Szczęśliwi czas liczą ! Czyli to i owo o zegarach - Marcin Pałasz

Kup ebooka

26.15 zł
20.49 zł (20,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przed obiademZEGAR SŁONECZNY

Gdy już zmęczyliśmy się pływaniem i rzucaniem piłki w wodzie, wróciliśmy do mamy, na koc. Mój brat Antek od razu położył się brzuchem do góry i ciężko sapał. Tata wycierał się ręcznikiem w wielkie kwiaty, a ja usiadłam koło mamy, leżącej na drugim kocu i czytającej gazetę.

- I kto wygrał? - spytała mama, unosząc okulary przeciwsłoneczne.

- Ja i Tośka! - wykrzyknął radośnie Antek. - Tata ma dziurawe ręce i prawie ani razu nie złapał piłki!

- Coś takiego! - zdumiała się mama. - Więc może jednak zostaniecie sławnymi sportowcami?

Co prawda chciałam w przyszłości być weterynarzem, ale może rzeczywiście powinnam zostać słynną zawodniczką w drużynie siatkówki? Wcześniej jednak planowałam karierę baletnicy, a jeszcze wcześniej - stewardesy w samolocie. Trudny wybór...!

- A kiedy będzie obiad? - spytał Antek chwilę po tym, gdy głośno zaburczało mu w brzuchu. - Głodny się robię! Mamy jeszcze drożdżówki?

- Nie mamy - odparłam, zaglądając do torby. - Wszystkie zjadłeś prawie od razu, gdy tu przyszliśmy! Ty głodomorze! A do obiadu jeszcze trochę czasu.

- A skąd ty to wiesz? - zaciekawił się tata, odkładając ręcznik i siadając obok mnie. - Przecież nie masz zegarka.

- Bo wczoraj poszliśmy na obiad, gdy słońce było nad tamtą wielką sosną - wskazałam dłonią na duże drzewo na wydmie nad nami. - A nasz koc wczoraj leżał w tym samym miejscu!

- A co ma słońce do obiadu? - zdziwił się Antek, siadając. - Ty, Tośka, jak coś wymyślisz...

- Poczekaj... - Tata zmarszczył brwi i przyjrzał mi się z uwagą. - Bo Tosia ma rację! No proszę... Kochanie, słyszałaś? - rzucił w kierunku mamy. - Nasza córeczka mierzy czas ruchem słońca na niebie!

Trochę się speszyłam.

- A... a to tak nie wolno? - bąknęłam. - No, ale przecież słońce wędruje po niebie, prawda? I już dwa razy mama mówiła, że musimy iść na obiad właśnie wtedy, gdy słońce było nad tą sosną, więc...

- Coś takiego! - Mama spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami. - Nasza córeczka działa jak dobry zegar słoneczny!

- Zegar słoneczny? - spytał Antek nieufnie. - Co to znaczy? Przecież zegar to taki ze wskazówkami, jaki tata nosi na lewej ręce. Albo taki, jaki wisi w domu. Albo taki jak na dworcu, co cyferki od razu pokazuje...

- A myślisz, że ludzie zawsze mieli takie zegary? - roześmiał się tata wesoło. - Antku, kiedyś odmierzanie czasu nie było takie proste. Dlaczego? Bo nie było zegarów! Pewnie trudno wam w to uwierzyć...?

- To skąd ludzie wiedzieli, że trzeba wstać do pracy lub do przedszkola? - zdziwiłam się bardzo. - Albo o której muszą być na dworcu, żeby zdążyć na pociąg?

- Kiedyś pociągów nie było - burknął Antek z wyższością. - Ani samolotów. To była era... era... STAROŻYTNA! Ale naprawdę zegarów też nie było?

- Ani zegarów, ani komputerów... - mruknęła mama pogodnie. - To była era komputera łupanego. Dzieci drogie, tata mówi prawdę. Kiedyś ludzie wiedzieli, jaka jest pora dnia, patrząc na słońce!

- Czyli wiedzieli tylko, kiedy jest rano, południe albo wieczór? - Antek chyba nie dowierzał. - A godziny nie znali?!

- W ogóle - oświadczył tata, kręcąc głową. - Dopiero potem ktoś wymyślił zegar słoneczny...

- To musiało być bardzo trudne - szepnęłam z szacunkiem. - I jak on działał, ten zegar słoneczny?

Tata nic nie odpowiedział, tylko narysował palcem na piasku spore koło, a potem wziął w dłoń moją łopatkę do piasku z długim trzonkiem, i wetknął ją w piasek pośrodku koła.

- No i co to ma być? - Nie wytrzymał w końcu Antek. - Mierzyli czas łopatkami czy jak?!

Mama i tata śmiali się tak, że długo nie mogli się uspokoić.

A potem tata pokazał palcem na cień, który rzucała łopatka. Cień był dość długi i sięgał aż za kółko narysowane na piasku. Mama zaś sięgnęła dłonią i zrobiła na kółku kreskę w miejscu, którego dotykał cień.

- Teraz nasz zegar słoneczny wskazuje godzinę dwunastą! - oznajmiła, zerkając na swój zegarek. - Bo właśnie minęło południe. Za godzinę zrobimy kreskę w kolejnym miejscu, którego dotknie cień. I za kolejną godzinę... i tak dalej. Widzicie? Gdybyśmy zaczęli tę zabawę rano, to już mielibyśmy zaznaczone trzy godziny na naszym zegarze słonecznym!

- Ja nie mogę! - wykrzyknął Antek, zrywając się z miejsca. - Ale fajny pomysł!

Poczułam się dumna, że - prawie sama z siebie - wymyśliłam zegar słoneczny. Bo przecież była to w końcu moja łopatka, no nie?

A tata tylko trochę mi pomógł.