Święty problem - Joanna Maziarek

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Harper

Wysiadłam z samochodu na parkingu przy Front Street, mocno zaciskając zęby.

Miasteczko wyglądało jak cholerna wioska Świętego Mikołaja, tylko przeniesiona w amerykańskie realia.

Leavenworth leżało dwie i pół godziny drogi od Seattle i na pierwszy rzut oka prezentowało się bajkowo. Tysiące, może nawet dziesiątki tysięcy światełek ciągnęły się wzdłuż ulic, oplatały pnie drzew, balkony i drewniane balustrady, migocząc w rytm świątecznych melodii dobiegających z ukrytych gdzieś głośników. Dachy budynków zdobiły girlandy, czerwone kokardy i wieńce. Zupełnie jakby mieszkańcy prowadzili między sobą cichą rywalizację o to, komu uda się stworzyć najbardziej bożonarodzeniową pocztówkę w całym stanie Waszyngton.

Wszystko sprawiało wrażenie przesadnie idealnego - było kolorowe, schludne i dopracowane w najmniejszym szczególe, począwszy od witryn sklepów pełnych drewnianych zabawek, ręcznie malowanych bombek i pachnących świec, a skończywszy na przechodniach, którzy, ku mojemu rosnącemu zdziwieniu, uśmiechali się do siebie tak swobodnie, jakby znali się od lat.

Trafiłam do filmu świątecznego, do którego scenariusz napisał ktoś, kto był przekonany, że wypicie kubka gorącej czekolady, upieczenie pierników i zaśpiewanie kolędy z sąsiadami to jedyny sposób na szczęście.

Brakowało tylko sztucznego śniegu spadającego z nieba w idealnym tempie i renifera przechadzającego się środkiem ulicy.

Westchnęłam ciężko, zatrzaskując drzwi samochodu i opierając dłonie na biodrach.

- Przeżyjesz - mruknęłam do siebie. - To tylko kilka tygodni.

Kilka tygodni w miejscu, w którym najwyraźniej Boże Narodzenie trwało dwanaście miesięcy w roku.

Miałam jednak nadzieję, że te kilka tygodni wystarczy, żeby w Seattle rozstrzygnąć jeszcze jedną ważną dla mnie sprawę. Czekałam na odpowiedź w sprawie projektu, nad którym pracowałam od kilku miesięcy.

Miód na moje serce.

Już podczas wjazdu do miasteczka minęłam trzy sklepy sprzedające wyłącznie świąteczne ozdoby, dwie piekarnie reklamujące "najlepsze pierniki w mieście" i mężczyznę ubranego w zielony strój elfa, choć do oficjalnego rozpoczęcia festiwalu wciąż pozostawało kilka dni.

Gdyby ktoś mi powiedział, że mieszkańcy nie pozwalają dzieciom używać w szkołach niczego innego poza brokatowymi długopisami, prawdopodobnie nawet bym się nie zdziwiła.

Wyjęłam z bagażnika walizkę, torbę z laptopem i niewielką teczkę z dokumentami dotyczącymi festiwalu, po czym ruszyłam do hotelu oddalonego o zaledwie kilkadziesiąt jardów.

Ledwie zrobiłam kilka kroków, a mijająca mnie starsza kobieta w czerwonym płaszczu obdarzyła mnie szerokim uśmiechem.

- Dzień dobry! Miłego pobytu! - zawołała, jakbyśmy znały się od lat.

Odruchowo odwzajemniłam uśmiech.

- Dziękuję.

Nie uszłam nawet kolejnego kroku, gdy z piekarni po drugiej stronie ulicy wyszedł mężczyzna z papierową torbą pełną bułek.

- Jest pani nowa? - zapytał tak swobodnie, jakby od dziecka miał w zwyczaju zagadywać obcych ludzi.

Szeroko otworzyłam oczy.

- Aż tak bardzo to widać?

- No tak. - Facet podrapał się po głowie. - Gdyby mieszkała pani w Leavenworth, już dawno wiedziałbym, jak ma pani na imię.

Parsknęłam cicho śmiechem.

- Harper.

- Miło mi. Jestem Frank. Proszę koniecznie spróbować cynamonowych bułeczek u Nancy. I gorącej czekolady u Bena. A jeśli będzie pani potrzebowała dobrego hydraulika...

- Frank! - dobiegł go kobiecy głos z drugiej strony ulicy. - Przestań zaczepiać turystów!

Mężczyzna wzruszył ramionami, jakby te krzyki nie stanowiły dla niego niczego nowego.

- Witam w Leavenworth.

Pokręciłam głową i ruszyłam dalej.

Miałam za sobą niespełna trzy minuty spaceru, a już dwie obce osoby zorientowały się, że nie jestem stąd. W Seattle przez trzy lata mieszkałam drzwi w drzwi z sąsiadem i nawet nie wiedziałam, jak ma na imię. Tutaj najwyraźniej wystarczyło pojawić się na chodniku z walizką, żeby stać się atrakcją sezonu dla połowy miasta.

Kiedy dotarłam do niewielkiego hotelu przy Front Street, recepcjonistka powitała mnie tak entuzjastycznie, że aż poczułam się głupio.

- Pani Harper Rivera? - zapytała, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.

Uniosłam brwi.

- Tak, to ja - potwierdziłam.

- Cudownie! Pokój jest już gotowy. Dyrektor festiwalu dzwonił rano i uprzedził, że może pani dotrzeć trochę wcześniej. Ach, i proszę się nie przejmować, jeśli mieszkańcy będą zadawać dużo pytań. Po prostu wszyscy są ciekawi nowych twarzy.

- Zdążyłam to zauważyć.

Kobieta roześmiała się, podając mi kartę do pokoju.

- Do końca tygodnia całe miasteczko będzie wiedziało, że przyjechała specjalistka od organizacji wydarzeń z Seattle.

- Ma pani talent do straszenia gości - zauważyłam.

- Och, proszę mi wybaczyć. Nie chciałam pani wystraszyć. Po prostu tak działa Leavenworth.

Ona tak poważnie czy to jakiś rodzaj żartu?

Po przekroczeniu progu pokoju odstawiłam walizkę pod ścianę i od razu wyjrzałam przez okno. Z góry widziałam niemal całą Front Street - turyści spacerowali, a lampki nadal świeciły bez zarzutu.

Czy im się to nie nudziło?

- No pięknie - westchnęłam, opierając dłonie o parapet. - Wylądowałam w miejscu, gdzie mogę zapomnieć, czym jest anonimowość.

Chwyciłam teczkę z dokumentami i po niespełna pół godzinie opuściłam hotel, kierując się do budynku ratusza, w którym mieściło się tymczasowe biuro organizatorów festiwalu.

Już z korytarza dochodziły mnie odgłosy rozmów, stukot klawiatur i niemal bez przerwy dzwoniące telefony. Przez chwilę czułam się, jakbym trafiła do zupełnie innego świata.

- Harper! - zawołał mężczyzna w granatowej koszuli, energicznie machając do mnie ręką. - Wreszcie jesteś.

- Mam nadzieję, że jeszcze nic się nie pali.

- Jeszcze nie - odparł z wymuszonym uśmiechem. - Ale do końca dnia daleko.

Zaprowadził mnie do dużej sali konferencyjnej, gdzie przy długim stole siedziało kilka osób. Burmistrz, przewodnicząca rady miasta, koordynatorzy wydarzeń i wolontariusze rozmawiali jednocześnie, przekrzykując się nawzajem.

- Kochani, to Harper Rivera z Seattle - przedstawił mnie. - Przez najbliższe dni będzie czuwać nad organizacją naszego festiwalu.

- Witamy! - odezwało się kilka osób niemal równocześnie.

Zdążyłam jedynie skinąć głową, gdy starsza kobieta siedząca naprzeciwko przesunęła w moją stronę kubek z kawą.

- U nas wszyscy zaczynają od kawy. Bez tego nie da się przeżyć grudnia - zaśmiała się donośnie.

- Dziękuję.

- I od pierników albo cynamonowych drożdżówek - dodał młody mężczyzna z końca stołu.

- Przestańcie ją męczyć, prawdopodobnie jeszcze nie zdążyła rozpakować walizki - zrugał ich burmistrz, chociaż w jego tonie głosu próżno było szukać złości czy irytacji. Brzmiał bardziej jak dobry wujek.

Przytaknęłam. Coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że tym ludziom trudno funkcjonować bez żartów i jedzenia.

- Dobrze - odezwałam się, otwierając laptop. - Zacznijmy od harmonogramu.

Przez następne kilkanaście minut omawialiśmy szczegóły wydarzeń. Parada otwierająca festiwal, koncert chóru, warsztaty pieczenia pierników, konkurs na najładniej udekorowany dom, kiermasz lokalnych rzemieślników, spotkania dzieci ze Świętym Mikołajem.

Wszystko wydawało się dopięte na ostatni guzik.

Przynajmniej do chwili, gdy zadzwonił telefon.

Rozmowy urwały się nagle. Dyrektor festiwalu spojrzał na wyświetlacz.

- To Harold.

- Pewnie chce potwierdzić próbę generalną - skomentował burmistrz.

Mężczyzna odebrał i już po kilku sekundach uśmiech zniknął z jego twarzy.

- Zaraz... Jak to...?

W pomieszczeniu zapanowało dziwne napięcie.

- Rozumiem. Oczywiście, zdrowie jest najważniejsze. Tak, damy sobie radę.

Rozłączył się.

- Co się stało? - zapytałam, pełna najgorszych przeczuć.

Coś zakłuło mnie w skroni, przez co jęknęłam w duchu. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko migreny.

- To nie był Harold. To jego żona.

Pozostali wciąż milczeli.

- Dziś rano zabrała go karetka. Ostre zapalenie wyrostka. Jest już po operacji i lekarze nie pozwolą mu nawet myśleć o zakładaniu czerwonego stroju.

Jak na komendę rozległo się zbiorowe jęknięcie.

- No nie.

- To niemożliwe. Przecież bez niego ten festiwal...

- Harold jest Mikołajem od piętnastu lat. Kto go zastąpi?

- Bez Harolda to nie będzie to samo.

Przenosiłam wzrok z jednej osoby na drugą, próbując zrozumieć, czy to działo się naprawdę, czy właśnie obserwowałam zbiorową żałobę po Mikołaju.

- W porządku. Wypadki się zdarzają. A my załatwimy zastępstwo.

W sali zapadła ogłuszająca cisza. Kilka osób spojrzało na mnie z mieszaniną współczucia i niedowierzania. Burmistrz chrząknął.

- To może być trudniejsze, niż się wydaje - odpowiedział na moje zapewnienie.

- A to dlaczego?

- Bo Harold nie był tylko Mikołajem - wytłumaczył spokojnie.

- Był instytucją - dokończyła za niego starsza kobieta.

- I wszyscy będą porównywać nowego do niego - westchnął dyrektor festiwalu. - Ale skoro odpowiadasz za organizację wydarzenia...

Rzucił mi znaczące spojrzenie.

- ...to chyba faktycznie musisz znaleźć nowego Mikołaja.

Zamknęłam laptop, odetchnęłam głęboko i zmusiłam się do zachowania opanowania.

Taki bałagan już pierwszego dnia.

- W porządku. Proszę przygotować mi listę wszystkich możliwych kandydatów.

Dyrektor i burmistrz wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

- Problem w tym - zaczął niepewnie burmistrz - że my takiej listy nie posiadamy.

- Od piętnastu lat Harold nie potrzebował zastępstwa - kontynuował dyrektor. - Był ikoną, rozumiesz.

No tak. Bo przecież wyrostek z pewnością miał wpisane w kalendarzu, żeby nie psuć nikomu świąt - odezwał się złośliwy głos w mojej głowie.

Co do cholery?

- W takim razie stwórzcie ją - zażądałam.

Zebrani spojrzeli po sobie z wątłymi uśmiechami, które miały za zadanie mnie uspokoić.

Spoiler: daleko mi było do tego stanu.

Nagle zaczęli mówić jeden przez drugiego, rzucając nazwiskami. Nie było ich wiele, bo ostatecznie na listę trafiły tylko trzy osoby.

Starałam się jednak nie tracić wiary, że uda mi się to okiełznać.

Nie z takich tarapatów wychodziłam.

***

Pierwszy adres zaprowadził mnie do niewielkiego domu z białym płotkiem i idealnie odśnieżonym podjazdem. Gdy drzwi się otworzyły, omal nie klasnęłam z radości.

Siwe włosy. Długa broda. Czerwony sweter.

Ten człowiek wyglądał, jakby urodził się z workiem prezentów na plecach.

Zdecydowałam się uznać to za dobry znak.

Szukasz kostuchy czy Świętego Mikołaja? - przemówił głos, a ja omal nie pisnęłam. Dobrze, że zdołałam się w porę opanować.

- Pan Walter? - upewniłam się z ostrożnym uśmiechem.

- We własnej osobie.

Pięć minut później siedzieliśmy przy stole z kubkami kawy, a ja opowiadałam o festiwalu i spotkaniach z dziećmi. Walter słuchał z zainteresowaniem, od czasu do czasu potakując głową.

- Myślę, że świetnie by się pan sprawdził...

Urwałam. Walter siedział z zamkniętymi oczami. Odczekałam kilka sekund.

- Panie Walterze?

Zero reakcji.

- Panie Walterze?

Dopiero ciche pochrapywanie uświadomiło mi, że ten mężczyzna po prostu zasnął. Siedział naprzeciwko mnie z rękami splecionymi na brzuchu i spał snem sprawiedliwego.

Nie, to się nie działo.

Ktoś robił mi wyjątkowo głupi żart.

- W porządku. Uznajmy to za pańskie "nie".

***

Drugi kandydat przyjął mnie z takim entuzjazmem, że przez chwilę byłam przekonana, iż los postanowił się wreszcie do mnie uśmiechnąć.

Dobrze, że tylko przez chwilę, bo mogłabym się załamać.

- Uwielbiam święta! - mówił, prowadząc mnie do salonu. - Kocham ludzi, kocham śpiewać kolędy, a dzieci są cudowne!

A ja tańczę burleskę po godzinach - sarknął głos.

Ugryzłam się w język, jakby to miało go powstrzymać.

