Idzie nowe. Miejmy nadzieję, że lepsze
Adrianna Olechowska nie mogła spać tej nocy. Niespokojnie kręciła się z boku na bok.
Spojrzała na wyświetlacz telefonu. Dochodziła ósma. Dobrze, że dzisiaj pracowała Ania, jej pracownica. Westchnęła. Dziewczynę też trzeba będzie zwolnić? Przecież sama nie da rady piec, sprzedawać, zamawiać towar i obsługiwać gości. Jej mama miała rację, trzeba było nie zostawiać ciepłej posadki w księgowości, tylko siedzieć za biurkiem i tęskno patrzeć w szybę "lokal na sprzedaż" podczas spacerów z wózkiem.
W Gdańsku była sama. Po skandalu, jaki wywołała, wchodząc w ten niezbyt fortunny związek, jej rodzice wybrali życie na wsi, trzysta kilometrów od Trójmiasta.
Szalała za nim. Bardzo. On za nią też. Potem czar prysł. Miała dwadzieścia lat i była wtedy bardzo młoda. Duchem młoda. Wierzyła mężczyznom.
Wydawało jej się, że ona i Konrad będą żyli długo i szczęśliwie. Niestety, on miał inne plany.
Po wspólnych planach został Michaś. Patrząc na syna, uśmiechnęła się. Z pewnością Michaś zrekompensował jej wszystkie porażki. Z jego ojcem była dwa lata. Kłopoty zaczęły się, gdy zaszła w ciążę. Namawiał ją, by usunęła, przynosił kasę, umawiał wizyty w prywatnych gabinetach. Odmawiała. Cały czas miała nadzieję, że będą razem. Niestety. Wkrótce powiedział, że nie może tak żyć. Jak, do cholery? Przecież było idealnie.
Kupił mieszkanie przy lesie na cudnym osiedlu pełnym młodych ludzi, miał doskonałą pracę. Wprawdzie często wyjeżdżał w delegacje... Dopiero potem zrozumiała, co kryje się za tymi częstymi wyjazdami. Podwójne życie. Było już za późno.
- Nie mogę tego jej zrobić... - powiedział. - Przepraszam, że cię oszukiwałem. Przepraszam.
Potem sobie przypominała te wszystkie dziwne sytuacje i wydawało jej się, że już dawno powinna dostrzec, że nie wyjdzie jej ta zabawa w dom. Na szczęście Konrad zostawił im śliczne dwupokojowe mieszkanie z wyjściem do małego ogródka i wyjechał. Od tamtej pory go nie widziała. Kontaktowali się telefonicznie, gdy przypominała o alimentach. Wtedy powiedział, że załatwi sprawę jednorazowo i prosi, by więcej do niego się nie odzywała.
Bolało.
- Mama - usłyszała z drugiego pokoju.
Uśmiechnęła się. Mając syna, ma wszystko. Da sobie radę.
Jej dewiza życiowa brzmiała: "Jakoś to będzie. Bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było". Nawet napisała sobie to na kartce i przywiesiła na lodówce. Przeciągnęła się. Starała się nie patrzeć na sterty papierów z naklejonymi kolorowymi karteczkami. Jak tylko przyjdzie niania, pani Irenka, Ada popłaci rachunki. Potem wystawi stare ubranka na Allegro. Zawsze ktoś kupi, a ona będzie miała kasę na następne. Chociaż z ciuchami dla małego nigdy nie miała kłopotu. Gdy wyrastał, zawsze jakimś cudem zjawiały się nowe. To po znajomych, to po krewnych. Zwykle Michał był lepiej ubrany niż ona. Firmowe ubrania, jeszcze z metką. Nikt nie musiał wiedzieć, że to był "worek ślicznych ciuszków używanych MARKOWE 30 sztuk" za trzydzieści pięć złotych plus przesyłka.
Dzwonek do drzwi. Pani Irenka.
Niania była pięćdziesięcioletnią kobietą, która opiekowała się Michałem. Może gdyby Adrianna miała więcej pieniędzy, w roli opiekunki syna widziałaby jedynie francuską guwernantkę, władającą kilkoma językami, ale na razie musiała wystarczyć pani Irenka. Prosta kobieta, ale bardzo kochająca dzieci.
- Spóźniłam się pani Ado, ale w Lidlu była akurat łopatka za dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć, pomyślałam, że Michałowi krupniczku ugotuję. Duży chłopak już jest, musi zacząć wszystko jeść - mówiła, zdejmując płaszcz. - Poza tym akcja błysk - oczy jej się rozświetliły. Rozejrzała się po pokoju - mogłaby pani, pani Ado zahaczyć o Lidla. Ja tu pani ogarnę, ale pani nawet nie ma płynu do szyb!
- Nie trzeba, pani Irenko.
Adrianna wolałaby, by niania poczytała Michałowi jakąś książkę, a nie zajmowała się porządkami domowymi, ale nie można mieć wszystkiego.
- Ma pani czerwone oczy, pani Ado. Złe sny? Za późno te młode spać chodzą. Telewizja do nocy. Moja recepta na dobry wygląd to dziesięć godzin snu - oświadczyła pani Irenka. - I wtedy możesz wszystko.
Adrianna próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spała więcej niż sześć godzin. Chyba na początku ciąży. Będzie prawie dwa lata.
- Też bym tak chciała, pani Irenko - westchnęła.
- Jak się chce, to się może, pani Ado. Jestem dwa razy od pani starsza, dwoje dzieci odchowałam, to wiem. - Położyła beret na półeczkę. - A w cukierni pustki. Znaczy ludzi nie ma. Ta pani pannica siedzi i gazetę czyta. Kupiłam dwie drożdżówki, by nie było nudno dziewczynie. Przecież muszę coś jeść w ciągu dnia. Sam krupniczek nam z Michasiem nie wystarczy.
Pani Irenka nie wyglądała na specjalnie wygłodzoną, a wręcz przeciwnie. Jej obfite biodra ledwo mieściły się w wytarte jeansy z modną dziurą na kolanie, a obciągany co chwilę przez nią sweterek obnażał bezlitośnie fałdki na brzuchu i uwydatniał biust, którego naprawdę nie było potrzeby uwydatniać.
Gdy Ada zatrudniła panią Irenkę, stwierdziła, że do miękkiej niani na pewno lepiej się będzie przytulać, niż do zupełnie chudej. Chociaż każda myśl o zostawieniu synka z obcą kobietą, a tym bardziej o tym, że Michaś miałby się do niej przytulać, napawała ją strachem. Dlatego część wypieków przeniosła do domu, narażając się na karę Sanepidu, w przypadku kontroli. Wolała karę instytucji państwowej niż rozłąkę ze swoim synem. Pani Irenka wprawdzie nie lubiła, gdy Ada patrzyła jej na ręce, ale ta nie zaprzątała sobie tym głowy. Piekła swoje ciasta, babeczki i torty w domowej kuchni i miała blisko Michała.
Poszła do pokoju syna.
- Mama! - Uśmiechnął się do niej Michał. Był dzieckiem bardzo pogodnym, mogłaby go zabierać wszędzie, a nie sprawiałby kłopotu. Nawet kiedyś, gdy pani Irenka zachorowała, spędzał z nią czas w cukierni. Wstawiła tam tylko kojec, w którym się bawił i mogła nawet spokojnie pracować. Dziecko było niemalże bezobsługowe.
- Baba! - ucieszył się, gdy zobaczył panią Irenkę.
Ada zostawiła chłopca z nianią, poszła pod prysznic i po chwili zbiegła na dół do cukierni.
Cukiernia, a właściwie kawiarnia, mieściła się w lokalu usługowym w tym samym budynku na parterze. Kobieta się śmiała, że mogłaby przebić się z domu do kawiarni i schodzić tam w kapciach. Nie wykluczała zresztą, że kiedyś tak zrobi, ale na razie musiała wyjść z klatki schodowej, przejść kilka metrów i już była u siebie. Lokal, który kupił jej ojciec, był ogromny, jak na taką małą cukierenkę i to też był główny składnik kosztów. W zasadzie były to dwa lokale, trzeba było tylko postawić ściankę działową. Nawet były osobne wejścia. Może gdyby podzieliła się z kimś tym miejscem, drugą część oddałaby na inne usługi, to byłoby lepiej, ale jak na razie nie było chętnego. Po prawej stronie cukierenki lokal zajmowała pani Klaudia, fryzjerka, która szumnie nazwała swoje miejsce pracy "Studiem Kreatywnego Fryzjerstwa". W swojej fryzurze Ada nie widziała do tej pory niczego kreatywnego, ale być może dlatego, że nie pozwalała nigdy pani Klaudii puszczać wodze fantazji.
- To samo, Adusiu?
- To samo - mówiła Ada. - Byleby jak najszybciej.
Do fryzjera chodziła regularnie, bo rozliczały się jak za starych dawnych czasów - barterem. Klaudia cięła i fryzowała, a Ada piekła i dekorowała ciasta i ciasteczka na przeróżne okazje w domu pani Klaudii. I wszyscy byli zadowoleni.
Po lewej stronie od cukierenki otworzył się gabinet dentystyczny. Adrianna myślała, że już dawno ruszy, ale wciąż był zamknięty. Czasem wpadała tam brunetka ciągnąca bądź pchająca wózek z dwójką dość rozkrzyczanych dzieci, odsłaniała żaluzje, szamotała się w środku i krzycząc na nie, jeszcze szybciej wychodziła. Kiedyś nawet przy okazji trafiła do cukierni.
- Normalnie zwariuję z wami. Ja wiem, że to niepedagogiczne tak mówić, a tym bardziej wariować przy dzieciach, ale brak mi sił. O, zobaczcie, cukiernia. Chcecie coś?
- Taaaaaak - wrzasnęły dzieciaki. Na oko trzyletni chłopczyk i pięcioletnia dziewczynka.
- Ale ani słowa, bo nic nie kupimy! Zrozumiano?
Dzieciaki przytaknęły.
- Dzień dobry - powiedziała, gdy weszli do cukierenki.
- Dzień dobry - uśmiechnęła się Ada.
Kobieta wymownie spojrzała na dzieciaki. Stały z zaciśniętymi ustami.
- A wy co? Nie powiecie dzień dobry?
Oboje pokiwali głowami.
Nie powiecie?
Ponownie pokiwali głowami.
- Boże, przepraszam za moje dzieci. Chleb poproszę. Ten słonecznikowy.
- Coś jeszcze? Mam wspaniałe waniliowe babeczki. Specjalnie dla dzieci.
- O nie. - Kobieta próbowała być twarda. - Jak nie wiedzą jak się zachować, nic nie dostaną. Staram się ich wychowywać - powiedziała stanowczo. - Nie powiedziały "dzień dobry", nie dostaną babeczek.
W tym momencie dziewczynka się rozpłakała. Jej brat, nie bardzo wiedząc o co chodzi, jej zawtórował.
- O nie! - powiedziała jej mama, - ja zdaję sobie sprawę, że to szantaż. Płaczem nic na mnie nie wymusicie!
- Ale mama! - chlipała dziewczynka. - My byliśmy grzeczni! Powiedziałaś, że dostaniemy coś dobrego, gdy nie będziemy mówili ani słowa, a potem nie powiedzieliśmy ani słowa, nawet "dzień dobry" i znowu mamy karę! - płakała. - Nie opłaca się być grzecznyyyyyym!
Kobieta zaniemówiła skonsternowana.
- Ma pani kawę?
- Oczywiście. Duża latte?
Kobieta skinęła głową.
- I babeczki. Dwie. Te z truskawką. A dla mnie ten torcik kawowy. Nie daję rady. Niby już do przedszkola idą, ale ciągle chore. Normalnie to bym je puściła, bo katar, to wie pani, nie choroba. Ale potem gadają, że dzieci lekarzy zawsze z gilami do pasa przychodzą do przedszkola. No to ja już jak mają gile, nawet nie do pasa, to je zostawiam w domu - mówiła. - Ale obiecuję, jeżeli to jeszcze trochę potrwa, to ja naprawdę będę je tam prowadzić z gilami wiszącymi do kolan.
Ada się roześmiała.
- Nie przedstawiłam się. Magda Kondracka jestem. Będę pani sąsiadką, bo od pół roku próbuję tu otworzyć gabinet dentystyczny, ale zawsze coś stoi mi na drodze. Bo wie pani, mąż robi karierę. A ja nie mogę jakoś zacząć jej robić, chociaż papierzyska już prawie wszystkie załatwione.
- Adrianna Olechowska. Właścicielka kawiarni.
- Sama pani piecze te cuda?
- Sama. Po nocach. I dekoruję też. Oraz jem. - Złapała się wymownie za pośladki.
- O matko. To jest dopiero talent! Mam wrażenie, że jak wreszcie otworzę ten gabinet, to będę szersza niż dłuższa. - Wskazała na pirata na torcie - to jest jadalne?
- Wszystko - uśmiechnęła się Ada. - To dzisiejsze zamówienie urodzinowe. Polecam się.
- Na pewno skorzystamy.
- Mama, ja nie będę tego jadł, bo Amelka na to patsyła!!!
- Nie rozumiem, Michaś, co z tego, że patrzyła?
- Mama! - ryknął syn Magdy Kondrackiej. - Ja nie chcę takiej babecki patsonej! Amelka patsyła, patsyła i mi całą ją wypatsyła!
- O, losie - jęknęła Magda.
- Michaś - powiedziała Ada. - Na imię masz dokładnie tak, jak mój syn. Chcesz niewypatrzoną babeczkę?
Michaś pokiwał głową. Łzy w oczach jeszcze mu nie zaschły, a minę miał w podkówkę.
- Wybierz sobie.
Pokazał palcem na babeczkę z niebieskim lukrem.
- Proszę.
- A ty na nią nie patsyłaś? - zapytał Adę.
- W żadnym wypadku - potwierdziła właścicielka kawiarni.
Michaś łypnął na nią podejrzliwym wzrokiem. Nie bardzo jej wierzył, ale babeczka wyglądała bardzo smakowicie. Zakrył ją serwetką ukrywając przed wzrokiem siostry. Wszak istniało ryzyko, że znowu mu babeczkę całą "wypatrzy", a jak wiadomo, takiej "wypatrzonej" nie miał zamiaru jeść.
Dzieciaki właśnie skończyły konsumować, zatem znowu zaczęły się przekrzykiwać jedno przez drugie
Od tamtej pory pani Magda czasem wpadała po chleb, ciastka. Raz nawet zamówiła tort dla córki na piąte urodziny. Ada miała kilku stałych klientów. Ale wciąż jeszcze zbyt niewielu, by w spokoju funkcjonować na tym świecie.
W pozornym spokoju natomiast funkcjonowała Magda Kondracka, która naprawdę starała się znieść męskie klimakterium. Jak wiadomo, kobieta może znieść wiele. I tej myśli się trzymała żona Adama Kondrackiego.