Świętałowie czyli w krainie zielonej miłości - Waldemar Ciekalski

Kup ebooka

16.15 zł
13.40 zł (13,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słowo wstępne autora

Przedstawiając losy rodziny Świętałów i ich współmieszkańców, starałem się nakreślić ich sytuację wtedy, gdy mieszkali w Polsce na wsi w ówczesnym województwie kieleckim, w okresie dwudziestolecia międzywojennego, okupacji niemieckiej i lat powojennych do roku 1970. Tylko fragmentarycznie wracałem do lat wcześniejszych oraz do sytuacji w innych krajach. Tymczasem jest to dość istotne, chociaż niestety uchodzi często uwadze i ludzie - także w Polsce - dziwią się niekiedy, że kraj nasz był w ówczesnych okresach i jest jeszcze teraz, opóźniony w rozwoju gospodarczym i pod względem infrastruktury, w porównaniu z innymi krajami, zwłaszcza Zachodniej Europy.

Cofnąć należałoby się do czasów "potopu" szwedzkiego z lat 1655 - 1656, kiedy to wojska szwedzkie i najemne oddziały brandenburskie, siedmiogrodzkie, kozackie oraz z Niemiec, Szkocji i Irlandii dokonały w Polsce zniszczeń większych, niż dwie wojny światowe razem wzięte - jak to powiedział prof. Mirosław Nagielski w wywiadzie pod tytułem "Karol Barbarzyńca" na portalu Onet - HISTORIA NEWSWEEK w dniu 26 listopada 2014. Żołnierze szwedzcy i najemnicy zapłatę brali sobie sami, rabując wszystko co tylko się dało, gwałcąc młode dziewki - jak je wówczas nazywano, a rezydencje magnackie i setki dworków szlacheckich obrócono w popiół.

Polska była wówczas państwem zamożniejszym i na wyższym poziomie cywilizacji niż Szwecja, ale za panowania króla Jana Kazimierza pojawiały się już pierwsze symptomy rozpadu ustroju Rzeczypospolitej, a obrady sejmów były zrywane przez "liberum veto". Ponadto Rzeczpospolita Obojga Narodów była osłabiona powstaniem Chmielnickiego na Ukrainie.

Król Szwecji Karol X Gustaw marzył o podbojach i uderzył na słabnącą Rzeczypospolitą.

W czasie "potopu" śmierć poniosło około czterech milionów obywateli Korony i Litwy. Straty ludności w niektórych rejonach wyniosły od czterdziestu do siedemdziesięciu procent. W stolicy Polski Warszawie z osiemnastu tysięcy mieszkańców zostało po "potopie" około sześć tysięcy, a miasto było w ruinach. Zamek Królewski został zdewastowany i ograbiony z bogactw. Także w innych miastach i miasteczkach oraz wsiach widać było kupy gruzów i stosy trupów. Wśród tych, którzy przeżyli było wiele kalek i chorych. Budynki mieszkalne, świątynie i pałace były spalone i zrujnowane. Wszędzie panował głód, słychać było jęki i cierpienia. To, czego nie zniszczono i spalono, zostało zagrabione i wywiezione do Szwecji.

Najazd Szwedów był dla Rzeczypospolitej katastrofą cywilizacyjną. Zapanowała nędza i głód.

Kiedy po około stu latach od "potopu" szwedzkiego Polska odrodziła się mniej więcej do stanu poprzedzającego te lata zniszczeń i śmierci, zaczęły się zbliżać czasy rozbiorów. Po trzecim rozbiorze w 1795 roku Polska ostatecznie zniknęła z mapy Europy i świata. Trzej zaborcy: Rosja, Prusy i Austria czerpali korzyści z pracy rąk Polaków, starając się nawet wykorzenić polską mowę w ramach rusyfikacji, germanizacji i "Kulturkampf".

W tym czasie wiele krajów Europy Zachodniej miało kolonie w różnych częściach świata, z których czerpały wielkie korzyści dla siebie kosztem tubylców i bogactw naturalnych na ich ziemiach.

Największym imperium kolonialnym było królestwo Wielkiej Brytanii, które miało kolonie niemal na całym świecie, a niektóre były terytorialnymi kolosami, jak Kanada, Australia czy Indie, które uzyskały niepodległość dopiero w 1947 roku. Były brytyjskie kolonie, protektoraty, dominia i terytoria zależne. Nowy Jork był kolonią brytyjską ponad sto lat i stał się niepodległy dopiero w 1776 roku jako część Stanów Zjednoczonych. Miała też Wielka Brytania kolonie w Afryce, a w jednej z nich pewien Anglik Francis Rhodes miał kopalnię diamentów i potem nadał nawet nazwę podbitemu krajowi od swojego nazwiska, a mianowicie Rhodesia (po polsku Rodezja). Kraj ten dopiero w 1979 roku uzyskał pełną niepodległość i zmienił nazwę na rodzimą - Zimbabwe.

Drugim największym imperium kolonialnym była Francja - od początku XVII wieku, tocząc wojny kolonialne z Wielką Brytanią w Ameryce. Podbita w latach 1830 - 1847 przez Francję Algieria uzyskała niepodległość dopiero w roku 1958 po dojściu do władzy generała de Gaulle'a.

Królestwo Niderlandów czyli holenderskie imperium kolonialne miało kolonie w Azji, Afryce i obu Amerykach od XVII do XX wieku.

Niemcy miały kolonie w Afryce na przełomie XIX i XX wieku: Niemiecka Afryka Południowo-Zachodnia i Niemiecka Afryka Wschodnia.

Belgijskie imperium kolonialne miało kolonie w Afryce, z których największe było Kongo Belgijskie - już od 1877 roku do czasu odzyskania niepodległości w 1960 roku. Rdzenni mieszkańcy Konga pracowali ciężko na plantacjach kawy, kakao, trzciny cukrowej oraz w kopalniach złota i diamentów i musieli dostarczać kolonizatorom kość słoniową i kauczuk. Przy tych ciężkich pracach śmierć poniosło ponad pięć milionów rdzennych mieszkańców Konga, a według niektórych szacunków nawet do piętnastu milionów ludzi.

Hiszpańskie imperium kolonialne istniało od XV do końca XIX wieku. W skład Królestwa Hiszpanii wchodziły terytoria i kolonie w Europie, obu Amerykach, Afryce, Azji oraz Oceanii.

Portugalskie imperium kolonialne miało tereny w Afryce, Indiach i na Dalekim Wschodzie. W XIX wieku głównymi koloniami portugalskimi były: Angola, Mozambik i Gwinea Portugalska oraz kilka innych małych obszarów.

W tym czasie, kiedy imperia kolonialne czerpały olbrzymie zyski z podbitych krajów - z pracy rąk tubylców i bogactw naturalnych - Polska była traktowana jak kolonia przez trzech zaborców: Rosję, Prusy i Austrię.

Kiedy wybuchła druga wojna światowa i Polska jako pierwszy kraj przeciwstawiła się zbrojnie hitlerowskim Niemcom, które podzieliły się jej terytorium ze Związkiem Sowieckim na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow, a potem przez ponad pięć lat była pod wrogą okupacją, sytuacja w innych krajach była zupełnie inna. Kilka krajów europejskich było sprzymierzeńcami hitlerowskich Niemiec: Włochy, Węgry, Bułgaria, Rumunia, Słowacja, inne przystąpiły do wojny później i utworzyły rządy kolaboracyjne, jak Francja i Norwegia, jeszcze inne kraje były neutralne, jak Szwajcaria, Turcja, Hiszpania, Portugalia i Szwecja.

Hitler rozkazał swoim generałom traktować Słowian z największym okrucieństwem jako "Untermenschen" czyli podludzi. Czy Hitler wiedział o tym, że słowo "niewolnik" (Slave) pochodzi od "Słowianin" (Slav), tego nie wiadomo, ale kazał Słowian traktować gorzej, niż niewolników. Na pierwszej linii tego rozkazu znaleźli się Polacy. Taki rozkaz - traktowania z największym okrucieństwem - wydał Hitler później jeszcze tylko przed atakiem na Związek Radziecki i Grecję. Natomiast nie wydał Hitler takiego rozkazu w stosunku do krajów zachodnich i skandynawskich, których narody uważał za bliskie narodowi germańskiemu.

Z powyższych względów straty ludnościowe i zniszczenia wojenne w wielu krajach europejskich i na świecie były o wiele mniejsze w porównaniu z Polską. Na przykład straty ludnościowe Wielkiej Brytanii w czasie drugiej wojny światowej wyniosły 0,1 procent, podczas gdy w Polsce straty takie wyniosły około siedemnaście procent. Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych i wielu krajów w Ameryce i na świecie nie wiedzieli co to są zniszczenia wojenne oraz cierpienia i śmierć ludności cywilnej pod wrogą okupacją.

Warszawa była jedyną stolicą wśród krajów europejskich, którą Hitler kazał zrównać z ziemią po powstaniu warszawskim jakie wybuchło pierwszego sierpnia 1944 roku i pochłonęło około sto pięćdziesiąt tysięcy ofiar wśród ludności cywilnej i około szesnaście tysięcy powstańców.

Kiedy zakończyła się druga wojna światowa, Polska odnalazła się w innych granicach i zniewolona na długie lata przez swojego wschodniego sąsiada.

