Syn Jaćwieży. Łaska pradawnych - Tomasz Cybulski

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Gromowładny

941 rok naszej ery

 

Ciemność i metaliczny posmak krwi w ustach. Chwilę później ostrze światła rozdarło mrok, a płuca łapczywie wciągnęły lodowate powietrze. Był w dzikiej i gęstej puszczy, pokrytej grubym całunem śniegu. Wokół panowała nienaturalna, podszyta niewypowiedzianą groźbą cisza.

Oprzytomniał, a wraz z ostrością umysłu wróciły wspomnienia. Varg. Utrata rhomphai. Błysk stali i uderzenie topora rozrywające bok. Pamiętał upadek w pył bityńskiego piachu, hańbę porażki i ciężar niedotrzymanej obietnicy, który przygniótł go jeszcze mocniej niż cios wroga. Leżał w obcej ziemi upokorzony i bez sił, czując, jak uchodzi z niego życie, pewien, że zawiódł i śmierć wyciąga ku niemu swe chciwe szpony. A teraz?

Usiadł powoli, chwytając się za bok, w który głęboko wgryzło się żelazo. Palce odnalazły poszarpane ogniwa kolczugi, by po chwili ostrożnie dotknąć rozerwanego ciała. Uniósł brwi, a jego twarz zastygła w zdumieniu. Krew nie płynęła, a on nie odczuwał bólu.

Świat zawirował i ciało opadło z powrotem w śnieg. Wziął głęboki wdech, próbując uspokoić oszalałe serce i dać wytchnienie dygoczącym z emocji mięśniom.

Na bogów! Gdzie jestem? Czy to lasy Dajnów? Czy jestem w domu? - pytania niczym błyskawice raziły rozgorączkowany umysł.

Jeszcze przed chwilą czuł upał i suchość bityńskiej ziemi. A tu? Mróz zdolny rozsadzać pnie drzew nawet go nie ziębił, a rana zamiast odebrać życie albo przynajmniej krwawić i boleć - po prostu była.

Nierealna sceneria wciąż roztaczała się wokół, a wzdłuż kręgosłupa przebiegł lodowaty dreszcz.

Czyżbym zmarł? - pomyślał.

Powoli powiódł wzrokiem po otoczeniu. Biel śniegu raziła w oczy - ostra i czysta, ale jednocześnie dziwnie cicha i martwa. Puszcza zaś wyglądała jak wycięta z ogromnej bryły lodu - zimna i przerażająca.

Wtem powietrze drgnęło, a w głuchej ciszy coś skrobnęło o korę pobliskiego drzewa. Na nagiej gałęzi starego grabu dostrzegł kształt. Ryś. Pierwsza oznaka życia w tym świecie. Siedział nieruchomo, a jego bursztynowe ślepia bez lęku badały człowieka, zdając się wzierać w głąb jego duszy.

Co za bies? Żywe stworzenie czy omam? - pomyślał wojownik.

Zwierzę przechyliło łeb, z zainteresowaniem skupiając uwagę na tatuażu zdobiącym twarz Jatwiaga. Kot przypatrywał się niebieskiemu rysunkowi aż do chwili, gdy w jego spojrzeniu zagościł błysk zrozumienia. Drapieżnik rozpoznał drapieżnika.

To musiało przeważyć szalę, bo gibkie ciało miękko zsunęło się na ziemię, wzbijając obłoczek śnieżnego pyłu. Wojownik stał bez ruchu. Ryś podszedł na odległość kroku, obnażył kły a z gardła wydobył się cichy warkot. Gdy pysk drapieżnika znalazł się tuż przed twarzą mężczyzny, ten spiął mięśnie, gotowy do walki. Zwierzę wykonało jednak błyskawiczny ruch i nim Jatwiag zdołał zareagować, chropowatym językiem polizało malowidło na jego policzku.

Mężczyzna zamarł, sparaliżowany magią tej chwili, a oczy rysia nabrały dziwnie ludzkiej łagodności. Chwilę później kot obrócił się i ruszył w kierunku widocznego na skraju polany ogromnego głazu narzutowego. Wojownik śledził go wzrokiem, a jego palce niemal wbrew woli powędrowały ku twarzy, by dotknąć mokrego śladu po szorstkim języku.

Leśny łowca zatrzymał się i posłał mu spojrzenie, w którym zawierał się niemy rozkaz. Jatwiag podniósł się i ku swemu zdumieniu zorientował się, że ciało jest silne, a nogi stąpają z lekkością. Zrobił krok, potem kolejny, po czym zatrzymał się, by znów obejrzeć zraniony bok. Gardłowy warkot wyrwał go z zamyślenia - ryś ponaglał.

- Bogowie... - szepnął w przestrzeń. - Naprawdę nie wiem, gdzie mnie przywiedliście ani jak koszmarny los mi szykujecie.