Z ulicy dobiegły nas dziecięce głosy. Kilkoro przedszkolaków przechodziło chodnikiem z opiekunką, śmiejąc się i machając do przechodniów. Mój rozmówca zbladł. Dosłownie.

- One idą tutaj? - zapytał konspiracyjnym szeptem.

Spojrzałam przez okno.

- Nie sądzę. Po prostu przechodzą. No, chyba że dzieci w Leavenworth są uczone wchodzenia obcym do domu - zażartowałam, aby rozluźnić atmosferę.

- Jest pani pewna?

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo mężczyzna poderwał się z kanapy i niemal biegiem zniknął w korytarzu. Po chwili usłyszałam trzask zamykanych drzwi.

- Proszę pana, czy wszystko w porządku? - zawołałam za nim.

- Musi pani coś dla mnie zrobić. Proszę powiedzieć, jak sobie pójdą!

Mrugnęłam kilka razy, ale wciąż siedziałam na sofie w salonie tego dziwaka. To już przekraczało granice absurdu.

- Przepraszam, czy ukrywa się pan w łazience? - Wolałam się upewnić. Nikt mi w to nie uwierzy.

- Nie ukrywam! Czekam!

- Na co?

- Aż znikną!

Nie pozostało mi nic innego, jak skreślić w myślach kolejne nazwisko.

***

Przy trzecim adresie nawet nie próbowałam robić sobie większych nadziei.

Drzwi otworzył facet z imponującą brodą, której pozazdrościłby niejeden Mikołaj.

- Niech zgadnę - powiedział z uśmiechem. - Chodzi o Harolda.

- Aż tak to widać?

Czy desperacja miała mój wyraz twarzy? Pewnie tak.

- W tym mieście niczego nie da się ukryć. - Mrugnął do mnie, chyba na potwierdzenie.

Usiedliśmy w salonie przed kominkiem, a rozmowa przebiegała zaskakująco gładko. Mimo to nie pozwoliłam sobie nawet na odrobinę entuzjazmu. Było na niego zdecydowanie za wcześnie.

Mężczyzna okazał się sympatyczny, cechował go świetny kontakt z ludźmi i, co najważniejsze, sam przyznał, że nie miałby nic przeciwko założeniu czerwonego stroju. Ulga zaczęła rozgaszczać się w moim umyśle, kiedy dodał:

- Jest tylko jeden problem.

Nie. Wcale tego nie usłyszałam.

Czy ktoś mógłby mi przypomnieć, na jakiej wysokości zaczyna się niedotlenienie mózgu? Bo jeśli nie na tysiącu stu sześćdziesięciu ośmiu stopach, to właśnie kończyły mi się sensowne teorie.

- Mam potwierdzoną alergię na sztuczne futro. - Skrucha na jego twarzy zdawała się autentyczna.

- Słucham?

- Wystarczy, że dotknę takiego materiału i po godzinie wyglądam, jakbym przegrał walkę z pokrzywami.

Dla podkreślenia swoich słów pokazał mi zdjęcie w telefonie. Zdecydowanie nie wyglądało zachęcająco.

Gdy wróciłam do samochodu, oparłam czoło o kierownicę i przez chwilę po prostu siedziałam w ciszy. Trzy nazwiska. Trzy porażki. Do rozpoczęcia festiwalu zostało coraz mniej czasu, a szanse na powodzenie mojej misji drastycznie zmalały.

To był zdecydowanie najdłuższy dzień od wielu miesięcy. Co będzie, kiedy zacznie się festiwalowy młyn? Jeśli kolejne dni będą wyglądać podobnie, powinnam już teraz zacząć rozglądać się za terapeutą lub przynajmniej hurtową dostawą kawy. Albo jednym i drugim, zaznaczając, że terapeuta będzie chodził za mną krok w krok.

Kilka chwil później zaparkowałam w pobliżu hotelu i ruszyłam wzdłuż Front Street. Leavenworth nadal wyglądało jak świąteczna pocztówka, a jego mieszkańcy najwyraźniej nie znali pojęcia "zostawić obcego człowieka w spokoju".

Zdecydowanie nie dało się tutaj pozostać anonimowym.

Gotowa założyć się o swoją miesięczną premię, że gdyby ktoś kichnął na jednym końcu miasta, pięć minut później druga połowa mieszkańców życzyłaby mu szybkiego powrotu do zdrowia?

Czy ja traciłam zdrowie psychiczne? Przyspieszyłam.

Właśnie mijałam niewielki warsztat stolarski, gdy drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, wypuszczając na ulicę charakterystyczny zapach świeżo obrabianego drewna.

Najpierw dostrzegłam ciężkie, robocze buty. Potem dżinsy i ciemnoszarą kurtkę opinającą szerokie ramiona. Gęstą brodę. Tatuaże wystające spod swetra tuż przy szyi. A na końcu twarz mężczyzny, który prezentował się raczej jak drwal z reklamy whisky niż ktoś, kto choć raz w życiu powiedział do dziecka "Ho, ho, ho".

