Syndrom mamusi - Magdalena Adaszewska, Jacek Masłowski

-
Proszę czekać

Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy

Praca nad książką Syndrom mamusi zaczęła się od rozmów i pytań. Takich, które zostają z człowiekiem na długo. Od lat rozmawiam z ludźmi i opisuję ich doświadczenia. Z każdą kolejną historią coraz mocniej utwierdzałam się w przekonaniu, że dorosłość bardzo często jest opowieścią o dzieciństwie. To, czego doświadczyliśmy na początku, wpływa na nasze wybory, relacje i sposób, w jaki kochamy - nawet wtedy, gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy.

W tych rozmowach powracał temat relacji syna z matką. Relacji nierzadko dobrej i bezpiecznej, dającej siłę. Czasem jednak bolesnej, pełnej napięć, niedopowiedzeń i ran. Niezależnie od tego, jaka była, ma wpływ na to, w jaki sposób syn - dorosły mężczyzna - tworzy bliskość, przeżywa miłość, rozumie samego siebie i buduje swoje życie.

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej rozmawiam z psychoterapeutą Jackiem Masłowskim, który pomaga zrozumieć, jak rodzi się więź między matką a synem i jaki wpływ ta więź może mieć na jego dorosłe życie. W drugiej oddaję głos mężczyznom. Ich historie pokazują, że to, co wydarzyło się na początku, często jeszcze długo wybrzmiewa w dorosłości - w miłości, bliskości, samotności, rodzicielstwie i codziennych wyborach.

Mam córkę. Nie wiem, jak to jest być matką chłopca. Dlatego z ogromną ciekawością i uważnie słuchałam historii mężczyzn, którzy zdecydowali się opowiedzieć o swoim dzieciństwie, relacjach z matką i drodze, którą musieli przejść, by lepiej zrozumieć samych siebie. To szczere, poruszające i bardzo trudne opowieści.

Dziękuję wszystkim bohaterom tej książki za zaufanie, odwagę i gotowość do rozmowy o sprawach, o których wielu mężczyznom wciąż trudno jest mówić. Tym bardziej jestem wdzięczna, że zgodzili się podzielić swoimi doświadczeniami - również tymi najbardziej bolesnymi. Wierzę, że ich historie staną się dla wielu osób nie tylko źródłem refleksji, ale także nadziei. Pokazują, że nawet jeśli dzieciństwo zostawia głębokie ślady, to nie jest wyrokiem. Można lepiej zrozumieć własne schematy, nauczyć się stawiać granice, odzyskać siebie i krok po kroku budować życie na własnych zasadach.

Niektóre tematy powracają w tych opowieściach. To świadomy zabieg. Jedno doświadczenie z dzieciństwa może jednocześnie wpływać na sposób budowania związków, przeżywania bliskości, poczucie własnej wartości, rodzicielstwo czy karierę. Wracamy więc do tych samych wątków z różnych perspektyw, by pokazać, jak silnie przenikają się poszczególne obszary i jak często wyrastają z tych samych korzeni.

Syndrom mamusi to książka nie tylko dla mężczyzn. Pisałam ją również z myślą o matkach, partnerkach, żonach, siostrach i córkach. O wszystkich kobietach, które chcą lepiej zrozumieć świat mężczyzn, ich emocje, lęki i potrzeby. Książka jest zaproszeniem do spojrzenia wstecz - nie po to, by kogokolwiek osądzać i rozliczać, lecz w celu lepszego zrozumienia siebie - bez szukania winnych. Jest próbą zrozumienia mechanizmów, które realnie wpływają na życie dorosłego syna. Mam nadzieję, że dzięki niej łatwiej będzie nazwać własne emocje, ukryte schematy i traktować siebie z większą łagodnością. Bo choć przeszłości nie da się zmienić, to można zmienić jej wpływ na teraźniejszość. I dać początek zupełnie nowej historii.

Magdalena Adaszewska

Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy

Od kilkunastu lat siadają w moim gabinecie doroś­li mężczyźni. Wielu z nich to z pozoru ludzie sukcesu. Zrobili karierę, mają rodzinę, osiągnęli stabilność finansową. A jednak, gdy zamykają się drzwi, maska opada. Zostaje pustka, lęk przed bliskością, chroniczne zmęczenie albo trudna do zrozumienia złość. Szukają przyczyn w tempie życia, w presji współczesnego świata, w konfliktach z partnerkami. I choć źródła męskich kryzysów bywają złożone, to w przypadku ogromnej części moich pacjentów - szczególnie tych, którzy wychowywali się bez aktywnego udziału ojca - powraca wyraźny wzorzec. Kiedy zaczynamy rozplątywać tę życiową układankę, docieramy do znamiennego fundamentu. Do pierwszej matrycy relacyjnej - do relacji z matką, w której zabrakło równoważącej i oddzielającej obecności mężczyzny.

Żyjemy w czasach, w których całe pokolenia chłopców dorastały w domach, gdzie ojciec był wielkim nieobecnym. Zostali wychowani głównie lub wyłącznie przez kobiety. To właśnie ci mężczyźni mierzą się dziś z potężnym wyzwaniem tożsamościowym. Często czując dojmujący "głód ojca" i brak jasnych męskich wzorców, uciekają w skrajności radykalnej manosfery, szukając tam cyfrowych autorytetów. Inni zatrzymują się w połowie drogi do dorosłości, zasilając statystyki dotyczące gniazdowników niezdolnych do opuszczenia bezpiecznej, ale dusznej orbity matczynych wpływów.

Ta książka jest owocem moich doświadczeń wyniesionych z pracy z mężczyznami i obserwacji zmian w polskim społeczeństwie. Zdecydowałem się ją napisać nie po to, by stawiać uproszczone diagnozy, oskarżać matki czy przerzucać na kobiety odpowiedzialność za męskie zmagania. To byłoby niesprawiedliwe, a wręcz szkodliwe. Napisałem ją po to, abyśmy mogli wreszcie uczciwie nazwać i zrozumieć ukryte mechanizmy, które nieświadomie odtwarzamy w naszych domach i związkach.

Znajdziecie tutaj analizy zjawisk takich jak parentyfikacja, lękowe style przywiązania czy konsekwencje przedłużającej się symbiozy. Ale przede wszystkim znajdziecie tu prawdziwe historie. Opowieści konkretnych mężczyzn, z którymi pracowałem. Ludzi, którzy musieli zmierzyć się z bólem braku ojca, zrozumieć ciężar oczekiwań swoich matek i podjąć niełatwy proces budowania własnej autonomii. Ich losy, momenty załamania i drogi do odzyskania sprawczości to lustro, w którym wielu Czytelników będzie mogło się przejrzeć.

Zapraszam do lektury każdego mężczyznę, który czuje, że utknął w starych schematach i szuka drogi do pełnej dojrzałości. Zapraszam również Was, kobiety - matki, które chcą mądrze wspierać rozwój synów, oraz partnerki pragnące zrozumieć, z czym mierzą się bliscy im mężczyźni. Z myślą o Was powstał specjalny rozdział będący zaproszeniem do dialogu.

Droga pełnej świadomości i autonomii bywa wyboista. Wymaga konfrontacji z przeszłością i porzucenia utartych ścieżek. Ale jest to jedyna droga do prawdziwej wolności i zdrowych relacji.

Zróbmy ten pierwszy krok wspólnie.

Jacek Masłowski

To prawda, że relacja z matką wpływa na całe życie mężczyzny?

Tak. I to znacznie bardziej, niż większość z nas przypuszcza. Ta relacja zostawia ślad, który później widać w wielu obszarach życia - w tym, jak mężczyzna myśli, radzi sobie z emocjami, buduje relacje. Ale nie tylko. To jest coś głębszego, bo kształtuje jego poczucie siebie. To, czy czuje, że ma prawo być, że jest wystarczający, że może zaufać światu i innym ludziom. W pewnym sensie ta pierwsza relacja staje się takim wewnętrznym punktem odniesienia. Czymś, przez co później filtrujemy każde doświadczenie.

Czyli to nie dotyczy tylko związków z kobietami?

Nie. Związki są tylko najbardziej wyraźnym przykładem. Ale ten wpływ widać też w podejmowaniu decyzji, poczuciu własnej wartości, w tym, czy ktoś idzie przez życie odważnie, czy raczej się wycofuje, czy ufa sobie, czy ciągle potrzebuje potwierdzenia z zewnątrz.

Kiedy ten wpływ się zaczyna?

Już w okresie prenatalnym, jeszcze zanim dziecko się urodzi. To matka daje dziecku pierwsze środowisko życia, w jej ciele rozwija się jego reakcja na stres, poczucie bezpieczeństwa i pierwsze doświadczenie świata. To nie jest tylko metafora, są na to konkretne badania. Często zaczynamy rozmowę o wychowaniu od momentu narodzin. Tymczasem współczesne badania pokazują, że wszystko zaczyna się jeszcze wcześniej. Znacznie wcześniej. Jednym z najważniejszych opracowań opublikowanych w 2017 roku było wieloletnie badanie longitudinalne przeprowadzone przez zespół Ingrid Tung. Publikacja pełnych wyników tej kohorty ukazała się również w 2018 roku, dlatego często funkcjonuje ono pod nazwą "Tung i współpracownicy, 2018". Badanie objęło imponującą grupę 1711 par matka-dziecko, z czego niemal połowę, dokładnie 49,8 procent, stanowili chłopcy. Badacze analizowali między innymi poziom stresu psychicznego przyszłych matek, ich ambiwalencję wobec ciąży, poziom napięcia emocjonalnego i ogólny dobrostan psychiczny. Wykorzystano przy tym zaawansowaną metodę analizy klas ukrytych, czyli Latent Class Analysis, która pozwala wychwycić określone wzorce ryzyka i funkcjonowania psychicznego. Wyniki wyszły bardzo ciekawe. Okazało się, że u chłopców silny wpływ na późniejszy rozwój objawów lękowych i depresyjnych mają już same warunki w życiu prenatalnym. Innymi słowy: organizm chłopca bardzo wcześnie zaczyna reagować na klimat emocjonalny, w jakim się rozwija.

To jest dla wielu ludzi trudne do przyjęcia, bo lubimy myśleć, że psychika zaczyna się dopiero wtedy, gdy pojawiają się świadomość, słowa, pamięć. Tymczasem rozwijający się układ nerwowy reaguje dużo wcześniej.

