Sydonia z Wilków Borków - Paul de la Wake

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

[1] Dziś Szczecin.

[2] Borków - Wilków.

[3] Dziś Pęzino.

[4] "Artykuł 4 z kwietnia 1756 r."

[5] "Historia Rugii i Pomorza", t. IV. p. 486."

[6] Dziś to miejscowość Płoty?

[7] Dziś to miejscowość Resko.

[8] Marianowo.

[9] "Sidonia nigdy nie osiągnęła tej godności, chociaż Micraelius i inni nadali jej ten tytuł."

[10] "Styl tego "napisu" dowodzi, że został napisany na początku poprzedniego wieku, ale po raz pierwszy zauważył go Dähnert. Mam jego wersję w porównaniu z oryginałem w Stargord - dzięki uprzejmości przyjaciela, który zapewnia mnie, że transkrypcja jest całkowicie poprawna, a jednak może się mylić? Dla Horsta (Magic Library, vol. II. s. 246) konkluduje w ten sposób: "Od której mój ojciec ją otrzymał, a ja od niego, wraz z historią dokładnie taką, jak podana tutaj przez H. G. Schwalenberga". Dzięki temu czytaniu, które musiało umknąć mojemu przyjacielowi, fragment ma inny sens; w ostatnim czytaniu wydaje się, że "ja" był Borkiem, który wziął opowieść z historii książąt pomorskich Schwalenberga, dzieło, które istnieje tylko w rękopisie i do którego nie miałem dostępu; ale jeśli przyznamy się do pierwszego czytania, pisarz musi być Schwalenbergiem. Nawet "babcia" nie wyjaśni sprawy, ponieważ Sidonia, poddana torturom, przyznała na siódme pytanie, że spowodowała śmierć doktora Schwalenberga (wówczas był doradcą w Stettin) i na jedenastym pytaniu, że syn jej brata, Otto Bork, również zmarł za jej pomocą. Kim zatem jest ten "ja"? Widzimy, że nawet zdjęcie Sidonii mówi tajemnice."

[11] Moczyły.

I

Spośród wszystkich procesów wiedź, z którymi się zapoznano, nie wiele osiągnęło taką sławę, jak proces pani kanoniczki z Pomorza, "Sidonii" von Bork. Została oskarżona o to, że przez swoje czary spowodowała bezpłodność w wielu rodzinach, szczególnie w starożytnym panującym domu Pomorza, a także zniszczyła najszlachetniejsze potomstwo tego domu, przez ich przedwczesną śmierć.

Niezależnie od wstawiennictwa i błagań księcia Brandenburgii i Saksonii oraz szlachty zamieszkałej na Pomorzu, została ona publicznie stracona za te zbrodnie 19 sierpnia 1620 roku, na publicznym stojaku i na stosie w Stettin.[1] Jedyną przyznaną jej przysługą, było to, że najpierw została ścięta, a potem spalona.

Ten okropny przykład wywołał taką panikę z przerażenia, że współcześni autorzy nie ośmielali się, by wspominać jej imię, a kiedy musieli, to podawali tylko jej inicjały. Ta wyrozumiałość wynikła też z szacunku do starożytnego rodu von Bork[2], którzy wtedy, jak i teraz, byli jednymi z najwybitniejszych i najbogatszych rodów na ziemi. A także przed strachem z powodu obrażenia panującej rodziny książęcej - jako czarodziejki - bo w młodości pozostawała ona w bardzo bliskim i czułym związku z młodym księciem Ernestem Ludwikiem von Pommern - Wolgast.

Powody te były wystarczające i zrozumiałem ich wszystkich, tych, którzy byli zaznajomieni z obrzydzeniem i niechęcią, w jakiej tkwili w tym wieku kochankowie zła, tak, że nawet na stojaku tortur nie omawiano tych tematów.

Pierwsze publiczne, sądowe, ale nie wiążące sprawozdanie z procesu Sydonii znajdowało się w Pomorskiej Bibliotece, Dahnert, IV tom, artykuł 7, numer z lipca 1755 roku.

Dahnert przyznał tutaj, że na stronie 241, liczby od 302 do 1080 - zawierające zeznania świadków, nie pochodziły z jego czasów, ale że ksiądz w Pansin[3], niedaleko Stargard, z imienia Justus Sagebaum, udawał, że je ma w jego rękach i odpowiednio w V tomie wyżej wspomnianego czasopisma[4], pojawiają się z nich bardzo ważne wyciągi.

Jednak ów rekordy ponownie zniknęły na prawie sto lat, aż Barthold ogłosił niedługo po tym, że w końcu odkrył je[5] w bibliotece berlińskiej, ale nie wskazał, które podług Schwalenberga, który cytował Dahnerta, o istniejących dwóch lub trzech różnych egzemplarzach. A mianowicie: Protocollum Jodoci Neumarks, tak zwane Acta Lothmanni, i Adami Moesters - sprzecznych ze sobą w najważniejszej sprawie.

Niezależnie, czy zaczerpnąłem historię mojej Sydonii z jednego lub drugiego lub wreszcie z tego samego, który był najdłużej znany, to powinienem pozostawić to niezdecydowanie.

Każdy, kto słyszał o animadwersjach, które ekscytowały w: "Amber Witch", to potem twierdził, że była to tylko "ubrana" historia, chociaż wielokrotnie zapewniałem, że to była zwykła fikcja, wybaczcie mi jeśli tutaj nie stwierdziłem wyraźnie o tym, czy historia Sydonii była faktem, czy fikcją.

Prawdę o użytym materiale, a także o treści formalnej, każdy może sprawdzić, odwołując się do organów, które wymieniłem. I w związku z tym muszę jedynie zauważyć, by oszczędzić czytelnikowi wszystkich trudności, które mogą się pojawić dla jego oka i ucha, w wyniku staromodnego sposobu pisania, to zmodernizowałem ortografię i poprawiłem gramatykę i strukturę fraz.

I wreszcie ufam, że wszyscy sprawiedliwi myśliciele każdego stanu wybaczą mi, że tu i tam, przedstawiłem moje nadprzyrodzone poglądy na chrześcijaństwo.

Zasady człowieka przedstawione w jego filozoficznych pismach, są na ogół czytane tylko przez jego własną partię, a nie przez jego przeciwników.

Racjonalista odleci z książki nadprzyrodzonej tak szybko, jako ten ostatni od jednego z Przyjaciół Światła. Ale przedstawiając moje poglądy w sposób, w jaki to przyjąłem, zamiast publikować je w odrębnym tomie, ufam, że tedy wszystkie strony zostaną skłonione do ich przejrzenia, i że wiele osób znajdzie nie tylko co jest godne szczególnej uwagi, ale także sprawi do głębokiej i poważnej refleksji.

Teraz muszę opisać istniejące portrety Sydonii.

O ile mi wiadomo istnieją trzy z nich (oprócz niezliczonych szkiców), jeden w Stettin, drugi w dolnośląskim miasteczku Plathe,[6] trzeci w Stargard, niedaleko Regenwalde[7] - w zamku hrabiego von Bork. Znam tylko ostatni obraz i zgadzam się z wieloma, uważając, że jest to oryginał.

Sydonia była w nim zaprezentowana w sile dojrzałej urody, złota siatka była naciągnięta na jej prawie złoto - żółte włosy, a jej szyja i ręce były obficie pokryte klejnotami. Jej gorset z jasnego fioletu obszyty był kosztownym futrem, a szata z lazurowego aksamitu.

W dłoni miała coś w rodzaju pompadour z brązowej skóry o najbardziej eleganckiej formie i wykończeniu, szczególnie w ustach można znaleźć wyraz zimnej złośliwości.

Obraz był pięknie wykonany i najwyraźniej pochodził ze szkoły Louisa Kranacha.

Zaraz za tą postacią, patrzy się przez ramię Sydonii straszne widomo (bardzo poetycki pomysł), ponieważ te widomo, to ta sama Sydonia, namalowana jako wiedźma. Musiało to zostać dodane do jej młodzieńczego portretu, po upływie wielu lat, który jak już wspomniałem należał do szkoły Kranacha, podczas gdy druga postać przedstawiała postać szkoły Rubensa.

Był to obraz strasznie charakterystyczny i żadna wyobraźnia nie wyobraża sobie kontrastu bardziej wstrząsającego i okropnego. Wiedźma miała na sobie szaty śmierci, białe w czarne paski, a wokół jej cienkich, białych loków zawiązany był wąski pas czarnego aksamitu z plamami złota. W jej dłoni był rodzaj kosza roboczego, ale o najprostszym wykonaniu i formie.

O innych portretach nie mogę mówić z własnej inspekcji, ale sądząc po rysunkach je zawierających, do których miałem dostęp, to wydają się one całkowicie różnić, nie tylko kostiumem, ale także charakterem twarzy, od tego, który opisałem, i bez wątpienia musi to być oryginalny, nie tylko dlatego, że ma wszystkie cechy tej szkoły malarstwa, która zbliża się do wieku, w którym żyła Sydonia, mianowicie - 1540 - 1620, ale także dlatego, że znaleziono kartkę z napisem za obrazem, która zdradzała widoczne znaki wielu sczerniałych w czarnym kolorze liter w użytej formie, zatem napis był następujący:

- "Ta Sidonia von Bork była w młodości najpiękniejszą i najbogatszą z dziewcząt Pomorza. Odziedziczyła wiele majątków po rodzicach, a zatem była sama w sobie posiadaczem hrabstwa. Wrosła więc jej duma i wielu szlachetnych dżentelmenów, którzy szukali jej do małżeństwa, zostali odrzuceni z pogardą, albowiem uważała ona, że sam hrabia lub książę może być godny jej ręki. Z tych powodów często uczęszczała na dwór księcia, mając nadzieję na zdobycie jednego z siedmiu młodych książąt i jego miłości.

W końcu jej się udało: książę Ernest Louis von Wolgast, lat około dwudziestu i najprzystojniejszy młodzieniec na Pomorzu, został jej kochankiem, a nawet obiecał jej swoją rękę do małżeństwa. Obietnicę tą wiernie by dotrzymał, gdyby nie książęta von Stettin - niezadowoleni perspektywą tego nierównego sojuszu, którzy skłonili go do porzucenia Sydonii poprzez portret Jadwigi z Brunszwiku - najpiękniejszej księżniczki w całych Niemczech.

Sydonia pogrążyła się w takiej rozpaczy, że postanowiła na zawsze porzucić małżeństwo i pogrzebać resztę swojego życia w klasztorze w Marienfliess[8], i tak zrobiła.

Ale zło, które zostało jej wyrządzone przez książąt szczecińskich, ciążyło jej na sercu, a pragnienie zemsty rosło z upływem lat. Po za tym, zamiast czytać Biblię, to jej prywatne godziny mijały na studiowaniu Amadis, gdzie znalazła wiele przykładów tego, jak porzucone dziewice mściły się na swoich fałszywych kochankach za pomocą magii.

W końcu uległa pokusom szatana i po kilku latach nauczyła się tajemnic czarów od starej kobiety. Dzięki tej bezbożnej wiedzy, wraz z kilkoma innymi, złymi uczynkami, tak oczarowała całą książęcą rasę, że sześciu młodych książąt, z których każdy był żonaty z młodą żoną, pozostało bezdzietnymi. Ale publicznie nie brano tego pod uwagę, dopóki książę Franciszek nie przejął księstwa w 1618 roku.

Był on bezwzględnym wrogiem czarownic, wszyscy w kraju byli poszukiwani z wielką starannością, a potem byli paleni. A że Sydonię jednogłośnie nazwali przełożoną Marienfliess[9], to na stojak tortur została sprowadzona do Stettin z rozkazu księcia, gdzie swobodnie wyznała księciu całe zło wyrządzone przez jej czary.

Książę obiecał jej życie i przebaczenie, jeśli uwolni innych książąt od tej klątwy. Ale jej odpowiedzią było, że zamknęła ów zaklęcie w kłódce i rzuciła ją w morze, i pytając diabła, czy mógłby ponownie przywrócić kłódkę, odpowiedział jej: "Nie, to mi zostało zabronione." Dzięki temu każdy mógł dostrzec, że to było przeznaczenie od Boga w tej sprawie.

I tak było, pomimo wstawiennictwa wszystkich sąsiednich sądów, Sydonia została doprowadzona na szafot w Stettin, tam ścięta, a następnie spalona.

Przed śmiercią, książę rozkazał namalować jej portret w starości i w stroju więziennym, za postacią, która reprezentowała ją w młodości.

Po jego śmierci, Bogislaff XIV - ostatni książę, dał ten obraz mojej babci, której mąż również został zabity przez ów czarodziejkę. Mój ojciec otrzymał ten obraz od niej, a ja od niego wraz z zapisaną tutaj historią.[10]

Moim zdaniem pisarzem był Schwalenberg, a Horst wydaje się, że wziął swoją wersję z "Ogólnej Historii Pomorza" Paula, vol. IV, p. 396, a nie z oryginału Dähnerta.

Ponieważ obraz w tym wczesnym okresie nie był w posiadaniu Borków, ale należał do hrabiego von Mellin w Schillersdorf[11], o czym świadczyły fragmenty wielu autorów. Potwierdza to inny artykuł znaleziony wraz z tym, który zawierał tradycję, ale o bardziej znacznie nowoczesnym wyglądzie, który to stwierdzał, że obraz został usunięty przez kolejnych spadkobierców, najpierw z Schillersdorf do Stargord, a stamtąd do Heinrichsberg (są trzy miasta na Pomorzu o tej nazwie). I wreszcie z Heinrichsberg w 1834 roku, został po raz drugi przeniesiony do Stargord przez ostatniego spadkobiercę.

Schillersdorf leży między Gartz i Stettin Oder. William Meinhold.

II

"List doktora THEODORE PLÖNNIES

Do BOGISLAFFA XIV, OSTATNIEGO KSIĘCIA POMORZA.

Najbardziej wybitny książę i wielki panie - łaskawy książę, wasza wysokość, dał mi w ostatnich latach zlecenie podróży po całym Pomorzu, a gdybym mógł się spotkać z osobami, które mogłyby mi przekazać pewne "informacje", dotyczące notorycznej i przeklętej wiedźmy Sidonii von Bork, aby to ostrożnie odłożyć wszystko, co powiedzieli, i doprowadzić ich do koneksji dla waszej wysokości.

Powszechnie wiadomo, że błogosławionej pamięci Franciszek, nigdy nie dopuścił do upublicznienia przeklętych czynów tej kobiety, ani jej spowiedzi na stojaku, obawiając się skandalu w książęcym domu. Ale wasza łaskawość spojrzał na ten temat inaczej i powiedział, że dla każdego, a zwłaszcza dla książąt, dobrze jest patrzeć w czyste zwierciadło historii i dostrzegać wady i szaleństwa ich rodu. Z tego powodu nie można tutaj pominąć prawdy.

Dla takich książęcych przykazań, okazałem się posłuszny, zbierając wszystkie informacje, dobre i złe, niczego nie ukrywając.

Ale większa liczba, która mi to opowiadała, nie mogła mówić ze łzami, bo gdziekolwiek podróżowałem na Pomorzu, jako wierny sługa waszej wysokości, nie słyszano nic, prócz lamentów od starych i młodych, od biednych i bogatych, że ta przeklęta czarodziejka, z powodu szatańskiej niegodziwości, zniszczyła ten wspaniały ród, którzy chronili swoje ziemie przed cesarzem, w feudalnej kadencji, jak inni niemieccy książęta, na własnych prawach, jako absolutni panowie, od pięciuset lat. I chociaż przez dwadzieścia lat zdawało się, że spoczywa to na pięciu dobrych książętach, ale za pozwoleniem niezrozumiałego Boga to się rozpłynęło, i teraz dopóki wasza wysokość nie przetrwa, jako ostatni ze swego rodu, i nie ma przed nami żadnej perspektywy, że kiedykolwiek ten ród zostanie przywrócony, ale z waszą wysokością zostanie całkowicie zgaszony, na zawsze. Boże zmiłuj się nad nami!

Biada nam, jak zgrzeszyliśmy![1]

Modlę się zatem do Miłosiernego Boga, aby On usunął mnie przed waszą wysokością z tej doliny łez, abym nie widział ostatniej waszej godziny i mojej biednej ojczyzny. Zamiast być świadkiem tych rzeczy, tysiąc razy wcześniej wolałbym leżeć cicho w grobie."

Jaśnie wielmożny i wysoko urodzony książę i pan Bogislaff XIV, książę Pomorza, Kaszub, Wendów i Rugii, hrabia Guzkow, władca ziem Lauenburg i Butow oraz mój łaskawy feudalny pan, dowodzący mną - dr Theodore Plönnies, dawnym rządcą na dworze książęcym, wyruszyłem, aby przeszukać całą krainę w poszukiwaniu informacji dotyczących znanej na całym świecie czarodziejki Sidonii von Bork, i zapisać to samo w książce. Wyruszyłem do Stargard w towarzystwie sługi, we wczesny piątek - po Visitationis Mari? - 1629 roku, albowiem, aby dokonać sprawiedliwego osądu odnoszącego się do sprawiedliwego jej charakteru, koniecznym było zapoznanie się z okolicznościami jej wczesnego życia, bo przyszłość człowieka leży w dziecku, a osobliwy rozwój każdej natury jest wynikiem edukacji.

Historia Sydonii jest niezwykłym tego dowodem. Dlatego najpierw odwiedziłem miejsca z jej wczesnych lat, ale prawie wszyscy, którzy ją znali już dawno byli w grobach, bo od jej urodzin minęło dziewięćdziesiąt lat.

Jednak stary karczmarz w Stargard, Zabel Wiese, w wieku już zaawansowanym - mieszkaniec Pelzerstrasse, powiedział mi, że stary kawaler Claude Uckermann z Dalow[2], w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat był jedyną osobą, która mogła mi udzielić pożądanych informacji, bo w młodości był jednym z wielu jej wielbicieli. Jego pamięć z pewnością już nieco minęła, ale wszystko to, co wydarzyło się w jego wczesnym życiu, to leżało na jego języku świeżo, jak Modlitwa Pańska. Mój gospodarz sam również mi opowiedział kilka ważnych okoliczności, które pojawią się we właściwym miejscu.

W związku z tym udałem się do Dalow, małego miasteczka pół mili od Stargard i odwiedziłem Claude Uckermann, znalazłem go siedzącego przy rogu komina, jego włosy były białe jak śnieg. Zapytał:

- Czego chcę? Jestem za stary żeby przyjmować obcych, musisz iść do domu mego syna Wediga[3] i zostawić mnie w ciszy.

Ale kiedy powiedziałem mu, że przyniosłem mu pozdrowienia od jego wysokości, to jego zachowanie zmieniło się i przysunął mi miejsce przy kominku i zaczął najpierw opowiadać o pięknych sosnach, które wyciął na drewno na opał, były one pełne żywicy, i jak jego syn przez rokiem znalazł żelazną doniczkę na torfowisku przed trawą, pełną bransoletek i kolczyków, które teraz nosiła jego wnuczka.

Kiedy się zmęczył, powiedziałem mu o tym, co jego wysokość tak szlachetnie nakazał zrobić i modliłem się, by opowiedział wszystko, co wiedział o tej obrzydliwej czarodziejce Sydonii von Bork. Westchnął głęboko, a następnie kontynuował rozmowę przez około dwie godziny, przekazując mi wszystkie swoje wspomnienia. Ułożyłem to, co on następnie opowiedział, w odpowiedniej kolejności.