Nie miało to znaczenia, gdyż wezwanie było zbyt silne, by je zignorować.

Głaz był ogromny - wyższy od niego, a szeroki na co najmniej trzech mężów. W miarę jak się do niego zbliżał, coraz silniej wyczuwał emanującą z niego pierwotną moc. Zatrzymał się na wyciągnięcie ramienia, dostrzegając nieskazitelną gładkość ogromnego kamienia. Ostrożnie przesunął dłonią po lodowatej powierzchni.

Wówczas ryś obnażył ostre jak stal zęby w geście przypominającym ludzki uśmiech. Wykonał zadanie. Chwilę później rozpłynął się w bieli, zostawiając człowieka samego pośród lodowej pustki.

Nagle głazem wstrząsnęły potężne wibracje. Jatwiag szarpnął ręką, lecz dłoń przywarła do kamienia, jakby uwięziona w imadle. Powietrze zgęstniało, wypełniając się zapachem ozonu, spalonego drewna i rozgrzanego żelaza. Panika zdławiła gardło, a grube krople potu zaczęły płynąć po skroniach i karku mimo trzaskającego mrozu.

Przestrzeń wokół drżała i pękała, tworząc materialny kształt. Zamknął oczy, modląc się, by to były tylko zwidy otumanionego umysłu.

Gdy w końcu odważył się unieść powieki, spostrzegł, że góruje nad nim olbrzym wysoki jak dąb. Przytłaczająca aura przybysza budziła pierwotny lęk. Niewidzialne łańcuchy, które więziły dłoń na gładkiej powierzchni, pękły z ogłuszającym trzaskiem a wojownik niespodziewanie pozbawiony oparcia, runął w tył, lądując w śnieżnym puchu. Gdy oszołomienie minęło, podniósł ostrożnie głowę, a z zaciśniętego gardła wydobył się cichy jęk.

Twarz olbrzyma była surowa, jakby wyciosana z omszałej skały, a broda miała barwę rdzewiejącego żelaza. Białe oczy sypały iskrami, spiżowa zbroja chroniła potężny korpus, zaś szerokie plecy okrywał płaszcz z niedźwiedziego futra. W sękatej dłoni dzierżył krzemienny topór osadzony na czarnym, zwęglonym trzonie z dębowego konara. Broń dymiła.

- Czego tak stoisz? Klęska wypaliła ci do cna rozum? - Głos uderzył z siłą burzy. - Bywało, że wzywałeś mnie w bitewnym szale i chwilach rozpaczy, a teraz zastanawiasz się, kim jestem?

Dławiąc się gęstym od ozonu powietrzem, wydukał:

- Perkunasie... Ojcze Gromowładny. Czy to ty? Jeden z Pradawnych?

Olbrzym prychnął, a z jego nozdrzy buchnęły kłęby dymu.

- Na Zeminę, piastunkę ziemi i żyznych plonów, to ja raczej nie wyglądam - zakpił, a w jego tonie pobrzmiewała nadciągająca nawałnica. - Ten topór służy do kruszenia czaszek! - Machnął bronią, wywołując podmuch wiatru, który uderzył w Jatwiaga, przyginając go do ziemi. - Nigdy nie myl siewcy ze żniwiarzem!

Wojownik skulił się, oczekując ciosu, lecz ten nie nadszedł. Ryk ustąpił miejsca ponurej ciszy, pośród której po powierzchni kamiennego topora pełgały krwawe iskry.

- Wstań - warknął Perkunas. - Nie znoszę, gdy wojowie pełzają u mych stóp.

Dygocząc, dźwignął się na nogi, walcząc z instynktem, który nakazywał mu ucieczkę. Gdy tylko się wyprostował, olbrzym pochylił się, a jego białe oczy znalazły się tuż przy twarzy człowieka.

- Widziałem cię podczas bojów w dalekiej ziemi Greków, na stepach i w Kanugardzie - zagrzmiał bóg, a każde słowo niosło moc burzy. - Radowałem się, gdy szalałeś z ostrzem pośród wrogów. Gruchotałeś kości i łamałeś szeregi, by poić ziemię krwią. Twój duch... podobał mi się. Był czysty i prawdziwy, bo wykuły go męka, trudy i święta przysięga.

Spojrzenie giganta odrobinę złagodniało. Jednym z ogromnych palców, niemal ojcowskim gestem, pchnął go w plecy i chwilę z rozbawieniem obserwował, jak rozpaczliwie walczy, by utrzymać równowagę. W końcu z jego ust padły surowe słowa:

- Widziałem też twój upadek. Cios, którego nie sparowałeś. Ostrze tnące bok i gruchoczące żebra. Żałosną chwilę słabości. - Perkunas cofnął się o krok, mierząc go wzrokiem jak wojownik oceniający przydatność wyszczerbionego miecza. - Twoje ciało jest zniszczone i wykrwawione. Dla świata ludzi jesteś teraz jak szmaciana kukła. Zemina już wyciąga ręce po twe truchło, Laima pragnie przeciąć nić żywota, a Welin czeka na ciebie w swej mrocznej krainie.