Fakty powyższe przytoczyłem w tym celu, aby zwrócić uwagę Czytelnika na sytuację, w jakiej znalazła się rodzina Świętałów w chwili odzyskania przez Polskę niepodległości w listopadzie 1918 roku po zakończeniu pierwszej wojny światowej oraz później - w okresie okupacji niemieckiej i po drugiej wojnie światowej.

Losy i przeżycia członków rodziny Świętałów oraz ich współmieszkańców i rodaków w latach 1918 - 1970 znajdzie Czytelnik na kartkach tej książki.

Rozdział 2

Motto: Szczęśliwy ten, kto oczekuje

i jest oczekiwany.

Rozejrzawszy się po gospodarstwie, wyszedł Wojtek Świętała poza zagrodę, gdyż chciał jeszcze na własne oczy zobaczyć dawno nie widzianą rodzinną wioskę i porozmawiać ze znajomymi.

Kiedy tak chodził po wsi, jedna myśl jak gdyby sama go opanowała: to on musi być teraz drugim po Stefanie, a pierwszym z pozostałych, który opuści dom rodzinny. Nie może przecież tam siedzieć i udawać, że coś robi. Bo tej roboty było tyle, że aż za dużo dla tych, którzy tam mieszkali. Wiedział, że na pewno matka będzie go powstrzymywać i przekonywać, że jest tu potrzebny, ale wiedział również, że nie może tam długo pozostać. Zastanawiał się tylko, jak to zrobi. Bo przecież nie pójdzie za parobka do dworu. Musi poza tym pomyśleć o tym, aby miał gdzie mieszkać nie będąc przeszkodą dla innych.

Wkrótce przyszła niedziela i nadarzyła się okazja do bliższych rozmów ze starymi znajomymi, tak z rówieśnikami jak i ze starszymi, którzy też chętnie słuchali tego co mówił. Przynosił bowiem wieści ze świata, który dla nich był znany tylko z domysłów i opowiadań przekazywanych z ust do ust, w które nie wiedzieli czy mają wierzyć.

W niedzielny kwietniowy ranek ubrał się Wojtek Swiętała w to co miał najlepszego i skierował w stronę kościoła. Dochodził już niemal do bramy, gdy rozległy się dzwony z wieży kościelnej. Pojedynczo, po dwoje i całymi grupkami szli zewsząd ludzie przyodziani w świąteczne szaty, prowadząc między sobą rozmowy na różne tematy. Odnosiło się wrażenie - a może i było tak naprawdę - że mówią do siebie przyciszonym głosem, jak gdyby obawiali się, aby nie spłoszyć wypowiedzianymi słowami czegoś, co przyniosło im ulgę i trochę szczęścia.

Drzwi do kościoła były szeroko otwarte, a po ich przejściu kobiety kierowały swe kroki na prawo, często z małymi dziećmi, natomiast po lewej stronie ustawiali się mężczyźni. W drewnianych ławkach siedzieli starsi już wiekiem mieszkańcy Wieśniowa, trzymając przeważnie w rękach różaniec, na którym przesuwali co pewien czas paciorki poruszając jednocześnie wargami przy odmawianiu zdrowaśków. Inni stali z boku i za ławkami.

Rozejrzał się Wojciech Świętała dyskretnym wzrokiem - tak, że trudno było nawet zauważyć lekkie ruchy głową - jak gdyby chciał i tutaj odnaleźć swoje wspomnienia i uchwycić zmiany jakie zaszły. Nie zauważył nic specjalnego, natomiast w pewnym momencie głowa jego zatrzymała się nieruchomo, niedostrzegalnie skręcona w prawą stronę, ze wzrokiem wyraźnie utkwionym w jedno miejsce. Początkowo nie był pewien, czy się nie myli, ale wkrótce tamta głowa odwróciła się w lewo i wtedy już wiedział, że to jest ona. Myśli jego cofnęły się naraz o kilka lat i w pewnej chwili uszło nawet jego uwadze, że wszyscy wykonują znak krzyża świętego. Zreflektował się jednak szybko i z niewielkim opóźnieniem nadrobił ten obowiązek chrześcijański, ujrzawszy jednocześnie przy ołtarzu znaną postać proboszcza wypowiadającego łacińskie słowa modlitwy.

Dostrzegł również Wojtek wzrok innych skierowany na siebie, a niektórzy wymieniali nawet ukradkiem jakieś uwagi na jego temat.

A potem wszystko potoczyło się jak za dawnych lat. A więc ofiarowanie, kazanie księdza proboszcza, który podniosłym tonem wzywał swoich parafian, aby myśleli nie tylko o doczesnym, ale i przyszłym życiu, podniesienie, przyjęcie Ciała Pańskiego i po ogłoszeniach parafialnych ta sama pieśń: "My chcemy Boga...".