Zatrzymałam się w pół kroku. Nie, absolutnie nie.

Przecież to najgłupszy pomysł, jaki przyszedł mi dziś do głowy, a biorąc pod uwagę, że próbowałam już przekonać siedemdziesięciolatka i faceta uczulonego na sztuczne futro do zostania Świętym Mikołajem, poprzeczka wisiała naprawdę wysoko.

Ten najbardziej męski facet minął mnie, jakby w ogóle nie zauważył mojej obecności, i ruszył spokojnym krokiem przed siebie.

Przez kilka sekund stałam bez ruchu. Nie, nie zrobię tego. To idiotyczne. Kompletnie absurdalne. Nie ma najmniejszych szans.

Cholera, niech to szlag jasny trafi!

Odwróciłam się na pięcie.

- Przepraszam! - zawołałam.

Drwal zatrzymał się dopiero po chwili. Powoli odwrócił głowę, a jego brązowe oczy spoczęły na mnie z wyraźnym zdziwieniem.

- To było do mnie?

Przez moment chciałam udawać, że pomyliłam osoby, i uciec do hotelu, zanim zdążę się skompromitować. Zamiast tego wyprostowałam się, poprawiłam pasek torebki i posłałam mu swój najbardziej profesjonalny uśmiech.

- Mam dla pana pewną dość nietypową propozycję.

Rozdział 2

Beckett

Przeciągnąłem dłonią po blacie starego kredensu i z satysfakcją stwierdziłem, że po kilku godzinach pracy drewno w końcu zaczynało wyglądać tak, jak powinno. Nie było nic przyjemniejszego od momentu, w którym spod kilku warstw obdrapanej farby wyłaniał się naturalny rysunek słojów. Trochę wyglądało to tak, jakby mebel przypominał sobie po latach, kim był, zanim ktoś potraktował go paskudną farbą.

Z głośników ustawionych na półce płynęły stare kawałki AC/DC, zapach drewna mieszał się z wonią lakieru i wosku, a szlifierka jednostajnie mruczała w moich dłoniach. To był jedyny dźwięk, którego potrzebowałem.

W przeciwieństwie do tego, co działo się za drzwiami mojego zakładu.

Grudzień w Leavenworth był jak coroczna inwazja ludzi, którzy nagle sobie przypominali, że istnieją święta. Przez jedenaście miesięcy miasteczko żyło własnym rytmem, spokojnym i przewidywalnym, a potem nadchodził ten jeden przeklęty miesiąc, kiedy chodniki pękały w szwach od turystów, w okolicy Front Street nie dało się znaleźć wolnego miejsca parkingowego, a człowiek musiał przeciskać się między rodzinami robiącymi sobie zdjęcia dosłownie przy każdym drzewie oplecionym lampkami.

Jakby od tego naprawdę zależało ich szczęście. Albo życie.

Najgorsze było jednak to, że wszyscy nagle dostawali jakiegoś świątecznego obłędu. Ludzie zatrzymywali się na środku ulicy, składali sobie życzenia, częstowali piernikami i rozmawiali tak długo, że nic innego nie miało znaczenia. Nie rozumiałem tego. I nawet nie próbowałem.

Dlatego od rana siedziałem zamknięty w swoim warsztacie, gdzie jedynymi osobami, które mogły mnie zirytować, byli klienci dzwoniący z pytaniem, czy ich mebel jest już gotowy, mimo że zostawili go dwa dni wcześniej.

Tutaj przynajmniej wszystko miało sens, próżno było szukać niepotrzebnego zamieszania. Drewno było po prostu drewnem. Wystarczyło poświęcić mu odpowiednio dużo czasu, a odwdzięczało się dokładnie tym, czego oczekiwałem. Szkoda, że z ludźmi nie działało to równie prosto.

Nagle drzwi warsztatu otworzyły się z charakterystycznym dźwiękiem dzwoneczka zawieszonego nad framugą. Nawet nie podniosłem wzroku znad komody.

- Odbiór czy wycena?

- Dzień dobry to już nie łaska? - odezwał się kobiecy głos.

Przewróciłem oczami, mimo że mój gość nie mógł tego zobaczyć.

- Dzień dobry, Nancy.

- Skąd wiedziałeś, że to ja? - Nie potrafiła ukryć zdziwienia.

- Tylko ty wchodzisz do mojej stolarni i zamiast powiedzieć, po co przyszłaś, najpierw robisz mi wykład o manierach. Poza tym zbyt dobrze znam twój głos.

Kobieta w odpowiedzi parsknęła śmiechem.

- Widzisz? Jednak potrafisz być miły, jeśli naprawdę się postarasz.

- Nie przyzwyczajaj się - burknąłem.

