno temu, kiedy planety zostały przekształcone przez rodzaj
ludzki, pozostałości po wielkich przedsięwzięciach terraformujących
stopiono za pomocą pras orbitalnych w kule wielkości księżyców i pchnięto w stronę Sola. Większość tych śmieci, pochwyconych przez
grawitację słońca, dokonała żywota po trwającym stulecia marszu
pogrzebowym w jego nuklearnych piecach, ale kilkaset guzdrał nadal
krążyło wokół swojego ostatecznego miejsca zgonu.
Przycumowany do jałowego krajobrazu zapomnianego odpadkowego księżyca,
który kiedyś nosił nazwę katalogową Piechur-1632, wrak korwety zwanej
Archimedesem ukrywa się w cieniu rzucanym przez wysoką na kilometr
skarpę ze śmieci. Marsjańscy niewolnicy, zamienieni w żołnierzy, których
następnie zamieniono w rozbitków, pełzają po statku. Nasze palniki
spawalnicze rozbłyskują na kadłubie. Nasze skafandry kosmiczne to
cuchnące mokradła. Utknęliśmy dwieście milionów kilometrów od domu, a ja
gotuję się w pocie, mdłościach i niezadowoleniu.
Ten cholerny Bellona. Arogancki Niezrównany palant.
Połamię mu kolana, jeśli jeszcze kiedyś go zobaczę. To on powinien się
czołgać po tym kadłubie. Powiedziałbym mu to prosto w twarz, ale on
zabrał jedyny relikt w hangarze bazy, jaki jeszcze był w stanie latać, i wykradł się wraz z Aurae, swoją Różową wspólniczką, kiedy spałem. Nagrał
krótką wiadomość z dobrą radą, żebym zajął się swoimi ranami, i zostawił
po sobie bałagan, którego sam narobił -?swój okaleczony statek -?żebyśmy
go naprawili. Łajdak.
Ponad dziesięć lat z dala od przestronnych grobowców Olimpii ani
odrobinę nie umniejszyło spektakularnego zacięcia Cassiusa do okazywania
protekcjonalności. A co najgorsze, w sposób absolutnie dla siebie typowy
nie śpieszy się. Sześć tygodni temu wyruszył z misją do Gwiezdnej
Faktorii -?ekliptycznej placówki handlowej położonej pomiędzy orbitami
Merkurego i Wenus -?żeby zdobyć hel potrzebny nam do Archimedesa. A w tym czasie ja albo gniję w starej bazie Synów Aresa ukrytej w brzuchu
śmieciowego księżyca, albo siedzę przyssany do burty jego statku jak
pracowita pąkla, zabijam czas spawaniem i zarazem wiem, że tego czasu
zostaje nam coraz mniej.
Do diabła, możliwe, że już w ogóle go nie mamy.
Pozbawiony łączności ze światem zewnętrznym, nie mam pojęcia, jaki obrót
przybrała wojna, którą zacząłem. Nie wiem, czy Virginia i Victra zdołały
przetrwać zjednoczenie Złotych z Obrzeża i Rdzenia. Nie mam pojęcia, czy
Sefi powróciła do Republiki i czy Lysander wykorzystał moją porażkę na
Merkurym, żeby wspiąć się na Tron Poranka.
Nie wiem, czy wróg nie spalił już Marsa, mojej rodziny, mojego domu.
Myślę o Marsie, o wyżynnych wrzosowiskach i szepczących lasach...
Nie. Virginia kazała mi wytrwać.
Już raz zostałem uwięziony. Wiem, że muszę odepchnąć myśli o domu, zanim
zamienią mnie we wrak człowieka. Nie pierwszy raz szukam schronienia w gniewie. Chcę walczyć. Potrzebuję walki. Takim mnie stworzono -?bym
spalał się w wiecznej daremnej walce. Jednak zamiast niej, zamiast ruchu
naprzód, który koi moją niespokojną naturę, dostaję jedynie monotonny
szum generatorów i dni zlewające się ze sobą, nieskończoną litanię
codziennych obowiązków.
Ja zacząłem tę wojnę. Inni ją kończą. Muszę uciec. Atalantia musi
umrzeć. Atlas musi umrzeć. Lysander musi umrzeć. Wyobrażam sobie, jak
płaszczą się przede mną, moje uszy są głuche na ich błagania, moja dłoń
wyciska z nich życie, kiedy krew wzbiera w ich oczach.
Te krwawe fantazje w żadnej mierze nie łagodzą mojego przygnębienia.
Gniew, który kiedyś sprawiał, że planety drżały, został pozbawiony
zębów. Odebrano mi mój mit, zadając klęskę, pozbawiono mnie armii za
sprawą moich błędów, straciłem przyjaciół i rodzinę z powodu wymagań,
jakie im stawiałem, i wiem, że nienawiść nie zwróci mi tego, co
przepadło, i nie naprawi tego, co zniszczyłem.
Słońce szalało przez ponad cztery i pół miliarda lat. Ja szalałem przez
szesnaście. Nic dziwnego, że słońce ma więcej paliwa na zbyciu. Nawet
mój gniew na Cassiusa wydaje się nieszczery. Nie mam już czym go karmić,
nie jestem w stanie żywić tego wiecznego gniewu na siebie i innych. Nie
po tym, co zrobiłem.
Uciekłem z Merkurego, ocaliłem życie za cenę Wolnych Legionów i tego, co
ostało się z mojego szacunku dla samego siebie. Poprowadziłem dzieci
Marsa na planetę z dala od ich domu, obiecawszy im, że zakończymy wojnę,
by następnie porzucić je na pastwę wroga i ratować własną skórę. Moje
serce zostało pochowane wraz z moją armią w tamtejszych piaskach.
Jednakże moje ciało nadal wlecze się przed siebie, jak to ono, bez
względu na zniszczenie, jakie zostawia za sobą.
Odkąd wymknąłem się z Merkurego z garstką moich ludzi, zsuwamy się po
równi pochyłej. Cassius uratował nas ledwie dwustu z Heliopolis, ale
ucieczka nie okazała się prosta. Dręczeni przez dewastatory Grimmusów,
rozminęliśmy się z flotą Telemanusów. Przegapiliśmy naszą szansę na
powrót do domu. Ledwie udało nam się dokuśtykać do bazy na Piechurze,
zanim Cassius odleciał.
Ciszę przerywają tylko rozmowy innych spawaczy. Jeden opowiada dowcip,
dostatecznie zabawny, żebym na chwilę przestał się biczować. Słucham
innych głosów. Przypominają mi wiertaczy gawędzących w tunelu nad moim
świdroSzponem w Lykos. Ich kiepskie żarty działają kojąco, moje myśli
powracają do zniszczonej książki, którą Aurae zostawiła w hełmie mojego
skafandra kosmicznego, zanim wymknęła się z Cassiusem.
W liściku, który zostawiła razem z tomikiem, napisała, że był on jej
ścieżką przez ciemność niewoli na Obrzeżu. Czułem wściekłość po tym, jak
Aurae i Cassius odlecieli, niewiele brakowało, a wykorzystałbym tę
książkę w charakterze papieru toaletowego. Jednakże zawsze czułem, że
Różowi są najbardziej uciskanym z Kolorów, a ich ciężki los przepoił
niektórych nadnaturalną siłą wewnętrzną. Nauczyły mnie tego Evey i Theodora. Dlatego bardziej z szacunku dla nich niż dla Aurae
przeczytałem pierwszą stronę. Szybko zaczęła irytować mnie mętność
stylu. Jakbym czytał księgę wróżb, powtarzającą oklepane mądrości w postaci ezoterycznych metafor. Mimo to zapamiętałem kilka linijek, które
wydały mi się celne.
"Ścieżkę wybrukowano kamieniami, które wydają się identyczne. Kiedy
kroczysz po złu, nie zatrzymujesz się dla odpoczynku i nie patrzysz w dół, bo dobro może znajdować się zaledwie jeden krok dalej. Następny
może oznaczać koniec, kolejny radość, ale kamienie nie są twoim celem.
Są tylko twoją drogą do końca ścieżki".
Zastanawiam się nad tymi słowami, kiedy spawam nowy arkusz do kadłuba.
Może to tylko kolejny kamień na brukowanej drodze. Może to nie jest
miejsce wiecznego potępienia. Może to dar.
Prawda jest taka, że powinienem był umrzeć na Merkurym. Prawda jest
taka, że wszystko po tamtym piekle naprawdę jest darem, nawet to
miejsce. Naprawianie stareńkiej pięćdziesięciometrowej korwety może być
nużące, ale praca daje człowiekowi cel. Każdy przyspawany arkusz to krok
naprzód. A każdy taki krok naprzód zbliża mnie do rodziny. Wrócimy do
domu. Pod warunkiem, że Cassius wróci z helem, którego potrzebujemy do
reaktora. A także pod warunkiem, że Harnassusowi rzeczywiście uda się
naprawić reaktor.
Może dziś wieczorem przeczytam kolejną stronę.
Chociaż uparty ze mnie sukinsyn, więc może jednak nie.
W moim systemie łączności rozlegają się trzaski.
-?Spawacz dwadzieścia trzy, jak mnie słyszysz? -?Chowam palnik i odsuwam
się na linie zabezpieczającej. -?Spawacz dwadzieścia trzy. Zapomnij na
chwilę o swoich egzystencjalnych lękach i odpowiedz...
-?Tu spawacz dwadzieścia trzy. Co jest grane, Thraxa? Wysypka znowu daje
ci się we znaki?
Nie mogąc znaleźć żadnego skafandra dość szerokiego, żeby pomieścił jej
kolosalne uda, wojownicza Thraxa ugrzęzła w bazie. Codziennie narzeka,
że wolałaby honorowe samobójstwo, które zamierzała popełnić w Heliopolis, od codziennej nudy zarządzania zmianami.
-?Słońce wzejdzie za trzydzieści minut. Bądź tak miły i zbierz swoją
drużynę, zanim ugotujecie się w skafandrach.
Oglądam się przez ramię na wschodni horyzont śmieciowego księżyca.
-?Nie za wcześnie?
-?Masa Archimedesa przyśpiesza obroty księżyca. Wszyscy wiemy, że
przespałeś zajęcia z fizyki, ale zaufaj mi w tej kwestii albo jutro twój
kutas będzie wyglądał jak hydra. I bez tego zostałeś solidnie
napromieniowany.
-?Możemy na tej zmianie skończyć kadłub -?odpowiadam.
-?Następna zmiana może go skończyć. Zresztą donikąd się nie wybieramy
bez helu i naprawionego reaktora. Wracaj.
Niechętnie zgadzam się i ogłaszam swojej ekipie koniec zmiany. Spawacze
śmigają wzdłuż lin zabezpieczających z powrotem do bazy, a ja ich liczę.
Kiedy ostatni ląduje w bazie, schodzę z kadłuba, odpycham się i zsuwam
do śluzy.
Przy śluzie zatrzymuję się, żeby zrobić coś, czego nie robiłem ani razu
podczas moich zmian przy spawaniu. Oglądam się na skalisty horyzont.
Cieniutki sierp słońca wychodzi zza księżyca. Żar zniekształca cętkowaną
powierzchnię, kaldery rozprężeniowe wypuczają się, aż buchają pyłem i toksycznymi gazami. Pył i gaz łączą się wokół skarpy z zielono czarnego
plastiku i w końcu wyciągają się za księżycem w postaci ogona jarzących
się cząsteczek.
Widziałem rzeczy, których Czerwonemu górnikowi nigdy nie powinno być
dane ujrzeć. Niewypowiedzianą zgrozę, niemożliwe piękno. Rzeczy, przy
których ten ogon z cząsteczek wydałby się czymś zwyczajnym. Dzisiaj
jednak odbieram to inaczej. Odrobinę bardziej chcę dostrzec piękno
tutaj, na tym kamieniu w brukowanej drodze. Może to przez tę książkę.
Może to wpływ napromieniowania. Bez względu na powód czuję, że dziś mam
dość siły, aby spojrzeć w innym kierunku, poza mroczną sylwetkę
Archimedesa, ku rozległej połaci gwiazd w dali, gdzie mój wzrok
zatrzymuje się na słabym, czerwonawym światełku.
Dom.
Kosmos jest pusty i milczący, ale moją pamięć wypełnia bogactwo dźwięków
z domu. Zamykam oczy i słyszę szept bogoDrzewi, szum Morza Termicznego,
łopot skrzydeł gryfa, Victrę krzyczącą na Sofoklesa, Sevro rechocącego z córkami, brzęki i warkot, gdy Pax majstruje coś w warsztacie, głos mojej
żony.
Przez jedną idealną chwilę widzę obiecany świt, mój powrót na Marsa, do
domu. A potem wszystko znika. Księżyc obrócił się do słońca. Światło
przepala się przez moje powieki i w końcu nawet moje złote oczy nie mogą
tego dłużej znosić. Czas zejść.
Rozdział 2. Darrow. Książka
2
Darrow
Książka
O ile Merkury był nieustannym atakiem na moje nerwy, o tyle Piechur 1632
jest powolnym oblężeniem mojego umysłu.
Dawna baza Synów Aresa to spartańskie, klaustrofobiczne miejsce.
Zbudowano ją wewnątrz Piechura, żeby zapewnić pierwszym komandosom Synów
ukrytą przystań, skąd mogliby nękać wenusjańskich panów niewolników.
Porzucono ją jedenaście lat temu, kiedy tutejszy garnizon dołączył do
mojej floty w desperackim ataku na Lunę. Osiem miesięcy temu dowlekliśmy
się do niej i przekonaliśmy się, że jej korytarze są zimne i otwarte na
próżnię. Uruchomiliśmy ponownie generator zasilany z baterii słonecznych
i udało nam się przywrócić warunki do zamieszkania. Znaleźliśmy zapasy
wody i kalorii, kiedy najbardziej tego potrzebowaliśmy. Jednak
temperatura i grawitacja pozostają niskie, a wrogie promieniowanie poza
wyłożonymi ołowiem ścianami sprawia, że czujemy się jak podczas
oblężenia. I tak wyglądamy. Jesteśmy chudzi i bladzi, mimo słonecznych
blizn po Merkurym na twarzach. Prawie wszyscy wyłysieliśmy, a ci, którzy
mogą, noszą brody na pamiątkę Ragnara.
Oderwani od wojny, nieświadomi ruchów przyjaciół i wrogów, odcięci od
wszelkiej łączności z domem, żyjemy zmartwieniem, które towarzyszy nam
jak stały refren. Rutyna jest naszym jedynym wybawieniem.
Martwię się o syna, kiedy razem z resztą mojej drużyny przechodzę
dekontaminację w myjni i ściskam kluczyk do grawicykla, który dostałem
od niego przed wyjazdem z Luny, tak jak kiedyś ściskałem obrączkę Eo w myjni w Lykos. Martwię się o Virginię, kiedy garbiąc się idę wąskimi,
wyciętymi świdrami korytarzami do mesy. Siorbiąc liofilizowaną papkę
białkową, martwię się o Sevro, który przepadł bez śladu, gdy Luna wpadła
w ręce Vox. Pozostali, równie łysi jak ja, też się martwią. O swoich
własnych bliskich. O domy. Stracony czas. Stracone światy. Razem
tworzymy morze zmartwienia w słabym blasku chemicznych świateł. Staramy
się ukrywać te troski przed sobą nawzajem jak coś mrocznego, sekretnego
i wstydliwego. Jak wszyscy zagubieni żołnierze, moi ocaleńcy są zmęczeni
i cisi -?poza tymi chwilami, w których są groteskowi, nonszalanccy albo
wulgarni. Szczerość ujawnia się tylko w skrępowanym milczeniu albo tych
cichych momentach, gdy lira Aurae wypełnia mesę pieśniami z Obrzeża,
które jakimś cudem przypominają nam o naszych własnych domach.
