POCZĄTEK
Jedenaście lat wcześniej
Salvatore
- Salvatore, to twój przyrodni brat Arturo. Przyjąłem go do rodziny. Od dzisiaj zamieszka z nami - informuje mnie ojciec, unosząc brew, by dać mi do zrozumienia, iż mam wyciągnąć dłoń i przywitać się z nowym członkiem rodziny Costello.
Powinienem okazać mu szacunek. Nie zamierzam tego robić, ale dla świętego spokoju, pod bacznym okiem ojca, wstaję i wysuwam dłoń w stronę mojego brata.
Arturo także się podnosi i podaje mi rękę. Ściskam ją mocniej, niż trzeba, pokazując, że to ja zajmuję w rodzinie wyższe stanowisko. Mierzymy się przez chwilę wzrokiem.
Widzę w jego oczach triumf, radość i coś jeszcze, lecz nie jestem pewien co. Nie podoba mi się to, jakaś część mnie każe mi być ostrożnym i uważnym w stosunku do niego.
Arturo, syn mojego ojca z nieprawego łoża, bękart, który nigdy nie powinien się narodzić. Nie mam pojęcia, dlaczego ojciec przyjął to ścierwo do rodziny, skoro to ja jestem jego pierworodnym i prawowitym dziedzicem tronu.
Puszczam jego dłoń i przenoszę spojrzenie na swoją matkę. Siedzi w kuchni przy stole ze spuszczoną głową, trzymając między palcami nóżkę kieliszka wypełnionego winem. Jest jedenasta rano, a ona już pije. Złość zaczyna palić mnie w trzewiach, gdy nawiązuję z nią kontakt wzrokowy. Wygląda jak kupka nieszczęścia. Blada, mizerna twarz wykrzywia się w grymasie bólu, a oczy błyszczą od łez. Ledwo zauważalnie kiwa głową, by przekazać mi, że nic nie da się już zrobić, że mam być spokojny i nie wszczynać awantury. Ojciec zdradził ją siedemnaście lat temu, gdy ja byłem jeszcze niemowlakiem. Niecały rok później na świat przyszedł on - zakała rodziny. A kilka miesięcy po nim urodziła się Vittoria.
Niedobrze mi się robi, gdy pomyślę, że mój ojciec, szanowany i najpotężniejszy boss nowojorskiej Cosa Nostry, miał w domu kochającą, oddaną i piękną kobietę, a i tak dymał dziwki, a jednej z nich zrobił bachora.
Zaciskam pięści pod wpływem gniewu, który narasta wewnątrz mnie, napinam mięśnie, gotów do rozwalenia głowy ojcu - tu i teraz. W tej chwili nienawidzę tego człowieka - za ból wyrządzony mojej matce, kobiecie, którą kocham i szanuję.
Mama zamyka oczy i wzdycha z rezygnacją, pokonana, bezsilna, złamana. Widząc, w jakim jest stanie, biorę głęboki oddech i rozluźniam dłonie. Nie zrobię nic głupiego ze względu na nią i Vittorię. Działania podejmowane pod wpływem impulsu oraz w gniewie nigdy nie są korzystne. Jako przyszły boss mafii muszę panować nad emocjami, a nie za dobrze mi to idzie, ponieważ jestem porywczy. Wściekłość to zły doradca, staram się o tym pamiętać, lecz gdy chodzi o matkę bądź siostrę, wybucham niczym dynamit z krótkim lontem.
- Witaj w rodzinie, Arturo - mówię, siląc się na neutralny ton, po czym wychodzę z domu.
Audrey
Będę tęsknić za Palermo oraz Sycylią - tą, którą była kiedyś, zanim mafia wyszła na ulice. Właściwie to już tęsknię, gdy widzę zgiełk panujący w Nowym Jorku. Inne otoczenie i ten wieczny pośpiech. Nie wiem, czy kiedykolwiek odnajdę się w tym wielkim mieście, czy nauczę się tu żyć i znajdę swoje miejsce. Boli mnie serce, zostawiłam za sobą dom, przyjaciół, rodzinę i beztroskie życie, o jakim marzą wszyscy turyści przybywający na Sycylię. Zostałam wyrwana z idealnego świata nastolatki, odebrano mi poczucie bezpieczeństwa...
Wiem, że przeprowadzka była konieczna. Śmierć mojego taty odcisnęła na nas ogromne piętno, a Sycylię uczyniła wyspą trupów, zła i rozlewu krwi. Odkąd dokonano zamachu na sędziego, nasz świat legł w gruzach, nie zostały po nim nawet fundamenty.
Wpatrując się w mijane drapacze chmur, dyskretnie wycieram dłonią łzy z twarzy, po czym spoglądam na Annikę, siedzącą po mojej prawej na tylnym siedzeniu czarnego SUV-a marki BMW. Na jej obliczu maluje się tak wiele emocji, iż nie jestem w stanie odczytać, które uczucie dominuje. Jej twarz jest mokra od łez, wykrzywia ją także grymas, który znika w chwili, gdy Annika dostrzega moje spojrzenie.
- Co się gapisz? - warczy przez zaciśnięte zęby.
Nie odpowiadam od razu, po prostu na nią patrzę i zastanawiam się, jak to możliwe, że ta dziewiętnastoletnia dziewczyna rozsypała się w drobny mak, przecież ona jako starsza powinna być silniejsza. Wiedziała o wielu sprawach, o których ja nie miałam pojęcia, miała świadomość, z czym wiązała się profesja taty po tym, jak dołączył do zespołu antymafijnego. Czy to nie ja powinnam wyć do księżyca niczym wilk, bo to mnie utrzymywano przez lata w błogiej nieświadomości, a potem zrzucono na mnie bombę o tak wielkiej sile rażenia, iż odebrała mi wiarę w cokolwiek? A najbardziej we własną matkę i siostrę, jedyne osoby, jakie pozostały ze mną na ziemi. Obie mnie zdradziły, obie mi nie zaufały, tłumacząc to moim dobrem. Jakim dobrem, do jasnej cholery, skoro moje życie także rozjebało się na kawałeczki? Odebrano mi ojca, kochanego tatusia, stróża, przyjaciela, nauczyciela i powiernika sekretów. Odebrano mi rodzica, część serca, męską postać, która powinna trwać przy mnie przez najbliższe kilkadziesiąt lat i prowadzić przez życie, wskazywać dobre i złe drogi, a gdy zbłądzę, pójść za mną i mnie nawrócić. Kto teraz będzie to robił? Kto będzie moim aniołem stróżem?
Tato! Tak bardzo cię kocham i potrzebuję...
- Weź się w garść. Jesteś dorosła, a zachowujesz się jak niedojrzała gówniara. Nie tylko ty cierpisz, więc opanuj się i przestań mazgaić. Zapomniałaś, że nikt nie może wiedzieć, kim jesteśmy i skąd pochodzimy? - mówię.
Wpatrując się we mnie z osłupieniem, z otwartymi z szoku ustami, Annika kręci lekko głową, matka zaś posyła mi mordercze spojrzenie z przedniego siedzenia. Natomiast na twarzy kierowcy błąka się lekki uśmiech, który utwierdza mnie w przekonaniu, że mój wybuch był uzasadniony i Annice potrzebny był kubeł zimnej wody.
Siostra wyciera twarz chusteczką, wydmuchuje w nią nos i milczy. Ja także. Obie odwracamy się do okna i zatapiamy się w swoich myślach przy akompaniamencie muzyki odtwarzanej z samochodowego radia.
Annika nigdy więcej już nie płacze.
Salvatore
Siedzę na werandzie przed domem i bawię się scyzorykiem, w myślach powtarzając to, co powiedział mi ojciec: "Salvatore, to twój przyrodni brat Arturo. Przyjąłem go do rodziny. Od dzisiaj zamieszka z nami".
Mam żal do ojca, że u progu mojej dorosłości zrzuca na mnie bombę w postaci swojego nieślubnego dziecka, które w dodatku wprowadza do naszej rodziny. Zdradził matkę, najukochańszą kobietę w moim jebanym życiu, i ten fakt najmocniej mnie poruszył. Co ja mówię, wkurwiłem się, gniew kipiał w każdym zakamarku mojego ciała, lecz musiałem stłumić emocje, bo nie wolno mi ich okazywać. Siedzę więc na tej pieprzonej werandzie, obracam w dłoniach scyzoryk i zastanawiam się, czy ja także kiedyś będę taki jak ojciec.
Nie chcę taki być. Zbyt wiele widziałem przez wszystkie lata dzieciństwa, wiem, jak brutalna i wyrafinowana potrafi być mafia. Mój ojciec zawsze stawiał tę organizację ponad wszystkim innym. Nieważne, co się działo, gdy mafia go potrzebowała, rzucał to, wychodził z domu i zaszywał się gdzieś na obrzeżach Nowego Jorku na kilka dni, aż sprawa nie została rozwiązana, a na ulicach nie polała się krew.