Odłożyłem papier ścierny i podszedłem do kredensu stojącego pod ścianą.

- Jest gotowy od wczoraj.

Nancy przesunęła dłonią po odnowionym drewnie i aż zagwizdała z uznaniem.

- Beck, jesteś magikiem. - Spoglądała na mebel z takim zachwytem, że poczułem ciepło rozprzestrzeniające się w mojej klatce piersiowej.

- Stolarzem. Jestem zwykłym stolarzem, Nancy.

- Jedno drugiemu nie przeczy - zauważyła słusznie. - I nie takim zwykłym. Wcale nie musisz być taki skromny.

Pokręciłem głową, pomagając jej zabezpieczyć kredens kocem transportowym.

- Sama przyjechałaś? - Zmarszczyłem czoło.

- Frank czeka w samochodzie. Wie, że nie pozwolisz mu dźwigać, więc po prostu oszczędza wszystkim fatygi.

- Czyli jak zwykle wykonuje najcięższą pracę - parsknąłem, ale bez cienia złości. To był cały Frank.

- Zdecydowanie. Dokładnie to samo cały czas mu powtarzam - roześmiała się donośnie. Otworzyła drzwi i zawołała:

- Frank! Rusz się! Beck twierdzi, że siedzenie za kierownicą to ciężka robota.

Z zewnątrz dobiegło oburzone:

- Bo jest! Muszę się upewnić, że znowu nie kupisz czegoś, czego nie zmieścimy w domu.

Nancy przewróciła oczami.

- Nie słuchaj go. Starzeje się.

- To chyba zaraźliwe - skomentowałem cicho, ale po jej minie uznałem, że mnie usłyszała. Uśmiechnęła się pod nosem, po czym spojrzała na mnie uważniej.

- Wpadniesz jutro na próbę otwarcia festiwalu?

- Nie.

- A na paradę?

Udawałem, że nie dostrzegam jej przepełnionego nadzieją spojrzenia.

- Nie.

- Rozświetlenie miasta?

- Też nie.

- Spotkanie mieszkańców?

- Nancy...

- No co?

- Naprawdę liczysz, że nagle zakocham się w świętach? - Zaplotłem ramiona na piersi, przybrałem swoją najbardziej niedostępną minę i liczyłem, że to podziała. Jedyne, czego pragnąłem, to świętego spokoju.

- Nie. Ale zawsze warto próbować. - Westchnęła teatralnie i skierowała się do wyjścia.

Już miała przekroczyć próg, kiedy odwróciła się jeszcze raz.

- A słyszałeś? Harold trafił do szpitala.

Zmarszczyłem brwi.

- Ten od Mikołaja?

Skinęła głową.

- Wyrostek. Teraz całe miasteczko panikuje. Podobno organizatorzy szukają zastępstwa. - Czy mi się wydawało, czy patrzyła na mnie z nadzieją? O nie, nie, nie!

- Znajdą - zapewniłem.

- Oby. Bez Mikołaja nie będzie festiwalu. - Brzmiała tak, jakby to był koniec świata. Dla Leavenworth prawdopodobnie tak.

- Nie dramatyzuj. Festiwal z całą pewnością się odbędzie.

- Beck?

- Tak? - Lubiłem Nancy, ale potrafiła być naprawdę uparta.

- Naprawdę czasami zastanawiam się, czy ty masz serce. - Ta kobieta nadawała się do szkoły aktorskiej. Ku jej nieszczęściu nie wywarła tym na mnie takiego wrażenia, jakie zapewne chciała.

- Jest na miejscu. - Dla potwierdzenia uderzyłem pięścią we własną klatkę piersiową. W mojej głowie wybrzmiał kreskówkowy dzwon, który zawsze towarzyszył podobnym gestom bajkowych postaci.

- Tylko dobrze je ukrywasz.

Nancy uśmiechnęła się jeszcze raz, po czym wyszła na zewnątrz. Chwilę później razem z Frankiem zaczęliśmy ładować kredens do samochodu, spierając się przy tym o to, czy na pewno się w nim zmieści.

Gdy odjechali, wróciłem do środka. W warsztacie znów zapanował spokój - dokładnie taki, jaki lubiłem najbardziej, więc wziąłem się do pracy.

Telefon nagle zawibrował na blacie roboczym. Spojrzałem na ekran. Abby. Westchnąłem cicho. Odrzuciłem połączenie i odłożyłem urządzenie obok szlifierki.

Nie minęła nawet minuta, kiedy zawibrował ponownie. To samo imię. Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w wyświetlacz. Kciuk zawisł nad zieloną słuchawką, jednak ostatecznie ponownie wybrałem czerwoną. Wybacz, siostra, naprawdę jestem zajęty.

Sięgnąłem po papier ścierny. Praca zawsze skuteczniej porządkowała myśli niż jakakolwiek rozmowa.

