I
Wiesława i Kazimierz
Wiesia bardzo lubiła te dni, w których miała zajęcia na Uniwersytecie Trzeciego Wieku - nie tylko dlatego, że spotykała się ze znajomymi i mogła dowiedzieć się nowych rzeczy. W tym roku oferta zajęć była bardzo ciekawa. Seniorka zapisała się na kolejne zajęcia komputerowe, gdzie miły młody człowiek pokazywał im, jak korzystać z tych tajemniczych mediów społecznościowych i jak poprawiać zdjęcia, żeby były piękniejsze.
Wiesława dowiedziała się też o istnieniu influencerek i niezmiernie ją to zainteresowało. Nie wiedziała, że dzięki zdjęciom i pokazywaniu swojego życia można zarabiać.
- Gdybym była młodsza - wzdychała, patrząc w lustro - pewnie spróbowałabym swoich sił. Mogłabym prezentować stroje na różne okazje. Teraz nazywa się je stylizacjami. Wszyscy mi mówili, że potrafię się elegancko ubrać...
Poprawiła żakiet i z uznaniem zerknęła na swoje odbicie. Była zadowolona z figury, ale wiadomo, że im więcej lat, tym słabszy metabolizm. Wiesi zależało na wyglądzie, więc skorzystała też z oferty aqua aerobiku i kursu tańca, które dostępne były w ramach projektu dla seniorów realizowanego przez jedną z lokalnych fundacji we współpracy z Uniwersytetem Trzeciego Wieku. Co prawda taneczne kroki nie były dla niej tajemnicą i zawsze uwielbiała tańczyć, ale uznała, że ruch jest dobry w każdej postaci. Zajęcia na basenie były przyjemne, lecz męczące, za to wirowanie w rytmie walca czy tanga to już czysta przyjemność, nawet jeśli czasami, z powodu braku partnerów, przyszło tańczyć z koleżanką.
Najważniejsze jednak dla Wiesi było to, że zajęcia na uniwersytecie były okazją do włożenia najlepszych sukienek, wyjęcia z szuflady naszyjnika czy pierścionków, których na co dzień nie nosiła. Owszem, dbała o siebie, ale wiadomo, że do sklepu czy na pogaduszki z sąsiadką stroić się nie było sensu. Zajęcia to już zupełnie inna sprawa - i włosy staranniej układała, i ust nie zapominała szminką pociągnąć.
Teraz popatrzyła jeszcze raz na efekt swoich zabiegów. Żeby tak jeszcze zmarszczki dało się uprasować jak bluzkę - westchnęła. Ale nie ma co narzekać, najważniejsze, że zdrowie dopisuje.
Zawiązała na szyi kolorową apaszkę i uznała, że jest gotowa do wyjścia.
Kazimierz przemierzał szybkim krokiem kolejne metry. Nie lubił się spóźniać, miał zawsze wyliczony czas, tak żeby być punktualnie. Uważał, że to przejaw szacunku dla innych i powinność dobrze wychowanego człowieka. Niestety tego dnia jakby wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu. Najpierw na koszuli dostrzegł na przodzie plamę, której nie zauważył podczas prasowania. A ponieważ wszystkie inne były pogniecione, musiał na nowo włączać żelazko i nie zdążył idealnie rozprasować kołnierzyka. Miał nadzieję, że nikt tego nie zauważy, ale nie miał wyjścia - gdyby więcej czasu poświęcił koszuli, spóźniłby się na autobus.
Zdążył. Okazało się jednak, że to nie koniec niefortunnych zbiegów okoliczności. Spóźniona dwudziestka piątka, podjeżdżając do przystanku, wjechała w kałużę, a brudna woda opryskała płaszcz Kazimierza. Przez całą drogę próbował wysuszyć plamy kraciastą chustką, ale nie był zadowolony z efektów.
Trudno, i tak zostawię go w szatni - pomyślał zrezygnowany. - Byle jakoś przejść ten odcinek od przystanku do uczelni.
Co kilka kroków patrzył na zegarek i wciąż się zastanawiał, czy zdoła nadrobić stracone minuty. Na szczęście wyglądało na to, że uda mu się zdążyć.
- Kaziu! Poczekaj!
Niechętnie przystanął i się rozejrzał, żeby sprawdzić, kto go woła.
- Ależ ty pędzisz! - Zdyszana Wiesia podeszła do niego z uśmiechem. - Gonię cię od przystanku i dogonić nie mogę.
- Gdybyś miała wygodniejsze buty... - Spojrzał krytycznie na obcasy jej botków.
- To nie wyglądałabym tak ładnie - obróciła jego komentarz w żart i mrugnęła.
Kazimierz nie odpowiedział, choć w myślach przyznał jej rację.
- To co? Zwolnisz trochę i pójdziemy razem? - zaproponowała Wiesława.
- Z przyjemnością - odpowiedział i szarmancko zaproponował jej ramię.
Zostawili okrycia w szatni i weszli na piętro, gdzie znajdowała się sala komputerowa.
- Jak dobrze, że was widzę! - W połowie korytarza zatrzymał ich znajomy głos.
Józef, postukując laską, zmierzał w ich stronę.
- Musimy iść na zajęcia. - Kazimierz wymownie spojrzał na zegarek.
- Wasz wykładowca dopiero parkuje samochód przed budynkiem. Widziałem przed chwilą przez okno. A ja mam do was ważną sprawę.
- To może poszukam Irenki, gdzieś tu powinna być. - Wiesia zrobiła krok w stronę sali.
- Nie trzeba - powstrzymał ją Józef. - Mnie chodzi właśnie o ciebie i Kazika.
- A, to pewnie o zlecenie na święta chodzi - domyślił się kolega.
- Właśnie! Dokładnie o to! - Józef poklepał go po ramieniu. - Mam dla was propozycję.
- Naprawdę? - ucieszyła się Wiesia. - Z kim miałabym spędzić Boże Narodzenie?
- Tak dokładnie to nie wiem... - zawahał się starszy pan.
- Jak to nie wiesz? - oburzył się Kazimierz. - Chcesz kobietę wysłać, a nie masz pojęcia do kogo? To jaki ty biznes właściwie prowadzisz?!
- A ty zaraz się musisz unosić - upomniał go Józef. - Może najpierw dasz mi dokończyć, co?
- Kaziu, niech Józiu powie, o co chodzi - łagodziła Wiesia.
- Przede wszystkim nie chcę jej wysyłać samej, tylko z tobą - uściślił Józef.
- Ze mną? - Kazimierz nie zrozumiał. - Chcesz, żebyśmy razem spędzili święta? Coś ty znowu wymyślił?
- W pewnym sensie. - Józef podniósł dłoń w uspokajającym geście. - Po prostu zleceniodawca chce wynająć dwoje dziadków. To znaczy chce komplet: babcię i dziadka.
Wiesia spojrzała pytająco, dając do zrozumienia, że czeka na więcej szczegółów.
- To jakiś młody człowiek, nie widziałem go, tylko rozmawiałem z nim przez telefon. Sprawiał wrażenie poważnego i chyba dobrze sytuowanego, bo twierdził, że cena nie gra roli - wyjaśniał dalej Józef. - Byle miał dwójkę seniorów na Boże Narodzenie. Pomyślałem o was, bo znacie się, więc to lepiej, niż brać dwójkę obcych sobie ludzi, prawda? - Czekał na potwierdzenie, ale Wiesia i Kazimierz milczeli, więc mówił dalej: - No i możecie dobrze zarobić. Skoro ten mężczyzna sam chce płacić, a na dodatek potrzebuje dziadków na całe święta, to na pewno wam się opłaci. To dobre zlecenie, więc pomyślałem o przyjaciołach, bo jak inaczej. - Rozłożył ręce. - To co? Bierzecie?
- Sam nie wiem... - Kazimierz nie wyglądał na przekonanego. - Nic o ty człowieku nie wiemy.
- To spotkajcie się z nim - zachęcał Józef. - Dowiecie się co i jak, a potem zdecydujecie.
- Właściwie spotkać się można. - Wiesława zaczynała się łamać.
- Pewnie! - potwierdził Józef. - Zresztą będziecie we dwoje. Kaziu, przecież potrafisz chyba zadbać o Wiesię, prawda?
- Oczywiście. - Kazimierz wyprostował się z godnością. - Przy mnie kobieta może czuć się bezpieczna.
- W takim razie przyślę ci numer SMS-em - ucieszył się Józef. - Zadzwonisz do niego i umówisz spotkanie.
Kazimierz chciał coś odpowiedzieć, ale Józef wskazał na zbliżającego się mężczyznę.
- Chyba musicie już iść na zajęcia. - Mrugnął do Wiesi porozumiewawczo. - Bo jeśli was wyprzedzi, to wpisze do dziennika spóźnienie.
I nie czekając na reakcję kolegi, odszedł tak szybko, jak tylko pozwalała mu tusza.
Umówili się na rynku, przed budynkiem urzędu miasta.
- Lepiej będzie, jeśli przyjdziemy razem - postanowił Kazimierz. - Przynajmniej od początku będzie wiedział, że się znamy.
Wiesława uznała, że to rozsądne, i przystała na taki plan.
Kazik zadzwonił pod przysłany przez Józefa numer już następnego dnia. Za pierwszym razem nie udało mu się niczego konkretnego ustalić.
- Dzwonię, bo przyjaciel mówił, że chce pan wynająć dziadków na święta - powiedział, gdy się przedstawił.
- A, pan z tej agencji, która wynajmuje dziadków? - odparł rozmówca. - Okej, fajnie, tylko ja teraz jestem w pracy. Nie mam czasu na prywatne rozmowy. Oddzwonię wieczorem. - I rozłączył się, nawet nie mówiąc "do widzenia".
Kazimierz był zbulwersowany. Co za brak kultury! - zżymał się w myślach. - Nie powinienem już w ogóle z nim rozmawiać.
Jakby tego było mało, mężczyzna zadzwonił bardzo późno, około dwudziestej trzeciej. Kazimierz leżał już w łóżku, właściwie zdążył zasnąć. Dźwięk telefonu wyrwał go z pierwszego snu.
- Słucham?
- Dobry wieczór. - Tym razem rozmówca nie zapomniał o przywitaniu. - Ja w sprawie wynajęcia dziadków. To z panem rano rozmawiałem?
- Trudno to nazwać rozmową - mruknął Kazimierz, przeczesując dłonią włosy. - A teraz to nie jest zbyt późno na telefony?
- Fakt - zgodził się mężczyzna. - Ale dopiero wróciłem z pracy. Przed świętami mamy straszny sajgon. To co? Pogadamy?
Przynajmniej pracowity - stwierdził Kazimierz. - Zawsze to jakaś zaleta.
- Dobrze - odparł.
- Tylko nie wiem, czy ten pan w agencji mnie dobrze zrozumiał, bo ja mówiłem, że potrzebuje dwóch osób, kobiety i mężczyzny.
- Tak, wiem o tym. Jestem ja i koleżanka - wyjaśnił emerytowany wojskowy. - Ale dokładnie nie wiemy, czego pan oczekuje.
- O tym wolę nie rozmawiać przez telefon. Proponuję spotkanie. Co pan powie na środę o szesnastej?
- Myślę, że nie będzie problemu.
- I fajnie. W takim razie jesteśmy umówieni - ucieszył się mężczyzna.
- Halo, chwileczkę - powiedział szybko Kazimierz. - Wiem, kiedy i o której, ale nie wiem gdzie.
- A, rzeczywiście! Sam pan widzi, jaki jestem zakręcony. Kawiarnia Toskania przy rynku? Wie pan, gdzie to jest?
- Tak, oczywiście.
- W takim razie do zobaczenia.
Kazimierz pokręcił z dezaprobatą głową i odłożył telefon.
- Mam wątpliwość, czy coś z tego będzie - powiedział następnego dnia do Wiesławy. - Na dodatek ten chłopak mówi, że to nie rozmowa na telefon. Podejrzane to jakieś...
- Cóż, obiecaliśmy Józkowi, że pójdziemy na to spotkanie - przypomniała kobieta. - Przecież w kawiarni nic nam nie grozi, a jeśli nam się nie spodoba, to po prostu odmówimy.
Kazimierz z ociąganiem przyznał jej rację i w ten właśnie sposób znaleźli się teraz przed wejściem do kawiarni Toskania.
- To co? Do boju? - zapytał Kazimierz.
Wiesława skinęła głową.
- Tylko jak my go poznamy? - Spojrzała pytająco na towarzysza.
Ten wzruszył ramionami.
- Niech się on o to martwi. W końcu to on chce wynająć dziadków.
Przepuścił Wiesię w drzwiach i weszli do środka. Nie zdążyli się nawet dobrze rozejrzeć, gdy podszedł do nich młody, mniej więcej trzydziestoletni mężczyzna.
- Państwo z agencji? - zapytał.
Ależ to dziwnie brzmi - pomyślała Wiesia i skinęła głową.
- W takim razie zapraszam do stolika.
Mężczyzna prezentował się nieskazitelnie. Starannie skrojony garnitur, błękitna koszula i dobrany do niej krawat wzbudziły uznanie Kazimierza, podobnie jak wypastowane na błysk buty i skarpety na tyle długie, że gdy usiadł, nie było widać gołego ciała.
Wiesia zwróciła uwagę na wypielęgnowane paznokcie, doskonale przystrzyżony zarost i nienaganną fryzurę. Z przyjemnością wciągnęła w nozdrza zapach dobrej wody toaletowej.
Rzeczywiście wygląda na bogatego - uznała.
- Co państwu zamówić? - zapytał nieznajomy, gdy usiedli. - Kawa? Herbata? Zrobię to przy barze, będzie szybciej - wyjaśnił. - Bo nie ukrywam, że wyrwałem się z pracy tylko na chwilę.
- To może niczego nie będziemy pili - odparła Wiesława, trochę urażona zachowaniem mężczyzny.
Zaprasza, a potem sugeruje, że nie ma czasu - pomyślała. - Żaden kulturalny mężczyzna tak się nie zachowuje. Przecież to niegrzeczne.
- Przepraszam, jeśli uraziłem. - Zauważył jej reakcję. - Naprawdę mam tak napięte terminy, że każda chwila się liczy. Ale nie chcę, żeby mnie państwo wzięli za jakiegoś chama...
- Dobrze, w takim razie poproszę herbatę. - Wiesia zmiękła pod wpływem spojrzenia piwnych oczu.
- Dla mnie woda. - Kazimierz wciąż utrzymywał dystans do potencjalnego zleceniodawcy.
Mężczyzna poszedł do baru i szybko wrócił do stolika.
- Powiem bez zbędnych wstępów, dobrze? - zaproponował.
- Jeśli mogę - przerwała mu Wiesia. - Czy przynajmniej moglibyśmy poznać pana imię? Właściwie nie dokonaliśmy żadnej prezentacji...
- Już mi się pani podoba! - ucieszył się mężczyzna. - Dokonać prezentacji! Cudowne! Właśnie takich dziadków potrzebuję! Eleganckich i staromodnych.
- Licz się ze słowami, młody człowieku! - nie wytrzymał Kazimierz. - Staromodny to może być płaszcz. A ty mówisz do damy! - Uniósł się na krześle, jakby miał zamiar wyjść, i spojrzał wymownie na Wiesławę.
- Spokojnie, niech się pan nie denerwuje. - Młody mężczyzna powstrzymał go gestem. - Może źle się wyraziłem. Chodziło mi o to, że szukam właśnie takich osób. Chcę, żeby moi dziadkowie byli... arystokratyczni. Czy to lepsze słowo? - Poczekał na aprobatę kobiety.
- Lepsze. - Uśmiechnęła się lekko.
- No i super!
- Ale jeśli pan chce, jak pan to ujął, arystokratycznych dziadków, to pan chyba też powinien być trochę taki - zauważyła Wiesia. - O ile oczywiście zależy panu na wiarygodności...
- Bardzo mi zależy.
- W takim razie powinien pan się trochę dopasować - podpowiedziała delikatnie.
- Jasne, rozumiem. - Młody mężczyzna nie wydawał się urażony. - Ma pani rację. Czyli zaczniemy od początku i najpierw dokonamy prezentacji. - Mrugnął porozumiewawczo.
- To dobry pomysł - przytaknęła Wiesława.
- W takim razie przedstawię się, chociaż sądziłem, że poznają państwo moje dane, gdy podpiszę umowę z agencją. Ale oczywiście możemy pominąć formalne sprawy i załatwić to między nami...
- Wolimy oficjalnie i zgodnie z prawem - przerwał mu Kazimierz.
- Jak pan chce, dla mnie bez różnicy. - Rozmówca wzruszył ramionami. - A wracając do prezentacji: nazywam się Krzysztof Poręba.
- Ja jestem Wiesława Kowalczyk, a to Kazimierz Żmudziński. - Seniorka wskazała na swojego towarzysza. - Chętnie się dowiemy, czego pan od nas oczekuje.
- Muszę przedstawić dziadków moim przyszłym teściom - powiedział krótko. - I to muszą być dziadkowie pierwsza klasa. Tacy, których każdy mógłby pozazdrościć.
- A pana dziadkowie? - zainteresował się Kazimierz.
- Kaziu. - Wiesia spojrzała na niego karcąco. - To chyba zbyt bezpośrednie pytanie.
Emerytowany żołnierz zamilkł i zacisnął usta.
- Moi dziadkowie już nie żyją - odparł Krzysztof.
- Przykro mi. - Kobieta posłała mu współczujące spojrzenie.
- Chodzi o to, że rodzice mojej dziewczyny bardzo chcą poznać moją rodzinę. Oni mają wysokie wymagania i wiem, że jeśli ich nie spełnię, to nici z małżeństwa. Patrycja to jedynaczka, ich oczko w głowie, chcą mieć pewność, że wejdzie do dobrej rodziny. To, że dobrze zarabiam, im nie wystarczy - wyjaśniał Krzysztof. - Dlatego dziadkowie muszą być najlepsi. Moim zdaniem państwo świetnie się nadają.
- Cieszę się, że zrobiliśmy na panu dobre wrażenie - odparła z uśmiechem Wiesława.
- A czy nie powinien pan raczej przedstawić przyszłym teściom rodziców? - Kazimierz znowu powiedział wprost to, o czym myślał.
Mężczyzna spoważniał i zmarszczył brwi.
- Właściwie to chyba nie muszę się panu tłumaczyć - odparł chłodno. - W końcu płacę za usługę, prawda?
- Oczywiście, nie mamy zamiaru wkraczać w pana życie osobiste - zapewniła Wiesia. - Po prostu Kazimierz chciał się dowiedzieć, co mamy mówić podczas spotkania. Przecież tamci państwo mogą zapytać o nasze dziecko - wymyśliła naprędce wytłumaczenie dla zbytniej obcesowości Kazimierza. - O, nawet nie wiemy, czyimi rodzicami jesteśmy: pana mamy czy taty?
Krzysztof po krótkim namyśle zgodził się z kobietą.
- Racja, musimy to wszystko ustalić. Moi rodzice nie mogą przyjechać, ojciec pracuje za granicą. Zresztą sami zaproponowali, żebym coś zorganizował - dodał szybko. - Wiedzą, że zależy mi na małżeństwie z Patrycją.
- To tym bardziej powinniśmy wiedzieć, co odpowiadać na pytania, które mogą paść podczas rozmowy - uznała seniorka.
- Zaraz, zaraz - powstrzymał ją Kazimierz. - Przecież jeszcze nie zgodziliśmy się na przyjęcie tego zlecenia - przypomniał.
- Sądziłem, że jesteśmy dogadani - zdziwił się Krzysztof. - Mówiłem w agencji, że zależy mi na najlepszych ludziach i wybrałem pakiet premium, a państwo mi pasują...
- A nie powiedzieli panu, że to nie targ niewolników? - zapytał Kazimierz, nie kryjąc złośliwości. - My też musimy się zgodzić.
- Proszę nam dać czas do jutra - załagodziła sytuację Wiesia. - Przedyskutujemy wszystko i Kazimierz do pana zadzwoni.
Krzysztof zerknął na zegarek.