Badacze sugerują wręcz istnienie czegoś, co można nazwać krytycznym oknem wrażliwości. To moment bardzo intensywnego rozwoju mózgu, neurogenezy i budowania podstawowych struktur odpowiedzialnych później za regulację emocji oraz reakcję na stres. I nie chodzi o to, że kobieta w ciąży nie może przeżywać trudnych emocji. Każdy człowiek doświadcza napięć, lęku czy spadku nastroju. Problemem nie jest pojedynczy stres, tylko chroniczne przeciążenie psychiczne, samotność, brak wsparcia i długotrwały stan mobilizacji organizmu. Zobacz, jak to się łączy z tym, o czym rozmawialiśmy wcześniej. Jeśli kobieta jest sama ze swoimi emocjami, jeśli nie ma obok wspierającego psychicznie partnera, jeśli cały ciężar życia spada na nią, to jej organizm jest w stanie ciągłego napięcia. A rozwijający się chłopiec jest niejako zanurzony w tym środowisku.

Dziecko jeszcze przed narodzinami zaczyna odbierać świat?

Tak. Oczywiście nieświadomie. Ale jego układ nerwowy bardzo wcześnie zbiera informacje: czy świat jest bezpieczny, czy jest chaos, czy jest napięcie, czy jest regulacja, czy jest wsparcie. I później może to mieć ogromny wpływ na reakcję na stres u małego dziecka, nastolatka i dorosłego mężczyzny. To zresztą niezwykle ważne odkrycie, bo pokazuje nam kwestię fundamentalną: wychowanie nie zaczyna się od metod, lecz od środowiska emocjonalnego, w którym rozwija się dziecko. Nawet wtedy, kiedy jeszcze nie zna słów. Czyli okazało się, że w przypadku mężczyzn kluczowe znaczenie dla późniejszego rozwoju objawów depresyjno-lękowych mają silne bodźce stresowe już na wczes­nym etapie życia płodowego.

W jaki sposób przeżycia ciężarnej kobiety mogą wpływać na dziecko?

Stan emocjonalny matki, jej napięcie, stres - to wszystko nie pozostaje bez wpływu. Co ciekawe, badania kliniczne pokazują, że chłopcy są biologicznie i neurologicznie wrażliwsi na jakość wczesnej relacji z matką niż dziewczynki, w których przypadku większe znaczenie mają doświadczenia już po urodzeniu, we wczesnym dzieciństwie. Zatem życie prenatalne może mieć szczególnie silny wpływ na późniejszą wrażliwość emocjonalną chłopców. Ważne są bodźce, na jakie narażona jest kobieta na bardzo wczesnym etapie ciąży. Jeśli wówczas przeżywa silny stres, na przykład z powodu porzucenia, przemocy fizycznej lub psychicznej, silnego lęku o bezpieczeństwo, przyszłość, o to, czy poradzi sobie dalej, to w jej organizmie pojawia się napięcie, zmienia się gospodarka hormonalna. To, co przeżywa, zapisuje się w dziecku, które w takim środowisku się rozwija. Czyli to, co dzieje się z matką w ciąży, może w przypadku chłopców silniej odcisnąć się na ich późniejszym życiu.

Matka to najczęściej pierwsza osoba, z którą dziecko tworzy więź.

Owszem, zwykle to właśnie matka jest taką najważniejszą osobą.

W psychologii istnieje fachowy termin: pierwszy obiekt przywiązaniowy. Brzmi technicznie, nawet chłodno, ale chodzi o coś prostego, otóż na bazie tej relacji powstaje fundament emocjonalny dziecka. To w tej pierwszej relacji dziecko uczy się, czym jest bliskość, bezpieczeństwo, reakcja na jego potrzeby. I badania wyraźnie to pokazują - jakość tej więzi ma ogromne znaczenie dla dalszego rozwoju.

Aż trudno uwierzyć, że to, co przeżywa matka w ciąży, może przyczynić się do depresji dorosłego syna.

Może mieć na nią wpływ. Nie bezpośrednio, ale jako jeden z ważnych czynników. Ta pierwsza relacja - to, ile jest w niej poczucia bezpieczeństwa, dostępności, stabilności - może zwiększać albo zmniejszać podatność na trudności emocjonalne w przyszłości. Budowanie relacji - zarówno przez mężczyzn, jak i przez kobiety - radzenie sobie z bliskością, to, czy czujemy się dobrze sami ze sobą, w dużej mierze ma związek z naszą matrycą relacyjną.

Co to jest?

To taki pierwszy wzorzec relacji, który powstaje bardzo wcześnie. Najczęściej właśnie w kontakcie z matką jako pierwszym opiekunem. Dziecko się wtedy uczy, czy relacja wiąże się z bezpieczeństwem, czy z napięciem; czy można komuś zaufać, czy lepiej zamknąć się w sobie. To jest ważny fundament i punkt odniesienia, do którego często nieświadomie wracamy w późniejszym życiu. Chcę podkreślić, że to nie jest jeden moment, tylko proces.

Czy można powiedzieć, że matka jest dla syna wzorcem kobiety?

Jest pierwotnym wzorcem kobiecości. Najpierwszym z pierwszych. To właśnie z niego bierze się obraz kobiety w ogóle. Kiedy pracujemy z mężczyznami podczas warsztatów w kontekście relacji, często wychodzi na jaw, jak głęboko mają w sobie zapisany pewien wizerunek kobiety. To jest sposób, w jaki je postrzegają, jak reagują na ich bliskość, jak interpretują ich zachowania. W ogromnej większości ten wzorzec pochodzi właśnie z relacji z matką. Dla każdego mężczyzny matka jest pierwszą kobietą, z którą miał kontakt. To przy niej uczył się, czym jest kobiecość. Jak wygląda bliskość z kobietą, jak reagować na jej emocje. I ten pierwszy obraz zostaje bardzo głęboko zapisany.

A co się dzieje, jeśli matki nie było?

To są trudniejsze przypadki, ale stosunkowo rzadkie. Bywają konsekwencją śmierci, ciężkiej choroby albo emocjonalnej nieobecności matki, na przykład z powodu depresji. I wtedy ten brak też staje się wzorcem. Syn nie uczy się relacji na podstawie tego, co otrzymał, lecz tego, czego zabrakło. Nie poznaje, jak wygląda bliskość, ale nabiera przekonania, że jej nie ma, a on ze swoimi emocjami zostaje sam. A potem jako dorosły mężczyzna często nawet nie wie, czego mu brakuje, tylko czuje, że coś jest nie tak. Może mieć trudność z bliskością, która jest dla niego czymś obcym. Szuka jej za wszelką cenę albo jej unika, ponieważ nie zna bliskości, która daje poczucie bezpieczeństwa. Jeśli na początku nie było relacji, to później nie ma do czego się odnieść. Jest tylko próba stworzenia czegoś, czego nigdy wcześniej się nie znało.

A kiedy relacja z matką jest dobra i dla syna oznacza poczucie bezpieczeństwa?

Kiedy matka jest responsywna, czyli widzi dziecko i rozpoznaje jego potrzeby, na które adekwatnie reaguje. Kiedy syn płacze, próbuje zrozumieć, czego on potrzebuje. Kiedy się boi, uspokaja go. Kiedy szuka kontaktu, jest dostępna. Chłopiec zaczyna nabierać przekonania, że świat jest bezpieczny. Gdy dostaje opiekę, napięcie u niego się obniża i syn uczy się, że nie jest sam. To doświadczenie zaczyna się w nim zapisywać. Z czasem umacnia się w nim poczucie, że świat jest bezpiecznym miejscem.

A jeśli tego nie ma?

Jeśli matka jest wycofana, lękowa albo - w najtrudniejszych przypadkach - przemocowa, to dziecko dostaje instrukcję obsługi świata, która jest pełna błędów, nieczytelna. Zamiast bezpieczeństwa pojawia się napięcie. Zamiast odpowiedzi i spokoju - brak, chaos, niepewność. Dziecko uczy się że świat stanowi zagrożenie, a bliskość może ranić albo jej w ogóle nie ma. I to zapisuje się w nim na przyszłość. Syn szuka potwierdzenia swojej ważności w oczach matki i jeśli go tam nie znajduje, szuka go gdzie indziej. Często przez całe życie.

Mówisz o tym, że w oczach matki dziecko szuka potwierdzenia, że jest ważne. Jak głęboko to sięga?

Bardzo głęboko, czasem aż do poziomu istnienia. Kiedyś na warsztatach pewien mężczyzna opowiedział mi swoją historię. Poszedł do terapeutki z powodu trudności w relacjach. Na pierwszy rzut oka dość typowych: dystans, wycofanie. W trakcie pracy zaczęło jednak wychodzić coś dużo głębszego. Okazało się, że urodził się w trudnych okolicznościach - doświadczył śmierci klinicznej. To był poród kleszczowy. Jego matka miała silny krwotok, była w stanie krytycznym. Zaraz po porodzie został od niej oddzielony i przez pierwsze tygodnie życia nie miał z nią kontaktu. Z perspektywy dorosłego człowieka to może wyglądać jak sytuacja medyczna, ale dla noworodka oznaczała ona całkowity brak relacji - spojrzenia, obecności, czułości, odpowiedzi. W terapii ujawniło się coś pierwotnego: nie tylko lęk przed odrzuceniem, ale wręcz lęk przed zniknięciem. Ten mężczyzna ma unikający styl przywiązania oparty na granicznym lęku, najtrudniejszym ze wszystkich, bo to jest lęk nawet nie przed śmiercią, lecz przed brakiem istnienia.

Jak to się objawiało?

Zapytany o wspomnienia z dzieciństwa z matką mówił terapeutce, że ma taką wizję: leci samolotem, patrzy przez okno i widzi chmury, które zakrywają to, co jest pod spodem. To był komunikat, że pod spodem jest ukryte coś bardzo trudnego emocjonalnie. W dalszej pracy opowiadał terapeutce, że często ma wrażenie, jakby znajdował się w absolutnej czerni, pustce, w której nie ma nic, i czuje, że coś silnie go ściska. To ścis­kanie to był najprawdopodobniej becik, w jakie kiedyś zawijało się niemowlaki. I w tej czerni nagle pojawiają się oczy, które na niego patrzą. Opowiadał o tym terapeutce, a ona, patrząc mu prosto w oczy, zapytała: "Co mogę dla ciebie zrobić?". Odpowiedział odruchowo: "Tylko nie zamykaj oczu". Samo to, że na niego patrzyła, dawało mu pewność, że on w ogóle istnieje. Gdyby zamknęła oczy, on by zniknął - taki to jest rodzaj lęku. Ten przykład pokazuje, że w oczach matki syn poszukuje najpierw potwierdzenia, że w ogóle istnieje, a dopiero potem, że jest kimś ważnym.

Jak taki lęk wygląda później, w dorosłym życiu, w relacjach?

Bardzo różnie. Mężczyzna może mieć problem z bliskością. Może się wycofywać, kiedy relacja zaczyna być ważna, albo wymagać dużo przestrzeni, choć często nie rozumie, skąd wynika ta potrzeba. Albo prze­ciw­nie, może intensywnie szukać potwierdzenia, bliskości, uwagi, obecności. Jakby ciągle sprawdzał, czy ta druga osoba naprawdę jest. Rzadko łączy to z relacją z matką. Mówi raczej: "boję się zaangażowania", "potrzebuję więcej przestrzeni", "nie potrafię stworzyć trwałego związku", "ciągle potrzebuję zapewnień", "boję się, że ktoś mnie zostawi" albo "czuję się niewystarczający". A pod tym zwykle kryje się coś głębszego - lęk, że kiedy ktoś przestaje być dostępny, coś się rozpada. Nie tylko relacja, ale też coś w środku. Dlatego dla niektórych mężczyzn bliskość nie jest niczym prostym ani naturalnym. Wiąże się z silnymi emocjami, ponieważ dotyka trudnych doświadczeń z wczesnego dzieciństwa.

Czy trudno to zmienić?

Bardzo, bo to nie jest tylko kwestia przekonań czy doświadczeń z dorosłości.

To jest coś, co powstało, zanim pojawiły się słowa. W tym okresie życia, tuż po urodzeniu, dziecko nie ma żadnych zasobów i potem w praktyce terapeutycznej nie ma z czym tego połączyć. Dlatego często jest to tak trudne do nazwania i jeszcze trudniejsze do zmiany.

Mówiłeś o spojrzeniu matki - jak duże ma znaczenie dla syna?

Ogromne! To jest jedno z pierwszych doświadczeń budujących tożsamość. Kiedy dziecko widzi, że ktoś na nie patrzy, dostaje fundamentalną informację: "Jesteś". A kiedy to spojrzenie zatrzymuje się na nim, kiedy jest w nim uwaga, obecność, wówczas pojawia się coś więcej: "Jesteś ważny".

Czyli to nie jest tylko kwestia bliskości, ale też poczucia własnej wartości.

Tak, to jest moment, kiedy to poczucie się tworzy. Jeśli dziecko doświadcza spojrzenia widzącego i reagującego, to ten fundament zaczyna się układać. Ale jeśli czułego spojrzenia nie ma, to powstaje pewien brak. I często w dorosłym życiu mężczyzna próbuje go uzupełnić. Może latami funkcjonować w taki sposób, że będzie starał się zasłużyć na akceptację kobiety, na jej uwagę i miłość. Jakby ciągle coś udowadniał, zabiegał o coś, czego kiedyś nie dostał. To nierzadko ma charakter nieosiągalnego ideału, tęsknoty za czymś absolutnym. Za bezwarunkową miłością: "Jesteś i to wystarczy".

To utrudnia budowanie relacji.

O tak, zdecydowanie. Dopóki ta potrzeba rządzi człowiekiem, trudno zbudować zdrową relację. To już nie jest spotkanie dwóch dorosłych osób, tylko próba zaspokojenia deficytów z przeszłości. Jeżeli ktoś nie poczuł, że jest ważny na początku życia, często próbuje to nadrobić przez całe życie.

Co dzieje się w kontaktach syna z matką po tych pierwszych doświadczeniach?

Pojawia się coś, co w psychologii nazywamy mechanizmem lustra i funkcją ekspresyjną. Brzmi to naukowo, ale chodzi o coś bardzo prostego i ważnego. W systemie rodzinnym to zazwyczaj matka odpowiada za budowanie ciepła i naukę empatii, bo na ogół to właśnie ona się nami opiekuje. Matka jest tą osobą, która reaguje na nasze zachowania. Jest blisko, karmi nas, odpowiada na nasze sygnały, a to sprawia, że staje się emocjonalnym lustrem. W praktyce wygląda to następująco: dziecko coś czuje - napięcie, głód, smutek - ale jeszcze nie wie, co to jest. I wtedy pojawia się matka. Reaguje, zauważa, pomaga nazwać.

Widzi, co dziecko przeżywa.

Tym samym wysyła mu pierwszy ważny komunikat: "To, co czujesz, jest prawdziwe". Bo ktoś to zobaczył. Druga rzecz jest jeszcze ważniejsza. Matka nie tylko widzi, ona też odpowiada. Stara się ukoić, rozładować napięcie. Na przykład mówi: "Widzę, że jest ci smutno, że jesteś głodny, że czegoś potrzebujesz". Dzięki temu dziecko zaczyna się uczyć, co się z nim dzieje. Można powiedzieć, że matka jest pierwszą osobą, która mu tłumaczy jego własne emocje. To, co ono czuje, staje się zrozumiałe dopiero wtedy, kiedy ktoś to dostrzeże i nazwie. Etap odzwierciedlenia jest niezwykle ważny.

Ma wpływ na późniejsze życie.

Ogromny. Bo jeśli ten proces przebiega prawidłowo, to dziecko uczy się rozumieć siebie. Ale jeśli tego zabraknie - jeśli matka nie widzi, nie reaguje, nie nazywa - to człowiek dorasta bez kontaktu z własnymi emocjami. Nie dlatego, że ich nie ma, tylko dlatego, że nigdy nie nauczył się, czym one są. Zanim nauczy się mówić o swoich emocjach, najpierw musi mieć kogoś, kto je u niego zobaczy. Mam takie wrażenie, że wielu mężczyzn jest nieodzwierciedlonych.

Nie umieją rozpoznać tego, co przeżywają?

Czują, że coś się w nich dzieje, ale nie potrafią tego określić, bo nikt tego wcześniej nie nazwał. Pracowałem kiedyś z mężczyzną nad eksplorowaniem emocji, na przykład strachu albo wstydu. Zadałem pytanie: "Co czujesz?". A on odpowiedział: "Nie wiem". Więc drążyłem: "Czy jesteś w stanie rozpoznać w ciele, gdzie czujesz to napięcie?". On opisał, że jest to ucisk albo coś w rodzaju promieniowania czy ciepła. Podpowiedziałem: "Okej, kiedy ja czuję coś takiego w tym miejscu, to w moim przypadku chodzi o smutek". Usłyszałem odpowiedź: "Aha, to może być smutek". Tak wygląda odzwierciedlenie: w pewnym sensie byłem lustrem dla tego mężczyzny, mówiłem: "Zobacz, to może wyglądać w ten sposób". To jest jak mapa. Pokazałem mu: "Tu się coś pojawia, tak to można nazwać". A on mógł przyjąć moje wytłumaczenie albo poszukać własnego.

Tego właśnie powinna nauczyć matka.

Matka podczas opieki nad nami, poprzez narrację, informuje, co się z nami dzieje. Idąc dalej, dzięki takiej postawie matki mamy szansę nauczyć się regulować własne stany wewnętrzne. Jeśli to lustro było czyste, adekwatne, to relatywnie szybko uczymy się siebie. Czyli budujemy coś w rodzaju samoświadomości, oczywiście na miarę danego etapu rozwoju. Nie mówimy tu o pełnej świadomości, takiej jak u doros­łych, lecz o podstawowym rozumieniu swoich emocji. Gdy patrzę na moje dzieci, widzę, że od dawna są w stanie nazywać emocje, jakie przeżywają. Nie mają z tym problemu. Właśnie dzięki temu, że zostały odzwierciedlone. Czyli ktoś - w tym przypadku ich mama - pokazywał im: "To, co czujesz, nazywa się tak i tak". To świetna baza do późniejszej konstruktywnej komunikacji.

A co się dzieje, kiedy matka nie reaguje spokojnie na emocje syna?

Jeżeli lustro jest krzywe, czyli matka reaguje złością albo lękiem na potrzeby dziecka, to ono uczy się tłumić emocje. I to nie jest tak, że dziecko świadomie decyduje: "Nie będę obciążać opiekuna". Na tym etapie życia nie ma jeszcze takiej refleksji. Jeśli wyraża emocje lub napięcie i w odpowiedzi spotyka się ze złością, lękiem albo odrzuceniem, to stopniowo uczy się, że okazywanie uczuć nie jest bezpieczne, dlatego się wycofuje. Nie robi tego świadomie. Jest to naturalny sposób przystosowania. Dziecko zauważa, że kiedy ukrywa emocje, łatwiej utrzymuje bliskość z matką, z tego powodu z czasem zaczyna je tłumić. Dopasowuje się, żeby ją chronić. Dotyczy to zwłaszcza trudnych emocji: złości, smutku, lęku. Jeśli syn widzi, że kiedy jest smutny, matka się załamuje, albo kiedy się złości, ona reaguje paniką lub odrzuceniem, to on buduje w sobie przekonanie, że lepiej tych uczuć nie okazywać. W dorosłym życiu ukrywa problemy, bezradność czy smutek, ale nie z lęku przed odrzuceniem. Tłumaczy: "Nie mówię o swoich problemach, bo nie chcę dodatkowo obciążać partnerki". Brzmi to dojrzale, odpowiedzialnie, ale często powodem jest stary mechanizm: jako dziecko nie chciał obciążać mamy, a teraz uważa, że jego emocje to za dużo dla drugiej osoby. Czyli nauczył się unikać ich okazywania, zamiast je regulować.

To dlatego w dorosłym życiu mężczyzna często ma trudność w nazywaniu tego, co czuje?

Mówi: "Nie wiem, co czuję" - tak, to częste. Naprawdę wielu mężczyzn nie ma kontaktu ze swoimi emocjami, co nie wynika z tego, że tych emocji nie ma, tylko z tego, że kiedyś nie było na nie miejsca. Pojawia się lęk przed ich ujawnianiem. Powodem jest głęboko zakorzenione przeświadczenie, że były zagrażające. A kiedy mówimy o pierwszych miesiącach życia, to chodzi o zagrożenie absolutne. Dla niemowlęcia brak reakcji lub odrzucenie ze strony opiekuna nie oznacza zwykłego dyskomfortu, lecz zagrożenie życia. Pamiętam taką historię z pracy terapeutycznej. Mężczyzna, jeszcze przed trzydziestką, był w relacji z kobietą. Kiedy wieczorem wychodziła na spotkanie ze znajomymi i zapadał zmrok, jego ciało zaczynało silnie reagować: zwijał się w pozycję embrionalną, cały się trząsł i doświadczał ataku paniki.