Kilka godzin później ostatni raz przeciągnąłem szmatką po blacie roboczym, odłożyłem narzędzia na swoje miejsce i z satysfakcją spojrzałem na panujący wokół porządek. Nie należałem do ludzi, którzy zostawiali po sobie bałagan. Stolarnia była moim miejscem, a o swoje miejsce trzeba było dbać.

Wyłączyłem radio. Chwilę później ucichł również odkurzacz warsztatowy, a wraz z nim zniknął jednostajny szum, który przez cały dzień skutecznie zagłuszał świat za ścianą.

Zgasiłem światło, zamknąłem drzwi na klucz i wsunąłem pęk do kieszeni kurtki. Plan na resztę wieczoru był prosty - wrócić do domu, wrzucić coś na patelnię, usiąść z piwem przed telewizorem i przez kilka godzin nie słuchać ani jednego słowa o świętach. Byłem naprawdę prostym facetem.

Ruszyłem w stronę parkingu. Gdzieś w oddali dzieci śmiały się przy wielkiej choince ustawionej na placu, z kawiarni po drugiej stronie ulicy dobiegał zapach świeżo mielonej kawy i cynamonu, a z głośników zawieszonych na latarniach płynęła kolejna świąteczna piosenka.

Jeszcze tylko kilka tygodni. Wytrzymam. Co roku wytrzymywałem. Potem wszystko wróci do normalności.

- Przepraszam!

Zatrzymałem się dopiero po kilku krokach. Ten głos zdecydowanie był skierowany do mnie i nie brzmiał tylko w mojej głowie.

Obejrzałem się przez ramię.

Nieopodal stała rudowłosa kobieta, którą wcześniej zauważyłem po drugiej stronie ulicy. Może nie była wysoka, ale nadrabiała pewnością siebie. Energicznym krokiem zmierzała w moją stronę, jakby doskonale wiedziała, dokąd idzie.

Zmrużyłem oczy. Nie przypominałem sobie, żebyśmy kiedykolwiek się poznali.

- Tak? - odezwałem się w końcu.

Kobieta zatrzymała się przede mną i przez krótką chwilę wyglądała, jakby sama się zastanawiała, czy nie lepiej po prostu odwrócić się na pięcie i odejść.

- Mam dla pana pewną dość nietypową propozycję. - Na jej twarzy rozgościł się minimalny uśmiech. - Nazywam się Harper Rivera - dodała zaraz i wyciągnęła do mnie dłoń.

Spojrzałem na nią, a potem ponownie na jej twarz. Po kilku sekundach Harper sama opuściła dłoń.

- Pracuję przy organizacji tegorocznego Christmas Festival - kontynuowała, mimo że ja do tej pory uparcie milczałem.

- Gratuluję - odezwałem się niechętnie.

- To nie było powodem, dla którego się przedstawiłam - wyjaśniła krótko.

- Domyśliłem się. - Czego ona ode mnie chciała?

Przez moment przyglądała mi się uważnie, jakby próbowała zdecydować, czy rozmowa ze mną w ogóle ma jakikolwiek sens.

- To pański warsztat? - Wskazała na niego, a ja odwróciłem głowę w stronę budynku. - Chciałabym zaproponować panu pracę.

Przywołałem na twarz wymuszony uśmiech.

- Mam zapełniony kalendarz do końca miesiąca. Bardzo mi przykro, nie przyjmuję żadnych nowych zleceń.

- Nie jestem zainteresowana renowacją mebli. Za to innymi pańskimi umiejętnościami jak najbardziej.

Zastygłem. Co proszę? Czy ona wzięła mnie za jakiegoś faceta do wynajęcia albo kogoś w tym stylu?

- Nie?

- Nie.

- To o co pani chodzi? - zapytałem ostrzej, niż planowałem.

Harper nabrała powietrza, jakby dotarło do niej, jak mogła zostać odebrana. Nie powiem, przyjemnie się na nią patrzyło, kiedy próbowała zapanować nad zawstydzeniem.

- Szukamy nowego Świętego Mikołaja na festiwal - wyjaśniła, nie przepraszając za wcześniejszą wpadkę.

Zapadła cisza. Gapiłem się na nią przez kilka długich sekund, ale nie wyglądała na osobę, która żartuje, co samo w sobie uznałem za najbardziej niepokojące.

- Słucham? - odezwałem się w końcu.

- Nasz dotychczasowy Mikołaj trafił dziś do szpitala. Potrzebujemy zastępstwa i... - Urwała, lustrując mnie wzrokiem od stóp do głów, w którym zauważyłem uznanie. - Doszłam do wniosku, że byłby pan idealnym kandydatem.

Spojrzałem na swoje robocze buty, potem na upstrzoną trocinami kurtkę i dłonie, które jeszcze chwilę wcześniej trzymały papier ścierny. Na końcu znowu na nią.