Nie pierwszy raz brakuje mi jej piosenek. Jest inaczej, odkąd wymknęła
się razem z Cassiusem.
Jem szybko, odstawiam tacę, życzę dobrej nocy moim żołnierzom i opieram
się pokusie rzucenia im żartu, żeby otrzymać od nich uśmiech. Wiedzą, że
ich przyjaciele zginęli przez moje błędy. Wiedzą też, że w następnym
cyklu znowu zajeżdżę ich przy pracy prawie na śmierć. To moje zadanie.
Jeśli nie korzystasz z maszyny, psuje się. Jak Synowie Aresa, kiedy
wcieliliśmy ich stopniowo do wojska Republiki. Albo ta baza. Z kolei
narzędzie, którym posługujesz się zbyt często, rozpada się -?jak Orion
na Merkurym. Jak Sevro na Wenus. Dowodzenie to stąpanie po cienkiej
linie, zwłaszcza gdy przegrywasz.
Zaglądam do warsztatu, żeby zorientować się w postępach w pracy
Harnassusa, i zastaję go ze stadkiem mechaników pochylonych nad
częściami z reaktora Archimedesa. Mężczyzna o wydatnych kostkach dłoni
i nosie pijaka trochę przypomina małpę. Ma bujniejszą brodę niż ja,
poprzetykaną siwizną. Klucze i wkrętarki pobrzękują w tle, kiedy
podchodzi, żeby ze mną porozmawiać.
-?Cześć, Cadus.
-?Cześć. Podobno kadłub jest już gotowy?
-?Prawie. Trzecia zmiana będzie miała zaszczyt zakończyć prace. Nie
zajmie im to więcej niż pół godziny. Jesteś pewien, że powłoka wciąż
będzie nas chronić przed czujnikami? Tylko dzięki temu mamy szansę
wrócić do domu.
-?Teoretycznie tak. Pod warunkiem, że nie rozcieńczymy za bardzo warstwy
powlekającej. Mamy szansę skończyć zaraz po was.
Rozpromieniam się.
-?Naprawdę? Próby, które przeprowadziliście, nie wyglądały
pierwszorzędnie...
-?Bo nie jesteś inżynierem. Jeśli dostaniemy potrzebny hel, Archimedes
będzie gotowy do lotu, kiedy Bellona wróci. O ile właśnie Grimmus go nie
torturuje.
-?Pewnie jesteś jedynym, który wierzy, że on zamierza wrócić -?mówię,
zerkając na jego ludzi.
Wzrusza ramionami.
-?Nie byłoby nas, żebyśmy mogli w niego wątpić, gdyby wcześniej nas nie
uratował. Obawiam się jednak, że chuć go oślepia. Powinniśmy bardziej
uważać na tę jego Różową.
-?Co prawda to nie nasza sprawa, ale wątpię, żeby sypiali ze sobą.
Harnassus jest zaszokowany.
-?Serio? Facet jest w niej zadurzony po uszy.
-?Wątpię, żeby miał coś do powiedzenia w tej kwestii.
Po wylądowaniu na Piechurze Cassius opowiedział mi o swojej ucieczce z Obrzeża. Był tam więźniem razem z Lysandrem i został zmuszony do serii
nieuczciwych pojedynków na Io. Zaimponował Diomedesowi au Raa, który
sfingował jego śmierć, żeby go ochronić po tym, jak wyszedł z walk cało.
Ukrył Cassiusa w swojej posiadłości w pobliżu Europy, a w zamian Cassius
dał mu słowo, że nie ucieknie do czasu zakończenia wojny. Aurae, hetera
domu Raa, pomogła Cassiusowi wymknąć się z posiadłości Diomedesa na
Archimedesie. Twierdziła, że sympatyzuje z Republiką. Razem pognali do
Rdzenia, żeby ostrzec Republikę przed zamiarem Obrzeża włączenia się do
wojny. Spóźnili się. Od tamtego czasu Aurae jest członkinią załogi
Cassiusa.
-?No dobrze, nawet jeśli się nie bzykają, tylko dlatego, że wygląda jak
driada, śpiewa jak syrena, przemawia jak wyrocznia i ma cholerne alibi,
nie znaczy, że nie jest agentką Kryptei.
-?Gdyby pracowała dla wywiadu Obrzeża, już byśmy nie żyli -?odpowiadam.
Nazywanie Kryptei wywiadem Obrzeża to komplement. Oczywiście praca
wywiadowcza należy do ich obowiązków, ale najważniejszym i najbardziej
podstępnym zadaniem jest utrzymanie hierarchii w Dominium za wszelką
cenę.
-?Chyba że właśnie kieruje na nas Krypteję. Musisz to przyznać:
opanowała zdumiewający wachlarz umiejętności nawet jak na heterę Raa.
Medycznych, inżynierskich. Nie do końca mieszczą się w zakresie
kompetencji kurtyzany.
Mrużę oczy.
-?Rozmawiałeś z Brzydalem, co?
Krzywi się.
-?Facet lubi ostatnio pogadać. Sieje zwątpienie, jakby to było jego
powołanie. Może powinieneś do niego zajrzeć?