Bóg oparł dłonie na biodrach, a jego zbroja wydała groźny pomruk gradowej chmury.

- Jednak ja wciąż widzę w tobie ogień. Nieomal zgasł, lecz tli się jeszcze i nadal gdzieś tam jest. Dlatego wyszedłem ci naprzeciw, ubiegając innych.

Jatwiag zdobył się na szaleńczą odwagę, która pozwoliła mu zadać pytanie:

- Zostawiłeś mnie przy życiu, Panie?

- Zatrzymałem cię, by dać ci szansę, na którą być może zasługujesz - uciął Perkunas. - Jestem twoim obrońcą. Nie do mnie jednak należy ostateczny wyrok. Chodź, wojowniku. Przed tobą najcięższy bój, podczas którego okaże się, czy masz dość siły, aby nie spłonąć w naszym blasku...

Mimowolnie ponownie się skulił, a źrenice boga rozwarły się szerzej, rosnąc, aż wypełniły wszystko wokół. W umyśle Jatwiaga zaświtała ostatnia myśl:

Człowiek zbliżający się do bogów jest jak ćma igrająca z ogniem.

Potem świat zniknął w bezkresnej bieli.

Biel jednak nie trwała wiecznie.

Rozdarły ją ryk wiatru, woń morskiej soli i uderzenie czarnej fali, która z hukiem zwaliła się na pokład. Mistycyzm martwej ciszy prysł, zastąpiony przez wrzask ludzi i przeraźliwy jęk wściekle szturmowanego drewna.

Monoksyl - ciężka łódź wydrążona z ogromnego pnia - był targany potęgą żywiołu niczym marna łupina. Przemoczeni mężczyźni rozpaczliwie wylewali wodę, ślizgając się w brei z morskiej piany, wymiocin i krwi płynącej ze świeżych jeszcze ran. Huragan wyrywał z dłoni wiosła, a każdy przechył groził strąceniem w ryczącą otchłań.

W łodzi stał kniaź Ingwar, kurczowo trzymając się krawędzi mokrej burty. Omiótł wzrokiem nędzne resztki swojej dumnej floty, po czym przeniósł ciężkie spojrzenie na masywne ciało, leżące bezwładnie w kałuży krwi, tuż u jego stóp. Kostki na dłoniach władcy zbielały z napięcia, a z zaciśniętego gardła wydobyło się wściekłe warknięcie:

- Walcz, nie możesz sczeznąć! Teraz będziesz mi potrzebny jak nigdy wcześniej, olbrzymie!

Nagle niebo rozdarł groźny zygzak błyskawicy, a powieki leżącego drgnęły, by po chwili gwałtownie się unieść. Przez ułamek sekundy, dosłownie na jedno uderzenie serca, pośród ryku fal, ich spojrzenia skrzyżowały się i nim powieki rannego znów opadły, Ingwar dostrzegł, że w mętnych, naznaczonych bólem oczach wciąż płonie dziki, nieustępliwy ogień.

Potężna klatka piersiowa kniazia uniosła się w głębokim oddechu, a zmęczoną i obryzgiwaną morskimi falami twarz rozjaśnił uśmiech.

Jatwiag walczył.

Rozdział 2. Krew i przędza

941 rok naszej ery

 

Otaczały go olbrzymie i przerażające postacie. Kobieta o szerokich biodrach i pełnych kształtach, której ciało jakby wyrastało z gruntu. Jej twarz przypominała wilgotną, surową glebę, a miast włosów wiły się na głowie korzenie i trawy. Okryta była mchem i błotem, roztaczając woń wilgotnej ściółki i gnijących liści.

- Zemina... Matka Ziemia... - wycharczał Jatwiag.

Wtedy z mroku wyłoniła się kolejna postać - wysoka i nienaturalnie nieruchoma. Jej twarz miała barwę popiołu, a w głęboko osadzonych, czarnych oczach czaiła się absolutna pustka.

- Pokłoń się Welinowi. Niedługo trafisz do mego władztwa - głos boga zaświatów przypominał suchy szelest martwych liści, a ciało Jatwiaga, bez udziału woli, skłoniło się w poddańczym geście. Ciszę rozdarł wściekły ryk o sile gromu:

- Nigdy się nie płaszcz przed nim! To nie twój pan i opiekun, lecz nędzny żmij - przemówił Perkunas.

- Dość! - Głos, spokojny, a zarazem mający niebywałą moc, zgasił rodzący się konflikt. Była to wysoka i prosta jak struna kobieta, której sylwetka unosiła się ponad ziemią.

