Szklarki - Petra Durst-Benning

Reflow text when sidebars are open.
Ruth już dwa razy tego ranka poszła na górę, żeby obudzić Johannę. Za każdym razem w odpowiedzi usłyszała jedynie chrząknięcie, które utwierdzało ją w przekonaniu, że siostra faktycznie wstaje. Dlaczego daję się na to nabierać każdego dnia? - zastanawiała się Ruth ze złością, wchodząc po raz trzeci po wąskich schodach łączących kuchnię i warsztat z górną kondygnacją domu. Gdy szła na górę, czuła zapach topionego boczku. Stając na palcach przy świetliku, spojrzała w dół za dom, skąd dobiegał śpiew Marie. W otworze świetlika pająk utkał pajęczynę. Nie patrząc nawet na to misterne dzieło sztuki, dziewczyna szybko je odgarnęła. Marie nigdzie nie było widać, podobnie jak ich ojca. Ruth się skrzywiła. Zanim któreś z nich poczuje zapach spalenizny w kuchni, z ziemniaków i pasków boczku zostanie tylko bryła węgla!
Gdy ostatnim razem próbowała obudzić Johannę, drzwi do pokoju, który był sypialnią wszystkich trzech sióstr, były otwarte. Z półpiętra widziała, że Johanna wciąż nie wstała. Ruth bez słowa podeszła więc do łóżka, chwyciła lnianą kołdrę za róg i wyciągnęła ją spod ramion siostry.
- Jak możesz się tak okrywać w tym upale!
Potrząsając głową, spojrzała na siostrę, która w końcu zdawała się budzić. Ruth podeszła do okna i otworzyła obydwie okiennice. Natychmiast ostre wrześniowe słońce wpadło do pokoju, zalewając wszystko przydymionym światłem. Johanna spuściła nogi z łóżka, wydając przy tym bolesny jęk, jakby faktycznie cierpiała na reumatyzm.
Ruth rzuciła jej jeszcze jedno wymowne spojrzenie i pospieszyła na dół, żeby uratować śniadanie. Odrywając z patelni plastry ziemniaków oraz boczek i dodając trochę więcej oliwy, dziękowała Bogu za to, że uczynił ją rannym ptaszkiem.
Johanna od dzieciństwa nie znosiła porannego wstawania. Jakże często siostry spóźniały się do wiejskiej szkoły z jej powodu! Nie chodziło o to, że po prostu nie lubiła rano wstawać - ona prawdziwie nie cierpiała każdego ranka i rzadko była w pełni przytomna przed dziesiątą.
- Czuję się tak, jakbym poprzedniego wieczoru wypiła pół butelki sznapsa - próbowała kiedyś wytłumaczyć towarzyszące jej poranne otępienie.
Ani ona, ani Ruth nigdy nie wypiły połowy butelki sznapsa i dlatego tak naprawdę nie wiedziały, jakie to uczucie. Wszyscy jednak zdawali sobie sprawę z porannej senności dziewczyny, a obowiązki domowe zostały podzielone między trzy siostry w taki sposób, żeby dla Johanny nie przypadało nic do zrobienia w godzinach porannych. Czasami jednak Ruth zastanawiała się, czy naprawdę robią jej tym przysługę. Westchnęła. Gdyby matka jeszcze żyła... prawdopodobnie nie robiłaby takiego zamieszania! Anna Steinmann była w wielu kwestiach bardziej bezkompromisowa niż jej mąż. Myśląc o niej, Ruth ze zdumieniem odkryła, że ma trudności nawet z chwilowym wyobrażeniem sobie twarzy matki. Dziesięć lat to długi czas.
Woda, którą nastawiła na poranną kawę, zaczęła gwałtownie bulgotać, wyrywając Ruth z zamyślenia. Pospiesznie odsunęła czajnik. Nie lubiła, gdy kwaszone na zimno korzenie cykorii zaczynały wrzeć - napój zbyt szybko robił się wtedy gorzki. Lepiej było pozwolić mu się po prostu delikatnie gotować. Ruth była w takich sprawach wybredna: w ogóle jej nie podchodziła kawa, którą większość mieszkańców wioski parzyła z suszonych i mielonych buraków. Znacznie bardziej wolała pić wodę niż ten napój! Oczywiście jej ulubioną była prawdziwa kawa, ale jak na jej gust, nawet i ta była zdecydowanie zbyt lurowata. Każdego piątku, gdy Johanna jeździła do Sonnebergu, żeby sprzedać szkło, które zrobili w poprzednim tygodniu, przywoziła małą torebkę prawdziwej kawy. Chociaż sam Joost Steinmann nie przejmował się tym, jaka kawa była podawana, byle była ciemna i gorąca, pozwalał córkom na ten mały luksus. W ten sposób stało się dla nich rytuałem świętowanie powrotu Johanny z Sonnebergu kawą, słodkim chlebem i świeżo marynowanymi śledziami, które również przywoziła z miasta.
To właśnie te drobne przyzwyczajenia, które kultywowali, przyniosły Joostowi Steinmannowi reputację mężczyzny prowadzącego "kobiece gospodarstwo". Jego córki nie miały wprawdzie pełnej swobody, ale w swoich czterech ścianach z pewnością cieszyły się większą wolnością niż inne dziewczęta w ich wieku. Gdy jednak chodziło o to, by chronić je przed jakąkolwiek domniemaną krzywdą, Joost potrafił być nadopiekuńczy niczym kwoka. Wyjście do lokalnego chóru, żeby pośpiewać? Niemożliwe. Niegrzeczni chłopcy mogli wszak czaić się na nie w drodze do domu. Samotne wyjście na świętowanie letniego przesilenia? Mogły o tym zapomnieć. Kiedy przed laty kilka dziewcząt z wioski założyło kółko przędzalnicze, nie pozwolił nawet córkom uczestniczyć w ich niegroźnych spotkaniach. "Mogłybyście złamać nogę w drodze do domu!" - tłumaczył swoją odmowę, po czym dodawał: "Lepiej byłoby zostać w domu i ćwiczyć czytanie i pisanie". Jakby książki były substytutem wesołych żartów i przekomarzań!
Ruth z trudem przełknęła ślinę. Od listopada znowu sytuacja będzie wyglądać tak samo: podczas gdy inne dziewczęta będą się spotykać dwa razy w tygodniu, żeby wspólnie prząść, ona i jej siostry będą tkwiły w domu. Kiedy po spotkaniu śnieżki będą świstały w powietrzu, a dziewczyny będą biegać po ulicach, śmiejąc się i krzycząc, ścigane przez chłopców, Johanna, Marie i ona będą już leżały w łóżkach.
Nic dziwnego, że wśród młodych mężczyzn w wiosce dawno rozeszła się wieść, że Joost nie lubi, żeby ktokolwiek zalecał się do jego córek. Przez jego dezaprobatę większość z nich czuła się tak nieswojo - nie przychodzili więc, żeby zabrać którąś z trzech dziewcząt na spacer.
Ruth podeszła do stołu i zaczęła grzebać w szufladzie w poszukiwaniu małego lusterka, które tam chowała. Jeśli trzymała je w odpowiedniej odległości, widziała w nim całą swoją twarz, choć było to tylko maleńkie odbicie. Była piękna, wiedziała o tym. Wszystkie siostry odziedziczyły równe, proporcjonalne rysy po matce, ale ona była wyjątkowo piękną kobietą. Zniechęcona, Ruth opuściła lusterko. Nawet jeśli była tak bardzo zadowolona z tego odbicia, które ujrzała, co jej to dawało? Czy jakiś mężczyzna kiedykolwiek pocałowałby ją w usta? Czy ktokolwiek powiedziałby jej, że jej oczy lśnią niczym najciemniejszy bursztyn? Albo że jej skóra jest czysta jak wiosenny poranek? Jeśli wszystko pójdzie po myśli Joosta, to ona zmarnieje jako stara panna!
Jedynym mężczyzną, który regularnie do nich przychodził, był ich sąsiad, Peter Maienbaum. Jego rodzice zmarli kilka lat wcześniej, jedno po drugim, więc Joost traktował go jak syna - na pewno nie widział w nim potencjalnego kobieciarza. Ha! Dobre sobie! Ruth była pewna, że Peter od dawna miał oko na Johannę. Jak on zawsze się w nią wpatrywał! Ale nikt inny zdawał się tego nie zauważać, a już najmniej starsza siostra. Ruth westchnęła głęboko. Ach, gdyby jakiś mężczyzna na nią tak patrzył - wtedy na pewno by to zauważyła!
- Johanna znowu biega wszędzie jak kot z pęcherzem! Ale gdy tylko się obudzi, aż do wieczora chce tylko nami dyrygować! Zawsze to samo.
Marie z gracją wślizgnęła się na narożną ławkę. Jest tak szczupła, że nie musi nawet odrobinę przesuwać stołu, pomyślała z zazdrością Ruth. Wszystkie trzy siostry były szczupłe, niepodobne do niektórych kobiet ze wsi - tych o obwisłych piersiach i nazbyt bujnych kształtach. Każda mogła dziękować Bogu za proporcjonalną sylwetkę, gładką, zdrową skórę oraz kasztanowe włosy o jedwabistym połysku, których jedyną pielęgnacją było sto pociągnięć szczotką dziennie. Marie była jednak drobniejsza i delikatniejsza od pozostałych - wyglądała niczym drogocenna miniatura.
- Przynajmniej jest już na dole. Bałam się, że będę musiała znowu iść na górę - odpowiedziała sucho Ruth.
Po śmierci matki nabrały nawyku mycia się w sąsiedniej szopie, gdzie również prały. Sam Joost także wychodził na poranną toaletę, zamiast po prostu myć się w kuchni. W ten sposób każde z nich mogło zachować swoją przestrzeń osobistą, która była równie ważna dla dziewcząt, jak i dla niego samego.
- A gdzie właściwie jest tata?
- Nie wiem. Jego wieczór trwał wczoraj dłużej niż zazwyczaj. Hałasował tak bardzo, gdy człapał po schodach na górę, że się obudziłam. Długo nie mogłam potem zasnąć!
Marie skrzywiła się.
- Ale przecież on nie odsypia wczorajszego rauszu, prawda?
Ruth wzruszyła ramionami.
- Nie pije aż tak dużo - powiedziała, jakby chciała go usprawiedliwić.
Właściwie nie było takiej potrzeby. Joost co prawda spędzał w pobliskim pubie - Czarnym Orle - po kilka godzin każdego wieczoru, lecz w przeciwieństwie do innych mężczyzn z wioski rzadko pił na umór.
Plasterki ziemniaków pokryły się gęstą, brązową skórką. Ruth wybrała jeden palcami i pospiesznie włożyła go do ust. Gorące! Potem nalała sobie i Marie filiżankę kawy. Korzenny aromat pasował do promiennego poranka. Nazywała te słoneczne dni, które nie były ani latem, ani jesienią, "dniami ciasta śliwkowego". O tej porze roku ptaki, które przez całe lato rozgościły się na dużej gruszy za kuchennym oknem, nie dawały już swoich koncertów. Tylko od czasu do czasu słychać było ćwierkanie kosa albo przenikliwy gwizd skowronka. A wkrótce jesienne mgły zagłuszą i te dźwięki. Ruth szybko zaciągnęła się zapachem kawy. Nienawidziła tej zimnej pory roku, która niebawem miała nadejść.
- Wkrótce rano znowu będziemy musiały zapalać światło - powiedziała Marie, jakby myślała o tym samym.
Siostry często zgadywały wzajemnie swoje myśli.
Tak, po śmierci Anny Steinmann musiały się przystosować - zarówno jeśli chodzi o wspólne życie, jak i pracę. Oczywiście zawsze brakowało kolejnej pary rąk do pomocy. Ale bez względu na to, jak bardzo inni szklarze w wiosce plotkowali lub żartobliwie z nich kpili, "kobiece przedsiębiorstwo" Steinmannów kręciło się nienajgorzej. Szklane pojemniki apteczne oraz te do laboratoryjnych odczynników, wyrabiane przez nich, były najwyższej jakości. Ogromnym plusem był fakt, że Steinmannowie mogli zająć się całym procesem produkcji od początku do końca i nie musieli zlecać żadnego z etapów do realizacji zewnętrznej - ani szlifowania korków, ani etykietowania, ani pakowania próbówek. Podobnie jak inni szklarze, oni również sprzedawali cały swój towar nabywcy w pobliskim Sonnebergu. Friedhelm Strobel, właściciel sklepu wystawienniczego, który utrzymywał doskonałe kontakty na całym świecie, wielokrotnie podkreślał, że chętnie kupiłby więcej szkła od Steinmanna. Ponieważ jednak w firmie był tylko jeden szklarz, produkcja większych ilości była dla nich niemożliwa. Joost często słyszał od swoich kolegów z pubu, że zdolny zięć byłby ogromną pomocą. Ale on po prostu machał na to ręką.
- Moje dziewczęta nie muszą wychodzić za mąż, a już na pewno nie dla pieniędzy! - To było jedno z jego ulubionych powiedzonek, które wypowiadał z niemałą dumą.
Ruth westchnęła, odstawiła kubek i podeszła do pieca. Bez trudu podniosła ciężką żeliwną patelnię i postawiła śniadanie na stole.
- Dosyć tego! Idę zobaczyć, gdzie... - urwała.
W drzwiach pojawiła się Johanna - bledsza niż zwykle rano, z oczami szeroko otwartymi, jakby spotkała diabła na korytarzu, zakryła usta dłonią i wydawała się tłumić nieprzerwany krzyk.
- Johanna! Na litość boską! Co się stało? - krzyknęła Marie.
Ruth poczuła gulę w gardle, której jeszcze przed chwilą tam nie było. Miała wrażenie, że dwie lodowate dłonie ścisnęły jej serce i od razu poczuła, że stało się coś strasznego. Nie mogła wydobyć z siebie głosu.
- Ojciec... - Na czole Johanny utworzyła się zmarszczka, ciągnąca się od linii włosów do nosa. - On jest na górze w łóżku. Nie rusza się.
Ilekroć Johanna wspominała tamten poranek, na myśl przychodziła jej baśń o Śpiącej Królewnie. Marie siedziała nieruchomo z na wpół zamkniętymi ustami, a Ruth tkwiła wciśnięta między stół a narożną ławkę - nie wiadomo, czy wciąż siedząc, czy próbując wstać. Ona sama nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Były przerażone, jakby ich bezruch chronił je przed konfrontacją z ogromem tej tragedii.
To Marie poruszyła się pierwsza. Pobiegła na górę, do pokoju rodziców, do łóżka Joosta. Jej krzyk rozdarł na strzępy ciszę panującą w domu i spowodował, że umilkły nieliczne ptaki, które wciąż jeszcze zostały w okolicy. Johanna i Ruth spojrzały na siebie znad patelni. Potem pospieszyły na górę.
Drewniane stopnie, wygładzone na środku przez niezliczone kroki, rozmyły się przed oczami Johanny w wąskie, żółtawe paski. Poczuła coś słonego w kącikach ust i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że po policzkach spływają jej łzy. Nie potrafiła ich kontrolować, tak samo jak nie umiała powstrzymać myśli, które przychodziły jej do głowy, choć wcale ich nie wywoływała. Ich ojciec nie żył. Z gardła wyrwał jej się szloch, tak gorący i piekący, że aż bolał. Chciała powstrzymać myśli, które sprawiały, że wszystko stawało się takie realne.
Marie skrzyżowała dłonie Joosta na jego piersi. Dzięki Bogu, że miał już zamknięte oczy, kiedy Johanna go znalazła! Gdyby któraś z nich musiała je zamknąć... nie chciała o tym myśleć. Ojciec nie miał nawet pięćdziesięciu lat. I był zdrowy. Poza plecami nic go nigdy nie bolało.
- Wygląda tak spokojnie - wyszeptała Marie.
Wygładziła koc Joosta. Jego ciało nagle wydało się pod nim znacznie mniejsze niż za życia. Na palcach, jakby nie chcąc nikogo niepokoić, Ruth podkradła się na drugą stronę łóżka. Pochyliła się nad ojcem i spojrzała mu w twarz. Ani śladu śmiertelnej walki.
- Może po prostu śpi głębiej niż zwykle?
Niepewnie dotknęła jego czoła. Żadna z nich nie była przyzwyczajona do dotykania ojca. Zauważyła ze zdziwieniem, że skóra zmarłego nie była tak lodowata, jak zawsze mówili. Nie była też wilgotna ani pergaminowa. Ale kości pod nią wydawały się nieruchome i blokowały przesuwające się palce córki. Stężenie pośmiertne już nastąpiło. Ruth zaczęła płakać. Marie też szlochała, a Johanna gwałtownie przełknęła ślinę.
- Ale dlaczego? Nie rozumiem! - Gula zacisnęła jej gardło jeszcze mocniej. - Jak ojciec mógł umrzeć we śnie, tak po prostu? To niemożliwe! - krzyknęła niemal z pretensjami.
Ale nic nie mogło cofnąć śmierci Joosta. Jego serce przestało bić w środku snu. Nie było żadnego wyjaśnienia. Peter Maienbaum, którego Johanna przyprowadziła z sąsiedniego domu, był równie zszokowany jak córki szklarza. Nie, Joost nie był inny poprzedniego wieczoru. Z pewnością nie wyglądał na chorego, wydawał się wręcz wesoły. Jak wszyscy inni śmiał się z żartów Stinnesa "Jadaczki".
- Stinnes nie dostał tego imienia bez powodu. Potrafił zabawić cały pub swoimi powiedzonkami - powiedział Peter z roztargnieniem w głosie2.
Johanna machnęła ręką. Co ją obchodził Stinnes "Jadaczka"?
- Musimy wystawić ciało taty.
Jej wyraźnie rzeczowy tembr głosu bardziej pasował do któregoś z ich codziennych rytuałów.
Ruth i Marie spojrzały na nią zaskoczone.
- Najlepiej będzie przenieść nasze stoły robocze na dół do warsztatu, a potem znieść ojca z jego łóżkiem.
- Ale po co chcesz to robić? Możemy położyć tatę tutaj... - powiedziała Ruth, wzdrygając się na samo to słowo.
Marie patrzyła to na jedną, to na drugą.
Johanna pokręciła głową.
- Nie, to musi być zrobione porządnie. Tego by chciał tata. Kiedy ludzie przyjdą... - Reszta słów utonęła w nagłym szlochu. Odwróciła się.
Ruth i Marie bezradnie wpatrywały się w drżące ramiona siostry. Żadna z nich nie miała już w sobie siły, żeby dać jej choć krztę otuchy. Ich własne troski ciążyły im zbyt mocno. Fakt, że Johanna, która zazwyczaj tak chętnie przejmowała inicjatywę, była równie bezradna jak one, czynił sytuację jeszcze bardziej beznadziejną - o ile to w ogóle możliwe.
Peter odchrząknął.
- Idę przyprowadzić kilku mężczyzn. A potem zaczniemy od...
Dlaczego nikt nagle nie potrafi znaleźć odpowiednich słów, zastanawiała się Johanna, ocierając oczy obiema dłońmi. Powoli opadały z nich łzy.
Peter delikatnie potrząsnął jej ramieniem.
- Może dobrze by było, gdyby ktoś zszedł na dół i zrobił kawę. Dla ludzi i w ogóle...
Chwilę później wrócił z trzema mężczyznami. Sąsiedzi stali tam, ściskając w dłoniach zmięte kapelusze, wyrażając współczucie i ciesząc się, że mają do roboty coś, co pozwoli im uciec od tego niezręcznego towarzystwa dziewcząt. Pod przewodnictwem Petera przystąpili do przygotowania wystawienia zmarłego. Najpierw ułożyli ciało na podłodze, następnie rozmontowali łóżko i mrucząc pod nosem kilka przekleństw, znieśli jego części wąskimi schodami. Szybko ustawili je ponownie na środku warsztatu, po czym bez trudu przenieśli na dół ciało. Czterej mężczyźni odetchnęli z ulgą.
Żony sąsiadów, gdy tylko dowiedziały się o śmierci Joosta, również odłożyły na bok własne zajęcia. Chwilę później i one pojawiły się w domu. Jedna przyniosła miskę purée ziemniaczanego, druga garnek zupy jarzynowej, a jeszcze inna chleb posmarowany smalcem i posypany solą. Drewniane deski podłogi skrzypiały nieustannie, gdy kobiety szukały zapałek, by zapalić świece, przynosiły mężczyznom kawę i nieśmiało zerkały na zmarłego.
Wdowa Grün, mieszkająca dwa domy dalej, umyła ciało i ubrała je na nowo razem z Ruth, podczas gdy Johanna i Marie zasłały łóżko świeżą pościelą. Ktoś powiadomił księdza. Kobiety właśnie kończyły przygotowywać ciało, gdy wszedł duchowny, a za nim dwóch ministrantów, którzy bujali kadzidłem. Jak w oszołomieniu, Johanna i pozostali utworzyli szeroki krąg wokół łóżka Joosta, podczas gdy ksiądz odmawiał modlitwy. To nie może się dziać naprawdę, przemknęło jej przez myśl.
Przez cały dzień ludzie przychodzili, by złożyć kondolencje lub przez chwilę czuwać z dziewczętami. Nikt nie zostawał długo, w domu czekała na wszystkich praca. Ulga, że nie dotknęła ich tak nagła tragedia rodzinna, była wypisana na ich twarzach. Niektórzy okazywali ją otwarcie, inni starali się ją ukryć. Johanna nie mogła winić ludzi za takie odczucia. Kiedy zeszłej zimy straszna grypa przetoczyła się przez Lauschę, zabijając Hannesa Säbela - prawie dziesięć lat młodszego od jej ojca - i dwoje innych starszych ludzi z dolnej części wsi, jej myśl była zawsze ta sama: dzięki Bogu, że to nie jedno z nas! Ilekroć wracała z wizyt w Sonnebergu i mijała dom, nad którym wciąż lśniła mosiężna szabla, nie mogła przestać myśleć o Hannesie. Nie zdążył się nawet ożenić, umarł tak młodo.
Mimo to w miarę upływu popołudnia te wszystkie wyrazy współczucia - poklepywanie po plecach, szeptane słowa pocieszenia i uściski wilgotnych dłoni - zaczęły parzyć Johannę niczym pokrzywy. Wydawało jej się, że w świętoszkowatych spojrzeniach dostrzega coś więcej niż tylko współczucie. Coś w rodzaju... oczekiwania. Podniecenia. Trzy młode kobiety bez męskiej ochrony. Czy ludzie czekali, aż któraś z nich zasłabnie? A może aż ich dom spotka kolejne nieszczęście? Johanna ganiła się za swoje nieżyczliwe myśli. Ludzie przecież chcieli tylko im pomóc.
Było po siódmej, kiedy ostatnia osoba w końcu wyszła. Peter Maienbaum był jedynym, który zaproponował, że będzie je wspierał w czuwaniu tej nocy. Johanna zawahała się chwilę, ale potem odmówiła. To było coś, co musiały zrobić same. Żadna z trzech sióstr nie miała ochoty na jedzenie, więc Ruth przykryła przyniesioną żywność lnianymi obrusami i odłożyła ją na bok. Skrajnie wyczerpane usiadły przy kuchennym stole. Johanna wstała i otworzyła drzwi.
- Powietrze jest tak gęste, że można je kroić nożem.
- To od dymu z kadzidła.
Oczy Marie były zaczerwienione.
- To nie tylko od tego. Wszyscy ci ludzie...
Johanna była zbyt zmęczona, by wytłumaczyć, że czuła, iż jej dom został w jakiś sposób zbezczeszczony przez licznych gości. Nieznajome zapachy nie pasowały do tego miejsca. Podobnie jak niewidzialne ślady stóp zostawione przez przybyłych na drewnianej podłodze.
- A może to... ojciec? - Ruth zerknęła do warsztatu.
- Ruth! - Marie podskoczyła. Spojrzała z przerażeniem na Johannę.
- Wszyscy wiedzą, że zmarli zaczynają cuchnąć, kiedy...
- Dość! - przerwała jej ostro Johanna.
Miały przed sobą całą noc czuwania. Głupie uwagi Ruth były ostatnim, czego potrzebowały. Podeszła do szafki i wyjęła pozostałe świece. Więcej światła nie mogło zaszkodzić.
- Tam nie leży żaden zmarły, tylko nasz ojciec.
Ruth otworzyła usta, ale potem przełknęła ślinę. W końcu nie można się kłócić w obecności zmarłego.
Zaciśnięte usta Johanny powoli się rozluźniały. Jej oczy nie były już nieruchome i wpatrzone w jeden punkt jak u lalki, ale odzyskały swoją naturalną ruchliwość. Ramiona, które mimowolnie zaciskała przez cały dzień, powoli wyzwalały się z napięcia. Odchyliła się na krześle i po raz pierwszy tego dnia nie czuła potrzeby, by cokolwiek zrobić lub powiedzieć.
Jednego z nich już nie było.
Im dłużej milczały, tym bardziej za nim tęskniły. Za jego głośnym pomstowaniem, gdy obiad nie był gotowy albo gdy Ruth pokroiła za mało kiełbasy do zupy ziemniaczanej. Za jego zamaszystymi ruchami, gdy kroił chleb lub odkrawał kawałek wędzonej szynki. Johanna pierwsza przerwała tę ciszę.
- Ojciec zawsze był taki pełen energii... - Zacisnęła usta.
Ruth skinęła głową.
- Nie taki chudy patyk jak Hans od Bayernów czy Friedmar Grau. Ale też nie taki grubas jak Wilhelm Heimer.
- Kiedy ojciec wchodził do pokoju, nawet nie trzeba było go widzieć. Po prostu się go wyczuwało - powiedziała Marie to, co Johanna również chciała wyrazić.
- Wszyscy czuli do niego szacunek - uśmiechnęła się starsza siostra.
- Pamiętasz historię o dwóch kogutach?
Johanna zaśmiała się smutno.
- Ojciec kupił mi ptaki od Paula "Marca"3. Miał nadzieję, że będę budziła się wcześniej, jeśli zapieją dwa koguty zamiast jednego. A potem Paul zapukał do drzwi kompletnie pijany i powiedział, że dał ojcu niewłaściwe zwierzęta - jego nagradzane koguty - i chce je z powrotem.
- Ojciec po prostu przed nim stanął, a "Marzec" od razu skurczył się w sobie.
- I w końcu te dwa koguty też nie zadziałały.
Zaśmiały się krótko, a potem znów zamilkły.
- Kto się nami teraz zaopiekuje? - zapytała Marie.
Johanna spojrzała na nią. Tylko nie to pytanie. Nie dziś wieczorem. I jutro też nie.
- Nazywał cię księżniczką, kiedy byłaś mała, pamiętasz?
Marie na zawsze pozostała jego małą dziewczynką.
- Księżniczka i jej powietrzny zamek w bańce mydlanej. Mówił, że kiedyś wymyśli dla mnie bajkę - powiedziała. - Ale nigdy do tego nie doszło.
Oczy Marie znów się zaszkliły.
- Dlatego przygotowywał ci wodę z mydłem do twoich baniek mydlanych! - powiedziała Ruth. - Te okropne bańki mydlane. - Uformowała dłońmi kulę w powietrzu. - Pffff! Wszystko pęka i zostaje tylko mokra plama. Nigdy nie mogłam zrozumieć, jak mogłaś się nimi tak zachwycać, nawet jako dziecko.
- Ale ojciec to rozumiał. Tak samo jak ja lubił patrzeć na kolory tęczy. - Marie podniosła wzrok. - W niebie na pewno widzi wiele kolorowych tęcz. To mu się będzie podobało - załkała. - I jest też już przy mamie.
Jej płacz udzielił się pozostałym siostrom, one również nie potrafiły już hamować swojego smutku.
Po dłuższej chwili Ruth odgarnęła z czoła spocony kosmyk włosów i pociągnęła nosem, krzywiąc się przy tym.
- Właśnie sobie przypomniałam o tym francuskim zamówieniu Friedhelma Strobela, na które mieliśmy tylko dwa tygodnie. To było pięć lat temu, w 1885 roku.
- O rany! - Johanna klasnęła w dłonie. Blask świecy zamigotał w odpowiedzi na jej gwałtowny ruch. - Zamówienie dla tej francuskiej fabryki perfum!
Widząc niepewną minę Marie, kontynuowała:
- Nie pamiętasz? Zażądali pięciu tysięcy flakoników. I na każdej miał być napis: "Eau de Paris". Uśmiechnęła się.
Marie pstryknęła palcami.
- Zgadza się! Ojciec nam to dodatkowo zapisał. Ale po prostu nie potrafiłyśmy odczytać jego pisma i zanim się zorientował, tysiące buteleczek miało etykietę "Roi de Paris".
- Król Paryża.
Ruth pokręciła głową.
- Każdy inny zlałby swoje pomocnice na kwaśne jabłko, a co zrobił nasz ojciec? Wybuchnął śmiechem i nie mógł się opanować.
Spojrzała tęsknie na warsztat. Tak, nie leżał tam jakiś obcy zmarły, lecz jej ukochany, dobry ojciec.
- Ale wcale nie było mi do śmiechu, kiedy musiałam to tłumaczyć Strobelowi - powiedziała cierpko Johanna. - Dopiero po raz trzeci sprzedawałam sama w Sonnebergu i nawet nie miałam właściwie wykonanego towaru! W wieku szesnastu lat strasznie się jąkałam i nigdy bym nie uwierzyła, że kupi od nas te butelki.
- Ale jakoś ci się udało. - W głosie Marie słychać było nutę podziwu. - Kilka tygodni później Strobel złożył ci drugie zamówienie, które mieliśmy opatrzyć właśnie etykietą "Król Paryża"!
- Ha! Prawdopodobnie sprzedał je francuskim dżentelmenom za dwa razy wyższą cenę i udawał, że ten napis to jego własny pomysł.
Ruth zmarszczyła nos.
- Jak ja wtedy tęskniłam za takimi francuskimi perfumami! Nawet mi się śniły. Kiedyś obudziłam się rano i naprawdę myślałam, że czuję zapach konwalii i bzu.
Westchnęła.
- Gdyby to zależało od ojca, dostałabyś taki flakonik - odparła Johanna. - Pewnie poleciłby mi zapytać Strobela, czy można kupić takie perfumy. Nie, żebym rozumiała, po co były czternastolatce. Do dziś się nad tym zastanawiam. Ale ojciec zawsze starał się spełniać twoje prośby.
Ruth wyglądała, jakby miała zamiar odpowiedzieć, ale potem przełknęła ślinę. Przez chwilę każda z nich pozostała sama ze swoimi myślami. Tyle było opowieści.
Gdy głowa Ruth już dwa razy opadła na piersi, Johanna zaproponowała, żeby na zmianę trzymały wartę przy ciele ojca, tak by Ruth i Marie mogły teraz się przespać. Obydwie odmówiły. Wkrótce jednak obie zasnęły przy stole - najpierw Ruth, a potem Marie. Johanna westchnęła. Byłoby im wygodniej w łóżku.
Wstała cicho, uważając, by nie poruszyć krzesłem. Ona również była zmęczona. Wzięła jedną ze świec i poszła do warsztatu. Jej wzrok padł na stół ojca. Gazownię uruchomiono zaledwie kilka lat wcześniej, a ich dom podłączono do niej dopiero niedawno. Srebrzysta rura nowej instalacji wyraźnie odcinała się od wysłużonych narzędzi i wyglądała wśród nich niczym obce ciało. Johannę ścisnęło w piersi. Jak długo musiała przekonywać ojca do zainstalowania tego przyłącza! Joost nie przepadał za zmianami. Gdyby to od niego zależało, pracowałby przy lampie naftowej do końca swoich dni.
Dlaczego właśnie teraz? - chciała krzyczeć w noc, w niebo. Jej powieki płonęły. Wzięła głęboki oddech.
Kiedy Joost nauczył się radzić sobie z tymi "nowomodnymi wynalazkami", był z siebie dumny niczym maciora z osiemnastoma prosiętami! Gorący płomień pozwalał mu wydmuchiwać cieńsze buteleczki i szklanki niż wcześniej. Od tamtej pory nie było wieczoru, żeby w czasie wspólnych spotkań nie próbował przekonać nielicznych szklarzy, którzy jeszcze nie korzystali z palnika gazowego, że warto się na niego zdecydować.
Jej ojciec. Będzie jej go tak bardzo brakowało. Już teraz czuła, że jej serce stało się jedną wielką ziejącą raną.
Kiedy zmarła jej matka, miała jedenaście lat, Ruth dziewięć, a Marie siedem. Przez cały rok mogły spać w nocy tylko wtedy, gdy Joost zostawiał w ich pokoju zapaloną lampę. Każdego wieczoru - zamiast odmawiać modlitwę - opowiadał im, jak cudownie jest ich matce w niebie. Dziewczęta wstawały wtedy każdej nocy na zmianę, żeby sprawdzić, jak się ma ich ojciec. Najbardziej bały się tego, że on również mógłby je zostawić. Dzięki jego wrażliwości i cierpliwości ten strach stopniowo osłabł. Lęk, który towarzyszył im w tamtym czasie, teraz mógłby wrócić ze zdwojoną siłą i je pochłonąć, ale Johanna starała się mu nie poddawać. Z miłością patrzyła na twarz ojca, oświetloną jedynie blaskiem świecy. Lata, w których Joost je wzmacniał, nie powinny były pójść na marne.
Joost Steinmann, "rusznikarz". Kiedyś jeden ze stałych bywalców lokalnego pubu odważył się go tak nazwać, ponieważ spłodził tylko trzy córki i żadnego syna4. Mężczyzna wrócił do domu z podbitym okiem i przez tydzień nic nie widział. "Co mi po synach? - mawiał Joost. - Mam już przecież swoje kamienne Steinmannówny!"5 Tak właśnie nazywał Ruth, Marie i ją. Johanna przełknęła ślinę. Spojrzała na niego i pogłaskała go po policzku.
- Nie wiem, co będzie dalej - wyszeptała cicho. - Ale obiecuję ci jedno! - Dłoń mocno ją piekła, gdy trzymała ją na zimnej skórze jego twarzy, i niełatwo było ją tam trzymać. - Nie przyniesiemy ci wstydu. Kiedy spojrzysz na nas z nieba, będziesz z nas dumny!
Do rana Johanna wypłakała wszystkie łzy. Podczas gdy Ruth i Marie siedziały przy łóżku zmarłego, ona położyła się spać na kilka godzin. Ale obudziła się ponownie późnym rankiem. Do pogrzebu Joosta wciąż było wiele do zrobienia.
- Dosyć tego! - Ruth rzuciła szmatkę, którą wycierała mokre drzwi wejściowe, na stertę naczyń nagromadzonych w zlewie. Z głuchym łoskotem opadła na kuchenny stół obok Marie i Johanny.
Było późne popołudnie. O tej porze dnia zazwyczaj pracowały przy stołach w warsztacie. Ale dzisiaj o drugiej odbył się pogrzeb ich ojca. Pomimo ulewnego deszczu na cmentarz przyszło tak wielu żałobników, że Johanna obawiała się, iż podczas stypy nie wystarczy dla wszystkich chleba i drożdżowych placków. Większość jednak została tylko na ceremonii - później czekała na nich praca. Przyszli tylko sąsiedzi z okolicznych domów, by złożyć kondolencje i przy jednej czy dwóch filiżankach kawy oddać cześć Joostowi. Haki zamontowane w drzwiach wejściowych prawie ugięły się pod ciężarem przemoczonych deszczem płaszczy. Wkrótce pachniało wszędzie wilgotnym filcem, a na podłodze utworzyły się szerokie kałuże wody. W kuchni Ruth i wdowa Grün nie nadążały z gotowaniem wody na świeżą kawę. Pogrzeby wzmagają pragnienie, wszyscy o tym wiedzieli. Kiedy talerze z ciastkami i kanapkami z szynką zostały opróżnione, a w powietrzu stał się wyczuwalny duszny zapach stęchlizny, goście jeden po drugim zaczęli się żegnać. Peter Maienbaum wyszedł ostatni. Trzymając jeszcze dłoń na klamce, rzucił ostatnie spojrzenie na opuszczony warsztat - on również nie potrafił się pogodzić z niespodziewaną śmiercią Joosta.
- Nagle zrobiło się tu tak cicho.
Marie rozejrzała się, jakby nie mogła uwierzyć, że to już koniec stypy. Johanna skinęła głową. Nie było już nikogo, kto mógłby poprosić o więcej kawy. Albo spojrzeć na nie ze współczuciem.
- Szklana róża od "Szwajcara" to był wspaniały pomysł - powiedziała nagle Marie.
Obydwie siostry przytaknęły.
Szklarz Karl "Szwajcar" Flein, nazwany tak ze względu na lata spędzone w szwajcarskich górach, złożył w grobie kwiat dmuchany ręcznie w szkle zamiast żywej rośliny. Johannie jednakże, podobnie zresztą jak prawdziwe kwiaty, również i to kryształowe cudeńko wydawało się nie na miejscu.
- A przemówienie Wilhelma Heimera było wzruszające - zauważyła Johanna.
- Zgadza się - zgodziła się Ruth. - Kiedy powiedział, że zawsze czuł szczególną więź z ojcem, ponieważ obaj tak młodo owdowieli, poczułam, jak ściska mnie w gardle.
- Byłam zaskoczona, że Heimer w ogóle przyjechał. Tak niechętnie przecież gasi płomienie lamp i przerywa pracę w warsztacie.
Johanna skrzywiła się. Kiedy nocą gasły światła dookoła, w domu rodzinnym Heimerów położonym w wyższej części wioski lampy gazowe migotały jeszcze długo w nocy. Wielu mieszkańców uważało, że pilność Wilhelma Heimera jest nadmierna, inni po prostu zazdrościli mu licznych zleceń, które mógł realizować tylko dlatego, że wszyscy trzej jego synowie byli utalentowanymi i pracowitymi szklarzami.
- Dlaczego akurat dzisiaj musiało padać? - narzekała Ruth.
- Gdyby świeciło słońce, byłoby mi gorzej - odpowiedziała Marie. - Być pochowanym, gdy niebo jest olśniewająco błękitne, a słońce zalewa świat swoimi promieniami... Nie, na pewno jest lepiej, gdy niebo też płacze.
Po tych słowach żadna z nich nie wiedziała, co może jeszcze powiedzieć. Na stypie dokładnie omówiono wszystko: śmierć ojca, załamanie pogody po tylu tygodniach słonecznej aury, a nawet jąkanie się pastora podczas przemówienia - według niektórych spowodowane nadmiarem wina mszalnego. Już tego wystarczyło.
Johanna wpatrywała się w brudne naczynia. Ogień w piecu wciąż się palił. Mogłaby zagrzać trochę wody i umyć talerze. Zanim którakolwiek z pozostałych dwóch sióstr zdążyła o tym pomyśleć, zerwała się na równe nogi. Marie pospiesznie do niej podeszła, wzięła ociekające wodą naczynia z rąk Johanny, wytarła je i ułożyła na stole. Kiedy wszystko było czyste, Marie i Ruth wyniosły na zewnątrz kadź z wodą i ją opróżniły. Najstarsza z sióstr w tym czasie zaczęła wyciągać naczynia z przeszklonej szafki, w której je trzymano.
- Już dawno należało ją gruntownie posprzątać - odpowiedziała na pytające spojrzenia sióstr.
Ruth wyjęła swoje przybory do cerowania, a Marie wyciągnęła sukienkę, którą zaczęła szyć kilka dni temu. Ale gdy tylko rozłożyły robótki przed sobą na stole, ręce natychmiast opadły im na kolana. Kiedy w końcu weszły na górę, na zewnątrz nie było jeszcze całkiem ciemno. Żadna z nich nie odważyła się nawet rzucić wzrokiem na opustoszały warsztat.
***
Kiedy Ruth obudziła się następnego ranka, wciąż padał deszcz. Zapaliła lampę gazową zawieszoną nad stołem w kuchni i, jak co rano, poszła do spiżarni, żeby wyjąć ziemniaki, które ugotowała poprzedniego wieczoru, obrać je i pokroić w plasterki. Trzymając w dłoni porcelanową gałkę od drzwi, na chwilę zamarła. Nie było ziemniaków. To nie był poranek jak każdy inny.
