Przedmowa
Szkoła po japońsku wywołuje przypływ wspomnień o trudnych doświadczeniach mojej rodziny sprzed trzech dziesięcioleci, kiedy mieszkaliśmy w Japonii i zapisaliśmy naszych chłopców na rok do japońskiej szkoły publicznej.
Z rodziną Kumiko mieliśmy zadziwiająco wiele wspólnego, mimo pewnych oczywistych różnic. Ona była Japonką wychowaną za granicą, po rozwodzie, a jej adoptowany syn, różniący się wyglądem od innych dzieci, pochodził z Kazachstanu. My byliśmy Amerykanami, mieliśmy chłopców o jasnych włosach i bardzo słabo mówiliśmy po japońsku.
W przeciwieństwie do Kumiko wszyscy członkowie naszej rodziny byli w Japonii całkowicie obcy, co miało ogromny wpływ na nasze codzienne życie. Wbrew pozorom dzięki tej obcości żyło nam się łatwiej niż Kumiko. Od niej, jako Japonki, oczekiwano przede wszystkim przynależności do miejscowej kultury. Mieszkając za granicą, zyskała trochę niezależności, a przynajmniej w ten sposób dało się wytłumaczyć jej odmienność. Podstawę jej bezpieczeństwa, choć daleką od ideału, tworzyła elitarna, zamożna rodzina, która umożliwiała jej dokonywanie wyborów i zapewniała wyjście awaryjne.
Od nas niczego nie oczekiwano (może poza tym, że zawsze zrobimy coś nie tak, jak trzeba). Wszyscy wiedzieli, że nie możemy znać tutejszych rytuałów, nie potrafimy zachowywać się jak należy ani przestrzegać rozlicznych reguł. To wszystko odnosiło się nie tylko do dzieci, ale też w szczególnoścido mnie jako matki. Nasza podstawa bezpieczeństwa: nie jesteśmy Japończykami i możemy się wycofać, jeśli tak zdecydujemy.
Kumiko miała dość siły i wsparcie rodziny, by utorować sobie drogę wśród szkolnych przeszkód i robić to, co uważała za słuszne. Walczyła do upadłego. (Istnieje japońskie słowo określające taką postawę, niemające właściwego odpowiednika w innych językach: gaman, co oznacza "nigdy nie przestać próbować").
Ja zaś przepadłabym bez Keiko, mojej jedynej prawdziwej i szczerej przyjaciółki, która opiekowała się mną przez ten rok. Prowadziła mnie za rękę, aby z długiej i szczegółowej listy, obejmującej plecaki, sprzęt sportowy, buty i kaski na wypadek trzęsienia ziemi, zakupić dokładnie to, co chłopcom było potrzebne. Uczyła mnie, jak przygotować pudełko bento1 na miarę swoich możliwości. A także jak ubrać się w kimono na szczególnie uroczyste okazje, zamiatać chodnik przed domem, przyrządzać herbatę, gotować ryż, mądrze kupować i obdarowywać sąsiadów.
Pamiętam dzień, w którym razem z mężem postanowiliśmy, że damy sobie spokój z podejmowaniem prób, by w każdym szczególe naszego życia postępować tak, jak wypada. Od tamtej pory, choć nadal popełnialiśmy błędy, przynajmniej żyliśmy w sposób dla nas znośny. (Rok może się niemiłosiernie dłużyć!) W gruncie rzeczy chodziło o drobiazgi, które z biegiem czasu stały się ogromnym ciężarem, na przykład jak powiesić pranie na zewnątrz, gdzie każdy mógł je oglądać. Tamtego dnia wyraźnie poczułam ulgę, zrozumiałam, co znaczy określenie "zrzucić kamień z serca".
Będąc Japonką, Kumiko nie mogła sobie na to pozwolić. Wymagania stawiane przed nią i jej synem mnożyły się, zmuszając ją do nieustannej harówki i życia pod presją. Nam, cudzoziemcom, zostało to oszczędzone.
Nasi dwaj bardzo różni synowie stali się uczestnikami swego rodzaju kontrolowanego eksperymentu, który miał pokazać, jak poradzi sobie w japońskiej szkole, wśród siedmiuset małych Japończyków dwójka obcych. Starszy syn, śmiały i otwarty, trafił do klasy liczącej czterdziestu trzech uczniów, prowadzonej przez młodego nauczyciela, który potraktował ów "eksperyment" jako swoją życiową szansę. Młodszy syn, wrażliwy i skłonny do refleksji, znalazł się w klasie z pięćdziesięcioma uczniami (w tym również z tymi otoczonymi specjalną troską). Klasą opiekowała się starsza nauczycielka tuż przed emeryturą, dla której taki "eksperyment" to było, no cóż, już trochę za dużo.
Na koniec roku szkolnego starszy syn otrzymał świadectwo ukończenia szkoły podstawowej i cały szczęśliwy, w swoim uszytym na wzór pruski mundurku przeszedł do gimnazjum. Młodszy brnął z mozołem przez niezliczone powtórki z tabliczki mnożenia, ale nie wytrzymał, kiedy nauczycielka przerobiła jego "twórcze" rękodzieło, odklejając z kartki ziarnka ryżu i układając je tak, jak jej się podobało. Kiedy zobaczyliśmy, że syn upada na duchu, stwierdziliśmy, że nie jesteśmy w porządku, oczekując od niego zbyt wiele. Wtedy zdecydował, że ostatnie kilka miesięcy roku szkolnego przetrwa, kursując od jednych dziadków do drugich między Florydą a Kalifornią.
Choć trzy dekady dzielą doświadczenia Kumiko i moje, widzę, że nadal niewiele się zmieniło w trwających od tysięcy lat japońskich małych zwyczajach i wielkich koncepcjach kulturowych.
Ciągle jeszcze utrzymuje się święta, nienaruszalna tradycja spotkań matek uczniów z klasy. Biorąc udział w tych zebraniach, starałam się zrozumieć jak najwięcej, ale dopiero po paru miesiącach dotarło do mnie, że większość dyskusji dotyczyła naszego syna i tego, jak grupa może wesprzeć i jego, i "ten eksperyment". Gdyby jemu się nie udało, wszyscy ponieśliby porażkę.
Były też zebrania uczniów, podczas których dzieci miały rozwiązywać problemy wspólnie, aby zdobyć potrzebną w przyszłości umiejętność pracy zespołowej. Pewnego razu, gdy klasa starszego syna musiała przed wycieczką szkolną podzielić się na mniejsze grupy, przez dwa i pół dnia dyskutowano, jak równo podzielić czterdzieścioro troje dzieci, aby dodatkowy członek grupy nie czuł się dotknięty albo niepotrzebny. Ostatecznie im się udało.
Kiedy czytam książkę Kumiko, zaskakuje mnie, jak wciąż - mimo postępującej w ciągu ostatnich trzydziestu lat globalizacji - japońska kultura niewiele wiedzy o sobie udostępnia nie-Japończykom. U Japończyków szczerze doceniam estetykę, porządek, uprzejmość, staranie, by dać z siebie wszystko. Dostrzegam jednak, że nadal ludziom z zewnątrz trudno jest zajrzeć w głąb japońskiej duszy i dosięgnąć jej istoty.
Deborah Fallows jest autorką kilku książek, między innymi Dreaming in Chinese: Mandarin Lessons in Life, Love, and Language oraz najnowszej Our Towns: A 100,000-Mile Journey into the Heart of America.