[1] "Ten aksjomat z pewnością sprzeciwia się współczesnej ontologii, która zaprzecza wszelkim pomysłom brutalnego stworzenia i tłumaczy każdy dowód swojej działalności intelektualnej niezrozumiałym słowem "instynkt". Starożytni mieli bardzo odmienne zdanie, szczególnie nowi platoniści, z których jeden (Porfiria, Liber ii. De abstinentia) traktuje w dużej mierze intelekt i język zwierząt. Od Kartezjusza, który jednak odmawiał zwierzętom nie tylko zrozumienia, ale nawet odczuwania, i przedstawiał je jako zwykłe animowane maszyny (De passionib. Pars i. Artic. Iv. I de Methodo, nr 5, strona 29 itd.) te poglądy na psychologię zwierząt przyniosły najbardziej psotne rezultaty; ponieważ były one przeprowadzane, dopóki nie odczuwano, przynajmniej intelektualnie, wszystkich zwierząt mniej lub bardziej; współczesna filozofia wreszcie doszła do zaprzeczenia inteligencji nawet Bogu, w którym i przez którego, jak dawniej, człowiek nie osiąga już świadomości, ale to przez człowieka i przez człowieka Bóg dochodzi do świadomej inteligentnej egzystencji. Rzeczywiście, niektórzy filozofowie naszych czasów są wystarczająco protekcjonalni, aby przypisać zrozumienie zwierzętom i rozum ludziom jako ogólną różnicę między nimi. Ale nie mogę zrozumieć tych nowomodnych rozróżnień; absurdem wydaje mi się podział na dwie części rozumu i rozumienie jednej i tej samej mocy duchowej, zgodnie z tym, że przedmiot, na który działa, jest wyższy lub niższy; tak jakbyśmy przyjęli dwa nazwiska dla tej samej ręki, która wykopuje ziemię i kieruje teleskop do nieba, lub utrzymywaliśmy, że ta druga ręka była zupełnie inna od poprzedniej. Nie. Istnieje tylko jedno zrozumienie dla ludzi i zwierząt, jako jedna wspólna substancja dla ich materialnych form. Im doskonalsza forma, tym bardziej doskonały jest intelekt; a intelekty ludzkie i zwierzęce różnią się tylko dynamicznie w ciałach ludzkich i zwierzęcych. I nawet jeśli wśród zwierząt w doskonalszej formie odkryto zrozumienie, to jednak w samym człowieku znaleziono wrodzone uczucie połączenia z nadprzyrodzonym, czyli wiarą. Jeśli to, jako ogólny znak różnicy, nazywa się Powodem, nie mam nic do sprzeciwu, poza tym, że słowo to na ogół ma inne znaczenie. Ale wiara jest w rzeczywistości czystym rozumem i znajduje się u wszystkich ludzi, istniejących zarówno w najniższych przesądach, jak i w najwyższych naturach."

V

W zwyczaju pana zamku, potomka Wilka, było iż w takowe dni w zamku swoim, dawał darmowe kwatery młodym szlachcicom, przedstawicielom okolicznych domostw. Tak hojny pan fundował może ze czterdzieści kwater w dni targowe. Okoliczna szlachta lubo tutejszy lud, darzyli hrabiego jeszcze większym szacunkiem. I zwyczajem było również, że z wieczora pan zamku w Stramehl wydawał uroczyste przyjęcie dla tych, co u niego darmowy nocleg otrzymali.

W tych dniach było i także wielu możnych, a w śród nich przybył na targi Filip Uckermann, z osady Dalow, która była w bliskim sąsiedztwie Stargard. Lud ten był w zwyczaju swoim bogobojny i oddany Chrystusowi.

Targ zapełnił się do pełna przybyłymi ludźmi. Pan z zamku czuwał poprzez swoich rycerzy, dworzan lubo poddanych nad całą organizacją, by żaden zbój ni zakłócił wolnego handlu. Wśród gwaru transakcji, wielu kupców, młodzianów i szlachciców z mieszczanami plotkowało, poczęły gdzieś z oddali pojawiać się plotki, że ich bogaty, dobrotliwy lubo pomocny pan Wilków ze Stramehl, przyłączył się do jakowejś, tajemniczej sekty "Entuzjastów", która bluźni przeciw Jezusowi Chrystusowi. Dla miejscowych była to nie lada sensacja, boć żyli oni Bogiem, gdzieś w oddali słychać było słowa:

- Zali dworzanie powiadają, że hrabia Otto z jakimi to spiskowcami, przeciw Jezusowi przekleństwa głoszą?

- Gdyby zaś prawda to była, toć sam diabeł tamże jakie przekleństwa rzucić może, dzieci małych tamże wiele, że i by ich dusze mógł pochwycić, albowiem gdzie zwątpienie w Chrystusa, tam czart czyha jeszcze mocniej, że aż opętać najsłabszych może!

- Strach o tem myśleć, boć pan nasz zacny, bogato narodzony, a przy tym namże dobrotliwy. Że w owe słowa ni można powierzyć.

- Biada zaś tym, co w słowach Bożych zwątpienia jakie znajdują, boć tedy bliżej imże diabła, niźli dobrego Boga.

Plotkom ni było końca, każdy kto gdzieś przechodził nadstawiał uszu i dosłuchiwał, czy jakie to nowiny z zamczyska idą. Przez dzień cały negocjacje trwały, wymiany i zakupy towarów, zaś jak to bywało w zwyczaju, z polecenia samego hrabiego, na jegoż zamczysku szykowano ze czterdzieści kwater dla przybyłych na dni targowe, by po nocach ni ostali obrabowani, a z rana ze spokojem powrócić by mogli do swoich osad lubo dworów.

Wśród tych, co nocować na zamku mieli był i też Filip Uckermann z Dalewa, Claude Zastrow - feudalny strażnik Borków, młodzi szlachcice i wybrani kupcy z mieszczanami. W kuchniach, spiżarniach i w głównej sali, szykowano dla nichże uroczysty obiad, któremu to przewodzić miał sam hrabia. Gdy z wolna cały targowy harmider odchodził, a bliżej już było wieczora, toć zaproszeni goście podążali w kierunku komnaty zamku, w której to odbyć miała się strawa. Większość z nich stanowiła okoliczna, młoda szlachta, której przedstawiciele, posłali swoich potomków na zamek Borków, by ci na własne oczy zaznali choć trochę imże pisanego życia.

Stoły całe były zastawione do syta, we wszelakie jadło i mocniejsze trunki, sala wypełniła się, a samej uczcie towarzyszyły ponownie, jak dnia poprzedniego trąby grajków. Wszyscy już siedzieli przy pełnym stole, wypatrując hrabiego-ichże dobrodzieja. Gdy Otto pojawił się w przedsionku ów sali, tedy to trębacze poczęli grać na jegoż cześć. A wszyscy zgromadzeni powstali ze swoich siedzisk i wznieśli toast na chwałę swego pana ze Stramehl.

Hrabia gestem ręki dał znak, że wszyscy przysiąść mogą. Tedy to przed głównym daniem pokorny lud począł się modlić do Chrystusa, kończąc swoją modlitwę podziękowaniami za posiłek i przebyty dzień targowy. Wszyscy skupili się na spożywaniu obiadu, jakby chwilowo nastała całkowita cisza. Gdy hrabia obaczył, że wszyscy posili się do syta, powstał ze swojego miejsca i przemówił:

- Żeście gorliwie się modlili, dziękując Chrystusowi, lecz czyże wasze serca nie wypełnia fałszywa chciwość? Słowa te kieruję nie jako jakowąś dla was obrazę, lecz po to, by wamże odpowiedzieć, że Chrystus był i może tylko zwykłym człowiekiem! A Bogiem Goć chciwi duchowni uczynili, dla ichże jeszcze większej chciwości! Przeto nie uznawajcie tego, co głoszą w niedzielę każdą, boć przecie oni sami prawdy ni głoszą, a samże Jezus, gdyby z własnej woli chciałże, to posłałby ichże do diabła!

Wnet cała sala, a szczególnie młoda szlachta ucichła. Ni było tedy słychać szelestu, ni wiatru, ni szeptu jakiego! Większość z nich nie miało odwagi przeczyć słowom pana zamku. Nagle powstał od swego talerza Claude Zastrow - feudalny strażnik Borków i przemówił:

- Najpotężniejszy feudalny panie! Pierwej byli wszyscy święci Jegoż apostołowie, a potem dopiero zaś napełnieni chciwością chrześcijańscy kapłani! Apostołowie, którzy tamże w tych czasach byli, jako pierwsi głosili przecie, że Jezus to Bóg! A pierwsi chrześcijanie sprzedawali zaś dla biednych swój dobytek! Imże chciwość godna nie była.

Obok Clauda siedział rycerz i nie był zadowolony z bezczelnej wypowiedzi swego feudalnego strażnika, poczerwieniał ze złości i odpowiedział:

- Gdyby tedy ci apostołowie nie robili tego dla zysku, toć byliby głupcami!

Nagle w sali nastało poruszenie, poczęło być gwarno, jedni wpatrywali się w hrabiego, inni w Clauda, który nie uciszył się i odpowiedział:

- To jest zaskakujące, że dwunastu głupich apostołów dokonało dwanaście razy więcej, niźli dwunastu greckich alibo rzymskich filozofów! Zaś rycerz może się wściekać, aż stanie się czarny na twarzy i uderzy w stół! I lepiej by było gdyby trzymał swój język i używał goć tylko do wypowiedzenia: ni rozumiem! Nadto to wszystko intelekt człowieka, który w nic nie wierzy, a powierza tylko swoim pięciu zmysłom, jest nic nie warty! Można by go porównać do brutalnych bestii-zwierząt, którymi nie rządzą dowody, lecz tylko zmysły![1]

Nagle hrabia Otto podskoczył ze swojego tronu i zapytał jegoż co miał na myśli!? A onże odpowiedział:

- Nic więcej niż wyrażenie opinii, że człowiek różni się od bydlęcia, nie przez jego zrozumienie, ale przez wiarę, za to zwierzęta najwyraźniej rozumiały, ale nigdy w nichże nie odkryto jakiejkolwiek wiary!

Hrabia tak się zezłościł, że ni było tedy żadnych granic, wyjął nagle sztylet i ryknął do strażnika feudalnego:

- Coż?! Ty bezczelny łajdaku! Jak śmiesz porównywać, mnie, pana tych ziemi, do bydlęcia?!

Po owych słowach, jakby hrabia znalazł czas na wyciągnięcie swojego sztyletu, inni nie zdążyli go powstrzymać i dźgnął nimże w serce Clauda, który siedział obok i nie zdążył wyciągnąć do obrony swego lamparta. Otto krzyczał przy tym:

- Masz teraz błogosławioną śmierć! Za swego Pana Chrystusa!

Ugodzony upadł na podłogę z wykrzywioną twarzą, ręce i nogi drżały jemuż z agonii. Każdy z tamże siedzących zareagował jakby głupio na taką śmierć, byli ogłuszeni z przerażenia, lecz rycerz zaśmiał się i począł krzyczeć:

- Ha! Ty urodzony sługo! Nauczę cię jam, jak porównywać twojego feudalnego pana do bydlęcia! Wnet krocząc po jegoż drżących kończynach, splunął na jegoż twarz.

W tym samym czasie, z powodu zaistniałego krzyku i hałasu, poczęła płakać malutka Sydonia. Następnie szemranie i szeptanie tkwiło w ów sali, najbliżsi drzwi wybiegli z niej i wskoczyli na swoje konie, że wszyscy goście uciekli, a wśród nich był stary Filip Uckermann z Dalow. Nikt nie chciał się kłócić z hrabią. Widząc to Otto wpadł w szał, boć jegoż bogactwo i wspaniałość, zapewniało mu zawsze towarzyszy, którzy słuchali jego mądrości i degustowali jego wina.

VI

A kiedy ja, doktor Theodore Plonnies, zapytałem starego kawalera, czy jego wysokość nie ukarał szlachcica za jego haniebną zbrodnię, to odpowiedział, że jego bogactwo i potężne wpływy, chroniły go.

Po kątach w Stramehl i innych kasztelach, szeptano, że "sprawiedliwość została zaślepiona złotem", a jego zbawicielem był rzekomo sam książę, który to odwiedził w czasie późniejszym bezbożnego rycerza w jegoż zamku w Wilczym Gnieździe.

Wnet owa historia rozeszła się plotkami po najbliższej okolicy i wszyscy byli zdziwieni, że ni było po takiej zbrodni sprawiedliwości, zaś wielu powiadało, że bogactwo hrabiego i jegoż potężny wpływy, ochroniły go od ziemskiej sprawiedliwości.

Lecz bogobojny lud począł głosić przed ludem i przed Bogiem, że ów czynem hrabia sprowadzi na ród swój klątwę i choroby, a że za wiarę Chrystusa umarł niewinny człowiek, który stanął w obronie chrześcijańskich wartość, pomordowany sztyletem, przeto lud mawiał: "oko za oko, ząb za ząb", znaczyć to dla nich mogło, ze Bóg zażąda w przyszłości ofiary, że potomek hrabiego być musi zginąć niewinnie od ostrza jakiego!

I szeptano również, że skoro ten, który winien czuwać nad ładem i porządkiem boskim, zwany księciem z dynastii Gryfitów, że na czyn taki zezwolił bez ziemskiej sprawiedliwości, toć równie ród swój klątwą jaką może w przyszłości okryć, albowiem ostał zamordowany niewinny człowiek, który ni bał się stanąć w obronie Jezusa Chrystusa.

Po ów wydarzeniach bogobojny lud, a wśród nich stary Filip Uckermann z Dalow, przestali korzystać z hrabiowskiej gościny podczas odbywanych targów w Stramehl.

Pokorny lud widział, że u pana z zamku brak było jakiej pokuty i ku ich zdziwieniu, chlubić się począł wśród okolicznej szlachty swoją zbrodnią, że lud okoliczny patrzał na owe wydarzenia z obrazą, boć hrabia zabierał ze sobą małą Sydonię, którą uwielbiał za jej piękno, pośród wielmożnie ubranej szlachty, tedy mała dziewczynka kłaniała się imże, a jej ojciec, pan z zamku, pytał się małej Sydonii:

- Kimże jesteś moja mała córeczko?

A ona tedy poduczona przez swoją matkę hrabiankę, przerywając wszystkie szlachetne pozdrowienia, kłaniając się dumnie odpowiadała:

- Jam jestem szlachetnie urodzoną dziewczynką, uposażoną miastami i zamkami!

Jej ociec dumny z jejże odpowiedzi, widząc, że pośród przybyłej szlachty są jegoż wrogowie, zapytał się ponownie swojej pięknej córeczki:

- Jakże twój ojciec potraktowałby wrogów?

Malutka Sydonia, na jegoż słowa wyprostowała swoje delikatne paluszki i biegła w stronę hrabiego, uderzając go w serce, jednocześnie odpowiadając na pytanie:

- Tak, by ichże potraktował!

Wnet jej ojciec roześmiał się głośno i powiedział jejże, by ta pokazała mu, jak to wyglądał łotr, który umierał. Tedy to Sydonia upadła, przekręciła twarz, wiła swoje dłonie i stopy w strasznych wykrętach. No owy widok hrabia podbiegł, podniósł małą Sydonię, uniósł wysoko w górę i pocałował ją w usta.

Lud słysząc o zachowaniu hrabiego i jegoż córki, głosił po kątach, że sprawiedliwy Bóg pokarze go za wszystko, a co zasieje hrabia, toć powinien zebrać z woli bożej to samo. Bo wypełniły się słowa Pisma: "Nie, Bóg nie jest wyszydzony; bo co sieje człowiek, to i żąć będzie". A uczona okrucieństwa Sydonia, sama w przyszłości ulec może okrucieństwu.

VII

Teraz Uckermann nawiązał do proboszcza ze Stramehl - Davida Dilaviusa, co wydawało się niewiarygodne.

Jakoże Sydonia była bystrą małą dziewczynką, toć jejże ojcu zależało, by była ona wykształcona, oczytana lubo trzeźwo myśląca, więc dnia pewnego zawezwał do swojego zamku Davida Dilaviusa, pastora ze Stramehl, człowieka uczonego, mówiąc:

- Oto córka moja Sydonia, dziecię jakby samże anioł w nią wstąpił! Przeto wybieram ciebie, pastorze, na jejże osobistego nauczyciela, nauczaj ją pisać lubo czytać, dziesięć przykazań bożych musi znać, lecz ni nauczaj jej innych doktryn chrześcijańskich, boć jam, samże ją o tym będę uczyć, a jejże samej ni potrzeba "tak wielu dogmatów!"

Prosty, pokorny i miłościwy pastor Dilavius, który nie chciał kłopotów, rzekł:

- Dobrze panie, jam uczynię jakżeś rozkazał.

Pewnego dnia podczas nauki, pastor poprosił małą Sydonię, oto, by ta odmówiła dla niego pierwszy artykuł wiary z katechizmu, po uczynieniu onego, pastor przeszedł do drugiego artykułu, a tedy to po słowach Sydonii przeżegnał się, boć usłyszał szatańskie wołanie jej ojca:

- "Jam wierzę w mojego ziemskiego ojca, Ottona II von Borck, łaskawego syna bożego, zrodzonego z Anny von Kleist, która siedzi w swoim zamku w Stramehl, skąd przyjdzie pomóc jego dzieciom i przyjaciołom, by zabić jego wrogów i stąpać po nich wśród kurzu."

Po owych słowach, małej Sydonii, Dilavius chciałby za owe wulgaryzmy zganić jejże ojca, lecz znając porywczość hrabiego i jego wcześniejsze morderstwo, nie mógł ryzykować utraty swojego życia alibo pozycji w Stramehl. Próbował zatem we wszelaki, ukryty sposób, uczyć jej lepszej doktryny chrześcijańskiej, wbrew jej ojcu, zaś na korzyść małej Sydonii.

Jej ojciec pod groźbą kary, surowo wzbraniał jej głębszego nauczania w piśmie świętym, a przez zagadkowe pytania kierowane do swojej córeczki, próbował zauważyć, czy ojciec Dilavius nauczał ją zgodnie z jegoż wytycznymi. Sydonia dorastała u boku swego nauczyciela, a jej ojciec, co jakiś czas podpytywał ją o przyszłe sprawy życiowe.

Uckermann opowiedział jeszcze pewną anegdotę, związaną z edukacją Sydonii: Pewnego dnia zawezwał małą Sydonię do swojej komnaty i rzekł:

- Mójże aniele, powiedz mi, jakiego męża chciałabyś mieć w przyszłości?

- Jam bym mogła mieć tylko takiego, który jest mi równy urodzeniem - odpowiedziała nieśmiało.[1]

Na to hrabia, jej ojciec:

- A kto moja córeczko kochana, byłby równy namże urodzeniem z całego Pomorza?

- Tatku mój kochany! Tylko książę pomorski lub hrabia von Ebersburg!

- Racja moja córeczka! Dlatego pamiętaj, że nie możesz się z innym ożenić! Może być tylko jeden z nich!

Malutka Sydonia po słowach ojca, nie śmiała mu zaprzeczyć, ni odpowiedzieć wbrew jegoż woli, albowiem każdy sprzeciw wobec ojca był surowo gaszony, tak, że mała Sydonia skrywała się i zanosiła się płaczem, a jednocześnie musiała ciągle przekonywać swojego ojca, że go bardzo kocha i jest mu wierna, jak nikt inny.

Przeto zastraszona, zaszczuta przez ojca swego, ciągle w głowie miała księcia pomorskiego, że onże musi być jej mężem, a przez takową koligację ród Borków - Wilków powróci do swej dawnej chwały, boć ichże przodek pochodził z dynastów plemiennych Słowian - Pomorzan, zatem muszą być na równi z książętami pomorskimi.

VIII

Pewnego dnia siostra Sydonii, Dorota, wybiegła z zamku w Stramehl i skrywała się pośród otaczających pól, tamże przysiadła na kamieniu, skryła swoją twarz w dłoniach i głośno zanosiła się płaczem, w tym samym czasie, polnymi ścieżkami przejeżdżał stary Filip Uckerman, ojciec starego kawalera z opowiadania, obaczyli, że dziecko hrabiego płacze, zatrzymał swój wóz i zwrócili się do Doroty:

- Czemuż płaczesz? Któż by cię mógł skrzywdzić? Przyjdź że do nas, osusz swoje anielskie łzy i powiedz czemuż płaczesz?

Wnet Dorota, powstała z polnego kamienia, otarła ręką swoje niewieście łzy i czerwone policzki, i podeszła do wozu Uckermanów, których znała wcześniej z pobytów na kasztelu jegoż ojca, gdy po chwili się uspokoiła, rzekła do Filipa i jegoż ojca:

- "Tak, Sydonia mnie zraniła". Pyta mnie zawsze o małżeństwo, czym ono jest i z kimże winna być kobieta z rodu Borków - Wilków. Toć raz jejże odpowiedziałam, że w duszy poczułam, że w miłości powinno opływać, i w Bogu mieć zaufanie, toć tedy poczęła na mnie krzyczeć i bić mnie, dręczyła mnie dni kilka, gdy odpowiadałam wbrew jej woli, że inaczej być nie może, a ojciec zawsze z nią o tym rozmawiał.

I by mnie zastraszyć, to od chłopów naszych gęś wzięła, a wraz z jej przyjaciółkami, mleczarkami z okolicy, żywcem ją smażyły, że tłuszcz samże spływał, by przymusić ją do pica wody, biedna gęś krzyczała, aż padła, a Sydonia jeść mi ten tłuszcz kazała, tak jak jedzą go na chlebie na kolację, mówiąc do mnie, dziewica. Gęś nie mogła uciec, to piła wodę, gdy tłuszcz z niej kapał, a one z Sydonią chłodziły jej serce i głowę, gąbką zanurzoną w zimnej wodzie, przymocowaną do kija, aż w końcu gęś spadła, gdy całkowicie się upiekła, choć wciąż krzyczała. Potem Sydonia i jej towarzyszki cięły ją dla zabawy, gdy ona jeszcze żyła i w tym stanie zjadły ją na kolację.

Na dowód tego Dorota pokazała starcowi, kości, resztki ognia i krople tłuszczu, które leżały wciąż w trawie.

Potem Dorota płakała od nowa, bo Sydonia obiecała, że codziennie będzie obierać tak gęś i zniszczy ją, tak jak to uczyniła z pierwszą gęsią.

Stary Uckermann zakłopotał się na widok, zapłakanej i przerażonej Doroty, dał jej kawałek złota, by ją pocieszyć, odpowiadając jej:

- "Jeśli znów by to zrobiła, toć biegnij choćby i w nocy pośród chmur, do Dalow przy Stargard, a jam uczynię cię opiekunką moich gęsi!"

Stary Uckermann - tak opowiadał mi pierwszego wieczoru, obiecując, że następnego ranka opowie mi wiele innych historii, o dziwnych czynach, które przypomną mu się w nocy.

IX

Sydonia uczona doktrynami ojca i naukami Dilaviusa, wyrastała na mądrą, oczytaną, inteligentną, a co za tym idzie po naukach jej ojca, bardzo przebiegłą i okrutną w niektórych sprawach. Jej inteligencja, wraz z jej wzrastaniem dorównywała jejże urodzie, że lud cały ją podziwiał. Jej ojciec chciał, by Sydonia nie przestawała w swych naukach, by ciągle czytała i poznawała nowe księgi.

Pewnego dnia zabrał ją ze sobą, do małej, zamkowej biblioteczki w Stramehl, tamże znajdowały się księgi zakupywane na Pomorzu, a także księgi, które były od lat w rodzinie Borków.

Pośrodku ów biblioteczki stał mały stoliczek, drewniane krzesła i świece dla tych, którzy tamże czytali, gdy pogoda nie dopisywała dworskim spacerom. Tedy, gdy hrabia był z Sydonią tamże, na dworze panował porywisty wiatr i czuć było nadchodzącą burzę, zapanowała ciemność, służba dworska przypaliła knoty świec i lamp, tak, że ów światło unoszące się nad woskiem, rozświetliło komnatę owej biblioteczki, rzekł do niej:

- Moja księżniczko, moja córeczko Sydonio, usiądźże przy stoliku z lampami.

- Dobrze tatulku.

- Rozejrzyj się dookoła, wszystkie półki gęsto są upchane wszelkimi księgami, te czytać możesz dowoli, albowiem piękną być musisz, ni tylko w twej cielesnej ozdobie, lecz i w twym umyśle. Inteligencją zachwycić książęcych dworzan musisz, tak, by wnet książęciu donieśli, żeś ty piękna i mądra! Boć on tylko takiej żony szukał będzie! Urodzeniem zaś mu dorównasz, boć przodek nasz był z dynastów plemiennych Słowian, a z nich także i książęta się wywiedli!

Mała Sydonia, ze strachem w oczach nie śmiała zaprzeczyć słowom ojca, więc pozostało jej tylko przytakiwać głową, po każdym zakończonym zdaniu hrabiego. A gdy onże skończył swoją mowę poczęła się rozglądać po półkach ów biblioteczki i widać było tamże dzieła Andrzeja Frycza Modrzewskiego z zakresu teoretyki państwa i prawa, moralności chrześcijańskiej, pt.: "O naprawie Rzeczypospolitej", tedy to były podstawy zasad nowożytnego prawa międzynarodowego.

Czym dalej jej wzrok wodził po półkach to i dostrzegła także księgi Jana Ostroróga "Memoriał w sprawie rządzenia Rzeczypospolitą", gdzie autor zawarł relacje między władcą, a obywatelem, postulując wzmocnienie władzy królewskiej. Ni brakło tamże również dzieł Fiilppo Buonacorsi[1], jegoż wierszy i traktatów politycznych, mówiących o idei włoskiego odrodzenia.

Mowa jej ojca przewidywała, że "cel uświęca środki", a sam władca musi co jakiś czas wystąpić jakowymś, niemoralnym czynem, by chronić swoich poddanych lubo dobro swego państwa. Więc i tamże na półkach Sydonia dostrzegła książkę: "Książę", pisarza politycznego, Niccolo Machiavellego. Wnet wstała od stoliczka i pobiegła do półki, by ją dobyć, uprzednio pytając ojca:

- Zali tatulku, czy mogłabym tę jako pierwszą przeczytać?

- O wa! Moja córeczko! Idealnie wybrałaś, albowiem od młodu zasięgniesz obrazu mechanizmu władzy i czymże zdobyć wymarzony cel!

Na owe słowa ojca, mała Sydonia uśmiechnęła się i przytuliła książkę Machiavellego do swojej piersi, tuląc jej okładkę. Ojciec jej także dopowiedział, by w pełni, w przyszłości była zorientowana w intrygach dworskich, toć powinna i przeczytać dzieła Jean Bodina "Sześć ksiąg o Rzeczypospolitej", by mogła w pełni zrozumieć, że to król stoi ponad prawem, a ograniczać go tylko może prawo boskie alibo prawo własności, a tylko absolutyzm mógłby w pełni zrealizować ideę suwerenności państwa.

Wybrawszy lekturę, mała Sydonia dalej rozglądała się po biblioteczce zamkowej, nagle pośród półek z książkami dostrzegła między niewielkimi regałami pustą przestrzeń, jakby malutkie drzwi, gdzie spust zamkowy i klamka były owiązane mocno łańcuchem, Sydonia, która przebywała w obecności swego ojca, utkwiła nieco dłużej swój wzrok na ów drzwiach, aż wreszcie wystąpiła z pytaniem do pana zamku, hrabiego:

- Tatulku czemuż te drzwiczki są zamknięte?

- Córeczko moja, tychże drzwi otwierać nigdy nie będziesz, albowiem wiedza, która tamże spoczywa nie jest pisana tobie, boć tyś musisz być obyta dworzyszczem książęcym, jegoż obyczajami, manierami, a co za tem idzie i tamtejszymi intrygami. Tak, byś księciu miłość do siebie rozpaliła!

Gdy Otto wypowiadał ostatnie słowa owego zdania, za szybą biblioteczki widać było nadchodzącą burzę, a po chwili odgłosy strzelających piorunów, w pobliży kasztelu w Stramehl. Sydonia wnet się przestraszyła i pobiegła się wtulić w ramiona ojca. Po chwili zaś, ponownie rzekła do ojca:

- Czymże tatulku wiedza ukryta za tymiże drzwiami, mogłaby mi zaszkodzić? Przecie samże mawiałeś, że winnam czytać jak najwięcej i winnam być oczytana we wszystkim?

- Córko moja najdroższa, dziś na dworach wszelakich panuje chrześcijanizm i tamże niegodne byłyby historie o wierze przodków naszych, albowiem tym mogłabyś odstraszyć księcia i dwór cały jego. Przeto chcę tobie powiedzieć, że tamże leżą księgi, których ni powinnaś nigdy czytać, boć zawierają one teraz to, co jest zakazane, a i wcześniej za owe księgi ludzi na stosach palili!

Pierwej Sydonia się przeraziła, a za oknem ponownie piorun uderzył w okolicy zamku, a grube krople deszczu obijały okienko biblioteczki, lecz ulubienica swego ojca nie poddawała się i dalej pytała:

- Tatku! Jam bardzo ciekawa tego!

- Być nie możesz być aż tak ciekawa, boć prędzej, by cię to do piekła zaprowadzić mogło, jeno musisz wiedzieć, że w Boga naszego powierzamy, lecz w doktryny księży wierzyć nie będziem, dawno temu, nim nasz przodek Wilk przybył w te okolice, byliśmy innej wiary. Wyznawaliśmy naszych słowiańskich bogów.

Przodek nasz Borko II Wilk przed rokiem 1270 był kasztelanem w Colobregu, był to czas, gdy po najazdach polskiego księcia Krzywoustego i zastraszeniu naszych przodków Pomorzan, wprowadzono nam siłą lubo szantażem chrześcijaństwo, zmuszając nas do zrzucenia wiary ojców naszych. Myśmy tedy modlili się do Świętowita, a tamże przy Bałtyku, w czasach przodków książąt pomorskich, była i tamże świątynia jego.

I gdy przodek nasz Borko II był tamże kasztelanem, toż w podziemiach, w dawnym kasztelu księcia Świętobora, który stał przy świątyni Świętowita, Wilk przodek nasz, znalazł pradawne księgi naszych słowiańskich kapłanów, którzy tamże spisali wiele historii z Pomorza, a że i my byliśmy wierni wierze przodków naszych, toć Borko II przy usługach dworzan swoich, zlecił zabranie tychże ksiąg, a potem opiekę nad nimi sprawował Maćko Wilk - ostatni kołobrzeski kasztelan, który zabrał je wszystkie ze sobą do Stramehl, gdy książę dobrotliwy obdarował nas tymi ziemiami.

W przeciwnym razie chrześcijańscy kapłani popaliliby je wszystkie, by śladu żadnego po wierze przodków naszych ni było, a tu, w zamku naszym, dworzanie, co byli potomkami kapłanów, tłumaczyć poczęli runy na łacinę, i tak przeto wiedza i wiara przodków naszych, tamże spoczywa.

Lecz powiadam już ci kolejny raz, córko moja, że wiedza ta, służyć tobie nie będzie. Przeto zabraniam ci wchodzić za te drzwiczki, byś z drogi do książęcego serca w przyszłości nie zbłądziła!

Sydonia wysłuchawszy ojca, zwróciła głowę ze smutkiem w stronę podłogi, nic nie wypowiadając. W tym samym czasie w okno uderzyła wrona, która pobłądziła wśród panującej na zewnątrz burzy, że strach na chwilę obleciał Sydonię i jej ojca. Przed wyjściem z biblioteczki, Sydonia spoglądała jeszcze przez chwilę w stronę zamkniętych drzwiczek, do ukrytych ksiąg z Colobregu. Że wieczór już nadchodził, to ukochana córka hrabiego udała się do swoich służek, by te ją do snu wyszykowały.

X

Następnego ranka o siódmej, starzec Uckermann zawezwał mnie do niego, a wchodząc zastałem go siedzącego przy śniadaniu, przy kominku. Zaprosił mnie, bym do niego dołączył, i pchnął mnie kulą, bo chodzenie było dla niego trudne. Był bardzo przyjazny, a oczy starca płonęły równie jasno, jak oczy białej gołębicy. Niewiele spał w nocy, albowiem postać Sydonii unosiła się przed jego oczami, tak jak wyglądała w czasach, kiedy utrzymywał ją dwór.

Niestety! On, kiedyś kochał ją głęboko, jak wszyscy inni młodzi szlachcice, którzy się do niej zbliżali, kiedy ona była w wieku, w którym mogła wyjść za mąż. W młodości była piękna, a starzy i młodzi mówili, że jeśli chodzi o jej figurę, oczy, chód i czarujący uśmiech, to nie miała sobie równej na całym Pomorzu.

Nic przed tobą nie będzie ukryte - powiedział, wszystko, co dotyczy mojego głupiego zauroczenia, abyście ty i wasze dzieci, mogli się dowiedzieć, jak wszechmądry Bóg radzi sobie najlepiej ze swoimi sługami, kiedy używa On swojej laski i zaprzecza tym, którzy jak głupie dzieci krzyczą o błyszczący nóż.

Tutaj złożył swe zwiędłe ręce, wymamrotał krótką modlitwę i zaczął opowiadać:

Musicie wiedzieć, że dawniej byłem dumnym i okazałym młodzieńcem, na którego spojrzała dziewica, a w żadnej mądrości nie spoczywało to na mnie obojętnie, wyszkolonym we wszystkich rycerskich ćwiczeniach i tylko dwa lata starszym od Sydonii.

Zdarzyło się to we wrześniu 1566 roku, kiedy Caspar Roden zaprosił mnie do zobaczenia jego sieci z węgorzami, albowiem mój ojciec zamierzał je wpuścić również do rzeki Krampehl[1] - małej rzece, w pobliżu Dalow, wzdłuż jej koryta.

Kiedy wróciliśmy do domy dość zmęczeni, otrzymaliśmy list od Otto von Borka, zapraszający nas, następnego dnia na polowanie, na niedźwiedzie, tak jak zamierzał to uczynić, na cześć zaślubin swej najstarszej córki Klary, chciał złożyć głowy i łapy niedźwiedzi przed swymi gośćmi. Co nawet na Pomorzu było rzadkością, i pragnął bym przyprowadził ze sobą tylu dobrych myśliwych, którzy by go tylko zadowolili.

Towarzyszyłem wiec Casprowi Roden, który powiedział mi po drodze, że hrabia Otto z początku oczekiwał w stosunku do córki wysokiej rangi małżeństwa i pogardzał wieloma konkurentami o rękę Klary, a gdy ona teraz już się starzeje i jest już dojrzała, jak stary zadzior, to trzyma się teraz tego pierwszego, który dawniej do niej nadszedł.

Jej narzeczonym był Vidante von Meseritz, feudalny wasal jej ojca, na którego dziesięć lat wcześniej nie spojrzałaby z okna. Ale nie aż tak żeby była dumna, jak jej siostra Sydonia. Jednak ich matka była najbardziej temu winna, ale teraz ona już nie żyje, niech spoczywa w pokoju.

W odpowiednim czasie dotarliśmy do zamku Stramehl, gdzie zgromadzono już trzydziestu myśliwych i wszystkich szlachciców i dołączyliśmy do nich w wielkiej sali, gdzie przygotowywano poranny posiłek.

Sam hrabia siedział przed szlachtą u szczytu stołu, jak władca Pomorza na tronie, na którym były wyrzeźbione jak i wyhaftowane rodzinne herby. Hrabia w ten dzień założył czapkę z pióropuszem z czapli, dublet ze skóry łosia, który symbolizował dawnych rycerzy, albowiem ów odzienie zakładało rycerstwo pod kolczugi. Jego formą był obcisły kaftan spodni sięgający bioder z długimi rękawami alibo bez rękawów, noszony pod ubraniem wierzchnim.

Nie wstał, kiedy weszliśmy, ale wezwał nas, abyśmy usiedli i przyłączyli się do uczty, ponieważ pościg musi wkrótce ruszyć. Kosztowne wina zostały wysłane i zauważyłem, że na każdej z butelek zrobiono herb rodu. Malowano je także na oknie wielkiej sali, a wzdłuż ścian - poroża wszystkich dzikich zwierząt zabitych przez Otto w pościgu - kozłów, jeleni i łosi - które były ułożone w fantastyczne grupy.

Nagle ku uciesze ojca do owej sali, poczęły wchodzić jegoż dwie córki, Klara i Sydonia. Ubrane były w zielone suknie myśliwskie, obszyte skórą z bobra, a na włosach miały złote siatki. Ukłoniły się w stylu dworskim i powitały siedzących tamże rycerzy. Zapraszały one przybyłych gości do jadła i picia, nalewając imże wina, prosząc byśmy jej ślubowali.

Wszyscy wpatrywali się w piękne oczy Sydonii, a ona imże dotrzymywała wzroku. Wielu młodym szlachcicom zabrakło tchu na jej widok, co sprawiło potem, że nie mogli się skupić na późniejszym polowaniu, boć jejże blask, jakby odbierał wszystkim siłę.

Co do mnie, to moja nieszczęsna młodość, od chwili, gdy ją ujrzałem, to nie oddychałem już więcej przez płuca, a czyniłem to oczami i wstając dałem jej publicznie znaki. Lecz od razu, burza głośnych, namiętnych i ożywionych głosów, wkrótce odpowiedziała mi na moje słowa z głośnymi vivami. Następnie goście wstali, bo panie niecierpliwiły się na polowanie. I czas był ciężki

Gdy wszyscy najedli się do syta, niecierpliwy hrabia wstał i powiedział:

- Czasu mało nam zostało, przeto powstańmy wszyscy i ruszajmy za zwierzyną! Na cześć Klary i polowania, kielichy w górę!

- O wa! Nasz dobrodzieju! - Odrzekli pozostali, wypijając swoje kielichy do dna.

Wszyscy zabrawszy broń, niezbędne narzędzia, przy pomocy psów i ponad stu naganiaczy ruszyli w stronę lasów i starego kamieniołomu. Część myśliwych rozproszyła się po okolicy wybierając miejsca, gdzie mógłby siedzieć niedźwiedź.

Casper Roden i Filip Uckermann z Dalow, przysiedli koło starego kamieniołomu, nim nagonka rozpoczęła swoją pracę. Obaczyli wnet dużego niedźwiedzia, który schodził, do małego strumienia, może ze dwadzieścia kroków od nich. Prędko oddano strzał w kierunku zwierza, lecz niedźwiedź wycofał się za dąb, począł warczeć zaciekle i zniknął wśród gęstych krzaków.

Nagle blisko nich posłyszeli krzyk kobiet, pobiegli tamże i obaczyli, że na ruinach starej kaplicy, która dawniej w czasach papiestwa zawierała święty obraz, przyozdobiona wieńcami z wiecznie zielonych kwiatów, stały: Klara i Sydonia, a do nichże próbował wspinać się niedźwiedź po rusztowaniu wzniesionym wokół tej kaplicy.

Ów miejsce było doskonałym punktem widokowym na przebiegające polowanie, las i wodę. Do tego rusztowania była przyczepiona drabinka, po której próbował się wspiąć ów Bruin. Pierwej rzucili się na pomoc kobietom, by odgonić za wszelką cenę niedźwiedzia, a potem wyratować je od roju pszczół, które podążały za ów bestią, przyczepiając się córkom hrabiego do złotych siatek na ich głowach. Klara i Sydonia, krzyczały w niebogłosy, próbowały deptać ów pszczoły. Rzucających się na pomoc, pszczoły oblepiają na rękach i twarzy, jęczą z bólu i skrywają się do kamieniołomu. Stojący w pobliżu myśliwy strzelili rzeczywiście do Bruina, ale bez skutku, a jednocześnie pszczoły obsiadły mu ręce, dłonie i twarz, uciekł i ukrył się jęcząc w kamieniołomie.

W między czasie dotarłem (Filip Uckermann) do Sydonii, ona wyciągnęła jej małe, piękne rączki i płacze wraz z jej siostrą i krzyczą:

- "Pomóż, Pomóż, on nas zje! Nie zabijesz go!"

Niedźwiedź jakby zorientował się, że będą go chcieli zabić i począł schodzić z ów miejsca po drabinie, więc uprzedziłem go, stanąłem przed nim i kiedy Bruin próbował wcisnąć swój pysk między mnie, a młode damy, to aby się zbliżyć do mnie trudno mu było przejść, miałem gotowy sztylet i w gąszczu pszczół wbiłem mu w bok sztylet, tak, że bestia spadła na ziemię.

Warczał jeszcze przez chwilę, warknął i stał się zaraz martwy. Kobiety uciekając z ów miejsca co trochę się potykały na drabinie, lecz podbiegłem pierwej na pomoc Sydonii, a ona oparła głowę o moją pierś, podczas gdy starałem się usuwać pszczoły z jej złotej siatki we włosach, a Klara pobiegła do kamieniołomów zawiadomić myśliwego, że niedźwiedź już nie żyje. Zostaliśmy sami: "O niebiosa! Jak moje serce płonęło?! Bardziej niż moje zaognione dłonie ukąszone przez pszczoły!

Zapytała się młodzieńca:

- Jakże mogę się tobie odwdzięczyć?

Onże odpowiedział:

- Moja droga pani, wystarczy mi jeden pocałunek!

I tak się stało.

Orszak myśliwski na czele z hrabią, posłyszał ów krzyki kobiet i prędko był już przy miejscu starej kapliczki, Sydonia tylko z jednym żądłem w głowie, wybiegła ojcu na powitanie, a gdy pan zamku usłyszał, co się stało i zobaczył martwego niedźwiedzia, podziękował mi, prosząc mnie na wesele Klary, które odbyć się miało w następnym tygodniu, na jegoż zamku, do tego czasu miałem być jego gościem. Teraz dla mnie nie było nic ważniejszego na świecie, co mógłbym sobie wymarzyć, z wdzięcznością przyjąłem jego ofertę. Niestety! Cierpiałem później przez to, jak kot po zatrutych smakołykach.

Zaś dnia tego nie upolowano już żadnego niedźwiedzia, tylko jelenie, dziki itd. I teraz odkryliśmy, co stary myśliwy mówił, że stary, martwy niedźwiedź był ojcem tego, do którego strzelałem koło kamieniołomu, po jego warczeniu, ojciec bestii się rozwścieczył, a tedy niósł plastry z miodem z gniazda dzikich pszczół na sąsiednim drzewie, a dwadzieścia kroków od nich ujrzeli wielkiego dęba, nad którym wciąż latały rozwścieczone pszczoły. Plastry miodu leżały u podnóża ów dębu, były już oblepione mrówkami, tak, że żaden myśliwy nie śmiał ichże podnieść. W końcu hrabia Otto, wydał komendę do powrotu pod zamek.

A po kolacji dostałem od Sydonii jeden pocałunek, który rozpalił moją krew, tak, że ni mogłem tejże nocy zasnąć. I chciałem zapytać się jej ojca, o jej rękę. Jako, że i młodość bywa głupia, to powierzyłem, że ona mnie darzy taką samą miłością i jest ona siostrą jakowych aniołów, ozdobiona pięknem, mimo, iż wiedziałem, jak ona ostała przez jej ojca wychowana. I o wielu innych rzeczach, które teraz mi się wymknęły z pamięci, jednak dalej na nią patrzyłem, ale bezczynnie z jej strony... Jednak po kilku dniach miałem powód do zmiany...

XI

Następnego dnia, obie panienki - siostry, zajęte były w kuchni nadzorowaniem w przyrządzaniu głowy niedźwiedzia. A kiedy tamże przechodziłem, to zajrzałem, a one mrugnęły, co wziąłem za dobry omen i zapytałem:

- Czyż mogę wejść drogie panie do środka?

- Tak, możesz wejść i pomóc w rozszczepieniu głowy - odpowiedziały zgodnie.

Wszedłem więc, a tedy młode panienki poczęły się uśmiechać i żartować i dawać mi wskazówki. Pierwej głowa niedźwiedzia musiała być przypalona gorącym żelazem, a kiedy jej odpowiedziałem:

- Zali droga panienka wie, że w ten sposób i moje serce przypaliła?

Tedy ona śmiechem się zaniosła, tak, że prawie się przewróciła.

Młodzian wyciął trochę mięsa z ust niedźwiedzia, złamał nos i podał dziewkom, one podgrzewały tedy wodę z winem i octem.

Następnie grałem rolę chłopca kuchennego i poprosiły mnie, bym udał się do ogrodu zamkowego, po tymianek, szałwię i rozmaryn. Wykonawszy zadania poprosiłem je o posmakowanie ów głowy, lecz tu odpowiedziały, że jeszcze nie nadaje się do jedzenia, boć pierwej musi być schłodzone w solance. Wobec tego poprosiłem, by panienki obdarzyły mnie pocałunkami, Sydonia się zgodziła, lecz Klara odmówiła, a to było mi to na rękę, bo zależało mi tylko na Sydonii.

Gdy prace kuchenne mijały, w tymże dniu przybył na zamek kuzyn Sydonii. Ja, który walczyłem o jejże serce począłem być wściekły i zazdrosny, bo Sydonia pozwalała mu się całować w każdej chwili. Nie stawiała mu oporu, a po każdym pocałunku spoglądała na mnie marnie, oczekując, że coś odpowiem alibo zaprotestuje. Dłużej już tego ni mogłem wytrzymać, byłem blady z zazdrości, w końcu wyszedłem z sali, boć obaczyłem, że on sadza ją na kolano. Gdy wyszedłem, ponownie usłyszałem okrutny śmiech Sydonii.

I byłem już bliski, by opuścić całą ucztę weselną i Stramehl, i miałem już zamiar nigdy nie powracać, a Sydonia krzyczała za mną z bramy zamku, bym wrócił. Owe zajście spowodowało, że serce mi zmiękło, a z oczu płynęły mi łzy, myśląc tedy, że teraz mam jej dowód miłości. A ona wzięła mnie za rękę i odpowiedziała:

- "Nie powinieneś być tak nieuprzejmy!"

To był jej sposób postępowania ze wszystkimi młodymi szlachcicami, a z jej zachowania domyśleć się można było, że odpowiedziała mu:

- Dlaczego miałabym odmawiać pocałunku, kiedy mnie oto zapytano?

Ale tedy stałem nieruchomo i płakałem i spoglądałem w ziemię. Ona ponownie rzekła:

- "Czemuż miałabym płakać? Mój kuzyn Clas ma już swoją narzeczoną, a ze mną wziął tylko małą rozrywkę, musisz teraz wyleczyć mnie kolejnym pocałunkiem."

Na te słowa ponownie byłem szczęśliwym mężczyzną, myśląc, że mnie kocha Wydawało mi się, że niebiosa mi sprzyjają, więc postanowiłem poprosić ją o rękę, lecz brakowało mi jeszcze odwagi, przeto wolałem poczekać do ślubu jej siostry, co miało nastąpić następnego dnia.

Samych przygotowań do wesela nie da się odpowiednio opisać, bo na wesele jej siostry przybyć miał sam książę z orszakiem, następnego dnia sześćset koni miano zaprowadzić do stajni, by je nakarmić. Krajobraz wokół zamku przypominał królewski obóz. Potem przybyli wszyscy feudalni wasale i składali hołd lenna hrabiemu Ottonowi. Opis jest warty wysłuchania, więc odłożę go na kolejny rozdział.

Wielu młodych szlachciców, arystokratów zakochiwało się w Sydonii, po jej spojrzeniach, uśmiechach, rzekomych pocałunkach dla zabawy, błahych flirtach, zaczepkach i słowach córki hrabiego. Wielu z nich wzdychało do niej z przyśpieszonym biciem serca, ichże oczy świeciły się w ciemności, jak oczy białej gołębicy. Wielu z nich nie przespało tygodni, a nawet miesięcy. Jej figura, oczy, biust, chód, czarujący uśmiech, sprawiał, że wszyscy młodzianie spoglądali tylko na nią, boć tedy nie było piękniejszej na Pomorzu. I był to czas, że owe zauroczenia sprawiały, że córka pana ze Stramehl owijała sobie wokół swojego paluszka wszystkich okolicznych szlachciców, bawiąc się nimi, igrając z ichże miłosnymi uczuciami, nie bacząc na ichże ból i łzy.

Było to również wynikiem jej wychowania przez jej ojca, który od młodości jej wpajał, że jej przeznaczeniem jest poślubić księcia, by ród Borków ponownie po latach związał się na równi urodzeniem, jak to bywało w zamierzchłych czasach, że i oni pochodzili z przedstawicieli dynastów plemiennych.

XII

Następnego ranka, po ów przygotowywaniu niedźwiedzia, na zamku już od świtu panowało zamieszanie. Gdzieś około godziny dziesiątej, wszyscy wielmożni, z żonami, córkami, zgromadzili się w wielkiej sali. Następnie weszła panna młoda, odziana w mirtowy wieniec, a za nią podążała Sydonia, która błyszczała diamentami i innymi kosztownymi klejnotami. Na sobie zaś miała płaszcz ze szkarłatnego jedwabiu, z peleryną gronostajową, która opadała z jej ramion, wyglądała tak pięknie, że umierałem z miłości do niej, gdy mijała mnie i przywitała mnie z pełnym wdzięku uśmiechem. Hrabia był w złym humorze, boć jegoż książęca mość spóźniła się z godzinę, a cała kompania czekała na jegoż przybycie.

W jednym z górnych końców sali wzniesiono podest, obłożony skórą z niedźwiedzia, a na nim tron pod żółtym, aksamitnym baldachimem, na nimże siedział hrabia, ubrany w szkarłatny dublet, kapelusz czerwono-czarny, z którego wystawały pióropusze z czarnych i czerwonych piór, które zwisały mu prawie do brody - wyglądającej prawie jak u czcigodnego Żyda. Niecierpliwy pan zamku, wysłał posłańców do wieży, by sprawdzić, czy książę, jest już blisko. Gdy nastał czas oczekiwania i chwilowa cisza, tedy to hrabia począł obgadywać swoich gości. Zamyślił się nad księciem i rzekł:

- Czyż książę musiał zatrzymać się w drodze, by rzeźbić te kukły i lalki!? Niech "Bóg trzyma nas z dala od takich książąt!"

W myślach hrabiego, pana zamku ze Stramehl było pełno drwiny dla majestatu księcia i pogardliwego zniecierpliwienia, że wyobrażał sobie ojciec Sydonii, że gdy książę jechał powoli, to był w stanie kontynuować swoją pracę, lecz gdy konie galopowały musiał porzucić swoje artystyczne zajęcie rzeźbienia, boć nierówna droga przy większej prędkości powodowała, że i ręka księcia Barnima była tedy niestabilna.

Nagle jeden ze strażników z zamkowej wieży wbiegł przed tron hrabiego i rzekł:

- Panie nasz miłościwy! W zasięgu wzroku naszego, sześć powozów księcia!

Tedy zniecierpliwiony i zły hrabia odpowiedział jemuż z tronu:

- Pozostanę tu, jak przystać powinno, z honorem. Przeto Klaro i Sydonio idźcie tamże i przyjmijcie jego wysokość! Albowiem ni godne jest w owej chwili, po tak długim oczekiwaniu, bym teraz spóźnionemu na powitanie wychodził! I by spektakl był jeszcze większy niechaj wszyscy moi wasale pójdą za końmi, niech każdy wasal niesie swój sztandar pod oknem mej wielkiej sali! I niech okna będą otwarte, aby wiatr mógł grać przez sztandary, by spektakl był jeszcze wspanialszy.

Wnet po owych słowach potomka Wilka, wszyscy rzucili się na powitanie księcia. Ja też tam poszedłem. Dziedziniec prezentował się wspaniale, wszystko było tak urządzone, by duma i wspaniałość hrabiego Ottona była widoczna na każdym kroku książęcego orszaku. Na górnej kondygnacji zamku unosił się sztandar cesarza, zaś pod nim sztandar władcy zamku, gdzie widoczne były dwa ukoronowane wilki ze złotymi kołnierzami na polu - tarczy, widać było również herb koronowany - podskakujący jeleń.

Pod tym sztandarem, o wielkości, o wiele mniejszej, powiewał sztandar księcia Pomorza, a pod nim wisiały sztandary feudalnych wasali hrabiego. Wielu gości, gdy obaczyło owe sztandary, uznało, że książę z Wolgast mógłby wziąć sztandar hrabiego i rzucić nim w błoto,[1] lecz książę Barnim niczego nie zauważył, jeno przed sobą widział tylko Klarę i piękną Sydonię.

Książę o postaci małego człowieka, siwej brodzie, powoli wychodził z powozu, trzymał małą kukiełkę, którą wyrzeźbił, by reprezentować Adama i ów prezent podarować do klasztoru w Kolbatz[2]. Księciu towarzyszył superintendens generalis Fabian Timaeus, duma hrabiego była dalej urażona, bo sam książę miał być tu tylko przejazdem, podczas jego zaplanowanej kuracji w Treptow[3]. Pozostałe wozy księcia zawierały ekwipunek i strony księcia, które podążyły za kucharzami, lokajami i stewardami.

Książę po przywitaniu przez córki pana zamku, w otoczeniu służących wasalów i ich sztandarów, przeszedł do głównej sali. Tedy to hrabia wstał z tronu i przemówił do panującego na Pomorzu:

- Wasza wysokość jest mile widziana! I ufam, że mi wybaczy, że nie podszedłem z pozdrowieniami dla książęcej mości, przeto córki moje były bardziej miłe, niżby miałyby być usłyszane komplementy starego rycerza! Takiego jak ja! I jak dostrzega wasza książęca łaska, zajętego w wykonywaniu swojego obowiązku! A teraz modląc się do waszej wysokości, zajmij to miejsce po mojej prawicy!

Wypowiadając te słowa, hrabia wskazał swoją ręką miejsce dla księcia, gdzie znajdowało się zwykłe krzesło, niżej od tronu pana ze Stramehl. Książę spojrzawszy na ów miejsce, nieco zmarszczył brwi i usiadł w spokoju, zabrawszy na swoje kolana swoją rzeźbę. Wszyscy, którzy widzieli owe zajście zastanawiali się w głębi duszy, cóż uczyni Barnim. A on tedy wykrzyknął po niemiecku:

- "Co za diabeł. Otto! Czynisz z siebie człowieka większego niż ja!

Zaś rycerz z Wilków, Otto, mu odpowiedział:

- "Nie większego niż to konieczne!"

Zgromadzeni goście zaniemówili, nastała chwilowo cisza, wszyscy ukradkiem spoglądali na księcia i wywyższanie się ponad swoje urodzenie hrabiego-rycerza, przy użyciu złośliwych, poniżających praktyk, niegodnych stanu rycerskiego, albowiem nie została zachowana cześć rycerska, ni honor, ni szacunek dla najważniejszego gościa. A sam władca zamku siedział dumnie, jakby siedział ni książę, a sam cesarz, który ni szanuje swoich podwładnych, a dla władzy lubo pozornej wysokości urodzenia zrobiłby wszystko, ni bacząc na krewnych, poddanych alibo rządzących krajem.

XIII

- A teraz - kontynuował Otto. Przejdźmy do ceremonii.

Następnie rozpoczęła się ceremonia składania hołdu z zachowaniem obyczajów ojców, bądź zwyczajów rycerskich. Która jest tak świeża w mojej pamięci, jak gdyby wszystko się wydarzyło wczoraj, a więc opiszę to, abyście wiedzieli, jakie były zwyczaje naszych ojców, bo zwyczaje rycerskie - niestety, szybko odchodzą od nas.

Wówczas Otto von Bork dał znak ręką i zabrzmiało sześć trąb. Drzwi sali zostały szeroko otwarte, jak tylko się dało, a w nichże ukazał się na czarnym koniu jego przyszły zięć, Vidante von Meseritz. Ubrany był w kompletną zbroję, bez miecza, trzymał sztandar swojego rodu z motywami dwóch biegnących lisów w przepaści, między nimi czerwona wstęga. I podążał na wprost hrabiego Ottona, kładąc ów sztandar przed jegoż tronem. Tedy pan zamku przemówił:

- "Kim jesteś, i jaka jest twojaż prośba?"

- "Potężny feudalny panie! Jestem potomkiem Dinniesa von Meseritz. Modlę się o lenno." - odpowiedział Vidante.

Na to ponownie Otto:

- "A któż jest na koniach, któż za tobą idzie?"

- "Oni są feudalnymi wasalami mojego pana, tak, jak i mój ojciec."

- "Jedźcie moi ludzie! I czyńcie, jak uczynili wasi ojcowie!" - rzekł hrabia.

Wnet po owych słowach do hrabiego podjechał między innymi Frederick Ubeske i opuścił swój sztandar z pawim piórem i słońcem przed rycerzem-panem tej ziemi. Następnie usiadł pod oknem sali, dobywając uprzednio swój miecz. Wiatr poruszał jego sztandarem.

Potem podszedł Walter von Locksted opuścił także swój sztandar z podskakującym jednorożcem, dobył miecz i usiadł pod oknem. Za nim Claud Drosedow machając czarnym orłem na biało - czerwonej tarczy, powtórzył tę czynność, co poprzednicy. Kolejno ze swoimi sztandarami byli Jacob Pretz na białym koniu, niosąc dwie włócznie w poprzek powalonego drzewa na swoim sztandarze, Dieterich Mallin - jego sztandar opadał mu na rękę, że nie było nic widać, Lorenz Prechel - niósł lampartowe oczka na srebrnej tarczy, Jacob Knut ze złotym kijem na lazurowym polu i trzema piórami na grzebieniu, Tesmar von Kettler - jego ostrogi zaczepiły o szatę młodej dziewczyny, gdy przechodził wywołując śmiech w sali, wielu mówiło, że to dobry znak, co było prawdą, bo tego wieczoru zostali zaręczeni i w końcu pojawił się Johann Zastrow, niosący sztandar z dwoma bawołami i zielonym krzakiem o pięciu liściach, podszedł do okna za pozostałymi i dobył miecza. Dziewięciu, podobnie jak dziewięć muz na ślubie Peleusa[1]. Wiatr poruszał ich sztandary, a po wykonaniu onego, hrabia przemówił:

- Prawdą jest, iże to są moi lenni wasale! A teraz, potomku von Meseritz, zsiadajcie i składajcie hołd, tak, jak ojciec wasz, zanim będziesz mógł odjechać i dołączyć do nich.

Wnet młodzian zsiadł z konia, lejce oddał giermkowi i wspiął się na podest, a hrabia uniósł miecz i odezwał się ponownie:

- Spójrzcie! potomku, to jest miecz ojca twego! Dotknij goć razem ze mną i wypowiedz feudalną przysięgę!

Tedy to wszyscy wasale spod okna podjechali i trzymali miecze nad głową potomka, a on sam mówił:

- "Jam, Vidante von Meseritz, oświadczam, ślubuję, przysięgam na najpotężniejszego, szlachetnego i dzielnego Ottona von Bork, pana ziemi i zamków Labes, Pansin, Stramehl, Regenwalde i innych, i mojego najpotężniejszego pana feudalnego i jego prawowitym spadkobiercom, prawomocnej lojalności, by służyć mu całym obowiązkiem i posłuszeństwem, by ostrzec go przed wszelkim złem i bronić go przed wszelkimi obrażeniami, najlepiej jak potrafię."

Gdy skończył wypowiadać ów słowa przysięgi, pocałował swojego pana w rękę, w której to był miecz ojca jego. A Otto von Borck odpowiedział:

- "Tak więc uznaję cię za mojego wasala, tak, jak mój ojciec uczynił twego ojca!"

Następnie hrabia zawołał do swoich pomocników:

- Teraz przynieście "meble obozowe"!

Wnet obecni widzowie rozdzielili się na dwie części, jedni prowadząc Vidante na koniu, na którego wskoczył, przynosząc bogate szaty i sygnet jego ojca, kładąc przed potomkiem, przemówili:

- "Potomku, szaty i pieczęć ojca twego!"

Inni przynieśli jemuż dużą kanapę z białą narzutą, kładąc przed nim, przemówili:

- "Potomku, kanapa dla ciebie i twojej żony!"

Pozostali w większym tłumie nieśli talerze, naczynia, serwetki, obrusy, jedenaście puszek na ryby, pary żelaznych haczyków i gdy skompletowali te wszystkie meble przed potomkiem, dopowiedzieli i zniknęli:

- Meble kompletne!

A potem toć wszystko co zebrali zniknęło sprzed jegoż stóp.

Inni, którzy przyglądali się całej ceremonii, zauważyli, że pominięto księcia, który był feudalną głową wszystkich, podczas ponownych trąb dalej siedział spokojnie, a żaden sztandar nie padł przed księciem, wszystko odbyło się przed tronem hrabiego, tak, jakby w ogóle ni było tamże władcy Pomorza.

I ci, którzy znali pana tutejszego zamku, wiedzieli, że tak musiał rozkazać sam dumny hrabia. A tutejszy lud nigdy wcześniej ni widział pomijania alibo naruszania szacunku przedstawiciela dynastii z Gryfitów. I miejscowi zauważyli, że i sam książę musiał się znudzić ot tą całą ceremonią, boć wyciągnął swój mały nożyk i począł dalej rzeźbić Adama.

I gdy wasale odeszli, a za nimi wielu gości, tedy to dopiero książę podniósł swój wzrok, podrapał się w tył głowy swym nożykiem i zapytał swego kanclerza Jacoba von Kleist, który szalał z gniewu:

- Jacob, co myślisz o tymże spektaklu?

- "Łaskawy Panie, uważam to za całkowicie głupią rzecz, by niższy odegrał rolę księcia, a sam książę został zmuszony do odegrania roli niższego."

Tedy to słowa ów kanclerza podsłuchał Otto, potężnie obrażony, przemówił:

- Jam biedny, niższy, lecz jak widzicie jestem zobowiązany do ciągnięcia pługa na zmianę ze swoimi poddanymi!

Kanclerz ponownie chciał odeprzeć pogardę Ottona, lecz książę wskazał jemuż, ręką by milczał, mówiąc:

- "Pamiętaj, dobry Jacobie, że jesteśmy tu jako goście, lecz zamów już nasze wozy, boć myślę, że nadszedł czas do kontynuacji naszej podróży!"

Gdy hrabia usłyszał te słowa, był zdezorientowany, zstąpił ze swojego tronu i począł wypowiadać wiele pochlebnych słów, tak że jegoż książęca wysokość, przezwyciężał się w duchu, czy jeszcze ostać.[2] Doświadczony wiekiem i wieloma sprawami rozsądny książę, postanowił jeszcze ostać i udał się z hrabią do innej sali, gdzie przygotowano śniadanie, towarzyszyli im wszyscy panowie i panie, którzy stali wokół stołu w błyszczących grupach, podziwiając głowę niedźwiedzia, a innym zdawało się, że sam książę był wielce zadziwiony na jej widok.

Następnie każdy z nich wypił swój kielich wina, a panie sącząc z kieliszków wino były chętne do tańca. Otton w między czasie opowiadał jeszcze księciu o polowaniu na niedźwiedzia, co spodobało się księciu, przedstawiając bohatera ów polowania, któremu książę wystawił swoją rękę do pocałunku, mówiąc:

- Wspaniale młody człowieku, cenię wielce takową odwagę! Dzięki tobie głowa niedźwiedzia w naczyniu, a zamiast ślubu hrabia mógł mieć pogrzeb i dwie ludzkie głowy w trumnie!

Jego łaska przyrzekła mi srebrny kieliszek wina, następnie panna młoda i oblubieniec, którzy siedzieli całując się i przytulając w kącie, podeszli do księcia i ucałowali go z wielkim szacunkiem.

Oblubieniec był w szkarłatnym dublecie, dobrze leżącym na nim, lecz płaszcz, który miał po ojcu był za szeroki i trząsł się mu wokół nóg. Zaś panna młoda była ubrana w szkarłatną, aksamitną szatę i w gorset futrzany z gronostajem. Sydonia w kolbie balsamicznej, złoty łańcuszek na szyi.[3]

XIV

Przyszedł czas, by wszyscy udali się do kościoła, a szlachetne panienki poczęły gościom rozdawać wieńce i zgodnie z tradycją panna młoda dała wieniec księciu, a Sydonia dała mi również jeden do ręki, oj biedna młodzieńcza miłość.[1] I jak to było w zwyczaju na Pomorzu, wszystkie młode damy były ukoronowane pięknymi wieńcami i maszerowały one przed młodą parą w drodze do kościoła. Tłum panów, pań lubo rycerzy wylewających się z bram zamku ruszył, by zobaczyć cały weselny orszak, zostawiając z tyły Sydonię, tedy ona nie mogła przedrzeć się przez tłum, została oddzielona od orszaku, będąc sama, rozpłakała się.

Następnie tłum ze Stramehl ruszył, by zobaczyć młodą parę, tłum biegł uliczką, w stronę kościoła, jeden z tłumu - kurator Ottona von Bork wpadł na Sydonię, uderzając ją w głowę,[2] a ta przewróciła się i upadła w kałużę. Jej balsamiczna kolba stała się bezużyteczna, została zmuszona wrócić do zamku i już miała nie wrócić więcej na ślub siostry, ale pocieszyła się, słysząc ryczenie myśliwego, który śpiewał jej i ubrany był w czarno-niebieskie szaty, wykonując jej rozkazy pod jej oknem. Chętnie bym z nią wrócił, ale wstydziłem się tego i dlatego poszedłem do kościoła za innymi. Wszyscy zwykli ludzie mogli wejść.

Oblubieniec i jego goście pod wodzą księcia posunęli się na prawo od ołtarza, zaś panna młoda i jej rodzina ustawili się po lewej stronie, tamże najbardziej wyróżniał się Fabianus Timaeus. Tedy to pastor Dilavius przystąpił do ceremonii dopełnienia świętego sakramentu małżeństwa. Reprezentował swojego patrona (który nie był obecny na uczcie, ale przeprosił za nieobecność, twierdząc, że musi pozostać w zamku, aby opiekować się przygotowaniami) prawie jak anioł, a młode panie, zwłaszcza panna młoda, weszły dla jeszcze większej części pochlebstw, ale był tak skromny przed tymi wybitnymi osobistościami, że zauważyłem, że kiedy tylko podniósł wzrok znad książki, miał jedno oko na księcia, a drugie na Fabianusa.

Kiedy wróciliśmy do zamku Sydonia ponownie spotkała się z panienkami z uśmiechem, miała na sobie białą, jedwabną szatę, splecioną ze złotem i pantofle do tańca, z białym, jedwabnym wężem, zaś diamenty zdobiły jej głowę, szyję i ramiona. Wyglądała przepięknie, że ja i wielu młodych nie mogło oderwać od niej oczu. Wszyscy przeszli do komnaty, gdzie umiejscowiona była "wielka kanapa zaślubin" dla nowożeńców, z narzutą i białymi, jak śnieg zasłonami, tedy to druhny i pozostali położyli tamże swoje ślubne wieńce.

Potem książę wziął pana młodego za rękę i podprowadził go pod kanapę, wypowiadając obowiązki świętego związku, następnie gdy książę zakończył, to Fabianus wziął pannę młodą za rękę i podprowadził ją do kanapy zaślubin, wypowiadając jej obowiązki wobec męża. Tedy wszystkie młode damy płakały. Następnie wszyscy przeszli do głównej sali, gdzie hrabia Otto siedział na tronie, oczekując ichże przyjęcia weselnego, dzieci ucałowały go w rękę i wszyscy młodzi rycerze, i dziewczęta, którzy zamierzali tańczyć, siadali na kosztownych dywanach, które leżały na podłodze wokół ścian.

Trąby i skrzypce uderzyły teraz, a zespół stał w każdym końcu sali, tak że gdy tancerze byli na górze, to zespół grał, a gdy na dole - to grał drugi.

Sydonia usiadła na ów dywan pochyliłem się przed nią nisko, mówiąc:

- "Piękna panienko! Czy zatańczysz ze mną?"[3]

Ona się uśmiechnęła delikatnie, a ja podniosłem ją z dywanu i podprowadziłem do tańca. Powiedziałem wcześniej, że byłem biegły we wszystkich rycerskich ćwiczeniach, więc każdy podszedł, by zobaczyć, jak tańczymy.

Kiedy Sydonia była zmęczona, poprowadziłem ją do tyłu i usiadłem obok niej na dywanie. Tedy to podeszło do niej trzech innych szlachciców, usiedli koło niej, poczęli żartować i bawić się. Jeden z nich trzymał jej lewą rękę z pierścieniami, drugi bawił się złotą siatką na włosach, a ja trzymałem ją mocno za prawą rękę.

Sydonia odpychała ich wszystkie zaloty rękoma, a nawet nogami, kiedy Hans von Damitz pochwalał jej włosy, ona go uderzyła, że aż krwawił. Proszono ją do tańca włoskiego, lecz odmawiała, zostaliśmy sami na dywanie. W moich myślach brzmiały teraz słowa: "Teraz, nie może być lepszego momentu na decyzję o moim losie, albowiem często ściskała moją rękę, zarówno w tańcu, jak i tedy, gdy siedziałem obok niej." Młodzian się przełamał i rzekł:

- "Piękna Sydonio! Zraniłaś moje serce! Nie mogę ani jeść, ani spać, odkąd tylko cię ujrzałem, a te pięć pocałunków, które mi dałaś, płoną w moim sercu, jak strzała!"

Sydonia śmiejąc się, z lekką drwiną odpowiedziała:

- "To była twoja rozrywka młodzieńcze. Toć było twoje życzenie, by przyjąć te małe pocałunki!"

On pełny zauroczenia, ponownie przemówił:

- "O tak. Toć była moja wola, lecz teraz daj mi ich więcej, uzdrów mnie!"

- "Że co? Pragniesz więcej pocałunków? Twój ból będzie wtedy jeszcze większy, skoro mówisz, że z każdym pocałunkiem strzała wejdzie do twojego serca, aż w końcu spowoduje to twoją śmierć!"

- "O tak - odpowiedziałem, jeśli się nie zlitujesz nade mną i nie obiecasz mi, że zostaniesz moją żoną, rzeczywiście tedy będzie to moja śmierć."

Gdy ów młodzian skończył swoją przemowę, tedy Sydonia oderwała swoją rękę od swojego partnera, nagle zerwała się, poczęła krzyczeć z drwiącym śmiechem i krzyknęła w jego stronę:

- "Co masz na myśli łotrze? Ha Ha. Biedny, nędzny varlet!

Stanąłem jak wryty, okryty gniewem, upokorzeniem, jakby oszołomiony słowami córki pana zamku, zerwałem się, przeszedłem do wyjścia sali bez słowa, wyprowadziłem swojego rumaka ze stajni i wyruszyłem do swoich włości, odwrócony plecami do zamku, by nigdy już tamże nie powrócić. Ja, który uratowałem jej życie podczas polowania, czułem teraz gorycz, smutek, żal, złość, nienawiść, czułem się pohańbiony, że wyplułem na nią wszelkie obrzydliwe słowa.

Potem ofiarowała mi się za żonę, ale wcześniej została zniesławiona, a ja wyrzuciłem ją z obrzydzeniem. Nigdy więcej jej nie widziałem, dopóki nie została przeprowadzona przez moje drzwi do szafotu.

Wszystko to starzec opowiadał z wieloma westchnieniami, ale jego spotkanie z nią będzie relacjonowane bardziej in extenso we właściwym miejscu. Teraz opiszę, co dalej powiedział o uczcie weselnej.

[1] Gogolewo.

[2] Dziś Kamień Pomorski.

[3] "Historia całej filozofii pokazuje, że jest to prawdą psychologiczną. Nawet Lucian satyruje filozofów w jego wieku, którzy widzą Boga lub Bogów w liczbach, psach, gęsiach, drzewach i innych rzeczach. Ale chrześcijaństwo monoteistyczne chroniło nas przez prawie 2000 lat od tych aberracji filozoficznych. Jednak wraz ze spadkiem autorytetu chrześcijaństwa znów pojawiła się pogańska tendencja; aż w końcu w szkole heglowskiej bezradnie cofnęliśmy się w ten sam panteizm, który opuściliśmy 2000 lat temu. Krótko mówiąc, to, co twierdzi Kant, jest całkowicie prawdziwe: że istnienia Boga nie można udowodnić z rozsądku. Gdyż najwyższe przedmioty wszelkiego poznania - Bóg, wolność i nieśmiertelność - mogą być tak samo ewoluowane z nowej filozofii, jak piękno z obrzydliwego procesu rozkładu. A jeszcze bardziej niemożliwe jest wyobrażenie sobie, że ten słaby heglowski panteizm powinien kiedykolwiek stać się koroną i szczytem całej ludzkiej myśli i ostatecznym miejscem spoczynku dla wszystkich ludzkich umysłów. Powód, czy to z instynktu zamieszkującego go, czy z wrodzonego prawa przyczynowego, może twierdzić, że istnieje coś nadprzyrodzonego, ale nic więcej i nic więcej nie może wiedzieć. Widzimy więc absurdalność gadania w naszych dziennikach i czasopismach o postępie rozumu. Zaliczka była tylko formalna, a nie niezbędna. Formalny postęp dotyczył drukowania, linii kolejowych itp., w którym kierunku możemy łatwo założyć, że postęp będzie nadal kontynuowany. Ale nie było żadnego istotnego postępu. Wiemy teraz tak niewiele o naszym własnym bycie, o istnieniu Boga, a nawet o najmniejszej infusorii, jak za czasów Talesa i Anaksymandra. Krótko mówiąc, kiedy zaczyna się życie, zaczyna się także nasza słabość; "Dlatego" - mówi Paweł - "postępujemy wiarą, a nie wzrokiem". Jednak ci niedoszli filozofowie naszych czasów będą chodzić tylko wzrokiem, a nie wiarą, chociaż nie mogą widzieć niczego - nawet siebie."

[4] "Genesis IV. 26."

[5] "Aby zrozumieć ten argument, czytelnik musi pamiętać, że imię to ma tu greckie znaczenie i uważa się, że odnosi się ono zwłaszcza do Chrystusa."

[6] "Księga Rodzaju III. 15."

[7] "Jana VIII. 56."

[8] "Łukasz XXVII. 25,27."

[9] "I. Cor. XV. 17."

[10] "Ten dowód boskości Chrystusa ze Starego Testamentu był uważany za najważniejszy w czasach Apostołów; lecz Schleiermacher, w swoim dziwnym systemie, który można nazwać mistycznym racjonalizmem, stara się wstrząsnąć autorytetem Starego Testamentu w najbardziej nieprzenikniony i niezrozumiały sposób. Wydaje mi się, że człowiek miałby zburzyć budynek z pewnego fundamentu, na którym spoczywał przez 1000 lat, i wyobrażam sobie, że mógłby spoczywać w prawdziwej stabilności tylko na tchnieniu jego słów."

XVI

W związku z tym, następnego dnia pożegnałem dobrego, starego człowieka, modląc się, by Bóg dał mu pokojową śmierć i przybyłem do Stramehl z moim sługą. Tutaj jednak nie mogłem uzyskać żadnych informacji, bo nawet rodzina Borków udawała, że nic nie wie, tak jakby nigdy nie słyszeli o Sydonii (wstydzą się, jak sądzę, uznać ją), a mieszkańcy miasteczka, którzy ją znali, nie żyli. Tylko dziewczyna rzeczywiście nadal żyła, której Sydonia zabiła gęsinę, ale w drugim dzieciństwie była już starą kobietą i wyobrażała sobie, że to ja jestem Sydonią, która przybyła, by odebrać jej kolejną gęś.

Pojechałem więc do Freienwalde[1], gdzie słyszałem wiele, co pojawi się we właściwym miejscu, potem do Alt Stettin i po odczekaniu trzech dni na silny wiatr, popłynąłem do Wolgast, spodziewając się tam wielu informacji.

Córka hrabiego uwiedziona opowieściami z Wolgast chciała zaznać prawdziwego dworsko-książęcego życia, nie chciała dłużej siedzieć w "zamknięciu" w Stramehl pośród mnogich adoratorów, młodych szlachciców. W tej owej chwili poczęła być przeciw ojcu, wykorzystując jego herezje chrześcijańskie tylko po to, by uwolnić się od wiejskiego życia w "Wilczym Gnieździe".

Jak zawsze od młodu słuchała się ojca i jego doktryn, lecz teraz, gdy książę wzdychał do niej, próbowała za wszelką cenę przekonać jego wysokość, jego dworzan, by powzięli ją do dworu w Wolgast. Sam hrabia po rozmowach na temat wiary siedział dumnie, pełen pychy, pełen poczucia wywyższenia się ponad panującego księcia, próbując go poniżać przez czas uczty weselnej, jakby tkwił w swoich marzeniach, że ród jego powróci w tej owej chwili do dawnego, słowiańskiego stanu dynastów plemiennych, by być na równi z obecnym księciem w pochodzeniu.

W Wolgast spotkałem się z wieloma osobami, których ojcowie znali Sydonię, a to, co oni mi wspomnieli koncentrując się na niej, podsumowałem z waszą wysokością w następujący sposób.

Kiedy książę Barnim dotarł do sejmu w Treptow, natychmiast przekazał prośbę Sydonii wielkiemu szambelanowi Wolgast, Ulrichowi von Schwerin, który był również stróżem pięciu młodych książąt. Ale narzekał i powiedział:

- "Wdowa książęca miała wystarczająco dużo pokojówek, by zatamować rzekę, gdyby mogła wybrać i nie życzyła sobie, aby na dwór trafiały kolejne gołębie, zwłaszcza nie Sydonia, bo znam jej ojca, jest ambitny i pragnął nazywać się "waszą łaską".

Ku uciesze Sydonii, w tej sprawie działał również sam Fabianus, który również nie mógł go przekonać, lecz w ostateczności wielki książę i on powracali do Stettin, otrzymując list od wdowy po księciu Wolgast, że na jej dworze nie ma miejsca dla Sydonii, więc książę może zatrzymać ją sobie na własną rękę, jeśli będzie to jego wybór.

Wobec tego dla księcia nie było żadnych dodatkowych kłopotów, by tego dokonać. Natomiast sama Sydonia nie była do końca zadowolona, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce, nie czekając na pozwolenie ojca, opuściła "Wilcze Gniazdo" i wyruszyła do Stettin, do księcia.

Skorzystała z nadążającej się sytuacji, bo w zamku nie było od dwóch dni jej ojca, który wyjechał na polowanie.

