Sycyliada. Sycyliada - Daniel Wyszogrodzki

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (36,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Prolog Poniedziałek

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38

Prolog

Morze było tego dnia spokojne. Wyszedł z domu, dźwigając zawiniątko. Drzwi, których nigdy nie zamykał, zatrzasnął nogą. Jak zwykle o tej porze oślepiło go słońce. Był poranek i tafla wody, oglądana z wysokości płaskowyżu, wydawała się biała, podobnie jak niebo, stapiające się z nią na odległym widnokręgu. Szedł pewnym krokiem ku krawędzi urwiska, trzymając tobołek oburącz, ale wiedział, jak trudno będzie mu utrzymać równowagę na stromej i wąskiej kamienistej ścieżce. Schodził zatem ostrożnie, a morze odzyskiwało jasnoniebieski kolor, w miarę jak zbliżał się do jego lustra, lekko tylko pofałdowanego w porannym wietrze. Szum fal stał się wyraźny, dopiero kiedy znalazł się nad pomostem. Oprócz jego łodzi kołysało się tu kilka starych bojek do sieci, pozostawionych dawno przez rybaków, którzy albo o nich zapomnieli, albo stracili ochotę, żeby pomalować je olejną farbą na żółto, jak Bóg przykazał, jak wypadało, jak robili to na wyspie od pokoleń. Na szczęście morze było tego dnia spokojne. Na szczęście?

Ostrożnie złożył zawiniątko na deskach pomostu. Zmusił się, by na nie spojrzeć: obły kształt owinięty żeglarskim płótnem i starannie obwiązany liną. Nic nie poczuł. Poszedł na koniec pomostu po betonowy obciążnik, w schowku na rufie miał liny różnej długości, nigdy ich nie używał. Starannie przeniósł tobołek do łodzi, nie bez trudu położył na jej drewnianym dnie obciążnik, łódź zakołysała się, gdy postawił na niej nogę. Odwiązał cumę, odepchnął się od pomostu i zajął miejsce na siedzisku. Rozłożył wiosła. Już po kilku minutach złapał rytm i zaczął się oddalać od urwistego brzegu, który o tej porze szybko gubił cień. Słońce wznosiło się coraz wyżej, ale do południa było jeszcze daleko i skała, którą nazywał Kaukazem, prezentowała się majestatycznie, odsłaniając ostre, spadające ku morzu krawędzie.

Odpłynął kilkaset metrów od brzegu, chociaż głębina zaczynała się znacznie wcześniej - kamieniste dno gwałtownie się obniżało, a przezroczysta woda stawała się granatowa tuż za końcem pomostu. Przez chwilę pozwolił łodzi unosić się na falach, poddał się jej kołysaniu i dopiero wtedy poczuł, jak mocno pali go słońce. Zapomniał przewiązać głowę chustą, a zawsze to robił, kiedy wypływał łodzią. Szybkim ruchem naciągnął ją na ociekającą potem głowę i ponownie spojrzał na tobołek. Otworzył klapę schowka na rufie i wyciągnął pierwszą linę, na jaką trafiły palce. Była za długa, ale teraz to nie miało znaczenia, przywiązał jeden koniec do metalowego uchwytu w obciążniku. Drugi, luźny, trzymał w rękach, aż poczuł, że łodzią zakołysało nieco bardziej, fala podnosiła się o tej porze, wiatr wzmagał się nieznacznie przed południem. Przywiązał linę do zawiniątka.

Wychylił się za burtę, zaczerpnął dłonią wody i zwilżył nią chustę. Stanął, pewnie balansując na ugiętych nogach. Od początku wiedział, że nic nie powie; nie było nic do powiedzenia. Schylając się, zanurzył obciążnik i powoli, oburącz oddawał linę, a kiedy się naprężyła, zrozumiał, że już nie podniesie zawiniątka, nie ma jak przytulić go do piersi. Dopiero wtedy zaszlochał. Stanął bezradny, zapatrzony w obły kształt. Przyklęknął na dnie łodzi. Spróbował utrzymać linę lewą ręką, żeby prawą przynajmniej pogłaskać tobołek, ale lina wymknęła mu się z uchwytu i szarpnęła zawiniątko, które uderzyło głucho w burtę, odbiło się, po czym przepadło w granatowej toni.

Gdy w powrotnej drodze wspiął się na urwisko, zobaczył Marię czekającą na ścieżce prowadzącej do jego domu. Pomyślał, że dziewczynka przyglądała się ze skarpy całej ceremonii, kiedy on, skupiony na wiosłowaniu, a może na leżącym na dnie łodzi tobołku, nie zwracał uwagi na to, co się dzieje na lądzie. Ale mógł się mylić, może szła dopiero w stronę wysokiego brzegu - zobaczyć, czy nie ma na morzu jego łodzi. Od pewnego czasu regularnie sprawdzała, co robi, czasami odnosił wrażenie, że go śledzi. Maria zagrodziła mu drogę, zatrzymał się. Zbliżało się południe, zauważył, że oboje prawie nie rzucają cienia.

- Pochowałeś Nino?

- Pochowałem Nino.

- Gdzie? W morzu, prawda?

- Tak. Marynarski pogrzeb.

- Dobrze tak? Do wody i ani śladu?

- To jest właśnie najlepsze.

- Ale ty chcesz mieć grób z marmuru, co? I pewnie na północy?

- Nie wygłupiaj się. Ani śladu.

Wyminął dziewczynkę, a kiedy się oddalał, zawołała za nim:

- Dostałeś list, Polacco! Jest w Tawernie.