Szczęśliwy - Anton Czechow

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Szczęśliwy

Ze stacji Bołogoje kolei Mikołajewskiej rusza pociąg osobowy. W jednym z przedziałów drugiej klasy "dla palących", pogrążonym w mroku, drzemie pięciu pasażerów. Tylko co skończyli się posilać i teraz, przytuliwszy głowy do oparcia ławek, starają się zasnąć. Panuje cisza.

Drzwi się otwierają i do przedziału wchodzi wysoka postać w rudawym kapeluszu i eleganckiem palcie, mocno przypominająca korespondentów, spotykanych w operetkach i powieściach Jules Verne'a. Postać zatrzymuje się pośrodku wagonu, sapie i z pod zmrużonych powiek długo patrzy w kierunku ławek. - Nie, to nie ten... - mruczy - djabli wiedzą, co to takiego, wprost oburzające, nie, to nie ten... Jeden z pasażerów przygląda się postaci i wybucha radosnym okrzykiem: - Iwanie Aleksejewiczu, skąd się pan tu wziął? To pan? Wysmukły Iwan Aleksejewicz wstrząsa się, bezmyślnie spogląda na pasażera, poznawszy go jednak, wesoło klaszcze w dłonie. - Ach, Piotrze Piotrowiczu, kopę lat! a ja wcale nie wiedziałem, że pan jedzie tym pociągiem. - Jak zdrowie? - Nieźle, tylko, ot, dobrodzieju, zgubiłem swój wagon i nie mogę go teraz w żaden sposób znaleźć. Taki ze mnie idjota! Wartoby mnie obić! Wysmukły Iwan Aleksejewicz słania się i chichocze. - Zdarzają się przecież takie wypadki! - ciągnie dalej. - Wyszedłem po drugim dzwonku napić się konjaku, napiłem się i myślę sobie, że do najbliższej stacji jeszcze daleko, wartoby więc może wypić jeszcze kieliszek. Kiedy więc myślałem i piłem, nagle trzeci dzwonek... pędzę, jak warjat, i wskakuję do pierwszego lepszego wagonu. No, czy nie idjota ze mnie? nie cymbał? - Widocznie jest pan w wesołym nastroju - mówi Piotr Piotrowicz. - Przysiądź się pan. Bardzo proszę. - Nie mogę, pójdę szukać mego wagonu. Dowidzenia! - Pociemku jeszcze pan, co nie daj Boże, z platformy spadnie. Siadaj pan, a gdy dojedziemy do stacji, odszukasz pan swój wagon. Iwan Aleksejewicz wzdycha i z wahaniem siada naprzeciwko Piotra Piotrowicza. Jest widocznie podniecony i siedzi, jak na szpilkach. - Dokąd pan jedzie? - zapytuje Piotr Piotrowicz. - Ja? w świat! W głowie mam taki zamęt, iż sam się nie orjentuję, dokąd jadę. Wiedzie mnie los, więc jadę. Cha, cha! Kochany panie, czy pan widział kiedy szczęśliwych głupców? Nie? To niech pan patrzy na mnie. Ma pan przed sobą najszczęśliwszego ze śmiertelników! Tak jest! Nie poznać nic po mojej twarzy? - Niby znać... że pan trochę... tego... - Muszę teraz mieć strasznie głupią fizjognomię. Szkoda, że niema lustra, chciałbym teraz spojrzeć na moją mordolizację. Czuję, dobrodzieju, że odbywam podróż poślubną. No, czy nie fujara ze mnie? - Pan? Czy się pan ożenił? - Dzisiaj, mój najdroższy, wziąłem ślub i wprost na kolej. Rozpoczynają się powinszowania i zwykłe zapytania. - Acha! - śmieje się Piotr Piotrowicz - dlatego się pan tak wyelegantował. - Tak, dla całkowitego złudzenia nawet się uperfumowałem. Po uszy pogrążyłem się w drobiazgach. Ani kłopotów, ani żadnych myśli, jedynie uczucie czegoś takiego... djabli wiedzą, jak to nazwać - błogości, powiedzmy. Nigdy jeszcze tak dobrze się nie czułem. Iwan Aleksejewicz przymruża oczy i kręci głową. - Jestem oburzająco szczęśliwy! - mówi. - Osądź pan sam. Pójdę teraz do swego wagonu. Tam na kanapie, przy oknie, siedzi kobieta, która całą swą istotą, że tak powiem, jest mi oddana. Blondyneczka taka, z noskiem, z paluszkami. Serduszko ty moje! Aniołku ty mój! Kruszynka taka. Filoksera mojej duszy! A nóżka! Boże drogi, nóżka - to przecież nie to, co wasze nogasy, lecz poprostu jakaś minjatura, jakieś czarodziejstwo, alegorja! Chciałoby się wziąć i zjeść taką nóżkę. Cóż, pan nic nie rozumie! Pan jest materjalistą, zaraz u pana to to - to owo. Kawaler o sercu oschłem - i nic więcej. Jak się pan ożeni, to sobie pan przypomni. - "Gdzie się teraz obraca Iwan Aleksejewicz?" - powie pan sobie. Otóż, pójdę zaraz do swego wagonu, tam mnie ktoś oczekuje z niecierpliwością, ma przedsmak mego zjawienia się. Wita mnie twarz uśmiechnięta, przysiadam się i tak dwoma palcami za podbródek... Iwan Aleksejewicz kręci głową i zanosi się od szczęśliwego śmiechu. - Potem kładę łepetynę na jej ramieniu i obejmuję kibić. Wokoło, rozumie pan, cisza... poetyczny półzmrok. Cały świat chciałoby się uścisnąć w takiej chwili. Piotrze Piotrowiczu, niech pan pozwoli się uścisnąć. - Proszę bardzo.
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI