Szepty rodu Eld Veriani (#4). Szept mocy - Paulina Hendel

Reflow text when sidebars are open.
To zdawało się niemożliwe, ale najwyraźniej trafiliśmy do starej kopalni. Oprócz całego rumowiska, składającego się ze strzaskanych elementów budynku zarządu, znaleźliśmy spróchniałe belki, które musiały służyć do ostemplowania dawnego chodnika. Ściany i podłoga były tutaj gładkie, wydrążone przez ludzi nie wiadomo jak wiele lat temu.
Wysiliłam pamięć i spróbowałam przywołać wszystko, czego uczyłam się na dworze Eld Veriani. Niestety wiedza, którą Stella kazała mi wykuć, szybko się ulatniała. Mimo to byłam niemal pewna, że kopalnia znajduje się w górze, do której przylega Foshol, a nie pod nim! Czyżbyśmy trafili na pozostałość jakiejś nieczynnej sztolni? Może dawniej miasteczko znajdowało się w innym miejscu? Albo w ogóle nie istniało, a zamiast niego gdzieś w pobliżu założono tylko sezonową osadę z drewnianych chałup? Gdy zaś kruszec się wyczerpał, korytarze zostały zamknięte i zapomniane. A kiedy nastąpiło tąpnięcie w użytkowanej kopalni, dawne stemple się połamały i ziemia w miasteczku się zapadła.
- Jak twoja rana na plecach? - zapytałam.
- Nic jej nie jest - rzucił trochę bez sensu Ove.
- Pokaż - nakazałam, odwracając chłopca plecami do siebie.
Jego koszula zdawała się sucha, ale opuszki mi zdrętwiały, więc mogłam się mylić. Podniosłam materiał i zaczęłam delikatnie badać opatrunek. Nie zsunął się ani nie był przesiąknięty krwią. Odetchnęłam z ulgą, choć zdało mi się, że Ove sapnął z bólu, gdy go dotykałam.
- Jesteś w stanie chodzić? - drążyłam.
Z trudem wstaliśmy, wspierając się o ścianę i gruzowisko.
- Poruszaj wszystkimi stawami - poleciłam.
Sama też to zrobiłam i jęknęłam kilka razy - bolały mnie udo i stopa i czułam nieprzyjemne łupanie w głowie, ale nie było źle, zważywszy na to, że tak naprawdę otarliśmy się o śmierć.
- Mógłbym nawet biegać - zapewnił buńczucznie Ove.
- Bądź ze mną szczery. Jeśli masz jakąś ranę, nie ukrywaj jej. Nie chcę, żebyś mi się wykrwawił.
- Nic mi nie jest, vitro - powiedział. - Nie wiem, jak to zrobiłaś, ale osłoniłaś mnie przed wszystkim.
Miałam nadzieję, że nie kłamał.
Chwilę później nad naszymi głowami przetoczył się łoskot. Oboje znieruchomieliśmy, przestraszeni, że cokolwiek znajduje się nad nami, zacznie się dalej walić.
- Powinniśmy stąd iść - odezwał się Ove, kiedy hałasy ucichły.
- Lepiej poczekać tu na pomoc - skontrowałam.
Przez moment nasłuchiwaliśmy, lecz oprócz odległego burczenia góry nie dochodziły do nas inne dźwięki. Nie rozległ się żaden ludzki głos.
- A jeśli ona w ogóle nie nadejdzie? - Słowa chłopca zawisły w otaczającej nas ciemności.
- Na pewno... - zaczęłam, gdy tuż obok spadła najprawdopodobniej jakaś deska.
Czy mogliśmy liczyć na to, że zapadlisko pochłonęło tylko budynek zarządu? Że reszta miasta jest w stanie nienaruszonym? A co, jeśli ta katastrofa ma znacznie większy wymiar? Miną nie tylko długie godziny, ale nawet dni, zanim ekipa ratunkowa nas znajdzie. O ile w ogóle ktokolwiek tam na górze przeżył. Wzdrygnęłam się na samą myśl o tym.
Oni żyją! - powiedziałam sobie ostro.
Muszą żyć. Dopiero co odzyskałam Kaela i innych. Nie przyjmę do wiadomości, że stało im się coś złego.
- Nie przetrwamy zbyt długo bez wody - odezwał się mój młody towarzysz.
Miał rację. Tylko że ja nie wiedziałam nawet, w którym kierunku iść. Ciemność gęstniała wokół nas i nie mieliśmy co liczyć, że oczy nam się do niej przyzwyczają. Jak daleko zajdziemy bez światła? Nie znajdowaliśmy się w bezpiecznym skalnym mieście o w miarę równej posadzce. Tutaj w każdym momencie mogliśmy trafić na przepaść, która stanie się naszym grobem. Cała konstrukcja tej kopalni została naruszona. Kolejne stemple mogą zacząć pękać, posypią się na nas zwały gruzu...
Potrząsnęłam głową. Byłam obolała, udo pulsowało tępo, w ustach wciąż czułam metaliczny posmak. Ale przecież nie poddam się tak łatwo. Na swoich usługach mam wiatr, na pewno coś wymyślę.
Na próbę wysłałam przed siebie delikatny podmuch. Niemal natychmiast wrócił do mnie, odbiwszy się od jakiejś przeszkody. Potem posłałam go w bok, lecz nie poczułam żadnego powiewu na twarzy, nic nie poruszyło moimi włosami. Zatem gdzieś tam znajdował się dłuższy korytarz.
- Wydaje mi się, że powinniśmy iść w stronę czynnej kopalni, może korytarze gdzieś się łączą, ale straciłam orientację... - zaczęłam.
- Vitro?
W głosie chłopca zabrzmiała niepewność.
- Tak?
- Ja wiem, dokąd iść.
- Co masz na myśli? - Zmarszczyłam brwi.
- Skały do mnie szepczą, odpowiadają mi.
Natychmiast odszukałam dłońmi twarz nastolatka i przytknęłam je do jego czoła. Było cieplejsze niż zazwyczaj.
- Masz gorączkę...
Chłopiec się szarpnął.
- Kto jak kto, ale ty powinnaś mi uwierzyć - żachnął się z wyrzutem.
Nie byłam pewna, co miał na myśli. Ale w końcu to on przepowiedział tąpnięcie w kopalni.
- Powinniśmy iść tam. - Postąpił przed siebie, a ja poczułam ogarniający mnie chłód, gdy przestaliśmy się dotykać.
Bogowie, ile ja bym teraz dała za dwa, choćby najmniejsze, araki.
- Poczekaj! - Wyrwałam przed siebie, ale wtedy o coś się potknęłam i straciłam równowagę.
Runęłabym, gdyby Ove nie złapał mnie za rękę.
- Chodź ze mną, poprowadzę cię, vitro - obiecał chłopiec.
Szliśmy na oślep przed siebie. A przynajmniej ja, bo nastolatek rzeczywiście podejrzanie dobrze radził sobie w tej ciemności. Co jakiś czas wysyłałam przed siebie i na boki wiatr, sprawdzając, czy odbije się od przeszkody i do mnie wróci, czy popędzi dalej.
Teren był naprawdę trudny, wszędzie wokół leżały gruzy i spróchniałe stemple. Góra burczała nad nami, gdzieś w oddali słyszałam cichutkie kapanie i trzeszczenie drewna. Wciąż nasłuchiwałam w nadziei, że usłyszę głosy, ale byliśmy tutaj kompletnie sami.
Skalni ludzie potrafili poruszać się w całkowitych ciemnościach w swoich miastach, ale to dzięki temu, że przemierzali te korytarze od urodzenia. Pomagał też fakt, że w takich warunkach wyostrzały się zmysły inne niż wzrok. Lecz Ove nigdy tutaj nie był, nie znał tych sztolni, a szedł przed siebie wyjątkowo sprawnie. Mocno trzymał mnie za rękę i wciąż parł naprzód, a ja co chwilę się potykałam, niepewnie wiodąc drugą dłonią po chropowatej ścianie obłożonej starymi belkami.
Czas przestał mieć znaczenie. Mogły upłynąć minuty albo długie godziny. W tym mroku wszystko się zatracało. Jeszcze na początku usiłowałam liczyć kroki, ale szybko straciłam rachubę.
- Poczekaj - sapnęłam, kiedy po raz wtóry potknęłam się i wylądowałam na mocno już obitych kolanach.
Usiadłam na zimnej, lekko wilgotnej ziemi, a Ove zajął miejsce tuż obok mnie.
- Napiłbym się czegoś - westchnął.
- Ja też - przyznałam.
Przez moment usiłowałam wyrównać oddech. Posłałam naprzód wiatr. Nie wrócił, więc korytarz musiał się ciągnąć przed nami jeszcze długo.
- Skąd wiesz, dokąd iść? - zapytałam.
Nastolatek w pierwszej chwili nie odpowiedział.
- Nie wiem - odparł w końcu. - To trudno wyjaśnić.
- Postaraj się - poprosiłam.
Przez moment słyszałam tylko jego lekko chrapliwy oddech.
- Góra ciągle szepcze, a ja widzę te szepty.
- Widzisz... szepty...? - powtórzyłam głucho.
- I dzięki nim widzę... nie, raczej wyczuwam korytarz przed nami. A tam dalej jest odnoga prowadząca w bok.
- Czy wcześniej też tak miałeś?
- We Fjalgadar? Chyba nie. Tam chodziłem w ciemnościach po mieście, ale to było zupełnie inaczej. Tam znałem drogę, a tu ją czuję.
Wypuściłam powietrze z płuc.
- Nie wiem, jak to robisz, ale cieszę się, że nas prowadzisz. - Objęłam go ramieniem.
Przerwa nie trwała długo, nie mogliśmy pozwolić sobie na to, by zesztywnieć, siedząc na zimnej podłodze kopalni, bo z każdą chwilą coraz trudniej byłoby nam wstać i podjąć dalszą wędrówkę.
Kilka razy przeciskaliśmy się przez zwały gruzu na czworaka, a nawet się czołgając. Walczyłam wtedy z narastającą we mnie paniką - co prawda nigdy wcześniej nie przeszkadzały mi małe, zamknięte przestrzenie, ale tutaj to było coś zupełnie innego. Bałam się, że w końcu utknę i nie będę w stanie przeć dalej naprzód ani zawrócić. Ove był ode mnie znacznie drobniejszy i tam, gdzie on się przecisnął, ja miewałam już trudności.
- Uspokój oddech, vitro - szeptał wtedy do mnie. - Dasz radę, jeszcze tylko kawałeczek. Przejście zaraz się poszerzy.
Powoli wszystko zaczęło się zlewać. Ból mieszał się z otępieniem, strach z obojętnością. Miałam wrażenie, że tak właśnie mogłoby wyglądać piekło: niekończąca się wędrówka poprzez ciemność tak ciężką, że trudno wykonać kolejny krok. Na górze zapewne słońce już zachodziło. Ciekawe, czy zdołali uratować górników uwięzionych w kopalni?
Teraz to wszystko wydawało mi się zbyt nierealne. Naprawdę przeżyliśmy coś takiego? A może oboje zginęliśmy i trafiliśmy do skalnego piekła?
- Słyszysz? - Ove nagle się zatrzymał, a ja na niego wpadłam.
Zaczęłam nasłuchiwać, ale opadła mnie gęsta cisza, a mój umysł zaczął błagać o jakiekolwiek inne doznania.
- Nie - zaprzeczyłam.
- To jest coś jakby... pulsowanie. Naprawdę nie czujesz tego, vitro?
W głosie chłopca zabrzmiało niedowierzanie. Czy mógł mieć omamy? Zarobił wielki guz na czole, podczas upadku niewątpliwie nie raz uderzył się w głowę, może stracił też trochę krwi, do tego znajdował się na granicy gorączki - jego dłoń była dużo cieplejsza, niż powinna. Jednak zdawał się zupełnie pewny swego.
Odchrząknęłam, gdy znów zaczęło drapać mnie w gardle. Już od dawna nie miałam śliny w ustach, a moje wargi stały się kompletnie suche i czułam, jak zaczynają pękać aż do krwi. Przesunęłam po nich końcówką zdrętwiałego języka.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
Wspięłam się na najwyższe wzniesienie w okolicy, skąd rozpościerał się widok na północny zachód. Słońce chylące się ku horyzontowi ozłociło mi włosy, a wiatr zatoczył koło, niosąc ze sobą kilka suchych zeszłorocznych liści i zapach kwiatów vinterii; poruszył moim płaszczem i poszybował dalej. Nie wzywałam go z powrotem - nie czułam bezpośredniego zagrożenia. Mimo to wciąż miałam wrażenie, jakby niepewna przyszłość kładła się cieniem na wszystkim, co mnie otacza.
Codziennie przychodziłam w to miejsce, bojąc się, że w końcu zobaczę Dragana i jego wojowników albo jeszcze gorzej - hordę skyrgów. Niewiedza, co stało się z wodzem Azgedur po upadku Zapory, spędzała mi sen z powiek. Niestety, wydawało się, że tylko ja tak bardzo się go obawiam. Nikt z całej Obsydii nie widział tego człowieka ani nie miał pojęcia, na co go stać, a wszelkie opowieści o nim najwyraźniej przechodziły bez echa. Moi bliscy byli dużo bardziej zaniepokojeni poczynaniami Arajekan, którzy gromadzili swoje wojska za południową granicą Iskavel i wdarli się do Obsydii, najbardziej wysuniętej na północ części kraju, najprawdopodobniej od strony Morza Okrągłego. Nikt nie wiedział, czego tu szukali ani dlaczego zajęli Foshol. Ich działania zdawały się kompletnie bez sensu, ale w dniu, w którym dowiedzieliśmy się, że znali zaklęcie zdolne zburzyć Zaporę, wszyscy zgodnie uznaliśmy, że są przeciwnikiem, z którym należy się liczyć.
Bezwiednie zerwałam kilka różowo-białych kwiatów vinterii i wplotłam je we włosy, wciąż wpatrując się w szczyty, za którymi niegdyś stała Czarna Góra. Minął mniej więcej rok od dnia, w którym włamałam się do skarbca Eld Verianich, choć zdawałoby się, że upłynęły całe wieki. W tym czasie zawładnęłam mocą ognia, straciłam ją, zapanowałam nad wiatrem, odkryłam, że hen na północy żyją ludzie, oraz wbrew mej woli przyczyniłam się do zburzenia Zapory. Całkiem sporo jak na dwanaście miesięcy. Wydarzyło się też wiele dobrego: zyskałam nową, prawdziwą rodzinę; znalazłam miłość i już nie byłam Zoyą Svikari, dziewczyną od brudnej roboty, lecz stałam się Zoyą Eld Veriani oraz vitrą skalnych ludzi. Niestety, oba te tytuły niosły ze sobą olbrzymią odpowiedzialność.
Nie dostrzegłszy ani wojowników Dragana, ani skyrgów, skierowałam się ku dolinie, gdzie leżało Foshol - górnicze miasteczko, które zaledwie przed dwoma tygodniami wyzwoliliśmy spod władzy Arajekan.
Gdy schodziłam wąską ścieżką, dobiegł mnie stukot wielkich racic. Chwilę później zza najbliższej skały wychynął olbrzymi łeb z kompletem imponujących rogów.
- Jak kolacja? - zagadnęłam.
Isfaks zamruczał cicho, a ja nie mogłam nie dostrzec krwawych plam na jego pysku. Skałorożec wciąż trzymał się mnie, zupełnie jakby Ulfur, jego właściciel, już nie żył. Albo po prostu bjarg się zgubił, a ja byłam jedyną osobą, którą znał.
Poklepałam go po boku przypominającym w dotyku kawał skały, a on zaczął się upominać o drapanie pod dolnymi rogami.
Wkrótce wkroczyłam do miasteczka. Mieszkańcy oglądali się za mną i moim wierzchowcem, choć przecież powinni już się przyzwyczaić do naszego widoku.
- Znowu wypatrywałaś tego Drogona? - zagadnęła Ragna, wychodząc z domu, który pełnił obecnie funkcję karczmy.
Ostentacyjnym ruchem podciągnęła rzemień wiążący włosy, a na jej nadgarstku zalśniła nowa bransoleta - górnicy najwyraźniej jeszcze się nie zorientowali, że trafili na mistrzynię karcianych oszustw.
- Dragana - poprawiłam odruchowo.
Lekceważąco machnęła ręką.
- Znam takich jak on - oświadczyła.
Uniosłam pytająco brwi.
- Zobaczysz, będzie siedział cicho w tych swoich górach, aż o nim zapomnisz, i uderzy w najmniej spodziewanym momencie. Takie typy lubią mieć mocne wejście.
- Ja nawet nie wiem, czy on żyje - westchnęłam.
Ragna prychnęła głośno.
- Koleś miał sto lat, żeby zaplanować zniszczenie Zapory - przypomniała. - Na pewno nie dał się przy tym ot tak zabić.
Tak naprawdę doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, choć czasem miło było się łudzić.
Minęła nas grupa górników zmierzających do kopalni na swoją zmianę - po wyzwoleniu Foshol wszystkie prace ruszyły normalnym rytmem, a mur, na który razem z Isfaksem zepchnęłam olbrzymi głaz, szybko naprawiono. W miasteczku nie został prawie żaden ślad po ataku Arajekan, oprócz karczmy spalonej do gołej ziemi. I tylko kilkoro jeńców nadal tkwiło zamkniętych w piwnicach budynku zarządu. Kael i Odsen próbowali wydobyć z nich jakiekolwiek informacje, ale to byli zwykli żołnierze, którzy nie mieli pojęcia o planach swoich przywódców. Solen całymi dniami przesiadywał w biurze nad stosami dokumentów oraz map, usiłując odkryć zamiary wroga, lecz na razie nie dowiedział się niczego istotnego.
- Ej! - sapnęła Ragna, gdy Isfaks gwałtownie się przed nią zatrzymał i najemniczka wpadła na jego zad.
Bjarg stał jak wryty, wpatrując się w coś przed sobą. Podążyłam za jego spojrzeniem, lecz nie dostrzegłam nic niepokojącego.
- Ruszże się! - Ragna mocno klepnęła go w bok, a skałorożec nadepnął jej na stopę.
Kobieta krzyknęła i naparła na zwierza całym ciałem, żeby odepchnąć go od siebie.
- Isfaks! Co ty robisz?! - naskoczyłam na niego.
Gdy nadal nie ruszył się z miejsca, a moja przyjaciółka poczerwieniała na twarzy z bólu i wysiłku, złapałam go za dolny róg i pociągnęłam mocno. Dopiero wtedy lekko się przesunął, ale wciąż nie odrywał wzroku od tego, co go zaciekawiło.
- Durne bydlę! - mamrotała Ragna, kuśtykając na bok. - On to zrobił złośliwie!
Wtem skałorożec po prostu się odwrócił i odbiegł truchtem w tę samą stronę, z której przybyliśmy. Najemniczka odskoczyła przed nim w ostatniej chwili.
- Co go napadło? - zastanowiłam się, patrząc w ślad za skyrgiem.
- Cholera wie - burknęła przyjaciółka. - Może to samo, co tego dzieciaka?
Brodą wskazała Ovego, syna zmarłego wodza z klanu Fjalgadar, który klęczał na środku placu pod budynkiem zarządu i przykładał ucho do bruku.
- Czy on postradał zmysły?! - sapnęłam ze złością, ruszając gniewnie w stronę nastolatka. - Ove! Miałeś leżeć w łóżku! Chcesz, żeby twoje rany się otworzyły?! Mało strachu najadłam się przez ciebie?!
Moja tyrada pewnie trwałaby jeszcze dłużej, ale gdy tylko podeszłam do chłopca, on, nie zmieniając pozycji, uniósł dłoń, by mnie uciszyć.
A we mnie się zagotowało.
Najpierw ten nieposłuszny dzieciak osłonił mnie własnym ciałem przed atakiem kusznika, a potem niemal wykrwawił się na moich rękach i zapewnił mi parę nieprzespanych nocy, gdy jego stan się nie poprawiał. Dopiero kilka dni temu zaczął dochodzić do siebie, zdołał samodzielnie coś zjeść i normalnie rozmawiać. A teraz widziałam go klęczącego na bruku i miałam ochotę na kopniakach zagonić go z powrotem do łóżka!
- Co ty wyprawiasz?! - rzuciłam ze złością wymieszaną z niepokojem.
- Ciii - syknął.
- Już ja ci...
- Vitro - przerwał mi, po czym wreszcie oderwał ucho od bruku i wciąż klęcząc, spojrzał na mnie.
W jego oczach dostrzegłam coś, co kazało mi zamilknąć.
- Góra się gniewa - powiedział cicho.
Wzrok nastolatka powędrował ku sinoszarej ścianie zbocza, w którym znajdowało się wejście do kopalni.
- Co masz na myśli? - Zmarszczyłam brwi.
Wiele rzeczy mogłam powiedzieć o Ovem - tak jak jego ziomkowie był uparty i wciąż pakował się w tarapaty, ale nie brakowało mu odwagi. A teraz w całej jego postawie dostrzegłam niepokój.
- Pewnie miałeś jakiś koszmar, co? - zagadnęła Ragna.
Chłopiec spojrzał na nią z dziecięcym oburzeniem.
- Góra się gniewa - powtórzył twardo.
Spędziłam wiele miesięcy wśród skalnych ludzi i wiedziałam, że nikt nie rozumie gór tak jak oni.
- Co to znaczy? - zapytałam.
Nie doczekałam się odpowiedzi, gdyż po całej okolicy przetoczył się głośny pomruk, jakby gdzieś w trzewiach góry ukrył się skalny olbrzym. Ziemia się zatrzęsła, a od strony wejścia do kopalni rozległ się ogłuszający rumor.
Odruchowo przypadłam do Ovego i objęłam go ramieniem. Ragna stanęła na szeroko rozstawionych nogach, rozglądając się za niebezpieczeństwem. Dźwięk dzwonu bijącego na alarm zalał miasteczko. Górnicy wylegli z domów, krzycząc do siebie.
Z budynku zarządu wypadł Kael, a tuż za nim Solen.
- Co się dzieje?! - Starszy Eld Veriani zatrzymał przebiegającego obok mężczyznę.
- Panie! Był zawał w kopalni!
- Helvrante! - zaklął Solen. - Gdzie Samsaeri?!
Bezradnie rozejrzałam się wokół. Dzwon nadal głośno bił, ludzie pędzili w stronę bramy miasta.
- Idziemy! - postanowił mój kuzyn.
Ove od razu pewnie ruszył za nim.
- Ty dokąd? - Kael złapał go za rękę.
- Pomóc - odparł chłopiec, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Gdy w skalnym mieście walił się korytarz, wszyscy mieszkańcy wspólnymi siłami go odgruzowywali.
- Zostań - nakazałam mu.
- Nie ma mowy! - żachnął się, wyrywając Kaelowi nadgarstek.
Eld Veriani stanął mu na drodze i posłał mi znaczące spojrzenie.
- Przypilnuj go, żeby nic mu się nie stało - rzucił.
- Powinnam... - zaczęłam, lecz nie chciałam się kłócić jak krnąbrne dziecko.
- Poślemy po ciebie, jak będzie potrzebna twoja moc - zapewnił Kael, po czym pospieszył za kuzynem i Ragną.
Zostaliśmy z Ovem sami na placu, a dzwon nadal nie milkł, choć większość górników już opuściła miasto i biegła traktem prowadzącym do wejścia do kopalni. Ich żony oraz dzieci zaczęły organizować punkt pomocy niedaleko bramy. Tutejsi ludzie mieszkali w tych stronach od pokoleń, doskonale wiedzieli, co robić w kryzysowej sytuacji.
Naraz tuż nad nami przeleciało coś ciemnego. Instynktownie zasłoniłam głowę i wezwałam wiatr. Okazało się, że spod podbitki dachu zarządu wyleciało kilkanaście młodych nietoperzy. Chaotycznie wznosiły się coraz wyżej, zbyt ogłupiałe i przestraszone. Onyks, który jak zwykle przesiadywał na szczycie budynku, wyciągnął szyję i spróbował capnąć je wielkimi zębiskami. Przywiódł mi na myśl kota bawiącego się stadkiem myszy.
- Musiały przestraszyć się dzwonu - skonstatowałam, choć w moim sercu obudził się niepokój. - Chodź. - Pociągnęłam Ovego za sobą i zaprowadziłam go do pokoju, po czym kazałam mu usiąść na łóżku i zdjąć koszulę.
- Nie możesz się forsować - zaczęłam marudzić, zaglądając pod bandaż.
Na szczęście rana na plecach nie wyglądała tak źle, jak się tego spodziewałam. Poprawiłam opatrunek, a potem kucnęłam przed chłopcem.
- Wiedziałeś.
Skinął głową.
- Skąd?
W pierwszej chwili Ove się nie odezwał. Może sam nie znał odpowiedzi? Doznałam wrażenia, jakby coś zimnego i lepkiego zaczęło wspinać mi się po plecach. Uczucie zagrożenia narastało we mnie niczym czarne chmury kłębiące się na horyzoncie.
- Góra zażądała krwi - szepnął chłopiec.
Potężny grzmot przetoczył się nie po niebie, ale pod naszymi stopami.
Oboje zamarliśmy, patrząc na siebie.
- Kolejne tąpnięcie? - Spojrzałam w okno, lecz nie widziałam przez nie ani góry, ani wejścia do kopani.
Czułam, że powinnam coś zrobić. Jako jedna z Eld Verianich powinnam wziąć odpowiedzialność za mieszkańców Foshol. Nie mogłam puścić Kaela, Solena ani Ragny samych do kopalni. Na Nyhwara! Byłam przecież vitrą!
Poderwałam się na równe nogi, gdy podłoga lekko zadrżała, jakby tuż pod nią przeszła jakaś mityczna bestia z górniczych legend opowiadanych szeptem przy ognisku.
- Czy obiecasz mi, że nigdzie się stąd nie ruszysz? - zapytałam surowo. - Muszę pomóc ludziom, a nie mogę wciąż martwić się o ciebie.
Ove zdawał się mnie nie słyszeć. Wpatrywał się jedynie w deski wytarte od licznych butów.
- Nie powinno nas tu być - powiedział cicho.
W wygaszonym kominku poczerniały kawałek drewna stoczył się ze stosu. Z gzymsu posypał się popiół. Cały budynek zatrzeszczał, jakby próbował mnie przed czymś przestrzec.
Zawahałam się. Nie chciałam zostawiać chłopca tutaj samego, a w mojej głowie już zaczął się formować plan.
- Chodź. - Zerwałam z krzesła płaszcz i zarzuciłam mu na ramiona.
Zostawię go przy bramie pod opieką innych kobiet...
Nagle rozległ się huk. Odruchowo przyciągnęłam Ovego do siebie i objęłam go ramieniem, a wtedy podłoga pod nami się zapadła. Usłyszałam trzask pękających belek, w powietrze wzniosła się chmura ciemnego pyłu, a my spadliśmy w nicość, jakby twarda skała pod budynkiem nagle przestała istnieć.
W moim gardle nie zdążył nawet uformować się krzyk, nagłe uderzenie w plecy wypchnęło mi powietrze z płuc. Wokół widziałam wirujące drzazgi, ciemne skały, fragment pościeli z łóżka i potłuczone gliniane naczynia. Słyszałam tylko ten ogłuszający rumor. Nie wiedziałam, co się dzieje, byłam kompletnie zdezorientowana. To wszystko wydarzyło się zaledwie w ułamku sekundy, a jedyne, co byłam w stanie zrobić, to mocniej zacisnąć ramiona wokół szczupłego ciała chłopca zza Zapory.
W udzie rozbłysnął ból, gdy coś mnie uderzyło, kątem oka zobaczyłam przełamaną kłodę, która ostrym końcem leciała wprost na nas. Wtedy wezwałam wiatr - ale nie miałam możliwości, by z nim zatańczyć ani wykonać choćby jeden gest ręką. Żywioł jednak mnie zrozumiał. Odepchnął od nas belkę, która z hukiem wbiła się w czarną ścianę i strzaskała na niej.
Gwałtowny podmuch miotnął nami, poczułam szarpnięcie, gdy płaszcz Ovego o coś zahaczył. Próbowałam osłonić nas przed tym wirującym wszędzie wokół chaosem, a jednocześnie sprawić, byśmy przestali spadać. Wiatr poniewierał nami niczym dwoma płatkami śniegu w zamieci. Nie byłam w stanie nabrać tchu, nie mogłam skupić myśli, a potem to wszystko nagle się skończyło.
Uderzenie okazało się gwałtowne i bolesne.
Ale to nie był koniec. Runął na nas cały budynek.
W ostatniej chwili za pomocą żywiołu poderwałam z ziemi jakieś belki oraz drzwi, by nas osłoniły. Przez czas tak długi, jakiego potrzebują góry, by wznieść swoje szczyty ku niebu, leżeliśmy skuleni, tuląc się do siebie, a świat walił nam się na głowy. Nie widziałam niczego prócz ciemności, nie słyszałam niczego prócz tego rumoru, nie mogłam oddychać powietrzem przesyconym pyłem, nie byłam nawet w stanie modlić się do Nyhwara, skalnego boga, by nas oszczędził.
To piekło ciągnęło się w nieskończoność, a gdy ucichło, w uszach wciąż słyszałam szum, w ustach czułam gorzko-metaliczny pył i kompletnie nic nie widziałam. W pierwszej chwili przestraszyłam się, że straciłam wzrok. Zamrugałam gwałtownie, a umysł stworzył przede mną barwne smugi.
Dotarło do mnie ciche westchnienie. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że w ramionach zdrętwiałych tak bardzo, że już ich nie czułam, wciąż trzymam szczupłe ciało chłopca z gór.
- Ove? - wydusiłam z siebie charczącym głosem.
Nastolatek znów westchnął, tym razem nieco głośniej.
- Ove! Jesteś cały?
- Ehe.
Spróbowałam się ruszyć, ale nie byłam w stanie. Miałam wrażenie, że przygniótł nas cały dom.
- Vitro... - szepnął Ove.
- Jest dobrze, żyjemy - chciałam go uspokoić. - Coś cię boli?
- Wszystko.
- Mnie też - pocieszyłam go, choć w głowie miałam obraz jego koszuli zalanej krwią i rany tak wielkiej, że zajmowała co najmniej połowę pleców.
- Nie czuję nóg - poskarżył się, po czym poruszył się lekko w moich objęciach.
Serce waliło mi jak młotem, byłam jednocześnie otumaniona i przerażona.
- Zaraz nas uwolnię - powiedziałam.
Spróbowałam nabrać tchu, lecz nie mogłam przez ten napierający zewsząd ciężar. Czułam, że jestem bliska paniki. Dom się zawalił, rana Ovego na pewno się otworzyła, ale to i tak było bez znaczenia, jeśli chłopiec miał strzaskane nogi. Jak głęboko spadliśmy? Czy pomoc jest już w drodze? Lodowate szpony strachu wbiły się w całe moje ciało. A jeśli to nie tylko budynek zarządu się zawalił, lecz całe Foshol wraz z otaczającymi go terenami? Co, jeśli te wszystkie kobiety i dzieci organizujące stanowisko pomocy dla rannych przy bramie również zostały pogrzebane pod zwałami ziemi oraz gruzów? A jeżeli to samo spotkało górników wraz z moimi bliskimi, którzy zebrali się na placu tuż przed wejściem do kopalni?
Jeśli wszyscy zginęli lub właśnie konają przygnieceni tonami głazów?! Przecież tylko ja mogłam wspomóc się wiatrem, który choć częściowo nas ochronił.
Nie! - stanowczo powiedziałam do siebie w myślach. Nie mogę tak myśleć, bo oszaleję. A musiałam najpierw uwolnić siebie i Ovego.
- Spróbuję nas oswobodzić - powiedziałam wciąż ochrypłym głosem. - Jakby coś cię bolało, krzycz.
Poczułam, jak chłopiec kiwa głową.
Otaczała mnie ciężka, gęsta ciemność, a mimo to zamknęłam oczy i spróbowałam zapanować nad targającymi mną emocjami. Potem wezwałam moc. Najpierw dotarł do mnie delikatny chłodny powiew, który niósł ze sobą zapach wilgotnego drewna i skruszonych skał.
Ucieszyłam się. Przynajmniej żywioł mnie nie opuścił.
Ostrożnie naparłam wiatrem od spodu na przygniatające nas zwały. Nic się nie stało. Zwiększyłam zatem siłę podmuchu, po czym usłyszałam skrzypnięcie, gdzieś posypały się drobniejsze kamienie.
Naraz Ove z sykiem wciągnął powietrze do płuc. Coś trzasnęło głośno, z innej strony dotarł do mnie zgrzyt metalu. Na głowę posypały mi się jakieś drzazgi.
- Przestań! - krzyknął chłopiec.
Natychmiast znieruchomiałam.
- Co się dzieje? - zapytałam.
- Coś się we mnie wbija - sapnął, wiercąc się. - Ale dam radę uwolnić nogi.
Przygniatający mnie ciężar nieco zelżał, wreszcie mogłam nabrać głęboko tchu. Zaczęłam się zastanawiać, czy za pomocą wiatru zdołam całkowicie nas uwolnić. A co, jeśli znajdujemy się pod taką warstwą gruzów, że odrzucenie ich będzie niemożliwe?
- Tędy da się chyba stąd wyczołgać - rzucił Ove i głośno stękając, ruszył gdzieś w ciemność.
- Czekaj! - nakazałam mu, czując nagły chłód na ciele, gdy się ode mnie oddalił.
Niestety mnie nie posłuchał i parł dalej przed siebie. Po omacku trafiłam dłońmi na jego but, który już chwilę później zniknął.
- Vitro, chodź, za mną!
- Niech cię Skygran porwie - warknęłam, usiłując namacać przejście, którym ruszył chłopiec.
Trochę szłam na czworaka, trochę musiałam się czołgać po nierównej powierzchni. Pode mną leżały strzaskane drewno i ostre odłamki skalne. Raz trafiłam łokciem na coś lepkiego i wolałam się nie zastanawiać, co to takiego może być.
- Na wszystkich bogów - sapnęłam, gdy wreszcie się uwolniłam.
Podniosłam się do pozycji siedzącej i wysunęłam ręce w bok. Wtedy dotknęłam twarzy Ovego. Na jego gładkiej skórze wyczułam trochę nierówności, a na czole dużego guza.
- W porządku? - zapytałam.
- Chyba... chyba tak.
Odetchnęłam głęboko. Oboje usiedliśmy na osuwisku, stykając się ramionami. W ciemności odszukałam rękę chłopca i zacisnęłam na niej dłoń, chcąc dodać mu otuchy. Drugą wciąż sprawdzałam otoczenie.
Wśród olbrzymich ilości gruzu trafiłam na połamane meble, skrawek materiału i wygięty kawałek żelastwa. Skaleczyłam opuszki o ostry rant glinianego naczynia. Syknęłam cicho i wsunęłam palec do ust. Oprócz metalicznego posmaku krwi wyczułam też pył.
- Co się stało? - zapytał od razu Ove.
- Nic takiego - uspokoiłam go.
Moja dłoń natrafiła na stare, spróchniałe drewno. Oderwałam się od chłopca i z zapałem zaczęłam je badać. Potem dotknęłam ściany - gładkiej, z podłużnymi żłobieniami, które nie mogły być dziełem natury.
- Vitro, gdzie my jesteśmy? - zapytał Ove.
Spłynęło na mnie zrozumienie, choć w jego następstwie w mojej głowie zrodziło się jeszcze więcej pytań.
- W kopalni - odparłam.
COPYRIGHT ? BY Paulina HendelCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2026
WYDANIE I
ISBN 978-83-8375-357-7
Kod produktu: 4000726
Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska
REDAKCJAKarolina Borowiec-Pieniak
KOREKTAKatarzyna Pawlik
GRAFIKA NA OKŁADCE ORAZ PROJEKTSzymon Wójciak
ILUSTRACJERobert Łakuta
SKŁAD WERSJI [email protected]
PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów [email protected]
DANE DO KONTAKTUFabryka Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/
WYDAWCARobert Łakuta
DYREKTORKA WYDAWNICZAIzabela Milanowska
MARKETINGAleksandra KowalskaLuiza Kwiatkowska Urszula Słonecka
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl [email protected]