Szesnaście na Bourbon - Bartosz Sadulski

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zgod­nie z mi­ster­nym pla­nem upro­wa­dzono je rano, na oczach przy­pad­ko­wych prze­chod­niów i per­so­nelu, zu­peł­nie jakby chciano za­de­mon­stro­wać po­tęgę Kom­pa­nii. Szes­na­ście ko­biet usu­nięto ze Szpi­tala Sal­p?tri­?re na le­wym brzegu Se­kwany, na prośbę gu­ber­na­tora da­le­kiej wy­spy, za wie­dzą wszech­moc­nego Col­berta, za apro­batą Lu­dwika XIV, w dzień zimny jak serca tych, któ­rzy, gdy wy­biła dzie­wiąta, wkro­czyli do środka od ulicy św. Wik­tora, pa­trona Mar­sy­lii. Nie tam, na po­łu­dnie, je skie­ro­wano, lecz na za­chód. Bez więk­szych pro­te­stów, z wi­docz­nym uczu­ciem ulgi, zu­peł­nie jakby cze­kały na to, co ma na­stą­pić, lub pra­gnęły tego naj­bar­dziej na świe­cie, dały się za­kuć w łań­cu­chy i od­pro­wa­dzić do cze­ka­ją­cej na nie ło­dzi.

Prze­marsz pro­wa­dziło i za­my­kało po trzech żoł­nie­rzy na­le­żą­cych do Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej. Mło­dzi chłopcy, jesz­cze przed chwilą bez­ro­botni lub świeżo zwol­nieni ze służby, za­cią­gnęli się do ma­łej ar­mii Col­berta z na­dzieją na re­gu­larny żołd, a może też nie­sły­chaną da­le­ko­mor­ską przy­godę, sły­szeli bo­wiem opo­wie­ści o ofi­ce­rach, któ­rzy tak wzbo­ga­cili się w ko­lo­niach, że ich statki to­nęły w dro­dze po­wrot­nej, prze­cią­żone skar­bami, lub pa­dały łu­pem pi­ra­tów. Ma­rzyli o po­tycz­kach z hisz­pań­skimi kor­sa­rzami i przy­no­szą­cych chwałę zwy­cię­stwach lub przy­naj­mniej o chlub­nej śmierci żoł­nie­rza. Tym­cza­sem wy­ko­rzy­sty­wano ich głów­nie jako eskortę: od­pro­wa­dzali ko­biety zła­pane na uli­cach Pa­ryża do przy­tułku i z przy­tułku do ło­dzi, którą wy­ru­szały w stronę mo­stu Czer­wo­nego po dru­giej stro­nie mia­sta.

Chłopcy nie przy­po­mi­nali praw­dzi­wych żoł­nie­rzy, wy­glą­dali na prze­bie­rań­ców, nie­let­nich uzur­pa­to­rów mo­nar­szej wła­dzy. Ob­fite rę­kawy dwu­rzę­do­wych wa­to­wa­nych mun­du­rów po­wie­wały na wie­trze jak flagi kró­le­stwa Bo­ur­bo­nów, dło­nie zda­wały się w nich rów­nie drobne jak rączki zdob­nych la­lek, w wy­so­kich koł­nier­zach prze­pa­dały pod­bródki i usta, głowy przy­kryte ob­szer­nymi be­re­tami wy­glą­dały jak smutne grzyby, po które na­wet naj­bar­dziej za­wzięty grzy­biarz ni­gdy się nie schyli, a pół­to­ra­me­trowe musz­kiety wi­siały na ple­cach, nie­mal do­ty­ka­jąc ziemi. Nie przy­no­sili chluby Kom­pa­nii, so­bie ani swoim mat­kom. Gdyby ich zwierzch­nik Col­bert zo­ba­czył, jak pre­zen­tuje się jego ar­mia, za­ła­małby ręce: szczy­tem moż­li­wo­ści tej kom­pa­nii zda­wało się osa­cze­nie wiej­skiego bur­delu i aresz­to­wa­nie pi­ja­nej ma­trony.