Całkowicie obezwładniło go spojrzenie jej pozbawionych białek oczu. Uwagę przykuwała martwa biel lnianych szat, utkanych jakby z wszechogarniającej mgły świata, w którym się znalazł. Gdy tylko odważył się spojrzeć w jej oczy, niewypowiedziane ustami słowa odezwały się bezpośrednio w jego umyśle:

- Jam jest Laima, która zważy i rozstrzygnie twój los, śmiertelniku. Znalazłeś się w mojej mocy. Winieneś to wiedzieć i rozpoznać tu obecnych, skoro zrodziłeś się pośród bagien, lasów i jezior naszej świętej ziemi.

Przez ciało przebiegł dreszcz, gdy w jego umyśle wybrzmiał nieludzki syk:

- Chyba że już tego nie pamiętasz? Może zapomniałeś, gdzie się urodziłeś?

- Pamiętam. Nigdy tego nie zapomniałem, święta Pani - wyszeptał zbielałymi z przerażenia ustami.

- Wiem o tym i tylko dlatego dostąpiłeś zaszczytu, by stanąć przed nami...

Laima odwróciła wzrok:

- Zemino, czas na ciebie.

- Porzucił dymiące zgliszcza własnego domu! - Bogini ziemi chłostała go słowami niczym razami bicza. - Nie wrócił, by zasiać ziarno nowego życia na prochach przodków. W chwili ostatecznej próby padł bez życia wśród obcych piasków, a jego krew nie wsiąkła w naszą glebę, by ją użyźnić! Brak z niego pożytku. - Obrzuciła go pełnym pogardy spojrzeniem. - Jest niewdzięcznym synem. Niech sczeźnie w dalekich krainach!

Siła tych słów przygniotła marnego śmiertelnika do gruntu.

- Nasza siostra jak zawsze niewzruszona. Twarda jak głaz - zasyczał cicho Welin. - Ja zaś dostrzegam w nim pewien... urok. Pamiętacie krwawą łaźnię, jaką urządził wrogom w błotnistej dolinie? Udowadniał nieraz, że jest przebiegły i skórę zmienia jak wąż, co jest mi wielce bliskie. Tylko to jego serce... wciąż bije zbyt mocno, zbyt gorąco. Zbyt wiele w nim litości. - Welin zwrócił swe blade oblicze na boga burzy.

- Przekonaj nas, Gromowładny.

Perkunas spoglądał na wojownika, który pod wpływem tego spojrzenia powoli wyprostował plecy i dumnie uniósł głowę. Wówczas bóg przemówił:

- Zemino. Ten tu człowiek został gwałtem wyrwany z ziemi ojców. Jak wyobrażasz sobie, żeby miał żyć dalej, nie dopełniwszy pomsty? Jest przecież wojownikiem. Jego serce by tego nie zniosło. Prawdą jest, że w godzinie próby poniósł porażkę, lecz nie ze swej winy...

Tu przerwał i wnikliwie przyjrzał się Welinowi.

- Podejrzewam, że nasz brat może wiedzieć więcej na ten temat. Maczałeś w tym swe oślizgłe paluchy?

Twarz mrocznego władcy pozostała spokojna, a on jedynie wzruszył ramionami.

- Tak myślałem - mruknął cicho Perkunas. - Ty działasz tylko poza zasięgiem wzroku. Nawet naszego...

Welin prychnął pogardliwie:

- Mów, do czego zmierzasz, Perkunasie. Ja, który żyję pośród cieni i mroku, nie mam w sobie zbyt wiele cierpliwości.

Gromowładny zmrużył gniewnie oczy, by po chwili podjąć przerwaną wypowiedź:

- Nie założył rodziny, bo jeszcze nie nadszedł właściwy czas! Gdy dopełni wróżdy, wówczas wróci w rodzime strony, odwiedzi zgliszcza dawnej osady i postawi tam nową. Pojmie za żonę kobietę ze swego ludu i spłodzi potomstwo, by w ten sposób cykl życia mógł toczyć się dalej. Wtedy wypełni się twa wola, Zemino.

Perkunas potoczył wzrokiem po obecnych, by na koniec, pośród głuchej ciszy, zwrócić się ku Laimie:

- Decyduj mądrze, siostro!

Źrenice zagadniętej zapłonęły niesamowitym blaskiem, gdy z jej ust popłynęły słowa:

- Zaprawdę... zaczynasz mnie intrygować, człowieku. - Laima pochyliła się nad nim. - Perkunas widzi w tobie niegasnący żar i twierdzi, że zdołasz powstać. Zemina czuje jedynie proch, w który się wkrótce obrócisz. Welin zaś... on dostrzega cień, który za sobą ciągniesz. Lecz ja? Ja widzę prawie już zerwaną nić. Nie ma we mnie pewności, że potrafisz podnieść się, by utkać dalszy ciąg. Pokaż mi więc, z czego cię wykuto.

Jedno skinienie jej dłoni przywołało lawinę wspomnień.

 

Zobaczył śmierć ojca pod gradem ciosów. Poczuł upokorzenie niewolnika, gdy chłostany szyderstwami wikingów wyjadał resztki z ziemi niczym pies. Przez jego myśli przetoczyły się twarze: Altan, Kersos, Batyr, Kalf, Zoe. Pole bitwy w Bitynii, szarża katafraktów i jego rhomphaia, z którą w ręku czuł się bogiem wojny i nikt nie mógł mu sprostać. Wrogowie padający pod naporem ostrza, zdającego się śpiewać w jego dłoni.

Ta chwila, gdy znów spotkał Varga, już nie jako chłopiec i niewolnik, lecz równy mu siłą mąż. Okaleczył wikinga i rzucił na kolana, by posłać go w zaświaty. A potem ten zdradziecki, straszliwy kaprys losu, na który nie miał wpływu.

Uderzenie topora, które rozerwało ogniwa kolczugi wraz z ciałem i kośćmi. Nieludzki ból i przerażenie, że nie dokona pomsty i polegnie w hańbie, leżąc w pyle obcej ziemi.

Właśnie w tej chwili, zamiast rezygnacji, wezbrała w nim twarda, nieustępliwa wola przetrwania. Zrozumiał, że nie może odejść. Nie w ten sposób. Każdy darowany mu oddech poświęci zemście. Nie spocznie, póki jej nie dopełni. Odnajdzie potwora i wypruje mu trzewia, by w gasnących, podłych ślepiach ujrzeć paniczny, zwierzęcy strach. Varg musiał zapłacić, by ojciec i matka mogli spoczywać w pokoju...

 

Wizja gwałtownie się urwała, a on omiótł wzrokiem otaczające go bóstwa.

Coś uległo zmianie, czuł to. Zemina milczała, trawiąc w myślach to, co właśnie dostrzegła. Z postawy Welina uleciała lodowata obojętność, ustępując miejsca rosnącemu zainteresowaniu. Laima zaś powróciła do swego absolutnego spokoju, a z jej pozbawionych białek oczu wyparował krwawy blask. Perkunas za to śmiał się gromko.

Śmiech Gromowładnego uderzał w obecnych, a powietrze wokół wręcz iskrzyło od napięcia.

W końcu Laima podniosła dłonie, w których dzierżyła wrzeciono i przędzę. Włókno, postrzępione i niebezpiecznie cienkie, nagle zaczęło nabierać mocy, grubieć i błyszczeć gładkością.

- Przyznam, że wiele poświęciłeś dla tej zemsty i niemało wycierpiałeś jak na śmiertelnika, a mimo to nadal w tobie tli się ogień. To rzadkie wśród was, ludzi, bo zazwyczaj łatwo się łamiecie. - Spojrzała na niego z uwagą. - Ale nie ty.

- Pojmuję już twą walkę o niego, Gromowładny. Niech stanie się według twej woli - orzekła Pani Losu, a jej głos wibrował i potężniał, ogarniając przestrzeń:

- Nie przerwę jeszcze nici twego żywota, śmiertelniku. Ale wiedz, że już raz omal nie pękła i teraz wymaga czegoś więcej, by w pełni związać ją na nowo. Wrócisz do świata żywych, a rany na twym ciele się zagoją, lecz z tymi, które okaleczyły twego ducha, ja ci nie pomogę...

Pani Losu spojrzała na Zeminę, która twierdząco skinęła głową, jakby rozumiejąc zamysł mówiącej.

Po chwili Bogini Ziemi ciężko postąpiła krok naprzód, a wokół roztoczył się intensywny zapach leśnego runa i drzew.

- By uleczyć swą duszę, musisz odnaleźć serce puszczy, stanąć twarzą w twarz z jej strażnikiem i... przeżyć.

Położyła ciepłą dłoń w miejscu, gdzie topór rozdarł bok. Dotyk uderzył go żarem węgli wtłaczanych w otwartą ranę. Jatwiag poczuł, jak krawędzie zerwanych mięśni pełzną ku sobie niczym robaki, a poszarpane i wgniecione w ciało ogniwa kolczugi są wypychane przez nową, silną tkankę.

Wygiął się w konwulsyjnym łuku, a połamane żebra połączyły się na nowo z obrzydliwym zgrzytem. Szeroko otworzył usta, by wyć z bólu, ale z gardła dobył się jedynie mokry, bulgoczący świst. Dławiąc się w milczeniu, walczył o każdy haust powietrza, aż wreszcie ten krztuszący spazm zaczął słabnąć, a spokojny oddech uniósł szeroką pierś.

- Darowano ci życie - szepnęła Pani Ziemi. - Ale bój o wyleczenie duszy musisz stoczyć sam. Jeśli zawiedziesz, obrócisz się w proch, a Welin upomni się o swoje. Już na zawsze...

