Rozdział 4
Rita Pettersen chodziła od okna do okna i na każdym parapecie ustawiała lampki w kształcie świeczników. Ozdabianie okien w okresie przedświątecznym miało dla niej szczególne znaczenie. Lubiła, kiedy w domu było jasno i kiedy przychodząc z zewnątrz, już z daleka mogła dostrzec migające w oknach światełka. Miała wówczas wrażenie, że dom nie był pusty i że nawet podczas jej nieobecności żył swoim własnym życiem. Nie ulegało wątpliwości, iż okres Bożego Narodzenia był dla niej najlepszym i najszczęśliwszym okresem w ciągu całego roku.
Podobne zdanie miał jej mąż Oskar. On również lubił zdobić ich wspólny dom. Estetyka miała dla niego ogromne znaczenie, dlatego też często chodził po wszystkich piętrach domu i sprawdzał, czy oby na pewno każdy kąt został odpowiednio zagospodarowany. Do tego wszystkiego, uwielbiał symetrię. Żadna ozdoba nie mogła stać gdzieś przypadkowo - musiała mieć swoje własne miejsce, które jakby z góry było ono przeznaczone wyłącznie dla niej.
- Jutro zawiesimy lampki przed domem - powiedział, siedząc przy stole w jadalni i przystawiając do ust kubek ze swoją ulubioną, czarną kawą.
Ze szpitala wrócił po nocy, o wczesnych godzinach porannych. Pacjent, który przedwczoraj uciekł z oddziału, został znaleziony i odprowadzony z powrotem do szpitala. Niebezpieczeństwo zatem minęło zarówno dla niego, jak i jego żony.
- Gdzie go znaleźli? - zapytała Rita.
- W stajni Andersenów - wyjaśnił. - Leżał na sianie przykryty stertą koców. Gdyby został tam dłużej, źle by się to skończyło. Na szczęście, wszystko jest już pod kontrolą.
- Dziś po południu był u nas ksiądz Matthias - powiedziała, dosiadając się do stołu.
Oskar uniósł głowę i spojrzał na nią zdziwiony.
- Nie patrz tak na mnie - bąknęła. - To nie ja go zaprosiłam.
- Czego chciał?
- Porozmawiać o Amandzie. I o tym, co wydarzyło się między nią a Christofferem osiem lat temu.
Na twarzy Oskara pojawiło się zdumienie.
- A co ty masz z tym wspólnego?
- Pytał, czy od tamtego czasu Christoffer się z nami kontaktował. Czy może u nas był, próbował rozmawiać. Ogólnie chciał wiedzieć, czy od tamtej pory ktokolwiek o nim coś słyszał.
- A skąd to nagłe zainteresowanie? - dopytywał.
- Też mnie to dziwi - wyznała Rita. - Coś jednak musi być na rzeczy. Ksiądz Matthias nie przychodziłby tutaj dwa dni z rzędu tylko po to, aby zaspokoić swoją ciekawość.
- Dwa dni z rzędu? - Oskar nie ukrywał zdziwienia.
- Wczoraj i dzisiaj. Wczoraj nikogo z nas nie zastał, więc wrócił dzisiaj.
- Nie podoba mi się to - przyznał. - Ksiądz Matthias musi wiedzieć o czymś, o czym nie chce nam powiedzieć. Być może to nie koniec. Być może jeszcze tutaj wróci.
- Na pewno - stwierdziła Rita.
Oskar był coraz bardziej zaintrygowany.
- A skąd to przekonanie?
- Zasugerował, abym porozmawiała z Amandą. Zupełnie tak, jakbym miała się od niej czegoś dowiedzieć.
- Przecież nie rozmawiacie ze sobą od ośmiu lat.
- Tak jak ci powiedziałam... Coś musi być na rzeczy.
- I co teraz? Zamierzasz się z nią spotkać?
- Nie wiem - przyznała Rita. - To wszystko jest bardzo dziwne.
Amanda Johansen siedziała w pokoju gościnnym i delektowała się smakiem porannej herbaty. Już dawno nie odczuwała tak wielkiego spokoju i już dawno nie cieszyła się czymś tak małym, jak filiżanka herbaty z miodem i plasterkiem cytryny. Odkąd wstała, kilkakrotnie podchodziła do lustra i przeglądała się, nie mogąc oderwać wzroku od magicznego talizmanu, który od wczoraj nosiła na szyi. Był zachwycający. Sama jego obecność sprawiała, że Amanda czuła się lepiej. Zupełnie tak, jakby wstąpiła w nią nowa nadzieja. Jakby stała się człowiekiem z zupełnie nowym przeznaczeniem i inną rolą, jaką miała wypełnić w życiu. Nie ulegało wątpliwości, że Deniz Rovelstad przeszedł samego siebie, a wykonany przez niego talizman okazał się prawdziwym arcydziełem.
Na dworze było zimno. Padał śnieg. Amanda wyglądała przez okno i po raz pierwszy od ośmiu lat uśmiechała się sama do siebie. Nie sądziła, że ten moment kiedykolwiek nadejdzie. Nie sądziła, że będzie jeszcze w stanie cieszyć się faktem, że nastał kolejny dzień.
Patrząc na spadające płatki śniegu, odtwarzała w myślach przebieg wczorajszej rozmowy. Każde słowo, każdy szczegół i każde najmniejsze odczucie było w niej tak żywe, jakby była obecna w tamtym czasie i miejscu raz jeszcze. Delektowała się wspomnieniem każdej chwili. Nawet tej, w której Deniz zaczął rozmowę o czymś, czego w ogóle się nie spodziewała.
Zaskoczeniem było dla niej to, iż obcy mężczyzna zwrócił się do niej z tak nietypową prośbą. Co więcej, pracy tej nie szukał dla siebie, tylko dla kogoś innego. Pytanie tylko: dla kogo? Nie wiedziała nawet, czy chodziło o mężczyznę, czy kobietę. O osobę starszą, czy studenta. I najważniejsze: co ta osoba potrafiła robić i jakiej pracy oczekiwała?
Amanda przecież nie miała już firmy, którą tak sprawnie zarządzała przed laty. Być może osoba, którą polecił Deniz, miała nadzieję na otrzymanie pracy właśnie w tym charakterze. Tymczasem ona zamknęła firmę osiem lat temu i jedyną rzeczą, która jej pozostała, były nieruchomości.
Prawdopodobnie rozmyślałaby na ten temat jeszcze bardzo długo, gdyby nie to, że zupełnie niespodziewanie rozległ się dzwonek do drzwi. Odłożyła filiżankę na stół i nasłuchiwała. Dopiero kiedy dzwonek rozległ się ponownie, wstała z fotela i energicznym krokiem udała się w kierunku drzwi. Czuła, że jej oddech stał się szybszy. Czy oby na pewno była gotowa na ten krok?
Nie miała jednak czasu, aby ponownie przeanalizować wszystkie za i przeciw, ponieważ osoba, która stała na zewnątrz, z całą pewnością marzła i nie mogła doczekać się, aby wejść do domu. Amanda podeszła więc do drzwi i ostrożnie otworzyła je na oścież.
W progu ukazał się mężczyzna. Mężczyzna młody, o szczupłej, wysportowanej sylwetce, czarnych, krótko przystrzyżonych włosach i delikatnym zaroście. W obu uszach miał kolczyki, prawdopodobnie wykonane ze złota. Twarz miał pociągłą, rysy ostre, usta pełne. Jego oczy były duże i wyraziste. Miał na sobie granatową kurtkę, czarne spodnie i wysokie, trekkingowe buty. Ręce trzymał w kieszeniach i stał lekko skulony. Wiatr wiał coraz mocniej sprawiając, że śnieg w coraz większej ilości obsypywał jego głowę i twarz.
- Dzień dobry - powiedział niepewnie.
Jego głos był czysty, wyraźny.
- Dzień dobry - rzekła Amanda.
- Przysyła mnie Deniz Rovelstad.
Z całą pewnością nie był to dobry moment na wymianę uprzejmości i zadawanie kolejnych pytań. Pogoda nie sprzyjała i robiło się coraz zimniej.
- Proszę wejść - powiedziała Amanda.
Mężczyzna strzepał z siebie śnieg i dopiero potem przekroczył próg domu. Nie czuł się pewnie. Był wycofany. Speszony. Jak gdyby przysłano go tutaj wbrew jego woli.
- Proszę powiesić kurtkę tutaj - zasugerowała Amanda, wskazując na przytwierdzony do ściany, masywny hak. - Przejdziemy do salonu.
Mężczyzna bez słowa wykonał polecenie i posłusznie udał się za Amandą. Usiedli naprzeciw siebie w dużych, wygodnych fotelach. Oddzielał ich jedynie niewielki stolik kawowy.