Szkocki Klan - Katarzyna Muszyńska

Kup ebooka

15.99 zł

-
Proszę czekać

Verena bawiła się do połowy opróżnionym kuflem, przesuwając go po porysowanym blacie. Siedziała tak od godziny i czekała, aż minie szalejąca na zewnątrz ulewa. O tej porze roku gwałtowne deszcze nie były niczym niezwykłym w Szkocji, jednak mimo że spędziła tu całe życie, i tak do nich nie przywykła. W pubie Queen of the Loch panował półmrok, a pomieszczenie co chwilę wypełniały salwy śmiechu. Przy rozsianych po ciemnym wnętrzu stolikach gnieździli się spragnieni rozrywki mieszkańcy, co jakiś czas zerkający na pochyloną nad trunkiem postać. Jak dotąd żaden z nich nie odważył się zbliżyć, co jej odpowiadało. Ostatnim, o czym marzyła, było wysłuchiwanie ich pretensji.

Akurat wystukiwała paznokciami na szkle starą przyśpiewkę, gdy drzwi otworzyły się na oścież, a do środka wtoczył się przemoczony mężczyzna, co przykuło uwagę stałych bywalców pubu. Zrzucił kaptur i otrząsnął się, zupełnie jakby był psem. Przeklinając parszywą pogodę, ściągnął ociekającą wodą skórzaną kurtkę, po czym powiesił ją na jednym z wbitych w ścianę haczyków.

Poprawił sięgające ramion jasne włosy i podszedł do wycierającego szklanki barmana. Następnie usadowił się na hokerze, a potem rozejrzał z zainteresowaniem po knajpie. Jego spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem, wyglądającej na znudzoną, kobiety, która siedziała po drugiej stronie baru. Miała długie czarne włosy, związane w koński ogon, i sportowy ubiór. Bluza z kapturem, obcisłe getry i adidasy sugerowały, że deszcz przerwał jej trening.

- Turysta? - Głos barmana zmusił go do odwrócenia wzroku od nieznajomej.

- Powiedzmy. Zawsze u was tak leje? - Uśmiechnął się do badawczo przyglądającego mu się faceta w średnim wieku.

- O tej porze tak, choć za chwilę powinno się rozpogodzić. Co podać?

- Piwo. Butelkowe, jeśli można.

Barman postawił przed nim BrewDog, po czym wrócił do układania szklanek. Blondyn chwycił butelkę i przesiadł się bliżej czarnowłosej kobiety. Choć zdziwiło ją jego zachowanie, nie dała nic po sobie poznać.

- Cześć - zagaił, a potem zlustrował jej ciało.

Zignorowała go, nadal przesuwając kufel z ręki do ręki.

- Zastanawiałem się, czy nie wiesz przypadkiem o jakichś pokojach do wynajęcia?

W odpowiedzi objęła dłońmi szkło i zacisnęła pełne usta.

- Planuję zostać w okolicy kilka dni i przydałoby się jakieś miejsce do spania. Jesteś tutejsza? Może podpowiesz, co można tu zobaczyć? Miasteczko wydaje się interesujące - kontynuował niezrażony. - Nazywa się Luss, prawda? Wiem, że się nieco naprzykrzam, ale tak siedziałaś sama, to mi się trochę żal ciebie zrobiło.

Ze świstem wciągnęła powietrze i odwróciła twarz w stronę natręta.

Była wkurzona. Zmrużyła czarne oczy, a mężczyzna jak urzeczony wpatrywał się w jasną, pokrytą piegami cerę, lekko zadarty nos oraz wystające kości policzkowe.

- Jestem Logan Scott. - Wyciągnął do niej dłoń.

- Kpisz sobie? - prychnęła zszokowana, gapiąc się na jego rękę.

- W tych stronach jesteście na bakier z manierami? - Z trudem stłumił śmiech.

- Czego ty chcesz?

- Teraz poznać twoje imię. - Nie poddawał się łatwo.

- Czy to, że cię ignoruję, nie powinno być jasnym sygnałem?

- Ignorowałaś, teraz już przeszliśmy krok dalej i gawędzimy. Zatem jak mam się do ciebie zwracać? - Obserwował ją błękitnymi oczami, w których szalały radosne ogniki, zdradzające, że dobrze się bawił.

- Co mam zrobić, abyś się odczepił?

- Wystarczy, że podasz swoje imię. - Wziął solidny łyk bursztynowego płynu.

- Verena.

- Nie było to takie trudne. - Wyszczerzył się. - Zatem, Vereno, gdzie mogę się zatrzymać na noc?

- Nie miałeś sobie już pójść? Czyż nie taka była umowa? - Na jej twarzy odmalowała się złość.

- Zmieniłem zdanie. Postanowiłem jeszcze trochę z tobą posiedzieć.

Jego bezczelność zaczynała działać jej na nerwy. Już dawno nikt nie ośmielił się "gawędzić" z córką Ethana Colquhouna.

- Słuchaj, nie wiem, skąd w ogóle pomysł, aby się do mnie dosiąść, ale nie bez powodu siedziałam tu sama. Byłabym wdzięczna, gdybyś już sobie odpuścił. - Ponownie skupiła się na trzymanym w dłoni kuflu.

- Myślę, że tak naprawdę cieszysz się z mojego towarzystwa.

- Co? - niemal wykrzyknęła zdumiona jego impertynencją, czym skupiła na sobie uwagę barmana.

- Przyznaj, że to prawda, to sobie pójdę. - Przysunął się bliżej, tak że poczuła jego ciepły oddech na policzku.

- Dlaczego miałabym ci wierzyć? Jesteś kłamcą, Loganie Scotcie. - Z gracją zsunęła się z krzesła.