I tak samo jak dawniej zaczęli się wszyscy "wysypywać" z kościoła, zatrzymując się tu i ówdzie grupkami i wymieniając między sobą różne uwagi. Wychodzące z kościoła starsze kobiety ubrane były w długie spódnice z przednimi - wiązanymi w pasie - zapaskami oraz koszule z lnianego płótna i odświętne gorsety uszyte przeważnie z materiału wełnianego - tak zwanego kaszmiru lub z aksamitu i pluszu w różnych kolorach. Na głowach miały kolorowe, płócienne chusty, związane pod brodą. Panny ubrane były w spódnice zwane "sorcami", wykonane z tkaniny granatowej, wiśniowej lub zielonej, dołem podszyte tasiemką. Niektóre miały w środku biały fartuch - płócienny lub perkalowy, ozdobiony haftem. Odświętne gorsety panien uszyte były z turkusowej wełenki. Koszule świąteczne panien - podobnie jak u starszych kobiet - miały kołnierzyk i mankiety wyszywane haftem. Odświętne czarne pantofelki dziewcząt zasznurowane były czerwonymi pasemkami na szklane guziki. Pod szyją miały czerwone korale z krzyżykiem lub medalionem. Panny nie nosiły chustek na głowie. Włosy miały uczesane na gładko - z przedziałkiem lub bez - upięte w jeden lub dwa warkocze, do których wplatały kolorowe wstążki.

Mężczyźni ubrani byli w spodnie uszyte z wełnianych tkanin samodziałowych o lnianej osnowie. Ich świąteczne koszule były z cienkiego płótna, ozdobione haftem na kołnierzyku, przodzie i mankietach. Na nogach mieli założone buty z cholewami, w które wpuszczone były nogawki spodni. Biedniejsi mieli drewniane pantofle. Ubiory odświętne mieszkańców Wieśniowa różniły się znacznie od tych codziennych, które - ze względu na biedę - były szyte przeważnie z płótna zgrzebnego. Chłopi zakładali na nogi trepy, które posiadały grubą drewnianą podeszwę, obitą skórą do połowy stopy albo nosili buty o drewnianej podeszwie i całym wierzchu skórzanym. Kobiety chodziły często do miasta boso i dopiero potem - ze względów oszczędnościowych - wkładały buty. Chłopcy i dziewczynki biegali latem boso, a w porze zimowej zakładali na nogi drewniane trepy.

Wojtek zatrzymał się zaraz po opuszczeniu kościoła, a właściwie został zatrzymany przez jednego z gospodarzy - a był nim Feliks Durlak, który pełnił teraz funkcję sołtysa. Wkrótce przyłączyli się do nich inni i zaczęła się ożywiona dyskusja na temat minionych i obecnych czasów.

Zaczęli od spraw wagi państwowej zastanawiając się nad tym co też Paderewski nowego "przyniesie", mówili o niedawnych wyborach, a wreszcie doszli do własnych podwórek.

- Muszą ziemię dać tym, którzy jej potrzebują - mówili - dość już się nacierpieliśmy pod zaborami. Teraz mamy swoją władzę i sprawiedliwość być musi.

Słowa te wypowiadali coraz bardziej podnieceni, coraz głośniej, gestykulując rękami i z twarzami, na których widać było jednak obawę, czy rzeczywiście potrafią zmusić "tamtych" do spełnienia ich oczekiwań i żądań. Padające z ust jednych słowa ośmielały innych i dyskusja stawała się coraz bardziej gorąca, a wzajemna nieufność znikała w końcu niemal całkowicie. Zaczęli wreszcie iść powoli wzdłuż drogi w dalszym ciągu prowadząc ożywione rozmowy, ale coraz to kogoś ubywało, gdyż odchodził do swojej zagrody.

Został wreszcie i Wojciech Świętała sam, a idąc dalej rozmyślał o tym co tu usłyszał i zobaczył i zastanawiał się, jaki z tego wszystkiego wniosek dla niego samego wypływa. Niedługo jednak mógł rozmyślać, gdyż wkrótce dojrzał z oddali znajomą sylwetkę, która dopiero co właśnie oddaliła się od swych koleżanek. Przyspieszył kroku, a że w marszu był wprawiony jeszcze w czasie wojny, wkrótce zrównał się krokiem z idącą. Ta zaś odwróciła głowę i uśmiech pokazał się na jej twarzy, a wkrótce potem padły pierwsze słowa.

- To jesteś znowu - powiedziała poprawiając sobie uczesane na gładko ciemno-blond włosy z przedziałkiem w środku głowy.

