Feldmarszałek Model rozkazuje
Generał lotnictwa Ritter von Greim nie potrzebował zbyt długo przyglądać
się mapie, aby dojść do nieodpartego wniosku, że zdobyta z takim trudem
jaka taka równowaga na froncie należała już do przeszłości. Przyszedł mu
na myśl nie tak dawny jeszcze, bo marcowy rozkaz Hitlera o zmianie
dowódców i... nazw dwóch Grup Armii: Grupy "Süd" - Południe, i Grupy
"A". Hitler usuwał dotychczasowych dowódców, feldmarszałków Mannsteina i Kleista, za nieumiejętność powstrzymania nieprzyjaciela, i na ich
miejsce naznaczał generałów Modela i Schoernera, obu wystarczająco
brutalnych nie tylko w postępowaniu z ludnością, ale i własnymi
żołnierzami, aby mogli zdobyć szybko uznanie Führera. Model wkrótce
też został feldmarszałkiem, a w przyszłości miał nim zostać i Schoerner.
Niełaska jednych i kariery innych nie dziwiły wszakże już nikogo wśród
sztabowców Wehrmachtu; "tasowanie" feldmarszałków i generałów przez
Hitlera stało się tak zwykłym objawem, iż nie było dowodzącego, który by
po objęciu nowego stanowiska rozpakował wszystkie swoje walizki. Tak
więc odejście Mannsteina i Kleista nie wzruszyło nikogo, natomiast
nieoczekiwanie oficjalne nazwanie Grupy Armii "Południe" Grupą Armii
"Północna Ukraina" i Grupy Armii "A" Grupą Armii "Południowa Ukraina"
wywołało sporo komentarzy. Nawet szef sztabu wojsk lądowych, generał
Zeitzler, wytrzeszczył ze zdziwienia oczy. Nie rozumiejąc zupełnie, w czym rzecz, połączył się z marszałkiem Keitlem, a ten wyjaśnił, że
decyzja Führera jest więcej niż celowa, bowiem obie grupy armii mają
nie tylko obronić Ukrainę, ale i zdobyć ją na powrót w całości.
Wyglądało to na jakiś ogromny nonsens, gdyż Grupa "A", czyli "Południowa
Ukraina", znalazła się akurat w tak błyskawicznym odwrocie, że
poszatkowana na kawałki zatrzymała się w połowie kwietnia za Dniestrem.
"Północna Ukraina" również wycofała się kilkaset kilometrów na wschód,
poza Tarnopol i Kołomyję, a więc w sumie z całej Ukrainy pozostały w niemieckich rękach jej zachodnie skrawki.
Wiosna 1944 roku przyniosła Wehrmachtowi nowe potężne klęski od
Finlandii do Morza Czarnego. Czerniachowski, Bagramian, Rokossowski,
Zacharow czy Koniew uderzali raz po raz, siejąc wśród najbardziej
zaprawionych w bojach hitlerowskich żołnierzy popłoch wprost straszliwy.
Na drogach odwrotu zdarzały się rzeczy nie do pomyślenia ongiś w Wehrmachcie: kawalerowie rycerskich krzyży, sam kwiat armii, na widok
radzieckich czołgów umykali co sił.
"Co będzie teraz?..." - myślał Ritter von Greim, spoglądając na
strzępiącą się znów linię frontu. Grupa "Południowa Ukraina" znalazła
się już za Karpatami, ale ona go nie obchodziła. 28 czerwca Hitler
usunął dowódcę najważniejszej bodaj, bo utrzymującej centrum frontu,
Grupy Armii "Środek", feldmarszałka Buscha, i na jego miejsce naznaczył
swego faworyta Modela. W ten sposób Model stał się dowódcą dwóch grup
armii, którym właśnie on, generał von Greim, miał zabezpieczyć jako
dowódca floty lotniczej pełne wsparcie powietrzne.
Formalnie biorąc, von Greim, zajmując stanowisko dowodzącego generała
Luftwaffe, nie podlegał dowódcom wojsk lądowych i jego rozkazodawcą był
dowódca Luftwaffe, Göring, względnie szef sztabu lotnictwa, generał
Korten. W rzeczywistości jednak samodzielność Luftwaffe na wschodnim
froncie dawno już stała się fikcją. Jednostki lotnictwa musiały
współdziałać bezpośrednio z wojskami lądowymi na ich rzecz. Zmuszała do
tego prosta konieczność, poza tym zaś Greim nie miał żadnych szans w dyskusji z Modelem i musiał spełniać wszystkie jego żądania, aby nie
wejść w konflikt z naczelnym dowództwem Wehrmachtu, to znaczy z Keitlem
i - Hitlerem. Nie trzeba było być prorokiem, aby przewidzieć efekty
takiego starcia.
Choć więc von Greim nie podzielał często zdania Modela, nie oponował
nigdy zbyt energicznie. Zresztą teraz zgadzał się z feldmarszałkiem
całkowicie, iż kolejne uderzenie radzieckie będzie miało na celu
wyważenie bramy ku środkowej Wiśle.
Model długo zastanawiał się, skąd to uderzenie weźmie początek, i doszedł do wniosku, że jego przeciwnik, radziecki marszałek Iwan Koniew,
pójdzie drogą najprostszą, uderzając jednym silnym ciosem. W grę
wchodził przede wszystkim rejon Włodzimierza, leżący na styku wojsk
marszałka Rokossowskiego, które atakowały już od czerwca. Stała tam
wyborowa niemiecka 4 Armia pancerna, o którą feldmarszałek był raczej
spokojny. Von Greim zapewnił jej zresztą i "parasol" myśliwski, i wsparcie uderzeniowe w postaci bombowców. Podobnie zabezpieczył także
sąsiadującą z 4 Armią na południu 1 Armię Pancerną.
Z początkiem drugiej dekady lipca na biegnącej do Karpat linii frontu
dało się odczuć charakterystyczne napięcie. Przeciwnicy byli już gotowi
do walki. Model, uważając nadal Włodzimierz za najbardziej apetyczny dla
nieprzyjaciela kąsek, wzmocnił tam obronę. Ale feldmarszałek nie
zamierzał się tylko bronić. Wziąwszy sobie do serca słowa Hitlera, który
w trakcie kolejnej narady znów począł majaczyć o odzyskaniu Ukrainy,
postanowił uderzyć, skoro tylko wojska radzieckie runą do natarcia. Na
rejon koncentracji głównych sił, mających wykonać ten manewr, wyznaczył
odcinek Brody-Zborów. Stąd kilkanaście dywizji pancernych i zmotoryzowanych miało werżnąć się z boku w rozwinięte w natarciu wojska
radzieckie. Model gotów był przysięgać, że jeśli Koniew straci głowę, a jednocześnie nie pomoże mu jego północny sąsiad, Rokossowski, wtedy
front przesunie się nie na linię Bugu, ale na linię Bohu.
O ile jednak Model bliski był już niemal entuzjazmu, o tyle generał
Ritter von Greim inaczej patrzył w przyszłość.
Generał Greim zbyt długo już walczył na radzieckim froncie, aby nie
zdobyć wielu cennych doświadczeń. Zastanawiał się tylko, w jakim stopniu
mogą mu się one przydać w przypadku, gdy nieprzyjaciel będzie miał
przewagę w powietrzu. Przewaga ta ciągle wzrastała; radzieckie jednostki
lotnicze musiały mieć rosnący nieustannie napływ sił, przy czym
największym bodaj niebezpieczeństwem był już nie sam ich wzrost
liczebny, ale coraz widoczniejsza poprawa jakości sprzętu. Samoloty
radzieckie nie tylko dorównywały już najnowszym maszynom niemieckim, ale
je przewyższały, przede wszystkim zwrotnością.
Największą jednak troskę stanowił brak samolotów do walki z czołgami, o co głównie chodziło Modelowi. Minęły już piękne dni, kiedy to Stukasy
spadały na pancerne wozy jak jastrzębie na kury i kiedy Hitler nagradzał
za to majora Rudela, wieszając mu na szyi brylanty. Dla obecnego
myśliwca radzieckiego Stukas był powolną, niezdarną maszyną, dla której
wystarczała jedna seria, aby ją posłać ku ziemi. Używano ich więc coraz
mniej, stawiając na ich miejsce myśliwsko-bombowe Focke-Wulfy. A że na
jednego takiego Focke-Wulfa przypadały dwa radzieckie myśliwce - wynik
walki musiał być z góry przesądzony.
Generał von Greim skierował wzrok ku zaznaczonym czerwono na mapie
lotniskom przyfrontowym. Trzeba było radzić sobie znów metodą
"koczowania", aby stworzyć wystarczająco silne lotnicze grupy
uderzeniowe. Innego wyjścia przy aktualnym stanie floty powietrznej nie
było.
Opinię Greima z entuzjazmem podchwycił stojący obok podpułkownik
Plocher. Ten młody sztabowiec, udekorowany już krzyżem rycerskim za swe
doskonałe pomysły w zakresie taktyki lotniczej, znał się dobrze na
rzeczy.
- Skrócimy linię węzłów lotniskowych - proponował - w trójkącie
Włodzimierz-Lwów-Stanisławów do 250 kilometrów. W ten sposób zwiększymy
i siłę, i operatywność.
- Na Włodzimierz musimy zwrócić szczególną uwagę - przypomniał von
Greim. - Model sądzi, że z tamtego rejonu wyjdzie główne uderzenie.
Plocher poprawił okulary.
- Gdyby nawet Rosjanie ruszyli z innego miejsca, wystarczy nam czasu na
przerzucenie grup. Główna rzecz: zastopować czołówki pancerne. Rozumiem,
panie generale. Myślę, że to się nam uda.
Plocher w delikatny sposób przypomniał generałowi liczebność sił. Greim
słuchał go w roztargnieniu. Zrobił, co do niego należało, lecz mimo
wszystko miał niedobre przeczucia. Pomyślał w pewnej chwili, że jeśli
Rosjanie przygotowują uderzenie, to zawsze robią to solidnie. Zastanowił
się: czyżby to miało być jego najbardziej przekonywające doświadczenie w kampanii rosyjskiej?
- Proszę wezwać kogoś z Ic1 - przerwał Plocherowi. - Spróbujemy
się dowiedzieć czegoś o naszych bolszewikach.
Oficer wywiadu niewiele mógł powiedzieć nowego poza tym, że lotnictwo
radzieckie zajęło pas przyfrontowych lotnisk. Liczba tych lotnisk, tym
bardziej liczba samolotów, nie była możliwa do ustalenia. Samoloty
rozpoznawcze mimo wszystko latały bez przerwy.
- Czy Rosjanie im przeszkadzają? - zapytał von Greim.
- Niewiele.
Generał pokręcił głową. Zachowanie nieprzyjaciela mogło z powodzeniem
oznaczać zakończenie koncentracji wojsk.
Von Greim nie mylił się wiele. 12 lipca wszystkie radzieckie dywizje
lotnicze w pasie działania 1 i 4 Frontu Ukraińskiego znalazły się w pełnym pogotowiu bojowym. Między innymi gotowa do działania była dywizja
dowodzona przez pułkownika Pokryszkina, jednego z asów myśliwskich
radzieckiego lotnictwa. Przypadek zrządził, że w tym właśnie czasie, w którym niemieccy sztabowcy głowili się nad rozszyfrowaniem radzieckich
zamiarów i znalezieniem sposobów przeciwdziałania mającemu nastąpić
uderzeniu, Pokryszkin obserwował gołym okiem stanowiska niemieckie. Nie
byłoby w tym może nic specjalnie dziwnego, bo również lotnik znaleźć się
może na pierwszej linii frontu, gdyby nie fakt, iż pułkownik oglądał
Niemców z polowego lotniska, na którym rozlokowały się dwa pułki
myśliwskie i jeden szturmowy. Od niemieckich stanowisk dzieliło
radzieckich lotników nie więcej niż dwa kilometry. Lotnisko jednak
zamaskowane było tak dobrze, iż nie padł na nie dotąd ani jeden pocisk.
Przed wieczorem Pokryszkin zwołał odprawę dowódców pułków i eskadr.
Wśród obecnych panował nastrój podniecenia. Dla nikogo nie było już
tajemnicą, że operacja rozpocznie się lada chwila.
Dywizja miała wziąć udział w powietrznym natarciu potężnej armii
lotniczej, wspierającej zgrupowanie uderzeniowe wojsk 1 Frontu
Ukraińskiego. Jej zadanie główne polegało na stworzeniu "parasola" nad
własnymi oddziałami atakującymi, zwłaszcza zaś nad grupami pancernymi
generałów Rybałki i Leluszenki, mającymi przeciąć front na odcinku
Jezierna-Kotłów w kierunku na Lwów i dalej, na Przemyśl i Drohobycz.
Marszałek Koniew przygotował bowiem inny plan operacji, niż przewidywał
Model. Feldmarszałka zresztą w jego przypuszczeniach umocniły dane
wywiadu, które niedwuznacznie wskazywały Włodzimierz jako kierunek
natarcia. Trudno było dowództwu niemieckiemu przewidzieć, że dane te
opierały się z jednej strony na pozorowanych ruchach niektórych
oddziałów radzieckich, mających na celu właśnie wprowadzenie w błąd
Niemców, z drugiej zaś na fałszywych materiałach, podsuniętych w porę
agentom niemieckim. Tak już dzieje się na wojnie, że nim zagrają działa,
zacięta walka toczy się już przedtem na cichym, niewidzialnym froncie.
Niemieckie rozpoznanie naziemne i powietrzne pracowało już przeszło od
miesiąca, starając się za wszelką cenę odkryć przede wszystkim miejsca
radzieckich zgrupowań pancernych. W końcu Model, nie bez sugestii
pułkownika Hansena, który niedawno objął kierownictwo wywiadu
wojskowego, zdecydował się na krok co prawda ryzykowny ale dający duże
szanse: postanowiono zrzucić na radzieckie tereny przyfrontowe grupy
spadochronowe, wyposażone w radiostacje.
Ritter von Greim wyekspediował spadochroniarzy; z operacji nie powrócił
tylko jeden samolot. Teraz oczekiwano wiadomości.
Po paru dopiero dniach odezwały się dwie radiostacje: meldowały o trudnościach. Później raz jeszcze odezwała się jedna z nich. Agent
informował o koncentracji czołgów na zachód od Łucka. W zakończeniu
dodał, że dywersanci tropieni są przez żołnierzy radzieckich. Od tej
pory wszelki słuch o spadochroniarzach zaginął. Model jeszcze bardziej
utwierdził się w swych przekonaniach i nadal myślał o Włodzimierzu
Wołyńskim.
13 lipca tysiące dział bluznęło ogniem - natarcie radzieckie rozpoczęło
się. Do kwatery feldmarszałka nadeszły pierwsze meldunki: nawałę ogniową
zanotowano w pięciu rejonach, w tym również i w rejonie Włodzimierza
Wołyńskiego. Model zatarł ręce.
Tymczasem Koniew zdecydował się nie na jedno, lecz na pięć jednoczesnych
uderzeń. Dwa z nich były zasadnicze i ujmowały niemieckie zgrupowanie w rejonie Brodów w tak potężne kleszcze, że mowy nie było, aby wydarł się
z nich choć jeden pluton żołnierzy. Z północy okrążały Niemców czołgi
generała Kadukowa, z południa generała Rybałki.
Trzy pozostałe uderzenia - na Włodzimierz, Stryj i Stanisławów - miały
charakter pomocniczy, choć i one z powodzeniem przerwały linie obrony
Niemców.
Już następnego dnia Model mógł mówić o klęsce, choć wojska radzieckie
nie zakończyły jeszcze przełamywania głębokiej obrony nieprzyjaciela.
Feldmarszałek zażądał zdecydowanego wsparcia powietrznego, tylko
lotnictwo bowiem mogło zatrzymać radzieckie kliny pancerne i uratować
wyborowe dywizje z kotła pod Brodami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki