Szkic. Hanka i Jacek Fedorowiczowie w rozmowie z Patrycją Bukalską - Patrycja Bukalska

Kup ebooka

64.99 zł
48.74 zł (37,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ZA­MIAST WSTĘPU

- Por­trety, które ro­bi­łam w cza­sie stanu wo­jen­nego, to były no­tatki o tych lu­dziach dla mnie - mówi Hanka Fe­do­ro­wicz, przy­go­to­wu­jąc do se­sji fo­to­gra­ficz­nej na­ma­lo­wane przed laty ob­razy.

O tych por­tre­tach i o tym, jak po­wsta­wały w nie­spo­koj­nych la­tach sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych ubie­głego wieku, roz­ma­wia­ły­śmy od po­nad roku, cią­gle jed­nak od­kła­da­jąc wy­cią­gnię­cie ich ze schow­ków, z te­czek i za­ka­mar­ków pra­cowni.

- To są ta­kie po­rządki. Nie za­wsze przy­jemne. Prze­glą­dam do­ku­menty, szkice. Trzeba to zro­bić, ale to bar­dzo mę­czące. Mó­wie­nie też jest mę­czące. Bo to są strzępki - mó­wiła na po­czątku na­szych spo­tkań Hanka. - Ja tylu rze­czy nie pa­mię­tam do­kład­nie... O da­tach na­wet nie ma co mó­wić. Całe szczę­ście, że jest Ja­cek! On wszystko pa­mięta.

Strzępki ka­wa­łek po ka­wałku po­skła­dały się w opo­wieść o lu­dziach, któ­rych Hanka i Ja­cek spo­tkali w cza­sie stanu wo­jen­nego w ko­ściele Świę­tego Mar­cina i jesz­cze wcze­śniej. To też hi­sto­ria ich sa­mych. Te­raz trzeba wy­jąć ob­razy, o któ­rych do tej pory tylko roz­ma­wia­li­śmy. Jest ko­niec czerwca 2022 roku, jedno z wielu upal­nych po­po­łu­dni tego lata. Cze­ka­li­śmy na do­bre świa­tło.

Fo­to­grafka Be­ata Ja­rzęb­ska mon­tuje, jak to okre­ślił Ja­cek, pro­wi­zo­ryczną kom­natkę, w któ­rej bę­dzie można sfo­to­gra­fo­wać pa­stele bez wyj­mo­wa­nia ich spod szkła. Tłem jest czarny ak­sa­mit.

- Jesz­cze z cza­sów Pe­erelu - mówi Hanka, po­ka­zu­jąc ma­te­riał. - Ja wtedy szy­łam, ku­po­wa­łam więc, co się da. A czarny ak­sa­mit za­wsze się przyda.

Pierw­szy na szta­lugi, go­towy do sfo­to­gra­fo­wa­nia, tra­fia por­tret Marka Edel­mana. Ma­rek po­zo­wał jesz­cze w po­przed­nim miesz­ka­niu Hanki i Jacka, na są­sied­niej ulicy, też na Po­wi­ślu.

- To Bo­żena Urbań­ska. Jej por­tret to moja ka­ta­strofa pa­ry­ska - mówi o ko­lej­nym ob­ra­zie Hanka. Po­wstał w Pa­ryżu, kiedy Hanka od­wie­dziła tam córkę.

Na szta­lugi przed obiek­tyw tra­fia Ola Wa­towa, też ry­so­wana w Pa­ryżu. Po­tem por­trety Ma­rii Chwa­li­bóg i Jo­anny Szczę­snej, o któ­rych ma­lo­wa­niu roz­ma­wia­ły­śmy bar­dzo długo. ("Mańka tro­chę sie­działa, po­tem wy­szła nie­za­do­wo­lona jak zwy­kle, jed­nak ją na­ma­lo­wa­łam" - te­raz krótko już pod­su­mo­wuje Hanka). I jesz­cze je­den por­tret Ma­rii.