Na ich szczę­ście ko­biety cze­kały. Ko­biety cze­kały spo­koj­nie i nie trzeba było ich wy­wo­ły­wać, prze­trzą­sać ni­skich cel ani gwał­tem po­ry­wać. Ko­biety cze­kały spo­koj­nie od świtu w sta­rej ka­plicy po­świę­co­nej św. Dio­ni­zemu, za­mie­nio­nej w pral­nię. Mimo prze­ni­kli­wego chłodu ko­biety cze­kały spo­koj­nie od świtu, bo­wiem same zgło­siły się do tego po­rwa­nia, które w rze­czy­wi­sto­ści nie było po­rwa­niem, lecz wy­gna­niem. Ko­biety cze­kały, bo w cze­ka­niu osią­gnęły mi­strzo­stwo, całe zro­bione były z cze­ka­nia i za­wsze cze­goś ocze­ki­wały. Gdy pra­co­wały, cze­kały na ko­niec pracy, gdy się mo­dliły, cze­kały na amen, na­wet za­sy­piały nie­cier­pli­wie, li­cząc, że ko­lejny dzień przy­nie­sie od­mianę, a gdy wszystko szło po sta­remu, na­dal po­zo­sta­wało im cze­ka­nie, jak długo słońce wstaje i za­cho­dzi. Ich serca cze­kały, żeby je zła­mać, oczy, żeby je olśnić, a usta, żeby je po­ca­ło­wać. Nie było to cze­ka­nie wy­peł­nione na­dzieją, ale nie było też bez­na­dziejne. Sio­stra de La­fer­ri­?re po­wta­rzała im ku po­krze­pie­niu, że wy­ba­wieni zo­staną cier­pliwi, jak rol­nik cze­ka­jący wy­trwale na cenny plon ziemi, do­póki nie spad­nie deszcz wcze­sny i późny. Na­wet gdy zna­la­zły się w bez­na­dziej­nym po­ło­że­niu, a wiele z nich tak wi­działo swoje by­to­wa­nie w Sal­p?tri­?re, tym po­nu­rym mam­rze dla ko­biet z mar­gi­nesu, z na­dzieją wy­pa­try­wały końca. Przy­no­sili go chłopcy z Kom­pa­nii, cze­kały więc na nich cier­pli­wie od świtu.

Wszyst­kie, poza jedną, mo­dliły się pod prze­wod­nic­twem sio­stry de La­fer­ri­?re. Bez­boż­nica Ba­stienne sie­działa w rogu przy­kryta ko­cem i dy­go­tała. Od kilku dni po­ściła, bra­ko­wało jej sił. Z tru­dem pod­nio­sła się, kiedy we­szli żoł­nie­rze pro­wa­dzeni przez ko­bietę w czerni, pa­nią Bo­ur­don, żeby za­kuć je w łań­cu­chy. Blade świa­tło po­ranka wpa­dało już przez nie­wiel­kie okienko z wi­tra­żem, nie roz­pra­sza­jąc mroku pa­nu­ją­cego w pralni. Bez słowa sprze­ciwu skuto ra­zem szes­na­ście stóp, w tym stopę sio­stry de La­fer­ri­?re, która sama o to po­pro­siła. Szes­na­ście dziew­cząt od tej pory łą­czą nie tylko okowy, ale też wspólna hi­sto­ria.

Wy­pro­wa­dzono je z pralni i skie­ro­wano w stronę rzeki. Niebo wy­glą­dało jak wy­wró­cone na drugą stronę, wi­siało tak ni­sko, jakby miało za­raz ru­nąć na głowy pa­ry­żan. Za trójką żoł­nie­rzy na czele tej dzi­wacz­nej pro­ce­sji drep­tała pani Bo­ur­don, od­de­le­go­wana przez Col­berta do de­li­kat­nej mi­sji oczysz­cze­nia Sal­p?tri­?re z naj­bar­dziej nie­po­żą­da­nych po­staci. Ko­ro­wód spię­tych łań­cu­chem otwie­rały Eli­sa­beth Patte, prawa ręka Bo­ur­don, do­bre dziecko złego świata, i nie­prze­sta­jąca się mo­dlić sio­stra de La­fer­ri­?re, tłam­sząca w dło­niach zu­żyty ró­ża­niec. Jako ostat­nia szła, sła­nia­jąc się na no­gach, Ba­stienne. Pró­bo­wała za­gwiz­dać, lecz miała zbyt spierzch­nięte usta, żeby jej się to udało. Obok niej trzech żoł­nie­rzy, a za nimi, co­raz bar­dziej w od­dali, Sal­p?tri­?re. Ktoś wszedł do pralni, prze­że­gnał się i ze­brał roz­rzu­cone przez dziew­czyny koce.

Słońce, je­śli tego dnia w ogóle wstało, było nie­wi­doczne, ale nie­wąt­pli­wie za­czął się nowy dzień, inny od tego, który zda­rzył się wczo­raj: Sal­p?tri­?re po raz ostatni wy­pu­ściło w świat taki ko­lek­tyw.