- Dzień dobry Krystyno, co u ciebie słychać? - nie znalazł jakoś innych słów, chociaż czul, że chciałby powiedzieć coś innego, coś więcej, coś takiego, co zabrzmiałoby inaczej.

Podali sobie ręce i spojrzeli w oczy, jak gdyby chcieli odnaleźć w nich dawne wspomnienia i sprawdzić, czy pamięć o nich pozostała jeszcze. Dojrzeli widocznie wzajemnie to, czego oczekiwali, gdyż twarze ich stały się jak gdyby żywsze. Zaczęli iść wolno wzdłuż drogi i wkrótce posypały się z ich ust coraz śmielej wypowiadane słowa świadczące o tym, że odnaleźli w sobie te same istoty sprzed kilku lat.

- Co tak długo nie wracałeś? - zapytała w pewnym momencie Krystyna. - Przecież wojna się już dawno skończyła. W niewoli byłeś, czy co? - powiedziała z uśmiechem, jak gdyby wiedziała o tym, że tak nie było.

- Widzisz Krysiu - odpowiedział Wojtek z opadającą na czoło czarną czupryną, górując nad nią wzrostem - człowiek to dziwne stworzenie. Nieraz to chciałoby się cały świat zobaczyć i zrozumieć wszystko to, co na nim się znajduje. Ale im się jest dalej od swoich, to tym bardziej ich człowiekowi brakuje.

Twarz Krystyny w tym momencie stała się jak gdyby poważniejsza - szła patrząc prosto przed siebie i czekając na dalsze słowa.

- Był taki czas, że zastanawiałem się nawet - ciągnął dalej Wojtek - czy trzeba mi tutaj wracać. Ale kiedy rozejrzałem się wokół siebie i posłuchałem co inni mówią, to doszedłem do wniosku, że właściwie każdy myśli o tym samym: o tym mianowicie, co wyniósł z najwcześniejszych lat, co wokół siebie widział, słyszał i czuł, co było dla niego całym światem. I chociaż ten świat, najpierw mały - wokół matki, ojca, sióstr, braci, izby i podwórka, potem trochę większy - wioska, sąsiednie wioski, miasto, a potem cały kraj, to ten świat jest dla człowieka najważniejszy i największy. I choćby tamten daleki świat dał prawie wszystko to, co chciałoby się mieć, to i tak nie dałby wszystkiego. Bo to wszystko jest właśnie tutaj i tu jest moje miejsce. Dlatego tu wróciłem.

- Bardzo to zawikłanie powiedziałeś - rzekła Krystyna spoglądając na chaty po obu stronach drogi - ale myślę, że cię rozumiem.

- Wiesz co? - kontynuował Wojtek - wydaje mi się, że najgorzej to jest takim, którzy nie mają po co wracać. Tacy szukają szczęścia w różny sposób: w zawziętej pracy - i wtedy jest z tego pożytek, w draństwie - wtedy wiadomo, co z tego wychodzi, w szukaniu przygód - co czasami ulgę im daje. A są i tacy, którzy nie znalazłszy niczego, do czego lub kogo mogliby wracać, szukają śmierci i często ją znajdują, jeśli im nikt ręki nie poda.

Wkrótce rozmowa zeszła na inne tory: mówili o swoich rówieśnikach, ich zajęciach w gospodarstwie, a niebawem znaleźli się przed domem Krystyny. Spojrzawszy na duże, murowane budynki domu i obory, pokryte gontami, a także stojącą dalej stodołę, poczuł się Wojtek w pewnym momencie trochę niepewnie. Ale trwało to tylko ułamek sekundy i przystanąwszy na wprost Krystyny, która zatrzymała się przed wejściem do domu, zaczął coś mówić o pracy na kolei, patrząc jej śmiało w oczy z nadzieją, że to spotkanie będzie jednym z następnych.

Stojąc tak naprzeciw siebie, nie zauważyli nawet, że w pewnej chwili ukazała się w oknie jakaś kobieca twarz, która zaczęła im się ciekawie przyglądać. A zaraz potem otworzyły się drzwi i stanęła w nich ta sama postać.

Poznał ją Wojtek od razu i skłonił się wypowiedziawszy słowa pozdrowienia. Była to bowiem Sabina Kamińska - matka Krystyny.

- Chodź no Krysiu, bo trzeba obiad gotować - odezwała się odpowiedziawszy zdawkowo na powitanie. Stała przy tym dalej, jak gdyby obawiała się, że jej wola nie zostanie spełniona, gdy odejdzie.

- Zaraz idę - odpowiedziała Krystyna i spojrzała prosto w oczy Wojtka, a w tym spojrzeniu zobaczył wszystko to, czego pragnął i oczekiwał. Toteż z ust jego padły jeszcze tylko dwa słowa:

- Do widzenia.

Wolno odwróciły się ich postacie w dwie różne strony, a odchodzący Wojtek nie zwrócił uwagi na to, że czegoś tu brakowało. Widział się przecież dotąd z wieloma znajomymi i każdy witając go zadawał mu jakieś pytanie na temat jego losów w ostatnich latach, kiedy go we wsi nie było. A ta starsza kobieta nie uczyniła tego jednak.

Rozdział 4

Motto: Kto chce poznać smak miodu,

musi najpierw poznać smak goryczy.

Powoli i spokojnie zbierali chłopi z pól swoje plony, jedni więcej, inni mniej, ale praca szła im tego lata jakby raźniej i mimo niedostatku w niejednym domu, waśnie zdarzały się rzadziej, a pogoda chociaż na niebie nie dopisywała, w rodzinach była coraz częstszym gościem. Ciągle słyszało się głosy, że teraz to chce się pracować, bo to wszystko dla siebie, a nie tak jak jeszcze niedawno pod zaborami, a potem bez przerwy wśród zawieruchy wojennej.

Łatwo jednak nie było, gdyż około sześćdziesiąt cztery procent były to gospodarstwa poniżej pięciu hektarów i zajmowały około piętnaście procent ogólnego obszaru ziemi uprawnej - w tym było dużo takich poniżej dwóch hektarów. Natomiast niecały jeden procent wszystkich gospodarstw rolnych stanowiły majątki obszarnicze i skupiały blisko połowę ziemi uprawnej.

Ci chłopi, którzy nie mieli koni, używali do uprawy pól krowy, którym nakładali na karki drewniane jarzmo. Było jeszcze dużo pługów tak zwanych koleśnych, w których tylko "odkładnice" były żelazne - robione przez kowala - a pozostałe części były drewniane. Także brony były często z drewnianymi zębami. Zboże żęto sierpami i robiły to przeważnie kobiety, starając się, aby ziarno nie wysypywało się z kłosów i nie niszczona była słoma. Ścierniska grabiono drewnianymi "grabiorkami", a potem biegające boso po ścierniskach dzieci zbierały jeszcze pojedyncze kłosy. Czasami także dzieci za zgodą "dziedzica" - jak go nazywano - zbierały także kłosy zbóż z dworskich pól. Tylko do koszenia siana stosowano kosy. Widły też były drewniane o dwóch lub trzech zębach - wykonane z odrośli gałęzi drzew. Do zwożenia zboża i siana chłopi mieli drabiniaste wozy, których koła były często "bose", to znaczy koła nie były okute żelaznymi obręczami, gdyż właścicieli nie było na to stać. Kiedy zboże było już w zapolach stodół, gospodarze lub ich dorośli synowie młócili go na klepisku cepami.

Ziemniaki sadzono "pod motykę" - sercowatą żelazną z długim drewnianym trzonkiem, a do kopania używano motyki z trzema lub czterema żelaznymi zębami. Potem ziemniaki zwozili chłopi wozem z "dechami" - bocznymi i spodnią.

W miarę upływu czasu - po zakończeniu żniw - rozmowy zaczynały być coraz bardziej nerwowe, a narzekania i skargi słyszało się coraz częściej. Mijały bowiem dni, tygodnie, a potem i miesiące i niewiele się na wsi zmieniało. Ziemi nie przydzielano nikomu, nawet tym najbardziej potrzebującym. Toteż w miarę upływu czasu, rozmowy stawały się coraz cichsze, coraz bardziej niecierpliwili się ludzie - zdezorientowani i niepewni jutra. Liczyli przecież na to, że jeszcze tej jesieni obsieją przydzielone im grunta, a tu się zapowiadało, że znowu będzie taki sam jak zawsze przednówek. Zamiast ziemi, słyszeli znów tylko żądania i agitacje, aby wstępowali ochotniczo do armii dla wspierania wojska, które nie dawało sobie rady z Rosją Sowiecką - jak ją teraz nazywali. Słyszeli też obietnice, że po wygraniu tej wojny będzie im już naprawdę dobrze, a ziemi nie zabraknie dla nikogo. Ale oni mieli już dość tych wyrzeczeń i przestawali wierzyć, że to się kiedyś skończy.

Zawiedziony był również i Wojciech Świętała. Słyszał bowiem, że przy podziale ziemi mają być specjalnie uwzględniani żołnierze, którzy brali udział w wojnie. A on przecież i w Legionach u Piłsudskiego służył, więc tym bardziej liczył na to, że zostanie mu to wynagrodzone. Spotykali się coraz częściej z Krystyną, tak że znajomi zagadywali go już na ten temat, bo we wsi te sprawy zawsze budziły ciekawość i były odwiecznym tematem rozmów.