- Ależ się zasiedziałem! - Pokręcił z niedowierzaniem głową. - Teraz nie wyjdę z biura przed północą. - Dwoma szybkimi łykami dopił kawę i wstał od stolika. - Dobrze, ale proszę o odpowiedź najpóźniej jutro. Może być SMS, nawet lepiej, bo wie pan, że w pracy nie mam czasu rozmawiać. - Spojrzał na seniora. - A swoją drogą, to twardziel z pana. I podoba mi się to. Właściwie to chciałbym mieć takiego dziadka. - Zapiął guziki marynarki i dodał: - Mam nadzieję, że podejmą państwo dobrą decyzję. Ja ze swojej strony mogę obiecać dodatkową premię, jeśli dobrze się państwo spiszą. A jeśli mi na czymś zależy, to potrafię być hojny. Do widzenia!
Odprowadzili go wzrokiem, a gdy wyszedł z kawiarni, spojrzeli na siebie.
- I co o tym myślisz? - zapytała Wiesława.
- Mnie się ten chłopak wcale nie podoba - oświadczył wprost Kazimierz.
- Cóż, właściwie nie jest aż tak źle - zastanawiała się głośno kobieta. - Widać, że jest zadbany, potrafi się ubrać...
- Jak się ma pieniądze, to inni cię ubiorą - zauważył senior. - Ale wystarczy posłuchać, żeby wiedzieć, co jest pod tą wymuskaną fryzurą - zrobił pogardliwą aluzję do fantazyjnej grzywki Krzysztofa.
- Rzeczywiście, nieco brakuje mu ogłady - zgodziła się kobieta. - Przynajmniej zrozumiał, że powinien nad tym pracować. A to już coś, prawda?
- Czy ja dobrze rozumiem, że ty chcesz przyjąć to zlecenie? - Kazimierz popatrzył badawczo na swoją towarzyszkę.
- Trochę się jeszcze waham, ale jestem raczej na tak.
- A nie sądzisz, że to jakieś dziwne? Rodzice nie przyjeżdżają, sami podpowiadają wynajęcie rodziny...
- To nie nasza sprawa - zauważyła Wiesława. - Tu akurat pan Krzysztof miał rację: nie powinniśmy interesować się motywacjami naszego zleceniodawcy. To tylko nasza praca.
- Ja tam pracować nie muszę - żachnął się Kazimierz. - Jeśli to robię, to bardziej dla rozrywki. I uważam, że co innego być otwarcie wynajętym dziadkiem, a co innego udawać prawdziwego. To mi śmierdzi oszustwem.
Wiesia się zamyśliła. Upiła łyk herbaty i popatrzyła na Kazimierza.
- Też o tym pomyślałam - westchnęła. - I nie bardzo podoba mi się to udawanie. Ale...
- Ale co? Czym można to usprawiedliwić?
- Miłością - odparła z lekkim uśmiechem.
- Miłością?!
- No tak. Przecież on to robi, bo kocha swoją Patrycję. Chce spełnić oczekiwania jej rodziców, żeby nie stanęli im na drodze do szczęścia. To takie romantyczne...
Kazimierz spojrzał z niedowierzaniem.
- Mówisz poważnie?
- Jak najbardziej - potwierdziła. - Nie uważasz, że pomoc młodym kochającym się ludziom to dobry uczynek? A na dodatek możemy na tym całkiem dobrze zarobić. - Mrugnęła do mężczyzny.
Ten podrapał się po policzku.
- Sam nie wiem... Przecież to się wyda, choćby wtedy, gdy będą brali ślub. Co, może i tam nas zaproszą? - zapytał ironicznie.
- Jak zaproszą, to pójdziemy. - Wiesia nie widziała problemu. - Bardzo lubię tańczyć. A jak nie, to nas uśmiercą - zachichotała.
- Ty jak już coś powiesz... - fuknął Kazimierz. - To co? Mam mu napisać, że się zgadzamy?
Wiesława pokiwała głową.
- Arystokratyczny dziadek, też coś! - mruknął senior, dopijając swoją wodę.
- Czy to naprawdę konieczne?
Wiesia rozejrzała się po pokoju, do którego Krzysztof przed chwilą wniósł ich walizki.
Ostatni tydzień przed Bożym Narodzeniem upłynął seniorom na kompletowaniu bagażu według zaleceń mężczyzny, dla którego mieli stać się chwilowo dziadkami.
Krzysztof po uzyskaniu potwierdzenia z ich strony już następnego dnia przysłał Kazimierzowi całą listę niezbędnych rzeczy.
- Popatrz, Wiesiu, co ten człowiek wymyśla. - Emerytowany żołnierz był wyraźnie zdegustowany. - Mam nosić jakąś apaszkę pod szyją.
- Nie apaszkę, tylko fular - sprostowała Wiesława. - To bardzo elegancki element męskiej garderoby.
- Będę wyglądał jak jakiś zniewieściały artysta. - Mężczyzna skrzywił się z niesmakiem.
- Nie przesadzaj, Kaziu - roześmiała się na widok jego miny. - Chyba kierujesz się stereotypami, a to nieładnie.
- Ładnie czy nie, ja sobie tego nie wyobrażam - upierał się Kazimierz. - Zresztą nawet nie mam czegoś takiego.
- Tym chyba nie musimy się przejmować, przecież Krzysztof napisał, żeby dać mu znać, czego brakuje, a on to dokupi albo zwróci nam koszty - przypomniała Wiesława. - Ja nawet się cieszę, bo chętnie sprawię sobie sukienkę w kolorze czerwonego wina.
- Tego też nie rozumiem. - Senior pokręcił głową z dezaprobatą. - Dlaczego akurat taką? Czy to nie wszystko jedno?
- Widocznie dla niego nie. Musimy to potraktować jak występ w sztuce teatralnej. On jest reżyserem, więc ma prawo snuć swoją wizję kostiumów dla swoich aktorów.
- Też pomysł! - żachnął się Kazimierz. - Sztuka teatralna! Jakoś mi się nie wydaje, żeby za takie udawanie dawali Oscary.
- Za gorsze dawali - podsumowała ze śmiechem Wiesia. - Poza tym i tak najważniejsza jest gaża. No i musimy pamiętać, że od razu mamy premierę, bez żadnych prób.
- A, właśnie! - Kazimierz podniósł palec w górę. - Jak ty to sobie właściwie wyobrażasz? Przecież mamy udawać małżeństwo...
- I co z tego? - Wiesia nie wyglądała na przejętą. - Na szczęście nie takie tuż po ślubie, więc nikt nie będzie wymagał, żebyśmy trzymali się za ręce i pili sobie z dzióbków. A jeśli jeszcze nie zauważyłeś, to sprzeczamy się o wszystko tak, jakbyśmy mieli co najmniej kilkadziesiąt lat stażu małżeńskiego. Twoje czepialstwo doskonale nam to ułatwia.
- Moje czepialstwo?! - oburzył się Kazimierz. - Jestem po prostu rzeczowy i logiczny. Za to twoja niefrasobliwość...
- Sam widzisz - roześmiała się Wiesia. - Niczego właściwie nie musimy udawać. Lepiej skupmy się na skompletowaniu wszystkiego, co nam świąteczny wnuk tu wypisał.
Lista była całkiem spora i szczegółowa. Obejmowała stroje na każdy z trzech świątecznych dni, ale też szlafroki, stroje nocne, a nawet perfumy.
Dwa dni przed Wigilią Krzysztof przywiózł im brakujące rzeczy i walizki.
- To moje walizki, więc do zwrotu - zastrzegł. - Kosztowały majątek, proszę na nie uważać. Ale reszta rzeczy po zakończeniu współpracy pozostaje państwa własnością.
No i jeszcze była sprawa hotelu.
Zleceniodawca poinformował ich, że przez cztery noce muszą nocować w opłaconym przez niego hotelu. I właśnie tu ulokował ich w przeddzień Wigilii.
- Naprawdę nie możemy mieszkać u siebie? - Wiesia usiadła na brzegu wielkiego małżeńskiego łóżka.
- Rodzice Patrycji też będą tutaj mieszkali. Musimy zadbać o wszystko. Co byłoby, gdyby zechcieli was odwiedzić wieczorem? Albo wybrać się na wspólny spacer? - tłumaczył młody mężczyzna.
- To właściwie logiczne... - przyznał niechętnie Kazimierz.
- Właśnie. Cztery noce jakoś państwo wytrzymacie. Tylko proszę dbać o odpowiedni strój, w razie gdyby któreś z moich przyszłych teściów postanowiło zapukać wieczorem.
- Tak, będziemy o tym pamiętać - zapewniła Wiesia.
- Na wszelki wypadek chciałbym sprawdzić państwa bagaże. - Krzysztof położył walizki na łóżku.
- Słucham?! - Kazimierz wyprostował się i zrobił groźną minę. - Rewizja?!
- Niech się pan nie denerwuje. Prosiłem, żebyście wzięli tylko to, co było na liście, żeby przypadkiem nie było wpadki. Jeden szczegół może nas zdemaskować. A to dla mnie zbyt ważne, żebym mógł pozwolić sobie na niepewność.
- Uważam, że pan przesadza. - Senior posłał mężczyźnie groźne spojrzenie.
- Kaziu, daj spokój. Niech pan Krzysztof sobie sprawdza, w końcu to jego spektakl.
Emerytowany wojskowy nie odpowiedział. Odwrócił się i podszedł do okna, dając do zrozumienia, że nie akceptuje takich działań.
Tymczasem Krzysztof już przeglądał bagaże seniorów.
- Wygląda na to, że wszystko w porządku - stwierdził z ulgą. - Tylko proszę pamiętać, żeby osobiste kosmetyki trzymać w zamkniętych kosmetyczkach i najlepiej w szafce przy łóżku. Na wypadek gdyby któreś z moich przyszłych teściów przyszło w odwiedziny i chciało skorzystać z łazienki.
- Tak, będziemy pamiętać - zapewniła Wiesia, starając się zachować powagę.
Już widzę, jak jego przyszła teściowa buszuje w moich kremach, żeby sprawdzić, czy są odpowiednio drogie - pomyślała. - Albo siedząc na toalecie, szuka w sieci ceny mojego pudru.
- A pan niech jutro założy tę chustkę pod szyję - przypomniał Krzysztof, patrząc na Kazimierza.
- A, właśnie! - Wiesia podniosła się i podeszła do dużego lustra wiszącego nad hotelowym biurkiem. - Co do fularu, czyli jak pan to mówi, chustki. To nie jest odpowiedni krawat na oficjalną okazję. Owszem, pasuje do domowego stroju, nawet na letnie wyjście, ale nie na wieczerzę wigilijną.
- Serio? - zdziwił się Krzysztof.
- Serio.
- W takim razie chustka w hotelu, a jutro krawat - zdecydował mężczyzna. - A, i jeszcze jedno - przypomniał sobie. - Od teraz będę do państwa mówił na "ty". To znaczy: babciu i dziadku. A wy do mnie po imieniu.
- Oczywiście, Krzysiu - podchwyciła z uśmiechem Wiesia.
Nawet jej się podobała ta mistyfikacja. Czuła się trochę jak bohaterka jakiegoś filmu albo szpieg, który musi przyjąć inną tożsamość. Było w tym coś ekscytującego.
- I fajnie - podsumował swoim zwyczajem Krzysztof. - To ja lecę. Przyjadę po was jutro o szesnastej.
- A co my tu mamy robić do tej pory? - Kazimierz nadal był naburmuszony.
- Bo ja wiem... Może to, co zawsze: śpijcie, odpoczywajcie, pooglądajcie telewizję...
I już go nie było.
- Czy ty słyszałaś? - Kazimierz nie krył złości. - Jakie on ma wyobrażenie o nas? Spanie i telewizja!
- Kaziu, nie denerwuj się - uspokajała Wiesia. - Przecież dla niego to my jesteśmy jak egipskie mumie.
- Mógłby się zdziwić, gdyby się okazało, że egipska mumia zrobi więcej pompek od niego. - Kazimierz napiął mięśnie.
- Na razie może lepiej się rozpakujemy - zaproponowała Wiesia. - A potem zejdziemy na kolację do restauracji. Skoro Krzysztof płaci, to skorzystajmy.