Laima uniosła znów silne i gładkie pasmo, a rzeczywistość zaczęła wirować, tworząc chaos, w którym znikały twarze bogów.

- Biegnij, by wypełnić swój los, śmiertelniku! Spiesz się, póki splot ma moc!

Człowiek wykonał pierwszy krok, by z każdym kolejnym nabierać pędu, a głos Pradawnej stał się już tylko szeptem wiatru w koronach drzew.

- Biegnij, Synu Jaćwieży...

Rozdział 3. Gniew zranionego wilka

941 rok naszej ery

 

Uczta w pałacu trwała w najlepsze. W złotej sali, rozświetlonej blaskiem płonących świec i lamp oliwnych, migotały mozaiki, które układały się w wizerunki Chrystusa Pantokratora, Matki Boskiej, aniołów oraz świętych, spoglądających na biesiadników ze ścian czy sufitu.

Stoły uginały się pod ciężarem jadła. Honorowe miejsce zajmował pieczony paw, którego po przyrządzeniu na powrót przystrojono w lśniące pióra, by cieszył oczy gości swym wykwintnym pięknem. Ze smakiem kosztowano pieczonych w miodzie i ziołach kawałków koźlęciny i jagnięciny, a wśród ryb i owoców morza szczególnym powodzeniem cieszył się jesiotr.

W powietrzu unosiła się charakterystyczna, ostra woń sosów ze sfermentowanych ryb oraz zapraw na bazie octu, wina i syropów owocowych. Na zwolenników słodyczy czekały misy pełne słodkich ciast z dodatkiem miodu oraz drobne przekąski w postaci suszonych daktyli, śliwek i fig.

 

Tego dnia w obecności samego bazyleusa Romana I Lekapena świętowano rozgromienie floty wareskiej i tym samym zakończenie krwawego, wyniszczającego najazdu dzikich łupieżców. Zgromadzili się tu najznamienitsi dostojnicy dworu oraz dowódcy armii lądowej i floty. Ludzie śmiali się, dowcipkowali i wznosili toasty za odwagę obrońców cesarstwa. Choć Bitynia została doszczętnie spustoszona, najeźdźcy zapłacili straszliwą cenę za popełnione potworności, a z życiem uszła jedynie część spośród nich.

Wśród ogólnej radości, jak ciemna plama na barwnym gobelinie, wyróżniała się zwalista sylwetka ponurego mężczyzny. Miał rozbitą, pokiereszowaną twarz, wybite przednie zęby a w miejscu ucha zionęła wciąż paskudna, świeża rana. Makabrycznego wrażenia dopełniał przerażający wilk Fenrir z nordyckich bajań, wytatuowany na jego obliczu.

Dla Varga gorsza od fizycznego cierpienia była urażona duma wojownika. Zawsze, odkąd pamiętał, budził lęk w odważnych oraz niekontrolowaną panikę pośród pozostałych. Podczas ostatniego boju stało się jednak inaczej. Naprzeciw niego stanął człowiek, który nie okazał strachu i prawie pozbawił go życia. Ocalenie zawdzięczał wyjątkowemu zbiegowi okoliczności albo intrydze szalonego Lokiego - boga lubującego się w fortelach. - Nie potrafił tego inaczej wytłumaczyć.

Oszpeconą twarz przebiegł dreszcz. Najbardziej doskwierało mu wspomnienie zimnej trwogi rozlewającej się po ciele, gdy uświadomił sobie, że zginie z rąk napędzanego żądzą zemsty szaleńca. Teraz brzydził się swoją słabością w tamtej chwili...

 

Nagle poczuł krótkie i mocne klepnięcie w ramię. Nie musiał odwracać głowy. Wiedział, że na taką poufałość mógł pozwolić sobie jedynie jego wódz i wybitny taktyk Jan Kurkuaz - głównodowodzący armii bizantyjskiej na wschodnich granicach imperium.

- Byłem pewien, że bardziej szpetny już nie możesz być. Cóż, wygląda na to, że czasami nawet ja się mylę, mój wilku z Północy.

Na te słowa wiking wydobył z siebie pełen frustracji niezrozumiały pomruk, lecz Kurkuaz niezrażony, z lekkim uśmiechem kontynuował:

- Powiedziano mi, że na polu bitwy łeb ocaliłeś jedynie cudem. Ludzie coś mówią o młodym olbrzymie machającym nieznaną, przerażającą bronią rodem z dawnych legend, który okaleczył cię i powalił na kolana. To wszystko brzmi jednak dosyć absurdalnie, więc postanowiłem wyjaśnić sprawę u źródła. Opowiedz mi więcej - rozkazał.

- Ludzie różne rzeczy plotą - żachnął się wiking, wpatrzony w ogień lampy - ale rzadko kiedy jest w tym wiele prawdy. To długa historia, panie. Wolałbym cię nie zanudzać.