Skąd taka reakcja?

To był pierwotny lęk. Uruchamiał się głęboko zakorzeniony schemat: "Ona znika, jest ciemno, zostaję sam". I pojawia się panika: "Nie przetrwam, nie poradzę sobie". Co ważne - on nigdy jej tego nie powiedział. Bał się, że zostanie odrzucony, uznany za słabego, albo że ona pomyśli, że nią manipuluje. Więc milczał. Finalnie ich relacja się rozpadła. To, co się z nim działo, wcale nie jest rzadkie. Oczywiście nie chodzi o to, że wszyscy mężczyźni reagują aż tak silnie. Ale ten mechanizm, ten lęk jest dość powszechny: "Matka mnie opuści". Okazuje się, że istnieje coś takiego jak biologiczna podatność mężczyzn na jakość więzi. I tutaj wracamy do okresu prenatalnego i jego wpływu na możliwość rozwoju depresji i zaburzeń lękowych u młodych mężczyzn. Badania kliniczne pokazują, że chłopcy są biologicznie i neurologicznie bardziej wrażliwi niż dziewczynki na jakość wczesnej relacji z matką. Co ciekawe, w przypadku tak zwanej challenging mother-infant relationship, czyli trudnej relacji między matką a niemowlęciem, znacząco rośnie ryzyko problemów psychicznych u chłopców w późniejszym okresie, zwłaszcza podczas dojrzewania.

Matka jest nieobecna, wycofana, ma depresję. Jak reaguje syn?

Depresja powoduje wycofanie z relacji. Emocjonalnie niedostępna matka zapewnia opiekę na poziomie technicznym, można powiedzieć, że daje serwis, ale nie daje ciepła ani emocjonalnej obecności. A właśnie to ciepło jest na tym etapie życia kluczowe. Jeśli matka jest emocjonalnie niedostępna, to syn musi dopasować się do jej nastroju, żeby w ogóle utrzymać kontakt. Dziecko w naturalny sposób empatyzuje. I to dostrojenie się staje się jedyną formą bycia w relacji.

Co z tego zostaje w nim na później?

W takiej sytuacji jego naturalna energia zostaje zahamowana. Jako dorosły mężczyzna może czuć się odpowiedzialny za emocje kobiet, z którymi się wiąże. W jakimś sensie przejmuje ich stany. Bo tego się nauczył bardzo wcześnie. I tutaj znowu widać różnicę - u chłopców ten wpływ bywa szczególnie silny. Pierwsza relacja z matką jako głównym opiekunem tworzy coś, co nazywamy wewnętrznymi modelami operacyjnymi.

Co to znaczy?

To wewnętrzne wzorce, które zaczynają kształtować się już we wczesnym dzieciństwie. Na ich podstawie uczymy się, kim jesteśmy i czego możemy spodziewać się po innych. Po pierwsze: "Czy ja jestem godny miłości?". Po drugie: "Czy inni są dla mnie dostępni i mogę na nich liczyć?". Czyli mamy dwa obszary: model "ja" i model "inni". To jest zbiór przekonań i schematów, wokół których człowiek buduje swoje myślenie o sobie i o relacjach. Na przykład: "Nie jestem godny miłości albo muszę na miłość zasłużyć". Znam wielu mężczyzn, którzy mają to zapisane głęboko w sobie.

Wynika to wyłącznie z relacji z matką?

Najczęściej. Na przykład z sytuacji, gdy matka była obecna fizycznie, ale emocjonalnie niedostępna. Pracowała, wracała zmęczona, nie miała przestrzeni na emocje dziecka. Ono uczyło się wtedy, że nie powinno przeszkadzać, nie powinno absorbować, wyrażać wielu potrzeb. Pamiętam historię dwóch braci. Wychowywali się właśnie w takiej atmosferze. Ich zadaniem było nie sprawiać problemów, nie angażować matki w swoje konflikty. I co ciekawe, kiedy rozmawiamy o takich matkach, często pojawia się pewien mechanizm: matka staje się świętym obiektem, kimś, o kim nie wolno mówić źle.

Nawet jeśli czegoś brakowało?

Właśnie. Bo kiedy zaczynamy to badać, pojawia się konflikt. Trzeba by przyznać, że w obszarze emocjonalnym niewiele zostało dane. A zaraz za tym pojawia się strach. Na przykład przed tym, że matka, nawet jeśli już nie żyje, zostanie obwiniona. Wielu mężczyzn tego nie chce.

A co z tym drugim modelem - "inni"?

Dotyczy tego, jak postrzegamy innych ludzi. Czy są dostępni? Można im ufać? Trzeba ich obsługiwać, dopasowywać się do nich? I najważniejsze: jaka jest relacja między tymi dwoma modelami. Czyli między tym, kim jestem ja, a tym, jacy są inni. Bo to wszystko buduje się na podstawie doświadczeń z głównym opiekunem, najczęściej z matką. John Bowlby, brytyjski psychiatra i psychoanalityk, pisał o tym, jak te modele wpływają na nasze postrzeganie emocji, swoich i cudzych, nasze reakcje na stres i budowanie relacji w dorosłym życiu. Co ciekawe - te modele są bardzo trwałe. Kształtują się w pierwszych latach życia i działają jak mapa.

To nasza mapa w dorosłym życiu?

Większość z nas, dorosłych, nadal korzysta z tej samej dość sztywnej mapy. Według niej nawigujemy w późniejszych relacjach. I dopóki tej mapy nie zobaczymy, często nie mamy nawet świadomości, że według niej żyjemy. Te wszystkie wczesne interakcje z matką, z pierwszym, głównym opiekunem, zapisują się w naszej psychice jako nieświadome schematy. Te schematy nazywamy stylami przywiązania. W dużym uproszczeniu - można wyróżnić dwie główne kategorie: styl bezpieczny i pozabezpieczny.

Czym jest styl bezpieczny?

Pozwala budować trwałe relacje oparte na zaufaniu i poczuciu własnej wartości. Można to sprowadzić do zdania: "Ja jestem okej i ty jesteś okej". I to ma konkretne przełożenie na relacje. Taka osoba potrafi poprosić o wsparcie bez wstydu. Ale też potrafi je dać bez poczucia przytłoczenia. Kiedy pojawiają się konflikty, koncentruje się na rozwiązaniu problemu, a nie na ataku personalnym. Nie traktuje kłótni jako zagrożenia dla całej relacji. To nie jest tak, że konflikt oznacza koniec związku. Innymi słowy: ma w sobie przekonanie, że trudności są częścią relacji, ale jej nie zniszczą. Dzięki temu może skupić się na rozwiązaniu, a nie na desperackiej próbie utrzymania poczucia bezpieczeństwa. Na przykład partnerka wyjeżdża w delegację. Mężczyzna z bezpiecznym stylem przywiązania oczywiście tęskni, ale jednocześnie zajmuje się swoim życiem. Nie sprawdza obsesyjnie telefonu. I nie dzwoni co chwila. Bo ufa, że relacja jest trwała. W stylu bezpiecznym jest trochę tak jak z dzieckiem w przedszkolu. Matka je zostawia, dziecko idzie się bawić, może nawet tęskni... ale gdzieś w środku wie, że mama wróci. I to zapewnia mu spokój.

A jeśli tego bezpieczeństwa nie ma?

Wtedy pojawiają się zupełnie inne mechanizmy.

Partnerka pewnego mężczyzny często wyjeżdżała służbowo. Za każdym razem, kiedy znikała, w nim uruchamiał się lęk. Pisał do niej wiadomości, dzwonił, sprawdzał, czy odpowie. Bez przerwy testował: czy ona nadal jest, czy jest dostępna. Przytoczę konkretną sytuację. Ona była na spotkaniu, uprzedziła go o tym. Nie odbierała, nie odpisywała. I on mówił, że pojawiła się w nim bardzo silna potrzeba kontaktu. Z jednej strony rozumiał, że ona pracuje. Ale z drugiej prześladowała go myśl, że ona ma kogoś innego i już nigdy nie wróci. Czyli to nie była realna sytuacja, tylko jego wewnętrzna reakcja.

Rozumiem, że ten styl przywiązania nazywa się pozabezpiecznym.

Tak. I co ciekawe - to wcale nie jest rzadkie. Wielu mężczyzn właśnie tak funkcjonuje. W ich relacjach pojawia się lęk przed odrzuceniem, czasem unikanie bliskości albo pewien emocjonalny chaos. Bardzo często ma to swoje źródło w dzieciństwie, w relacji z matką, która nie była stabilna. Rozróżniamy dwa główne typy stylu pozabezpiecznego: lękowo-ambiwalentny i unikający. Różnią się, ale mają wspólne źródło: brak poczucia bezpieczeństwa w pierwszej relacji.

Jak się objawia styl lękowo-ambiwalentny?

Można go opisać jednym zdaniem: "Ze mną jest coś nie tak i tylko ty możesz dać mi poczucie bezpieczeństwa". W relacji ten styl odznacza się przede wszystkim dużą czujnością. Takie osoby są wyczulone na wszelkie sygnały oddalenia. Na przykład partnerka krótko odpisze na wiadomość albo zrobi to później niż zwykle - i już pojawia się napięcie. Mówiliśmy o tym wcześniej. Kiedy drugiej osoby nie ma, pojawia się potrzeba sprawdzania, czy nadal jest dostępna. Czasami przybiera to konkretne formy: ktoś potrafi dosłownie liczyć czas od wysłania wiadomości do odpowiedzi. I jeśli trwa to dłużej niż zwykle, pojawia się niepokój. W konflikcie często dochodzi do eskalacji emocji. Po to, żeby przyciągnąć uwagę. Uwaga drugiej osoby jest tutaj równoznaczna z poczuciem bycia kochanym. Czasem pojawia się też wprost potrzeba zapewnienia o miłości. Na przykład: "Jeśli teraz wyjdziesz, to znaczy, że ci na mnie nie zależy". Początek takiej relacji jest często intensywny. Pojawia się coś w rodzaju bombardowania miłością. Dużo uwagi, dużo pytań, jeszcze więcej emocji. Druga osoba staje się kimś bardzo ważnym, wręcz centralnym. Ale z czasem pojawia się testowanie. Sprawdzanie, czy coś się nie zmieniło: "Co czujesz, o czym myślisz, gdzie byłaś?". I rośnie lęk przed odrzuceniem.

A styl unikający?