Z piekącymi oczami wybiegła z kuchni do szopy. Machała ręką w przód i w tył, pompując wodę do miski tak energicznie, że uchwyt zaczął grzechotać. Woda przelała się przez niebieski emaliowany brzeg miski, ale Ruth tego nie zauważyła. Dopiero gdy oblała jej stopy, przestała pompować. Głośne łkanie wypełniło wilgotne powietrze.
Kiedy dotarła do kuchni, Johanna i Marie siedziały już przy stole. Jedna z nich wyjęła z szafki chleb, kawałek masła i słoik miodu. W milczeniu żuły pieczywo. Nie czuły nawet słodyczy miodu, ponieważ niewypowiedziane pytanie pozostawiało w ich ustach gorzki posmak: "Co będzie dalej?".
Deszczowa pogoda kolejnych dni sprzyjała głębokiemu, sennemu marazmowi, w którym pogrążył się ich dom. Każda z sióstr snuła się tylko po kątach domostwa, mając nadzieję, że wkrótce znów nadejdzie pora na sen. Peter od czasu do czasu do nich zaglądał, ale nigdy nie zostawał na długo. W przeciwieństwie do dziewcząt musiał chodzić do pracy. I choć trochę się tego wstydził, zawsze z radością wyrywał się z przytłaczającej atmosfery domu Steinmannów.
Znów jadły posiłek w milczeniu, gdy Johanna nagle podniosła wzrok i odchrząknęła.
- Najlepiej będzie, jeśli później schowamy rzeczy taty.
Ruth zmarszczyła brwi.
- Nie wiem... może powinnyśmy trochę poczekać?
- Czy schowamy je dzisiaj, czy za kilka dni...
Spojrzenie Johanny było niepewne, jakby wahała się, czy zmienić zdanie.
Najstarsza z sióstr nie była bardziej chętna do wykonywania tego nieprzyjemnego zadania niż Ruth. Nieważne, kiedy w końcu się za to zabiorą, zawsze będzie trudno. Poza tym nie wiedziała, jak długo jeszcze wytrzyma tę duszną ciszę panującą w domu. Lepiej może mieć nieprzyjemne zadanie do wykonania niż żadne.
- Masz rację, najwyższy czas, żebyśmy trochę posprzątały!
Podczas gdy Ruth i Johanna na górze składały koszule, wygładzały kurtki i owijały je lnianymi ścierkami, do drzwi nieustannie ktoś pukał. Choć minął już tydzień od śmierci Joosta, sąsiedzi wciąż przynosili jedzenie. Właśnie podrzucono im garnek zupy. Sąsiadka z ciekawością zaglądała Marie przez ramię. Jak sobie radzą te trzy sieroty? Trzy młode panny same... Kto to w ogóle widział? Marie zauważyła, że kobieta z chęcią weszłaby do środka, ale po tym, jak podziękowała jej za jedzenie, po prostu pospiesznie zamknęła za sobą drzwi.
Gdy Marie chciała odstawić zupę, pokrywka lekko się zsunęła. Poczuła wtedy kwaśny zapach. Dziewczyna zadrżała. Czyżby rosół był zepsuty? Przez chwilę rozważała wylanie zawartości garnka za domem, ale ostatecznie postanowiła go na razie odstawić. Niech Ruth albo Johanna zdecydują, co zrobić z zupą. Chcąc odstawić garnek tak, by nie zawadzał, przeniosła go przez kuchnię i postawiła na jednym z pustych stołów w warsztacie.
Miała już wychodzić, gdy nagle się zatrzymała. Jaka cisza! Marie przysunęła stołek bliżej i usiadła. Żadnych duchów. A jednak w tej ciszy było coś upiornego. Odkąd tylko pamiętała, każdego dnia w codziennym życiu towarzyszył jej śpiew płomieni z palnika Bunsena.
- Jeśli chcesz, żeby płomień śpiewał, musisz mocno dmuchać w ogień - mawiał ojciec.
Marie poczuła, jak ściska ją w gardle. Z miłością pogłaskała starą lampę naftową, która leżała opuszczona obok nowego przyłącza gazowego. Jej płomień już nigdy nie zaśpiewa.
Usłyszała nagle łoskot dobiegający z górnego piętra. "Sprzątanie" - tak to nazwała Ruth - ale przecież chodziło o życie ich ojca! Kiedy zapytała, co mogłaby robić w międzyczasie, podczas gdy siostry sprzątają na górze, nie umknęło jej uwadze pełne przerażenia spojrzenie, które siostry wymieniły między sobą. Co robić? To pytanie wisiało w powietrzu od śmierci ojca, tak ogromne i potężne, że Marie niemal mogła je chwycić. Nie, ona też nie wiedziała, co miały dalej ze sobą począć. Ale fakt, że Ruth i Johanna nawet nie brały jej pod uwagę, bolał ją. Tylko dlatego, że była najmłodsza, nigdy nie była traktowana poważnie. Tak postrzegał ją ojciec i nie inaczej było z Ruth i Johanną. Ale nic przecież nie mogła na to poradzić! Z westchnieniem wstała i wróciła do kuchni.
Około południa przyszła wdowa Grün z tacą szarlotki. Zapach cynamonu i anyżu unosił się po klatce schodowej, rozpraszając woń starych męskich ubrań. Podczas gdy ciężkie gulasze z kapusty, które przynosili inni sąsiedzi, często stawały im w gardle, trzy młode kobiety pochłaniały ciasto z wielkim apetytem.
- Musimy koniecznie podziękować wdowie Grün za wszystko - zauważyła Johanna, krojąc placek na kawałki.
- Zgadza się - zgodziła się Ruth. - To, że pomogła mi umyć ojca - nie każdy by to zrobił.
- To, że w ogóle zaoferowała pomoc, jest do niej zupełnie niepodobne. Zazwyczaj trzyma się na uboczu...
- To dziwne... Chociaż mieszka tylko dwa domy dalej, prawie nigdy się jej nie widuje - zastanawiała się Marie.
W Lauschy mieszkańcy wiedzieli o sobie praktycznie wszystko. I nie wynikało to tylko z faktu, że była to mała wioska i większość ludzi w ten sam sposób zarabiała na chleb. To jej zwarta struktura sprawiała, że ukrywanie przed sobą sekretów było niemal niemożliwe: niczym perły na sznurku, prawie wszystkie domy stały w szeregu wzdłuż głównej ulicy, która stromo wiła się pod górę. Było tu tylko kilka bocznych uliczek, a urwiste, zalesione zbocza skutecznie uniemożliwiały przez całe wieki osiedlanie się tu kolejnych Turyńczyków.
- A kiedy niby chciałabyś widywać wdowę Grün, skoro pracuje całymi dniami u Heimera? - odpowiedziała Ruth. - Prawdopodobnie po prostu nie ma czasu na plotki.
Johanna pokręciła głową.
- Griseldis zawsze trzymała się na uboczu, nawet gdy jej mąż Josef jeszcze żył. Chyba nie lubił, gdy rozmawiała z sąsiadami. Był starym pijakiem!
- A co się stało z jej synem? Miał na imię Magnus, prawda? - zapytała Ruth między jednym kęsem ciasta a drugim.
- Nie mam pojęcia. Po prostu zniknął pewnego dnia. Nikt tak naprawdę nie wie dlaczego. Ale miałam wtedy zaledwie trzynaście lat i... - Johanna urwała, gdy ktoś zapukał do drzwi.
- Tylko nie następne jedzenie - jęknęła Ruth.
Ale to Peter poprosił Johannę, żeby wyszła z nim na zewnątrz. Marie i Ruth wymieniły znaczące spojrzenia.
- I jak? Wszystko w porządku? - Peter zamknął za nimi drzwi.
Johanna wzruszyła ramionami.
- Przepraszam, że tak rzadko tu bywam od dwóch dni, ale drzwi się u mnie ostatnio nie zamykają przez kolejnych klientów.
Peter Maienbaum robił sztuczne ludzkie oczy ze szkła. Niektórzy jego klienci przyjeżdżali z bardzo daleka. Kiedy ktoś potrzebował sztucznego oka po wypadku, czas grał kluczową rolę. Im dłużej czekali, tym większe ryzyko, że oczodół ulegnie zapaleniu lub zakażeniu na skutek wprowadzenia ciała obcego. Jeśli jednak szklane oko zostało wszczepione jak najszybciej, istniała duża szansa, że mięśnie się zaadaptują i okiem będzie można nawet poruszać.
- Nie musisz przepraszać. W końcu zadbałeś o nas lepiej niż ktokolwiek inny. - Johanna machnęła lekceważąco ręką.
- To teraz jeszcze jedna sprawa. - Peter przestąpił z nogi na nogę, czując się niezręcznie. - Ja naprawdę z wielką chęcią kupiłbym narzędzia twojego ojca i cały jego zapas szkła... Ale po prostu nie mam do czego ich używać!
Johanna próbowała się uśmiechnąć.
- Wiem, że potrzebujesz kolorowego szkła z huty, a nie naszego bezbarwnego i brązowego. - Położyła mu rękę na ramieniu. - Nie martw się o nas. Złego diabli nie biorą. - Delikatnie go szturchnęła. - I kto tu kogo ma pocieszać, co? - zapytała z wisielczym humorem. - Nie głodujemy. Powinieneś zobaczyć, ile garnków z jedzeniem nam przynieśli. Jakby nas mieszkało tutaj dziesięć, a nie tylko trzy.
W jego wzroku wciąż dostrzegała sceptycyzm.
- Jedzenie to jedno. Ale potrzebujecie też przecież pieniędzy. I pracy. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak sobie poradzicie!
Johanna westchnęła.
- Też nie wiemy. Właśnie przeglądamy rzeczy ojca. Jesteśmy pewne, że znajdziemy gdzieś jakieś awaryjne pieniądze, które pomogą nam przetrwać.
Jak dotąd jednak nic takiego się nie wydarzyło i nie mogła sobie wyobrazić, gdzie mogłyby cokolwiek znaleźć.
- W waszym warsztacie jest jeszcze kilka pudeł z gotowymi produktami. Mam je zawieźć do Sonnebergu?
- Nie, zrobię to sama - odpowiedziała pospiesznie Johanna. - Szczerze mówiąc, cieszę się, że mogę wyrwać się na ten jeden dzień. Poza tym Friedhelm Strobel byłby bardzo zaskoczony, gdybyś się nagle pojawił! I nawet jeśli jutro będzie lało jak z cebra - pojadę do Sonnebergu i sprzedam to, co zostało. - Westchnęła. - Właściwie powinnam była pojechać w zeszły piątek. Ale to było zaraz po śmierci ojca...
- Strobel lepiej niech z tobą nie zadziera, bo będzie miał ze mną do czynienia! Powiedz mu to! A jeśli coś jeszcze... - uniósł jej podbródek - jeśli będą jakieś problemy, przyjdź do mnie. Obiecujesz?
Jego wzrok nie pozwolił Johannie odmówić. Wyrwała się jednak z jego objęć. Coś powstrzymywało ją przed złożeniem tej pozornie niegroźnej obietnicy.
- Jakoś to wtedy załatwimy - odpowiedziała wymijająco.
Nie chciała, żeby Peter czuł się za nią zbyt odpowiedzialny. Ścisnęła go krótko za ramię, skinęła głową i odeszła w stronę domu. Przez chwilę biła się z myślami, czy nie wymknąć się na górę, żeby położyć się do łóżka. Całe to gadanie i pewność siebie, którą musiała zachować, pochłaniały tyle energii - dlaczego inni tego nie zauważali? Ale potem wzięła się w garść. Przecież nie mogła zostawić sióstr samych.
- I jak?... Czego chciał Peter? - wyrzuciła z siebie Ruth, zanim jeszcze starsza siostra zamknęła za sobą drzwi.
Johanna nagle poczuła dziwne drżenie w żołądku - takie samo jak w poprzedni poniedziałek, gdy stała w drzwiach. Zanim smutek znów owinął ją niczym czarny welon, wzięła się w garść. Musiały porozmawiać, nie było innego wyjścia.
- Peter chciałby kupić narzędzia i półprodukty po ojcu, ale niestety nie ma jak z nich skorzystać.
- Może któryś z innych szklarzy kupi je od nas? - zapytała Marie.
Ruth westchnęła.
- Nie wiem... samo pozbycie się tych rzeczy z domu będzie dla mnie trudne. To sprawia, że wszystko wydaje się takie ostateczne.
- Ale tak właśnie jest! - krzyknęła spokojnie Marie. - Bez ojca nasz interes z wyrobami ze szkła jest skończony. - Przycisnęła dłoń do ust. - Co, u licha, teraz się z nami stanie?
Johanna nie miała odpowiedzi. Od śmierci ojca nie myślała o niczym innym, tylko o tym, co dalej z nimi będzie. Pewność siebie, którą udawała przed Peterem, była równie pusta jak szklane paciorki, które połowa wioski robiła, żeby zarobić na życie.
Bez szklarza ich źródło utrzymania legło w gruzach. Nie było czego szlifować, malować ani pakować. Wszystkie ich umiejętności okazały się nic niewarte.
- Jutro jadę do Sonnebergu sprzedać resztki gotowych produktów. Sprzedaż tych kilku szklanych pojemników niewiele da, ale te parę groszy przynajmniej przyniesie nam chwilę wytchnienia. Nie możemy liczyć na to, że ludzie będą nam wiecznie przynosić jedzenie.
Johanna spojrzała na Ruth, która wydawała się nie do końca rozumieć, o co chodzi, więc postanowiła być bardziej bezpośrednia. Złe wieści wcale nie były łatwiejsze do przełknięcia, gdy przekazywano je w małych dawkach.
- Przeszukałam każdy zakamarek w pokoju ojca, ale wygląda na to, że nie odłożył niczego na czarną godzinę. - Wzruszyła ramionami. - Podłączenie do gazowni prawdopodobnie pochłonęło wszystkie nasze oszczędności. - Przygryzła wargę. Trudno jej było w to uwierzyć.
- Może gazownia zwróci nam pieniądze, jeśli powiemy im, że nie potrzebujemy już przyłącza? - zapytała cicho Marie.
Ruth zmarszczyła brwi. Typowa Marie!
- Ty chyba sama w to nie wierzysz! Zapomniałaś, że robotnicy musieli kopać przez trzy dni, żeby podłączyć nasz dom do sieci gazowej? Właśnie na to były pieniądze. Nie możemy po prostu teraz przyjść i zażądać zwrotu, prawda? - W spojrzeniu, które rzuciła Johannie, błysnął jednak promyk nadziei.
Ale starsza siostra tylko pokręciła głową.
- Na pewno się na coś takiego nie zgodzą! Nie, nie, musimy wiązać koniec z końcem za pieniądze, które dostanę od Friedhelma Strobela, dopóki... coś się nie wydarzy.
Blask nadziei w oczach Ruth zgasł.
- Och, gdyby tylko ktoś nam pomógł! Gdyby ktoś zechciał usiąść na miejscu ojca...
- Kto by miał to zrobić? - Johanna zaśmiała się gorzko. - Wszyscy inni szklarze też muszą pilnować, żeby na czas kończyć swoją pracę. A poza tym, jak miałybyśmy mu zapłacić?
Marie wyglądała tak, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie odważyła się, bojąc się kolejnej reprymendy.
- Musimy mieć nadzieję, że znajdziemy gdzieś pracę jako posługaczki. Jak wdowa Grün - powiedziała Johanna.
Niechęć w jej głosie była wyraźna. Posługaczki były w jeszcze gorszej sytuacji niż pokojówki, wszyscy o tym wiedzieli. Ponieważ ich pensja wynosiła zaledwie kilka centów za godzinę, musiały pracować dziesięć godzin dziennie lub więcej, żeby związać koniec z końcem.
Zapadło pełne zwątpienia milczenie. W wiosce niewiele było zakładów zatrudniających ludzi z zewnątrz, a do tej pory nikt nie zaproponował siostrom pracy.
- Jest inny sposób, żeby z powrotem zatrudnić szklarza... - Ruth uśmiechnęła się szeroko. - Może powinnyśmy zacząć myśleć o małżeństwie! To nie byłby najgorszy pomysł w naszej sytuacji, prawda? - Wyprostowała się, jakby miała chwycić za długopis i kartkę, żeby zanotować potencjalnych kandydatów.
Johanna i Marie patrzyły na nią zdumione, niepewne, czy nie żartuje.
- A skąd niby masz zamiar tak szybko wyczarować trzech mężów? - zapytała najmłodsza z kobiet.
Ruth zdawała się nie dostrzegać ironii w głosie Marie. Zacisnęła usta i odpowiedziała poważnie.
- To rzeczywiście problem. Ojciec zawsze wszystkich odganiał. Jeśli się nie pospieszymy, chłopcy w naszym wieku z wioski będą zajęci, a my zostaniemy same, by zgnić jako stare panny. Inne dziewczyny są już zaręczone!
W jej głosie pobrzmiewała lekka panika.
Johanna pomyślała, że chyba się przesłyszała.
- Co ty za bzdury wygadujesz?
- To nie bzdura, to prawda - broniła się Ruth. - Mogłabym polubić jednego czy dwóch z tych mężczyzn, którzy są teraz zajęci. Byli wśród nich zdolni szklarze. Ale ojciec nie pozwolił nam chodzić w okolice huty, więc jak ktokolwiek mógł się nami zainteresować? Pewnie już wszyscy nas skreślili!
Plac wokół huty szkła był miejscem, gdzie chłopcy ze wsi spotykali się po pracy. Podczas gdy w środku paliło się mocno w piecach, dziewczyny siedziały na zewnątrz - na murku do wysokości pasa - i chichotały. Na ich oczach chłopcy wpadali na siebie, opowiadali sobie żarty lub palili papierosy, co często sprawiało, że łzawiły im oczy. Wymieniali spojrzenia pełne zainteresowania, zalotności, a czasami też nawet wyrażające odrzucenie. Niekiedy kokieteryjnie, innym razem z dużą śmiałością, a kiedy indziej po prostu niezdarnie, w zależności od tego, ile finezji każdy z nich potrafił włożyć w swoje zaloty.
Johanna nigdy nie miała nic przeciwko temu, że nie spędza tam wieczorów. Wręcz przeciwnie. Już wcześniej niepokoiły ją spojrzenia młodych mężczyzn, którzy obserwowali Ruth, Marie i ją, gdy szły przez wieś. Ruth zawsze twierdziła, że woli czekać na polskiego lub rosyjskiego księcia, niż mieć cokolwiek wspólnego z którymś z tych nieporadnych młodzieńców z wiejskiego placu. Johanna jej teraz przypomniała o tych mrzonkach.
- Może to były tylko fantazje młodej dziewczyny, nic więcej. - Ruth odrzuciła nagle swoje marzenia. - Chcę w końcu coś przeżyć. Myślisz, że lubię zajmować się domem dzień w dzień? Chcę się raz wystroić jak inne kobiety. A potem pójść na próbę chóru albo do grupy teatralnej, gdzie można cały czas nosić piękne kostiumy! Albo po prostu pójść na któryś z festynów. Może nawet spotkam tam mojego księcia! Jeśli dalej będziemy żyć jak pustelnice, to na pewno się tak nie stanie!
Johanna wpatrywała się w siostrę oszołomiona. Nagle poczuła, że wie zdecydowanie za mało o tym, co dzieje się w głowie Ruth.
- Ale nie możemy przecież po prostu stąd wyjść i znaleźć kogoś do małżeństwa tak z kaprysu! - Sceptyczna uwaga Marie przecięła ciszę, która zaczynała zapadać. - Nikt mi nie przychodzi do głowy!
Johanna westchnęła. Czasami naiwność najmłodszej siostry naprawdę działała jej na nerwy.
- Mnie też nie, a przynajmniej nie dla mnie... - powiedziała Ruth, śmiejąc się. - Który to sąsiad przychodzi codziennie i chce rozmawiać z jedną z nas na osobności?
Marie zachichotała. Johanna przewróciła oczami. Fakt, że Ruth podejrzewała, że jest coś więcej niż przyjaźń między nią a sąsiadem, zaskoczył ją. Dla niej Peter był jak starszy brat. Mogła z nim rozmawiać o wszystkim, co tylko ślina jej na język przyniosła.
- Peter jest dobrym przyjacielem. Dla każdej z nas! - odpowiedziała, choć nie czuła najmniejszej ochoty na tę rozmowę.
- Może ty tak sądzisz. Myślę jednak, że on widzi to nieco inaczej... - Ruth uniosła brwi i spojrzała tajemniczo. - Swoimi szklanymi oczami! - wyrzuciła z siebie, chichocząc.
- Jesteś wredna! - warknęła Marie. - Uważam, że Peter jest bardzo miły! Ale z drugiej strony: jak można poślubić kogoś o nazwisku Maienbaum?6 - Ona również zachichotała, choć mniej złośliwie niż Ruth.
- Och, ale z was obu głupie kwoki! - Johanna wstała i zaczęła zanosić talerze z ciastem do zlewu. - Jeśli o mnie chodzi, to możesz sobie znaleźć kogoś do małżeństwa! - powiedziała do Ruth. - Ale kiedy widzę, jak wygląda sytuacja w domach większości ludzi na wsi, to nie przypomina to raju na ziemi! Chleba jest mało, a to, czy ktoś jest żonaty, czy nie, nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Ale proszę... - Wzruszyła ramionami. - Skoro już przy tym jesteśmy, to lepiej znajdź sobie męża, który ma brata, żeby wtedy i Marie też miała zapewnioną opiekę. A ja jutro jadę do Sonnebergu!
Na zewnątrz było jeszcze ciemno, gdy Ruth wyrwała starszą siostrę z zamyślenia. Przez chwilę dziewczyna nie wiedziała, czy śni, czy nie, ale potem przypomniała sobie o czekającym ją zadaniu. Podczas gdy Ruth zeszła na dół w koszuli nocnej, Johanna się ubrała. Rzeczy wyjęła już poprzedniego wieczoru z szafy i rozłożyła. Niechętnie spojrzała na kurtkę z ciasno tkanej wełny - ciepły czas w roku, kiedy wystarczała cienka dzianinowa kamizelka, dobiegł końca.
W pralni przetarła twarz wilgotną szmatką, rozczesała włosy, które zdążyły się już jej zaplątać w szorstki kołnierz kurtki, i związała je w warkocz. Owinęła go wokół głowy niczym wianek i przypięła końcówkę kilkoma szpilkami. Na to zawiązała szalik, spinając końce tak, aby nie wystawały żadne luźne nitki. Przy wystającym wysoko ponad jej głowę koszyku założonym na plecach, którego zawartość wypełniona była szklanymi pojemnikami, każda inna fryzura tylko by jej przeszkadzała.
Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w swoje odbicie i widziała tylko ogromne oczy. Zawsze zadziwiało ją, jak zmienia się twarz po spięciu włosów. Nagle jej usta też wydały się znacznie większe. Niepewnie rozchyliła wargi, ale to nie lustro zniekształcało jej odbicie. Jej górna warga wygięła się w szeroki łuk, a dolna była nie mniej zmysłowa. Wyglądała niemal tak, jakby posyłała pocałunek swojemu odbiciu. Johanna zmarszczyła brwi. Jej ojciec nigdy nie czuł się w pełni komfortowo, wysyłając ją samą do Sonnebergu. Dlatego od początku nalegał, by swoim strojem jak najmniej rzucała się w oczy. Dziewczyna zastanawiała się, nie po raz pierwszy, czy jej ubiór nie przyniesie efektu odwrotnego do zamierzonego. Ale potem pokazała język swojemu odbiciu i wróciła do domu.
Ruth zdążyła już w tym czasie starannie przyczepić pudełka, z których każde zawierało cztery szklane przedmioty, do drewnianej ramy przymocowanej do kosza Johanny. Wspólnie wyniosły cały ładunek przed dom. Johanna z ulgą spojrzała w dół wąskiej uliczki - ani śladu mgły. Wprawnym ruchem zarzuciła kosz na ramię i zawiązała pasek wokół talii. Ruth uniosła ramę, zabezpieczyła ją w czterech miejscach, a następnie chwyciła siostrę za ramię.
- Jak będziesz w Sonnebergu, popytaj. Może znajdziesz kogoś, kto ma dla nas pracę. Może Strobel zna jakiegoś szklarza, który by nas przyjął.
Johanna skinęła głową. Drewniana rama już wbijała jej się nieprzyjemnie w dolną część pleców. Ruszyła.
- I spróbuj wywalczyć lepszą cenę od tego skąpca. Potrzebujemy każdego grosza! - zawołała za nią Ruth.
Jakby nie wiedziała tego lepiej niż ktokolwiek inny! Johanna się skrzywiła. Młodsza siostra była dobra w udzielaniu rad, ale sama nie odważyłaby się podjąć tej sprzedaży.
- Ten Strobel mnie przeraża. Nie chcę go więcej widzieć - powiedziała, kiedy towarzyszyła Johannie raz w zeszłym roku.
Najstarsza z kobiet również nie uważała tego mężczyzny za szczególnie sympatycznego, ale co mogła na to poradzić? Westchnęła i ruszyła energicznie przed siebie. Było krótko po wpół do siódmej.
Słońce znajdowało się tak nisko o tej porze roku, że jego olśniewające światło niemal przebijało się przez korony drzew. Podobnie jak w czasie poprzedzającym niedawną ceremonię pogrzebową, również teraz było niezwykle ciepło jak na wrzesień. Wkrótce pod grubym materiałem kurtki zrobiło jej się duszno, a wilgotne od potu plecy zaczęły ją swędzieć. Próbowała rozluźnić palcem chustę, którą zbyt ciasno zawiązała na karku, żeby wpuścić trochę powietrza do spoconej skóry głowy.
Zwykle pozwalała jednemu z powozów konnych wieźć się przez większość dwudziestomilowej podróży, ale dziś machała odmownie ręką na każdego, kto choćby chciał się zatrzymać. Puste szuflady w sypialni ojca sprawiły, że skąpiła nawet tych kilku groszy, o które prosili woźnice.
W niektórych miejscach droga była tak rozmokła po niedawnym deszczu, że Johanna musiała co chwila zapuszczać się do lasu, żeby nie zapaść się w błoto po kostki. Mimo to grube grudki mazi wkrótce przywarły do podeszew jej butów, sprawiając, że każdy krok był trudny. Przez moment rozważała umycie ich w strumieniu Steinach. Ale po tym ulewnym deszczu strumień, zazwyczaj spokojny, zachowywał się jak rwący potok: bulgocząc i sycząc, występował z brzegów, miejscami rozpryskiwał się niczym z fontanny, tak że Johanna cofnęła się z przerażenia. Z wciąż zabłoconymi butami kontynuowała swoją wędrówkę, jakby ślizgała się na lodowisku.
Kiedy dotarła do Sonnebergu, było już po jedenastej, co zauważyła z irytacją, spoglądając na kościelny zegar. Droga zajęła jej ponad cztery i pół godziny - dłużej niż kiedykolwiek wcześniej! Zazwyczaj pojawiała się w domu Friedhelma Strobela wcześnie rano, jako jedna z pierwszych. Miało to tę zaletę, że nie musiała długo czekać, aż znajdzie dla niej czas. Kiedy spojrzała na swoje buty ubrudzone błotem, jej nastrój jeszcze bardziej się pogorszył. Nie ma co, Strobel byłby zachwycony, gdybym przeszła w nich po jego lśniącym, drewnianym parkiecie! - pomyślała,
Jak co piątek, gdy przyjeżdżała do miasteczka, znów dała się porwać panującemu zgiełkowi. Poczucie, że coś jej umyka, sprawiło, że Johanna mimowolnie przyspieszyła kroku. Ciągle musiała unikać innych pieszych, co nie było takie łatwe z ciężkim koszykiem na plecach.
O tej porze roku Sonneberg tętnił życiem. Niemieckie dialekty i zdania wypowiadane w obcych językach towarzyszyły Johannie w jej wędrówce przez miasto niczym rój komarów. Szyldy przed gospodami z daleka wskazywały, że trudno znaleźć wolne miejsce. Kupcy przybywali z bliska i z daleka, aby obejrzeć, co w ostatnich miesiącach wyprodukowały różnorodne rzemieślnicze zakłady regionu. Przede wszystkim jednak chcieli dokonać zakupów na okres świąteczny.
W domach towarowych i sklepach w Monachium, Norymberdze, Hamburgu, ale także w Petersburgu, Kopenhadze czy Brukseli - wszędzie dobrze zarabiano na turyńskim rękodziele. Dzięki temu kupcy nie musieli chodzić od domu do domu i mozolnie kompletować towaru. Mogli skorzystać z wyjątkowego systemu dystrybucji, który od lat funkcjonował w Sonnebergu - systemu wystawienniczego. Działało tam co najmniej dwudziestu pośredników. Prowadzone przez nich punkty wystawiennicze, z zewnątrz często nieodróżnialne od zwykłych sklepów, oferowały szeroki wybór wyrobów. Nie oznaczało to jednak, że wszystkie towary były dostępne od ręki. Większość zamówień składano na podstawie prezentowanych klientom katalogów wzorów. Te grube, wielkoformatowe księgi, pilnie strzeżone przez wystawców, zawierały rysunki lub fotografie poszczególnych przedmiotów wraz z ich wymiarami i opisem materiału. Cen nie podawano - ustalano je w drodze negocjacji.
Do najbardziej poszukiwanych wyrobów należały porcelanowe lalki o ruchomych szklanych oczach i naturalnych włosach, ubrane w najdelikatniejsze, misternie haftowane i zdobione jedwabiem. W Sonnebergu sprzedawano również zabawki z cyny i drewna, kolorowe szklane kulki, najróżniejsze wyroby z dmuchanego szkła oraz, oczywiście, szklane koraliki w najróżniejszych wariantach. Gdy klient wybrał towar z katalogu wzorów, negocjowano cenę oraz ustalano liczbę zamawianych sztuk i termin dostawy. Następnie wystawca przekazywał zamówienie dostawcy i zlecał jego wykonanie. Teraz, na krótko przed targami bożonarodzeniowymi, w punktach wystawienniczych panował nieustanny gwar, a kupcy i producenci bez przerwy się w nich przewijali.
Johanna już na pierwszy rzut oka rozpoznawała, kto jest kupcem, a kto producentem: handlarze nosili znacznie bardziej eleganckie ubrania, chodzili w garniturach z najlepszych materiałów. Co więcej, prawie nigdy nie przychodzili sami, zawsze towarzyszył im pomocnik ze skórzaną teczką lub torbą. Najpewniej znajdowały się w nich wzory produktów, które kupcy pokazywali później wystawcom, pytając: "Czy mógłby mi pan dostarczyć taki wazon?" albo "Ile kosztowałoby sto takich drewnianych świeczników?".
Zupełnie inaczej wyglądała ta kwestia w przypadku rzemieślników, którzy mieli swoje małe warsztaty w domach, czy szklarzy. Ich twarze nie były tak wypoczęte jak wizerunki przedsiębiorców, którzy właśnie usiedli na odpoczynek w jednym z zajazdów i otrzymali śniadanie. Ich twarze świadczyły o tym, że pracowali całą noc, aby na czas zrealizować to czy inne zamówienie. Jeśli w ogóle mieli chwilę na posiłek, to był on skromny - może kilka ziemniaków albo kromka chleba. Oni również się spieszyli - w Sonnebergu pośpiech był na porządku dziennym - ale Johanna podejrzewała, że to nie jakieś ważne sprawy handlowe zmuszają tych ludzi do pośpiechu, lecz dom pełen dzieci i góra pracy, która rośnie z każdą minutą ich nieobecności.
Gdy młoda kobieta otworzyła drzwi sklepu Friedhelma Strobela, myśl, że to będzie jej ostatnia wizyta, ścisnęła ją za gardło. Nagle ucieszyła się, że nie została obsłużona od razu, ale musiała poczekać, aż szklarz przy ladzie skończy swoją sprawę ze Strobelem. Z ciężkim sercem usiadła na bordowej aksamitnej sofie na drugim końcu sklepu.
O dziwo, była tu tak często, a jednak nigdy wcześniej tak naprawdę nie rozejrzała się po wnętrzu. Od podłogi do sufitu ciągnęły się półki, na których Strobel trzymał zarówno próbki, jak i gotowe produkty. Żadna z przegródek nie była opisana, a jednak wystawca zdawał się wiedzieć z lunatyczną wręcz pewnością, co się w nich znajduje. Na górnej półce zamiast szuflad umieszczono koszyki. W jednej z nich Friedhelm Strobel trzymał ręcznie zwijane, idealnie okrągłe mydła, wykonane przez starszą kobietę i jej dwie córki z jednej z sąsiednich wiosek. Johanna była kiedyś obecna, gdy mężczyzna przyjmował dostawę mydeł, i od tamtej pory wiedziała, że to one są źródłem ziołowego, korzennego zapachu, który zawsze wypełniał powietrze w jego sklepie.
- Mógłbym je zapakować w jedno z tych drewnianych pudełek, ale w ten sposób chronią mnie przed naftaliną - wyjaśnił, kiedy wspomniała kiedyś o zapachu, który nieco przypominał kadzidło.
Zmarszczyła nos, żeby stłumić kichnięcie.
- Ta misa jest o wiele za głęboka - usłyszała głos Strobela. - Mogłaby pomieścić co najmniej pół kilo czekoladek, ale mój klient chce, żeby było w niej nie więcej niż siedem, osiem pralinek. Przecież wyraziłem się bardzo jasno ostatnim razem!
Johanna aż za dobrze znała irytację i wyrzuty, jakie Strobel skierował do mężczyzny. Jakby wręcz nie dało się ująć w słowa jego głupoty. Często była świadkiem, jak w ten sposób ganił któregoś ze swoich dostawców. Za każdym razem mu współczuła.
Wciąż mówiąc, wystawca przysunął sobie drewnianą drabinę, pokonał trzy stopnie i otworzył jedną z przegródek.
- Chciałbym wiedzieć, po co pokazałem ci wzór, skoro nie zamierzałeś się go trzymać. Spójrz, średnica jest taka sama, ale dno ma znacznie mniejszą objętość! - Wskazał na jasnoniebieską szklaną misę.
Mężczyzna sięgnął po nią i dokładnie ją obejrzał. Strobel westchnął niecierpliwie. Kiedy spojrzał w oczy Johanny, ta wymownie odwróciła wzrok. Chyba nie sądził, że połączy z nim siły przeciwko temu biedakowi!
- Ale nie powiedziałeś tego tak wyraźnie za pierwszym razem - odparł. Jego twarz była napięta. - To co teraz?
Wystawca wzruszył ramionami.
- Czy to mój problem, że nie słuchasz uważnie? Muszę spełniać oczekiwania klientów.
- Ale pewnie są klienci, którzy potrzebują misek tak głębokich jak moja! Co mam zrobić z tymi pięćdziesięcioma?
Rozpacz malowała się na twarzy mężczyzny. Johanna nie chciała sobie wyobrażać, co go czeka w domu, kiedy wróci z pełnym koszykiem zamiast pustego! Strobel poklepał go po ramieniu.
- Mogę je zatrzymać jako prototyp. Może coś z tego wyjdzie - powiedział, prowadząc mężczyznę do wyjścia. Jego słowa: "Następnym razem się dogadamy" miały zapewne brzmieć pocieszająco.
Gdy tylko biedak wyszedł, Strobel pozwolił misce zniknąć w szufladzie pod ladą i więcej na nią nie spojrzał.
- Johanna! - Wyciągnął do niej ręce. - Już słyszałem o strasznym nieszczęściu, które cię spotkało! Moje najszczersze kondolencje!
Friedhelm Strobel miał kościste dłonie, a jego uścisk zawsze był odrobinę za mocny. Skóra wokół jego paznokci krwawiła od obgryzania, a w niektórych miejscach nawet ropiała. Johanna niechętnie podała mu dłoń, ale po chwili ją cofnęła.
- Przyszłam sprzedać nasze pozostałe szklane flakoniki - powiedziała, wskazując na kosz za sobą. Nie chciała rozmawiać z wystawcą o śmierci Joosta.
Ale Strobel zdawał się nie zwracać na to uwagi.
- To, że tak pracowity i utalentowany szklarz musiał nas tak szybko opuścić - to tragedia!
Obszedł ladę, położył dłoń na ramieniu Johanny i zaprowadził ją do stołu, na którym wystawiał klientom katalogi z próbkami. Był on wykonany z czerwonawego drewna, a jego wypolerowana powierzchnia odbijała światło żyrandola wiszącego na środku pomieszczenia. Przy obu końcach stołu stały duże krzesła obite brokatową tkaniną w odcieniach złota i brązu. Kącik wypoczynkowy emanował elegancją i przepychem. Johanna nigdy wcześniej nie miała tam wstępu, ale dziś Strobel niemal zmusił ją do siedzenia na jednym z krzeseł. Spojrzał na nią znacząco.
- Później obejrzymy te szkła - oznajmił nonszalancko.
Johanna musiała się powstrzymać, żeby nie przewrócić oczami. Dziś ledwo znosiła zarozumiałość Strobela - mógłby jej raczej pomóc pieniędzmi, które miała otrzymać za ich szklane wyroby!
- Prawie nie znał pan mojego ojca, więc jego śmierć nie może pana obchodzić - stwierdziła kpiąco.
Jego wzrok powoli przesunął się po chustce Johanny w stronę jej oczu, potem po policzkach, a w końcu zatrzymał się na jej ustach.
- Czy ja tak powiedziałem? - zapytał, unosząc brwi.
Niechcący Johanna lekko odsunęła krzesło do tyłu.
Strobel podparł się na łokciach i splótł dłonie jak do modlitwy.
- Dużo myślałem o tym, co śmierć twojego ojca oznacza dla ciebie i twoich sióstr.
To znaczące spojrzenie! Głęboki wydech! Wyczekujący wyraz twarzy! Tysiąc niewidzialnych cierni w jednej chwili ukłuło Johannę. Miała już na końcu języka kolejną ironiczną uwagę, ale odpowiedziała po prostu:
- To nie jest łatwy czas dla nas, trzech dziewcząt. Wiele się zmieniło od śmierci ojca. - Wstrzymała oddech. Może znał kogoś, kto miał dla nich pracę!
- Czym byłoby życie bez zmian? Nie sposób ich uniknąć, to pewne. Czasami jednak można nadać im właściwy bieg. Wystarczy dokręcić odpowiednią śrubę. - Strobel znacząco skinął głową. - I dlatego, droga Johanno Steinmann, chciałbym ci złożyć ofertę!
1 Cytat pochodzi z dzieła Johanna Wolfganga von Goethego "Teoria kolorów" (oryg. "Zur Farbenlehre"), które ukazało się po raz pierwszy w 1810 roku. Ponieważ nie istnieje pełny polski przekład książki Goethego, przytoczony fragment przełożyła tłumaczka niniejszej powieści. Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy są autorstwa tłumaczki.
2 Niem. Maul - dosł. "jadaczka"; przydomek Stinnesa nawiązuje do miejscowej tradycji nadawania mężczyznom z Lauschy przezwisk odnoszących się do ich cech lub zajęć.
3Niem. Marzen-Paul.
4 Rusznikarz zajmuje się wyrobem i naprawą broni palnej. Określenie to jest tutaj najpewniej złośliwą aluzją do "niecelnych strzałów" Joosta, czyli do tego, że spłodził córki, a nie syna.
5 W oryginale pojawia się gra słów, której nie da się w pełni oddać po polsku. Joost używa żartobliwej formy Steinmänner, nawiązującej zarówno do nazwiska Steinmann w liczbie mnogiej, jak i do niemieckiego określenia kamiennych kopczyków lub piramidek wznoszonych w celu oznaczenia drogi bądź upamiętnienia miejsca lub wydarzenia.
6 W języku niemieckim słowo to oznacza słup majowy (lub drzewo majowe) - tradycyjny, zdobiony pień drzewa, który stawia się w nocy z 30 kwietnia na 1 maja. Jest to starożytny symbol wiosny, nowego życia i płodności.