Kurkuaz błyskawicznym ruchem chwycił Varga za podbródek i spojrzał mu głęboko w oczy, by po chwili wycedzić:

- Ja jednak wolałbym wiedzieć, czy masz nadal kły, bo zauważyłem, że kilku zębów brakuje. Wiedz, że wilk, co już nie gryzie, nie będzie mi do niczego potrzebny...

Spojrzenie wikinga spochmurniało niebezpiecznie. W ułamku sekundy jego lewa dłoń wystrzeliła w górę i zacisnęła się na nadgarstku wodza, przytrzymując go w żelaznym uścisku, podczas gdy prawa spoczęła znacząco na rękojeści noża przy pasie.

Jednocześnie wykrzywił usta w szerokim, radosnym uśmiechu, który dla postronnych mógł wyglądać na pijacką poufałość, lecz z bliska był jawną zapowiedzią mordu. Wciąż uśmiechając się, wycedził cicho:

- Zważ, panie, że nie rozmawiasz z jednym ze swoich wymuskanych chłystków, co głównie przytakiwać ci potrafią.

W oczach dowódcy nie było strachu. Malowała się w nich jedynie chłodna kalkulacja, gdy zerknął najpierw na swoją unieruchomioną dłoń, a potem na palce wikinga zaciskające się na głowicy broni.

- To, że byłem blisko śmierci, nie znaczy, że się jej boję - kontynuował Varg, nie zwalniając uścisku. - Zabiłem tylu wojowników, że czeka na mnie godne miejsce przy stole Odyna, pod warunkiem, że zginę z ostrzem w ręku.

- Oszalałeś? - syknął cicho wódz, nie próbując się wyrywać, by nie przyciągać uwagi. - Na mnie rękę podnosisz?

- Ciebie jedynego szanuję tutaj, wodzu - wiking powoli rozluźnił palce i puścił więzioną dotychczas dłoń - ale to nie znaczy, że możesz mną pomiatać. Prędzej zginę, niż na to pozwolę...

Cała sytuacja rozegrała się tak szybko i dyskretnie, że nikt z biesiadników nie zwrócił uwagi na afront, którego dopuścił się dzikus z Północy. Między rozmówcami zapadła długa i krępująca cisza:

- Zrób mi miejsce, bym mógł spocząć obok ciebie. - Słowa Kurkuaza rozładowały napięcie. - Masz rację, przypominając mi, że nie jesteś jednym z nas i nie powinienem tak cię potraktować. Cieszy mnie, że nadal jesteś hardy i wbrew plotkom nie straciłeś ducha walki.

Siadając, klepnął wikinga mocno w ramię.

- Teraz jednak opowiedz mi wszystko po kolei.

Varg pociągnął głęboki łyk wina, nie zauważając tego, że czerwona strużka pociekła mu po brodzie, barwiąc ją niczym świeża krew. Odstawił puchar z głośnym stuknięciem, które na moment przebiło się przez gwar biesiady.

- To nie był zwykły wojownik, wodzu - zaczął chrapliwie, wpatrując się w pustkę przed sobą. - To był duch, który wyłonił się z mgły mojej przeszłości.

Słuchający uniósł brew, a dłonią dał znak, by podkomendny mówił dalej.

- Lata temu, na dalekiej Północy, odwiedziłem wraz z mymi ludźmi pewną osadę. Wziąłem futra i niewolników, reszta poszła pod topór. Był tam chłopak, szczenię zaledwie. Spętany i przerażony patrzył, jak jego ojciec zdycha pod ciosami toporów. Lecz zanim sczezł, wykrzyczał coś do młokosa, a potem, uzbrojony jedynie w siekierę, z zadziwiającą łatwością posłał do piachu dwóch moich ludzi. Wtedy widziałem w oczach dzieciaka tylko strach. Wierz mi, że gdybym dostrzegł tam coś więcej zgasiłbym jego żywot jednym cięciem. Ale wiedziony chciwością nie zrobiłem tego. Zostawiłem go przy życiu, by sprzedać na targu niewolników. Srebra za niego nigdy nie dostałem, gdyż uciekł lata temu.

Varg zaśmiał się gorzko, dotykając miejsca, gdzie jeszcze niedawno znajdowało się ucho.

- Teraz ten szczeniak o mało mnie nie zagryzł.

- A więc to zemsta - mruknął Kurkuaz, obracając w palcach złoty puchar. - Najpotężniejsza z motywacji, zaraz obok chciwości i miłości. Ale co z tą bronią? Oficerowie bredzą coś o kosie śmierci.

- Długa i zakrzywiona, a zarazem szybsza i poręczniejsza niż topór na długim trzonie - wycedził wiking z nienawiścią. - Broń, której nigdy wcześniej nie widziałem, a którą ten bękart władał, jakby była przedłużeniem jego ramienia. Nie parował ciosów, wodzu. On przechodził przez obronę jak przez mgłę. Rozbijał tarcze, łamał miecze... jakby prowadzili go bogowie.

Varg przymknął oczy. Pod powiekami wciąż widział ten moment, gdy młodzian z rysiem na twarzy nacierał z furią, której nie sposób było zatrzymać.

- Zaskoczył mnie bronią, której nie znałem, połączoną z potęgą nienawiści, która go niosła. Gdyby nie bezimienny żołnierz, który machnął mieczem na oślep... - Varg urwał, a jego pięść zacisnęła się tak mocno, że zbielały kłykcie.

Kurkuaz milczał przez dłuższą chwilę, analizując słowa swojego przybocznego. Wrzaski pijanych biesiadników i muzyka fletni zdawały się ich nie dotyczyć.

- Powiadasz, że padł martwy? - zapytał w końcu.

- Gdy stracił swą broń, a ja otrząsnąłem się z zaskoczenia, to wtedy poszło gładko. Mieczem nie umiał już tak walczyć i mimo odniesionych ran dopadłem go z łatwością. Padł. Rozpruty toporem, pewnie stratowany przez własnych ludzi i nasze konie. Nie mógł tego przeżyć.

- "Nie mógł" to coś zupełnie innego niż "nie przeżył" - skwitował chłodno Grek. - Z doświadczenia wiem, że ludzie napędzani taką nienawiścią bywają... trudni do zabicia. Przypominają chwasty, które odrastają, jeśli nie wyrwie się ich z korzeniami lub nie wypali ogniem.

Varg spojrzał na rozmówcę gwałtownie, a w jego przed chwilą pewnym spojrzeniu, przemknął cień niepokoju.

- Widziałem, jak pada - warknął, bardziej by przekonać siebie niż rozmówcę. - Zdechł tam, w bitewnym piachu, a jego kości rozwlekły dzikie zwierzęta.

- Miejmy nadzieję. - Kurkuaz uśmiechnął się, lecz jego oczy pozostały chłodne. - Bo jeśli nie, to masz problem, mój przyjacielu. Skoro znalazł cię raz, to coś mi mówi, że znajdzie cię po raz drugi.

Przerwał, by obdarzyć wikinga złośliwym spojrzeniem.

- A wtedy musisz być lepiej przygotowany.

Wódz wstał, otrzepując bogato zdobioną szatę z niewidocznych pyłków.

- Wyliż się z ran i niech medycy zrobią coś z twoją gębą. Do powrotu na plac treningowy nie muszę cię namawiać, bo doniesiono mi, że dziś mimo świeżych obrażeń, zaciekle trenowałeś.

Sylwetka wodza zamarła na chwilę.

- Jeśli jednak nie trafił do piekła, musisz być gotowy, by go tam wysłać! - Mężczyzna utkwił zimne spojrzenie w oczach Varga. - Tym razem skutecznie.

Zanim odszedł w stronę cesarskiego stołu, spojrzał ostatni raz na wikinga i wycedził:

- Jeśli kiedykolwiek jeszcze mi zagrozisz... - na chwilę zawiesił głos. - Wówczas poślę cię na ucztę z twoimi bogami. Lecz nie wiem, czy zdołasz wziąć w niej udział, bo zostanie z ciebie jedynie krwawy ochłap.

Varg siedział nieruchomo, wpatrując się w plecy odchodzącego. W końcu potrząsnął głową, a gwar uczty znów zaczął do niego docierać, drażniąc rozchwiane nerwy.

Zdechł - pomyślał. - Musi być martwy.

Ale wbrew temu, w głębi duszy rozlewał się chłód. Ten sam, który poczuł, gdy rhomphaia odcinała mu ucho. Tatuaż wilka pożerającego słońce na jego twarzy zapiekł żywym ogniem, sięgnął po długi nóż i z całej siły wbił go w drewniany blat stołu, tuż obok swojej dłoni. Siedzący obok mężczyzna obdarzył go wystraszonym spojrzeniem, lecz olbrzym nawet tego nie zauważył:

- Jeśli żyjesz - szepnął do drżącego trzonka broni - to módl się do swoich leśnych bożków. Błagaj o to, byś nigdy już mnie nie spotkał, bo następnym razem rozniosę cię na strzępy.

 

W cieniu kolumny, lekceważony przez ucztujących, stał eunuch o twarzy gładkiej i niezdradzającej wieku. Kąciki jego ust drgnęły nieznacznie. Informacja na dworze cesarskim często była towarem cenniejszym niż złoto czy kosztowności, a wieść o tym, że wielki Varg ma słaby punkt i śmiertelnego wroga, mogła być warta fortunę w odpowiednich rękach.

Gdy wycofywał się, bezszelestnie znikając w mroku korytarzy, nie był w stanie zapanować nad uśmiechem, który szeroko rozlewał się po obliczu...

Nigdy nie wiadomo, kiedy ta wiedza zacznie mieć wielką wartość...