Któregoś dnia wieczorem Krystyna jak zwykle krzątała się po izbie, a stary Kamiński prowadził dysputę z żoną na temat planowanego obsiewu pól. W pewnym momencie matka odezwała się tymi słowy:

- A mnie się wydaje, że ci się pomoc szykuje, tylko że nikt nas o to nie pyta, czy nam ta pomoc będzie potrzebna. Przecie Krysia z Wojtkiem Świętałowym to się tak prowadzają, jakby już co najmniej po ślubie byli.

- A no przecie dorosła już, to jej zabraniał nie będę, swój rozum ma - odrzekł na to gospodarz i na twarzy jego widać było wyraźnie, że szykuje się przykra rozmowa.

- A ja ci mówię, że dorosła może i ona jest, ale rozumu to chyba za dużo nie ma.

- Co mamusię znowu ugryzło? - wtrąciła gniewnym głosem Krystyna.

- Ty mi z gryzieniem nie wyjeżdżaj, bom ja twoja matka i od małego cię chowam, a com się przy tym namordowała, to ty tego nie wiesz. I ja na zmarnowanie cię nie dam, boś ty moja córka i ja o twoje dobro musze zadbać.

- Jak mama taka dobra, to najlepiej będzie, jeżeli mnie zostawi w spokoju. Ja też potrafię o swoje dobro zadbać; przecież mnie bardziej na tym zależy, niż mamie.

- Zależeć to ci może i zależy - odparła stara Kamińska głosem nie wróżącym nic dobrego - aleś głupia boś młoda i jak głupstw narobisz, to potem z płaczem do mnie przyjdziesz, a wtedy będzie za późno. Dlatego muszę teraz za ciebie myśleć. Nie dam cię za Wojtka i koniec! Już mnie tu pytali o ciebie tacy, którzy potrafią to co potrzeba i gospodarstwa mają jak się patrzy.

- Co kto potrafi to mama nie wie, a gospodarstwo to każdy mieć może - odpowiedziała córka a słowa te do pasji doprowadziły jej matkę.

- Ty się zastanów co mówisz! - wrzasnęła - bo jeśli tak jest jak powiedziałaś, to mu kiedy łeb rozwalę, temu twojemu kochasiowi.

- Przestań matka - wtrącił się do rozmowy gospodarz domu - przecie Krysia nie dziecko, a wychowała się jak należy i ja się o nią nie boję.

- Ty się nigdy o nic nie boisz - zaperzyła się jego żona, ale zagryzła wargi i nie powiedziała nic więcej, nie znalazłszy sprzymierzeńca w mężu.

W tym momencie w oczach Krystyny ukazały się łzy, rzuciła trzymaną w ręce ścierkę i wybiegła z izby, mijając się po drodze ze swym bratem Bogdanem, który właśnie wchodził.

- Co się tu dzieje? - zapytał wszedłszy do środka.

- A dzieje się, dzieje -odpowiedziała mu matka ze złością - nie wiesz to, co Krysia wyprawia z Wojtkiem?

- Nie wiem i nie moja to sprawa - odrzekł Bogdan i wyszedł do sąsiedniej izby.

Pozostali w kuchni tylko starzy Kamińscy i przez pewien czas panowała grobowa cisza, aż wreszcie on powiedział:

- Tym sposobem to nic nie zwojujesz, a tylko sobie wszyscy kłopotu narobimy i na pośmiewisko ludzkie się narazimy.

- To według ciebie dobrze tak będzie? Weźmiesz go tu do nas? Bo przecież tam nie będą gospodarować ani mieszkać. Gdzie i na czym?

- Po prawdzie to muszę powiedzieć, że z tego Wojtka niegłupi chłopak jest, ale i to rację masz, że niełatwo by im było. Ale może się dorobią. Przecież i mój ojciec niewiele miał, a i my jak byliśmy młodzi, też nie mieliśmy tego co teraz. Najważniejsze to rozum swój mieć i dobrze go użyć. A co do tego, to obojgu zarzucić nic nie można. Z tego co ja widzę, to oni prawdziwie się kochają i bez siebie się obejść nie mogą.

- Gadaj co chcesz, ale samym kochaniem żyć nie będą. A na razie niewiele więcej mają - powiedziała na to Kamińska, ale coś się w niej załamało, bo po chwili dodała: - Że mnie złość poniosła to też prawda, bo nie lubię, jak mi własne dzieci pyskują, ale prawdę mówię, że cieszyć się z czego nie mamy. Powiedziawszy to wyszła z izby i zaczęła się rozglądać za córką, a nie widząc jej nigdzie, krzyknęła głośno: - Kryśka! Chodź do domu kończyć to zmywanie, bo trzeba iść spać.

Nie czekając wróciła do domu i sama zajęła się garnkami.

*

Kilka dni po rozmowie z matką Krystyna szła do sklepu, gdyż kończyły się już w domu zapasy nafty, soli i innych drobiazgów, gdy nagle usłyszała za sobą głos:

- Dokąd to się panienka wybiera? Może mogę w czym pomóc?

Odwróciła lekko głowę i zwolniła nieco kroku, ale nie zatrzymała się i nie poczekała na Wojtka - bo on to był właśnie. Ten zaś przyspieszył kroku, a potem niemal biegnąc dopędził ją i chwycił za rękę.

- Poczekałabyś na mnie, bo jeszcze pomyślę, że uciekasz przede mną a ja przecież złych zamiarów nie mam. - To mówiąc spojrzał na nią szukając jej wzroku, ale nie znalazłszy go cofnął rękę, a twarz jego zmieniła się momentalnie. Przez chwilę szli obok siebie nic nie mówiąc, aż wreszcie on przerwał milczenie.

- Widzę, że chmury nadciągają, nie wiem tylko z której strony, więc może mi powiesz, to spróbujemy je rozpędzić.

- Nic się nie martw - odrzekła na to Krystyna patrząc w drugą stronę - dzisiaj deszcz, jutro pogoda, tak to zwykle bywa. A ty gdzie lecisz? - zapytała.

- Tu nie o to chodzi, gdzie ja lecę, tylko żebyś mi powiedziała, co cię gnębi. Bo przecież widzę, że nie jesteś ta sama, co zawsze.

- To sobie odmienisz, jeśli mówisz, żem inna. Może nawet lepiej tak będzie, bo jedna i ta sama ciągle to by ci się znudziła.

- Lubię bardzo słuchać twoich żarcików, ale tym razem gorzkie one są. Skoro ty nie chcesz mówić, to ja to zrobię, bo wydaje mi się, że wiem, o co tu chodzi. Nie pozwalają ci się ze mną spotykać, tak?

- Ja pozwolenia nie potrzebuję, bo dzieckiem nie jestem - rzekła ze złością. - Powiedziałam ci już, żebyś się mną nie przejmował, więc daj mi spokój.

- Skoro tak sobie życzysz, to chyba zawrócę. - Mówiąc to zwolnił nieco kroku i dodał: - Nigdy bym sobie nie darował, gdybyś przeze mnie miała być zawsze taką, jaką cię dzisiaj spotykam.

- To trzeba było w ogóle tutaj nie wracać! - niemal krzyknęła. - Chcesz, to pójdę z tobą, nie chcesz, to zawrócę - tyle tylko potrafisz?! - Bardzo łatwo ci to przychodzi.

- Łatwo się może i mówi, ale trudniej to zrobić. Żebyś tak chciała ze mną jechać, to bym cię wywiózł gdzie, choćby do Ameryki.

- Gdzie mnie tam do Ameryki. Ja to się tu wychowałam i tu chcę żyć, a co do ciebie, to widzę, że ci jeszcze nie wywietrzał z głowy ten świat, któregoś skosztował. A przecież jeszcze niedawno sam mówiłeś, że dla ciebie cały świat to tutaj jest i dlatego tu wróciłeś. A teraz chcesz uciekać, bo ci się wydaje, że tam gdzieś to łatwiej będzie. Myślisz, że tam to ktoś lub coś czeka na ciebie? Tam tak samo jak tu, musisz zaczynać z niczego.

- Tak, z niczego - powtórzył wolno jej słowa, a ona zrozumiała, co teraz myśli i ująwszy go pod rękę, powiedziała:

- Będziemy zaczynać z niczego, tak jak wszyscy młodzi.

Słowa te zdumiały Wojtka, spojrzał jej w oczy, ona odpowiedziała mu wzrokiem nic nie mówiąc i szli tak przez pewien czas w milczeniu - ona z rozpogodzoną twarzą, sprawiając wrażenie, jak gdyby zapomniała całkowicie o wszystkich przykrych dla siebie chwilach, a ten nastrój udzielił się również jemu. Jednakże już po paru chwilach twarz jego spoważniała i widać było, że wewnątrz wzbiera w nim jakieś postanowienie. Oto otrzymał bowiem dowód na to, czego oczekiwał. I teraz wiedział już, że nie może zrobić zawodu - sobie i jej. Bo przecież ona wierzyła w niego tak mocno, wierzyła w to, że on potrafi rozwiązać wszystkie problemy ich obojga, że nawet nie próbowała sama zastanawiać się nad tym wszystkim.

Ale jak to zrobić? - nie wiedział jeszcze tego, ale wiedział już, że Krystyna będzie jego jedyną i dla niej poświęci swoje życie i wszystkie swoje siły.

Darmowy fragment