[1] W języku łacińskim Slav=Słowianie.

[2] Słowiańskie bóstwo Świętowit, czczony w dawnym, słowiańskim Kołobrzegu, do około XII wieku, znaczy święty, potężny pan.

[3] Który.

[4] Wydusił.

[5] Co.

[6] Szlachcicami.

[7] Poszedłszy.

[8] Łatwo.

[9] W czym.

[10] Zdradą.

[11] Zdrada.

[12] Powód.

[13] Mający herb wspólny.

[14] Gdy=kiedy.

[15] Naszych.

[16] =lecz.

[17] Jak.

[18] Wierność lennika względem suwerena.

[19] Łącznie.

[20] Klątwa.

[21] Jest.

[22] To jest.

[23] Krewny.

XVII

W przeddzień swojego wyjazdu, siedziała w swojej biblioteczce, czytając książkę Niccolo Machiavellego pt.: "Książę", na dworze panował porywisty wiatr, który ostro zarzucał krople deszczu na okienko ów pomieszczenia, w którym siedziała Sydonia. Po chwili zaczytania zrobiła sobie przerwę, a tedy przy blasku świec rozejrzała się po biblioteczce, nagle jej wzrok zatrzymał się na małych drzwiczkach, zaryglowanych łańcuchem, przy spuście zamkowym nim otoczone.

Wnet przypomniała sobie słowa ojca, który rzekł do niej, że tamże przechowywane są księgi pochodzące z dawnego Colobregu, gdzie tedy była przy Bałtyku świątynia słowiańska Świętovita, a kapłaństwo Wenedów[1] spisało w nichże swoją historię, bogów, przekleństwa, przepowiednie lubo ichże boskie prawa. Że owe księgi powziął stamtąd jej przodek, który był tamże ostatnim kasztelanem, ratując owe księgi przed misjonarzami chrześcijańskimi, którzy mieli za zadanie i z rozkazu, niszczyć wszelkie przedmioty pogan, Pomorzan-Wenedów.

Sydonia przypomniała sobie również, że jej ojciec zakazał wchodzenia tamże i czytania tychże ksiąg, bo jak sam stwierdził, wiedza tamże zawarta nie ułatwiła by jej kontaktów na dworach, a zwłaszcza u książąt, gdzie dwór cały żył w chrześcijaństwie.

Jednak ciekawość młodej Sydonii była silniejsza, wiedziała, że jej ojca nie będzie jeszcze ze dwa dni, a ona sama, bez zgody ojca opuści tutejszy zamek. W myślach poczęła zastanawiać się, że w dniu dzisiejszym może być jedyna okazja, by tamże zajrzeć, boć teraz, w tej chwili, nie ma jej ojca i nikogo w pobliżu. Zatem drzwiczki do słowiańskich ksiąg mogą zostać bezpiecznie otworzone, bez świadków i krzyku niezadowolenia jej ojca. Ponownie upewniła się, czy w korytarzu przed biblioteczką nie stoi jaki zaufany sługa jejże ojca, rozejrzała się i podeszła do ów małych drzwiczek.

Rygiel zamkowy był mocno skrępowany łańcuchem, młoda hrabianka poczęła kręcić nim i rozwijać jego ogniwa, by móc go rozplątać, nagle usłyszała hałas w korytarzu, przestraszyła się i odsunęła się od ów drzwiczek, pobiegła w stronę korytarza i ujrzała, że tamże owy hałas wywołał zamkowy kot, który zeskoczył z grubego lustra na komodę, zwalając na podłogę zdobnicze elementy.

Sydonia złapała tchu i ponownie ruszyła w stronę wejścia do tajemniczego pomieszczenia. Chwyciła mocno łańcuch, odplątała supeł zamykający rygiel, złapała za klamkę, pchnęła drzwi mocno do przodu, a przed nią pokazało się wejście do małego pomieszczenia, w pierwszej chwili zadziwiła się, bo w jej twarz powiało jakby zimnym, kującym powietrzem, tak, jakby tamże jaki duch siedział, któremu towarzyszy chłód.

Pierwej się zlękła i zawahała, czy tamże wchodzić. Jak widziała z daleka, panowała tamże ciemność, wszędzie leżał kurz, przy ścianach stały stare, dębowe regały, a na nich leżały grube księgi, których okładki były owinięte lnianymi sznureczkami. Sydonia stała jeszcze przed progiem ów wejścia, po chwili przemyślenia podeszła po dwie grube świece, które stały w jej biblioteczce, odpaliła ichże knoty i weszła do tajemniczego pomieszczenia, podchodząc do ów regałów.

Na chwilę przystanęła i spojrzała na pierwszą księgę, była mocno zakurzona, a przez pył zanieczyszczeń przebijał się jakby koń, a na nim jeździec o czterech twarzach, trzymający w swej prawej ręce podłużny kielich wykonany ze zwierzęcego rogu. Lewą ręką wspierał się o grzbiet konia, zaś od jego pasa zwisał miecz znacznej wielkości, którego rękojeść i pochwa musiałaby być posrebrzana. Szata jeźdźca dochodziła do goleni, wszędzie znakomite ozdoby rzeźbiarskie, motywy drzew i paproci.

Zaciekawiona Sydonia przetarła ręką kurz z ów księgi, a tedy to dojrzała, że koń był białej maści, a pod ów obrazkiem widniał napis: "Svątevit tho Colobreg"[2]. Przypomniała sobie wtedy, że jej ojciec powiedział jej dawniej, że są to słowiańskie księgi kasty kapłańskiej z dawnego Colobregu, które ich przodek, ostatni kasztelan w grodzie nad Bałtykiem uratował przed zniszczeniem ze strony chrześcijan, a które to księgi tłumaczono potem na zamku w Stramehl.

Obok ów księgi położyła świece, by oświetlały jejże strony. Widać i było, że ów księga ni była otwierana od lat wielu, a może i nawet stuleci. Otworzyła jej grubą okładkę, na kolejnej stronie ponownie widniał obraz Świętowita na białym, słowiańskim koniu. Przyjrzała się uważnie kielichowi rogowemu, który był trzymany przez ów boga, zauważyła, że musiał być w kielichu miód pitny, który lekkimi kroplami spływał z ów rogu. Przewróciła na kolejną kartkę i widniał na niej orzeł biały, a pod owym wizerunkiem ptaka, widniał i napis, który głosił: "Klątwa lubo przekleństwo Piastów". Sydonia wnet zadziwiła się na te słowa i pełna zaciekawiania przewróciła na kolejną stronę, czytając:

- Jam arcykapłan Svątevita tho Colobreg, jen[3] strażnikiem wiary Wenedów jest, gdy syn Marsa-Piast-Bolesław III-krześcijanin, wydłażył[4] wiarę ojców naszych, uprzednio grody nasze w ziemi pomorskiej spaliwszy, a lud nasz tysiącami w głąb swego państwa uwięziwszy, pozwany przez nas wilczym szczenięciem, Czso[5] z żołnierzami swemi panoszami[6], złupił lubo zdobył słowiański Biały Gród, a potem z onymi szedw[7] na Colobreg, lud nasz zmusiwszy do poddania się, a co za tem idzie, zmusiwszy nas do wzięcia jegoż wiary, gdyż po nieszczęsnych dniach, po latach, posłał z żołnierzami swemi biskupa swego Ottona tho Bamberg, jen nas oślachcic ichże wiarą miał, że zmusił snadnie[8] i księcia naszego, Warcisława I, krewnego tegoż Piasta, z ów dworem całym do wzięcia krześcijaństwa, a zdrady wiary ojców naszych. Nacz[9] i onże zdrady ludu swego z nad Bałtyku się dopuścił, chociaj z ojców i przodków wspólnych i naszych zrodzeni ostali, toć leśnością[10] się okryli, eże lud nasz i grody nasze w następstwie Niemcom umieściwszy. Przeto felonja[11] imże bliższa była niźli wspólne przodki nasze, czso z Lechusa, fundatora sławianskiego narodu idą, boć Lech, pan nasz, znalazłszy wielkie gniazdo, a w nim orła białego z dwoma pisklętami, wziął ów ptaka w godło swoje, a ową krainę Gnieznem po wieki ustanowił, eże po dziś dzień owy orzeł w herbie Piastów jest. Zaś krewni ichże, książęta pomorscy, w onych dniach Gryfitami pozwani, boć toć odnoga z krwi Sławian idzie, eże ichże przodek Luba, znalazł, jakże Lechus wieki temu, w koronie dębów ptaki, gryfami pozwane, przeto w tenże dowora[12] potwierdziwszy krwi wspólnych przodków klejnotnik[13].

Eże w czasach prastarych, jedy[14] Włosi naszli na przodków naski[15], Sławian naddunajskich i tedy ichże ciemiężyć poczęli, toć dziady nasze przeszedłszy stamtąd nad Wisłę, pozwali się Lachami, a z nich myże Pomorzanie i oni od Piastów, Polanie. Stądże krew ta sama, jeno[16] tera wiary innej, krześcijanie, boć u nichże zdrada. Ową wiarę dla tytułów, jakoli[17] acz skarbów wzięli. Podług owych zdrad Piastów przeto i dowiernoręctwa Gryfitów do Piastów[18], jam arcykapłan, strażnik wiary naszej kupno[19] ze wszystkim żercami tho Colobreg interdycht[20] na nichże rzucamy, eże pierwej Piastowie wygasnąć muszon, zaś Gryfitów wygaśnięcie dopełnion być musi przeze Wilka, co imże na równi być musi, boć tenże, czso przyczynił się doć zdrady wiary naszej, pozwany przez nas jeść[21] wilczym szczenięciem, u nichże czosz[22] Piast Bolesław III, ichże Gryfitów należący[23], eże owy Wilk przekląć ichże z miłości musi. Tedy toż klejnotniki wymrzeć muszon, gdyż zdrad względem braci są winni."

Sydonia owy przekaz czytała, jakby bez oddechu, jakby bez mrugnięcia oka, że panujący tamże chłód w ogóle jejże nie przeszkadzał. Na wiersze, które obaczyła poczęła drżeć, gdyż przypomniało jej się, że główna linia Piastów wygasła w XIV wieku, zaś do dnia dzisiejszego żyją ich krewni z dynastii Gryfitów. Wnet przypomniała sobie słowa ojca, który nadmieniał jej, że wiedza, która kryje się w tych księgach być tylko może jej przekleństwem, jej upadkiem, tak, że ni będzie jej to sprzyjać wśród dworzan książęcego dworu. I w jej głowie poczęła myśl się powtarzać słowami jej ojca, że owych ksiąg czytać ona ni może.

Po chwili Sydonia okryła się strachem, zamknęła ów księgę i pośpiesznie starała się opuścić ukryte pomieszczenie, ryglując ponownie łańcuchem małe drzwiczki, w całym tym pośpiechu zgasły jej dwie świece, że poczęło być z lekka ciemno. Gdy próbowała opuścić biblioteczkę, zza okna usłyszała wycie wilków, jej oczy nabrały strachu, jak nigdy dotąd. Czuła w sobie, że jej ciekawość spowodowała teraz żal, że otworzyła ową księgę i poznała średniowieczną tajemnicę kapłanów z grodu nad Bałtykiem, w którym rządzili jej przodkowie z rodu Wilków-Borków.

Teraz biegła do swojej komnaty, by tamże schronić się przed strachem i żalem. Wiedziała również, że jutro wbrew woli swojego ojca, bez jegoż pozwolenia opuści rodzinne gniazdo Wilków i uda się na dwór księcia do Alt Stettin.

Poczęła jeszcze przed snem przygotowania do wyjazdu, pakując swoje najlepsze odzienie, biżuterię i ulubione książki. Cała drżała, boć obawiała się, że gdy jej ojciec dowie się prędko o jej ucieczcie, toć może za nią wyruszyć pościg, by prędko ją z powrotem do Stramehl sprowadzić, a to zaś, mogłoby przekreślić jej życiowe plany, albowiem nie dopuszczała do siebie myśli, że będzie musiała zostać w murach starego zamku jej przodków.

Marzyło jej się życie na książęcym dworze, pośród wysoko urodzonych szlachciców, magnatów i książąt. Śniła o pięknych szatach, najdroższej biżuterii i wybrańcu jej życia, którym być tylko może sam książę. Po uczynieniu wszystkiego, opłaciła uprzednio swoich wiernych służących, by ci przygotowali jej powóz z najlepszymi końmi, którym dotrzeć miała do książęcego dworu w Stettin, a sama położyła się do snu, czekając niecierpliwie na ranek, podczas którego opuści rodzinną posiadłość.

XIX

Następnego dnia nastała niedziela, księżna nie była w stanie uczestniczyć w nabożeństwie w kościele, zaniedbała zakładanie płaszcza i przeziębiła się, gdy towarzyszyła księciu w odejściu, do bramy wodnej. Siedziała tedy w swojej komnacie i z oddali słyszała kazanie tutejszego kaznodziei. Tego dnia Sydonia została wybrana do nauk chrześcijańskich ze strony jej wysokości.

- Ale łaskawe niebiosa - rzekła księżna. Znajdź mi proroka Izajasza!

Sydonia spojrzała na Nowy Testament. A kiedy księżna powiedziała:

- Otwórz Ewangelię świętego Jana.

Sydonia spojrzała na Stary Testament.

Początkowo jej wysokość nie dostrzegła jej błędów, lecz kiedy się zorientowała o tym, wstała, wyrwała jej Biblię z rąk i rzekła:

- Cooo! Czy ty jesteś poganką!? Wczoraj nie mogłaś powtórzyć prostej modlitwy, którą dzieci znają na pamięć i do dnia dzisiejszego nie znasz różnicy między Starym, a Nowy Testamentem. Co za wstyd! Niestety! Co za chwast wprowadziłam do mojego domu!

Na owe słowa młoda hrabianka, córka Ottona rozpłakała się i podbiegła do księżnej mówiąc, że jej ojciec nigdy nie pozwolił jej, uczyć się chrześcijaństwa, gdy ona chciała robić to żarliwie, to on tedy drwił z niej. Przeto ona po to przybyła na dwór księżnej, by zostać wierzącym i pobożnym chrześcijaninem i znaleźć w Wolgast schronienie. Księżna na widok jej łez złagodniała i obiecała, że doktor Dionizy Gerschovius przepyta ją z katechizmu i wybada, co ona wie. Albowiem był on uczonym człowiekiem z Daber[1] - małego miasteczka na Dolnym Pomorzu, był również kapelanem księżnej.

Tenże pomysł tak wystraszył Sydonię, że jej zęby drgały i błagały księżnę o łaskę, pocałowała ją w rękę, by mieć co najmniej dwa tygodnie na przygotowanie się przed przyjściem doktora z Daber.

Księżna się na to zgodziła i poprosiła również Klarę von Dewitz z jejże dworzanek, by ta pomogła Sydoni w nauce. Klara pochodziła także z Daber i była dobrze zaznajomiona z poglądami i doktrynami doktora Gerschoviusa. Klara była o rok starsza od Sydonii, inteligenta, odważna, wierna, spokojna, uprzejma, najbardziej pobożna i chrześcijańska. Miała ona na sobie wysoką, sztywną kryzę, z niej wyłaniała się ledwie widoczna głowa, długa szata, niczym stuła, zamiatająca za nią.

Prywatnie była zaręczona z mistrzem koni księżnej, Marcusem Bork, kuzynem Sydonii. Księżna zawsze zniechęcała do wszelkiego typu galanterii lub do tworzenia miłości na swoim dworze, więc byli zobowiązani do zachowania tajemnicy, by nikt, nawet księżna, nie podejrzewali o ich zaręczynach.

Każdego dnia Sydonia odwiedzała Klarę w jej pokoju, by pobierać nauki chrześcijaństwa. Lecz niestety, nauka i teologia została zakłócona przez Sydonię, jej głupotę i lekkomyślność, albowiem gawędziła ona na wszystkie tematy, pierwej o księciu Erneście, czy jest z kimś związany, czy jest w kimś zakochany. Czy Klara była zakochana, czy też kwaśna, czy wychowana na starych zasadach księżna pozwalała na taniec lub na ucztę.

Następnie rzuciła katechizm pod łóżko, uprzednio go deptając, rozrywając, mrucząc z bardzo złym humorem, że jest za stara, by się uczyć katechizmu, jak dziecko. Biedna Klara próbowała do Sydonii łagodnie przemówić:

- Jej łaska jest w tych kwestiach bardzo dokładna. Służące honoru muszą raz w tygodniu zbierać się w kościele, a raz w pokoju łaski, by doktor Gerschovius mógł je zbadać w katechizmie luterańskim i w katechizmie, który napisał jego brat doktor Timothy Gerschovius z Alt Stettin. Więc ucz się pierwej katechizmu luterańskiego, a potem katechizmu Gerschovi.

Sydonia w końcu przemęczyła się katechizmami i postanowiła uciec przed egzaminem doktora. Gdy wracała od Klary z pokoju przechodziła korytarzem, tak się złożyło wtedy, że książę Ernest otworzył swoje drzwi, Sydonia przechodziła w górę i w dół, by zwrócić na siebie uwagę, Ernest począł grać na swej lutni, młoda hrabianka przystanęła wtedy na chwilę, jej oczy były pogrążone jakby w ekstazie, a potem odeszła dalej, lecz książę podszedł do niej i zapytał, czy grała kiedykolwiek na lutni. Pani ze Stramehl odpowiedziała:

- Niestety! Nie!

Rzekomo jej ojciec zabronił jej uczyć się grania na lutni, choć muzyka była jej największą pasją, a jej serce wydawało się być złamane, gdy tylko jej słuchała, więc poprosiła jego wysokość, by zagrał tylko dla niej jedno małe powietrze. On zaś odpowiedział:

- Tak, jeśli wejdziesz, a nie, kiedy będziesz stała przy moich drzwiach.

- Ach, nie proś mnie, żebym weszła, to nie wyglądałoby dobrze, ale usiądę tutaj na tej beczce piwa na korytarzu i posłucham, poza tym, to muzyka jest lepsza na odległość.

Kończąc owe słowa, spojrzała na księcia Ernesta, tak czule, że jego serce płonęło w nim, w tej chwili, aż wyszedł na korytarz by zagrać dla niej, lecz dźwięk również doszedł do uszu księżnej, która natychmiast wyjrzała na korytarz. Sydonia wtedy zerwała się z beczki piwa i uciekła do swojego pokoju.

Kiedy nadeszła kolejna niedziela, wszystkie damy dworu zebrały się w komnacie jej wysokości, jak zwykle to się odbywało, by zostać poddane egzaminowi z katechizmu. Sama księżna miała nieco pretensji do doktora, że powściągliwie i z ignorancją zajmował się Sydonią, boć przez dzień cały pilnował jej niedostatecznie.

O godzinie czwartej doktor Gerschovius wszedł do komnaty księżnej, wyglądał bardzo poważnie, jak brzmiało jego powiedzenie: "Że diabeł wymyślił śmiech i że lepiej dla człowieka jest być płaczącym Heraklitem, niż śmiejącym się Demokrytem."

Następnie doktor pocałował dłoń księżnej i powiedział, że zaczniemy od przykazań, więc zadał pierwsze pytanie Sydonii:

- Co jest zabronione przez siódme przykazanie?

Hrabianka, która nauczyła się tylko katechizmu luterańskiego, nie zrozumiała pytania w tej formie z katechizmu gerschowskiego, od doktora. Więc uczony jej odpowiedział:

- Co! Nie znasz katechizmu mojego brata?! Zatem musisz go otrzymać bezpośrednio od księgarza dworskiego! Katechizmu doktora Timothego Gerschoviusa naucz się na najbliższą niedzielę!