Po dru­giej stro­nie świata, w Su­ra­cie nad rzeką Tapti, były gu­ber­na­tor i sprawca ca­łego za­mie­sza­nia Étienne Régnault spo­so­bił się do póź­nego śnia­da­nia z in­dyj­skimi kup­cami, po­cho­dzą­cymi, jak sły­szał, z lę­dźwi Pu­ru­szy. Sie­dział twa­rzą na za­chód, jedną dło­nią krę­cił ko­niu­szek wąsa, drugą po­woli mie­szał her­batę, obie te czyn­no­ści wy­ko­ny­wał zgod­nie z ru­chem wska­zó­wek ze­gara, bar­dzo rze­tel­nie, lecz dość po­woli, jak czło­wiek, który na wszystko ma czas, a po­śpiech jest, obok An­gli­ków i Ho­len­drów, jego naj­więk­szym wro­giem. Z tymi pierw­szymi można się na­wet do­ga­dać, pod wa­run­kiem że her­bata ma od­po­wied­nią tem­pe­ra­turę, a słońce stoi ni­sko, bo­wiem w ca­łym swoim ży­ciu nie wi­dział lu­dzi bar­dziej po­tli­wych niż An­glicy. Po naj­mniej­szym łyku sła­bego na­paru ich stan sku­pie­nia zmie­niał się, An­glik stop­niowo przy­bie­rał formę płynną, skra­plał się, i nim do­bito in­te­resu, był nie­wielką ka­łużą, akwe­nem w kształ­cie hrab­stwa, z któ­rego po­cho­dził. W tym sa­mym cza­sie ko­biety, upro­wa­dzone na jego prośbę sprzed lat, po­woli dep­cząc świeży śnieg, zbli­żały się do ło­dzi. Gdy bli­sko niego gło­śno za­ry­czała krowa pro­wa­dzona przez na­giego dżi­ni­stę, były gu­ber­na­tor wy­stra­szył się i za­dzwo­nił ły­żeczką o brzeg fi­li­żanki. Po­my­ślał o wy­spie, którą na roz­kaz Kom­pa­nii mu­siał po­rzu­cić, a na­stęp­nie od­wró­cił głowę w stronę słońca.

Na ło­dzi cze­kali ko­lejni żoł­nie­rze o kar­mi­no­wych twa­rzach wy­rod­nych dzieci. Ich wą­siki, cho­ciaż sma­ro­wane na noc ku­rzym łaj­nem, wspo­ma­ga­ją­cym rze­komo wzrost włosa, wy­glą­dały jak pod­krę­cone kłaczki ku­rzu i nie do­da­wały im po­wagi, jaka po­winna to­wa­rzy­szyć żoł­nie­rzowi Kom­pa­nii. Bez wąt­pie­nia wszy­scy uczest­nicy zi­mo­wej wy­cieczki wo­le­liby być gdzie in­dziej, ak­cja prze­bie­gała więc spraw­nie i bez zbęd­nych słów. Do­sko­nale od­gry­wano role: dzieci jako żoł­nie­rze były za­wzięte i skru­pu­latne, lecz nie okrutne, dziew­częta w roli upro­wa­dzo­nych po­zo­sta­wały zgnę­bione i po­słuszne. Pani Bo­ur­don spo­glą­dała na nie su­ro­wym okiem, lecz wie­działy, że jest po ich stro­nie.

Po wej­ściu na po­kład ko­biety na­tych­miast zbiły się w gro­madę, a chmura ich od­de­chów wy­glą­dała jak duch, który opusz­cza zwa­li­ste ciało. Po od­bi­ciu od brzegu ci­szę prze­ry­wały mia­rowe po­hu­ki­wa­nia wio­śla­rzy i nie­re­gu­larny gruź­li­czy ka­szel żoł­nie­rza o za­ba­gnio­nym spoj­rze­niu. Nie miał rę­ka­wi­czek, więc ner­wowo po­cie­rał dło­nie, jakby wie­rzył, że jest w sta­nie wy­krze­sać z nich ogień. Przez mo­ment wy­da­wało się, że inny straż­nik, ten, który może stra­cił ko­goś w jed­nej z licz­nych plag, wy­pchnie go za burtę. Ostat­nia z ko­biet spię­tych łań­cu­chem szep­nęła "na­resz­cie" tak ci­cho, że nie usły­szał jej nikt. Łódź lekko trzesz­czała, roz­bi­ja­jąc śryż.

Bez słowa mi­nęły kró­lew­ski ogród zio­łowy, a na wy­so­ko­ści ho­telu Ne­smon­dów uj­rzały wieże No­tre Dame. Na ich wi­dok wszyst­kie, prócz jed­nej, prze­że­gnały się. Wie­działy, że wi­dzą je po raz ostatni. Łódź su­nęła po Se­kwa­nie, zo­sta­wia­jąc za sobą wolno roz­sze­rza­jącą się bruzdę, na któ­rej lekko uska­ki­wały nie­liczne kry. Prze­pły­nęły pod pię­cioma mo­stami, a zgro­ma­dzony na nich mo­tłoch ob­rzu­cał je za­mar­z­nię­tymi wa­rzy­wami i po­spo­li­tymi wy­zwi­skami, spo­śród któ­rych naj­ła­god­niej­szym i naj­po­pu­lar­niej­szym było "by­dlaki". Na­stęp­nie wszyst­kie, prócz jed­nej, po­now­nie uczy­niły znak krzyża, mi­ja­jąc ko­ściół pod we­zwa­niem św. Ger­mana, w tam­tym mo­men­cie rów­nież ich pa­trona. Dwu­dzie­sty bi­skup Pa­ryża czu­wał bo­wiem nad więź­niami, ale też mu­zy­kami, jed­nak żadna z ko­biet nie pod­chwy­ciła nuty rzu­co­nej przez jedną z nich, Aimée Roy, która z naj­więk­szym utę­sk­nie­niem zer­kała w stronę Luwru, jakby li­cząc, że spoj­rze­nie króla wy­ra­tuje ją z opre­sji. Ci­cho i bez­wied­nie z ust Aimée wy­rwały się dźwięki cze­goś, w czym można by roz­po­znać uwer­turę pierw­szej fran­cu­skiej tra­ge­dii li­rycz­nej, czyli Kad­mosa i Har­mo­nii Lully'ego, gdyby nie to, że swoją pre­mierę bę­dzie ona miała do­piero za dwa mie­siące. W przy­padku tej ko­biety mi­łość jed­nak nie za­trium­fuje. Za­trium­fuje wy­łącz­nie Col­bert.

Były in­ten­dent Ma­za­ri­niego, druga, a we­dług nie­któ­rych pierw­sza osoba w pań­stwie Lu­dwika XIV, prawa ręka króla, jego oczy i uszy, uro­dzony mi­ni­ster trzy­ma­jący w gar­ści pań­stwowe fi­nanse, za­ło­ży­ciel i głowa Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej, był czło­wie­kiem wzro­stu mier­nego, ra­czej chu­dym niż tłu­stym. Po­wierz­chow­no­ści był po­spo­li­tej: miał włosy grube, czarne i rzad­kie, co po­dług bio­gra­fów jego czasu spra­wiło, iż wcze­śnie wdział ka­płań­ską czapkę[1]. Oczy miał za­pa­dłe, ale tak ciemne, że nocą nie­wi­doczne, a spoj­rze­nie ostre, prze­ni­kliwe, pełne su­ro­wo­ści; skórę tak bladą, że przy jego kru­czych sza­tach wy­da­wała się bez­kr­wi­sta, i spo­sób by­cia tak lo­do­waty, że w mroźne dni, ta­kie jak ten, w który upro­wa­dzono ko­biety ze Szpi­tala Sal­p?tri­?re, Col­bert wy­cho­dzi z domu bez płasz­cza i rę­ka­wi­czek.

Ko­biety pły­nęły, a mi­ni­ster stał, znu­żony, w swoim miesz­ka­niu na rogu ulicy Ri­che­lieu, wpa­tru­jąc się w ze­gar ze sko­rupy żół­wia i czer­nio­nego drewna. Nie lu­bił go, bo na pła­sko­rzeź­bie z brązu przed­sta­wiono Chro­nosa z sier­pem i wę­żem, a są to atry­buty Kro­nosa, każdy im­be­cyl po­wi­nien o tym wie­dzieć. Jak można po­my­lić Kro­nosa z Chro­no­sem, iry­to­wał się Col­bert za każ­dym ra­zem, gdy spraw­dzał go­dzinę na ze­ga­rze ze sko­rupy żół­wia i czer­nio­nego drewna, otrzy­ma­nym w pre­zen­cie od króla na piątą rocz­nicę za­ło­że­nia Kom­pa­nii. Przez cztery lata mu­siał spo­glą­dać na spar­ta­czony me­cha­nizm, który mógł cie­szyć oko, ale tylko oko kmiota. Naj­ja­śniej­szy Pan z pew­no­ścią roz­róż­nia Chro­nosa i Kro­nosa, skoro je­den jest bo­giem czasu, a drugi rol­nic­twa, jed­nego przed­sta­wia się jako starca z klep­sy­drą, a dru­giego z ząb­ko­wa­nym bia­łym sier­pem, któ­rym oka­le­czył swo­jego ojca Ura­nosa, uci­na­jąc mu jaja, je­den po­ły­kał wła­sne dzieci, a drugi jest dzia­dygą z ko­łem zo­dia­kal­nym trzy­ma­nym na ko­la­nach jak obejma. Mi­ni­ster miałby ochotę roz­bić mło­tem ten ze­gar i pew­nie by tak zro­bił, gdyby nie był to po­da­ru­nek od króla, być może su­ge­stywny, je­śli nie drwiący. Król albo nie wi­dział pre­zentu na wła­sne oczy - bo prze­cież, łu­dził się Col­bert, musi wie­dzieć, czym różni się Chro­nos od Kro­nosa, nie spo­sób prze­cież spra­wo­wać wła­dzy bez tej fun­da­men­tal­nej wie­dzy, nie spo­sób żyć jak czło­wiek cy­wi­li­zo­wany - albo chciał prze­ka­zać swo­jemu naj­bliż­szemu do­radcy coś nie­zwy­kle istot­nego, lecz na tyle de­li­kat­nego, że nie­wy­ma­wial­nego wprost.