- Czy pani na pewno rozmawia z właściwym człowiekiem? - A jeśli ta kobieta zwiała ze szpitala? To by wiele wyjaśniało.

- Proszę mi wierzyć, że tak. Nie zwykłam tracić czasu, jest zbyt cenną walutą.

- Jest pani tego pewna?

- Że czas to cenna waluta? Naturalnie. A czy rozmawiam z odpowiednią osobą? Coraz bardziej jestem o tym przekonana.

Pokręciłem głową z niedowierzaniem.

- Chce pani zrobić ze mnie Świętego Mikołaja. - Wmawiałem sobie, że to musi być jakiś chichot losu.

- No tak. - Cień irytacji przemknął po jej ślicznej buźce.

- Mnie.

- Tak!

Harper przez chwilę milczała, najwyraźniej licząc na to, że sam dojdę do wniosku, iż jej propozycja jednak ma sens. Na szczęście nie doszedłem.

W żaden sposób, Beckett. Na polu prywatnym posucha jak w Teksasie w środku lata.

- Doceniam, że pomyślała pani właśnie o mnie - oznajmiłem z nadzwyczajnym spokojem. - Ale nie jestem zainteresowany.

- Nawet nie wysłuchał pan szczegółów - zarzuciła mi, opierając dłonie na biodrach. Mała, uparta osóbka. Niestety miała pecha, że natrafiła na jeszcze bardziej upartego osobnika.

- Wystarczyły mi dwa.

- Jakie? - Mocno ściągnęła brwi.

- "Święty" i "Mikołaj". - Wyminąłem ją i ruszyłem dalej.

- To tylko kilka godzin dziennie! - zawołała, bez problemu dotrzymując mi kroku.

Konsekwentnie milczałem.

- Oferujemy naprawdę dobre wynagrodzenie.

Nic, cisza.

- Strój przygotowujemy my - ciągnęła niezrażona. Nie poddawała się tak łatwo.

Nic, nadal się nie odzywałem.

- Zapewnimy panu własną garderobę.

Zdusiłem w sobie prychnięcie. To był ten lizak, którym chciała mnie skusić?

- Brzmi niesamowicie. - No jakoś nie umiałem sobie tego darować.

- Wiedziałam! - Aż zrobiło mi się jej żal, że zaraz rozwieję jej przedwczesną radość.

- Nie powiedziałem, że dla mnie. - Beckett, ty stary draniu, będziesz smażył się za to w piekle.

Westchnęła przeciągle, ale zamiast złożyć broń, tylko przyspieszyła.

- Naprawdę nie rozumiem, dlaczego jest pan aż tak uprzedzony.

- Nie jestem uprzedzony. - Potrzebowałem jedynie świętego spokoju. Czy to tak wiele?

- To jak mam to nazwać? - Buzia jej się nie zamykała.

- Zdrowym rozsądkiem. Albo jak pani woli inaczej.

Parsknęła cichym śmiechem.

- Dzieci będą pana uwielbiać - wyliczała dalej. Ciekawe, co jeszcze miała w tym asortymencie?

- To bardzo miłe z ich strony. Ale nie jest mi to niezbędne do przeżycia.

- Tylko że najpierw musi się pan zgodzić.

- Nic nie muszę. - To była moja ulubiona dewiza i korzystałem z niej, kiedy tylko mogłem.

Dotarliśmy do mojego pick-upa. Wyciągnąłem kluczyki z kieszeni, lecz zanim zdążyłem otworzyć drzwi, Harper stanęła przede mną i wysunęła w moją stronę niewielką wizytówkę.

- Proszę.

Rzuciłem okiem na biały kartonik. Nie planowałem go brać ani wdawać się w kolejną dyskusję. Ostatecznie westchnąłem, odebrałem wizytówkę i wcisnąłem ją do kieszeni kurtki.

- Zastanowi się pan?

- Nie.

- To dlaczego ją pan wziął? - Cofnęła się o krok, jakbym ją uderzył. Odruchowo się wzdrygnąłem. Nigdy w taki sposób nie dotknąłem i nie dotknąłbym żadnej kobiety.

- Bo dzięki temu może pani skończyć mnie przekonywać.

Pokręciła głową.

- Wpadnę do pana jutro rano.

Otworzyłem drzwi samochodu, po czym wskoczyłem za kierownicę.

- Proszę się nie fatygować.

- Dlaczego?

Spojrzałem na nią po raz ostatni.

- Bo prędzej zjem własne, stare skarpety, niż zostanę Świętym Mikołajem. A proszę mi wierzyć, choćbym przymierał głodem, to tego nie zrobię.

Przez chwilę patrzyła na mnie z otwartymi ustami, jakby próbowała zdecydować, czy właśnie ją obraziłem, czy jednak powiedziałem coś absurdalnie zabawnego.

Nie czekałem na odpowiedź. Uruchomiłem silnik i odjechałem, zostawiając ją samotnie na chodniku.