Sylwia Nowak (Tom 2). Rzeźnia - Małgorzata Kuźmińska, Michał Kuźmiński


Reflow text when sidebars are open.
Projekt okładkiTOMASZ MAJEWSKI
Fotografie na okładce View Stock/Getty Images stockbusters/Istockphoto Sage Atlas/Unsplash Amir Abbaspoor/Unsplash Stepan Severinoff/Unsplash Pawel Czerwinski/Unsplash
Koordynacja projektuANNA RYCHLICKA
Opieka redakcyjnaANNA HEINE
RedakcjaKAROLINA BOROWIEC-PIENIAK / SZTAMBOOK
KorektaBOGUSŁAWA OTFINOWSKA
Redakcja technicznaRADOSŁAW FIEDOSICHIN / LOREM IPSUM
Polish edition ? Publicat S.A., Małgorzata Fugiel-Kuźmińska i Michał Kuźmiński MMXXVI (wydanie elektroniczne)
All rights reserved
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7049-1
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Powędrowałem do dżungli, kiedy miałem siedemnaście lat. A kiedy z niej wyszedłem, miałem dwadzieścia jeden. I, mój Boże, byłem już bogaty!
Arthur Miller, "Śmierć komiwojażera",przeł. Joanna Gorczycka
Chlewino, listopad 2025
Deszcz szumiał w wytłumionym wnętrzu potężnego Audi. Spływał po przedniej szybie, rozmiękczając ciemność za oknem w rozedrgane kaniony skrzące się pomarańczą, czerwienią i bielą reflektorów mijanych samochodów. Ale on tego nie widział ani nie słyszał. Przed oczami wybuchały mu serie różowych mroczków, zamieniając wnętrze samochodu w tubę kalejdoskopu. W uszach słyszał pisk, który przypominał mu wycie czajnika z gwizdkiem, szatańskiego wynalazku rodem z PRL, tej starej Polski, z którą nigdy nie walczył, ale do której też nie tęsknił.
To przez ten pisk skrócił spotkanie. Nie słyszał, co mówią. Docierały do niego tylko strzępy strategii, planów i kolejnych kroków. Przerwał synowi w pół zdania, zażądał, żeby wszyscy wyszli. Bóg jeden raczy wiedzieć, ile go to kosztowało, każde słowo i oddech musiał wydzierać sobie z piersi.
Gdzieś przy omawianiu kwestii obsługi kredytów poczuł nagle, że coś jest nie tak. Dziwne wrażenie, jak wtedy, kiedy zgniótł niechcący w rękach łabądka, którego Bożena przywiozła kiedyś z Murano - coś pyknęło, trachnęło i w ręku zostały mu tylko kolorowe szkiełka, a w uszach zawibrował jej pisk. Tak, potem przyszedł pisk, wysoki, natarczywy, gdzieś z wnętrza czaszki. Zimno w końcówkach palców, na czubku nosa, zimno gdzieś pod mostkiem.
Chciał nalać sobie kieliszek koniaku, ale tylko rozlał alkohol, którego ostry zapach otrzeźwił go na chwilę. Wyprostował się w fotelu, oparł głowę o zagłówek, sięgnął po telefon. Obudził go dopiero Mateusz, pukając nieśmiało do jego biura, choć godzinę temu skończył dniówkę.
Próbował skupić wzrok na tym, co za szybą, ale - to pewnie przez ten deszcz - wszystko rozmywało mu się przed oczami w granatową magmę. Bardziej z pamięci wyczuwał za oknem spokojny oddech krajobrazu, hektary pola, drzewa na horyzoncie, niskie, długie klocki chlewni i obory, silos - do niedawna najwyższy punkt okolicy, póki nie pojawiły się wiatraki, które wielu ludzi uważało za upiorny cyberprzeszczep niezdarnie przyszyty do umierającego ciała byłego pegeeru. On tak nie myślał, lubił je. Dla niego to wszystko ciągle jeszcze miało potencjał.
Zarzuciło nim na zakręcie - to już? Znowu musiał stracić poczucie czasu. Usłyszał chrzęst żwiru na podjeździe, przez otwarte drzwi wtargnęło do auta chłodne powietrze.
Ruchem ręki odprawił Mateusza, który moknąc, zaprowadził do go sieni pod parasolem.
Został sam, w ciemności. I nagle poczuł, że bardzo nie chce być sam. W ciemności.
Ruszył, noga za nogą, jakby zapomniał, że zna układ tego domu na pamięć. To on go przecież wymyślał, chodził po budowie z majstrami i mówił: tu będzie sauna, a tu garderoba, a oni kiwali głowami, chociaż na oczy nie widzieli sauny ani garderoby. Wymyślał, ale nie projektował. Od tego miał architekta, chłystka z Warszawy, który krzywił się na jego pomysły, że kolumnada w takiej formie zamiast dworku będzie przywodzić na myśl plantację. Złapał go wtedy za klapy i wysyczał, że owszem, że to jest plantacja, a on jest jego murzynem, więc niech robi, co się do niego mówi. Dzisiaj już by tak nie zrobił. Dzisiaj wiedział, że tak się nie robi. Może by nawet darował sobie tę kolumnadę.
Przebrnął przez hall, potknął się o coś. Dywan - to znaczy, że znalazł się w salonie. Próbował wydusić z siebie polecenie dla Alexy, że ma zapalić światło, ale z ust wydobyło mu się tylko nieskładne mamrotanie, Alexa nawet nie odpowiedziała, że nie rozumie, co doprowadzało go zwykle do szewskiej pasji. W tej ciemności brakowało mu nawet Alexy.
Wymacał coś przed sobą, coś dużego i miękkiego - kanapa! Był uratowany. Szurając stopami, spocony, chociaż w zdrętwiałych nogach czuł tylko zimno, obszedł mebel i zwalił się na poduszki. Coś szpikulcem do lodu dźgnęło go w mostek i krzyknąłby, gdyby mógł. Znowu przed oczami wybuchły mu światła, jak w Panderozie, gdzie opijali kiedyś jakiś interes z chłopakami z Białorusi. Mieli dla siebie lożę w strefie VIP, grali Boys albo Akcent, panienki kręciły tyłkami, a oni pili, jakby miało nie być jutra. I chociaż rano czuł się nawet gorzej niż teraz, to jutro jednak było. Oj, było, mało kto miał wtedy takie jutro, jak on.
Zaschło mu w ustach. Ktoś powinien podać mu szklankę wody. Przecież właśnie po to to wszystko - zapłonął gniewem - po to wypruwał sobie żyły, żeby ktoś mu podał teraz szklankę wody! Dzieci. Żona. Tak, miał kiedyś żonę. Pszenno-buraczaną żonę z pegeeru. Pachniała świeżym mlekiem i dziewczęcym potem, kiedy brał ją w oborze, wiadra dzwoniły, a jej płowy warkocz owijał mu się wokół szyi, uderzał po plecach jak powróz, jak pęta, z których się wyzwalał. Obiecał jej, że zabierze ją z tej obory, że zostanie wielką panią. I dotrzymał słowa, ale ona, sam nie wiedział kiedy, z hożej dziewoi od krów przeistoczyła się w wiejską babę, rumianą i przy kości, jak dobrze odżywiona maciora. Nie pasowała do jego nowego życia, do tej nowej Polski, o którą nie zabiegał, ale przed którą się nie bronił. Bała się tego ich nowego życia, chociaż z czasem się przyzwyczaiła, bo człowiek zawsze przyzwyczai się do dobrego.