Być może Lu­dwik, ży­wiąc nie­chęć do floty i za­mor­skich pod­bo­jów, roz­cza­ro­wany kosz­tami, da­wał Col­ber­towi do zro­zu­mie­nia, że już pora na efekty wiel­kiej in­we­sty­cji, jaką było ufun­do­wa­nie Kom­pa­nii, na któ­rej start jako pierw­szy i naj­więk­szy ak­cjo­na­riusz wy­ło­żył trzy mi­liony liw­rów, a z wiel­kim tru­dem zgro­ma­dzono ka­pi­tał w wy­so­ko­ści dzie­się­ciu mi­lio­nów. Za tą ka­ry­godną nie­ści­sło­ścią, skan­da­licz­nym cho­chli­kiem, który roz­grzać do czer­wo­no­ści mógł tylko ta­kiego per­fek­cjo­ni­stę i służ­bi­stę jak Col­bert, mu­siał stać Naj­ja­śniej­szy Pan we wła­snej oso­bie - sub­tel­nie, jak to miał w zwy­czaju, su­ge­ru­jący mi­ni­strowi, że po pię­ciu la­tach od uzy­ska­nia przez Kom­pa­nię mo­no­polu na han­del i że­glugę na mo­rzach Wschodu i Po­łu­dnia przy­szedł naj­wyż­szy czas na żniwa. Że wy­biła go­dzina i ku­kułka kuka.

Col­bert nie wie­dział, że w roku po­wsta­nia ze­gara Lu­dwik za­pi­sał w swoim pa­mięt­niku: "Kom­pa­nia zo­stała skom­pro­mi­to­wana w ca­łym moim kró­le­stwie", ale prze­cież i tak w trak­cie ko­lej­nych lat wy­ko­nał wielką pracę: za­lud­niano Nową Fran­cję, po­wstała fak­to­ria w Ma­su­li­pa­tam i wy­sy­łano przy­prawy do Fran­cji, po­wstrzy­mano mo­no­pol ho­len­der­ski, po­gło­ski o plaj­cie i kom­plet­nej ru­inie Kom­pa­nii były nie­praw­dziwe, miała swo­ich przed­sta­wi­cieli w La Ro­chelle, Sa­int-Malo, Nan­tes, Le Ha­vre-de-Grâce, Dieppe, Dun­kierce, Mar­sy­lii, Li­zbo­nie, Ge­nui, We­ne­cji, Am­ster­da­mie, Lon­dy­nie, na Wy­spach Ka­na­ryj­skich i Ma­de­rze, w Smyr­nie, Alek­san­drii, Ka­irze, Sa­idzie, Aleppo i Is­fa­han, a nie­dawno wzięta w ręce Kom­pa­nii wy­spa w ar­chi­pe­lagu Ma­ska­re­nów, na­zwana "Bo­ur­bon" na cześć dy­na­stii pa­nu­ją­cej, zdaje się cał­kiem obie­cu­ją­cym na­byt­kiem, zwłasz­cza kiedy do­trą na nią te nie­szczę­sne ko­biety i ustaną pro­te­sty osad­ni­ków na tle roz­rod­czym, a Régnault prze­sta­nie słać rzewne li­sty. Tam, gdzie jego da­le­ko­wzrocz­ność świeci naj­ja­śniej, jest Bo­ur­bon. Bo­ur­bon bę­dzie oczkiem w gło­wie fran­cu­skiego oce­anu.

Spraw­dza­jąc go­dzinę na swoim ze­ga­rze, Col­bert nie do­świad­czał uczu­cia roz­kosz­nej punk­tu­al­no­ści, lecz wy­łącz­nie obrzy­dze­nia, czuł się po­ga­niany i upo­ko­rzony, czę­sto od­wra­cał ze­gar i cze­kał je­dy­nie na jego co­pół­go­dzinne bi­cie. Gdyby król po­da­ro­wał mu ze­gar z Kro­no­sem za­miast Chro­nosa, i by­łoby to dzia­ła­nie z pre­me­dy­ta­cją, osła­błaby jego wiara w mo­nar­chę, fran­cu­skiego Zeusa, we wła­sną pra­co­wi­tość, nie­za­wod­ność i su­mien­ność, ale jako że być może w mo­nar­chię wie­rzył moc­niej niż sam mo­nar­cha w sie­bie, mu­siał żyć da­lej z wiel­kim wy­rzu­tem, ja­kim była osten­ta­cyjna omyłka w bó­stwach.

Od­wró­cony tar­czą do ściany ze­gar wy­bił pół po dzie­sią­tej. Ko­biety po­winny wła­śnie prze­pły­wać obok Luwru. Nie­by­wałe, że jedną de­cy­zją można po­zbyć się tylu pro­ble­mów. Col­bert po­my­ślał o cza­sie.

Ko­biety mi­nęły Luwr, lecz wszyst­kie, prócz Aimée, która nu­ciła, były zbyt zzięb­nięte, żeby zwró­cić na to uwagę. Nie­które pró­bo­wały mo­dlić się z sio­strą de La­fer­ri­?re. Pani Bo­ur­don zdjęła rę­ka­wiczkę i chwy­ciła lo­do­watą dłoń Eli­sa­beth Patte.

- Już nie­da­leko - po­wie­działa, jakby to sie­bie chciała po­cie­szyć.

Mu­siały prze­pły­nąć pra­wie cały Pa­ryż, a mo­men­tami zda­wało się, że wio­śla­rzom bra­kuje sił i stoją w miej­scu. Aimée Roy za­sta­na­wiała się, czy król jest u sie­bie, czy ży­cie dworu to­czy się jak daw­niej, czy resztki groszku wciąż są znaj­dy­wane w za­ka­mar­kach kró­lew­skich sie­dzib. Cie­kawe, która z dam jest kró­lew­ską fa­wo­rytą i jak się mają kró­lew­skie bę­karty. Znów za­nu­ciła Lully'ego, tym ra­zem tak czy­sto i ła­god­nie, że na­wet żoł­nie­rzom się spodo­bało, cho­ciaż uszy mieli czer­wone z zimna.

Lu­dwik był gdzie in­dziej: co­raz czę­ściej po­rzu­cał Pa­ryż na rzecz roz­bu­do­wy­wa­nego Wer­salu. Od po­czątku roku czuł sza­lony nie­po­kój: wojna ugrzę­zła w miej­scu, Eu­ropa się z niego śmiała, kasy świe­ciły pust­kami, a jego Mo­lier zszedł ze sceny do­słow­nie i w prze­no­śni: krew po­de­szła mu do ust w trak­cie od­gry­wa­nia śmierci ty­tu­ło­wego Cho­rego z uro­je­nia. Ko­me­dio­pi­sarz za­słabł po opad­nię­ciu kur­tyny i zo­stał prze­wie­ziony lek­tyką do swo­jego domu, gdzie zmarł kilka go­dzin póź­niej, zo­sta­wia­jąc ży­wym pro­blem po­chówku. Król obie­cał po­móc wdo­wie, lecz za­nim pod­jął de­cy­zję, do­wie­dział się, że Mo­liera po­cho­wano nocą, bez prze­py­chu, przy świe­tle po­chodni, a chwilę po po­grze­bie za­częto już plot­ko­wać, że to nie jego ciało spo­częło w ziemi.

Król stara się nie my­śleć o śmierci, jego uwagę zaj­mują ni­der­landz­kie ka­ry­ka­tury, na któ­rych przed­sta­wiono go jako tłu­stego ogra oto­czo­nego pół­na­gimi nim­fet­kami, wi­ją­cymi się w po­łach jego pe­le­ryny. Na in­nym ry­sunku ho­len­der­ski lew po­ko­nuje fran­cu­skiego ko­guta i an­giel­skiego psa, a Lu­dwik, we wła­snej sfe­rycz­nej po­staci, przy­gląda się, jak Fran­cja zo­staje zgnie­ciona kulą ziem­ską. Czy rze­czy­wi­ście tak utył i zo­grom­niał? Nie daje mu to spo­koju i od­kąd ka­ry­ka­tury tra­fiły do kró­lew­skich rąk, pyta za­ufa­nych dwo­rzan: "Czy je­stem gruby?", "Czy je­stem za gruby?". Nie za­do­wa­lają go od­po­wie­dzi, że nie jest gruby, że jest ma­je­sta­tyczny, a przy bla­sku jego zna­ko­mi­to­ści każdy zdaje się kur­czyć, dla­tego wy­daje się, że zaj­muje wię­cej prze­strzeni niż w rze­czy­wi­sto­ści, a zresztą na­wet gdyby zaj­mo­wał jej tyle, ile na ha­nieb­nych ka­ry­ka­tu­rach wy­ko­na­nych przez pod­łych wro­gów mo­nar­chii, Fran­cji i Boga, w ni­czym by to nie szko­dziło, bo­wiem Król Słońce może zaj­mo­wać tyle miej­sca, ile uzna za sto­sowne, a rze­czą ludzką jest, iż po­zo­stali dwo­rza­nie krążą wo­kół niego, po­mniej­sza­jąc się suk­ce­syw­nie i osią­ga­jąc w końcu roz­miar li­li­puci.

Jego ape­tyt był le­gen­darny - nie prze­sa­dzała szwa­gierka Lu­dwika, księż­niczka pa­la­tyń­ska, twier­dząc, że król po­trafi na ko­la­cję zjeść cztery ta­le­rze zupy, ca­łego ba­żanta, ku­ro­pa­twę, duży ta­lerz sa­łatki, dwa pla­stry szynki, ba­ra­ninę pie­czoną z czosn­kiem, ta­lerz cia­sta, a do tego owoce i jajka na twardo, cho­ciaż wojna tak mu do­skwie­rała, że na wczo­raj­szą ko­la­cję skub­nął je­dy­nie bo­chen chleba, chlip­nął zupy, opędz­lo­wał trzy kur­czaki i li­znął odro­binę śmie­tany z Nor­man­dii, co zro­bił jak kot, wy­su­wa­jąc nieco bur­boń­ski, po­kaźny i nie­zwy­kle czer­wony ję­zy­czek, a na­stęp­nie, na­chy­la­jąc górną część ciała w stronę pu­charu ze śmie­taną, wy­ko­nał nim kilka mla­śnięć, ra­czej nie­śmia­łych niż spek­ta­ku­lar­nych, przy czym więk­sza część śmie­tany zna­la­zła się nie w mo­nar­szym brzu­chu, lecz na nim, co na­tych­miast za­częto na­śla­do­wać na dwo­rze, wsku­tek czego ślady śmie­tany przez długi czas znaj­do­wano w naj­dal­szych za­ka­mar­kach pa­łacu, naj­czę­ściej w to­wa­rzy­stwie groszku. Na ko­niec król, wy­glą­da­jący, jakby wpadł do mi­ski ze śmie­taną, uty­tłany, wprost uświ­niony śmie­taną, bo nie da się tego ina­czej na­zwać, nie­zra­żony swoim ośmie­ta­nie­niem osu­szył trzy kie­liszki ro­so­lisu. Na­stroju nie po­pra­wiło mu żadne skon­su­mo­wane z rze­tel­nym znu­dze­niem da­nie, na­wet ulu­bioną zupę na ba­zie pu­rée z zie­lo­nego groszku, na któ­rego punk­cie pa­no­wała na dwo­rze po­wszechna ob­se­sja, zjadł bez kro­to­chwil­nego en­tu­zja­zmu, jaki za­zwy­czaj to­wa­rzy­szył wszyst­kim ak­tyw­no­ściom zwią­za­nym z grosz­kiem.

Po­czątki grosz­ko­ma­nii się­gają pierw­szego ze­tknię­cia się Lu­dwika z wło­skim wa­rzy­wem, które mu za­de­mon­stro­wano w 1660 roku i do któ­rego na­tych­miast za­pa­łał taką mi­ło­ścią, że swemu ogrod­ni­kowi La Qu­in­ti­niemu na­ka­zał jego na­tych­mia­stową i ca­ło­roczną uprawę w wer­sal­skich szklar­niach. Grosz­ko­ma­nia przy­jęła nie­spo­ty­kane wcze­śniej w kon­tek­ście ja­kie­go­kol­wiek wa­rzywa roz­miary, gro­szek stał się dia­men­tem wśród wa­rzyw, ja­rzy­no­wym lu­mi­na­rzem i pro­mi­nentną, zie­loną zna­ko­mi­to­ścią przyj­mo­waną na dwor­skich sto­łach z naj­wyż­szymi ho­no­rami. Ary­sto­kraci wy­da­wali for­tuny, aby jako pierwsi po­dać go do obiadu. Damy dworu po ko­la­cji u króla, ob­fi­tej w gro­szek, ły­kały gro­szek przed snem ni­czym ta­bletki usy­pia­jące, czym na­ra­żały się na nie­koń­czące się nocne ob­struk­cje. Ko­chan­ko­wie wy­ty­czali ko­chan­kom drogę do swo­ich man­sard ziar­nami groszku, te zaś łap­czy­wie po­chła­niały je w dro­dze, a na­stęp­nie długo w mi­ło­snych ob­ję­ciach szep­tali do sie­bie naj­czul­sze słówka, jak "mój ty groszku". Nie­cier­pli­wość, by go zjeść, przy­jem­ność z jego zje­dze­nia i ra­dość z po­now­nego zje­dze­nia to trzy kwe­stie, o któ­rych ksią­żęta dys­ku­to­wali przez cztery dni.

Zda­rzyły się jed­nak i przy­padki kon­wul­syj­nej śmierci z po­wodu nie­moż­no­ści stra­wie­nia ogrom­nej ilo­ści spo­ży­wa­nego groszku. Spo­tkało to cho­ciażby ku­zyna nie­mile wi­dzia­nego na dwo­rze Ni­co­lasa Fo­uqu­eta, ba­rona de La­fleura, który przedaw­ko­wał gro­szek w efek­cie ty­go­dnio­wej grosz­ko­wej or­gii na zamku w La Ri­vi­?re nad do­liną Do­rdo­gne. Urzą­dzone ku czci Lu­dwika grosz­ko­na­lia nie skoń­czy­łyby się tra­gicz­nie, gdyby nie fakt, że ba­ron po­pi­sy­wał się swoją po­jem­no­ścią i nie­wraż­li­wo­ścią na wzdę­cia, a po­trawy z groszku po­pi­jał wi­nem ze swo­jej wi­niarni. Wino to, o głę­bo­kim ciem­no­czer­wo­nym od­cie­niu, wy­peł­nione aro­ma­tami czer­wo­nych owo­ców, wi­śni, wę­dzo­nej śliwki, czer­wo­nej po­rzeczki, czar­nych oli­wek, z de­li­kat­nymi ak­cen­tami bal­sa­micz­nymi, skóry i nutą ol­chy, zo­sta­wi­łoby na pod­nie­bie­niu ba­rona ak­sa­mitne ta­niny, gdyby nie to, że jego ję­zyk zzie­le­niał kom­plet­nie i stał się nie­wraż­liwy na smaki, a wino po­mie­szane z grosz­kiem do­pro­wa­dziło do dłu­giego i nie­zbyt ele­ganc­kiego fi­ni­szu.

Gdy król do­wie­dział się o ofie­rze swo­jego ulu­bio­nego wa­rzywa, za­żą­dał, by ba­ron sta­wił się na­tych­miast w Pa­ryżu w celu prze­słu­cha­nia przez na­prędce za­wią­zaną Ko­mi­sję do Spraw Ści­ga­nia Zbrodni Wa­rzyw, pro­wa­dzoną przez księ­dza Epi­narda. Skru­pu­latne śledz­two i wie­lo­ty­go­dniowe prze­słu­cha­nia uczest­ni­ków grosz­ko­wej or­gii na zamku La Ri­vi­?re udo­wod­niły, że sprawcą za­mie­sza­nia nie jest gro­szek, lecz gro­szowe wino ba­rona, które za­wsze, jak się oka­zało, spo­ży­wano z ab­sma­kiem, ukry­wa­nym ze względu na ko­li­ga­cje Naj­grub­szego Ba­rona Akwi­ta­nii. Stra­ciły one na zna­cze­niu po po­pad­nię­ciu Fo­uqu­eta w nie­ła­skę, dzięki czemu ba­ro­nowa de La­fleur mo­gła przy­znać, że od­kąd sięga pa­mię­cią, sło­dziła wino męża. Ba­ron nie do­żył końca pro­cesu, lecz sko­nał w mę­czar­niach w pierw­szym ty­go­dniu - pękł po­dobno, eks­plo­do­wał w barwy cy­na­mo­nowo-cze­ko­la­dowo-ma­ho­niowe i za­pa­chy wręcz od­wrotne, czemu w swo­ich dzien­ni­kach Sa­int-Si­mon po­świę­cił dwa aka­pity.

Gro­szek zo­stał unie­win­niony i na­dal spo­ży­wano go w gar­gan­tu­icz­nych ilo­ściach, a sam Lu­dwik pa­ła­szo­wał go tyle, że po­dej­rze­wano, iż ma na swo­ich usłu­gach ro­baki lub pa­so­żyty. Dwór trząsł się z prze­ra­że­nia na wi­dok jego spek­ta­ku­lar­nych wie­czor­nych bie­gu­nek i za­parć, w trak­cie któ­rych do­ma­gał się za­ba­wia­nia roz­mową, a po fak­cie pod­cie­rał się ser­wetką na­mo­czoną w brandy i jakby ni­gdy nic kon­ty­nu­ował wie­czór.

Wczo­raj do­strze­żono jed­nak jego zmniej­szony ape­tyt i do­my­ślano się przy­czyn - z tego po­wodu po każ­dej spo­ży­tej łyżce zupy okla­ski­wano króla z więk­szym niż zwy­kle en­tu­zja­zmem, ży­wio­łowo wręcz, ni­czym naj­now­szą gwiazdę kon­nego ba­letu.

Z po­wodu nie­po­koju król spał krótko i płytko, z tru­dem wy­trzy­mał do go­dziny siód­mej, o któ­rej ka­zał się obu­dzić, a już o dzie­wią­tej był w par­la­men­cie. Gdy ko­biety prze­pły­wały obok Luwru, Lu­dwik wy­da­wał nową, nie­zwy­kle istotną de­kla­ra­cję do­ty­czącą pro­ce­dur re­je­stra­cji ustaw. Było to jego ostat­nie słowo na ten te­mat.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
[1] - s. 16 (w. 6-7): A. Du­mas, Wi­ceh­ra­bia de Bra­ge­lonne, tłum. ano­ni­mowe, War­szawa 1929, s. 190.