Można go opisać krótko: "Ja jestem okej, ale inni są zagrażający albo słabi". Taki mężczyzna sprawia wrażenie samowystarczalnego. W relacjach stawia wyraźne granice, chroni swoją niezależność i unika zbyt dużej bliskości. Kiedy robi się poważnie i pojawia się szansa na trwały związek, wspólne życie, małżeństwo - zaczyna się zmieniać. Szuka w partnerce wad. Często po to, by uzasadnić dystans i się odsunąć. A nawet wycofać z relacji. W ten sposób radzi sobie z zagrażającą bliskością.

Jeśli wrócimy do tej pierwszej relacji z matką, to zobaczymy, że bliskość nie zawsze była bezpieczna. Kiedy więc w dorosłym życiu zaczyna się robić za blisko, pojawia się potrzeba wycofania. Widać to wyraźnie w sytuacjach konfliktowych. Taki mężczyzna wychodzi z pokoju albo zostaje, ale emocjonalnie się odcina. Sprawia wrażenie nieobecnego, jakby wyłączał uczucia. To nie jest ucieczka wywołana świadomą decyzją ani paniką. To automatyczna reakcja obronna. Dlatego po okresie dużej bliskości, na przykład po wspólnie spędzonym weekendzie, mężczyzna o unikającym stylu przywiązania często przez kilka kolejnych dni nie inicjuje kontaktu.

Chyba każda kobieta zna taki mechanizm w zachowaniu mężczyzny.

Kobieta nie wie, co się dzieje, a on potrzebuje odparować tę bliskość. Odzyskać kontrolę nad swoją przestrzenią. Chce znowu czuć się bezpiecznie. Dla niego bezpieczeństwo to nie bliskość, tylko niezależność. To jest w ogóle styl, który można by opisać jako silny i niezależny. Jestem sam. Liczę na siebie. Innym nie można ufać. Nie mam się na kim oprzeć, więc buduję maksymalną autonomię.

Człowiek jednocześnie chce bliskości i bardzo się jej boi...

Prowadzi nas to do kolejnego stylu przywiązania: zdezorganizowanego. Ten jest najtrudniejszy. Często rozwija się w wyniku traumy albo niespójnej opieki. Dziecko raz doświadcza ciepła i troski, a innym razem - w sposób całkowicie nieprzewidywalny - odrzucenia, złości, a nawet przemocy. Nie potrafi zrozumieć, skąd wynikają te zmiany ani czego może się spodziewać. I nie jest w stanie pojąć, od czego zależą. Nie widzi związku między swoim zachowaniem a reakcją opiekuna. Miałem do czynienia z takimi historiami. Z nieprzewidywalnym opiekunem, najczęściej matką. Potem w relacjach pojawiają się paradoksalne zachowania. Podejdź - cofnij się. Daj - zabierz. To znaczy, że człowiek bardzo potrzebuje bliskości. Zabiega o nią. Tęskni za nią. Ale kiedy ją dostaje, wpada w panikę albo zachowuje się agresywnie. Przypomina to taniec. Chce być blisko, ale kiedy już jest, coś w nim krzyczy: "Niebezpieczeństwo!". Czasem wycofuje się, czasem reaguje chłodem, a czasem agresją. Na przykład po kłótni błaga partnerkę o wybaczenie, a chwilę później bez powodu odpycha ją, raniąc słowami. Bliskość kojarzy mu się z zagrożeniem. Oczywiście są to pewne uproszczenia, ale pokazują kierunek. Te style przywiązania są jak skrót doświadczeń z dzieciństwa - wzorce, które w dorosłym życiu nadal wpływają na sposób budowania relacji.

Czy można zmienić swój styl przywiązania?

Można, ale to wymaga ogromnej pracy. Szacuje się, że tylko 30% ludzi jest w stanie zmienić swój styl przywiązania. Na przykład poprzez psychoterapię albo tak zwane korekcyjne doświadczenie w bezpiecznym związku. Tylko że to jest trudniejsze, bo takie bezpieczne doświadczenie często jest odrzucane albo deprecjonowane.

Jeśli mężczyzna odrzuca bezpieczny związek, to zmiana poprzez takie doświadczenie wydaje się właściwie niemożliwa.

Czasem się udaje. Bezpieczna relacja może zmieniać ten wzorzec. Z kimś stabilnym emocjonalnie. Osadzonym w sobie. Kimś, kto nie reaguje impulsywnie na rozmaite zawirowania. Pamiętam taką historię. Mężczyzna z wyraźnie unikającym stylem przywiązania był bardzo niezależny, wręcz skrajnie. I wszedł w relację z kobietą, która miała bezpieczny styl przywiązania. Na początku był nią zachwycony, bo dawała mu coś, czego wcześniej nie doświadczył: spokojną, zdrową uwagę. Nie przytłaczającą czy zalewającą obecność, tylko właśnie stabilną, która nie odbiera oddechu. I na początku to było dla niego coś w rodzaju: "Wow, tak może wyglądać relacja!", ale z czasem zaczęło się coś zmieniać. Pojawiło się podejrzenie. Myśl, że to nie jest prawdziwe, że ona udaje, ma jakiś ukryty cel - bo on ma pozycję, dom, kasę - i w którymś momencie go wykorzysta i porzuci.

Nie był w stanie przyjąć tego, co dobre?

To jest właśnie ten moment, w którym korekcyjne doświadczenie zaczyna przynosić efekty... a jednocześnie jest podważane. Bo jeśli ktoś przez lata nie zaznał bezpiecznej relacji, to nie potrafi w nią uwierzyć, nawet jeśli w niej jest. Tym razem relacja przetrwała. Ale początki były trudne. W tym mężczyźnie był silny lęk i brak wiary w to, że może być kochany. Długo testował relację. Wręcz sabotował. W pewnym sensie próbował ją zniszczyć. Sprawdzał, czy kobieta z nim wytrzyma. To trwało dwa lata. Aż powiedziała mu coś ważnego: "Słuchaj, ja i tak nie dam ci tego, o co mnie prosisz". "Ale o co cię proszę?", zdziwił się. "O to, żebym cię porzuciła".

I nastąpiła zmiana?

Tak. Z czasem to doświadczenie zaczęło działać korekcyjnie. Nie usunęło jego stylu przywiązania, bo to tak nie działa, ale go uplastyczniło. Dzięki tej relacji zaczął doświadczać zaufania. Zaczął czuć, że może być w związku bez ciągłego napięcia. To była pierwsza osoba w jego życiu, przy której mógł poczuć, co to znaczy być kochanym. Są razem już kilkanaście lat. Dzięki tej kobiecie, która wiedziała, że on ma trudne doświadczenia w relacjach i jest poraniony, z dużą ilością lęku. Ona, stabilna emocjonalnie, nie brała jego reakcji do siebie. To było kluczowe. Nie traktowała jego wycofania, napięcia czy chaosu jako czegoś wymierzonego w nią. Widziała, że to są jego wewnętrzne zmagania, które wyniósł z przeszłości. Reagowała, ale w sposób stabilny. Nie dokładała do tego własnego chaosu. I to jest ważne. Bo kiedy ktoś wchodzi w relację z takim bagażem, to często zachowuje się jak osoba, która nigdy wcześniej nie doświadczyła bezpiecznej bliskości. Trochę jak zwierzę ze schroniska. Nie od razu ufa. Nie od razu się uspokaja. Potrzebuje czasu. I wtedy kluczowe jest, żeby ta druga osoba nie odrzucała, tylko stopniowo oswajała tę relację. Dawała poczucie bezpieczeństwa. Zmiana w mężczyźnie jest możliwa, pod warunkiem że kobieta ma bezpieczny styl przywiązania. Tylko taka partnerka jest w stanie utrzymać stabilność, podczas gdy druga strona jeszcze jej nie ma. Czasem to nie słowa zmieniają człowieka, lecz doświadczenie - ktoś zostaje, chociaż jest trudno.

Jak to możliwe, że mężczyzna mówi: "Miałem dobrą mamę", a mimo to ucieka od bliskości? Wychował się przecież w rodzinie, w której ojciec pracował, sporo wyjeżdżał, a matka zrezygnowała z pracy, by zajmować się dzieckiem i domem.

Przychodzi mi do głowy, że ta świetna mama mogła być świetna bardziej deklaratywnie niż emocjonalnie. Spójrzmy na całą konfigurację. Mamy ojca, który raczej jest nieobecny - albo obecny weekendowo i od święta. I to jest ważny sygnał. Bo jeśli w relacji jest naprawdę dobrze, to raczej się z niej nie ucieka. Czyli coś mogło tam nie działać, mimo pozorów. Z zewnątrz wszystko może wyglądać idealnie: dom, opieka, obecność. Pytanie brzmi: jaka była jakość tej relacji? Czy była przestrzeń na autonomię, możliwość bycia sobą? Nadopiekuńczość na przykład - choć często wygląda jak miłość - może być bardzo obciążająca. Może zabierać przestrzeń, przytłaczać. I wtedy chłopiec nie doświadcza bliskości jako czegoś bezpiecznego, tylko jako coś, co odbiera mu wolność.

Czyli on może dziś walczyć o tę przestrzeń?

Tak. Można postawić hipotezę, że ten mężczyzna desperacko próbuje zachować autonomię. I kiedy relacja zaczyna stawać się bliska, uruchamia się w nim potrzeba dystansu. Nie dlatego, że nie chce miłości, lecz dlatego, że bliskość kojarzy mu się z utratą siebie. Jego ojciec też odgrywa tu ważną rolę. Miał określony styl przywiązania i wybrał taką relację, w której nie czuł się komfortowo, a dziecko widziało, że od bliskości się ucieka.

Wygląda na to, że ta dobra mama nie zawsze buduje dobrą relację.

Czasem to, co na zewnątrz wygląda jak idealna opieka, może przytłaczać. Dorosły mężczyzna chce być blisko, a jednocześnie potrzebuje się odsunąć, żeby poczuć, że nadal jest sobą. Taka bardzo zaangażowana matka realizuje pewien schemat macierzyństwa, przez lata silnie obecny, szczególnie w naszej kulturze - model matki Polki, czyli matki, która wie wszystko najlepiej - kiedy jesteś głodny, kiedy najedzony, kiedy ci zimno. I robi dla ciebie dokładnie to, co powinna robić... kiedy masz dwa miesiące, a nie kiedy masz dwanaście lat.

I to już jest problem.