I bała się ich, spuszczała wzrok, kiedy przynosiła im zakąski do wódki, wymawiała się od kieliszeczka, bo dzieci, bo głowa słaba albo boli. I wracała do dzieci, tuliła je do siebie, kiedy oni po nie wiadomo już którym kielichu strzelali - niczym kompania Kmicica do obrazów - do telewizora, w którym mignął im Bush, Kohl albo Wałęsa. Zostawił ją więc w domu, a sam wziął sobie inną, taką, która pasowała do jego garnituru i lustrzanych okularów.
Przewinęło się ich kilka. Nazywał je sekretarkami, chociaż nie zawsze umiały pisać na komputerze. Gdy przestawały pasować, pozbywał się ich. Żony pozbył się na końcu.
Kiedyś myślał, że na powrót połączy ich rozpacz. Gdy to się stało, zbliżyli się do siebie jak dwa zranione szczenięta, które próbują ogrzać się nawzajem. Wczepili się w siebie, ale okazało się, że tylko się poranili. On znienawidził ją za to, że się poddała, że zamiast walczyć jak on, o każdy trop, kursowała tylko do kościoła i spowiadała się, jakby to była jej - ich! - wina. Ona znienawidziła go za to, że w świecie, w którym nie ma nic za darmo, on odważył się sięgnąć po wszystko. A cena za wszystko jest nieskończona.
Światła Panderozy w jego głowie się uspokoiły, przestały tańczyć obłędną macarenę, a oślepiający bielą stroboskop ulokował się w prawym górnym rogu pola widzenia. Coś z niego wychynęło, rzucając długi cień. A więc jednak - nie zapomniały o nim.
Dzieci.
Zmrużył oczy, uśmiechnął się, jęknął. Dwie dziewczynki. Ta młodsza, w różowej sukieneczce z tiulu, miała na głowie diadem księżniczki, a na plecach skrzydła wróżki. Tak, pozwalali jej, żeby tak biegała po domu całymi dniami. Bo co w tym złego, że mała księżniczka może robić, co jej się podoba? Przecież nawet gdy dorośnie, będzie nosić ten diadem, już on zadbał o to, żeby nie musiała go zdejmować. Tylko czy delikatne jak mgiełka skrzydła wróżki przetrwają zderzenie z rzeczywistością?
Gdzieś kiedyś czytał, że mężczyzna daje najmłodszej córce to, czego nigdy nie dał żonie, którą się rozczarował. Uwagę, czas, zainteresowanie, czułość. Słucha jej, nawet kiedy ta plecie o jednorożcach, nigdy nie traci do niej cierpliwości, wybacza wybryki i wspiera ją w każdej sytuacji. A w zamian ona daje mu to, czego on nigdy nie dostał od żony - owo pełne uwielbienia spojrzenie, posyłane bohaterowi nad truchłem pokonanego smoka. Tak, czytał kiedyś w internecie różne bzdury, gdy goście od PR wymyślili, że może zostać role model i będzie się wypowiadał w telewizjach śniadaniowych na temat kondycji współczesnego mężczyzny.
Ale co z niego za mężczyzna? Ściął drzewo, żeby wybudować dom, coś mu podpowiadało wtedy, że to zła wróżba. Spłodził syna, którego potem stracił, gdy ten miał stać się mężczyzną. Nie, stracił go chyba dużo wcześniej.
Przeszło mu przez myśl, że kobiety rozczarowują się dużo szybciej, więc to, czego nie zainwestowały w mężów, bo stwierdziły, że nie warto, inwestują w najstarszych synów. Taka kobieta będzie sprzątać każdy pyłek sprzed stóp swego pierworodnego, karmić go małmazją i nektarem, wyręczać we wszystkim. Podporządkuje mu całe swoje istnienie, ale w zamian zażąda tego, czego nie dostała od męża. Żeby mogła poczuć się dumna, wsuwając dłoń pod rękę młodego lekarza, prawnika albo księdza. Porządnego człowieka, który coś osiągnął, którego wszyscy szanują, a on szanuje ją, więc jest trochę tak, jakby ją też wszyscy szanowali. Może dlatego tak się przed tym buntował. Tego, że nic nie osiągnął, zarzucić mu nie mogła. Więc co - że nie był przyzwoitym człowiekiem?
W twarz starszej dziewczyny bał się spojrzeć. Ale ona chyba wcale nie chciała, żeby na nią patrzył, kryjąc oblicze pod buntowniczo zarzuconą grzywką. Za bardzo była podobna do tamtego drugiego, zbyt wyraźnie było w niej widać wyrwę po tym, którego już nie ma, jakby nagle stała się niekompletna, jakby sama zaczęła znikać. A może to on zaczął ją wymazywać, kiedy nieświadomie starał się jej unikać, bo widok rysów jej twarzy był dla niego zbyt bolesny? I tak już zostało, a potem on już nie miał siły walczyć z jej gniewem.
W światło reflektora weszło dwóch chłopców. Ten starszy, przygarbiony, jakby zastygły w oczekiwaniu, z dużymi, łagodnymi oczami. Jak u krowy, pomyślał, a potem zganił się za tę myśl. Od dzieci oczekiwał przede wszystkim posłuszeństwa, więc dlaczego, gdy je dostawał, tylko wydymał wargi? Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było, czytał kiedyś swojej księżniczce do poduszki. Im bardziej chłopiec starał się być taki, jakim chciał go widzieć ojciec, tym mniej chłopiec ojca interesował.
Nie jak ten drugi. Ciągle w ruchu, w swoich czerwonych okularach w stylu tego nawiedzonego Owsiaka. Kosmonauta, szalony wynalazca, odkrywca i konstruktor. Postanowił kiedyś, że nie będzie młodego ograniczać. Że da mu wszystko, czego on zapragnie, żeby rozwijać swoje pasje. Że da mu szansę, której nikt nigdy nie dał jemu: że jego syn zostanie tym, kim zechce. I został, chociaż dzisiaj nie mieli sobie wiele do powiedzenia. Dziś bezsilnie patrzył, jak tamten wodzi wzrokiem po ich rodzinnym imperium niczym dziedzic po wyliniałych kobiercach i okopconych ścianach rodzinnego dworu i marzy o szklanych domach z software'u albo AI.
Coś galopowało mu nierównym rytmem w piersi, raziło go co jakiś czas impulsami elektrycznymi w splot słoneczny. Dzieci ustawiły się w krąg, milcząc - a może coś mówiły, ale nie słyszał, bo pisk przeszedł w jednostajne, wysokie wycie. Wtem rozstąpiły się na boki, chłopcy na prawo, dziewczynki na lewo. Reflektor go oślepił.
Zamrugał gwałtownie, po czym zobaczył, że ze środka wyłania się jeszcze jeden cień.
Szedł powoli, a on aż poderwał się ostatkiem sił, zaszlochał, upadł na kolana, widząc charakterystyczny zarys szerokich dresowych spodni, przechylenie głowy, szurający krok rozwiązanych adidasów. Wsparł się na łokciach, starał się skupić wzrok na postaci, ale ta zatrzymała się na skraju ostrości.
Złapał się na tym, że nie pamięta, jak on wygląda. Że po tych wszystkich latach twarz syna potrafił przywołać już tylko z tych kilku oficjalnych fotografii, które pokazała potem telewizja. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.
Postać poprawiła plecak na ramieniu - tego gestu nie był w stanie pomylić z niczyim innym - po czym odwróciła się i zaczęła znikać.
- Nie! - wycharczał. - Nie, nie odchodź!
- Przepraszam, nie jestem pewna, czy zrozumiałam - odpowiedziała Alexa.
Zaczął się czołgać w stronę światła. Metr, dwa. Trącił stolik, coś na niego spadło, poczuł wilgoć i mdlący zapach kwiatów. Światło zaczęło pulsować, galop przyspieszył. Postać zatrzymała się, odwróciła, gestem przyzywając go do siebie.
Podążył za nią, chociaż pozostał na dywanie.