Nie wiem, czy mam jeszcze do powiedzenia cokolwiek, co wyciągnęłoby
Brzydala z depresji. Przychodzi mi jednak do głowy pewna myśl: może
książka Aurae bardziej przemówi do niego niż do mnie. Brzydal lubi
czytać.
Ściskam Harnassusa za ramię i ruszam do wyjścia.
-?Cadusie! -?wołam jeszcze. -?Jeśli uważasz, że Aurae jest z Kryptei, to
czemu zrobiłeś jej lirę?
Zanim odleciała z Cassiusem, Aurae grała na lirze i śpiewała pieśni ze
swoich światów żołnierzom przy kolacji. Harnassus nigdy nie przegapił
jej występu.
-?Dla żołnierzy -?kłamie, rumieniąc się.
***
Wmawiam sobie, że zaglądam do Brzydala, żeby dodać mu otuchy, ale tak
naprawdę robię to, bo sam czuję się samotny. Ze wszystkich ocalałych
tylko z nim łączą mnie wspólne wspomnienia z Instytutu. Szukam tej
iskierki z naszych dni dawnej chwały u starego członka mojego stada.
Biorę dwa termosy rozwodnionej kawy z przetwornika, zgarniam swoją torbę
treningową i książkę Aurae z pokoju i idę przez górny labirynt bazy do
pokoju łączności. Zastaję Brzydala skąpanego w blasku monitorów pod
termalnymi kocami obok grzejnika. Wygląda bardziej jak ożywiony stos
prania niż legenda, którą był. Serce mi pęka.
Brzydal nie jest powszechnie docenianym człowiekiem, ponieważ jego
poświęcenia zawsze miały miejsce w cieniu -?ku jego wielkiemu
rozgoryczeniu. Marzy mu się światowe życie, zazdrości sławy Collowayowi
albo Sevro. Kiedy go poznałem w Instytucie, był brzydkim i leniwym
darmozjadem. Nadal jest darmozjadem i prędzej amputowałby sobie jądro
niż zapłacił za drinka, ale po trzech latach pracy na tyłach wroga (po
tym, jak Mickey go wyrzeźbił, a Theodora stworzyła mu nową tożsamość,
żeby mógł przeniknąć do Legionów Popiołów), nikt nie mógłby o nim
powiedzieć, że jest leniwy.
Początkowo zachwycił się tajną misją. Wcześniej był wiecznie
zakompleksiony, za to kiedy wynurzył się z sali pooperacyjnej Mickeya -
barczysty, z surową twarzą Rzymianina i podbródkiem niemal równie
doskonałym jak podbródek Cassiusa i tylko odrobinę większym -?pierwszy
raz zobaczyłem człowieka, który tak dobrze czułby się we własnej skórze.
-?Teraz wyglądam godnie, stary, teraz wyglądam, psiajucha, jak ktoś
godny zerżnąć całą trupę baletową. Jaki znowu Bellona? Legiony Popiołów,
nadchodzę -?powiedział, przyjmując olimpijską pozę.
Był nagi. Miał epickie proporcje. Nawet Theodora zaklaskała.
A teraz? Teraz Brzydal znowu jest brzydki i nienawidzi tego. Kiedy
Heliopolis upadło, został oskalpowany i stracił nogę. Ukrywa siną
bliznę, która zaczyna się tuż nad jego brwiami, pod wełnianą czapką, ale
w magazynach w bazie nie znaleźliśmy protez, więc musi mu wystarczyć
plastikowy kołek z piankową podkładką w miejscu styku z kikutem.
Moje dowodzenie zniszczyło tego człowieka. Dwa razy. Gorycz sączy się z jego każdego słowa, ale trwał przy mnie w Heliopolis, zanim upadło.
Pomógł mi otrząsnąć się z rozpaczy. Więc teraz ja mogę przełknąć jego
gorycz.
-?Jakieś wieści od Bellony? -?pytam, podając mu kawę.
Nie dziękuje.
-?O, to dzisiaj nazywamy tego, który ściął głowę Aresowi, jego
prawdziwym imieniem? -?Dąsa się. -?Niestety Podbródek i Syrena nadal się
błąkają.
-?Zawsze musisz o tym przypominać?
-?Daj spokój, wczorajsza rozmowa była taka zabawna. Tyle miałeś
przymiotników dla Nieodpowiedzialnej Pizdy. Orlego Zdrajcy. A nawet parę
przysłówków.
-?Byłem...
-?Zgorzkniały i pijany? Jesteś chodzącym gniewem, gdy jesteś zgorzkniały
i pijany. Naprawdę myślę, że ta wojna już byłaby wygrana, gdybyś
funkcjonował w ten sposób przez cały czas, ale obawiam się, że wtedy
zostalibyśmy tylko my dwaj i nasza autarkia. -?Śmieje się z własnego
doboru słów, wysoka mowa kontrastuje z jego niskim urodzeniem. -?Bądźmy
szczerzy, każdy czuje gorycz w kwestii Bellony, przez całe życie. Ten
Wstrętny Adonis dostał wszystkie dobre karty, co?
-?I żadną nie zagrał, jak trzeba.
-?Z wyjątkiem tego podbródka z dołeczkiem. Och, te oblane rosą doliny,
które zbadał... Królestwo za to, żeby być włoskiem na tej brodzie.
