8
Ważka krążyła wokół mnie zupełnie jak mucha, choć raczej niespiesznie. Byłem wtedy na zewnątrz, próbowałem posadzić pomidory w czymś, co razem z żoną nazywaliśmy ogrodem. Ziemia na tej naszej pustyni była jednak wybredna i wysysała z sadzonek soki życiowe. Klęczałem na suchej ziemi, gdy przyleciała ważka. Kolana powoli przyzwyczaiły się do coraz twardszego, spękanego podłoża. Krążyła tak, jakby chciała porozmawiać. Skrzydełka jednak poruszały się jakby w zwolnionym tempie, sprawiając, że zataczane kręgi nie były równe. Jakby traciła siły.
Wstałem z kolan, obserwując ją czujnie. Wyciągnąłem rękę, tak jak wtedy, gdy w dzieciństwie przywoływałem sokoły. Ważka zawahała się, ale zbliżyła, zataczając coraz mniejsze kręgi. Była duża i lekko złota, błyszczała w słońcu. Mary, moja żona, uwielbiała ważki. Uważała je za symbol szczęścia. Dawno jednak nie pojawiały się w naszej okolicy i była już prawie pewna, że wyginęły. Wiedziałem, że sprawię jej radość. Tuż przy moich nogach stał duży słoik z resztką wody. Choć była mi droższa niż niewyrosłe jeszcze pomidory, wylałem ją na ziemię, z której momentalnie wyparowała. Zamachnąłem się. Ważka znieruchomiała i osiadła na dnie słoja.
Żona jak zwykle o tej porze spała na sofie, znajdującej się kilka metrów od okna. Słońce nie docierało do niej nawet śladem promienia. Lubiła udawać, że ktoś wyłącza czasami główną gwiazdę naszego układu w galaktyce. Nie żeby nie lubiła słońca. Wiedziała, że bez niego nie byłoby na ziemi życia. Ale wiedziała też, że potrafi ono to życie również zniszczyć. A skórę przypalić aż do bąbli. Jej oczy już dawno przestały przyjaźnić się z promieniami. Musiała zakładać okulary przeciwsłoneczne za każdym razem, kiedy opuszczała dom. Wiedziałem o tym i pozwalałem słońcu spalać moją skórę zamiast skóry żony. Musieliśmy przecież coś jeść. Stąd pomysł ogrodu, który - mieliśmy nadzieję - kiedyś w końcu powstanie. Uczepiłem się tej myśli, wierząc przy okazji, że tak silna wiara zdoła urodzić rośliny.
Teraz żona spała na sofie. Postawiłem słoik z nieruchomą ważką na poduszce i czekałem. Siedziałem, wpatrując się w śpiącą spokojnie Mary. Gdy zobaczyłem ją w barze trzydzieści trzy lata wcześniej, oniemiałem. Było wesoło, muzyka bębniła nawet w moich płucach. Odbijała się echem w oddechu również przy zamawianiu drinka. Barman nie zrozumiał, kiedy próbowałem wypowiedzieć słowa: "Whisky on the rocks with lime". Mary także siedziała przy barze. Chociaż rozmawiała o czymś z przyjaciółką, sprawiała wrażenie najspokojniejszej osoby w pomieszczeniu. Jasna twarz o łagodnych rysach, malinowa chusteczka w grochy, zawiązaną na szyi podkreślała jej alabastrową skórę. Brunetka o orzechowym spojrzeniu uśmiechała się lekko, nie rozchylając ust, jakby wstydziła się tego, co słyszy, tego, co sama pozwala sobie słyszeć. Wiedziałem od razu, że ta dziewczyna o kruchej posturze, o talii, którą mógłbym objąć dłońmi, będzie moją żoną.
Kiedy się przedstawiałem, jej uśmiech się nie zmienił. Kiedy się oświadczałem, jej uśmiech się nie zmienił. Wiedziałem jednak, czułem, że mnie kocha. Pierwsze małżeństwo Mary nie było udane. Już po dwóch tygodniach nosiła na sobie granatowe sińce. Była dla męża nie taka, jak sobie wymyślił. Nie gotowała, jak trzeba, nie sprzątała, jak trzeba. W łóżku zbyt delikatna. W piątym roku małżeństwa rozważała nawet samobójstwo, jednak myśl o dzieciach utrzymała ją przy życiu. Gdy urodziła szóste dziecko, zamknęła się w sobie. Całymi dniami spała z twarzą zwróconą w stronę ściany. Dzieci musiały wychowywać się niemal same. Brak kontaktu z żoną mąż rekompensował sobie kolejnymi butelkami whisky lub dżinu. Następnego dnia nie pamiętał, w które miejsce na ciele żony uderzył najmocniej. Mary w końcu zebrała siły i wniosła o rozwód. Opuściła męża - ale depresja została.
Poznaliśmy się dwa lata później, depresja nie opuściła jej do końca życia. Wiedziałem jednak, że mnie kocha. Musiałem tylko dbać o nią jak o najdelikatniejszy kwiat. Teraz siedziałem przy łóżku wpatrzony w spokojną jak zwykle twarz żony i nie czułem nic, poza czułością. Rak, który przetaczał się przez jej ciało już jakiś czas, zabierał mi ją każdego dnia po cząsteczce. Dlatego tak bardzo ważna była każda chwila, kiedy się uśmiechała. A uśmiechała się do wszystkich stworzeń, które jeszcze żyły w okolicy. Ważki były tymi, które rozpromieniały jej twarz najbardziej. Obudziła się. Ważka chyba to dostrzegła. Zamachała skrzydełkami, obijając się o zamkniętą ścianę słoika. Dźwięk brzmiał jak dzwoneczki na obróżce kota, który dzielił już z nami dziesięć lat swojego życia. Mary otworzyła oczy bardzo szeroko, zrobiły się prawie okrągłe. Uśmiechnęła się tak bardzo, że aż się roześmiałem. Łzy pociekły po jej twarzy, naznaczonej już zmarszczkami. To było szczęście. Ten moment.
Mary wzięła do ręki słoik z ważką i przyglądaliśmy jej się oboje przez dłuższą chwilę. W końcu wstała z łóżka. Zabrała słoik i stojąc już na progu domu, odkręciła wieczko. Słońce właśnie zaczęło zachodzić czerwonawymi pasmami. Ważka wyfrunęła, a po chwili zmieniła się w błyszczący punkt na horyzoncie. Tydzień później Mary zmarła. Dwa tygodnie później dopadł mnie czwarty zawał.
Daniel, 81 lat