Mam być tego częścią, ba, jestem zmuszony być tego częścią, więc ojciec przekazuje mi mafijne wartości od najmłodszych lat, planuje moją przyszłość co do joty, nawet wybrał już dla mnie żonę. Jednak nie wszystko można w życiu, zwłaszcza czyimś, zaplanować.
Ciężarówka firmy AGS, parkująca na podjeździe sąsiedniego domu, przykuwa moją uwagę. Zwłaszcza że dom od dłuższego czasu stoi pusty i jakoś nie było do tej pory chętnych na jego wynajem bądź zakup. Zapewne kwota haraczu, jaką kazał zapłacić mój ojciec, już na wstępie odstraszała zainteresowanych najemców. Dlatego tym bardziej jestem ciekawy nowych sąsiadów. Wstaję i wsuwam scyzoryk w kieszeń spodni jeansowych, po czym zeskakuję z werandy i podchodzę do samochodu.
Nowi lokatorzy, niczego nieświadomi, zdążyli już wejść do wnętrza domu, który ma stać się ich miejscem na ziemi, bezpieczną przystanią. Na poczekaniu dochodzę do wniosku, że nie są z Nowego Jorku, jeżeli wybrali naszą dzielnicę. Nikt przy zdrowych zmysłach by tego nie zrobił, nikt nie wszedłby na teren rodziny Costello bez uprzednio zapłaconego haraczu. Ojciec nie wspominał, że będziemy mieli sąsiadów, więc wnioskuję, że nic nie wie o nowych najemcach. To się zdziwi, gdy mu przekażę najświeższe informacje. Ale najpierw podroczę się trochę z sąsiadami, zanim ojciec wkroczy na ich posiadłość i ujawni, na czyim terytorium zamieszkali.
Zmieniam zdanie, gdy dostrzegam JĄ. Otwieram szeroko oczy ze zdumienia, bo dziewczyna jest jak objawienie, jak anioł - zesłany na ziemię przez Boga - w postaci pięknej nastolatki o jasnych włosach, atrakcyjnym, powabnym ciele i uśmiechu, który przyspiesza bicie mojego skostniałego serca. Oddycham nierówno, w piersi mi dudni, w ustach zasycha. Czuję się tak, jakbym doznał szoku, zresztą chyba to właśnie się wydarzyło. Będąc na haju i nie zastanawiając się nad konsekwencjami, prostuję się i podchodzę do anioła w ludzkiej skórze. Stoi do mnie tyłem i wypina tyłek, sięgając po pudło podpisane: Audrey. Mimowolnie oblizuję spierzchnięte usta i wyciągam ręce, zabierając od niej karton.
- Pomogę ci - szepczę, pochylając się nad nią.
Wzdryga się i wciąga głośno powietrze, robiąc przy tym wielkie oczy.
- Nie trzeba, dam sobie radę - mówi wystraszona, próbując wyrwać z moich rąk swoją własność. Chce mnie spławić, ale ja się nie dam.
- Pomogę - naciskam, uśmiechając się przyjaźnie. - Będziemy sąsiadami, więc zapewne nie raz i nie dwa będę ci w czymś pomagać. Nie bądź uparta i pozwól sobie pomóc, zwłaszcza że tego chcę - wyjaśniam, siląc się na uprzejmy ton, mimo iż tracę cierpliwość. Nikt nigdy mi się nie sprzeciwia, więc jestem rozdrażniony.
Wpatruje się we mnie przez chwilę, wciąż trzymając dłonie na kartonie. Wykorzystuję moment jej nieuwagi i nakrywam je swoimi. W popłochu przenosi spojrzenie z mojej twarzy na nasze ręce. Ciepło, jakie od nich emanuje, jest jak porażenie prądem. Czuję się, jakby przez moje ciało przeszedł impuls i postawił wszystkie włoski na baczność.
Dziewczyna przełyka ślinę i spogląda mi w twarz. Nie jestem pewien, ale ona chyba dyszy. To daje mi potwierdzenie, iż poczuła to, co ja. Iskry pod skórą, ciepło dłoni i przyspieszone bicie serc.
- Skoro tak bardzo ci zależy, to nie będę odbierać ci tej przyjemności, chojraku - mówi oschle, jednocześnie gwałtownie oswobadzając ręce, jakby się właśnie oparzyła. Odwraca się z rumieńcami na policzkach i rusza przed siebie, a ja za nią jak jakiś pieprzony kundel.
Cóż, w jakiś sposób czuję się jak on. Angelo1 roztacza wokół siebie aurę, która przyciąga mnie jak magnes. Wchodzę za nią do domu i już wiem, że będę tu częstym gościem. Sądzę też, że nadejdzie dzień, w którym pożałuję nawiązania z nią znajomości.
Ta piękna dziewczyna będzie cierpieć, lecz mimo tych dziwnych uczuć nie umiem i nie chcę się wycofać. Kości zostały rzucone, trzeba wyłożyć karty na stół i rozkochać w sobie anioła, a potem...
Audrey
Prawdopodobnie każda mała dziewczynka marzy o miłości od pierwszego wejrzenia. Nie jestem pewna, czy i ja o niej marzyłam, lecz wiem, że nie do końca w nią wierzyłam. Jednak teraz, gdy doświadczyłam na własnej skórze elektryzującego uczucia, śmiem twierdzić, iż jestem w stanie uwierzyć nie w miłość, lecz eksplozję emocji, motylki w brzuchu i zauroczenie. Bez wątpienia chłopak oferujący mi pomoc przy noszeniu pudeł zauroczył mnie, oczarował. Czym? Swoim uporem, ale też hipnotyzującym spojrzeniem i uśmiechem, którym czaruje zapewne wiele dziewczyn.
Jest pierwszą poznaną przeze mnie osobą w Nowym Jorku, w dodatku, jak wspomniał, sąsiadem, więc mimo iż z początku nie chciałam przyjąć jego pomocy, doszłam do wniosku, że dobra komitywa z sąsiadami to świetny start. Kto wie? Może zostaniemy przyjaciółmi i to on pomoże mi zaaklimatyzować się oraz zapomnieć o wydarzeniach, które przywiodły tutaj naszą trójkę?
W głębi duszy na to liczę.
Chłopak o niebieskich oczach stawia pudło na podłodze w salonie i uśmiecha się do mnie zalotnie. Czuję, że się rumienię, choć rzadko mi się to zdarza. Co więcej - gdy patrzy na mnie z błyskiem w oczach, płonę cała, w efekcie czego jestem mokra na plecach, dłoniach, karku.
Moja matka mierzy chłopaka podejrzliwym spojrzeniem i kieruje wzrok na mnie, czekając na wyjaśnienia.
- Mamo - zaczynam i uśmiecham się - to nasz sąsiad, który zaoferował swoją pomoc przy wnoszeniu rzeczy - informuję, zdając sobie sprawę, że jeszcze nie poznałam jego imienia.
Wyciąga dłoń w stronę mojej rodzicielki, oczywiście z tym czarującym uśmiechem na twarzy.
- Miło mi poznać nowych sąsiadów. Nazywam się Salvatore Costello i mieszkam w domu obok - recytuje uprzejmie i ściska rękę mojej mamy.
- Caterina, mama Audrey i Anniki - informuje oschle, z dystansem.
Gdybym jej nie znała, uznałabym, że jest wrednym babskiem.
Mam nadzieję, że Salvatore tak nie pomyśli, bo jeśli tak, to nasza znajomość szybko może przejść do historii.
- Idziemy po resztę? - pyta mnie Sal, wskazując głową na ciężarówkę.
Przytakuję i tym razem to ja podążam za nim, oddychając głęboko i czując baczne spojrzenie matki na plecach. Dzielą mnie od niego trzy kroki, ale one wystarczą, by złapał za kolejne pudło i skierował się do domu, nie czekając na mnie. Marszczę brwi w konsternacji. Skąd on, do licha, wie, które kartony należą do mnie? Stoję w miejscu i czekam, aż do mnie podejdzie.
- Skąd wiesz, które pudła są moje? - pytam, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.
Chłopak uśmiecha się przebiegle, a jego niebieskie oczy lśnią z rozbawienia.
- Są podpisane - stwierdza i rusza naprzód, by zanieść kolejny karton.
Łapię go za ramię, żeby się zatrzymał.
- No tak, ale skąd wiesz, że akurat te są moje? - Wskazuję na imię.
- Sądzę, że nie zawracałabyś sobie głowy rzeczami siostry. Imię twojej matki to Caterina, więc Annika to musi być twoja siostra.
Aż tak to widać? Jestem aż tak przewidywalna? A on taki spostrzegawczy? Ma jakiś siódmy zmysł obserwacji czy jak? Chłopcy w jego wieku raczej nie zwracają uwagi na takie szczegóły, a już na pewno nie mają w głowie tyle rozumu, by połączyć jedno z drugim.
Opieram dłonie o biodra, unoszę brwi skonsternowana i mówię:
- Ach, tak?
Uśmiecha się półgębkiem i potakuje głową. Wzdycham, przewracam oczami, biorę kolejne pudło i zanoszę je do środka.
1 Anioł. Wszystkie przypisy pochodzą od autorki.