Otóż to. Bo paradoksalnie taka matka może być dla dziecka trudna, a nawet w pewnym sensie niebezpieczna. Po pierwsze dlatego, że nie pozwala się wyodrębnić. Zagłaskuje i nie daje przestrzeni na bycie sobą. Po drugie - to jest matka, która straszy. Nadopiekuńczość często niesie ze sobą komunikat: jeśli ja o ciebie nie zadbam, to coś złego ci się stanie. Czyli świat jest niebezpieczny, a ty sobie beze mnie nie poradzisz. Po trzecie: taka matka daje przekaz: nie możesz zrezygnować z relacji ze mną, bo nikt nie da ci tego, co ja. Kiedy syn dorasta, może to rodzić sytuacje, w których matka podważa jego pierwsze miłości, ważne dla niego dziewczyny. A gdy jest już dojrzałym mężczyzną, matka deprecjonuje ważne dla niego kobiety. Mówi wprost lub między wierszami: "Tylko ja potrafię o ciebie zadbać". Po czwarte: w tej relacji pojawia się poczucie winy. Bo kiedy syn próbuje się buntować, oddzielić, zrobić coś po swojemu, widzi smutek, zawód, czasem odrzucenie. Wtedy on czuje, że robi coś złego. To sprawia, że ta bardzo troskliwa, opiekuńcza matka - gotująca, dbająca, obecna - paradoksalnie zaczyna być kimś, kto utrudnia dorastanie, a potem budowanie dojrzałego życia. Czasem największym problemem nie jest brak miłości, lecz miłość, która nie zostawia miejsca na ciebie.

Jak taki syn funkcjonuje później w relacjach z kobietami?

Wchodzi w relację z kobietą... i kogo tak naprawdę widzi? Swoją matkę.

Nawet jeśli ta kobieta zachowuje się inaczej, to on ma w sobie pewien radar. Taki wewnętrzny system, który wyłapuje znane sygnały, cechy, zachowania, reakcje przypominające to, co znał już wcześniej. I teraz są dwie możliwości. Albo w to wchodzi, żeby jeszcze raz przeżyć te emocje, domknąć coś, co się kiedyś nie domknęło, albo zaczyna regulować bliskość, czyli bierze tylko tyle, ile jest dla niego bezpieczne, na przykład wspólny weekend, wakacje, czas razem, ale już nie pełne zaangażowanie. Chroni się przed tym, co może być zagrażające, bo pamięć, jak było, w nim została. Nawet jeśli jego matka była wspaniała. Jedno nie wyklucza drugiego. Z zewnątrz mogła być ciepła, dobra i trosk­liwa. Ale to nie znaczy, że ta relacja była dla dziecka w pełni bezpieczna. Co ważne, najczęściej nie wynikało to ze złej woli. Ta matka często robiła wszystko najlepiej, jak potrafiła, niemniej działała z poziomu włas­nych doświadczeń, braków, lęków, historii. Być może sama czegoś nie dostała. Może była porzucona, niedostrzegana, nie czuła się kochana. I teraz patrzy na swoje dziecko, i robi wszystko, żeby ono tego nie doświadczyło. Tylko że czasem robi za dużo. Bo to, co dla matki jest troską, dla dziecka niekiedy staje się brakiem przestrzeni do bycia sobą.

Obserwuję różne relacje i mam wrażenie, że dziś wielu ludzi funkcjonuje w stylu pozabezpiecznym.

To nie jest tylko wrażenie. Badania pokazują, jak to się rozkłada w populacji. Okazuje się, że styl pozabezpieczny wcale nie jest rzadki. Szacuje się, że 50-60 procent ludzi dotyczy jeden z jego wariantów: lękowy, unikający albo zdezorganizowany. Czyli, na dobrą sprawę, co drugiej osoby, którą spotykamy.

To bardzo dużo.

Co ciekawe, widać pewne różnice między kobietami a mężczyznami. Nie są one ogromne, ale zauważalne. U kobiet statystycznie częściej pojawia się styl lękowo-ambiwalentny, czyli więcej jest napięcia wokół relacji, większa jest potrzeba bliskości, większy lęk przed odrzuceniem. A u mężczyzn częściej występuje styl unikający. Między nimi powstaje charakterystyczna dynamika. Ona się zbliża, bo boi się, że zostanie opuszczona. On się oddala, bo bliskość zaczyna być dla niego zagrażająca. I zaczyna się coś w rodzaju gry w kotka i myszkę. Ona daje więcej, żeby go zatrzymać. On bierze tyle, ile jest w stanie, i się wycofuje. Czasem nie musi nawet kończyć relacji, po prostu potrzebuje się odsunąć. Na przykład wraca do swojego mieszkania, potrzebuje przestrzeni. Ona zaczyna myśleć, że to jej wina, że za mało się stara, więc daje jeszcze więcej. On czuje się jeszcze bardziej przytłoczony i jeszcze bardziej się oddala. I oboje się w tym zapętlają.

Są też tacy mężczyźni, którzy robią dokładnie odwrotnie: nie uciekają, nie oddalają się, lecz zostają, dostosowują się, są bardzo dobrzy w relacji.

W większości są to mężczyźni, którzy starają się spełnić oczekiwania innych. Oddają przestrzeń, zamiast o nią walczyć. I znów odwołam się do relacji z matką. Na wczesnym etapie może powstać coś, co nazywamy pierwszym kontraktem lojalnościowym. To nie jest świadoma decyzja. Raczej niepisany układ, który dziecko zawiera, żeby przetrwać w relacji. Szczególnie wtedy, gdy matka jest jedynym realnym opiekunem, a ojciec fizycznie nawet jest, ale emocjonalnie go nie ma - nie ma go w doświadczeniu, w codzienności, w kontakcie. Jeśli jedynie matka reaguje na potrzeby małego chłopca, to on się do tej relacji dostosowuje. Może zrezygnować z własnej złości, z własnej dzikości, z części siebie... żeby ona była spokojna, żeby była dostępna. Jeśli chłopiec okazuje emocje, na przykład złość, a matka się wtedy wycofuje, dystansuje, to dla niego oznacza to zagrożenie. Więc uczy się, że pewnych emocji lepiej nie okazywać. Jeśli ten stan trwa długo, zaczyna się utrwalać pewien wzorzec relacyjny: żeby dostać opiekę, trzeba zrezygnować z części siebie.

Kształtuje się grzeczny chłopiec, który potem wyrasta na miłego faceta.

To jest taki moment, w którym proces formowania się prawdziwego "ja" schodzi do podziemia. To, co w nim naturalne, spontaniczne, żywe, zaczyna być chowane. W efekcie u wielu rozwija się syndrom miłego chłopca - nice guy syndrome. Mężczyzna z tym syndromem, żeby utrzymać relację, nauczył się rezygnować z siebie. Znam takich, którzy byli w dzieciństwie szantażowani emocjonalnie wizją śmierci matki. Brzmi to mocno, a jednocześnie jest zaskakująco powszechne. I to wcale nie zaczyna się wtedy, gdy ma trzydzieści pięć lat, żonę i dwójkę dzieci, tylko pięć, siedem czy jedenaście lat. Podam przykład. Chłopiec jedzie na rowerze, spada, rozrywa spodnie, rani się w kolano. Wraca do domu zapłakany, z bólem i strachem. I w tym momencie nie słyszy: "Pokaż, gdzie cię boli" - albo - "Chodź, opatrzymy to". Słyszy: "Ty mnie do grobu wpędzisz!".

Albo inna sytuacja. Chłopiec bawi się z innymi dziećmi na podwórku. Stary, zdezelowany samochód stoi na parkingu, więc dzieci robią z niego prowizoryczną zjeżdżalnię. Wchodzą na dach, zjeżdżają po bagażniku. Do momentu, aż coś idzie nie tak. Wystający metalowy element rozdziera spodnie, bieliznę, a nawet skórę. Ból jest realny, krew też. Chłopiec wraca do domu i zamiast wsparcia dostaje lanie i karę. W tych sytuacjach nie jest ważne, że go boli. Nie jest ważne, że właśnie eksplorował świat, a to przecież jeden z najważniejszych procesów rozwojowych. Nie jest ważne jego doświadczenie. Ważniejsze stają się spodnie. Dziura. Albo utrata spokoju matki.

Matki robią to celowo?

W zdecydowanej większości nie. Nie siedzą ze scenariuszem: "Powiem mu to teraz, żeby za dwadzieścia lat był ode mnie zależny". One powtarzają schematy, których się nauczyły od swoich rodziców, z otoczenia, z kultury, w której emocje dziecka często nie były traktowane poważnie. A jednak efekt jest namacalny. W tym momencie nie chodzi już tylko o brak uważności, lecz o doświadczenie, które coś w chłopcu buduje. Czego się wtedy uczy? Przede wszystkich tego, że trudne emocje matki są ważniejsze od jego własnych. Po drugie - że wywoływanie tych emocji jest złe. A w skrajnym przypadku - wręcz niebezpieczne. Bo skoro jego zachowanie może wpędzić matkę do grobu, to znaczy, że jego istnienie, jego spontaniczność, jego eksploracja mogą komuś zrobić krzywdę. W dorosłym życiu taki mężczyzna - oczywiście to nie dzieje się po jednej sytuacji, tylko po setkach podobnych doświadczeń - zaczyna funkcjonować według konkretnych, choć często nieuświadomionych przekonań.

Po pierwsze, uczy się, że kobiety nie dają realnego wsparcia. Po drugie, że trzeba je obsługiwać w taki sposób, by nie konfrontować ich z trudnymi emocjami, nie burzyć ich spokoju i utrzymywać je w pewnej emocjonalnej nieświadomości tego, co naprawdę się dzieje. Po trzecie, zaczyna postrzegać kobiety jako potencjalne niebezpieczeństwo, ponieważ kiedy wchodzą w emocje, które często są dla niego niezrozumiałe, mogą stać się źródłem realnego zagrożenia: krzyku, odrzucenia, kary. I wreszcie, po czwarte, uczy się, że jeśli chce być przyjęty, jeśli chce mieć relację, to musi być miłym facetem. Takim, który nie sprawia problemów, nie wnosi trudnych emocji, nie komplikuje. To są w gruncie rzeczy cztery wnioski wyciągnięte z prostych sytuacji z dzieciństwa. Z takich momentów, kiedy wracasz do domu z rozbitym kolanem, z płaczem, potrzebujesz wsparcia, a dostajesz karę albo komunikat, że zrobiłeś coś złego. I choć może się wydawać, że to drobiazgi, to ich konsekwencje są dalekosiężne.