- Mańka. Zo­staw tu­taj, niech leży. Te ob­razki są bez po­sza­no­wa­nia prze­cho­wy­wane, bo mia­łam do nich za­raz wró­cić... A jak są na pa­pie­rze, pa­ste­lami, nie­za­bez­pie­czone, to oczy­wi­ście bar­dzo się nisz­czą. Naj­chęt­niej wiele z nich bym wy­rzu­ciła, ale Ja­cek ni­gdy nie po­zwa­lał mi nic wy­rzu­cać i dla­tego te­raz mam tu tyle kno­tów. Po­win­nam je po­pra­wić, ale za trudno do nich wró­cić. - Po chwili do­daje: - Są już obce.

Hanka, jak wy­ja­śnia Ja­cek, ni­gdy swo­ich prac nie koń­czy, ni­gdy nie uważa, że ob­raz jest go­towy, za­wsze chce coś jesz­cze zmie­nić, po­pra­wić.

Por­tretu Jacka Hanka ni­gdy nie na­ma­lo­wała. I to też jest część tej hi­sto­rii - por­trety, które nie po­wstały.

Ob­razy wy­peł­niają prze­strzeń na ścia­nach miesz­ka­nia, a na pół­kach i re­ga­łach stoją zdję­cia, jakby na dru­gim pla­nie, choć być może na­wet waż­niej­sze, jako za­pis ży­cia Hanki i Jacka. Są na nich psy - na czarno-bia­łym zdję­ciu Ja­cek głasz­cze dal­ma­tyń­czyka Pe­piego, dru­giego psa ma na ko­la­nach. Na tej sa­mej półce z książ­kami fo­to­gra­fia Wła­dy­sława Bar­to­szew­skiego z Ja­nem No­wa­kiem-Je­zio­rań­skim, który przez ostat­nie lata ży­cia był nie tylko czę­stym go­ściem w miesz­ka­niu Fe­do­ro­wi­czów, są­sia­dem na Po­wi­ślu, ale i kimś dla nich bar­dzo waż­nym.

Obok ze zdję­cia spo­gląda ruda psina uło­żona na nie­bie­skiej ka­na­pie.

- To Wiórka. Część Wie­wiórki, bo kie­dyś spo­tkały się nos w nos z wie­wiórką przez szklane drzwi wyj­ściowe do parku. Stały wpa­trzone w sie­bie, róż­niły się tylko ogo­nami. My­śla­łam, że nie lu­bię ma­łych psów, ale ona to zmie­niła. Stała się bli­ską mi osobą. Była ra­do­sna, miała wła­sne układy ta­neczne i wiele in­nych za­baw­nych pro­po­zy­cji.

Wiórka nie ma por­tretu jak nie­które inne psy, ale spo­gląda - za­kło­po­ta­nym wzro­kiem - z ko­lej­nych zdjęć.

Obok po­ja­wiają się koty. Były za­wsze, ale te­raz są już tylko dwa i to one wła­dają miesz­ka­niem: Olga i By­czek wy­ła­niają się nie­spo­dzie­wa­nie z za­ka­mar­ków i z ko­ry­ta­rzy, wska­kują na stół, wspi­nają się na me­ble i gzymsy w kuchni. Koty de­cy­dują też o ma­lo­wa­niu.

- Tu jest koci ter­ror. Z po­wodu ko­tów nie mogę roz­kła­dać ob­ra­zów. Są cie­kaw­skie, prze­py­chają się i wszystko prze­wra­cają. Huk wtedy jest po­tworny, By­czek ucieka, po dro­dze coś jesz­cze po­trąca... - wzdy­cha Hanka. - Mu­szę cze­kać, aż za­sną. Wtedy mogę ma­lo­wać.

W tamto czerw­cowe po­po­łu­dnie koty się po­cho­wały. Za duży ruch i za­męt.

Li­piec, wciąż upal­nie, ale o dzie­sią­tej rano jesz­cze czuje się przy­jemną po­ranną świe­żość, ho­sty przed blo­kiem na Po­wi­ślu cie­szą się cie­niem rzu­ca­nym przez drzewa. W miesz­ka­niu pa­nuje ci­sza, chwila let­niego za­wie­sze­nia. Dziś nie wy­cią­gamy ob­ra­zów, nie ukła­damy szki­ców. Jest już po ko­lej­nej se­sji fo­to­gra­ficz­nej, peł­nej od­kryć i nie­spo­dzia­nek.

Na szta­lu­gach przed obiek­ty­wem Be­aty sta­nęły ko­lejne por­trety osób, które w ży­ciu Fe­do­ro­wi­czów były ważne, które w ich domu by­wały jako przy­ja­ciele, ale też lu­dzi, któ­rzy tylko przez ich dom prze­mknęli.

Te­raz można się za­sta­no­wić, czy coś jesz­cze jest do zro­bie­nia lub czy wy­ję­cie por­tre­tów coś zmie­niło.

- Może tro­chę. Po dłu­gim roz­sta­niu, kiedy źle o nich my­śla­łam, jak je zo­ba­czy­łam, że ta­kie nie­skoń­czone albo tylko szkice, po­my­śla­łam o so­bie w naj­gor­szych sło­wach. I ta­kie mam nie­od­parte wra­że­nie, że to ja je­stem nie­skoń­czona. Jak pra­wie wszystko, co ro­bi­łam. Prze­ry­wa­łam, bo coś znacz­nie waż­niej­szego się zda­rzało. Ale my­śla­łam: wrócę do tego, zro­bię to po­tem. Ba­nal­nie, nie­spo­dzie­wa­nie, sześć­dzie­siąt, sie­dem­dzie­siąt, osiem­dzie­siąt i za­sko­czyła mnie sta­rość. I nie ma już tego "po­tem"! Zo­stał szkic.

2.STAN WO­JENNY:JA­CEK JE­DZIE PO CÓRKĘ

Stan wo­jenny zo­stał wpro­wa­dzony w Pol­sce 13 grud­nia 1981 roku. Po­in­for­mo­wał o tym ge­ne­rał Woj­ciech Ja­ru­zel­ski w prze­mó­wie­niu nada­nym przez Pol­skie Ra­dio o go­dzi­nie 6 rano, a póź­niej po­wta­rza­nym przez te­le­wi­zję. Już w nocy roz­po­częły się aresz­to­wa­nia. Tylko w ciągu pierw­szego ty­go­dnia w wię­zie­niach i ośrod­kach in­ter­no­wa­nia zna­la­zło się kilka ty­sięcy dzia­ła­czy opo­zy­cji. Na uli­cach miast po­ja­wiły się od­działy woj­ska, wozy bo­jowe i czołgi. Zo­stały wy­łą­czone te­le­fony i ogra­ni­czono moż­li­wość prze­miesz­cza­nia się.

JF: Trzy­na­stego grud­nia sze­dłem na dzie­siątą rano na ko­lejny dzień ob­rad Kon­gresu Kul­tury Pol­skiej. Przed wej­ściem do Te­atru Dra­ma­tycz­nego, gdzie się to wszystko od­by­wało, już stał tłu­mek lu­dzi, któ­rych nie wpusz­czono do środka i któ­rzy opo­wia­dali, kogo aresz­to­wano, kto jest po­szu­ki­wany, a kto usi­łuje się ukryć. Już było wia­domo, że Ja­ru­zel­ski zro­bił to świń­stwo. Ja do końca będę uwa­żał, że to było świń­stwo i błąd!

Pa­dło ha­sło: "Idziemy do Świę­tej Anny", bo tam jest ja­kaś zbiórka. I pro­szę so­bie wy­obra­zić, że z ko­ścioła wy­cho­dzimy z Krzy­siem Oczkow­skim, moim ko­legą z Ra­dia "So­li­dar­ność" Re­gionu Ma­zow­sze. Oby­dwaj ro­bi­li­śmy tam kre­cią ro­botę po­zy­ty­wi­styczną, wy­pusz­cza­li­śmy - jak to okre­ślił Ste­fan Brat­kow­ski - "ga­zety sa­mo­po­wie­la­jące się". To zna­czy go­dzinne ka­sety z ma­te­ria­łami an­ty­ko­mu­ni­stycz­nymi, ka­sety, które były po­tem prze­gry­wane...

HF: Kraj był tym wy­peł­niony.

JF: To była od­noga głów­nego za­ję­cia za­czę­tego jesz­cze w cza­sach le­gal­nej "So­li­dar­no­ści" - ofi­cjal­nie roz­pro­wa­dzane go­dzinne au­dy­cje dla ra­dio­wę­złów, dla se­tek ty­sięcy słu­cha­czy. Z Krzy­siem Oczkow­skim więc wy­szli­śmy wtedy z ko­ścioła Świę­tej Anny i on mówi: "To ja te­raz idę na­gry­wać". Było dla mnie oczy­wi­ste, że on bę­dzie cho­dził po mie­ście i na­gry­wał wszystko, bo on żył z ma­gne­to­fo­nem. Ja okre­sami zresztą też, ale nie pa­mię­tam, czy wtedy mia­łem swo­jego phi­lipsa...

HF: Oczy­wi­ście, że mia­łeś! Na Kon­gre­sie by­łeś go­ściem ofi­cjal­nym, ale przy oka­zji oplą­ta­nym ka­blami...

JF: Tak, przy oka­zji na­gry­wa­łem. Zresztą cztery dni wcze­śniej z tym ma­gne­to­fo­nem wdar­łem się do straj­ku­ją­cych stra­ża­ków...

HF: O stra­ża­kach mu­simy opo­wie­dzieć, bo też byli w Świę­tym Mar­ci­nie, ale to inna hi­sto­ria. Jesz­cze do niej wró­cimy.

JF: Opo­wia­dam o pierw­szym dniu stanu wo­jen­nego na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu, bo ten mo­ment oka­zał się dla mnie bar­dzo ważny. Sto­imy więc z Krzy­siem przed ko­ścio­łem, a ulicą Mio­dową kro­czy or­kie­stra woj­skowa i gra ra­do­snego mar­sza! Woj­sko de­fi­luje w rytm mu­zyki mar­szo­wej i to jest jak plu­cie w twarz wszyst­kim lu­dziom na ulicy, plu­cie ra­do­ścią, try­um­fem... Ale jed­no­cze­śnie gdy zo­ba­czy­łem tę try­um­fu­jącą or­kie­strę, na­gle do mnie do­tarło, że oni się z tego błędu nie pod­niosą. Pa­mię­ta­łem to przez cały stan wo­jenny i przez cały stan wo­jenny utwier­dza­łem się w prze­ko­na­niu, że to myśl słuszna. Wpro­wa­dza­jąc stan wo­jenny, oni prze­grali walkę o rząd dusz.

W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych nie mia­łem żad­nej na­dziei. Wy­da­wało mi się, że oni wy­grali, że spo­łe­czeń­stwo jest już zso­wie­ty­zo­wane. I pew­nie było... Tak uwa­ża­łem, ale po­sta­no­wi­łem upra­wiać swoje an­ty­ko­mu­ni­styczne po­letko. I na tym po­letku udało mi się parę rze­czy. W po­ło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych uka­zała się moja książka W za­sa­dzie tak - uznana za naj­bar­dziej an­ty­ko­mu­ni­styczną książkę, która wy­szła za zgodą cen­zury i za pie­nią­dze ko­mu­ni­stów...

Po­tem lata po­wsta­nia KOR-u i przy­jazd pa­pieża na­gle uświa­do­miły mi, że nie jest tak źle, jak my­śla­łem. I "So­li­dar­ność". "So­li­dar­ność" po pro­stu mnie upa­jała. W cza­sie le­gal­nej "So­li­dar­no­ści" mia­łem jed­nak cały czas obawę, że oni pro­pa­gandę ro­bią bar­dzo zręcz­nie, że być może będą po­tra­fili wmó­wić lu­dziom, że to przez strajki jest taka zła sy­tu­acja... Jed­nym sło­wem, ba­łem się, że rząd dusz jesz­cze nie jest przez nas wy­grany. Ale wpro­wa­dze­nie stanu wo­jen­nego uzna­łem za ich błąd, z któ­rego już się nie wy­gra­molą. I mia­łem ra­cję.

PB: Wra­ca­jąc do tam­tego gru­dnio­wego po­ranka: gdzie pani była?

HF: W domu. Zła, że Ja­cek po­szedł sam. Za­wsze mia­łam mu to za złe, ale wie­dzia­łam, że za­pro­sze­nie na Kon­gres było ważne, a liczba miejsc ogra­ni­czona. Pa­mię­tam, jak tuż przed sta­nem wo­jen­nym ma­lo­wa­łam Jurka Mar­ku­szew­skiego, kilka dni przed Kon­gre­sem Kul­tury.

Mar­ku­szew­ski był re­ży­se­rem STS-u [Stu­dencki Te­atr Sa­ty­ry­ków - przyp. PB] i lu­bia­nym przez nas czło­wie­kiem. Przy­jaź­ni­li­śmy się. Za­wsze umiał mnie roz­śmie­szyć. Kiedy by­łam w ciąży, bar­dzo mnie de­ner­wo­wało cho­dze­nie z tym brzu­chem, nie po­do­bało mi się, że się lu­dzie pa­trzą... Pa­mię­tam, jak szli­śmy główną ulicą w Gdań­sku, a ja po­wie­dzia­łam, jak nie­na­wi­dzę, że lu­dzie się tak za mną oglą­dają. Ju­rek wziął mnie mocno pod rękę i po­wie­dział gło­śno do lu­dzi wo­kół: "No w ciąży, w ciąży, no to co?". Sam miał wtedy chyba więk­szy brzuch niż ja...

Ju­rek był uro­czy to­wa­rzy­sko, dow­cipny, zna­jący wszyst­kie plotki i plo­teczki żar­tow­niś, a jed­no­cze­śnie bar­dzo lu­bił spra­wiać wra­że­nie osoby ma­ją­cej wpływ na sztukę i po­li­tykę. Gdy po­wstał KOR, Ju­rek zbie­rał od nas składki, da­jąc nam do zro­zu­mie­nia, że tylko kon­takt przez niego jest moż­liwy. Wtedy w grud­niu 1981 roku Ju­rek mi po­zo­wał i za­py­tał, co robi Ja­cek. Wspo­mnia­łam, że Ja­cek do­stał za­pro­sze­nie i wy­biera się na Kon­gres Kul­tury, i Ju­rek się bar­dzo obu­rzył, że jak to, że on nic nie wie. Tak się zde­ner­wo­wał, że prze­stał mi po­zo­wać, po­wie­dział, że musi na­tych­miast pójść do Ha­liny Mi­ko­łaj­skiej, żeby za­ła­twiła za­pro­sze­nie, i po­gnał... Ranga tego wy­da­rze­nia była więc bar­dzo wy­soka.

PB: Trzy­na­stego grud­nia pan Ja­cek po­szedł więc na Kon­gres, a pani zo­stała w domu?

HF: Tak. Po wyj­ściu Jacka włą­czy­łam ra­dio i usły­sza­łam Ja­ru­zel­skiego. Z osłu­pie­nia sta­łam jak spa­ra­li­żo­wana, na­tych­miast po­my­śla­łam, że musi z nami być na­sza córka Jo­anna, która stu­dio­wała w Ka­to­wi­cach...

JF: Trzeba było ją przy­wieźć, kiedy więc wró­ci­łem, wsia­dłem do sa­mo­chodu...

HF: Po­cze­kaj! Ale wcale nie tak to było. Ty wró­ci­łeś do domu, a u nas już był Woj­tek Urba­niak, ko­szy­karz, przy­ja­ciel Jo­anny ze szkoły, który wpadł z okrzy­kiem: "Trzeba przy­wieźć Jo­annę". Za chwilę ty wsze­dłeś i po­wie­dzia­łeś to samo. Woj­tek za­py­tał, czy może się za­brać, i po­je­cha­li­ście we dwóch, co, nie kryję, bar­dzo mnie ucie­szyło. Ba­łam się, bo wie­dzia­łam, że wszę­dzie jest woj­sko.

PB: Można było wtedy jesz­cze prze­je­chać sa­mo­cho­dem taki ka­wał kraju?

JF: Tak, je­cha­li­śmy tym fia­tem, któ­rego nam po­tem spa­lili. To był pierw­szy dzień stanu wo­jen­nego, wszę­dzie były po­ste­runki, ale te po­ste­runki nie wie­działy, co ro­bić.

HF: By­łam w mak­sy­mal­nej fu­rii i ner­wach i szy­ko­wa­łam miesz­ka­nie na przy­jazd na­szego dziecka, czyli Jo­anny z jej dziec­kiem. Ma­te­usz, nasz wnuk, był wtedy ma­lutki, nie wiem, czy miał rok... Mu­sia­łam wszystko w miesz­ka­niu prze­wró­cić do góry no­gami, żeby mieli ja­kie ta­kie wa­runki. No­si­łam więc różne rze­czy, upy­cha­łam je na paw­la­czu, by­łam w far­tu­chu, usma­ro­wana, włosy mia­łam roz­czo­chrane i wtedy... dzwo­nek do drzwi. "Dzielni" pa­no­wie w cy­wilu, wia­domo, SB... "Co?" - ryk­nę­łam wście­kła przez lekko uchy­lone drzwi. "Bo my­śmy chcieli..." - za­częli, ale nie da­łam im skoń­czyć i znów ryk­nę­łam: "Co­ście chcieli?!". Ni­gdy wcze­śniej się tak nie za­cho­wa­łam. Nie­zwy­kłe było to, że oni się bali roz­wście­czo­nej baby.

PB: Szu­kali pana Jacka?

HF: Tak, py­tali, gdzie mąż. "Nie wiem, to wy po­win­ni­ście wie­dzieć - od­po­wie­dzia­łam. - Nie wiem, kiedy wróci, a jak wróci, to wróci z ma­łym dziec­kiem". By­łam wście­kła i opry­skliwa, a oni tak nie­śmiało py­tali: "To kiedy my mo­żemy przyjść?". To było na­prawdę za­bawne.

PB: Nie mar­twiła się pani, że rze­czy­wi­ście wrócą i za­biorą pana Jacka?

HF: Oczy­wi­ście, że się ba­łam, ale ja­kie to miało zna­cze­nie? Wy­zna­czy­łam im ter­min i zro­zu­mia­łam, że wście­kła, agre­sywna ko­bieta wiele może. Przy­szli po po­łu­dniu na­stęp­nego dnia. Po­trze­bo­wa­li­śmy tego czasu, żeby się ogar­nąć z Jac­kiem, na­ra­dzić, urzą­dzić Jo­annę.

JF: Ja jed­nak mu­szę do­dać, że rze­czy­wi­ście przy­szli na­stęp­nego dnia, ale nie żeby mnie aresz­to­wać, tylko z lo­jalką, któ­rej nie pod­pi­sa­łem. Post fac­tum wnio­skuję, że ich ła­godne po­dej­ście wy­ni­kało z pa­nu­ją­cego na gó­rze prze­ko­na­nia, że ci, do któ­rych się idzie z lo­jalką, jesz­cze nie są naj­gorsi i nie trzeba ich bić ani rzu­cać na pod­łogę.

HF: Pa­mię­tam jesz­cze, że pod­czas tej bar­dzo krót­kiej roz­mowy za­py­tali cię: "Pa­nie Jacku, a co pan bę­dzie ro­bił?". "To za­leży od tego, co wy bę­dzie­cie ro­bili" - od­po­wie­dzia­łeś.

JF: Tego pierw­szego dnia jesz­cze mie­li­śmy po­czu­cie siły. To trwało przy­naj­mniej przez ty­dzień lub dwa, a u nie­któ­rych...

HF: Do końca!

JF: Po­czu­cie siły było jesz­cze wtedy po­wszechne.

HF: I chęć walki!

JF: Ja­dąc do Ka­to­wic, zu­peł­nie się nie przej­mo­wa­łem ani woj­skiem, ani po­ste­run­kami, i prze­je­cha­łem dość gładko. Za­ła­do­wa­łem Jo­annę i Ma­te­usza do auta, przy­wio­złem ich tu­taj i tyle. Roz­czu­liło mnie, że Jo­anna, mimo że nie było te­le­fonu ani żad­nej łącz­no­ści, była pewna, że po nią przy­jadę, że prę­dzej czy póź­niej się tam zja­wię.

HF: Bo to było oczy­wi­ste...

Mama Jacka. Była bar­dzo ładną ko­bietą, ale jej uroda po­le­gała też na tem­pe­ra­men­cie, ra­do­snym cha­rak­te­rze. Była en­tu­zjastką ży­cia. Jej por­tret olejny po­pra­wia­łam pa­ste­lami, żeby za­pa­mię­tać, co chcę zro­bić, ale ktoś w trak­cie sprzą­ta­nia sta­ran­nie prze­tarł go szmatką.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

1.STO PRAC HANKI, CZYLI ZA­CZY­NAMY

Ma­rzec 2021

Pierw­sze umó­wione spo­tka­nie, pod­czas któ­rego mamy za­cząć pracę. Włą­czony dyk­ta­fon, otwo­rzony ze­szyt, za­stru­gane ołówki. Ja­cek zro­bił kawę, Hanka pod­suwa śliwki w cze­ko­la­dzie. Koty po­dejrz­li­wie mi się przy­glą­dają. Za­czy­namy...

Ja­cek Fe­do­ro­wicz: Ni­gdy nie za­czy­nał­bym opo­wie­ści od stanu wo­jen­nego. Bo niby dla­czego? Dla­czego o to pani pyta? Stan wo­jenny i na­sza dzia­łal­ność w Świę­tym Mar­ci­nie to rze­czy­wi­ście wy­jąt­kowy czas. Lata osiem­dzie­siąte to jest na­sze po­wsta­nie, tym ra­zem wy­grane! I w na­szych ży­cio­ry­sach ta­kie sfor­mu­ło­wa­nie coś zna­czy. Stan wo­jenny jed­nak był zwro­tem ak­cji, która od dawna się to­czyła. Nie można mó­wić o sa­mym zwro­cie, nie mó­wiąc o tym, co było wcze­śniej. Ale o czym w ogóle ma być ta książka?

Hanka Fe­do­ro­wicz: To się okaże!

JF: Ja nie wiem, nie mam planu. Gdy­bym miał, to­bym usiadł i za­czął pi­sać. Je­stem czło­wie­kiem, który pi­sze, który w spo­sób, jak umie naj­traf­niej­szy, od­daje swoje prze­my­śle­nia, sie­dząc nad kla­wia­turą ma­szyny do pi­sa­nia. Je­żeli coś ma być do czy­ta­nia, to two­rze­nie tego po­przez mó­wie­nie jest mi do tego stop­nia obce, że za­cho­wam po­zy­cję czło­wieka, który usiadł i przy­pa­truje się, jak po­wstaje coś cie­ka­wego za sprawą wa­szej roz­mowy. Ja się tylko mogę do­rzu­cić.

Pa­try­cja Bu­kal­ska: Pro­szę się do­rzu­cać. Ale mu­simy od cze­goś za­cząć. Chcemy roz­ma­wiać o dzia­łal­no­ści obojga pań­stwa w ko­ściele Świę­tego Mar­cina, a nie można o tym mó­wić, nie wspo­mi­na­jąc o sta­nie wo­jen­nym.

JF: Do­brze, ale do tego trzeba kilka zdań wstępu...