Opieram się pokusie zerknięcia na jego podbródek z dołeczkiem. W przeciwieństwie do całej naszej reszty Brzydal nadal goli się gładko.
-?Masz cokolwiek na czujnikach? -?pytam.
-?Zero, mój łysy i brodaty panie. -?Obejmuje obiema dłońmi termos, żeby
je ogrzać. Paznokcie ma obgryzione do żywego. -?Radar i lidar wciąż są
zwalone. Próbowałem stworzyć jakieś filtry, żeby odcedzić zupę, zresztą
sam wiesz wszystko. -?Pije kawę, przełyka i odchyla głowę. -?Może dla
ciebie rutyna to zdrowie psychiczne, ale mnie doprowadzasz do
szaleństwa.
-?Nie wychodziłeś stąd od trzech dni. -?Kiwam głową na wiadro z nieczystościami. -?Twój wystrój wnętrza zaczyna bardzo przypominać styl
Sevro.
Rozgląda się.
-?Zero nefrytów. Zero złotych ścian. Zero jedwabi. To nie ma nic
wspólnego z legowiskiem tego dezertera.
-?Brzydal, wiesz, że postąpił tak, jak uważał za słuszne.
Brzydal spluwa na ziemię.
-?Spędziłem trzy lata wśród socjopatów Atalantii dla Republiki, kiedy on
przyssał się do cycka swojej Złotej królowej. A popatrz na moją nagrodę.
-?Zdejmuje czapkę i pokazuje okaleczoną głowę. -?Kiedy my umieraliśmy,
Sevro czmychnął do domu. A ja czekam tu, aż ta Różowa doprowadzi do nas
Jeźdźców Pyłu.
-?Fakt, że nieprzeciętna z niej osóbka, ale nie jest z Kryptei.
Brzydal marszczy brwi.
-?To czym jest?
Zastanawiam się nad umiejętnościami Aurae, nad książką, nad tym, że
czasem patrzy na mnie jak sędzia.
-?Przyjaciółką. Mam nadzieję.
-?Módlmy się, żebyś miał rację. Bo oni tam są i polują na nas. Będą
chcieli ściąć ci głowę za zniszczenie stoczni na Ganimedesie. Tobie i Victrze. A Jeźdźcy Pyłu nigdy nie przestają, dopóki nie osiągną celu.
Podzielam jego szacunek dla oddziałów tropicieli z Obrzeża, ale nie
mówię o nich podenerwowanym tenorem. To by zakrawało niemal na ironię
losu, gdyby nas znaleźli i zawlekli mnie z powrotem na Obrzeże, żebym
zapłacił za swoje grzechy. Jednak to nie z ich powodu i nie z powodu
Aurae Brzydal sra do wiadra, bo boi się opuścić stację czujników. I nie
chodzi też o Ajaxa au Grimmus, który najbardziej zbliżył się do odkrycia
nas, kiedy pięć miesięcy temu jego niszczyciel, Pantera, przeleciał
pięćdziesiąt tysięcy kilometrów od nas. Brzydal słusznie obawia się
tylko samego Rycerza Strachu.
Współczuję mu, bo podzielam to uczucie.
-?Atlas na nas nie poluje -?mówię. Brzydal patrzy na mnie jak Pax, kiedy
budziłem go z koszmaru. -?Nasz trop wystygł. W skali całego Układu
jesteśmy mniejsi niż zooplankton na grzbiecie kryla na wszystkich
morzach wszystkich światów razem wziętych. Nawet jeśli nie uznał, że
jesteśmy martwi, to nie będzie marnował czasu na szukanie nas.
-?Chcesz powiedzieć, że nie będzie go marnował, skoro wie, dokąd chcemy
dotrzeć -?mruczy Brzydal. Może nie powinienem był podsuwać mu tej
konkluzji. -?W mordę, szefie. Nawet jeśli Bellona wróci z helem... Czeka
nas długa droga do domu, a wylądowaliśmy na samym końcu łańcucha
pokarmowego. Jeśli patrol wroga nas wypatrzy... nie będziemy mieli dokąd
uciekać. Te statki z Obrzeża są szybsze od nas. Chociaż to nie ma
znaczenia. Większość ludzi i bez tego myśli, że Mars już padł.
-?Musisz przestać podsycać w nich pesymizm. Jesteś Wyjcem. Ludzie
oczekują, że nadasz reszcie ton. Ja też. Poza mną jesteś tu jedynym ze
starej sfory.
-?Jakiej sfory? Dwóch to nie sfora, łaskawy panie. Dwóch to szczątki
kołujące na wodzie wokół otworu odpływowego. -?Patrzy na mnie. -
Odrzucasz rzeczywistość, szefie. Boisz się stawić czoło faktom. Sefi i jej Volk porzucili Wolne Legiony, żeby ukraść sobie królestwo na
Marsie. Biała Flota jest stracona. Orion nie żyje. Wolne Legiony
obróciły się w pył. Senat zostawił nas na lodzie. Virginia nie wysłała
wsparcia na Merkurego. Sevro porzucił nas dla swojej małej Złotej
rodzinki. Błazen i Pestka spiksieli. Nie ma naszej sfory. Nasze wojsko
gnije nabite na pale. Nie obwiniam cię. Nie obwiniam siebie. Nie
obwiniam żołnierzy. Obwiniam motłoch, który stchórzył, i polityków,
którzy spiskowali.
Tyle jeśli idzie o iskrę, której w nim szukałem. Nie wyjmują książki
Aurae z torby. Brzydal nie potrzebuje słów. Musi wrócić do domu.
-?Mimo to... Jak chcesz skamleć, to przede mną, nie przed ludźmi.
-?Jasne, pewnie. -?Popija kawę. -?Dałem ciała.
***
Zostawiam Brzydala w nielepszej formie, niż go zastałem, lecz także -
mam nadzieję -?w niegorszej, i idę do sali treningowej na Archimedesie
pępowiną, która łączy statek z bazą. Białą okładzinę plami przelany na
przestrzeni wielu lat pot; większość należała do Cassiusa i Lysandra,
ale pod ich nieobecność zostawiłem też własne ślady. Ponieważ Lysander
złamał mój sierpak, muszę posługiwać się brzytwami ćwiczebnymi z wyposażenia sali -?dokładnie tymi samymi, z którymi trenował on. Czuję
się idiotycznie, gdy zdejmuję jedną z nich ze ściany. Słowa Brzydala
dręczą mnie bardziej, niż bym chciał.
Jaki cel ma trening? Moje ostrze nie może naprawić tego, co zostało
zniszczone.
Chociaż nie mogę ścierpieć tego faktu, uraza wobec Sevro gryzie mnie tak
samo jak Brzydala. Porzucił mnie, kiedy najbardziej go potrzebowałem.
Mógłbym mu to wybaczyć. Trudniej wybaczyć, że zdradził wojsko. Był
pierwszym towarzyszem w Wolnych Legionach i kiedy odszedł, w szeregi
zakradło się zwątpienie. We mnie też. Co gorsza, jego decyzja podważała
także moją. Najbardziej na świecie pragnąłem wrócić do Paxa, gdy został
porwany. Uratować go. Dowieść ostatecznie, że zawsze może na mnie
liczyć. Wybrałem obowiązki imperatora kosztem obowiązków ojca. A teraz
samotnie bawię się bronią.
Cisza mnie dusi. Prawie zawracam. Nikt nie zauważy, jeśli zrobię sobie
wolny dzień. Nikt nie ośmieli się powiedzieć, że nie pracuję dość
ciężko. Znowu ziewam. Może dzisiaj się tylko porozciągam. Ciału dobrze
by to zrobiło. Łatwiej stawię czoło jutrzejszemu dniowi, jeśli będę
wypoczęty.
Prawie się uginam. Jednakże do tej pory już się nauczyłem, że głos
rozsądku to mój wróg. Jest we mnie tchórz, który boi się niewygody. Ten
tchórz podsuwa mi pociechę w postaci wymówek. Ale to właśnie tchórz
przygotowuje człowieka na porażki. To tchórz sprawia, że człowiek je
akceptuje, bo przywykł do wynajdowania dobrych powodów, aby przestać. A tchórza w sobie można zabić tylko w jeden sposób.
Zrzucam torbę i zakładam strój ćwiczebny.
-?Cześć, nauczycielu -?mówię do komputera sfery treningowej.
-?Witaj, szermierzu numer trzy.
Głos komputera jest kobiecy i uwodzicielski, dokładnie taki, jaki
wybrałby Cassius. Dziesięć lat temu zdumiałbym się, że rozmawiam z komputerem, ale gwałtowny rozwój techniki w czasach Republiki sprawił,
że niegdyś zakazane rozwiązania stały się upiornie powszechne. W porównaniu z systemami Żywego Srebra ten komputer to troglodyta.
-?Znowu profil grawitacyjny Marsa?
-?Nie.
-?Profil walk na asteroidach?
-?Nie. Losowe interwały od 0,2 do 4,5 G. Zaliczmy dzisiaj cały Układ.
Skończymy na Marsie.
Rozcieram lewe przedramię. Mam nadzieję, że wytrzyma ponad 4 G.
-?Przyjęłam. Czas?
-?Twój wybór.
-?Przyjęłam, szermierzu numer trzy. Przygotowuję sesję numer sto
sześćdziesiąt osiem.
Tłumię kolejne ziewnięcie, kiedy sala się rozgrzewa. Rozciągam ramiona.
Są sztywne po wysiłku przy spawaniu i niezliczonych wybiciach, jakie
zaliczyłem na przestrzeni lat. Lewe płuco mi się zaciska, kiedy biorę
głęboki wdech -?pamiątka po brzytwie, którą Lysander wbił mi w pierś w Heliopolis. Potrząsam lewą ręką: kości zostały strzaskane, kiedy mój
sierpak zderzył się z ostrzem, które Lysander zabrał zabitemu
Alexandrowi. Aurae, podejrzanie biegła w medycynie, powkładała kości w mojej lewej ręce z powrotem na swoje miejsca i zastosowała katalizator
wapnia, ale będę potrzebował Rzeźbiarza, żeby odzyskać pełną sprawność.
Boli mnie ręka. Dobre przypomnienie niewyrównanych rachunków.
Nachodzi mnie myśl, kiedy czekam, aż nagrzeją się studnie grawitacyjne w sali. Gdy trenowałem z Lornem, mówił do mnie, podczas gdy ja płynąłem
przez kolejne postawy Drogi Wierzby. Brakuje mi metronomu jego głosu i mam dość ciszy.
-?Komputer, połącz się z moim osobistym terminalem.
Wyjmuję z torby terminal i książkę Aurae, skanuję dwadzieścia pierwszych
stron. Każę komputerowi odczytywać tekst, a potem przechodzę do pozycji
zimowej z Drogi Wierzby z ostrzem trzymanym nad głową w obu dłoniach.
Zamieram.
-?Komputer. Próbka głosu z holopliku 1 3 1, przemowa Suwerenki z okazji
Saturnaliów.
Chwilę później głos Virginii wypełnia pokój.
"Tym, którzy piszą, byśmy mogli czytać, tym, którzy upadają, byśmy mogli
iść, tym, którzy przyszli przed nami, żebyśmy mogli nadejść po nich -
słowa podziękowania".
Sfera treningowa zaczyna swój program. Początkowo grawitacja zmienia się
powoli; kiedy pokonuję pierwszą gałąź pozycji zimowej i opuszczam ostrze
w ukośnym cięciu, przekształceniu ulega kierunek ciążenia. Stękam z bólu, ale moje ciało rozgrzewa się i znika sztywność. Wkrótce słychać
tylko szept ćwiczebnego ostrza, szuranie moich stóp, mój oddech i głos
Virginii.
"Pierwsza prawda: ścieżka do Doliny jest nieprzenikniona, wieczna i doskonała. Nie da się jej ujrzeć oczami ani poczuć pod stopami. Wije się
zgodnie z własną wolą. Kończy się tam, gdzie musi. Wspina się wtedy,
kiedy chce. Opada wtedy, gdy powinna".
Przechodzę do ciosów jesieni, wyginam się do tyłu, wyskakuję w przód w ataku.
"Ciągnie się głęboko w skały, które wykopujemy, i wraca ku naszym
sercom. Wije się przed nami i za nami, we wszystkich kierunkach i zarazem w żadnym. Chociaż możemy ją przejść, nigdy jej nie opanujemy.
Chociaż możemy widzieć ścieżkę, nigdy nie poznamy prawdy. Ścieżka do
Doliny jest nieprzenikniona, wieczna i doskonała. Trzeba nią podążać za
wszelką cenę".
Po pierwszej prawdzie następuje sześć kolejnych, a ja przechodzę przez
kolejne pory roku Drogi Wierzby przy zmiennej grawitacji. W ciągu
godziny narracja powtarza się kilkanaście razy, płynąc, kiedy leżę na
plecach i dyszę.
"Czwarta prawda: najwyższe dobro to wiatr z kopalni. Przepływa przez
skałę, wokół ludzi i ponad ziemiami. Wiatr nie zważa na przeszkody,
chociaż te kształtują jego ścieżkę. Kiedy czujesz zapach rdzy, który
niesie, albo słyszysz echo narzędzi w ciemności, uśmiechnij się i raduj.
Ścieżka jest pod tobą, a ty jesteś na niej. Musisz tylko iść".
Lewa ręka mnie boli. Ściska i pali mnie w płucu, ale mój umysł jest
cudownie pusty, gdy słucham głosu Virginii. Słowa książki są -?jak
uznałem na początku -?mętne. Nie rozumiem ich jeszcze (nie mówiąc już o ich zaakceptowaniu), ale przypominają mi coś, co czytałem dawno temu,
kiedy trenowałem z Matteo. To nie był Dumas ani Grecy, tylko coś, co
umyka mojej pamięci. Książka Aurae wydaje się znajoma i niesie pociechę
jak echo kołysanki z dzieciństwa.
Wracam do swojej kwatery w stanie podobnym do transu. Z braku wody
posługuję się tępym nożem, żeby zdrapać pot i martwy naskórek, zanim
przejdę do kolejnego punktu wieczornego rytuału. Nagrywam wiadomość dla
żony, jakbyśmy dopiero co rozmawiali, i zapisuję ją razem z resztą bez
przejrzenia. Potem nagrywam wiadomość dla syna, kolejny rozdział
świadectwa nieobecnego ojca.
Wiele miesięcy temu zacząłem mu opowiadać o swoim życiu. Jest to coś, co
powinienem był zrobić osobiście, ale teraz nawet jeśli nie zdołam do
niego wrócić, to może ta historia do niego dotrze. Dzisiaj zaczynam od
dnia, w którym poznałem Virginię w Instytucie, i kończę na tym, jak
razem z Cassiusem i Sevro wyliśmy jak wilki i biegliśmy po oświetlonych
księżycem równinach ze sztandarem Minerwy.
Kończę i siadam na łóżku, pusty i zadowolony. W książce mówiono o pustce
jak o czymś, czego używamy. Pudełka, kubki. Pełne są bezużyteczne,
ponieważ posługujemy się ich pustką, żeby je napełnić. Kartkuję książkę,
żeby znaleźć tę frazę. Zanim mi się uda, rozlega się wrzask alarmu -
ktoś się zbliża.
Znaleźli nas.
Wyskakuję z łóżka, czuję radość, która budzi we mnie wyrzuty sumienia.
Nareszcie walka, okazja -?to potrafię. Ubieram się z ponurą satysfakcją,
gotowy zabijać.
W pokoju rozbrzmiewa głos Brzydala:
-?Wszyscy na stanowiska bojowe. Wszyscy na stanowiska. Zbliża się
dewastator Votum.