Czerkaski siedział
zamyślony.
Tak pusto było dziś pod pawiem, a przecież zwykle o tym czasie,
tak rojno bywało i wesoło.
Właśnie dziś, gdy szukał towarzystwa, gdy po tylotygodniowej
samotności zapragnął ujrzeć te twarze, takie mu obce i takie
znajome, gdy chciał posłyszeć dźwięk cudzej mowy, gwaru, muzyki...
Wlepił bezmyślnie oczy w drzwi. Na drzwiach wisiał rysunek:
paw z podniesioną nogą, pyszny, zuchwały, z roztoczonym ogonem...
"Les paons nonchalants, les paons blancs ont fui..."
Tak, to symbol dla niej. Ona była tym pawiem, strojnym w
przepych i bogactwo: pyszna, próżna, zimna - och, jaka zimna...
A przecież niedawno, zaledwie przed dwoma miesiącami
siedział tu z nią razem. Z nią razem? He, he - tak, razem, ale ona
nie była przy nim. Że też był tak ślepy! niczego nie widział!
"Les paons nonchalants, les paons blancs ont fui..."
No tak! tak Pan Bóg chciał.
Spojrzał na zegarek.
Tak, to dziś premiera jego dramatu... Co nie jest dramatem?
Nawet szczęście mydlarza może być dramatem. Bo czyż to nie jest
straszny dramat, czuć się szczęśliwym? Ma żonę, kocha ją, ona go
kocha - he, he... a tu naraz noga się pośliznęła - komu? no,
oczywiście mydlarzowi. Był podpiły, poszedł razem z drugimi, nie
wie nawet, jak się to stało... I nagle szczęśliwa para małżeńska
znajduje się u lekarza chorób skórnych... Panie doktorze, mówi
biedny mydlarz, jestem ostatnim łotrem - ale się stało. O to jedno
proszę i błagam pana, nie niszcz naszego szczęścia małżeńskiego,
nie nie wyjaśniaj pan mej żonie natury naszej choroby... Wchodzi
ona, ta cnotliwa małżonka, nieświadoma ni grzechu ni złego...
Doktór bada. Po długiej, długiej chwili: Łaskawa pani, wniosłaś
pani w dom straszne nieszczęście! Ona płacze. Doktór: nie chcę
niszczyć waszego szczęśliwego pożycia. Utwierdzę pani męża w
mniemaniu, że on temu winien, ale pod jednym warunkiem, że pani
nadal nie będziesz go zdradzała...
Ot! i szczęście mydlarza stało się dramatem.
A cóż dopiero szczęście takiego człowieka jak ja! He, he,
he.
Zaśmiał się na głos.
Les paons nonchalants...
Och! ten głupi, uporczywy refren!
Moje szczęście, moje szczęście - czyż to było szczęście?
Nie! tylko jedna, długa męka, jeden ból, i cierpienie, i gniew...
Machnął ręką i znowu spojrzał na zegarek.
W tej chwili drzwi się otworzyły.
- Co widzę, Janek! Więc wreszcie wyszedłeś z twej nory?
Szukaliśmy cię wszyscy, ale, dość niegrzecznie, nikogo do
mieszkania nie wpuszczałeś. Mówiono, żeś wyjechał.
Czerkaski podał Szarskiemu rękę.
- Czasami człowiek potrzebuje być sam. Trzeba się nauczyć,
być samym - a to trudna rzecz.
- A pewno, że trudna... Jabym nie umiał być sam...
Szarski spojrzał na niego mętnem wzrokiem.
- I cóż - pytał Czerkaski - pijesz jak dawniej?
- Cóż robić? Jeżeli kto pije, to ma do tego tysiąc i jeden
powodów, a ja mam tysiąc i siedm.
- Jesteś nieszczęśliwy - co? - Czerkaski zaśmiał się na
krótko.
- Nieszczęśliwy? Hm... Ale czemuż nie poszedłeś na swoją
premierę?
- Po co? By pokłonić się publiczności za tę wielką łaskę, że
mnie raczy oklaskiwać? Oni mnie się powinni pokłonić, że ja im tę
łaskę robię i rzucam ochłap mego serca przed ich nogi.
Czerkaski znowu zaśmiał się pogardliwie.
- Zresztą dramat nic nie wart. Dość już tej głupiej fabuły,
tych zawiedzionych miłości, złamanego życia, oszukanych małżonków,
krachów bankowych...
- Więc co?
- Co? - Czerkaski się zamyślił... - Co? przedstawić serce,
mózg człowieka na scenie, powyciągać te robaki z serca, z mózgu,
upostaciować je, postawić na nogi, zrobić z nich żyjących ludzi,
którzy się nawzajem zagryzają, szarpią, krwawią, rzucają się na
wspólną ofiarę... jeden szepce do ucha podstępne myśli, drugi broni
ofiary, a rozum stoi na głowie, albo łazi na czworakach. A co?
rozum stoi zawsze na głowie - co? Zrobić taki wściekły karnawał
serca ludzkiego, zrobić rzecz, która się dzieje w jednem sercu, a
każde inne musi drgnąć, bo i w niem to samo się dzieje - i w
trzeciem to samo, i w dziesiątem...
Szarski patrzał zdziwiony.
- Więc takie alegorye!
- O nie! Powiązać to wszystko tak, że to żyje, pozostaje we
wzajemnem stosunku, szarpie to biedne serce człowiecze, pcha je w
przepaść, podrzuca jak piłkę w górę, znowu strąca w otchłań, aż,
aż...
- Aż?
- Aż się skończy męka ludzka i rozpocznie się wsteczna
metamorfoza.
- Wsteczna?
- Przez żołądek robaków, jak Szekspir mówi.
Nastała długa pauza.
Z przyległych pokoi dochodził gwar i śmiech gości i stukot
bilardowych kijów o kule kościane.
- Dziwnie się zmieniłeś - przerwał Szarski milczenie, które
mu widocznie było niemiłe bo stawał się niespokojnym.
- Ja się zmieniłem? Nie, nauczyłem się tylko być sam.
- A dziś?
- Dziś było mi tęskno za ludźmi.
- Słuchaj, Janek, byliśmy przyjaciółmi, a dziś jestem taki
onieśmielony...
Czerkaski spojrzał na niego smutno i przyjaźnie.
- Och, nie, nie! Ja cię kocham, jak cię kochałem. Tylko
wielkie nieszczęścia zmieniają ludzi, tak samo, jak wielkie
szczęście...
- Więc czujesz się nieszczęśliwym?
- Nie, to nie! Tylko mi wstyd dawniejszego życia... -
zamyślił się. - Trzeba być hardym i splunąć na to głupie mamidło,
które szczęściem nazywają. Wiesz, co Nietzsche powiedział?
- Co?
- "Czyż żyłem kiedy dla mego szczęścia? Dla mego tworu
żyłem..." Artysta, który nie umie sobie tego powiedzieć z tą samą
dumą, nie jest artystą...
- A miłość?
- Piasek, którym nam życie oczy zasypuje. He, he, - miłość,
miłość, miłość... Les paons nonchalants... To dobre dla Kuby lub
Maćka, ale nie dla tego, który tworzy...
Drzwi się otworzyły, do pokoju weszło z hałasem kilku
młodych ludzi. Byli podnieceni, widocznie pod wpływem silnego
wzruszenia.
- Jezus Marya, Czerkaski!
Czerkaski rozśmiał się nagle wesoło.
- No, wróciłem z dalekiej podróży. Nie cieszycie się?
- Ale drogi, kochany chłopie! A tam w teatrze tryumf,
tryumf! Jak Kraków Krakowem, nie było jeszcze takiej premiery.
- To znaczy, że dramat nic nie wart!
- W górę, w górę! - krzyknęło kilku. Wszyscy rzucili się ku
Czerkaskiemu.
- Ale dajcież mi spokój! Chryste Panie, bo mnie udusicie! -
Zadzwonił. - Pięć flaszek szampana! Właśnie tyle wart mój dramat.
Hej, Stasinek, zagrajno "Słońce i pogoda", dawno już nie słyszałem.
Stasinek siadł przy fortepianie i zagrał gwałtowny tusz;
potem zaczął z olbrzymim ferworem wybębniać mazurską piosnkę.
I zaczęto chórem śpiewać, że mury się trzęsły:
"Będziemy se fiołeczki smykać,
"Będziemy se ku sobie pomykać...
Przed paru miesiącami siedziała tam naprzeciwko ona - ona
rozpromieniona, wesoła... Czerkaski drgnął.
- Hej do dyabła! Kiedyż będzie ten szampan?
- To dobre, to bardzo dobre - Winiarski przysiadł się do
Czerkaskiego - tylko czemuś to dramatem nazwał?
- Jakto?
- Kobieta, która z rąk do rąk przechodzi, nie może stać się
dramatem dla człowieka.
Czerkaski zaśmiał się.
- Och, ty słodka gołębia duszo...
- Hej, Janek, twoje zdrowie! - powstał jeden z malarzy. -
Jać tam gadać nie umiem, ale jako najstarszy wnoszę ex officio i ex
amore - przepraszam panów, może jako błąd zrobiłem, ale to już tak
dawno, jak odmieniałem officium, - a więc ex officio wnoszę zdrowie
tego, tego... no, jakby to powiedzieć... - potarł ręką łysinę... -
Dajcie mi tylko chwilkę czasu...
- Zmartwychwstańca - podszepnął ktoś.
- Nie! Tego, tego...
- Proszę żadnych dywagacyj! - mruknął Stasinek.
- Cicho! Siwcze! Patrzcie tylko, jaki on siwy! Zresztą od
czasu, jak Mallarmé napisał swe Divagations, stały się dywagacye
formą literacką...
- Do rzeczy, do rzeczy! - krzyknął ktoś z kąta.
- Tak więc, panowie, wnoszę zdrowie tego, który jest coś
wart. Fertig! Schluss!
- Hola, ho! - ryknął Stasinek, który już samą atmosferą się
upijał.
Zapanował dziwnie podniecony nastrój - gwar, hałas śmiechy,
dyskusye...
- Właściwie nie spodziewałem się, żeby ta niesforna banda
naszych artystów była tak dobrze wychowana - szepnął Stasinek
jakiemuś młodzieńcowi do ucha. - Ani słowa aluzyi do tego
szczęścia, które Czerkaskiego spotkało.
- Głupiś - odburknął młody poeta.
- Tylko widzisz mówił Winiarski tajemniczo do Czerkaskiego -
Grecy mieli zadziwiającą rzecz; chór! chór! Nasza głupia
demokratyczna sztuka zatraciła chór! trzeba go odnowa wprowadzić...
- I po cóż ma ci się ten chór plątać po scenie? Francuzi
mają ten nowoczesny chór takiego rezonera, który wszędzie się
wkręci, wchodzi na scenę i wychodzi, nie wiadomo po co i na co?
- A! nie tak! Powiązać go z akcyą - tak, że zrośnie się z
nią, weźmie w niej udział... Maeterlinck ma to czasami - ale u
niego to niespokojnie, wychodzi na wierzch, rzuca się w oczy, i
ustawicznie ma się to wrażenie, że pokazuje palcami: teraz
czekajcie, bo stanie się nieszczęście!
- Walca, Stasinek, walca!
Stasinek siadł przy fortepianie i niepewnemi palcami błądził
po klawiszach z wielką, a pijacką mocą.
Rozległ się nagle wesoły, gwarny śmiech.
Jeden z malarzy udawał, a takt walca, żonglera, który
podrzuca kule do góry. Robił to z taką zręcznością, że w istocie
zdawało się, iż kule podlatują, spadają; ręce malarza podrzucały
się do góry, krzyżowały w podrzucie, cały korpus jego podrywał się,
to znowu przysiadał, oczy biegły z natężoną uwagą za iluzorycznymi
kulami, wychodziły na wierzch, zdawały się chwytać je w powietrzu,
wchłaniać je w siebie i znowu je w górę podrzucać.
Czerkaski śmiał się jak dziecko. Zapomniał o wszystkiem.
Śledził tylko z natężoną uwagą ruchy, podrygi, podskoki malarza...
- Jak to dobrze, że tu przyszedłem - szeptał do Szarskiego.
- To mózg rozpręża.
- Graj, Stasinek, graj!
Stasinek upadł ze zmęczenia, ale na grzmiący rozkaz jął
znowu szukać klawiszy.
Jeden z najmłodszych począł przetwarzać dźwięki na linie...
Rozwiesił rolkę papieru na ścianie, przymocował gwoździkami i
począł się walc malarski. Stasinek grał i grał.
Czerkaski zniknął na chwilę: na stole pojawiło się świeżych
pięć flaszek.
Na papierze kłębiły się z zadziwiającą szybkością linie,
plamy, w kołach, spiralach, parabolach; w kilka minut zakołysało
się morze, za kilka sekund wygramolił się potworny Neptun, kilka
ciał kobiecych, w sfalowanych liniach, wynurzyło się z morza,
potworne, ohydne Nimfy tłoczyły się ku Neptunowi...
- Dość, Stasinek!
Malarz stanął, obejrzał się dookoła i rzekł:
- C'est pour épater...
- Le cul de l'humanité! - krzyknął Szarski.
- Publiczność! - wrzasnął Czerkaski, mocno podochocony - cul
de l'humanité! ha, ha, ha...
- Właściwie moi panowie - Stasinek kiwał swą białą głową na
wszystkie strony - niechaj mnie kto objaśni, co to znaczy
publiczność? kto to jest publiczność?...
Ryk śmiechu.
Nagle powstał Czerkaski.
- Panowie, proszę o głos!
- Mistrz ma głos!
- Pytanie Stasinka, nie było tak głupie, jak się zdaje.
Długo, sam nad tem myślałem, aż wreszcie znalazłem odpowiedź w
romansie pana Markiza de Sade - wiecie, że lubię straszyć
publiczność panem de Sade, tak, jak ongi Baudelaire wystraszał
poczciwych burżujów za drzwi, gdy nie mógł znieść ich widoku, tem
jedynem pytaniem: Czy jadłeś pan już kiedy móżdżek małego dziecka?
Otóż tak samo ja, aby odstraszyć porządnych ludzi od tego tu
przybytku, w którym możemy być sami, opowiadam im, że się tu
odprawiają czarne msze...
- Ha, ha, ha...
- Pozwólcie, panowie - dywagacye są formą literacką, jak
słusznie ktoś przede mną zauważył. - Cierpi wprawdzie na tem sam
mistrz, to znaczy ja, bo uchodzę za satanistę, łotra, herszta, ale
mnie to robi równą przyjemność, jak Baudelaire'owi. Trochę blagi w
tem, trochę kpin, trochę pogardy, a wszystko razem: pour épater le
cul de l'humanité!
- Do rzeczy, do rzeczy!
- Zaraz! Od siedmiu lat studyuję sekty satanistyczne i na
tym punkcie jestem kompetentny...
- Proszę nie nudzić!
- Zaraz! Otóż przekonałem się, że nie pojedyncze jednostki
są satanistyczne, ale to
gros, die compacte Majorität. Nietzsche bardzo się myli,
jeżeli mu się zdaje, że odmienił i przenicował wszystkie wartości.
Ta publiczność, ten przez nas pogardzony motłoch dawno już tego
dokonał. - I teraz moi panowie przystępuję do jądra rzeczy.
Odchrząknął, wypił szklankę szampana i mówił dalej.
- Jest jeden pan, który się nazywa Borel. Napisał marną
książkę: Le Lycanthrope "Madame Putiphar," książka wydana 1818 r. w
Paryżu w ósemce. Tam stoi napisane: Każdy porządny człowiek
powinien mieć przynajmniej jeden tom Sade'a w kieszeni. A ponieważ
jestem gentleman i bibliofil, więc mam przy sobie te dwa małe
pierwsze tomiki: Justine ou les malheurs de la vertu, en Hollande,
chez les libraires associés 1791. Rzecz bardzo rzadka.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.