Ten feedback od matki to fundament, na którym mężczyzna buduje swoją wizję relacji.

Większość dorosłych mężczyzn tworzy rodzinę z kobietą. I tu właśnie doświadczenie relacji z matką staje się pierwszym i najważniejszym wzorcem. Dlatego później, nawet jeśli deklaratywnie chcemy czegoś innego, nierzadko wybieramy partnerki, które funkcjonują w podobny sposób. Nie dlatego, że to jest dla nas dobre, lecz z tego powodu, że to jest znajome. Rozumiemy ten schemat. Wiemy, jak się w nim poruszać. A jednocześnie ten sam wzorzec przenosi się dalej, na nasze dzieci, na sposób budowania relacji w rodzinie, na klimat emocjonalny, w jakim dorastają. Warto przy tym pamiętać, że większość dzisiejszych matek wychowywała się w innych realiach. Nie miały dostępu do wiedzy, książek, podcastów, badań psychologicznych. Wzorce przekazywano z pokolenia na pokolenie, często bez refleksji, bez wątpliwości, bez potrzeby ich zakwestionowania.

Porozmawiajmy o matkach, które nie tłumią emocji swoich synów.

Z przyjemnością, bo nie chodzi o to, żebyśmy w tej książce pokazywali tylko negatywy, deficyty, trudne historie. Ważne jest też to, co w relacji z matką może być dobre. Szczególnie w tych pierwszych latach życia. Jeszcze zanim nasze dzieci zaczęły przychodzić na świat, wspólnie z żoną podjęliśmy decyzję, że nie pójdą do żłobka. Rzecz jasna, o ile nie będzie to konieczne z powodów finansowych czy życiowych. Moja żona jest pedagogiem i psychoterapeutką, ja też jestem terapeutą, więc dla nas było jasne, że te pierwsze lata spędzone z bliską osobą - w naszym przypadku głównie z moją żoną - mogą mocno i pozytywnie wpłynąć na rozwój naszych dzieci. I nie pomyliliśmy się. To nie jest tylko moje zdanie. O tym, żeby nie oddawać dziecka zbyt wcześnie do żłobka, słyszeliśmy wcześniej od różnych osób, które zajmują się rozwojem dzieci. Matka w pierwszych latach życia stanowi dla dziecka bezpieczną bazę. I to buduje fundament odporności. Dotyczy to zarówno chłopców, jak i dziewczynek. Dostępna emocjonalnie matka wnosi w życie dziecka bezpieczny styl przywiązania, o czym już wcześniej rozmawialiśmy.

Matka dostępna emocjonalnie, czyli jaka?

To kobieta, która adekwatnie reaguje na potrzeby dziecka wyrażane przez jego emocje. Szczególnie że na początku dziecko przecież nie mówi. Ona interesuje się tym, czego dziecko chce. Pierwszą reakcją nie jest złość. Oczywiście nie chodzi o to, że matka w ogóle nigdy się nie złości. Chodzi o to, że złość nie jest jej podstawową odpowiedzią na napięcie dziecka. Ona szuka przyczyny tego napięcia i próbuje adekwatnie odpowiedzieć. Dzieci, które mają taki bezpieczny styl przywiązania, wykazują później większą ciekawość świata i niższy poziom lęku przed nowością, a to silnie wpływa na budowanie odporności psychicznej.

Badania neurobiologa Allana Schore'a pokazują, że interakcje twarzą w twarz między matką a niemowlęciem - wspólny śmiech, kontakt wzrokowy, mimika - stymulują rozwój prawej półkuli mózgu, odpowiedzialnej między innymi za regulację emocji.

I tu powtórzę coś, o czym mówiłem wcześniej - badania pokazują, że chłopcy w pierwszych miesiącach życia wykazują większą reaktywność emocjonalną niż dziewczynki. Dlatego obecność matki i jej adekwatne zachowania, emocjonalne interakcje w bezpośrednim kontakcie z dzieckiem są tak ważne. Nie chodzi o to, że dziecko płacze, a matka patrzy w telefon i dopiero po chwili reaguje. Chodzi o wejście w kontakt. To właśnie pozwala później rozwijać coś, co może być dla mężczyzny ogromnym kapitałem: lepsze rozpoznawanie stanów emocjonalnych i lepszą samoregulację. Zaczyna się to na bardzo wczesnym poziomie. Syn uczy się wtedy, że świat jest bezpieczny, bo matka jest dla niego na początku pierwszym światem.

Po drugie, uczy się, że ma prawo do eksploracji. Może eksperymentować. I nie chodzi tylko o eksplorację przestrzeni - pokoju, domu, podwórka. On może też testować swoje zachowania i sprawdzać, jak wpływają na otoczenie. I to może położyć mocny fundament pod przyszłą męską odwagę. Nie brawurę, tylko odwagę wyrastającą z wewnętrznego spokoju, zgody i poczucia bezpieczeństwa w eksplorowaniu szeroko rozumianego świata: pełnego wyzwań, które kiedyś staną przed dorosłym mężczyzną, ale też świata relacji.

Z dostępną emocjonalnie matką syn zaczyna rozumieć swój świat emocji.

Wyobraź sobie sytuację, że jedenastoletni chłopiec przychodzi do rodziców, bo chce im coś powiedzieć. Widać, że jest trochę nieśmiały. Nie zawstydzony, raczej niepewny, bo temat jest dla niego nowy. Spodobała mu się dziewczyna z klasy. I on chce o tym porozmawiać. Chce się temu przyjrzeć. Zrozumieć, co się w nim dzieje. To jest dla niego pierwszy taki stan. Może jeszcze nie zakochanie, ale zauroczenie. Pojawia się też jakiś rodzaj pobudzenia, pociągu, czegoś nowego w ciele. On jeszcze nie wie, jak to nazwać. I co jest ważne? Przychodzi z tym do rodziców.

Czyli nie chowa tego w sobie.

Właśnie. Nie zamyka się, nie ucieka, nie udaje, że nic się nie dzieje. Próbuje to zrozumieć.

Po rozmowie zamyka się na jakiś czas w swoim pokoju. Po godzinie czy dwóch wraca i przynosi coś w rodzaju laurki, listu, komiksu. Napisał do tej dziewczyny, co mu się w niej podoba, i zilustrował to obrazkami. Nie pyta: co mam czuć? Nie prosi, żeby ktoś za niego to załatwił. On sam wymyśla sposób, w jaki chce to wyrazić. Prosi tylko o pomoc w dostarczeniu listu. I to jest przykład chłopca, który ma bezpieczną bazę. On się tej dziewczyny nie boi. Jest onieśmielony, bo to nowe, ale nie zamyka się na doświadczenie. Szuka języka, żeby zrozumieć, co się z nim dzieje. I szuka formy, żeby to wyrazić.

To jest efekt relacji z matką?

W dużej mierze. Matka oswoiła go z tym, że kobieta może być bezpieczną przystanią. Kobiecość nie oznacza zagrożenia, oceny, zawstydzenia czy odrzucenia i można być przy niej ze swoimi emocjami. Oczywiście on się jeszcze przekona, że kobiety są różne. Ale jego wyjściowy obraz jest pozytywny, a nie lękowy.

I to stanowi wspaniały kapitał na przyszłość.

To bardzo budujące: matka jako nauczycielka języka emocji.

Małe dziecko coś przeżywa, choć jeszcze nie ma na to słów. Czuje napięcie, lęk, frustrację, radość, ale nie rozumie, co się z nim dzieje. I wtedy pojawia się matka, która to tłumaczy. Mówi: "Widzę, że jesteś smutny, denerwujesz się, to było trudne, prawda?". Dzięki temu dziecko zaczyna budować mapę swojego świata wewnętrznego.

Są bardzo ciekawe badania, między innymi psychologa Matthew Liebermana, które pokazują, że samo nazywanie emocji obniża aktywność ciała migdałowatego, czyli tej części mózgu, która odpowiada za reakcje lękowe i stresowe. Mówiąc prościej: kiedy potrafisz nazwać to, co czujesz, automatycznie trochę się uspokajasz.

Czyli język emocji to nie jest ładne gadanie, tylko realne narzędzie regulacji?

I to konkretne narzędzie. Dlatego dziecko dorastające przy matce, która nazywa emocje, zyskuje coś niezwykle ważnego: kompas wewnętrzny. Wie, co się z nim dzieje. Przypomnę, jak to wygląda, kiedy tego nie ma. Mężczyzna coś przeżywa, ale nie potrafi tego nazwać. Czuje napięcie, ale nie wie, czy to złość, smutek, frustracja czy bezradność. I co wtedy robi? Najczęściej upraszcza to do jednej emocji - złości. Albo całkowicie się odcina. Dlatego wielu dorosłych mężczyzn ma dziś ogromny problem z rozpoznawaniem własnych stanów. A chłopiec, który nauczył się języka emocji, ma zupełnie inny start. Potrafi powiedzieć: jest mi trudno, jestem zazdrosny, boję się. I to sprawia, że nie musi rozładowywać napięcia w destrukcyjny sposób.

Czyli matka daje mu coś w rodzaju alfabetu emocjonalnego?

Można powiedzieć, że uczy go czytać samego siebie. I to jest jedna z największych wartości tej relacji na początku życia. Ale jest też druga strona tego medalu. Moment, kiedy coś zaczyna iść nie tak. Problem nie pojawia się wtedy, kiedy matka jest obecna emocjonalnie. Problem się pojawia, kiedy ona przestaje być dla dziecka kontenerem, a zaczyna być rezonatorem. Czyli zamiast przyjmować emocje dziecka i je stabilizować, sama w nie wpada razem z nim albo jeszcze mocniej. Wyobraź sobie sytuację: dziecko płacze, jest przerażone, coś je przerosło. I teraz są dwie możliwości. Pierwsza: matka zachowuje spokój, przyjmuje to napięcie, mówi spokojnym głosem, reguluje sytuację. Dziecko uczy się: moje emocje są do ogarnięcia. Druga: matka reaguje lękiem, paniką, złością, nadmierną intensywnością. I wtedy dziecko dostaje zupełnie inny komunikat: to, co czuję, jest niebezpieczne. Psycholog Daniel Stern nazywa to niedostrojeniem. Kiedy natomiast reakcja matki jest zbyt intensywna, mamy do czynienia z hiperdostrojeniem - dziecko przestaje rozróżniać, co jest jego emocją, a co emocją matki. One się zlewają.

Syn staje się sobą. Na czym polega ten proces?

