Szanujący rodzice, szanujące dzieci. Jak zamienić rodzinne konflikty we współdziałanie? - Victoria Kindle Hodson, Sura Hart

Kup ebooka

39.00 zł
32.37 zł (33,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SŁO­WO WSTĘP­NE

W 2003 roku na­pi­sa­ły­śmy książ­kę Em­pa­tycz­na kla­sa. Re­la­cje, któ­re po­ma­ga­ją w na­uce1. Jej ce­lem było po­dzie­le­nie się z na­uczy­cie­la­mi pew­ną tech­ni­ką po­ro­zu­mie­wa­nia się sfor­mu­ło­wa­ną przez dr. Mar­shal­la B. Ro­sen­ber­ga, zna­ną jako Po­ro­zu­mie­nie bez Prze­mo­cy (No­nvio­lent Com­mu­ni­ca­tion, w skró­cie NVC). Chcia­ły­śmy na­pi­sać książ­kę, ja­kiej bra­ko­wa­ło nam, kie­dy same pra­co­wa­ły­śmy w szko­le, po­szu­ku­jąc sku­tecz­nych spo­so­bów na stwo­rze­nie uczniom przy­ja­zne­go śro­do­wi­ska do współ­dzia­ła­nia. Wie­dzia­ły­śmy, że musi być ono w ja­kiś spo­sób moż­li­we. Od chwi­li uka­za­nia się książ­ki czę­sto mia­ły­śmy oka­zję sły­szeć od na­uczy­cie­li z róż­nych czę­ści świa­ta, że po­mo­gła im za­mie­nić sale szkol­ne w miej­sce, gdzie waż­ne są wza­jem­ne re­la­cje.

W ni­niej­szej książ­ce rów­nież dzie­li­my się na­szą wie­dzą o Po­ro­zu­mie­niu bez Prze­mo­cy, jed­nak tym ra­zem z ro­dzi­ca­mi. Je­ste­śmy ro­dzi­ca­mi dłu­żej niż na­uczy­ciel­ka­mi, dla­te­go te­mat ten głę­bo­ko nas do­ty­ka i bu­dzi żywe wspo­mnie­nia wcze­sne­go ro­dzi­ciel­stwa. Głów­ne za­gad­nie­nia, o któ­rych pi­sze­my, są w przy­bli­że­niu po­dob­ne do pro­ble­mów ro­dzi­ciel­skich, któ­re same prze­ży­wa­ły­śmy w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych, choć w cią­gu tych lat znacz­nie zmie­ni­ła się kul­tu­ra ży­cia, przez co ro­dzi­ciel­stwo sta­ło się więk­szym wy­zwa­niem niż być może kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

Kie­dy my­śli­my o na­szych do­świad­cze­niach, czu­je­my wdzięcz­ność za to, że uda­ło nam się spę­dzić kil­ka lat, opie­ku­jąc się dzieć­mi w domu. W tam­tych cza­sach ro­dzi­na z kla­sy śred­niej mo­gła utrzy­mać się z jed­nej pen­sji i po­wszech­nie ak­cep­to­wa­no mat­ki, któ­re re­zy­gno­wa­ły z pra­cy za­wo­do­wej na rzecz dzie­ci - bo opie­ki nad dziec­kiem nie uwa­ża­no wte­dy jesz­cze za "praw­dzi­wą pra­cę". W nie­któ­rych kra­jach roz­wi­nię­tych nadal po­ma­ga się ko­bie­tom po­zo­stać z dziec­kiem przez pierw­sze trzy lata jego ży­cia, cho­ciaż, na przy­kład, nie do­ty­czy to Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Poza tym kosz­ty utrzy­ma­nia wzro­sły tak znacz­nie, że stan­dard ży­cia kla­sy śred­niej wy­ma­ga za­zwy­czaj dwoj­ga pra­cu­ją­cych ro­dzi­ców.

Oprócz pro­ble­mów fi­nan­so­wych dzi­siej­sze ro­dzi­ny sto­ją tak­że w ob­li­czu ro­sną­ce­go tem­pa ży­cia i za­le­wu in­for­ma­cji po­cho­dzą­cych z In­ter­ne­tu, pocz­ty elek­tro­nicz­nej czy cią­głej ko­mu­ni­ka­cji te­le­fo­nicz­nej. Je­ste­śmy dzi­siaj w sta­nie wy­ko­nać wię­cej czyn­no­ści w krót­szym cza­sie niż kie­dyś. Wy­ko­nu­je­my wie­le za­dań rów­no­cze­śnie, żeby osią­gnąć tak dużo, jak tyl­ko się da. Tech­ni­ka mia­ła za­pew­nić nam wię­cej wol­no­ści i wię­cej cza­su dla ro­dzi­ny, hob­by i od­po­czyn­ku, tym­cza­sem stwo­rzy­ła nowe stan­dar­dy ja­ko­ści i wy­wo­ła­ła wzrost ocze­ki­wań wo­bec su­per­firm, su­per­pra­cow­ni­ków, su­per­mam, su­per­ta­tu­siów i su­per­dzie­ci. Rów­nież re­ak­cje emo­cjo­nal­ne u lu­dzi do­zna­ły przy­spie­sze­nia, tak że roz­stro­ić nas mogą na­wet nie­wiel­kie uster­ki, opóź­nie­nia czy ob­jaz­dy na dro­dze. Prze­ła­do­wa­nie emo­cjo­nal­ne i men­tal­ne od­bie­ra nam ener­gię, czy­niąc nas zmę­czo­ny­mi i nie­zno­śny­mi.

Jed­nak te "złe wia­do­mo­ści" to nie wszyst­ko. Na­sza książ­ka przy­no­si rów­nież do­bre wie­ści na te­mat sku­tecz­nej ko­mu­ni­ka­cji opar­tej na wza­jem­nym sza­cun­ku, któ­rej ce­lem jest za­spo­ko­je­nie po­trzeb każ­de­go człon­ka ro­dzi­ny i prze­kształ­ce­nie kon­flik­tów we współ­dzia­ła­nie. Pi­sząc tę książ­kę, mamy na­dzie­ję wes­przeć czy­tel­ni­ków w dą­że­niu do ro­dzi­ciel­stwa zbu­do­wa­ne­go na ich naj­głę­biej ży­wio­nych war­to­ściach i pra­gnie­niu wszyst­kie­go, co naj­lep­sze, dla dzie­ci.

PRZED­MO­WA

Dr Mar­shall B. Ro­sen­berg2

Upły­nę­ło już spo­ro lat od cza­su, kie­dy wy­cho­wy­wa­łem swo­je dzie­ci, ale wciąż zgła­sza­ją się do mnie ro­dzi­ce z ca­łe­go świa­ta, opi­su­jąc swo­je kło­po­ty i wy­zwa­nia, ja­kie sta­wia przed nimi ro­dzi­ciel­stwo. Nie są one zresz­tą mi obce, jed­nak z pew­no­ścią bar­dziej nie­po­ko­ją­ce niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej ze wzglę­du na prze­ła­do­wa­ne pla­ny za­jęć dzie­ci i wpływ, jaki wy­wie­ra na nie świat ze­wnętrz­ny. Każ­de­go dnia są kon­fron­to­wa­ne z in­for­ma­cja­mi na te­mat prze­mo­cy czy róż­ne­go ro­dza­ju kon­flik­tów. Na do­da­tek, na ro­dzi­cach cią­ży bar­dzo sil­ny wy­móg, aby de­fi­nio­wać swo­ją in­dy­wi­du­al­ność bar­dziej przez to, co mają, niż przez to, co ce­nią. Za­gu­bie­ni, szu­ka­ją po­mo­cy i wspar­cia - i naj­wyż­szy czas, aby­śmy im ich udzie­li­li.

Ni­niej­sza książ­ka ma być wła­śnie ta­kim wspar­ciem - prze­ko­nu­ją­cym i przy­cho­dzą­cym w szcze­gól­nym okre­sie, po­nie­waż nig­dy wcze­śniej ro­dzi­na nie była tak waż­na dla przy­szło­ści na­szych spo­łe­czeństw i do­bro­by­tu pla­ne­ty. Wska­zów­ki w niej za­war­te po­mo­gą ro­dzi­com stać się sku­tecz­ną siłą spraw­czą zmian w ro­dzi­nie, spo­łecz­no­ści, a na­wet w szer­szym krę­gu. Zga­dzam się z au­tor­ka­mi, kie­dy mó­wią: "Typ two­je­go ro­dzi­ciel­stwa ma wpływ nie tyl­ko na two­je dziec­ko, ale rów­nież na ży­cie se­tek, a może i ty­się­cy lu­dzi, z któ­ry­mi ze­tkną się w przy­szło­ści. Nie mo­żesz unik­nąć tego wpły­wu, ale mo­żesz zde­cy­do­wać, jaki on bę­dzie".

Książ­ka Sury Hart i Vic­to­rii Kin­dle Hod­son to coś wię­cej niż zwy­kły po­rad­nik dla ro­dzi­ców, któ­ry ma po­móc w szyb­kim roz­wią­za­niu do­raź­nych pro­ble­mów albo prze­ka­zać pew­ne tech­ni­ki wy­cho­waw­cze. Do­star­cza pod­staw ko­mu­ni­ko­wa­nia się i bu­do­wa­nia wię­zi w ro­dzi­nie, dzię­ki cze­mu moż­na zde­cy­do­wa­nie po­pra­wić ja­kość wspól­ne­go ży­cia dzie­ci i do­ro­słych. Z jej po­mo­cą ro­dzi­ce mogą prze­kształ­cić swo­je na­wy­ko­we spo­so­by po­ro­zu­mie­wa­nia się z dziec­kiem, któ­re sto­ją w sprzecz­no­ści z pra­gnie­niem wspie­ra­nia ich roz­wo­ju. Dzię­ki no­wym umie­jęt­no­ściom będą w sta­nie stwo­rzyć bez­piecz­ne i wspie­ra­ją­ce śro­do­wi­sko, w któ­rym dzie­ci w peł­ni zre­ali­zu­ją swój po­ten­cjał.

Wszy­scy przy­cho­dzi­my na świat z wła­ści­wym na­szej ludz­kiej na­tu­rze zmy­słem współ­za­leż­no­ści oraz po­trze­bą ży­cia we wspól­no­cie i ko­rzy­sta­nia z wza­jem­ne­go wspar­cia. Po­sia­da­my tak­że wro­dzo­ną zdol­ność em­pa­tii. Do­pie­ro na­sze do­świad­cze­nia - "owe chwi­le, gdy w do­mach, szko­łach i in­nych miej­scach lek­ce­wa­ży się na­sze po­trze­by" - po­wo­du­ją, że wbrew na­tu­rze za­czy­na­my wy­bie­rać dro­gę prze­mo­cy, na przy­kład w po­sta­ci żą­dań czy przy­mu­su, jako naj­sku­tecz­niej­szą tak­ty­kę osią­ga­nia ce­lów i za­spo­ka­ja­nia swo­ich po­trzeb. Albo, jesz­cze go­rzej, za­po­mi­na­my, że na­sze po­trze­by mają ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie.

Ni­niej­sza książ­ka przy­no­si nowe ro­zu­mie­nie dzie­cię­ce­go za­cho­wa­nia i nowy spo­sób re­ago­wa­nia na nie. Je­śli uży­jesz przed­sta­wio­nych w niej na­rzę­dzi, zbu­du­jesz moc­ną pod­sta­wę za­ufa­nia w re­la­cjach z dziec­kiem. A dzie­ci do­ra­sta­ją­ce w za­ufa­niu - w śro­do­wi­sku, w któ­rym ich po­trze­by są re­spek­to­wa­ne - mają więk­sze szan­se na zdro­we i twór­cze ży­cie. Za­ufa­nie jest bo­wiem pod­sta­wą po­czu­cia wła­snej war­to­ści u dziec­ka, a tak­że wię­zi z do­ro­sły­mi opar­tej na wza­jem­nym sza­cun­ku i mi­ło­ści.

Ta nie­zwy­kle waż­na, ale i bar­dzo prak­tycz­na książ­ka na­uczy cię, jak na­praw­dę przy­go­to­wać dziec­ko do ży­cia w świe­cie. Nie­za­leż­nie od tego, co je spo­tka w ży­ciu, mo­żesz spra­wić, że zmie­rzy się z tym jako oso­ba doj­rza­ła emo­cjo­nal­nie i świa­do­ma swo­je­go po­wią­za­nia z in­ny­mi. Bu­du­jąc dom pe­łen za­ufa­nia i sza­cun­ku dla po­trzeb wszyst­kich miesz­kań­ców, wzmoc­nisz dzie­ci w od­kry­wa­niu swo­je­go po­ten­cja­łu oraz spra­wisz, że w przy­szło­ści chęt­nie wnio­są swój wkład w ży­cie ro­dzi­ny, wspól­no­ty i na­szej pla­ne­ty.

Prze­czy­ta­nie tej książ­ki to jesz­cze nie wszyst­ko: trze­ba sta­rać się też żyć we­dług za­sad, któ­re pro­pa­gu­je. Po­sta­raj się po­dzie­lić się nimi z mał­żon­kiem, przy­ja­ciół­mi i dzieć­mi. Od jed­ne­go ro­dzi­ca do dru­gie­go, od jed­ne­go domu do na­stęp­ne­go - stop­nio­wo stwo­rzy­my świat, w któ­rym po­trze­by lu­dzi są za­spo­ka­ja­ne w po­ko­jo­wy spo­sób.

WPRO­WA­DZE­NIE

Książ­ka ta wzię­ła się z prze­świad­cze­nia, że by­cie ro­dzi­cem to naj­waż­niej­sza, naj­le­piej na­gra­dza­na, ale i naj­bar­dziej wy­ma­ga­ją­ca ak­tyw­ność ludz­ka. Kła­dąc na­cisk na bu­do­wa­nie wza­jem­ne­go sza­cun­ku i współ­dzia­ła­nia ro­dzi­ców z dzieć­mi, przed­sta­wia­my w niej sie­dem klu­czo­wych kro­ków do od­blo­ko­wa­nia i in­spi­ro­wa­nia ty­po­wo ro­dzi­ciel­skich umie­jęt­no­ści. Wśród nich znaj­du­ją się: ja­sność co do ce­lów ro­dzi­ciel­stwa, ro­zu­mie­nie po­trzeb dziec­ka ukry­tych za okre­ślo­ny­mi za­cho­wa­nia­mi i ak­tyw­ne two­rze­nie oko­licz­no­ści oraz po­dej­mo­wa­nie dzia­łań ma­ją­cych na celu za­spo­ko­je­nie owych po­trzeb.

Wciąż pa­mię­ta­my czas, kie­dy w wie­ku dwu­dzie­stu paru lat zo­sta­ły­śmy mat­ka­mi, a po­tem, ma­jąc trzy­dzie­ści kil­ka, pro­wa­dzi­ły­śmy dzie­ci naj­pierw do szko­ły pod­sta­wo­wej, a tro­chę póź­niej do śred­niej. Bra­ko­wa­ło nam wte­dy zro­zu­mie­nia, ja­sno­ści i wspar­cia. Na­sze do­świad­cze­nia nie od­po­wia­da­ły ów­cze­snym po­ję­ciom o re­la­cjach ro­dzi­ców i dzie­ci: by­ły­śmy prze­ko­na­ne, że dzie­ci są isto­ta­mi do­sko­na­ły­mi, in­te­gral­ny­mi we­wnętrz­nie, i chcia­ły­śmy z nimi współ­dzia­łać, za­chwy­cać się nimi i uczyć się od nich. Wie­dzia­ły­śmy, że moż­na doj­rze­wać wraz z dziec­kiem, ucząc się na­wza­jem od sie­bie i zdo­by­wa­jąc dzię­ki temu głęb­sze zro­zu­mie­nie świa­ta. Wte­dy - w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych - nie po­ma­ga­no jed­nak ro­dzi­com li­kwi­do­wać ro­dzin­nych kon­flik­tów i znaj­do­wać ra­do­ści w by­ciu ra­zem, lecz pro­pa­go­wa­no kon­tro­lę nad dziec­kiem jako naj­lep­szą me­to­dę roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów.

Po­dej­ście to jest żywe rów­nież dzi­siaj. Po­wsta­ją set­ki ksią­żek o tym, jak skło­nić dziec­ko do ro­bie­nia tego, na czym nam za­le­ży, wy­wo­łu­jąc w nim po­czu­cie winy, za­wsty­dza­jąc je, chwa­ląc, stra­sząc ka­ra­mi albo obie­cu­jąc na­gro­dy. Co praw­da, w ostat­nich la­tach po­dej­ście to ule­gło pew­ne­mu zła­go­dze­niu - bo za­czę­to mó­wić o kon­se­kwen­cjach, za­miast ka­rach, oraz o time-outach i po­zy­tyw­nej mo­ty­wa­cji - jed­nak cel po­zo­stał ten sam: kon­tro­la nad dzie­cię­cym za­cho­wa­niem.

Więk­szość ro­dzi­ców, z któ­ry­mi mia­ły­śmy stycz­ność, pró­bo­wa­ła tych me­tod - lecz uzna­ła je za wy­so­ce nie­za­do­wa­la­ją­ce. Było tak dla­te­go, że ko­rzy­ści, ja­kie z nich pły­ną, są krót­ko­trwa­łe - na przy­kład, zmniej­sze­nie licz­by kon­flik­tów na ja­kiś czas - za to oku­pio­ne du­żym kosz­tem. Im bar­dziej ro­dzi­ce sta­ra­ją się wpro­wa­dzić w domu okre­ślo­ne za­sa­dy, wy­cią­gać kon­se­kwen­cje i mo­ty­wo­wać za po­mo­cą na­gród, tym wię­cej po­ja­wia się wal­ki, krzy­ków, trza­ska­ją­cych drzwi, lo­do­wa­tych spoj­rzeń i łez. Wie­lu ro­dzi­ców skar­ży­ło się nam, że trud­no im wdra­żać tego ro­dza­ju tech­ni­ki wy­cho­waw­cze, po­nie­waż nie zga­dza­ją się one z ich ro­dzi­ciel­ską in­tu­icją oraz chę­cią zbu­do­wa­nia ser­decz­nych re­la­cji z dziec­kiem.

Two­je ży­cie zde­cy­du­je o tym, cze­go na­uczą się dzie­ci

Ni­niej­sza książ­ka ofe­ru­je po­dej­ście al­ter­na­tyw­ne do ro­dzi­ciel­stwa ba­zu­ją­ce­go na kon­tro­li. Chce­my prze­ka­zać w niej do­brą wia­do­mość: nie mu­si­cie wy­my­ślać spo­so­bów na skła­nia­nie wa­sze­go dziec­ka do zmia­ny za­cho­wa­nia i nie mu­si­cie ni­cze­go kon­tro­lo­wać, aby po­sta­wić tamę kon­flik­tom. Ro­dzi­ciel­stwo, któ­re pro­pa­gu­je­my, jest w wie­lu aspek­tach prost­sze i bar­dziej in­tu­icyj­ne, a tak­że bar­dziej efek­tyw­ne, je­śli cho­dzi o za­spo­ka­ja­nie po­trzeb do­ro­słych i dzie­ci - za­rów­no w krót­kim, jak i w dłuż­szym okre­sie. Jego pod­sta­wą są po­zy­tyw­ne uczu­cia, ja­kich do­świad­cza­ją ro­dzi­ce i dzie­ci w chwi­lach naj­więk­szej bli­sko­ści. A je­śli mó­wi­my o zmia­nie czy­ichś za­cho­wań, to przede wszyst­kim na­szych wła­snych - po­nie­waż są je­dy­ny­mi, na któ­re mamy wpływ. Pięk­no tego po­dej­ścia po­le­ga na tym, że je­śli zmie­ni­my swój spo­sób po­stę­po­wa­nia, rów­nież po­stę­po­wa­nie dziec­ka się zmie­ni.

Po­wszech­nie uwa­ża się, że za­da­niem ro­dzi­ca jest prze­ka­za­nie dziec­ku pew­nych war­to­ści, zwy­kle za po­mo­cą ta­kich środ­ków, jak wy­ja­śnie­nia, wska­zów­ki, sta­wia­nie wy­ma­gań i ko­ry­go­wa­nie. Nie­ste­ty, ro­dzic w roli na­uczy­cie­la szyb­ko po­pa­da we fru­stra­cję, a na dzie­ci dzia­ła iry­tu­ją­co, co w su­mie pro­wa­dzi do wie­lu kon­flik­tów. W tym sa­mym bo­wiem cza­sie, kie­dy my sta­ra­my się wszel­ki­mi spo­so­ba­mi prze­ka­zać dziec­ku okre­ślo­ne war­to­ści na­szej kul­tu­ry, ono robi wszyst­ko, aby roz­wi­nąć swo­je wła­sne we­wnętrz­ne ukie­run­ko­wa­nie w ży­ciu i zbu­do­wać sza­cu­nek do sa­me­go sie­bie. Dla­te­go czę­sto po­zo­sta­je głu­che na na­sze ka­za­nia, a jed­no­cze­śnie uni­ka wszel­kich re­ak­cji, któ­re mo­gły­by wy­wo­łać ko­lej­ny wy­kład, stro­fo­wa­nie lub ul­ti­ma­tum, po­nie­waż wszyst­ko to uświa­da­mia mu tyl­ko, że nie speł­nia ja­kichś na­szych ocze­ki­wań.

Oczy­wi­ście, jako ro­dzic chce­cie mieć wpływ na dziec­ko, chce­cie prze­ka­zać mu swo­je war­to­ści i pro­wa­dzić je w spo­sób, któ­ry przy­czy­ni się do jego szczę­ścia i suk­ce­su w przy­szło­ści. Py­ta­nie jed­nak brzmi: kie­dy ro­dzic ma naj­więk­szy wpływ na dziec­ko? Czy kie­dy robi mu wy­mów­ki i pra­wi ka­za­nia, czy też kie­dy sam żyje w zgo­dzie z war­to­ścia­mi, któ­re chce prze­ka­zać?

Każ­dy wie, że czy­ny mó­wią gło­śniej niż sło­wa. Ba­da­nia po­ka­zu­ją, że tyl­ko pięć pro­cent wie­dzy, któ­rą po­sia­da­my, zdo­by­wa­my na dro­dze abs­trak­cyj­nych wy­ja­śnień - resz­ta po­cho­dzi z in­te­rak­cji z in­ny­mi ludź­mi3. W pew­nym mo­men­cie sami prze­ko­na­cie się, że dziec­ko uczy się wię­cej z wa­szych czy­nów niż z wa­szych słów: szyb­ko roz­po­zna­cie sie­bie w spo­so­bie, w jaki trak­tu­je ro­dzeń­stwo, albo w spo­so­bie ar­gu­men­ta­cji, któ­re­go uży­wa wo­bec was.

Za­sta­nów­cie się przez chwi­lę, cze­go na­uczy­li­ście się od swo­ich ro­dzi­ców: czy słu­cha­li­ście cho­ciaż po­ło­wy tego, co do was mó­wi­li? A może wię­cej zy­ska­li­ście, ob­ser­wu­jąc ich za­cho­wa­nie i spo­sób ży­cia? Wie­lu do­ro­słych twier­dzi, że głów­ną na­uką były dla nich bo­le­sne do­świad­cze­nia, dzię­ki któ­rym do­wie­dzie­li się, ja­ki­mi ro­dzi­ca­mi nie chcą być. Dla­te­go - po­zy­tyw­ny czy ne­ga­tyw­ny - wpływ ro­dzi­ców sta­no­wi za­wsze wiel­ką siłę kształ­tu­ją­cą czło­wie­ka: jego wła­sne ro­dzi­ciel­stwo i spo­sób ży­cia.

Dzie­ci po­trze­bu­ją ro­dzi­ców, któ­rzy żyją w spo­sób szcze­ry i zgod­ny ze swo­imi war­to­ścia­mi - wte­dy mają szan­sę zo­ba­czyć w nich wzór do na­śla­do­wa­nia. Moż­na po­trak­to­wać to jako do­brą spo­sob­ność - albo wręcz sil­ną mo­ty­wa­cję - do wy­ja­śnie­nia so­bie, co jest dla mnie waż­ne i ja­kie są moje cele, a na­stęp­nie zro­bie­nia wszyst­kie­go, co w na­szej mocy, aby żyć w zgo­dzie z nimi.

Ja­sność co do wła­snych prio­ry­te­tów i ży­cie w zgo­dzie z nimi nie po­le­ga jed­nak na dą­że­niu do per­fek­cji. Re­zy­gna­cja z tego ostat­nie­go może wręcz przy­nieść dużą ulgę: kie­dy bo­wiem oka­że się, że nie sto­icie na wy­so­ko­ści za­da­nia, któ­re so­bie sami wy­zna­czy­li­ście, to za­miast po­pa­dać w sa­mo­kry­ty­kę, mo­że­cie wy­ko­rzy­stać oka­zję do po­ka­za­nia dziec­ku, na czym po­le­ga szcze­rość wzglę­dem sie­bie i in­nych. I - co tak­że waż­ne - kto nie ocze­ku­je per­fek­cji od sie­bie, nie bę­dzie jej ocze­ki­wał od dziec­ka.

Obudź w so­bie umie­jęt­ność stwo­rze­nia ko­cha­ją­ce­go domu

Dom jest miej­scem, w któ­rym wa­sze dzie­ci od­bio­rą naj­bar­dziej pod­sta­wo­wą lek­cję ży­cia: jak dbać o wła­sne po­trze­by i jak po­móc in­nym za­dbać o ich po­trze­by. Dom jest pod­sta­wą dla przy­szłych re­la­cji wa­sze­go dziec­ka z mę­żem lub żoną, part­ne­rem lub part­ner­ką, z wła­sny­mi dzieć­mi, wnu­ka­mi, przy­ja­ciół­mi, przy­ja­ciół­ka­mi, współ­pra­cow­ni­ka­mi czy człon­ka­mi spo­łecz­no­ści. Po­wi­nien być świą­ty­nią, w któ­rej dziec­ko może roz­wi­jać się bez­piecz­nie i w swo­im tem­pie - ma­jąc świa­do­mość wa­sze­go wspar­cia, sza­cun­ku i prze­wod­nic­twa.

W ko­cha­ją­cym domu nie ma stra­chu - źró­dła wszyst­kich kon­flik­tów. Jest to miej­sce, w któ­rym po­trze­by dziec­ka są rów­nie waż­ne jak po­trze­by po­zo­sta­łych miesz­kań­ców - i wszyst­kie są w mia­rę moż­li­wo­ści za­spo­ka­ja­ne. Dziec­ko ma tego świa­do­mość, dla­te­go może spo­koj­nym kro­kiem wejść w ży­cie, któ­re tak sil­nie je przy­zy­wa, i po­szu­kać w nim swo­je­go miej­sca w sie­ci da­wa­nia i bra­nia, któ­ra skła­da się na ro­dzi­nę, spo­łecz­ność, na­ród i świat.

Książ­ka ta trak­tu­je przede wszyst­kim o re­la­cjach mię­dzy ro­dzi­ca­mi i dzieć­mi. Na­sze su­ge­stie do­ty­czą­ce współ­dzia­ła­nia i bu­do­wa­nia wza­jem­ne­go sza­cun­ku sto­su­ją się do dzie­ci w każ­dym wie­ku. Mogą być tak­że sku­tecz­ne w od­nie­sie­niu do do­ro­słych człon­ków ro­dzi­ny. Każ­da z trzech czę­ści książ­ki ma za za­da­nie przy­czy­nić się do roz­wo­ju ro­dzi­ciel­skiej zdol­no­ści two­rze­nia ko­cha­ją­ce­go domu.

Część I. Pod­sta­wa sza­cun­ku i współ­dzia­ła­nia

Trzy roz­dzia­ły tej czę­ści do­ty­czą ukry­tej dy­na­mi­ki sza­cun­ku i współ­dzia­ła­nia - dwóch rze­czy, któ­rych ro­dzi­ce pra­gną naj­bar­dziej.

Część II. Sie­dem kro­ków do współ­dzia­ła­nia

Owych sie­dem kro­ków do współ­dzia­ła­nia ma po­móc ro­dzi­com stop­nio­wo za­mie­nić dom w Stre­fę bez Prze­mo­cy, gdzie po­trze­by wszyst­kich miesz­kań­ców są rów­nie waż­ne, a dą­że­nie do ich za­spo­ko­je­nia za­stę­pu­je kary, na­gro­dy i wza­jem­ną kry­ty­kę.

Część III. Za­ba­wy dla ca­łej ro­dzi­ny i hi­sto­rie ze Stre­fy bez Prze­mo­cy

Ta część za­wie­ra sze­reg za­baw, gier i za­jęć roz­wi­ja­ją­cych róż­ne umie­jęt­no­ści, a tak­że słu­żą­cych do przy­jem­ne­go spę­dze­nia cza­su. Na koń­cu znaj­du­ją się opo­wie­ści ro­dzi­ców, któ­rzy wdra­ża­ją za­sa­dy przed­sta­wio­ne w książ­ce. Mogą one być in­spi­ra­cją dla czy­tel­ni­ków. (Wszyst­kie imio­na bo­ha­te­rów zo­sta­ły zmie­nio­ne).

Uwa­ga na te­mat Po­ro­zu­mie­nia bez Prze­mo­cy (NVC)

Ta książ­ka opie­ra się na za­ło­że­niach Po­ro­zu­mie­nia bez Prze­mo­cy, ale sta­no­wią one je­dy­nie śro­dek do jesz­cze waż­niej­sze­go i głęb­sze­go celu: osią­gnię­cia okre­ślo­ne­go sta­nu umy­słu i ser­ca. Pod­sta­wo­we po­ję­cia Po­ro­zu­mie­nia bez Prze­mo­cy zo­sta­ną wpro­wa­dzo­ne w Kro­ku 5., jed­nak w książ­ce tej kła­dzie­my na­cisk nie tyle na ję­zyk wza­jem­nej ko­mu­ni­ka­cji, ile na we­wnętrz­ną po­sta­wę i ro­dzi­ciel­stwo zbu­do­wa­ne na sza­cun­ku. Po­ro­zu­mie­nie bez Prze­mo­cy prze­kształ­ca du­ali­stycz­ne i kon­fron­ta­cyj­ne my­śle­nie - któ­re ba­zu­je na stra­chu i jest źró­dłem we­wnętrz­nych i ze­wnętrz­nych kon­flik­tów - w peł­ną sza­cun­ku i mi­ło­ści świa­do­mość cu­dzych po­trzeb, któ­re leżą u pod­staw wszel­kich za­cho­wań.

ROZ­DZIAŁ 1.SZA­CU­NEK I WSPÓŁ­DZIA­ŁA­NIE. CZE­GO CHCĄ RO­DZI­CE I JAK MOGĄ TO ZDO­BYĆ?

Jak wy­glą­dał­by świat, gdy­by cho­ciaż jed­no po­ko­le­nie zo­sta­ło wy­cho­wa­ne w idei sza­cun­ku i bez prze­mo­cy?

Glo­ria Ste­inem

Sza­cu­nek i współ­dzia­ła­nie zaj­mu­ją wy­so­kie miej­sce na ro­dzi­ciel­skiej li­ście ży­czeń. Być może i wy je­ste­ście w gru­pie, któ­rej włą­cza się co ja­kiś czas - w trak­cie spo­ru z dziec­kiem - sy­gnał alar­mo­wy: "Na­praw­dę chcia­ła­bym (chciał­bym) tro­chę wię­cej sza­cun­ku i współ­dzia­ła­nia z jego stro­ny!" Być może je­ste­ście jed­nym z ro­dzi­ców, któ­rzy za­sta­na­wia­ją się, co ta­kie­go nie po­zwa­la wam tego do­stać. Czy na­praw­dę trze­ba pro­sić o coś tak zwy­kłe­go, sko­ro robi się tyle dla swo­je­go dziec­ka? No cóż, i tak, i nie. Sza­cu­nek i współ­dzia­ła­nie to pro­ste rze­czy - po­nie­waż są to wa­sze pod­sta­wo­we po­trze­by. Z dru­giej stro­ny, stwo­rze­nie oko­licz­no­ści, któ­re umoż­li­wią dziec­ku sza­no­wa­nie i współ­dzia­ła­nie, wy­ma­ga wię­cej wy­sił­ku, niż mo­gło­by się wy­da­wać.

We­dług na­szych ob­ser­wa­cji, żeby wy­zwo­lić po­ten­cjał wza­jem­ne­go sza­cun­ku i współ­dzia­ła­nia u dziec­ka, na­le­ży:

- Pa­mię­tać, że dzie­ci uczą się na przy­kła­dzie ro­dzi­ców.

- Współ­dzia­łać z dziec­kiem.

- Na rów­ni ce­nić po­trze­by swo­je i dziec­ka.

- Zwe­ry­fi­ko­wać swo­je za­ło­że­nia na te­mat dziec­ka.

- Prak­ty­ko­wać sie­dem za­sad ro­dzi­ciel­stwa zbu­do­wa­ne­go na sza­cun­ku.

Choć mat­ki i oj­co­wie mó­wią wie­le o sza­cun­ku i współ­dzia­ła­niu, za­uwa­ży­ły­śmy w tym wzglę­dzie wiel­kie po­mie­sza­nie po­jęć. Kie­dy spy­tać o szcze­gó­ły, ro­dzi­ce nie za­wsze wie­dzą, co mają na my­śli. Zda­rza się na­wet, że w róż­nym cza­sie mają na my­śli coś in­ne­go. Na do­kład­kę, me­to­dy, ja­kie sto­su­ją, aby wpo­ić dzie­ciom sza­cu­nek i zmu­sić do współ­dzia­ła­nia, czę­sto od­bi­ja­ją się ry­ko­sze­tem, po­nie­waż sami nie są zdol­ni do oka­za­nia dzie­ciom sza­cun­ku lub współ­dzia­ła­nia z nimi - przy­najm­niej w tym sen­sie, w ja­kim mówi o tym ni­niej­sza książ­ka.

Współ­dzia­ła­nie to dro­ga dwu­kie­run­ko­wa

Ra­zem mo­że­my być mą­drzej­si niż każ­dy z nas od­dziel­nie.

Mu­si­my na­uczyć się czer­pać z tej mą­dro­ści.

Tom Atlee

Oka­zu­je się, że wie­lu ro­dzi­ców my­śli o współ­dzia­ła­niu jak o dro­dze jed­no­kie­run­ko­wej - dzie­ci mają ro­bić to, cze­go się od nich ocze­ku­je - za­miast jak o re­la­cji dwu­kie­run­ko­wej. I gdy dziec­ko nie robi tego, cze­go ocze­ku­je ro­dzic, na­zy­wa­ją je "nie­po­słusz­nym", od cze­go już tyl­ko mały krok do przy­kle­ja­nia ety­kie­tek, kry­ty­ko­wa­nia, oskar­ża­nia, kłót­ni i spo­rów. Póź­niej­sze pró­by opa­no­wa­nia sy­tu­acji pro­wa­dzą do kom­pro­mi­sów, ne­go­cja­cji i tar­gów, któ­re rzad­ko za­spo­ka­ja­ją po­trze­by wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych.

Czy po­wie­dzie­li­ście kie­dyś do swo­je­go dziec­ka coś ta­kie­go: "Co za ba­ła­gan! Chcę, że­byś po­sprzą­tał po­kój, za­nim pój­dziesz się ba­wić!" Dzi­wi­li­ście się po­tem, że nie wy­ko­na­ło po­le­ce­nia od razu i z uśmie­chem na twa­rzy? Pod­ję­li­ście jed­no­stron­ną de­cy­zję, zgod­nie z któ­rą dziec­ko mia­ło speł­nić wa­sze ocze­ki­wa­nia w wy­zna­czo­nym przez was cza­sie. "W koń­cu ja tu je­stem ro­dzi­cem!" - mo­gli­by­ście po­wie­dzieć. Zgo­da, jed­nak ta­kie po­dej­ście nie bie­rze pod uwa­gę punk­tu wi­dze­nia dziec­ka! I je­śli bę­dzie­cie lek­ce­wa­żyć jego uczu­cia, my­śli i po­trze­by - w tym tak­że po­mysł na roz­wią­za­nie pro­ble­mu z ba­ła­ga­nem - ry­zy­ku­je­cie utra­tę jego sza­cun­ku i do­brej woli. Dzie­cię­cy mru­kli­wy opór bywa wte­dy na­tu­ral­ną kon­se­kwen­cją wa­sze­go wy­bo­ru, żeby dzia­łać bez wzglę­du na jego zda­nie.

Przed­ro­stek "współ-" w sło­wie "współ­dzia­ła­nie" wska­zu­je na czyn­ność wy­ko­ny­wa­ną ra­zem - po­dob­nie jak w sło­wach: współ­twór­ca, współ­au­tor czy współ­pra­cow­nik. Współ­dzia­łać zna­czy więc: dzia­łać ra­zem. Nie jest to coś, co moż­na za­de­kre­to­wać lub na­ka­zać. Je­śli w domu bra­ku­je ele­men­tu wspól­no­ty w dzia­ła­niu - na przy­kład w usta­la­niu re­guł do­ty­czą­cych ży­cia dziec­ka, w roz­wią­zy­wa­niu pro­ble­mów czy po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji - moż­na ocze­ki­wać na­tu­ral­nych tego kon­se­kwen­cji, czy­li: opo­ru, kłót­ni, zra­nio­nych uczuć, chę­ci po­sta­wie­nia na swo­im i ko­niecz­no­ści ucie­ka­nia się do kar i na­gród. Fun­da­men­tal­ne pra­wo ludz­kich re­la­cji mówi, że brak wspól­no­ty w dzia­ła­niu wy­wo­łu­je opór, któ­ry z ko­lei pro­wa­dzi do sto­so­wa­nia kar i na­gród - aby zmu­sić do po­słu­szeń­stwa - co zno­wu wy­wo­łu­je opór i tak da­lej. Ro­dzi­ce za­po­mi­na­ją­cy o owym "współ-" we współ­dzia­ła­niu wcze­śniej czy póź­niej będą mu­sie­li za to za­pła­cić. Je­śli nie dzia­łasz ze swo­im dziec­kiem, ono nie bę­dzie dzia­łać z tobą.

Pew­na mło­da ko­bie­ta re­la­cjo­no­wa­ła nam, że jej oj­ciec miał bar­dzo wy­so­kie stan­dar­dy, je­śli cho­dzi o czy­stość w jej po­ko­ju. Na­wet gdy pa­no­wał w nim po­rzą­dek, miał zwy­czaj za­glą­da­nia pod dy­wan - i ka­rał ją, je­śli zna­lazł tam kłęb­ki ku­rzu. Im moc­niej na­ci­skał na speł­nia­nie swo­ich stan­dar­dów, tym więk­sza wro­gość i opór na­ra­sta­ły w cór­ce. Sprzą­ta­ła swój po­kój tyl­ko dla­te­go, że bała się ojca i jego re­ak­cji. Po­kój był czy­sty - ale nie dzię­ki woli dziec­ka do współ­dzia­ła­nia, któ­re mia­ło swój wkład w spraw­ne funk­cjo­no­wa­nie domu, lecz ze stra­chu przed oj­cem.

Wszyst­ko mo­gło­by wy­glą­dać in­a­czej, gdy­by ona i jej oj­ciec naj­pierw usta­li­li pod­sta­wo­we za­sa­dy czy­sto­ści w po­ko­ju - gdy­by cór­ka zo­sta­ła włą­czo­na w pro­ces okre­śla­nia, kie­dy jej po­kój jest, a kie­dy nie jest czy­sty.

Za­da­nia dla cie­bie

- Co zna­czy dla cie­bie sło­wo "współ­dzia­ła­nie"?

- Jak mo­gło­by wy­glą­dać w two­im wy­pad­ku dzia­ła­nie po­zba­wio­ne owe­go "współ-"?

- Ja­kie są wte­dy tego kon­se­kwen­cje?

- Wy­mień przy­najm­niej jed­ną rzecz, któ­rą mógł­byś zro­bić, żeby przy­czy­nić się do więk­sze­go współ­dzia­ła­nia w two­im domu.

Współ­dzia­ła­nie jest ele­men­tem stra­te­gii prze­trwa­nia

Go­to­wość dzie­ci do współ­dzia­ła­nia to coś, cze­go ro­dzi­ce pra­gnę­li­by wię­cej i czę­ściej. Go­to­wość tę moż­na roz­wi­jać.

Każ­dy ga­tu­nek na Zie­mi po­trze­bu­je współ­dzia­ła­nia, żeby prze­trwać i roz­kwi­tać. Tak samo na­sza zdol­ność prze­trwa­nia w co­raz bar­dziej współ­za­leż­nym spo­łe­czeń­stwie glo­bal­nym bę­dzie za­le­żeć od tego, czy na­uczy­my się prak­ty­ko­wać tę sub­tel­ną sztu­kę.

Przez ostat­nich dzie­sięć ty­się­cy lat lu­dzie żyli w skraj­nie kon­ku­ren­cyj­nym śro­do­wi­sku, sto­su­jąc prze­moc wo­bec in­nych, by uzy­skać oso­bi­stą, ple­mien­ną czy na­ro­do­wą prze­wa­gę4. Nie­rów­no­wa­ga sił i brak sza­cun­ku dla pod­sta­wo­wych po­trzeb mi­lio­nów istot ludz­kich - po­dob­nie jak zwie­rząt czy sa­mej Zie­mi - skut­ko­wa­ły cią­gły­mi kon­flik­ta­mi, wal­ką i znisz­cze­niem. Obec­nie wie­le wskaź­ni­ków eko­no­micz­nych, spo­łecz­nych i eko­lo­gicz­nych do­wo­dzi, że taki spo­sób ży­cia jest już nie do utrzy­ma­nia i że po­trze­bu­je­my no­we­go po­rząd­ku zbu­do­wa­ne­go na współ­dzia­ła­niu i po­dzia­le wła­dzy. Ro­dzi­ce, któ­rzy re­ali­zu­ją ideę współ­dzia­ła­nia w swo­ich ro­dzi­nach, sta­ją się mo­de­lem prze­mian dla swo­ich dzie­ci i in­nych ro­dzi­ców. Są ak­tyw­ny­mi uczest­ni­ka­mi zmia­ny ewo­lu­cyj­nej, któ­rej ce­lem jest glo­bal­ny po­kój i zrów­no­wa­żo­ny roz­wój.

Lu­dzie, któ­rzy za­miesz­ku­ją ro­dzin­ne go­spo­dar­stwa albo inne małe wspól­no­ty, do­brze wie­dzą o ko­rzy­ściach współ­dzia­ła­nia. Wzno­sze­nie za­bu­do­wań, wspól­ne po­sił­ki skład­ko­we i żni­wa są dla nich nor­mą od stu­le­ci. Lu­dziom, któ­rzy żyją w więk­szej izo­la­cji - na przy­kład w du­żych mia­stach - zda­rza się za­po­mi­nać, że wszy­scy eg­zy­stu­je­my dzię­ki sie­ci wza­jem­nych po­wią­zań.

Współ­dzia­ła­nie - zdol­ność pod­trzy­mu­ją­ca ży­cie

We­dług bio­loż­ki ewo­lu­cyj­nej Eli­sa­bet Sah­to­uris, współ­dzia­ła­nie jest je­dy­ną dro­gą do sta­nu za­cho­wa­nia rów­no­wa­gi i prze­trwa­nia5. Doj­rza­łe eko­sys­te­my, jak pre­rie czy lasy tro­pi­kal­ne, ewo­lu­ują, kie­dy za­miast wro­gie­go współ­za­wod­nic­twa po­ja­wi się w nich współ­dzia­ła­nie. Wy­so­ce zło­żo­ny eko­sys­tem lasu tro­pi­kal­ne­go to szcze­gól­nie do­bry przy­kład tego, jak dzię­ki współ­dzia­ła­niu wie­lu róż­nych ga­tun­ków moż­li­we jest prze­trwa­nie na prze­strze­ni mi­lio­nów lat. "Każ­dy ga­tu­nek ma tam swo­je za­da­nie, wszyst­kie pra­cu­ją ra­zem, od­zy­sku­jąc za­so­by i dys­try­bu­ując swo­je pro­duk­ty i usłu­gi w spo­sób ko­rzyst­ny dla wszyst­kich. Na tym wła­śnie po­le­ga zdol­ność prze­trwa­nia".

Owszem, moż­na o tym za­po­mnieć, ale tyl­ko do cza­su, kie­dy spra­wy prze­sta­ją iść gład­ko i zda­rza się coś, co do­ty­ka wszyst­kich. Gdy duży za­kład pra­cy, za­trud­nia­ją­cy wie­le osób w da­nej spo­łecz­no­ści, ule­ga li­kwi­da­cji, wszy­scy od­czu­wa­ją to eko­no­micz­nie, spo­łecz­nie i oso­bi­ście. Kie­dy w 2004 roku osu­nę­ło się zbo­cze w ma­łym mia­stecz­ku La Con­chi­ta w Ka­li­for­nii i za­sy­pa­ło kil­ka­na­ście do­mów, do­tknę­ło to tak­że lu­dzi z oko­licz­nych mia­ste­czek, któ­rzy chęt­nie za­an­ga­żo­wa­li się w po­moc. A gdy rok póź­niej hu­ra­ga­ny Ka­tri­na i Rita spo­wo­do­wa­ły po­wódź i za­bra­ły po­nad dwa ty­sią­ce lu­dzi w No­wym Or­le­anie i in­nych po­łu­dnio­wych mia­stach USA, wszy­scy oby­wa­te­le kra­ju po­czu­li się człon­ka­mi jed­nej spo­łecz­no­ści zjed­no­czo­nej w bólu i tro­sce.

Kie­dy bieg ży­cia spo­łecz­ne­go zo­sta­je prze­rwa­ny przez ka­ta­stro­fę - na­tu­ral­ną lub wy­wo­ła­ną przez czło­wie­ka - bu­dzi sięw nas skry­wa­na głę­bo­ko świa­do­mość na­szej współ­za­leż­no­ści, któ­ra wspie­ra nas jako spo­łecz­ność i jako ga­tu­nek. Owa świa­do­mość, że każ­dy z nas jest czę­ścią ol­brzy­miej sie­ci ży­cia, a nasz do­bro­stan za­le­ży od do­bro­sta­nu in­nych, wska­zu­je, dla­cze­go współ­dzia­ła­nie jest umie­jęt­no­ścią, któ­rą trze­ba roz­wi­jać: nie tyl­ko ze wzglę­du na har­mo­nię w na­szej ro­dzi­nie, ale tak­że dla prze­trwa­nia lu­dzi jako ga­tun­ku.

Ro­dzi­na jest pod­sta­wo­wym ele­men­tem w sie­ci po­wią­zań spo­łecz­nych i to, co się w niej dzie­je, ma od­czu­wal­ny wpływ na kil­ka ko­lej­nych po­ko­leń. Typ two­je­go ro­dzi­ciel­stwa od­ci­śnie swo­je pięt­no na set­kach, a może i ty­sią­cach ist­nień ludz­kich zwią­za­nych z ży­ciem two­ich dzie­ci. Czy chce­cie czy nie, i tak nie unik­nie­cie wła­sne­go wpły­wu na tę sieć współ­za­leż­no­ści, mo­że­cie jed­nak zde­cy­do­wać, jaki on bę­dzie.

Współ­dzia­ła­nie to spra­wo­wa­nie wła­dzy ro­dzi­ciel­skiej ra­zem z dziec­kiem

Za­uważ­cie, że w każ­dej chwi­li, kie­dy znaj­du­je­cie się w ja­kiejś in­te­rak­cji z dziec­kiem, albo spra­wu­je­cie nad nim wła­dzę, albo spra­wu­je­cie swą wła­dzę ra­zem z nim. Praw­do­po­dob­nie je­den z tych ty­pów dzia­ła­nia jest do­mi­nu­ją­cy w wa­szym domu: któ­ry z nich?

Ro­dzi­ce spra­wu­ją­cy wła­dzę nad dziec­kiem uży­wa­ją czę­sto zwro­tów:

Chcę, że­byś zro­bi­ła (zro­bił) to na­tych­miast! A je­śli nie, to...

Że­bym nie mu­sia­ła (mu­siał) cię o to dwa razy pro­sić!

Masz po pro­stu ro­bić to, co ci każę.

Nie chcę sły­szeć żad­ne­go "ale".

Nie ob­cho­dzi mnie, co o tym my­ślisz.

Wiem, że chcesz się po­ba­wić, ale naj­pierw mu­sisz...

Ile razy mam ci po­wta­rzać?

Ten typ ro­dzi­ciel­stwa opie­ra się na za­ło­że­niu, że ro­dzic naj­le­piej wie, co jest do­bre dla dziec­ka, wy­da­je po­le­ce­nia, a po­tem eg­ze­kwu­je po­słu­szeń­stwo. Tacy ro­dzi­ce prze­zna­cza­ją dużo cza­su na pra­wie­nie mo­ra­łów, do­ra­dza­nie, spo­ry, ana­li­zy i wszel­kie inne pró­by spra­wo­wa­nia kon­tro­li nad dziec­kiem, sta­ra­jąc się skło­nić je do za­cho­wań, któ­re uzna­ją za je­dy­nie wła­ści­we. W swo­ich sta­ra­niach zmu­sze­nia dziec­ka do po­słu­szeń­stwa czę­sto uży­wa­ją zwro­tów za­wie­ra­ją­cych sło­wa: "mu­sisz", "po­wi­nie­neś", "masz zro­bić". To­wa­rzy­szą im tak­że groź­by lub obiet­ni­ce. Dzie­ci tych ro­dzi­ców nie otrzy­mu­ją moż­li­wo­ści de­cy­do­wa­nia - lub tyl­ko bar­dzo nie­wiel­ką - o spo­so­bach roz­wią­za­nia wła­snych pro­ble­mów.

Ro­dzi­ce spra­wu­ją­cy swą wła­dzę ra­zem z dziec­kiem uży­wa­ją zwro­tów:

Chcia­ła­bym (chciał­bym), że­by­śmy zna­leź­li roz­wią­za­nie, któ­re od­po­wia­da nam oboj­gu.

By­ło­by świet­nie, gdy­by­śmy zro­bi­li to ra­zem.

Smut­no mi, kie­dy ktoś z nas jest po­mi­nię­ty przy po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji.

Chcia­ła­bym (chciał­bym) usły­szeć, co o tym są­dzisz. Za­sta­na­wiam się, cze­go ci te­raz po­trze­ba.

Czy był­byś skłon­ny (by­ła­byś skłon­na) do...?

Pro­szę, po­móż mi zro­zu­mieć swój punkt wi­dze­nia.

Za­sta­na­wiam się, co my­ślisz o mo­jej pro­po­zy­cji.

Ten typ ro­dzi­ciel­stwa ozna­cza, że do­ro­sły wraz z dziec­kiem sta­ra się okre­ślić, co jest w da­nej sy­tu­acji naj­lep­sze dla dziec­ka, wspól­nie z nim po­dej­mu­je de­cy­zje, a po­tem co ja­kiś czas spraw­dza, czy wspól­ne usta­le­nia są re­ali­zo­wa­ne. Tacy ro­dzi­ce czę­ściej wsłu­chu­ją się w sło­wa dziec­ka, pró­bu­jąc zro­zu­mieć jego uczu­cia, my­śli, po­trze­by i ży­cze­nia. Prze­kaz, jaki mają dla nie­go, brzmi: "Chcia­ła­bym (chciał­bym) zna­leźć roz­wią­za­nia, któ­re spraw­dzą się dla nas oboj­ga (obu). Je­stem go­to­wa (go­tów) szu­kać ich tak dłu­go, jak bę­dzie trze­ba". Sta­ra­ją się więc do­ciec sed­na pro­ble­mów i zna­leźć roz­wią­za­nia za­spo­ka­ja­ją­ce po­trze­by wszyst­kich, co jest czymś zu­peł­nie in­nym niż szu­ka­nie kom­pro­mi­sów, ne­go­cja­cje lub tar­gi, w któ­rych za­wsze ktoś po­zo­sta­je nie­za­do­wo­lo­ny.

Ro­dzi­ce, któ­rzy zde­cy­do­wa­li się spra­wo­wać swą wła­dzę ra­zem z dziec­kiem, nie boją się słu­chać tego, co ma ono do po­wie­dze­nia. Wręcz prze­ciw­nie, za­chę­ca­ją je do wy­po­wia­da­nia się. Wie­dzą, że wsłu­chi­wa­nie się w sło­wa dziec­ka nie ozna­cza zgo­dy lub nie­zgo­dy na jego zda­nie, ale jest po­cząt­kiem dia­lo­gu, w któ­rym sami też mogą wy­po­wie­dzieć swo­je my­śli, uczu­cia i po­trze­by.

Któ­ry­kol­wiek z tych dwóch ty­pów ro­dzi­ciel­stwa wy­bie­rze­cie, mu­si­cie pa­mię­tać, że wa­sze dziec­ko bę­dzie się od was uczyć. Bę­dzie pod­pa­try­wać wa­szą stra­te­gię i sto­so­wać ją wo­bec swe­go ro­dzeń­stwa i ko­le­gów. Bę­dzie tak­że sto­so­wać ją w szkol­nej kla­sie, a po­tem bu­do­wać na niej swo­je przy­szłe re­la­cje z ludź­mi.

Sza­cu­nek to spo­sób pa­trze­nia

Ro­dzi­ciel­stwo jest czę­ścią dy­na­micz­nej wy­mia­ny mię­dzy wszyst­ki­mi człon­ka­mi ro­dzi­ny. Ży­jąc w spo­sób au­ten­tycz­ny, mamy szan­sę na­praw­dę po­czuć ra­dość ży­cia, co nig­dy się nie zda­rzy, je­śli na­szym ce­lem jest po­ucza­nie in­nych albo zmu­sza­nie ich do zro­bie­nia tego, na czym nam za­le­ży.

Jo­seph Chil­ton Pe­ar­ce

Naj­pierw do­bra wia­do­mość: współ­dzia­ła­nie z dziec­kiem jest nie tyl­ko moż­li­we, ale jest wręcz na­tu­ral­ną kon­se­kwen­cją re­la­cji zbu­do­wa­nej na wza­jem­nym sza­cun­ku. Jed­nak sza­cu­nek bywa tak samo czę­sto źle ro­zu­mia­ny jak współ­dzia­ła­nie.

Co ma­cie na my­śli, kie­dy mó­wi­cie, że chce­cie otrzy­my­wać wię­cej sza­cun­ku od swo­je­go dziec­ka? Czy cho­dzi o to, żeby chęt­niej słu­cha­ło wa­szych słów i po­uczeń? Czy też o zro­zu­mie­nie z jego stro­ny dla wa­szych po­trzeb i uwa­run­ko­wań? A może po pro­stu chce­cie mniej kłót­ni i spo­rów? Czy też żeby dziec­ko po­tra­fi­ło zro­zu­mieć, że za­zwy­czaj ma­cie ra­cję? A może cho­dzi o coś w ro­dza­ju po­dzi­wu i po­zy­tyw­nej oce­ny dla was? Albo żeby dziec­ko wy­ko­ny­wa­ło wa­sze po­le­ce­nia bez sprze­ci­wu? Naj­pew­niej cho­dzi o wszyst­kie te rze­czy po tro­chu. Nic dziw­ne­go, że przy tak wie­lu spo­so­bach ro­zu­mie­nia sza­cun­ku trud­no ów sza­cu­nek do­stać. Dla więk­szo­ści ro­dzi­ców jest to bo­wiem po­ję­cie, któ­re obej­mu­je wszyst­ko: wie­le róż­nych my­śli, uczuć i po­trzeb.

Tym­cza­sem naj­waż­niej­szą rze­czą w sza­cun­ku jest pa­trze­nie6. Ale pa­trze­nie na co? We­dług nas, sza­cu­nek dla dru­giej oso­by po­le­ga na tym, aby pa­trzeć na to wszyst­ko, cze­go ona do­świad­cza, w szcze­gól­no­ści zwra­cać uwa­gę na jej uczu­cia i po­trze­by.

Pa­trząc na swo­je dziec­ko, mo­że­cie sku­piać się na róż­nych rze­czach. Mo­że­cie sku­piać się na jego za­cho­wa­niu i oce­niać je ze swo­je­go punk­tu wi­dze­nia: swo­ich po­trzeb i swo­ich kry­te­riów. Ale mo­że­cie tak­że sta­rać się spoj­rzeć na nie z jego wła­snej per­spek­ty­wy, bio­rąc pod uwa­gę jego po­trze­by i jego uczu­cia.

Sku­pia­nie się na złym za­cho­wa­niu

Kie­dy sku­pia­cie swą uwa­gę głów­nie na tym, co dziec­ko robi nie­wła­ści­wie lub co wam się w nim nie po­do­ba, mogą wte­dy paść sło­wa: "Jak mo­żesz być tak bez­myśl­na (bez­myśl­ny)! Spójrz, co zro­bi­łaś (zro­bi­łeś)! My­śla­łam (my­śla­łem), że je­steś bar­dziej doj­rza­ła (doj­rza­ły). Co się z tobą dzie­je? Chy­ba umiesz się le­piej za­cho­wać? Po­wi­nie­neś (po­win­naś) się wsty­dzić".

Gdy górę bie­rze lęk o przy­szłość dziec­ka, praw­do­po­dob­nie mó­wi­cie: "Je­śli da­lej bę­dziesz się tak za­cho­wy­wać, nig­dy do ni­cze­go nie doj­dziesz! Nikt nie bę­dzie chciał się z tobą przy­jaź­nić! Kie­dy wresz­cie za­czniesz mnie słu­chać?"

Ta­kie po­dej­ście opie­ra się na za­ło­że­niu, że kry­ty­ko­wa­nie dziec­ka, za­wsty­dza­nie go i ka­ra­nie jest naj­lep­szą mo­ty­wa­cją do zmia­ny za­cho­wa­nia. Czy tak jed­nak jest w isto­cie?

Sku­pia­nie się na po­trze­bach

Jak­kol­wiek sza­lo­ne może wy­da­wać się za­cho­wa­nie wa­sze­go dziec­ka - szar­pa­nie za no­gaw­kę, wrza­ski, bi­cie was lub ro­dzeń­stwa albo rzu­ca­nie za­baw­ka­mi - jest ono prze­ja­wem dą­że­nia do za­spo­ko­je­nia ja­kiejś po­trze­by. Po­trze­by, któ­rą rów­nież wy ma­cie. Może cho­dzić, na przy­kład, o zwró­ce­nie na sie­bie uwa­gi, po­trze­bę wy­bo­ru lub au­to­no­mii. Oczy­wi­ście, może nie po­do­bać wam się spo­sób, w jaki dziec­ko pró­bu­je za­spo­ka­jać tę po­trze­bę, ale za­miast je po­tę­piać, le­piej sku­pić się wpierw na jej roz­po­zna­niu. Nie tyl­ko po­mo­że to zbu­do­wać bliż­szą więź z dziec­kiem, ale po­zwo­li po­móc mu w zna­le­zie­niu lep­sze­go spo­so­bu jej za­spo­ko­je­nia.

W po­niż­szej hi­sto­rii oj­ciec był pod­eks­cy­to­wa­ny ideą, że może skon­cen­tro­wać swą uwa­gę na po­trze­bach dziec­ka za­miast oce­niać jego za­cho­wa­nie. Jego dwu­na­sto­let­ni syn wła­śnie tra­fił do no­wej szko­ły i w cią­gu dwóch mie­się­cy znacz­nie przy­brał na wa­dze. Ro­dzi­ce za­opa­trzy­li dom w zdro­we pro­duk­ty, żeby wy­eli­mi­no­wać tu­czą­ce prze­ką­ski z jego die­ty, ale zda­wa­li so­bie spra­wę, że syn je chip­sy i sło­dy­cze w szko­le oraz u ko­le­gów w week­en­dy. Nie chcie­li wy­wie­rać na nim do­dat­ko­we­go na­ci­sku swo­imi sło­wa­mi, ale pew­ne­go wie­czo­ru syn sam wy­rzu­cił z sie­bie ze zło­ścią: "Nie mogę uwie­rzyć, że je­stem aż tak gru­by!" Ojca kor­ci­ło, żeby po­uczyć syna: "Po­słu­chaj, wy­star­czy, że od­sta­wisz śmie­cio­we je­dze­nie, a na­tych­miast za­czniesz tra­cić na wa­dze". Zde­cy­do­wał jed­nak, aby w mil­cze­niu po­cze­kać na dal­sze sło­wa dziec­ka. Oczy­wi­ście, syn mó­wił da­lej: "Wiem, że to przez te śmie­ci, któ­re jem, ale po pro­stu nie umiem się po­wstrzy­mać. Mam na to strasz­ną ocho­tę po szko­le, a to jest wszę­dzie". Oj­ciec wy­ra­ził swo­je zro­zu­mie­nie dla jego od­czuć: "Wy­da­je mi się, że czu­jesz się, jak­byś był w sy­tu­acji bez wyj­ścia. Chciał­byś pew­nie zna­leźć inny spo­sób na roz­ła­do­wa­nie na­pię­cia po szko­le i od­prę­że­nie niż je­dze­nie tłu­stych rze­czy? Ale w tej chwi­li nie wiesz, jak to zro­bić". W oczach syna po­ja­wi­ły się łzy, po­nie­waż złość w jego ser­cu ustą­pi­ła miej­sca smut­ko­wi. "Tak, tato, mu­szę coś zro­bić!". Oj­ciec zno­wu dał wy­raz swo­jej em­pa­tii: "Wy­da­jesz się bar­dzo zmo­ty­wo­wa­ny, żeby zmie­nić swo­je przy­zwy­cza­je­nia". Syn od­po­wie­dział: "Tak, tato. Masz ja­kiś po­mysł, jak to zro­bić?". W tym mo­men­cie oj­ciec chęt­nie sko­rzy­stał z za­pro­sze­nia do dys­ku­sji i po­dzie­le­nia się swo­ją opi­nią na te­mat tego, co chło­piec mógł­by zro­bić, żeby za­spo­ko­ić swo­je po­trze­by w zdrow­szy spo­sób.

Współ­dzia­ła­nie jest w na­szych ge­nach

Idea współ­dzia­ła­nia jako zdol­no­ści ko­niecz­nej do prze­trwa­nia i roz­wo­ju - oraz wpi­sa­nej w na­sze geny - była roz­wi­ja­na za­rów­no przez na­ukow­ców, jak i przy­wód­ców du­cho­wych.

Bio­lo­go­wie Tim Ro­per i La­ris­sa Con­radt po­twier­dzi­li ist­nie­nie u zwie­rząt na­tu­ral­ne­go in­stynk­tu do współ­dzia­ła­nia dla wza­jem­ne­go do­bra. W swo­im stu­dium Gro­up De­ci­sion-Ma­king in Ani­mals (Wspól­ne po­dej­mo­wa­nie de­cy­zji u zwie­rząt) do­cho­dzą do wnio­sku, że na­tu­ral­nym za­cho­wa­niem u wszyst­kich zwie­rząt ży­ją­cych w sta­dzie - a tak­że lu­dzi - jest współ­dzia­ła­nie, a nie do­mi­na­cja. Utrzy­mu­ją, iż na­tu­ra ob­da­rzy­ła czło­wie­ka bio­lo­gicz­nym me­cha­ni­zmem uwal­nia­nia en­dor­fin, wy­wo­łu­ją­cych po­czu­cie przy­jem­no­ści, w sy­tu­acjach dzie­le­nia się czymś z in­ny­mi7. To mo­ty­wu­je nas do da­wa­nia, przez co przy­czy­nia­my się do prze­trwa­nia ca­łe­go ga­tun­ku, a na­wet wię­cej: roz­kwi­tu i po­wo­dze­nia każ­de­go z nas.

Rów­nież Da­laj­la­ma twier­dzi, że współ­dzia­ła­nie jest na­tu­ral­ną re­ak­cją u lu­dzi, po­nie­waż je­ste­śmy isto­ta­mi spo­łecz­ny­mi, a na­sze prze­trwa­nie i do­bro­stan ści­śle za­le­żą od prze­trwa­nia i do­bro­sta­nu in­nych. "Współ­za­leż­ność jest pod­sta­wo­wym pra­wem na­tu­ry. Nie tyl­ko wyż­sze isto­ty, ale na­wet in­sek­ty mają na­tu­rę spo­łecz­ną. Po­tra­fią one - bez żad­nej re­li­gii, pra­wo­daw­stwa czy edu­ka­cji - prze­żyć dzię­ki wspól­ne­mu dzia­ła­niu opar­te­mu na we­wnętrz­nej współ­za­leż­no­ści"8.

Z po­wyż­szych roz­wa­żań wy­ła­nia się ro­bo­cza de­fi­ni­cja współ­dzia­ła­nia: jest ono spo­so­bem spra­wo­wa­nia wła­dzy ra­zem z in­ny­mi dla wspól­ne­go do­bra.

ROZ­DZIAŁ 2.SZA­CU­NEK DLA SA­ME­GO SIE­BIE. RO­DZI­CE TAK­ŻE MAJĄ PO­TRZE­BY

Kie­dy za­czy­na­my po­zna­wać i wspie­rać sie­bie, ro­bi­my pierw­szy krok, któ­ry za­chę­ca tak­że na­sze dzie­ci do po­zna­wa­nia sie­bie.

Da­niel J. Sie­gel

Do­ro­śli wkra­cza­ją w ro­dzi­ciel­stwo wraz z po­ja­wie­niem się pierw­sze­go dziec­ka. W prze­ci­wień­stwie do po­przed­nich po­ko­leń, któ­re żyły w ro­dzi­nach wie­lo­po­ko­le­nio­wych, dzi­siaj na­ro­dzi­ny dziec­ka ozna­cza­ją naj­czę­ściej pierw­szy kon­takt z no­wo­rod­kiem, nie mó­wiąc już o opie­ce nad nim przez dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę. Ro­dzi­ce szyb­ko za­czy­na­ją ro­zu­mieć, że są zda­ni tyl­ko na sie­bie: bez prze­szko­le­nia, bez in­struk­cji na CD, jak w wy­pad­ku no­we­go te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go. A prze­cież jest to naj­waż­niej­sze i naj­więk­sze wy­zwa­nie w ich ży­ciu! Wy­obraź­my so­bie, że ubie­ga­ją­cy się o pra­cę jako ro­dzic prze­czy­tał­by w ogło­sze­niu: "Nie wy­ma­ga­my żad­ne­go tre­nin­gu ani wcze­śniej­sze­go do­świad­cze­nia".

Tak więc z wkro­cze­niem w ro­dzi­ciel­stwo mu­si­cie za­ufać no­we­mu wy­mia­ro­wi ży­cia, któ­ry się przed wami otwie­ra, wy­po­sa­że­ni na po­cząt­ku tyl­ko w bio­lo­gicz­ny in­stynkt prze­trwa­nia, na­tu­ral­ną do­cie­kli­wość i wro­dzo­ną zdol­ność do na­uki i roz­wo­ju - do­kład­nie tak samo jak wa­sze dziec­ko! Świa­do­mość nie­wie­dzy uczy po­ko­ry. Wszyst­kie­go mu­si­cie na­uczyć się ra­zem z dziec­kiem: opie­ki nad nim, współ­dzia­ła­nia i bu­do­wa­nia wię­zi w ro­dzi­nie. W szcze­gól­nie trud­nych dniach mo­że­cie po­czuć, że całe wa­sze do­świad­cze­nie ży­cio­we i ra­cjo­nal­ne po­dej­ście do roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów na nie­wie­le się zda­je.

Krzy­wa ilu­stru­ją­ca zdo­by­wa­nie wie­dzy i umie­jęt­no­ści przez ro­dzi­ców jest stro­ma. A im dzie­ci są star­sze, tym bar­dziej idzie ona w górę. W wi­rze nie­ustan­nej pra­cy, któ­ra trwa mniej wię­cej osiem­na­ście lat, dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę, i ma ol­brzy­mie zna­cze­nie dla przy­szło­ści dziec­ka, ro­dzi­ce czę­sto za­po­mi­na­ją o so­bie. Nie­któ­rzy otwar­cie uwa­ża­ją, że by­cie do­brym ro­dzi­cem jest rów­no­znacz­ne z po­świę­ce­niem swo­ich po­trzeb i przy­jem­no­ści. Kie­dyś na jed­nym z na­szych warsz­ta­tów wstał oj­ciec sze­ścio­lat­ka i po­wie­dział: "Mó­wie­nie o po­trze­bach ro­dzi­ców jest śmiesz­ne. Fak­ty są ta­kie, że jako ro­dzic mu­sisz za­po­mnieć o nich na osiem­na­ście lat". Wi­dać było, że jest bar­dzo prze­ko­na­ny o tym, co mówi, choć za­ra­zem jego sło­wa za­brzmia­ły po­nu­ro. Było nam przy­kro, sły­sząc coś ta­kie­go, za­rów­no ze wzglę­du na nie­go jak i jego dzie­ci. Po­świę­ce­nie swo­ich po­trzeb dla dziec­ka za­wsze koń­czy się tym, że wszy­scy pła­cą za nie wy­so­ką cenę.

Two­je po­trze­by są waż­ne!

Dziec­ko o wie­le wię­cej uczy się z tego, kim je­ste­śmy, niż z tego, co mó­wi­my. Dla­te­go mu­si­my być tym, kim chce­my, żeby sta­ły się na­sze dzie­ci.

Jo­seph Chil­ton Pe­ar­ce

Ko­niecz­ność za­dba­nia o swo­je po­trze­by naj­le­piej ilu­stru­je pro­ce­du­ra awa­ryj­na li­nii lot­ni­czych: w wy­pad­ku za­gro­że­nia ste­war­de­sy in­stru­ują ro­dzi­ców, by naj­pierw na­kła­da­li ma­ski tle­no­we so­bie, a do­pie­ro po­tem dzie­ciom. Jest wszak oczy­wi­ste, że ro­dzic, któ­ry nie może od­dy­chać, nie po­mo­że tak­że swe­mu dziec­ku.

By­cie ro­dzi­cem poza po­kła­dem sa­mo­lo­tu nie­wie­le się róż­ni - za­leż­no­ści są tyl­ko mniej oczy­wi­ste. Tak samo jak i tam, wa­sze po­trze­by nig­dy nie po­win­ny pod­le­gać dys­ku­sji. Je­śli nie za­trosz­czy­cie się o sie­bie tak, aby­ście mo­gli roz­kwit­nąć, mo­że­cie wpraw­dzie opie­ko­wać się dzieć­mi i po­móc im prze­trwać, ale nie bę­dzie­cie mie­li dość wi­tal­no­ści i siły, aby po­móc im roz­kwit­nąć. Nie sta­nie­cie się dla nich tak­że wzo­rem tro­ski o sa­me­go sie­bie, któ­re­go będą bar­dzo po­trze­bo­wa­ły, gdy wy­pro­wa­dzą się z domu i za­czną sa­mo­dziel­ne ży­cie.

Po­trze­by ro­dzi­ców są waż­ne, choć współ­cze­sne spo­łe­czeń­stwa nie po­świę­ca­ją im do­sta­tecz­nie dużo uwa­gi. Ma­rzy nam się miej­sce w każ­dej spo­łecz­no­ści, w któ­rym ro­dzi­ce mo­gli­by re­gu­lar­nie ła­do­wać swo­je ba­te­rie, uczyć się i spo­ty­kać. Moż­na so­bie, na przy­kład, wy­obra­zić, że szko­ły za­mie­nia­ją się po­po­łu­dnia­mi i w week­en­dy w ta­kie miej­sca: dzie­ci by­ły­by tam za­ję­te za­ba­wą, a ro­dzi­ce mo­gli­by otrzy­mać po­ra­dy, co­aching, ćwi­czyć jogę, śpie­wać w chó­rze, uczyć się go­to­wa­nia i zna­leźć to­wa­rzy­stwo in­nych ro­dzi­ców. Czę­ściej by się wte­dy spo­ty­ka­li i mie­li­by oka­zję po­roz­ma­wiać o waż­nych dla sie­bie spra­wach. Lu­bi­my so­bie wy­obra­żać świat, w któ­rym do­ro­śli i całe ro­dzi­ny znaj­do­wa­ły­by wspar­cie w ta­kich miej­scach.

Mamy na­dzie­ję, że na­sza książ­ka za­in­spi­ru­je was do uświa­do­mie­nia so­bie i do­ce­nie­nia wła­snych po­trzeb - tak samo jak po­trzeb wa­szych dzie­ci. Ży­je­my w cza­sach po­śpie­chu i trud­no jest, o ile w ogó­le moż­li­we, dbać o wszyst­kie swo­je po­trze­by przez cały czas. Jed­nak już samo po­sta­no­wie­nie, że bę­dzie się do tego dą­żyć, jest du­żym kro­kiem na­przód.

Uświa­dom so­bie swo­je po­trze­by

Więk­szość ro­dzi­ców, z któ­ry­mi mamy do czy­nie­nia, nie­zbyt trosz­czy się o sie­bie, po­nie­waż przede wszyst­kim nie wie­dzą, ja­kie są ich po­trze­by. Jak wie­lu z nas, praw­do­po­dob­nie i wy by­li­ście ucze­ni re­zy­gna­cji ze swo­ich po­trzeb na ko­rzyść ze­wnętrz­nych stan­dar­dów wy­zna­cza­nych przez ro­dzi­ców i na­uczy­cie­li, a po­tem pra­co­daw­ców. Re­zy­gna­cję z wła­snych po­trzeb wciąż uzna­je się za nor­mę we wszyst­kich struk­tu­rach, w któ­rych jed­ni lu­dzie spra­wu­ją wła­dzę nad in­ny­mi. Do­ty­czy to w rów­nej mie­rze ro­dzin, szkół i państw. Za­wsze szo­ku­je nas i smu­ci, kie­dy wi­dzi­my, jak chęt­nie ro­dzi­ce i na­uczy­cie­le pod­da­ją ży­wio­ło­we po­pę­dy i za­in­te­re­so­wa­nia dzie­ci dry­lo­wi po­słu­szeń­stwa i kon­for­mi­zmu.

Do­ro­śli zdra­dza­ją nam, że po wie­lu la­tach lek­ce­wa­że­nia swo­ich po­trzeb czu­ją się jak spa­ra­li­żo­wa­ni. Chcie­li­by mieć w so­bie wię­cej pa­sji, ży­cia i wol­no­ści, tak jak wte­dy, kie­dy byli młod­si. Nie­któ­rzy na­wet wy­ma­za­li z pa­mię­ci te wspo­mnie­nia i sta­li się po­dejrz­li­wi wzglę­dem wszel­kich wzmia­nek o uczu­ciach czy po­trze­bach, trak­tu­jąc je jako prze­jaw wy­de­li­ka­ce­nia, sła­bo­ści lub prze­sad­nej wraż­li­wo­ści. Jed­nak ro­dzi­ce, któ­rzy na na­szych warsz­ta­tach od­zy­sku­ją świa­do­mość swo­ich uczuć i po­trzeb, zy­sku­ją tak­że nową wi­tal­ność i ener­gię, a po­tem sku­tecz­niej po­tra­fią się o nie za­trosz­czyć.

Uświa­dom so­bie, jaki jest koszt nie­za­spo­ko­jo­nych po­trzeb

Je­śli wasz dzień jest wy­peł­nio­ny za­ję­cia­mi, prze­bie­ga w po­śpie­chu i nie ma w nim miej­sca na od­po­czy­nek i re­gu­lar­ne po­sił­ki, trud­no bę­dzie wam z en­tu­zja­zmem re­ago­wać na po­trze­by dziec­ka. Je­śli nie ma­cie cza­su na wła­sne przy­jem­no­ści i za­ba­wę, praw­do­po­dob­nie nie znaj­dzie­cie tak­że zro­zu­mie­nia dla jego nie­usta­ją­cej chę­ci za­ba­wy. Je­śli nie ma­cie ni­ko­go, z kim mo­gli­by­ście się wy­ga­dać, wy­słu­cha­nie dziec­ka za­pew­ne oka­że się dla was zbyt du­żym wy­zwa­niem.

Emo­cjo­nal­ny koszt wy­czer­pa­nia się wa­szych za­so­bów ener­gii po­no­si­cie nie tyl­ko wy, ale rów­nież wa­sze dziec­ko. Czę­sto znaj­du­je­cie się wte­dy wraz z dziec­kiem w sy­tu­acjach typu prze­gra­ny-prze­gra­ny: zrzę­dząc na nie, krzy­cząc, gro­żąc mu, roz­ka­zu­jąc i sza­fu­jąc ka­ra­mi i na­gro­da­mi. W koń­cu osią­gnie­cie punkt cał­ko­wi­te­go wy­pa­le­nia, w któ­rym wa­sze wy­czer­pa­nie i ob­cią­że­nie się­gną ze­ni­tu. Prze­peł­nie­ni zwąt­pie­niem w sie­bie, bez­rad­no­ścią i bez­na­dzie­ją, bę­dzie­cie kwe­stio­no­wać sens swo­ich dzia­łań, mó­wić rze­czy, któ­rych nie chcie­li­ście wca­le po­wie­dzieć i gro­zić kon­se­kwen­cja­mi, któ­rych wca­le so­bie nie ży­czy­cie.

In­nym skut­kiem dłu­go­trwa­le nie­za­spo­ko­jo­nych po­trzeb jest skłon­ność do od­czu­wa­nia ura­zy wo­bec in­nych. Gdy dzie­ci zo­rien­tu­ją się, jaką cenę pła­ci­cie za opie­ko­wa­nie się nimi, będą czu­ły się win­ne, do­sta­jąc od was co­kol­wiek, i za­czną opie­rać się albo wręcz prze­ciw­sta­wiać się temu. Jed­no­cze­śnie będą mia­ły opacz­ne wra­że­nie, że je­ste­ście kimś po­zba­wio­nym po­trzeb. A je­śli nie uświa­do­mi­cie im, że ma­cie po­trze­by i ja­kie one są, dzie­ci nie będą po­tra­fi­ły po­móc wam w ich za­spo­ko­je­niu. Tak czy in­a­czej, na szwank na­ra­żo­na zo­sta­nie za­rów­no wa­sza zdol­ność ra­do­sne­go da­wa­nia dzie­ciom sie­bie, jak i ich zdol­ność ra­do­sne­go da­wa­nia sie­bie wam.

Dzie­ci są em­pa­tycz­ne z na­tu­ry i chcą - oraz po­trze­bu­ją wi­dzieć sie­bie jako oso­by, któ­re dają. (Oczy­wi­ście, ist­nie­ją gra­ni­ce, w ja­kich dzie­ci mogą przy­czy­nić się do za­spo­ko­je­nia po­trzeb ro­dzi­ców, i nie na­le­ży ocze­ki­wać, że będą pod­sta­wo­wym źró­dłem sa­tys­fak­cji). Zna­na jest nam, na przy­kład, na­stę­pu­ją­ca re­la­cja o tym, jak dziec­ko po­tra­fi po­móc oso­bie do­ro­słej.

"Pew­ne­go po­po­łu­dnia dłu­go ba­wi­łam się z moim dwu­let­nim sy­nem i w koń­cu po­czu­łam się bar­dzo zmę­czo­na. Po­trze­bo­wa­łam krót­kiej drzem­ki, ale on wciąż miał mnó­stwo ener­gii i chciał się ba­wić. Po­wie­dzia­łam mu, że je­stem zmę­czo­na i po­trze­bu­ję od­po­czyn­ku, ale on na­le­gał. W koń­cu spoj­rza­łam na to z jego punk­tu wi­dze­nia i po­wie­dzia­łam: "Wi­dzę, że faj­nie ci się ze mną bawi i nie chcesz jesz­cze koń­czyć. Po pro­stu chcesz się ba­wić da­lej". By­łam tak zmę­czo­na, że nie po­tra­fi­łam wy­my­ślić nic in­ne­go. My­ślę, że zro­zu­miał wte­dy, o co mi cho­dzi, bo na­gle zmie­nił stra­te­gię. Po­wie­dział: "Ma­mu­siu, po­łóż się, a ja po­ło­żę się obok cie­bie". I tak wła­śnie się sta­ło. Przez pół go­dzi­ny zaj­mo­wał się sobą, a ja mo­głam się zdrzem­nąć. Kie­dy obu­dzi­łam się, spy­tał: "Mamo, czy już się wy­spa­łaś?". Bar­dzo mnie to wzru­szy­ło".

Wy­pra­cuj w so­bie nowe na­wy­ki dba­nia o sie­bie