Następnie, doktor zwracając się do Klary, powtórzył pytanie, a ona odpowiadając, otrzymała wielkie pochwały. Potem młode strony, dam, rycerzy, zebrano w grupie pod oknem komnaty jej łaski, śmiali się i żartowali wesoło, Sydonia spojrzała na nich z okna, a doktor to zauważył, że aż uderzył ją w rękę katechizmem, wołając:

- Co! Czy nie słyszałaś teraz, że wszystkie grzeszne pragnienia są zakazane przez siódme przykazanie, a jednak wciąż spoglądasz na młodych mężczyzn z okna, zatem powiedz mi jakie są grzeszne pragnienia?

Dumna młoda hrabianka poczerwieniała z oburzenia i wykrzyknęła:

- Czy odważysz się mnie uderzyć?

Następnie zwróciła się do jej książęcej łaski, mówiąc:

- Pani, ten starszy, kwaśny kapłan uderzył mnie w moje palce. Nie ścierpię tego. Mój ojciec o tym usłyszy.

Wobec tego, księżna i doktor próbowali uspokoić młodą hrabiankę, lecz nie przyniosło to wymiernego skutku, młoda hrabianka wybiegła z komnaty płacząc. Po drodze spotkała starego skarbnika, Jacoba Zitsewitza, który tak samo nienawidził doktora i jego starych, sztywnych doktryn. Więc poskarżyła się jemu na jej nauczanie ze strony doktora, przycisnęła jego dłoń i pogłaskała go po brodzie, mówiąc:

- Czy pozwoliłbyś obrażać i skarcić dziewczynę z zamkiem i ziemią przez starego proboszcza, tylko dlatego, że wyjrzała przez okno? To było grosze niż w czasach Popery.[2]

Usłyszawszy to Zitsewitz, miał małe wino w głowie, zatem wpadł w wielki gniew i wbiegł do komnaty księżnej, rozległ się wielki zgiełk. Skarbnik, jakby w gorączce swej przemowy z kapłanem, uderzył gwałtownie w mały stolik obok niego i obalił go. Na ów stoliku stał sekretarzyk księżnej, wykonany ze szkła weneckiego, w którym wymalowano herby książęce, a także stał tam wspaniały album zmarłego księcia Filipa.

W wyniku uderzenia sekretarzyk został złamany, atrament zaś wylał się na album, stamtąd polał się na kosztowny, perski dywan, prezent od brata księżnej, księcia Saksonii, a na końcu poplamił aksamitną szatę jej książęcej wysokości.

Rozległ się krzyk pani, wdowy zamku w Wolgast, że aż stary szambelan przybiegł, by zobaczyć co się stało, i wpadł onże w furię ze skarbnikiem i kapłanem. Na końcu księżna została pocieszona, że chemik w Grypswaldzie potrafi przywrócić jej album, naprawić szkło, by wyglądało jak nowe. Płacząc, zawołała:

- Niestety! Któż by mógł o tym pomyśleć? To wszystko zostało mi przepowiedziane przez Martinusa upuszczającego pierścień.

Skarbnik, który stał z boku, udawał, że nie słyszał historii o zaręczynach i zapytał księżną:

- Co to znaczy, twoja łasko?

Księżna po osuszeniu oczu, odpowiedziała:

- O Mistrzu Jakubie! Usłyszysz dziwną historię.

Poczęła opowiadać każdy szczegół, który zna każde dziecko na ulicy w Wolgast. To odebrało jej żal.

[1] "Wątpliwe jest, jak ten napój został skomponowany. Hieronymus i Aben Ezra wyobrażają sobie, że miało to charakter mocnego piwa. Prawdopodobnie przypominał miksturę, za pomocą której tajemniczy ludzie wśród dzikusów współczesnych wywołują ten boski szał. Znajdziemy takie w użyciu Tatarskim, na Syberii, w Ameryce i Afryce, jak gdyby pochodziło ono od jednej wspólnej tradycji. Dobrze wiadomo, że wiedźmy często używają mikstur, a jak wszyscy somnambuliści twierdzą, że miejscem największej aktywności duszy jest żołądek, nie jest niewiarygodne, o czym mówi Van Helmont, że po spróbowaniu korzenia napellusa, jego intelektu naraz, wraz z niezwykłym uczuciem ekstazy, zdawało się przenosić z mózgu na brzuch."

[2] "Powszechnie wiadomo, że somnambuliści nigdy nie pamiętają po wyzdrowieniu tego, co wypowiedzieli podczas kryzysu. Dlatego zjawiska tej klasy wydają się należeć, pod pewnymi względami, do boskiego szaleństwa, choć w innych do zupełnie innej kategorii boskiego życia."

[3] "Somnambuliści mogą także prorokować o wydarzeniach, które są już blisko, ale nigdy nie są odległe."

[4] "Oprócz powyższych różnic między satanistycznymi i świętymi prorokami, mogę dodać, że prawie wszyscy wróżbici wśród pogan byli kobietami. Na przykład Cassandra, Pytia w Delfach, Tryton i Peristh?a w Dodonie, Sybile, Velleda z Tacyta, Mandragoras i Druidesy, czarownice z okresu reformacji; w porządku, współczesne somnambule to także kobiety. Ale w całej Biblii dowiadujemy się, że proroczą moc powierzono wyłącznie ludziom, z dwoma wyjątkami - mianowicie Deborah, Judges IV. 4 i Hilda, 2 Chron. XXXIV. 22 - bo nie ma dowodów na to, że Miriam miała ducha widzącego; prawdopodobnie była tylko natchniona przez Boga, choć zaliczana była do ogólnego terminu prorok. Zauważamy, że biada została ogłoszona przeciwko wróżbiarskim kobietom, które prorokują z własnej głowy, Ezechiela XIII. 17-23; więc wśród ludu Bożego objawienie przyszłości było ograniczone do mężczyzn, wśród pogan do kobiet, a jeśli mężczyźni są wymieniani w pogańskich obrzędach, to tylko jako asystenci i gorsi agenci, jak zwierzęta, metale, korzenie, kamienie, i takie jak. Patrz Cicero, De Divinatione, I. 18. Być może niektórzy czytelnicy utrzymają racjonalistyczną doktrynę, że żadne proroctwo nie jest możliwe ani wiarygodne, i że żaden śmiertelnik nie może pod żadnym pozorem patrzeć w przyszłość; ale jak w takim razie wyjaśnić cudowne zjawiska magnetyzmu zwierzęcego, które są tak dobrze potwierdzone? Czy zaprzeczają wszystkim faktom, które zostały wywołane wielkim postępem dokonanym ostatnio w filozofii naturalnej i fizjologicznej? Nie muszę tutaj przedstawiać dowodów od starożytnych, wykazujących ich powszechną wiarę w możliwość dostrzeżenia się w przyszłość, ani chmury świadków naszych współczesnych filozofów, potwierdzających prawdę o zjawiskach somnambulizmu, ale tylko obserwujcie, że ta właśnie Akademia Paryż, która w 1784 r. zamatyzowała Mesmera jako szarlatana, oszusta lub głupca, i który w połączeniu ze wszystkimi akademiami Europy (z wyjątkiem samego Berlina) oczernił jego doktryny i obraził wszystkich, którzy je popierali, tak jak czarownice został zbesztane w poprzednich stuleciach i zmusił samego Mesmera do ucieczki w celu ochrony do Frankfort - ta akademia, powiadam, 12 lutego 1826 r., unieważniła wszystkie swoje wyroki potępiające i ogłosiła, że cudowne zjawiska magnetyzmu zwierzęcego były tak dobre, potwierdził, że wątpliwości nie są już możliwe. To wyznanie wiary było tym bardziej niezwykłe, że członkowie komisji śledczej zostali starannie wybrani, specjalnie spośród lekarzy, którzy byli całkowicie przeciwni doktrynom Mesmera. Myślę, że istnieją tylko dwa sposoby wyjaśniania tych niezwykłych zjawisk - albo przez założenie, że są one skutkiem działania nadprzyrodzonej mocy, ponieważ wszyscy widzący i wróżbici od starożytności, przez średniowiecze aż do naszych somnambulistów, udawali, że naprawdę stali w komunikacji z duchem; lub, zakładając, że w naszej naturze istnieje ukryty, boski element boski, który staje się widoczny i aktywny tylko w pewnych okolicznościach i który jest w stanie odkryć przyszłość z większą lub mniejszą dokładnością, tak jak umysł może przypomnieć sobie przeszłość. Gdyż przeszłość i przyszłość są różnymi formami naszej subiektywnej intuicji czasu, a ponieważ ta intuicja wewnętrzna nie przedstawia żadnej postaci, staramy się dostarczyć defekt przez analogię. Ponieważ czas istnieje w nas, nie bez nas; nie jest to coś, co istnieje samo z siebie, ale jest jedynie formą naszego wewnętrznego zmysłu. Te dwa sposoby wyjaśniania obecnych zjawisk, wiem, o wielkich trudnościach; ten ostatni szczególnie. Jednak panteistyczne rozwiązanie szkoły heglowskiej przyjęte przez Kieser, Kluge, Wirth, Hoffman, jeszcze bardziej mnie cieszy. Ja nawet wolę Junga Stillinga i Kernera - ale w każdym razie jedno jest pewne, fakty są tam; tylko ignorancja, głupota i upór mogą ich zaprzeczyć. Przyczyna jest wciąż przedmiotem spekulacji, wątpliwości i trudności. Tylko dzięki szerokiej indukcji faktów, tak jak w filozofii naturalnej, możemy kiedykolwiek mieć nadzieję na uzyskanie wiedzy o ogólnym prawie. Koroną całego stworzenia jest człowiek; dlatego podczas gdy tak dokładnie badamy wszystkie inne stworzenia, nie cofajmy się od dziwnych i nieznanych głębin naszej natury, które otworzyły się przed nami na magnetyzm."

[5] "Powiadali, że szatan jeszcze z nią tego nie zrobił, i przygotował jej miękką poduszkę pod głowę."

[6] "Było to ugryzienie, które spowodowało żałosną śmierć Wediga."

[1] Prawdopodobnie chodzi o dzisiejszą rzekę Inę, transport i przeprawy przez tę rzekę.

[2] "Którą potem wielokrotnie opowiadano."

[3] "Pieśń Solomona VIII.6."

[4] "Optyk i prawdopodobnie wynalazca teleskopu, pod koniec XVI i na początku XVII w."

[5] "Matt. XXII. 16."

[6] "Faktem jest, że wraz z postępem reformacji na całym Pomorzu, strachliwie rosła niemoralność narodu. Tak zeznał stary kronikarz i protestant w 1542 r.: "I od tego czasu reformacji, nastąpiła wielka zmiana na wszystkie rzeczy. Zamiast pobożności mamy wulgaryzmy. Zamiast czci, świętokradztwa i grabieże kościołów Bożych, w miejsce jałmużny, skąpstwa i samolubstwa. W miejsce uroczystości, chciwości i obżarstwa. W miejsce świąt, praca. W miejsce posłuszeństwa i pokory dzieci, upór własnej opinii. W miejsce czci dla kapłaństwa, pogarda dla kapłana i duchownych kościelnych. Głoszenie ewangelizacji sprawiło, że lud stał się gorszy zamiast lepszego." Inny protestancki kaznodzieja, John Borkman w 1560 roku, twierdził: "Jeśli chodzi o grzech, to przelewa się on na wszystkie miejsca i wszystkie stacje. Wzrasta we wszystkich urzędach, we wszystkich branżach, we wszystkich zawodach, na każdym stanowisku życia. Co mam powiedzieć więcej? - u każdego człowieka - i tak dalej. Dlatego polecał ślepym eulogistom z dawnych, dobrych czasów, aby sami zbadali historię, a nie pokładali ukrytej wiary w pragmatyczne przedstawienia starych i nowych luteranów."

[1] "Przesąd znalazł wiele grzesznych zastosowań tego psalmu. Na przykład Żydzi wzięli nowe naczynie, wlali do niego mieszankę musztardy i wody, a po powtarzaniu psalmu przez trzy kolejne dni wylali go przed drzwi wroga, jako pewien środek zapewniający jego zniszczenie. W średniowieczu mnisi i mniszki byli często zmuszani do powtarzania ich w przesądnych ceremoniach, na polecenie jakiegoś potężnego mściwego człowieka. O tym, że jego skuteczność uważano za coś cudownie potężnego, nawet przez Kościół ewangeliczny, dowodzi przykład Sydonii, która często posługiwała się tym strasznym psalmem w swoich czarach, co każdy może zobaczyć, odwołując się do zapisów procesu w Dähnert. Inne interesujące przykłady można znaleźć w traktacie Hioba. Andreas Schmidii, Abusus Psalmi 109 imprecatorii; vulgo, The Death Prayer, Helmstadt, 1708."

[2] Dziś to Stare Dębno w gm. Tychowo, a sam zamek - wieża obronna von Kleistów już nie istnieje.

[3] "Duet. I. 17."

[4] "Mądrość. I. 4."

[5] "Exodus. XXI 17."

[6] "Rzymian VII.23."

[7] "Bazylii Wielki, arcybiskup Cezarei, 379 r."

[8] "Dalsze szczegóły dotyczące tego godnego człowieka, nazywanego: Pomorski Manlius, patrz Friedeborn, "Opis Alt Stettin", t. II. p. 113; Barthold, "Pomeranian History", s. 46, 419."

[1] "Przed podaniem kawy lub czekolady, ciepłe piwo było powszechnie używane podczas śniadania."

[2] "Wiara w czarnoksięstwo w okresie czarownic była bardzo ogólna. I nawet starożytni to zauważyli (Pliniusz, Hist. Nat. VII. 2., także Aul. Gell. Noct. Poddasze, IX. 4. i Wergiliusz, Eclog. w 103. Szczególnie obawiano się spojrzenia kobiety z podwójnymi źrenicami."

[3] "To koniec."

[4] "Witchcraft; patrz Barthold, IV. 2, 412."

[5] "Peccatoris jest męski, Peccatricis kobiecy."

[6] "Cztery litery, które składają się na imię Jehova, stosowany we wszystkich potężnych zaklęciach."

[7] "Matt. VII."

[8] "Wzorzec krwi został nadany przez cesarza Maksymiliana II, księciu Johannowi Fryderykowi Pomorskiemu, albowiem niósł on sztandar cesarski podczas wojny tureckiej w 1566 roku. Różnił się on od starego sztandaru, mając czerwony grunt. Odtąd jego nazwa, zarówno Pomorza i Brandenburgii miała dzikich ludzi w roztece, a Meklemburgia głowę wołu."

[9] Trzebież.

[10] Nowe Warpno.

[11] Stępnica.

[12] "Zjadacze-Plotz, to pseudonim nadany przez Pomorzan ludowi Margravates. Plotz - Cyprinus exythrophthalmus - wzdręga, jest bardzo słabą, pozbawioną smaku rybą, podczas, gdy rzeki Pomorza są zaopatrzone w najlepsze gatunki ryb. W zamian lud ten nazywał Pomorzan "Głowami Piór", od ilości torfowisk - Eriophorum vaginatum, które rosną na ich licznych bagnach łąkach

[13] "Miara, która zawierała dwanaście buszli."

[14] "Dziura utworzona przez wiatr w sezonie odwilży, a następnie pokryta w wyniku wiatrowej burzy cienką warstwą lodu po kolejnym mrozie."

[15] "Nota marginalna księcia Bogislaffa XIV. - "To nieprawda; miałem wtedy gorączkę i pozostałem w domu."

[16] "Zobacz łacińskie litery utalentowanego młodego księcia w "Wkładach do historii literackiej książąt pomorskich", t. ja. p. 67. Stał się ofiarą niezadowolenia, chociaż jego śmierć została przypisana podobnie Sidonii i stała się przedmiotem szóstego egzaminu tortur."

[17] "Okradając wszystkich."

[18] "Anna Maria, druga córka Johna Georga, elektora Brandenburgii."

[19] "Książę miał wtedy sześćdziesiąt lat."

[20] "Obawa była uzasadniona wydarzeniem; bo po odejściu księcia Bogislaffa, Franzburg szybko wpadł do rangi zwykłej wioski, ku wielkiej radości Stralsunderów, którzy z zazdrością patrzyli na nowe miasto powstające w ich pobliżu."

[1] "Coś podobnego było związane z Seherin z Prevorst, gdzie szklanka wody z własnej woli przeniosła się w inne miejsce."

[2] "Also kleien und also kratzen, meine Hunde und meine Katzen."

[3] "Moc dobrowolnego tworzenia określonych snów została doceniona przez starożytnych i filozofów średniowiecza. Dawny Albertus Magnus opowiada (De Mirabilibus Mundi 205), że straszne sny można wytworzyć, umieszczając skórę małpy pod poduszką. Daje też pokwitowanie za zmuszanie kobiet do zdradzania swoich tajemnic podczas snu (ale to zatrzymam dla siebie). Zjawiska te nie są ani fizjologicznie, ani psychologicznie niemożliwe, ale nasi współcześni fizjolodzy chętnie przyjmują jedynie złą formę natury, analizują ją, anatomizują, a następnie zakopują pod piaskiem swoich hipotez. W ten sposób "umarli grzebią umarłych", podczas gdy wszystkie dziwne, tajemnicze, wewnętrzne moce natury, które tak średniowieczni filozofowie, jak Psellus, Albertus Magnus, Trithemius, Cardanus, Theophastus itd., próbowali wyjaśnić, są jednocześnie niechlujnie i nieświadomie zaliczani do kategorii "Przesądów", "Absurdów" i "Pomysłowych oszustw."

[4] "Uwaga księcia Bogislaffa XIV - Incredibile sane, et tamen verum. Cur, mi Deus? - (Wydaje się to niemożliwe, a jednak jak prawdziwe. Dlaczego, mój Boże?").

[5] "Zaklęcie polegające na zawiązaniu pasa było zauważone przez Wergiliusza, 8. eklog: "Necte tribus nodis ternos Amarylli colores; Necte Amarylli modo i Veneris die vincula necto". class = "s" [W trzech węzłach splata się Amaryllis w trzy różne kolory; supeł Amaryllis i mówi: zawiązuję pas Wenus.]. O użyciu kłódki nie wspominano aż do średniowiecza, kiedy zdało się, że była ona tak często stosowana, że surowe zarządzenia były skierowane przeciwko jej użyciu."

[1] "Notatka Bogislaffa XIV. - Nie byłem obecny na tej radzie, ponieważ dbałem wtedy moich zaślubin. (Książę poślubił księżniczkę Elżbietę von Schleswig Holstein w 1615 r., ale nie pozostawił spadkobierców."

[2] "Jego wysokość mieszkał z bratem, księciem Filipem."

[3] "Tak go zawsze wzywał, bo Jego Łaska mówił po włosku i łacinie jak po niemiecku."

[4] "Rzym. IV."

[5] "Dawniej w Buckow istniał klasztor cystersów, w którego kaplicy wciąż wisi zdjęcie tego księcia. Podobnie jak większość jego rasy, twarz jest w najwyższym stopniu pozbawiona znaczenia; w rzeczywistości nic więcej o nim nie można powiedzieć niż to, że się urodził i umarł."

[6] "Jakub I. 27."

[7] "To znaczy Christo et Reipublicae, dla Chrystusa i państwa."

[8] "Podzielony na środku i opadający prosto z każdej strony, jak na zdjęciach naszego Zbawiciela."

[9] "Uwaga Bogislaffa XIV. - Tak; ale nie ze strachu. Świętowałem swoich zaślubin, jak powiedziałem."

[10] "Malachiasz III. 5."

[11] "Faktem było, że prześladowania czarownic wzrosły w tym okresie prawie do manii."

[12] "Łk. 51."

[13] "Acts V."

[14] "Psalm v. 7"

[15] "Niektórzy umieszczają śmierć Joachima Wedla już w 1606 r. Cała sprawa jest niemal dosłownie wzięta z rejestrów karnych w Bibliotece Berlińskiej; a według Dähnerta pierwsze pytanie w tej książce dotyczyło śmierci tego człowieka. Jego, Annales obejmują lata od 1501 do 1606; zawierają całą historię tego okresu, ale dzieło nigdy nie zostało wydrukowane. Dähnert, vol. II. Biblioteka Pomorska, podaje niektóre wyciągi z niej; także w "Wspomnieniach dr. Johna Bugenhagen" Franza Kocka, "Stettin", 1817, znajdujemy cytowaną kronikę."

[16] "Ci handlarze byli komunistami średniowiecza i przez wiele lat byli plagą mórz północnych; aż do początku XV wieku, zostali ujarzmieni, a wielu z nich zostało schwytanych przez Holendrów, którzy przybili ich do beczek, pozostawiając otwór na głowę u góry, a następnie ścięli głowy. Najlepsze ich opisy znajdują się w "Raumer's Historical Note-book", vol. II. p. 19. A jeśli ktoś chce zobaczyć rezultat komunistycznego nauczania, musi jedynie studiować tutaj straszne ekscesy, do których ono prowadzi. Komunizm epoki apostolskiej mógł być przystosowany do okresu, w którym trudno byłoby powiedzieć, czy dominuje wiara czy miłość; ale nawet wtedy nie zapobiegło to istnieniu skrajnego ubóstwa, ponieważ często czytamy w Dziejach Apostolskich i Listach zbiorów przygotowanych dla kościołów chrześcijańskich. Ale w naszym niewiernym, pozbawionym miłości, samolubnym, zatopionym w grzech wieku, taka próba wspólnoty dóbr nie tylko całkowicie unicestwi całą moralność, ale absolutnie sprowadzi nas z powrotem z cywilizacji i współczesnego katolicyzmu do najbardziej niegrzecznego i najskromniejszego barbarzyństwa. Apostołowie takich doktryn muszą teraz mówić, choć być może nieświadomie, wyłącznie z inspiracji szatana, jak Sidonia. Postęp ludzkości nie może być wspierany takimi środkami. Niech nasi kupcy nie degradują już ludzi do maszyn dla swoich fabryk, ani nasi książęta nie degradują ich do automatycznych marionetek dla swoich armii, ale ludzie czynią żywych ludzi. A silna energia, surowa wola, witalna moc duchowa, która w ten sposób zostanie przebudzona, będzie i musi spowodować regenerację ludzkości."

[17] "I List, rozdział II."

[18] Kołbacz.

[19] "Dz. XIX."

[1] "Teraz naprawdę ten sam Cyceron mówił: "In imperita muititudine est varietas et inconstantia et crebra tanquam tempestatum, sic sententiarum commutatio". Bezsensowny tłum jest zmienny i niestały jak pogoda, a ich opinie cierpią tyle mutacji."

[2] "Cornelius Agrippa, szlachetnej rasy Nettersheim, filozof przyrody, prawnik, lekarz, żołnierz, nekromanta i profesor czarnej sztuki porządku, nauczony we wszelkiej naturalnej i nadprzyrodzonej mądrości, zamknął swoje niespokojne życie w Grenoble, 1535. Jego główne dzieło, z którego zacytowano powyższe (rozdz. XX), nosi tytuł De Occulta Philosophia. To, że Sokrates miał towarzyszącego mu ducha lub demona od młodości, którego sugestie zastosował jako wyrocznię, jest nam znane z The Platona. Ale co do natury tego geniuszu, ducha lub głosu, nie mamy żadnych wskazówek od starożytnych, chociaż temat ten był przedmiotem wielu badań, poczynając od monografii Apulejusza i Plutarcha. Pierwszy (Apulejus), De Deo Socratis, czyni dziwne twierdzenie, że wśród Pitagorejczyków powszechne było posiadanie takiego ducha; tak bardzo, że jeśli któryś z nich oświadczył, że go nie ma, uznano to za dziwne i osobliwe."

[3] "Ta biedna Dorothea była w stanie somnambulistycznym (według naszej frazeologii), co było widoczne. Podobny przypadek, w którym demon przeszedł w stan magnetyczny, podaje Kerner, "History of Possession", str. 73. Muszę tu tylko zauważyć, że Kieser ("System Telluryzmu") jest prawdopodobnie w błędzie, gdy twierdził, z postaw odkrytych wśród niektórych egipskich hieroglifów, że starożytni znali sposób wytwarzania stanu magnetycznego przez manipulacje lub podania, ponieważ Jamblicbus wymienia wszystkie znane starożytnym sposoby wywoływania wróżbiarskiego kryzysu, w swojej książce De Mysteriis ?gyptorium, w rozdziale Insperatas vacat ab actione propria, strona 58, i nigdy nie wspomina o manipulacji wśród nich, o którym trybie rzeczywiście Mesmer wydaje się być oryginalnym odkrywcą. Również starożytni byli świadomi (tak jak my), że stan magnetyczny i boski można wytworzyć tylko u młodych i nieco prostych (simpleksiores) osób. Porfiria potwierdza to w swoim niezwykłym liście do egipskiego kapłana Anubisa (do którego szczerze kieruję fizjologów), w którym pyta: "Dlaczego zdarza się, że tylko proste (aplontxronz kai nxonz) i młode osoby są przystosowane do wróżenia?" A jednak wielu było wtedy, jak dowiadujemy się od Jamblicha i późniejszego Psellusa, którzy utrzymywali współczesne racjonalistyczne poglądy, że wszystkie te zjawiska powstały jedynie w pewnych warunkach naszej duchowej i cielesnej natury; chociaż wszyscy somnambuliści potwierdzają coś przeciwnego i deklarują, że są one wynikiem działających na nich zewnętrznych wpływów duchowych."

[4] "Mt. XI. 24."

[5] "Matt. V."

[6] "W rzeczywistości nigdzie indziej nie spotkałem się z nazwą "Diliana", podczas gdy nazwa "Sidonia" nie jest wcale rzadka. Wergiliusz nazywa Dido "Sidonią" (in. I, w. 446), z nieco poetycką licencją, ponieważ nie urodziła się w Sydonie - Sidon, ale w Tyrze. W czasach reformacji nazwa ta stała się bardzo popularna w królewskich domach. Na przykład król Czech z Czech, książę Henryk z Saksonii, książę Franz z Westfalii i inni mieli córki zwane "Sidonią". Z tego powodu dumny rycerz Stramehl prawdopodobnie nadał swojej córce to samo imię. W średniowieczu znajduję tylko jedną Sidonię lub Sittavię, małżonkę hrabiego Manfreda z Xingelheim, który zbudował miasto Żytawa - Zittau i zmarł w 1021 roku."

[7] "Tobiasz III."

[8] "Sidonia wyznała, na jedenastym pytaniu dotyczącym tortur, że to ona spowodowała jego śmierć (Dähnert, s. 430)."

[9] "Jednym z najbardziej nienaruszalnych, zakorzenionych naszych przesądów jest wiara w istnienie człowieka-wilka. Owidiusz wspomina o tym w swoim Likaonie, a nawet w Herodocie. Wiele współczesnych przykładów podanych jest w naturalnej historii dr Wegganda, którego książkę polecam wszystkim miłośnikom cudowności, ponieważ znajdą w niej wiele, co znacznie przewyższa to, co wspominaliśmy powyżej o Sidonii. Wiara w wampira, którego Lord Byron ubrał geniuszem, należy do tej samej klasy przesądów; a Horst w swojej Magicznej Bibliotece przedstawia bardzo ciekawe uwagi na ten temat. Nawet sam Luter wierzył w możliwość takiego istnienia."

[10] "Okropna wiedźma szatana miała już dawno swój podpis w jej czerwonych oczach; ponieważ, jak niewolnicy występków znani są z bladego popiołu i czarnego koła wokół ich oczu, więc niewolnicy szatana są znani z czerwonego koła."

[1] Dziś Pęzino.

[2] Ina i Krępa.

[3] "Faktem jest, że nikt do tej pory nie był w stanie odczytać tego niezwykłego napisu, nawet sam Silvestre de Sacy, do którego został przesłany kilka lat temu. Czytanie Dregera, podane w Pomorskiej Bibliotece Dähnerta, iv. p. 295, jest oczywiście błędne - Ordo Hierosolymitamis. Ale dwa pierścienie już się zbliżają; i zgodnie z tradycją ogromna renta rzeczywiście nastąpiła po stracie pierwszego w starym zamku Pansin, co można jeszcze zobaczyć w tej pięknej ruinie, której podobnej nie można znaleźć na całym Pomorzu, ani w rzeczywistości na północy Niemiec. Dwa pozostałe pierścienie, z różą Jerycha, wciąż można zobaczyć w oryginalnej szkatule, która jest ciekawa i kosztowna, a ta szkatuła jest ponownie zamknięta w innej żelaznej, z mocnymi obręczami i klamrami. Jeśli któryś z moich czytelników chce odkryć znaczenie napisu, wyświadczy mi najwyższą przysługę, przekazując mi to samo."

[4] "Psalm cxix. 55"

[5] "Dzieje IX, 15"

[6] "Dla tych, którzy nie znają hebrajskiego, po prostu zauważę tutaj, że w rzeczywistości właściwa wymowa imienia "Jehowa" jest trudnym pytaniem dla uczonych do tej pory. Ewald, jeden z najnowszych autorytetów, który zadał sobie wiele trudu w zbadaniu tego tematu, mówi, że istnieje najwyższe prawdopodobieństwo, że słowo powinno zostać wypowiedziane "Jahve", co oznacza, kto powinien przyjść (hoxrcho'menos), ponieważ z jakiego powodu uczniowie Chrzciciela zapytali Chrystusa (Mat. XI. 13): "Czy Ty jesteś tym, który powinien przyjść?" - mianowicie Mesjasz, Jahwe lub, jak to nazywamy, Jehowa. Porównaj Heb. x. 37; Hagg. ii. 6, 7; Rev. 8. Następnie muszę zauważyć, że wszystkie teofanizmy (przejawy Boga) zapisane w Starym Testamencie, do których odnosi się teozoficzny, kabalistyczny dr Joel, były uważane przez gorliwych ojców chrześcijańskich za przejawy zmysłów, a nie Boga, którego nikt nie widział ani nie mógł zobaczyć - tylko asarchos Chrystusa. Nawet starsi rabini rozumieją w tych teofanizmach nie Boga, ale pośrednika między Bogiem a światem - anioła Metatrona. Co do reszty, ledwo muszę zauważyć, że egzegeza doktora Joela jest fałszywa w całym tekście. Biblia jest tak torturowana, by wspierać indywidualny, dziwny, prymitywny dogmat każdego człowieka, że nic dziwnego, że nawet protestanci opierają się na tradycji jako najlepszym i najpewniejszym tłumaczu Pisma Świętego oraz najczystszym świetle, z którego można go odczytać."

[7] "Aby mój czytelnik nie pomyślał, że to, co następuje, jest moim złośliwym wynalazkiem mającym na celu zepsucie Żydów, dodam dokładną stronę Talmudu, z którego pobierane jest każde pytanie (z "Judaizmu odsłoniętego przez Eisenmengera", Königsberg, 1711 i inne źródła). Żydzi, wiem, starają się zaprzeczyć, że trzymają się tych doktryn; jest jednak całkiem prawdą, że wszyscy ich uczeni ludzie, którzy nawrócili się na chrześcijaństwo od czasów Reformacji, wyznali, że dogmaty te były głęboko wplecione w ich wiarę i stanowiły jej podstawę,"

[8] "Nauczanie talmudyczne."

[9] "Talmud, traktat. Chagiga, fol. X. col. I. Raf Aschi, autor Gemara, część Talmudu."

[10] "Talmud, traktat. Eruvin."

[11] "Starożytna parafia chaldejska Starego Testamentu jest nazywana przez Żydów Targum, podzielona na jerozolimski i babiloński Targum."

[12] "Talmud, traktat. Sanhedryn."

[13] "Targum po Deut. XVII. 11."

[14] "Talmud, traktat. Sanhedryn."

[15] "Chociaż Żydzi zaprzeczają, że Chrystus jest nazwany w Talmudzie, mówiąc, że chodzi o innego Jezusa, to jednak Eisenmenger w pełni udowodnił coś przeciwnego, z najbardziej przekonujących powodów."

[16] "Dzieci Edomu, dzieci nierządnic, trzody chlewnej, psów, obrzydliwości, czciciele ukrzyżowanych, bałwochwalcy, to tytuły honoru nadane chrześcijanom przez rabinów - patrz Eisenmenger."

[17] "Traktat. Bava Mezia."

[18] "2 Sam. XXII. 27; przykład, w jaki sposób talmudyści interpretują Biblię."

[19] "Talmud, traktat. Calla."

[20] "Lev. XX. 10."

[21] "Eisenmenger cytuje na ten temat modlitewnik Żydów o nazwie Wielka Tefilla."

[22] "Talmud, traktat. Sanhedryn."

[23] "Talmud, traktat. Kethuvoth."

[24] "Talmud, trakt Bava Bathra."

[25] "Eisenmenger II. 777 itd. W tej kwestii przytacza liczne cytaty z późniejszych pism rabinicznych; bo pewne jest, że w tej sprawie Talmud ocenia łagodniej."

[26] "Wyciąg ze strasznej księgi przekleństw przeciwko Zbawicielowi, Toledotk Jeschu, podany jest w Eisenmengerze; całość jest wydrukowana w Tela Ignea Satan? dr Wagenseila."

[27] "De Virginitate, Opp. Tom. II. Fol. 593."

[1] Szczecinek.

[2] "Bez wątpienia okoliczności te doprowadziły do błędu popełnianego przez współczesnych pomorskich autorów, którzy twierdzą wszyscy, że Sidonia była opatką Marienfliess - choć tak naprawdę nigdy nie została należycie wybrana. Cramer i Mikr?lius popełniają ten sam błąd."

[3] "Mat. XVIII."

[4] "Hebr. I."

[5] "Rdz. II."

[6] "Rdz. VII."

[7] "Mat. VI."

[8] "Rzym. VII."

[9] "Niemal wraz z ostatnimi słowami tego szkicu przyszła mi do ręki druga część Kosmosu autorstwa Alexandra von Humboldta. Najwyraźniej wielki autor (który tak dobrze zasługuje na nieśmiertelność za swój wkład w naukę) postrzega świat także jako całość; i gdziekolwiek w czasach starożytnych lub współczesnych można znaleźć choćby przebłysk tej doktryny, cytuje ją i wyjawia. Ale w najbardziej niezrozumiały sposób przeszedł przez te same systemy, w których, przede wszystkim, ta idea znajduje dużo miejsca; mianowicie nowy platonizm starożytnych (filozofia teurgiczna), a później kabalistyczna, alchymiczna, mistyczna filozofia (biała magia), z których systemu zapożyczono dedukcje Magistra Joela; ale przede wszystkim musimy nazwać Plotyna, jako ojca nowych platonistów, dla których natura jest przez całą, tylko jedną ogromną jedność, jedną boską całość, jedną moc połączoną z jednym życiem. Później okazuje się, że Albertus Magnus, Cornelius Agrippa i Theophrastus Paracelsus mieli takie samo zdanie. Ten ostatni używa powyższego słowa "przyciąganie" w znaczeniu współczucia. A systemy tych filozofów, które są w wielu miejscach pełne głębokich prawd, oparte są na tej idei."

[10] "2 Kor. XI. 14."

[11] "Mądrość XXXI."

[12] "Uwaga księcia Bogislaffa XIV. - Trójka towarzyszyła mu do grobu; ale kto pójdzie żałobnikiem obok mojego kozła? Ach! jeszcze długo leżałem spokojnie w trumnie, spoglądałem z małego okna na mojego Pana i spoczywał w Bogu mego zbawienia! Amen."

[1] "Równie znanym poszukiwaczem czarownic był Hopkins z Anglii. Zobacz "Listy do demonologii i czarów Sir Waltera Scotta."

[2] Dziś to Krzywnica, gm. Stara Dąbrowa, pow. stargardzki.

[3] "Ten pomysł przechodzi przez wszystkie procesy czarownic. Biada kobiecie, której matka została oskarżona o czary, rzadko wyrwała się z życia."

[4] "Takie sceny satanistycznego okrucieństwa i bestialskiej rozpusty, zmieszane z postępowaniem sądowym, były bardzo częste podczas procesów czarownic. Jakże by mnie to cieszyło, gdy rozmyślając o obecnym wieku, mógłbym całym sercem wykrzyknąć: "Jaki postęp - nieskończony postęp - w manierach i ludzkości!" Ale niestety! Nasze współczesne prawa, z ich kobiecymi słabościami i sentymentalnymi skomleniami, grzeszą tak samo przeciwko wzniosłej i szlachetnej sprawiedliwości jak te z dawnych czasów z powodu ich tyranicznej i kanibalnej dzikości. A jednak teraz, podobnie jak wtedy, odwołuje się do sumienia jako wymówki dla wszystkich. O sumieniu, sumieniu! Jakże odpowiesz na wszystko, co na ciebie leży! Na przykład dzisiaj jest to triumfalne zaprzeczenie Bogu i Twojemu Zbawicielowi Jezusowi Chrystusowi: zbrodnia, w którą Ludecke wzdrygnąłby się, tak jak teraz wzdrygamy się na jego; a jednak wydaje się, że nie odczuwasz wstydu ani niepokoju, chociaż przez Słowo Boże twoja zbrodnia jest tysiąckrotnie większa niż jego. Matt. XII. 31; John VIII. 24; Efez w. 6."

[5] "Prz. X. 9."

[6] Dziś to: Dolice i Pyrzyce.

[7] "Łacińska nuta Bogislaffa XIV. - "Tune ego ipse, nonne? Hoc nobis infelicibus bene taciturnitate nostrum cohibitum est; Elector Brandenburgi? sane omnia rapiet!" (W takim razie ja - czyż nie tak? To było trzymane w tajemnicy przed nami, nieszczęśnikami. Elektor brandenburski obrabuje wszystkich.) Następnie w języku niemieckim dodał: - "Ale Pan jest moim światłem, którego ja będę miał. Boi się? Ach, że moja biedna dusza, tak naprawdę, spoczywała spokojnie w niebie! Bo jestem gotów ofiarować się jak św. Paweł (czyli przez Wallensteina): "Czy nadejdzie czas mojego odejścia!" - 2 Tym. IV. 6. Tak, chodź i zabierz moje dziedzictwo, George z Brandenburgh, jestem zmęczony tym życiem."

[8] "Posiadanie włosów (wąsów) na "zębach" oznacza bycie odważną, nieustraszoną osobą, która odważnie stanie w obronie własnej."

[9] "WJ. XIII. 18."

[10] "Ten napis wciąż można zobaczyć na nagrobku w Dobberan."

[11] "Łukasz XI."

[1] "Saxo Grammaticus, Crantzius, Marshal, Kluver, & Frank. + Beehr."

[2] "+ Beehr."

[3] Hubner.

[4] Buckholtz,

[5] "Count Bunau."

[6] ""Marszałek, Bacmeister, Kluver, Hubner, w odniesieniu do herbu Meklemburgii, Spenera, Opus Herald. Herb obecnych książąt meklemburskich został opisany we wstępie do tego dzieła, a ich pochodzenie, od bohatera Radegasta można zobaczyć w Masius Antiq. Meckl."

[7] "Rok, w którym zmarł Arystoteles, Demostenes, Diogenes i Aleksander Wielki."

[8] "Magna Charta, Tom 4, Magna Charta, John S. Wurts, John S. Wurts."

[9] Grypho