HF: Nie, nie, nie - my­śmy wcale nie chcieli tej książki. To zna­czy ja nie chcia­łam. Tylko ten Święty Mar­cin jest dla mnie czymś, o czym chcę opo­wie­dzieć. Dla­czego? Bo to wszystko złe i pa­skudne, co dzieje się te­raz w Ko­ściele i z Ko­ścio­łem, jest dla mnie dra­ma­tyczne. By­łam wy­cho­wana wśród wie­rzą­cych, choć nie de­wo­tów. Moje spo­tka­nia z Ko­ścio­łem przez całe dzie­ciń­stwo, rów­nież w cza­sie po­wsta­nia war­szaw­skiego i po­tem, były istotne. Uwa­żam, że Ko­ściół jest po­trzebny, jest ważny, na­wet dla nie­wie­rzą­cych. Jest coś nad­zwy­czaj­nego, coś po­nad wszyst­kim, coś, czego nie ogar­niamy.

Wy­daw­nic­two się na mnie ja­koś na­brało, pani Mo­nika Mielke uznała, że bę­dzie cie­ka­wie, gdy po­wiem, dla­czego dwoje sta­rych lu­dzi się nie roz­wio­dło, nie za­gry­zło, że tyle lat ra­zem - jak to moż­liwe? A to moż­liwe na wiele spo­so­bów, ja jed­nak nie mam ochoty o tym mó­wić ani się w to za­głę­biać.

PB: Ale o pań­stwa ży­ciu ra­zem też mu­simy po­roz­ma­wiać. Gdyby nie ta re­la­cja, nie uda­łoby się pań­stwu tak sku­tecz­nie dzia­łać w opo­zy­cji an­ty­ko­mu­ni­stycz­nej, tyle prze­trwać.

Wspólna zna­joma. Wy­je­chała z Pol­ski po­nad czter­dzie­ści lat temu. Mimo to pra­wie każdy, kto do nas przy­cho­dzi i wi­dzi ten por­tret, wy­krzy­kuje: "O! Ja ją znam!".

HF: Je­dyna rzecz, na któ­rej mi za­leży - cho­ciaż nie wiem, czy to wy­star­czy na książkę - to roz­mowa o nie­praw­dach do­ty­czą­cych re­la­cji Ko­ściół - świeccy w tam­tym cza­sie. To chcia­ła­bym wy­ja­śnić. Wtedy wy­da­wało się nam, że Ko­ściół jest nad­zwy­czajny, że jest z nami i dla lu­dzi - a nie był.

PB: I nie chcą pań­stwo roz­ma­wiać o swo­ich mo­ty­wa­cjach, prze­ko­na­niach? Spra­wach fun­da­men­tal­nych, ta­kich jak Pol­ska i pa­trio­tyzm? Prze­cież to dla was ważne.

HF: Pa­trio­tyzm to słowo za­mę­czone i w ogóle to są po­ważne sprawy, jak mówi Ja­cek. Po­ważne, ale co­dzienne, ja bym do­dała: ciężko-lek­kie, bo za­wsze, przez całe ży­cie, we wszyst­kim, co było naj­gor­sze, złe, smutne, za­wsze zda­rzało się coś tak śmiesz­nego, ir­ra­cjo­nal­nego, idio­tycz­nego, że gdyby tego za­bra­kło, wszystko nie mia­łoby sensu. I tylko dla­tego można było żyć.

Je­stem starą sta­ruszką i we mnie są tylko strzępki, strzępki wspo­mnień. Na­wet ze Świę­tego Mar­cina...

JF: Ja pro­po­nuję, że­by­śmy za­częli od tego, że w domu mamy sto prac Hanki i z każ­dym por­tre­tem coś nam się ko­ja­rzy. A te­raz mogę od­po­wie­dzieć na pani py­ta­nie, jak wy­glą­dał pierw­szy dzień stanu wo­jen­nego. Bo to w ja­kimś sen­sie był punkt prze­ło­mowy w moim ży­ciu.