Oprócz bliskości z matką jest jeszcze coś bardzo ważnego: oddzielanie się. W psychologii mówimy o dwóch procesach: separacji i indywiduacji. Brzmi to podręcznikowo, ale w gruncie rzeczy chodzi o coś bardzo prostego. Indywiduacja to odpowiedź na pytanie: "Kim ja jestem jako osobna osoba?". Separacja to odpowiedź na pytanie: "Czy mogę być bez ciebie i nadal być bezpieczny?".

Jedno dotyczy tożsamości, a drugie relacji. I oba procesy przebiegają równolegle.

Mały chłopiec na początku jest bardzo blisko matki. Ona jest jego światem, jego regulacją, jego bezpieczeństwem. Ale w pewnym momencie zaczyna się oddalać.

Widać to bardzo wyraźnie na etapie przedszkolnym. Dziecko odchodzi kawałek od matki, eksploruje świat i co chwilę się odwraca, sprawdza, czy ona tam jest.

Oddala się - wraca. Oddala się - wraca. To jest właśnie budowanie równowagi między zależnością a autonomią.

Kiedy to się kończy?

Właściwie dopiero wtedy, gdy człowiek osiąga dojrzałość emocjonalną. Ale jednym z kluczowych momentów jest dojrzewanie. To wtedy pojawia się bardzo silna potrzeba oddzielenia od matki. Kluczowe pytanie brzmi: "Czy ten proces ma rację bytu?". Bo jeśli matka nadmiernie chroni syna albo projektuje na niego swoje potrzeby, lęki, braki - to ten proces zostaje zahamowany. Syn nie ma przestrzeni, żeby się oddzielić. Dlatego w dorosłym życiu pojawia się częsty problem: mężczyzna nie wie, kim jest. Oczywiście wie, jak ma na imię, ile ma lat, czym się zajmuje. Ale kiedy schodzi głębiej, pojawia się pustka. Brak poczucia tożsamości.

Często jest też tak, że jego tożsamość jest zbudowana z oczekiwań innych - szczególnie matki. Czyli on bardziej gra rolę, niż naprawdę jest sobą. I to się potem bardzo mocno przekłada na relacje. Jeśli nie wiesz, kim jesteś, to trudno stawiać granice, podejmować decyzje, wejść w dojrzałą relację. Do tego dochodzi poczucie winy.

Dlatego że młody mężczyzna chce się usamodzielnić?

Tak. On czuje, że w ten sposób zostawia matkę. Zawodzi ją, robi coś złego. Często to nie jest powiedziane wprost. To nie musi być komunikat: "Nie odchodź". To może być subtelne: "U mamy było inaczej", "Ja bym zrobiła to lepiej", "Tylko uważaj". Ale efekt jest ten sam. On zostaje w środku rozdarty między byciem sobą a byciem lojalnym wobec matki.

To jeden z najczęstszych bloków w życiu dorosłych mężczyzn.

Wiąże się to chyba z nadopiekuńczością matki.

Nadopiekuńczość z zewnątrz wygląda dobrze. To jest troska, zainteresowanie, chęć pomocy. Ale w praktyce bardzo często jest to forma kontroli wynikającej z lęku.

Nadopiekuńcza matka nie czeka, aż dziecko coś zrobi, tylko uprzedza jego potrzeby. Może jesteś głodny? Ubierz się, bo ci zimno. Zrób tak, będzie lepiej. Idź tą drogą, tamta jest niebezpieczna. Dziecko dostaje cały czas instrukcję obsługi życia. Nie musi samo doświadczać. I to jest pierwszy problem: brak własnego doświadczenia. A żeby nauczyć się podejmować decyzje, trzeba je podejmować. Żeby nauczyć się oceniać ryzyko, trzeba je czasem źle ocenić. Nadopiekuńczość to wszystko udaremnia. To miłość połączona z lękiem. I ten lęk, jeśli nie zostanie zatrzymany, przenosi się na syna i ogranicza jego rozwój. Zamiast budować siłę, buduje zależność.

Ale jest jeszcze jeden poziom, dużo bardziej subtelny: poczucie długu.

Długu?

Tak. Bo jeśli ktoś cały czas się tobą opiekuje, poświęca się dla ciebie, robi wszystko dla twojego dobra, to bardzo trudno jest się od tego oddzielić. Pojawia się niewypowiedziane: "Powinieneś być wdzięczny". A czasem nawet wprost: "Ja dla ciebie tyle zrobiłam". I mamy sytuację, w której syn nie tylko nie nauczył się samodzielności, ale jeszcze czuje, że nie ma prawa odejść. Jest podwójnie związany. Z jednej strony nie ma kompetencji, żeby być niezależnym. Z drugiej nie ma zgody emocjonalnej, żeby się oddzielić.

Mężczyzna ma swoje życie, pracę, partnerkę, rodzinę, ale emocjonalnie nadal jest związany z matką...

Czasem widać to wprost: konsultowanie każdej decyzji, silne reagowanie na jej opinie.

A czasem bardziej subtelnie: napięcie, poczucie winy, brak autonomii w relacji z partnerką. Pojawia się klasyczny układ trójkąta: on, partnerka i matka. Bardzo często partnerka jest na straconej pozycji, bo matka jest figurą większą, bardziej znaczącą emocjonalnie. A on tkwi między młotem a kowadłem.

Co może zrobić mądra, świadoma kobieta, która dowiaduje się, że będzie miała syna? Powinna od razu sięgać po wiedzę, uczyć się, jak wychować chłopca, żeby nie popełnić błędu?

Odpowiedź nie jest taka oczywista, jak mogłoby się wydawać, bo sprawa nie zaczyna się od dziecka - zaczyna się od relacji między dorosłymi. Najważniejsza w systemie rodzinnym nie jest relacja matka-dziecko, lecz partner-partnerka. Wielu mężczyzn było nieobecnych w życiu swoich synów. Z różnych powodów. Czasem wynikało to z pracy, czasem z własnych ograniczeń, ale bywało też tak - i to wcale nie tak dawno - że mężczyźni byli z tej przestrzeni po prostu wypychani. Jeszcze kilkanaście lat temu funkcjonowało przekonanie, że mężczyzna przy małym dziecku do niczego nie jest potrzebny. Szczególnie w pierwszych miesiącach życia. Paradoksalnie, częściowo można zrozumieć, skąd to się brało, bo rzeczywiście na poziomie bezpośredniej opieki to matka jest wtedy w centrum. Tyle że rola mężczyzny wcale nie znika. Ona po prostu jest inna. On nie jest przede wszystkim od dziecka, on jest od matki - po to, by mogła poradzić sobie z napięciem, które pojawia się w pierwszych miesiącach życia noworodka. Aby mogła pomieścić jego emocje, musi być w stanie regulować własne. Dlatego zanim w ogóle pojawi się dziecko, warto przyjrzeć się relacji z partnerem. Zobaczyć, na czym ona naprawdę stoi. Gdzie są napięcia. Jak partnerzy radzą sobie z frustracją. Na ile są ze sobą w kontakcie. Jest taka metafora, która dobrze to oddaje.

Obecność małego dziecka działa trochę jak woda, która zamarzając, zwiększa swoją objętość i rozsadza skałę od środka. Jeżeli w relacji rodziców jest drobna rysa, niewielkie pęknięcie, to pojawienie się dziecka - nie samo dziecko, tylko zmiana, którą ono wnosi - może sprawić, że ta rysa zacznie się powiększać. To nie dziecko niszczy relację. Ono ujawnia jej słabe strony. Dlatego tak ważne jest, żeby jeszcze przed jego pojawieniem się zadać sobie kilka niewygodnych pytań: kim dla mnie jest mój partner? Czego od niego oczekuję? Czy potrafimy się ze sobą dzielić trudnymi emocjami? Jak każde z nas radzi sobie z napięciem i frustracją?

I wreszcie: czy to nie jest relacja oparta na kompensacji, gdy ona, trochę jak mała dziewczynka, szuka w nim ojca, a on, jak mały chłopiec, szuka w niej matki. Jeśli tak jest, to pojawienie się dziecka szybko zweryfikuje ten związek, zmieni dynamikę relacji, przesunie akcenty, zabierze uwagę, którą do tej pory partnerzy dawali sobie nawzajem. I nagle może się okazać, że to, co ich łączyło, przestaje działać.

Druga ważna kwestia dotyczy samej decyzji o dziecku.

Dlaczego właściwie chcemy je mieć?

To pytanie brzmi banalnie, ale odpowiedzi bywają nieoczywiste. Dla wielu osób dziecko - często zupełnie nieświadomie - staje się formą kompensacji. Sposobem na ucieczkę od siebie, od własnych trudności, od pustki czy napięcia. Trochę tak, jak niektórzy mężczyźni uciekają w pracę, żeby nie konfrontować się ze swoim wnętrzem. Dziecko daje strukturę, zadania, sens, ale też coś jeszcze. Daje uwagę. Na początku życia w zasadzie w stu procentach skupia się na rodzicu. Dla wielu kobiet jest to doświadczenie bycia potrzebną, ważną, widzianą. Czasem po raz pierwszy w takiej skali.

Dlatego tak ważne jest, żeby sprawdzić swoją intencję: czy ja chcę powołać dziecko z nadmiaru, czy z deficytu? Większość ludzi myśli o relacji jak o zaspokajaniu braków. Jestem głodny, więc jem. Brakuje mi czegoś, więc wchodzę w relację. Ale w przypadku relacji, z której rodzi się dziecko, działa to inaczej. Kiedy wchodzimy z nadmiaru, dzielimy się sobą. Nie uzależniamy się od drugiej osoby i nie obciążamy jej koniecznością regulowania naszych stanów. I właśnie z takiego nadmiaru może pojawić się dziecko. Z dwóch deficytów natomiast bardzo często rodzi się jeszcze większy deficyt. Dopiero kiedy te dwa obszary są choć trochę uporządkowane - relacja z partnerem i własna intencja - wtedy ma to sens, by sięgać po wiedzę: o rozwoju dziecka, o etapach, o potrzebach. I wtedy to już nie jest nerwowe: jak nie popełnić błędu, tylko świadome budowanie środowiska, w którym dziecko może się rozwijać adekwatnie, nienadmiarowo. A przy okazji warto też zrobić jeszcze jedno: przyjrzeć się własnym wzorcom. Jak wyglądało moje dzieciństwo? Co chcę powtórzyć, a co zmienić? I - co najważniejsze - dlaczego? Bo to "dlaczego" najczęściej mówi o nas więcej niż jakakolwiek instrukcja wychowania.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI