Rozdział I
PROSTA SUKIENKA
Grudzień 2013
Polska. W wieku 113 lat umiera kapitan Józef Kowalski. Ostatni
żyjący weteran wojny polsko-bolszewickiej
z 1920 roku.
USA. NASA ogłasza odnalezienie wody w atmosferach pięciu planet,
które okrążają inne gwiazdy. Odkrycie umożliwił teleskop Hubble'a.
RPA, Johannesburg. W wieku 95 lat umiera Nelson Mandela.Ruda właśnie skończyła 39 lat. Była pewna, że jest w najlepszym momencie
swojego życia. Atrakcyjna, z dobrą pracą agentki od ubezpieczeń na
życie, z dwójką dzieci, trzy lata po rozwodzie i po niemal rocznej walce
z wirusem HCV. Miała nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej.
- Najgorsze za mną - powiedziała do siebie, wsiadając do auta.
Była wkurwiona na życie i wszystkich wokół. Przez wiele lat myślała, że
nic gorszego od tego, co spotkało ją w ostatnich latach albo w dzieciństwie pozbawionym rodzicielskiej miłości, już się nie zdarzy.
Myliła się. Najgorsze miało nadejść. Teraz doświadczała tego samego,
co większość ludzi po trzydziestce z kredytem na głowie, w świecie
ścigających się szczurów. Ciągły stres, gonitwa za pieniędzmi na spłatę
rat kredytu na dom, życie z piętnem zdradzonej żony, która również
wpadła w spiralę kochanków na poczekaniu - wszystko to stało się
przekleństwem jej codzienności. Cieszyła się jednak, że ma pracę, która
na prowincji pozwala wyciągnąć więcej niż średnia krajowa.
Tego dnia jechała do klientki - bogatej, bezrobotnej
dwudziestopięciolatki, żony nadzianego po zęby biznesmena. Takie to mają
życie! Wstają rano z łóżka i jedynym ich zmartwieniem jest to, czy
poranną kawę wypiją na tarasie czy w salonie. Psioczyła w myślach na
kobiety, które nie potrafiły zadbać o swoją przyszłość i już zawsze będą
zdane na bogatych mężów. Czy one mają świadomość, że ich piękna cera,
długie nogi i zadbane paznokcie nie są żadną gwarancją bezpieczeństwa?
Podziwiała kobiety, które mimo pełnego konta swoich mężów pracowały,
wymyślały co rusz nowe rzeczy i udowadniały, że aktywne kobiety mają
siłę większą niż mężczyźni z wypchanym portfelem. Chciała być taka jak
one.
Skręciła w ulicę Grenadierów. Minęła zabytkowy, ale wciąż czynny zakład
karny dla mężczyzn recydywistów. Mury z czerwonej cegły z neogotyckimi
budynkami w środku przypominały jej trochę zamek, a trochę kościół. Jak
większość więzień na terenie Polski, które powstały w XVIII wieku,
również to w Goleniowie prezentowało się dostojnie i groźnie zarazem.
Tylko kraty w oknach i gęsta sieć drutów kolczastych na szczycie murów
nie pozostawiała wątpliwości, że po drugiej stronie mieszkają ludzie z kiepską reputacją. Z kiepską reputacją? Złapała się na politycznej
poprawności, mimo że zawsze starała się mówić, co myśli. Jaką, kurwa,
kiepską reputacją? Nie zachowuj się, jakbyś była na spotkaniu
dyplomatów? Przecież to przestępcy. Gdybym mogła, wsadziłabym tu
wszystkich dupków, którzy zdradzają swoje żony. Powinni tam umrzeć,
gwałceni każdego dnia przez dużych, czarnoskórych przestępców z amerykańskich filmów. Podgłośniła radio, chcąc zagłuszyć własne
sumienie.
- Nie przesadzaj. Ty też zdradzałaś - odezwał się w niej głos, który
natychmiast zdławiła krótkim tekstem.
- Nie pierdol... Jakie to ma znaczenie? Nie ja byłam pierwsza.
- Możesz tak nie przeklinać?! - dyskutowała znowu ze sobą.
- Daj mi spokój. Wolę przeklinać, niż pić.
Wulgarne słowa zdecydowanie częściej gościły w jej ustach niż alkohol.
Ruda nie gardziła whisky i dobrą wódką, ale po drinka sięgała
okazjonalnie - najczęściej na poprawę humoru podczas korporacyjnych
imprez integracyjnych raz w roku, i od czasu do czasu w domu, kiedy
przychodził weekend. Zdarzało się, że hasło "Piątek, piątunio" otwierało
barek. Kiedy już wypiła, zawsze płakała. Analizowała swoje życie, nie
tylko dalekie od ideału, ze wzlotami i upadkami, ale przede wszystkim
dalekie od normalności. Miała osiemnaście lat, gdy pewnego dnia matka
razem z ojczymem zamknęli przed nią drzwi domu. Cztery dni po
urodzinach, kiedy chciała wyjść wieczorem, powłóczyć się bez
konieczności informowania rodziny, kiedy wróci, drogę zagrodził jej
ojczym.
- Nigdzie nie pójdziesz - zakomunikował.
- Od czterech dni mogę już decydować sama za siebie - odpowiedziała,
patrząc mu prowokacyjnie prosto w oczy. - Nie mam pojęcia, o której
wrócę - dodała i ostentacyjnie zdjęła z wieszaka kurtkę.
Kiedy obracała się do drzwi wyjściowych, poczuła mocne uderzenie w twarz. Prawie upadła. Złapała się za policzek i poszukała wzroku matki.
Ta, niewzruszona, stała w drugim końcu przedpokoju. Brak reakcji Ruda
odczytała tylko w jeden sposób: "Nie znajdziesz we mnie sojusznika".
Wybiegła z płaczem na dwór. Rzuciła się w ramiona najlepszej koleżanki i poszły w miasto. Zamierzały spędzić razem wieczór, ale nie
przypuszczały, że będą zmuszone spać w pokoju Anki, w jednym łóżku.
Kiedy bowiem przed północą Ruda pojawiła się z powrotem w domu, zastała
zamknięte drzwi, przed którymi leżały dwa duże foliowe worki z jej
rzeczami. To był jasny sygnał, że skończyła się jej przygoda w rodzinnym
domu. Nikt jej tu nie chciał, a i ona nie miała zamiaru jeść śniadań w ponurej atmosferze. Nie zapukała do drzwi. Jeżeli spakowane rzeczy miały
być tylko straszakiem pokazującym jej miejsce w szeregu, to ona właśnie
zdecydowała, że do niej się nie strzela... nawet ze ślepej amunicji.
Chwyciła worki, podała Ani ten lżejszy i wybiegły z klatki schodowej. Po
dwóch nocach spędzonych u przyjaciółki pojechała do ojca, którego
praktycznie nie znała. Miała dwa lata, kiedy odszedł. Poznała go dopiero
czternaście lat później, i to tylko na swoją prośbę. Czuła, że musi
wreszcie spojrzeć w oczy komuś, kto dał jej życie. Między nimi nie było
żadnych więzi emocjonalnych, żadnej tęsknoty i potrzeby rozmowy. Nawet
powitanie odbyło się bez pocałunku w policzek. Jeszcze wtedy nie mogła
sobie zdawać sprawy z tego, że ojciec wróci do jej życia i odegra ważną
rolę, kiedy ona znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Po dwóch miesiącach poznała chłopaka z osiedla. Mieszkał w bloku
naprzeciwko. Zakochała się miłością młodzieńczą, niedojrzałą i pełną
skrajnych emocji. Nie miała wątpliwości, że chce z nim być, również
dlatego, żeby zacząć dorosłe, samodzielne życie na własny rachunek.
Częściej nocowała u chłopaka niż w domu ojca. W końcu, któregoś dnia do
pokoju zapukała matka chłopaka. Stanęła w drzwiach z gotową propozycją,
która w zasadzie nie pozostawiała jej możliwości wyboru.
- Możesz tu mieszkać - zakomunikowała suchym głosem - ale musi być ślub - dodała i zamknęła drzwi.
Zgodziła się. Wszystko załatwili w kilka tygodni. Kiedy w sobotnie
przedpołudnie pojawili się w urzędzie stanu cywilnego uzgodnić termin
ślubu, oprócz nich były jeszcze cztery pary. Wszystkie dziewczyny w ciąży. Ona jedna z prostą sukienką na brzuchu. Kiedy stanęli przed
urzędniczką, ta zdezorientowana zsunęła okulary na nos i patrząc na
Rudą, zakomunikowała:
- Nie widzę podstaw do udzielenia ślubu.
Zawołała przyszłego teścia Rudej i z wyrzutem, połączonym z żądaniem,
powiedziała:
- Pan chyba nie wie, co robi! Jestem tolerancyjna, ale pan? Pozwala pan
tym dwojgu wziąć ślub w tak młodym wieku? Bez ciąży, bez żadnego
istotnego powodu?
- To moja sprawa, na co ja pozwalam, a na co nie - odparł przyszły teść
Rudej.
Urzędniczka pokiwała odmownie głową. Nie chciała dać zgody między innymi
ze względu na zbyt młody wiek chłopaka. Nie miał jeszcze 21 lat. Wtedy
do rozmowy włączyła się Ruda.
- Wysoki sądzie - zaczęła z należną powagą i godnością, aby chwilę
później przejść do ataku. - Czy gdybym bzyknęła się za rogiem z przypadkowym chłopakiem i miała z nim dziecko, to wtedy miałaby pani
istotny powód, aby udzielić mi ślubu? Bez miłości? Bez najważniejszego
powodu, dla którego ludzie są ze sobą przez całe życie? - spytała
odważnie z młodzieńczą naiwnością i wiarą w nieśmiertelność motyli w brzuchu.
Kiedy sytuacja stawała się beznadziejna, zawsze mówiła, co myśli, zawsze
brała sprawy w swoje ręce. Tam, gdzie inni kapitulowali, ona dopiero
rozpoczynała walkę.
Urzędniczka przewróciła oczami. Spojrzała na Rudą z politowaniem.
- Miłości? Przez całe życie? Dziecko, nie masz pojęcia, o czym mówisz.
Gdyby motyle w brzuchu odpowiadały za szczęśliwe małżeństwo, żadna zupa
w tym kraju nie byłaby za słona. Wiesz, dlaczego ludzie opisują miłość
motylami w brzuchu? Bo one krótko żyją. Większość zdycha po kilku
godzinach, a te najbardziej wytrwałe po kilku miesiącach. Ot i cała
miłość. - W głosie kobiety słychać było coraz więcej negatywnych emocji.
Ruda słuchała w milczeniu i zastanawiała się, kto kobiecie zrobił
krzywdę i jak wielką. Musiała trafić na niezłego palanta - pomyślała.
Chwilę później z zamyślenia wyrwał ją głos urzędniczki.
- Dobrze, dam wam ten ślub. Ciekawe, na której rozprawie sądowej się
spotkamy, o alimenty czy rozwodowej? - mówiąc to, uśmiechnęła się
złośliwie.
Ruda pierwszy raz zaszła w ciążę osiem lat po ślubie. Nie dlatego, że
wcześniej nie mogła, ale dlatego, że nie chciała. Ona ustalała reguły.
Chciała szaleć, zwiedzać i zdobywać świat. Żyła chwilą. Myślenie o bliżej niezdefiniowanej przyszłości było dla niej abstrakcyjne i śmieszne. Wolała żyć w świecie, w którym wizyty u koleżanek na piżama
party zdarzają się zdecydowanie częściej niż zakupy kremu na zmarszczki.
Przecież trzydziestolatkowie się nie starzeją. Owszem, mają dzieci,
męczącą i stresującą pracę, ale siwiejące włosy zdarzają się wyłącznie
tym, którym Bóg namieszał w genach za karę. Na pewno istnieje na świecie
grupa ludzi, która obok potępienia za grzech pierworodny, dostała
jeszcze bonusowe niedogodności, jak siwiejące włosy albo kurze łapki
wokół oczu w wieku trzydziestu lub czterdziestu lat. Ona była pewna, że
wymyka się tej klasyfikacji. W swojej wizji przyszłości była niezmiennie
młoda i zajebiście szczęśliwa. Nawet kiedy urodziła dwóch synów, nie
przestawiła się na inny tryb myślenia, w którym priorytetem jest
myślenie o własnej starości. Była chodzącym zaprzeczeniem powiedzenia "Z kim się zadajesz, takim się stajesz". Przebywanie wśród specjalistów od
ubezpieczeń na życie nie uruchomiło w niej potrzeby zadbania o własne w takim stopniu, w jakim proponowała dbać o nie swoim klientom. Była jak
otyły lekarz sportowy lub dietetyk z chorobliwą nadwagą, przekonywała do
czegoś, do czego sama nigdy się nie stosowała.
Od kiedy została agentką ubezpieczeniową, sporo jeździła, odwiedzała
klientów w ich domach, w miejscach pracy i odpoczynku. Z powodzeniem
mogłaby zostać przewodniczką turystyczną z licencją na Pomorze
Zachodnie. Podczas podróży miała czas na rachunek sumienia i podsumowania, chociaż w tamtym czasie powiedzenie c'est la vie było
wytłumaczeniem wszystkich jej błędów i problemów. Wolała zwalić winę na
los i skwitować wszystko zdaniem "jakoś to będzie", niż znaleźć błąd w swoim postępowaniu. Mimo trudnych lekcji, jakie dostawała od życia, nie
wyciągała wniosków, nie uczyła się na cudzych, a tym bardziej na swoich
błędach. Wybieganie myślami w przyszłość dalszą niż kilka dni nie miało
dla niej sensu. Zbyt często jako młoda dziewczyna sparzyła się
porażkami, które nie były zależne od niej, żeby dzisiaj wierzyć, że ma
wpływ na to, co będzie za dziesięć lat. Żyła chwilą, którą musiała mieć
pod kontrolą. Każdy, kto obserwował ją z boku, widział dwie Rude -
diabła i anioła, anioła i diabła. Była w niej jakaś schizofreniczna
dwubiegunowość - z jednej strony wiedziała, jak powinno się postąpić,
ale z jakichś nieznanych przyczyn robiła dokładnie odwrotnie. Pracowała
w ubezpieczeniach, ucząc ludzi szacunku do pieniędzy, swojego życia i losu bliskich, ale nigdy nie pomyślała, że pierwszą osobą, której
powinna dać taką lekcję, jest ona sama.
Od dwudziestu minut jechała już poza miastem, przecinając samochodem
zalesione tereny i wąskie drogi asfaltowe Pomorza Zachodniego.
- Kiedy oni wreszcie zrobią te lokalne drogi? - powiedziała głośno do
siebie, podskakując na kolejnych dziurach i wybojach - Cholerna
prowincja. Pomorskie, zapomniane przez świat zadupie! - narzekała,
mijając kolejną popegeerowską wieś.
Sporo było takich miejsc w Zachodniopomorskiem - opuszczonych,
wyludniających się miasteczek i wsi widm z poniemieckimi, ceglastymi
domkami. W każdym z nich obowiązkowym punktem były rozpadające się
budynki po Państwowych Gospodarstwach Rolnych i wymagające kapitalnego
remontu kościółki z czerwonej cegły. Po osiemdziesiątym dziewiątym roku
i przemianach gospodarczych ktoś chyba postanowił, że takie miejsca
muszą umrzeć śmiercią naturalną, albo naiwnie wierzył, że większość
ludzi zdanych kiedyś na pracę w PGR-ach, niemających pojęcia o wolnorynkowym budowaniu prywatnych biznesów, weźmie sprawy w swoje ręce
i zrobi z tego drugą Japonię. Absurd. Nowe pokolenia musiały uczyć się
na własnych błędach tego, jak w miarę bezboleśnie przeskoczyć z epoki
realnego socjalizmu do kapitalizmu. Młodzi, przy wsparciu odważnych
rodziców z wyobraźnią, uciekali do miast. Większość marzyła o pracy w korporacjach. Ci, którzy mieli mniej szczęścia, uciekali za granicę do
pracy fizycznej. Nielicznym udawało się zostać i na zgliszczach
gospodarki centralnie planowanej zbudować gospodarkę indywidualnego
sukcesu. Własny biznes na początku lat dziewięćdziesiątych rządził się
własnymi prawami. Były wśród nich takie, które pozwalały jedynie wiązać
koniec z końcem, takie, które mozolnie budowały klasę średnią, ale też
takie, które przynosiły milionowe zyski. Nie zawsze legalne. W każdym z tych przypadków właściciele budzili powszechną zazdrość oraz bardziej
lub mniej skrywaną nienawiść, typowo polską żółć, która uruchamiała
najgorsze instynkty. Kradzieże i zniszczenia mienia nowobogackich nie
budziły większego zdziwienia. Zastanawiano się nie czy, tylko kiedy na
wsi okradną jakiś prywatny sklepik lub dla zasady wybiją szybę, żeby się
skurwysynowi za dobrze nie wiodło. Ruda jechała właśnie do trzeciej żony
jednego z biznesmenów, który w latach dziewięćdziesiątych dobrze wyczuł
kierunek zmian i założył własny biznes, częściowo wykorzystując
infrastrukturę PGR-u. On zajmował się firmą, ona miała po prostu być.
Dużo młodsza od Rudej, miała już tyle, ile ona nie będzie miała nigdy.
Nawet całe życie harówki nie da jej tyle, co rok bycia żoną jednego z bogatych. Pani Bogata, jak ją nazywała, nigdy nie pracowała. Piękna i zgrabna jak z okładki "Vogue'a". Jedna z tych, które leżą i pachną.
Kiedy otworzyła drzwi, powiało złotem, chwilę później chłodem:
- Ma pani pięć minut - usłyszała od kobiety, która po przywitaniu z nonszalancją obróciła się na pięcie, tak aby satynowy szlafrok zafalował
przed nosem Rudej.
Ruszyła w kierunku dębowego stołu w salonie z widokiem na ogród w stylu
japońskim. Już od drzwi widać było, że kobieta żałuje, że zgodziła się
poświęcić kilka minut agentce od ubezpieczeń. Kiedy Ruda zadzwoniła do
niej tydzień temu i powołała się na jej kolegę z dawnych lat, słychać
było zaskoczenie i nieskrywaną radość. Musieli mieć romans, bo mówiła o nim w taki sposób, że gdyby Ruda go nie znała, zakochałaby się w nim już
na podstawie relacji Pani Bogatej. Chyba tylko dlatego zgodziła się na
spotkanie z Rudą. Dziś okazywała już niechęć. Mowa jej ciała wyrażała:
byle szybko, szkoda mi czasu na jakieś ubezpieczeniowe bzdety. No,
czekaj ty, kurwo - Ruda odpowiedziała w myślach, idąc za Bogatą.
Kiedy usiadły w salonie, Ruda nie zrobiła żadnego wstępu, nie siliła się
na small talk i nie pochwaliła nowych marmurów sprowadzonych z Włoch
na specjalnie zamówienie. Postanowiła rozpocząć od hasła "Polisa na
życie", które zawsze wywołuje w klientach strach i odrzucenie. Dla
większości to abstrakcyjne pojęcie i niewielu chce rozmawiać otwarcie o czymś, co według nich oddalone jest o lata świetlne. Tym bardziej że
miała przed sobą dwudziestopięciolatkę. Dla takich mówienie o śmierci ma
sens tylko podczas oglądania seriali kryminalnych i to z ograniczeniem
zestawu potencjalnych umarlaków wyłącznie do bohaterów drugiego planu.
Ruda postanowiła wyprowadzić dziewczynę ze strefy komfortu.
- Co pani zrobi, jeżeli dziś wieczorem pani mąż nie wróci na kolację? -
zaczęła.
Wiedziała, że ma tylko pięć minut, a to stanowczo zawęziło listę pytań,
którymi mogła rozpocząć konwersację zorientowaną na sprzedaż.
- Co pani wygaduje?! Ma być za godzinę. Dzwonił właśnie - odpowiedziała
przerażona Pani Bogata, jakby scenariusz, o którym usłyszała, był
nieodwołalnym wyrokiem, a nie manipulacją sprawnego sprzedawcy.
- Załóżmy, że nie wróci. Mógł mieć wypadek. Być może nawet nie żyje.
Ruda nie miała litości. Była jak młody, ale już obeznany z najbardziej
spektakularnymi strategiami szachista, który postawił sobie za cel
skarcenie początkującego kolegi. Mat szewski w czterech ruchach był tym,
co dawało jej przypływ adrenaliny, a wyrzut hormonów szczęścia po
ostatnim ruchu mogła porównać tylko z działaniem narkotyku. Napawała się
chwilą, która dawała jej poczucie władzy i panowania nad światem.
- Boże... nie wiem, co zrobię - odpowiedziała kobieta, sięgając nerwowo po
filiżankę do połowy wypełnioną chłodną już kawą.
- To ja pani powiem - odpowiedziała Ruda. - Nic pani nie zrobi. Będzie
pani w czarnej dupie. Macie rozdzielność majątkową i firmę, której nie
jest pani udziałowcem - tłumaczyła Bogatej scenariusz potencjalnych
wydarzeń.
Nawet trochę się dziwiła, że ludzie w takiej sytuacji pozwalają jej na
bezpardonowe ataki i malowanie przyszłości w czarnych barwach. Ona nigdy
by sobie na to nie pozwoliła. Wywaliłaby takiego agenta za drzwi już po
pierwszym zdaniu, w którym wyczułaby chęć dominacji.
- Ale...
- Pani jest tylko żoną - przerwała.
Delektowała się wyrazem jej twarzy. Wyobraźnią malowała pod jej oczami
kurze łapki, samotną starość i bezsens. To czekało takie jak ona.
- Macie trzy samochody - kontynuowała Ruda. - Wszystkie w leasingu.
Kredyt obrotowy i koncesje na wódkę. Jeżeli firma popadnie w kłopoty, a pani mężowi coś się stanie, nie zdąży go pani pochować, a syndyk masy
upadłościowej wszystko pani zabierze. Na trumnę dla męża pożyczy pani od
rodziny.
Uświadamianie naiwnych to przyjemna chwila. Upajała się przerażeniem w oczach kobiety i brzmieniem ostatecznego pytania, które klienci zadawali
niemal natychmiast po tym, jak skończyła przedstawiać wizję organizacji
pogrzebu.
- Ile to będzie kosztowało? - Bogata wskazała palcem na papiery
ubezpieczeniowe leżące na stole.
Ruda w takich sytuacjach prawie nigdy nic nie mówiła. Spokojnie
wyciągała z tekturowej teczki plik dokumentów, przewracała na ostatnią
stronę i pokazywała dwa punkty - cenę oraz miejsce na podpis.
Pani Bogata wzięła długopis do ręki, szybko przejechała wzrokiem po
treści dokumentu, udając, że przyswaja wiedzę zawartą w akapitach
pisanych małym drukiem, i bez jednego słowa podpisała papier.
- Proszę pozdrowić męża - powiedziała Ruda na pożegnanie i już miała
wychodzić, kiedy na koniec postanowiła jeszcze zarzucić przynętę. - Wie
pani, bo ja pracuję nie tylko w "życiówce", również w "majątkach"... gdyby
mąż potrzebował wsparcia przy zabezpieczeniu firmy, jakichś
nieruchomości, maszyn, to proszę o mnie pamiętać. Chętnie pomogę, a jak
pani widzi, to nie zajmuje dużo czasu - zakończyła i z radością opuściła
marmurowe salony.
Pięć minut... nie lubiła tej presji czasu, ale kiedy już przyszło jej
działać z pistoletem przy głowie, była w tym dobra. Zadaniowcy tak mają.
Wbrew pozorom nie są to ludzie, którzy kochają nieustannie wysoki poziom
adrenaliny. Zadowalają się odpowiednio dużą dawką raz na jakiś czas.
Najchętniej pisaliby książki w zaciszu domowego gabinetu z widokiem na
góry lub morze, ale presja i stres nie zabijają w nich skuteczności.
Czas. Tak mało miała go dla siebie. Zawsze wstawała przed wszystkimi,
żeby wykorzystać każdą minutę w ciszy, spokoju i samotności. Była
pierwsza na nogach nie tylko w domu, ale w całym miasteczku. Chciała
mieć chwilę dla siebie, kiedy wszyscy jeszcze śpią. Towarzyszyły jej
wtedy tylko ptaki. Po natężeniu ich głosu wiedziała, która jest godzina,
śpiewały bowiem jak szalone, a dźwięki wydawały się tak intensywne,
jakby ktoś przepuszczał je przez najlepszej jakości wzmacniacz. Ptaki
śpiewają tak głośno tylko rano, tuż przed świtem. Zaczynają zwykle około
piątej drobną rozgrzewką, aby pół godziny później przejść w najważniejszą część swojego koncertu, a około szóstej zakończyć
łagodnie, jakby odczytywały na zapisie nutowym polecenie calando.
Ruda często spała przy otwartym oknie, żeby nie włączać budzika. Jego
dźwięk postawiłby z pewnością na nogi cały dom. Dziwne. Większość ludzi
nigdy nie budzi się na dźwięk śpiewu ptaków, a nawet najbardziej
wyciszony dzwonek elektronicznego urządzenia potrafi wyrwać ich z łóżka
w kilka sekund. Była pewna, że producenci tych gadżetów weszli w posiadanie jakichś tajemniczych badań, które udowodniły, że
częstotliwość dźwięków wydawanych przez telefony, zegarki i budziki, w specyficzny sposób pobudza naszą podświadomość, która następnie wysyła
informacje do kory nadnerczy, a ta zaczyna produkować kortyzol.
Narastający poziom hormonu stresu natychmiast przełącza nasz organizm w stan walki, przypomina, że za dwie godziny czeka nas korporacyjny młyn,
gdzie głęboko w dupie mają śpiew ptaków i łagodne wybudzanie promieniami
słońca. Po takiej pobudce nasz układ wzrokowy, zamiast zielonych liści
drzew, w których siedzą pustułki, sójki i wróble, zaczyna widzieć
czerwone słupki niedowiezionych celów sprzedażowych.
Ruda nauczyła się unikać takich poranków jak ognia. Miała swój własny
patent na pobudkę, ale był to jedyny moment w ciągu całego dnia, w którym żyła w zgodzie z naturą. Ta na drodze milionów lat ewolucji
wypracowała niezawodny mechanizm, który sterował gatunkami zwierząt i roślin - naturalne budzenie się organizmu pod wpływem promieni
słonecznych i przyspieszającego metabolizmu. Budzenie się w rytmie
niesłyszalnego zegara słonecznego było jak rozpędzanie ciężkiej maszyny
parowej, powoli, od środka, przyspieszając systematycznie, aby po chwili
sunąć po torach płynnie i szybko. Człowiek jest jedyną istotą, która
utraciła instynkt samozachowawczy i świadomie ten proces zaburza. Żaden
inny gatunek na Ziemi nigdy nie podejmował i nie podejmuje działań tak
destrukcyjnych dla siebie jak homo sapiens. Yuval Harrari ma rację,
pisząc, że możemy wykończyć się sami, pędząc w tempie wykładniczym od
homo sapiens do homo deus. Potrafiliśmy zabić lub przyczynić się do
wyginięcia wielu gatunków zwierząt i roślin, ale jesteśmy jedynym, który
świadomie wyniszcza siebie, wie o tym i nie robi nic lub niewiele, by
temu zapobiec. Sam tylko cukier zabija w ciągu roku więcej ludzi niż
wszystkie wojny i zamachy terrorystyczne razem wzięte.
Te ostatnie jednak widać. Są spektakularne, media zapętlają zdjęcia z momentu wybuchu do kilku minut, a eksperci od terroryzmu dyskutują nad
tym na wizji przez wiele godzin. Biała śmierć zabija po cichu, od
środka. Jest dużo gorsza od narkotyków, bo nie niesie z sobą
odrzucającego widoku upodlonego, zniszczonego człowieka, którego
przecież można zmusić jeszcze do podjęcia terapii. Miażdżycy,
nadciśnienia i nieustannej obecności zawyżonego poziomu kortyzolu we
krwi nie widać gołym okiem. Umieramy cicho i przedwcześnie. Jednak
równolegle trwa wyścig o uczynienie człowieka nieśmiertelnym i za
kilkadziesiąt lat faktycznie garstka z nas będzie żyła "wiecznie". Już
niedługo nauka umożliwi nam dożywanie dwustu i więcej lat. Ułatwią to
nie tylko leki, ale również przeszczepy narządów drukowanych na
biodrukarkach. Paradoks naszych czasów - powoli dochodzimy do perfekcji
w skracaniu sobie życia, zabijaniu samych siebie jedzeniem, czynnością,
która w swojej istocie ma utrzymać nasze funkcje życiowe, a z drugiej
strony część ludzkości będzie za chwilę cyborgami żyjącymi po 200 lat.
Gdyby tylko Ruda miała świadomość, że jej życie będzie balansować na
krawędzi, na pewno zmieniłaby jego styl, na pewno by zwolniła, na pewno
w porę zaciągnęłaby hamulec.
Dzisiejszy poranek zaczęła tak jak lubi najbardziej. Leżała w wannie i przeglądała się w ręcznym lusterku. Wnikliwie analizowała układ swoich
brwi. Za grube - pomyślała - i zbyt krzaczaste. Muszę coś z tym zrobić.
Spojrzała na zegarek. Dochodziła 7.30. Czas zrobić śniadanie i obudzić
dzieci do przedszkola.
- Znowu nie zdążę zrobić makijażu! - powiedziała na głos ze smutkiem.
Ruda była jedną z tych osób, które przypisywały nadrzędną rolę aparycji.
Pierwsze wrażenie miało być piorunujące. Ale ktoś, kto dba o wygląd
bardziej niż o to, czy zapłacił rachunek za światło, wcześniej czy
później zderza się z problemem pod tytułem czas. Miała go stanowczo za
mało.
Wyszła z łazienki. W domu było jeszcze bardzo cicho. Chłopcy spali w najlepsze. Poszła do kuchni i włączyła ekspres. Kawa nie tyle ją
budziła, ile pozytywnie nakręcała do życia. Lubiła jej zapach i smak.
Efekt podwyższonego ciśnienia po wypiciu espresso już dawno przestał jej
dotyczyć. Aby mogła stwierdzić pobudzające działanie kawy, musiałaby
wlać w siebie tyle kofeiny, ile zmieści się w dziesięciu filiżankach
naraz. To był efekt wieloletniego stosowania małej czarnej jako
zamiennika wody, herbaty i soków owocowych. Była nałogowym kawoszem. W oczekiwaniu na najpopularniejszą używkę świata włączyła komputer.
Zaczęła sprawdzać e-maile, najnowsze wiadomości z kraju i ze świata.
Wczytała się w jakąś informację o pożarze kamienicy. Po kilku minutach
wpatrywania się w ekran znowu to poczuła - narastający ból głowy.
Pojawiał się od jakiegoś czasu. Zazwyczaj łapał ją w pracy, kiedy
siedziała przy komputerze, wypełniając tabelki w Excelu. Była pewna, że
to właśnie koncentracja na znienawidzonych cyferkach, komórkach programu
od tabelek, słupkach i wykresach była przyczyną tego, że jej mózg
buzował, gotował się od nadmiaru zbędnych ilości danych. Jednak tym
razem ból pojawił się w innych okolicznościach, co bardzo ją
zaniepokoiło. Położyła czoło na splecionych dłoniach opartych o kuchenny
blat i zamknęła oczy. Przez chwilę starała się zidentyfikować źródło
bólu. Dotknęła ręką potylicy. Czuła, że boli w środku i promieniuje
lekko do góry w stronę kości ciemieniowej. Odczekała chwilę, nim
organizm zaakceptował pierwszy próg bólu i przyzwyczaił się do sygnału
ostrzegawczego, po którym mógł wrócić do wykonywania czynności, które
właśnie przerwał. Spojrzała znowu w ekran laptopa. Chciała dokończyć
czytanie artykułu, wciąż jednak nie mogła przestać myśleć o niepokojących objawach. Czy tak wygląda początek migreny? - pytała samą
siebie. A może to ze stresu? - szukała przyczyny. Usłyszała hałas w pokoju starszego syna. Za chwilę jego głośne pytania i krzątanina po
domu obudzą młodszego. Zacznie się nerwówka. Zerknęła na zegarek. Minęła
ósma. Mimo utrzymującego się bólu przeszła w stan działania pracującej
matki Polki. Szykowanie śniadania, pakowanie i sprawdzanie plecaków,
ubieranie. Później zajęła się sobą. W pośpiechu zrobiła makijaż,
obiecała sobie, że to po raz ostatni i na pewno za tydzień zafunduje
sobie makijaż permanentny. Dopiła chłodną kawę. Poranny standard w życiu
samotnej matki z kilkuletnimi dziećmi.
Wsiedli do samochodu i Monika ruszyła w kierunku domu byłych teściów i szwagierki. Kilka razy w tygodniu przywoziła tam chłopców. Tak uzgodnili
z mężem tuż po rozwodzie i po kilku tygodniach nikogo to już nie
dziwiło. Wiedziała, że będą tam bezpieczni, zjedzą drugie śniadanie, a babcia lub ciocia Beata odprowadzą ich do przedszkola i odbiorą. Mogła
wtedy spokojnie pracować, oddając się wcześniej rytuałowi samotnej
przejażdżki swoim srebrnym chryslerem i wypicia drugiej kawy na stacji
benzynowej. PT cruiser, cacko, które kilka lat temu, jeszcze przed
rozwodem, dostała od swojego męża. Zakochała się w tym samochodzie, jak
tylko zobaczyła go po raz pierwszy na żywo. Był inny, oryginalny,
kształtem niepodobny do żadnego innego auta, wyróżniał się - a skoro się
wyróżniał, musiał być jej. Decyzję o tym, że musi mieć samochód, podjęła
błyskawicznie, w chwili emocji, kiedy wracała z pracy do domu. Dźwigała
torby z zakupami i szła chodnikiem w upale, pchając przed sobą wózek z młodszym synem, którego odebrała z przedszkola. Czuła się jak robot
pracujący od rana do wieczora, bez chwili przerwy. Dwie ciężkie torby
były tak dużym obciążeniem dla kiepskiej jakości wózka, że po dwustu
metrach rozkraczył się na środku drogi. Wtedy postanowiła, że zrobi
prawo jazdy, kupi samochód i raz na zawsze przestanie być zależna od
kogokolwiek. Opowiedziała o tym bliskim, a ci wybuchli śmiechem, kiedy
ktoś z rodziny sprowadził ją na ziemię: "Ty, prawo jazdy? Będziemy ci
musieli paczki do więzienia słać, jeśli kiedyś wyjedziesz na miasto.
Roztrzaskasz się na pierwszym lepszym drzewie". Zbyła uwagę milczeniem,
ale czuła się tak, jakby dostała w twarz - upokorzona jednym zdaniem,
które czyniło z niej istotę gorszą od innych, mniej zdolną do
osiągnięcia podstawowych umiejętności życiowych, jakby prawo jazdy było
zdobyciem najwyższej odznaki harcerskiej, do której aspirował co
najwyżej zuch przyjęty właśnie do drużyny. Przez wiele tygodni nie
poruszała tego tematu. Wrócił niby spontanicznie podczas rozmowy w samochodzie jej męża. Któregoś dnia wyprzedzali na autostradzie
chryslera PT cruisera.
- Piękny - szepnęła Ruda - taki bym chciała kiedyś mieć.
Powiedziała ni to do męża, ni to do siebie. Jego odpowiedź ją
zaskoczyła:
- Jak zdasz za pierwszym razem, to ci go kupię - usłyszała.
Postanowiła pokazać, na co ją stać. Zapisała się na kurs prawa jazdy,
który dziś, z perspektywy czasu, był jakimś złowieszczym sygnałem
nadciągającego niebezpieczeństwa.
Rozdział II
PRAWO JAZDY
Maj 2014
Portugalia, Lizbona. Finał Ligi Mistrzów. Real Madryt pokonuje po dogrywce Atlético Madryt 4:1.
Tajlandia. Generał Prayuth Chan-ocha wprowadza stan wojenny
i dokonuje przewrotu wojskowego w odpowiedzi na kryzys
polityczny.
Polska. Umiera Wojciech Jaruzelski, polityk i dowódca wojskowy,
działacz komunistyczny, prezydent PRL (1989) i prezydent RP
(1989-1990).Maj był niezwykle ciepły. Momentami grzało jak latem. Ruda odstawiła
dzieci do przedszkola i zastanawiała się, co robić w tak piękny poranek.
Miała jeszcze kilka godzin do popołudniowego spotkania z klientem.
Skręciła na stację benzynową i kupiła kawę. Spojrzała na ekran
telewizora, w którym jakaś "śniadaniówka" nadawała znad morza. Miała
swoje ulubione plaże w Świnoujściu, Mielnie i Dziwnówku. Spojrzała na
zegarek - ósma. Zdążę - pomyślała i wybiegała ze stacji. Wsiadła do samochodu i w nawigację wbiła Międzyzdroje - jedną z plaż, do których z Goleniowa
jest najbliżej. To tylko dziewięćdziesiąt kilometrów. Godzinka i będę
nad morzem - analizowała. Tak, Szczecin, kurwa, nie leży nad morzem! -
śmiała się, przypominając sobie autentyczne zdarzenie, które opowiedział
jej kiedyś kolega. Kilka lat temu do hotelu w Szczecinie przyjechała
wieczorem rodzinka z Sosnowca. Było już tak późno, że dzieci posnęły im
w samochodzie i wnosili je do pokoju na rękach. Wczesnym rankiem matka,
ojciec i dwóch kilkuletnich chłopców zameldowało się w recepcji w strojach plażowych, z dmuchańcami do pływania na biodrach.
- Dzień dobry! - przywitał się z uśmiechem tata rodzinki. - Jak daleko
do morza?
Zapytał tak przekonująco, że nikt nie mógł wziąć tego pytania za żart.
- Jakieś dziewięćdziesiąt kilometrów - odpowiedział miło recepcjonista.
- Pan chyba żartuje! - oburzył się mężczyzna. - Przecież widziałem na
mapie, że woda...
- To jest jezioro, proszę pana. Dąbie. Tak się nazywa - wyjaśniał
recepcjonista. - Dalej ma pan Zalew Szczeciński. Duży, prawda, ale to
jeszcze nie Bałtyk - dodał z szerokim uśmiechem.
Miny niedoszłych plażowiczów były bezcenne. Cała czwórka stała ubrana w stroje plażowe i zrezygnowana szukała wzrokiem pomocy, jakby się jeszcze
łudzili, że za chwilę recepcjonista krzyknie: "Żartowałem!". Nie
żartował. Jego mina mówiła raczej: "Tak, kurwa, Szczecin nie leży nad
morzem. Zdziwieni?".
Ruda uwielbiała samotne wypady nad morze poza sezonem z kubkiem gorącej
kawy. W maju plaże były jeszcze puste i piękne, pozbawione tych
wszystkich kolorowych parawanów upchanych tak ciasno, że czasami nie
dało się dojść do brzegu, wrzeszczących na siebie ludzi i palaczy,
którym dożywotnio powinno się zabraniać wstępu na kąpieliska. Ruda nie
mogła znieść papierosowego dymu, wyczuwała go na kilometr. Nie rozumiała
palaczy, a nade wszystko nie akceptowała ich potrzeby puszczenia dymka
na świeżym powietrzu.
Wyjechała z Goleniowa na eskę. Czasami jeździli tą trasą na kursie prawa
jazdy. Odkąd zdała egzamin, była najszczęśliwszą osobą na świecie.
Niezależna, mogła decydować o tym, co zrobi z wolnym czasem. Prawo jazdy
było wtedy jej wielkim marzeniem. Oddałaby za nie wszystko. Chociaż nie
przypuszczała, że już sam kurs dostarczy jej tak wielu skrajnych emocji.
Zapamiętała szczególnie jedno zdarzenie.
- Muszę zdać za pierwszym razem! - stwierdziła Ruda, a w jej głosie było
tyle zdecydowania i determinacji, że Marta, jej koleżanka z kursu, nie
miała wątpliwości, która z nich zaliczy teorię i praktykę tego samego
dnia.
- Dobra jesteś, Monika! Na pewno zdasz. Masz do tego dryg
- zapewniała ją Marta.
- Co z tego, skoro w Szczecinie zdawalność jest na tak niskim poziomie.
Najgorzej w Polsce! Uwzięli się w tym WORD-dzie czy co? Widziałaś
statystyki? Nie ma nawet trzydziestu procent na praktycznym!
- Boże! - jęknęła Marta - To ja na pewno obleję!
- Trzeba dużo ćwiczyć. Wykupiłam dodatkowe godziny. Wiesz, teoria spoko,
nie boję się. Plac też OK, ale na mieście mogą się przyczepić do
wszystkiego.
Marta, słysząc Rudą tak zdeterminowaną, również wykupiła dodatkowe
godziny i po uzgodnieniu z instruktorem terminu zaplanowały wspólną
jazdę po Szczecinie. Chciały zrobić sprawdzian umiejętności w warunkach
bojowych wielkomiejskiego ruchu, gdzie samochodów, motorów,
pojawiających się znienacka rowerzystów i dostawców pizzy oraz wariantów
podejmowania decyzji pod presją czasu i jazdy zderzak w zderzak jest
zdecydowanie więcej niż w ich mieścinie. Egzamin będą zdawały w mieście
wojewódzkim, więc wiedziały, że los pierwszego podejścia może
rozstrzygnąć się właśnie podczas testu na ulicach Szczecina. Chciały się
do tego dobrze przygotować. Takie miasteczka jak Goleniów, z małym
ruchem i nieskomplikowanymi skrzyżowaniami nie stanowiły wyzwania dla
kierowców. Już po kilku dniach jazdy można było poruszać się po nich z zamkniętymi oczami.
Dla Rudej jazda była niezwykłą przyjemnością. Nie stresowała się, nie
panikowała za kierownicą, nigdy nie traciła czujności, miała dobry
refleks i szybko przewidywała wydarzenia na drodze. Czasami miała
wrażenie, że w poprzednim wcieleniu musiała być kierowcą taksówki albo
TIR-a. Uwielbiała siedzieć za kierownicą i jechać przed siebie. Od kiedy
tylko instruktor pozwolił jej wyjechać za miasto, wiedziała, że
prowadzenie samochodu będzie jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń w jej życiu. Nie potrafiła wytłumaczyć, co takiego niezwykłego jest w poruszającej się po asfaltowej drodze puszce z metalu, w której czasami
jest za gorąco, czasami za brudno, a czasami śmierdzi od klimatyzacji
lub siedzeń przesiąkniętych potem setnego kursanta. Była jednak pewna,
że jeśli jej mąż wycofa się z obietnicy kupienia jej samochodu, to sama
kupi. Zaciągnie kredyt, ale sprawi sobie srebrnego chryslera.
Do Szczecina mieli zaledwie czterdzieści kilometrów. Żeby zdążyć przed
porannym szczytem komunikacyjnym, postanowili wyjechać bardzo wcześnie
rano. Spotkali się na placu manewrowym, gdzie na Rudą i jej koleżankę
czekał już instruktor. Pan Robert miał około sześćdziesiątki, był
drobnej budowy, choć o zaokrąglonych kształtach. Miał świetne poczucie
humoru i cięty język. Sporo przeklinał, ale tak mu to jakoś pasowało, że
Rudej nawet imponował. Wiedział doskonale, kiedy wiejska łacina to
zbędny przerywnik, a kiedy wysublimowany ozdobnik. Zresztą ona sama
również nie stroniła od mocnych przecinków, lubiła dodawać słownego
pieprzu do swoich wypowiedzi. Czasami przychodziły jej naturalnie jako
wyraz emocji, a czasami klęła intencjonalnie, z chęci podkreślenia, że z Rudą lepiej nie zaczynać. Poza tym "kurwa" już dawno przestała być
oznaką braku wykształcenia i dobrych manier. Inteligencja klnie na
potęgę, a skoro przyznaje się do tego ośmiu na dziesięciu dorosłych
Polaków, to znaczy, że zdecydowana większość pokończyła szkoły. W swoim
słowniku wulgaryzmów Ruda miała cały wachlarz dosadnych przekleństw, ale
gdyby chciała zrobić zestawienie, okazałoby się, że ogranicza się do
tego, co w swoich badaniach opisał kiedyś Jerzy Bralczyk. Znany
językoznawca wyliczył, że w języku polskim mamy pięć podstawowych
wulgaryzmów: "kurwa", "chuj", "pierdolić", "pizda" i "jebać". Cała
reszta to kombinacje i wytwór bujnej wyobraźni polskiego społeczeństwa,
które tak jak Ruda lubi pieprzyć.
W połowie drogi zrobili kolejny postój. Tym razem zatrzymali się w McDonaldzie na kawę. Kiedy stali w kolejce do kasy, Ruda zauważyła, że z twarzą instruktora dzieje się coś niepokojącego. Przyglądała mu się
przez kilka minut, ale z każdą kolejną rósł w niej niepokój. Prawa dolna
warga pana Roberta mocno opadała. Wyglądało to tak nienaturalnie i momentami karykaturalnie, że Ruda zaczęła powątpiewać, czy instruktor
nie robi sobie z nich żartów. Obróciła lekko głowę w drugą stronę i wykrzywiła usta, opuściła lewą dolną wargę na siłę, utrzymując
jednocześnie prawą w pozycji neutralnej. Naśladowała instruktora,
chciała sprawdzić, czy można taki tik utrzymywać świadomie przez dłuższy
czas. Ależ to głupio wygląda - stwierdziła. Po co on to robi? -
rozmyślała o wyglądzie instruktora, ale cały czas podświadomie czuła, że
coś jest nie tak. Biła się z myślami, czy zapytać go z powagą i troską o to, co się dzieje, czy obrócić całą sytuację w żart i powiedzieć, żeby
przestał świrować i nie robił wiochy. W końcu są w miejscu publicznym i jadą trenować przed poważnym egzaminem na prawo jazdy! Zerknęła znowu w jego stronę. Zauważyła, że dolna warga wygląda niemal dokładnie tak samo
jak wcześniej, nienaturalnie opuszczona, sprawiała wrażenie, jakby
robiła na przekór prawej stronie, która się uśmiecha. Ruda miała
wrażenie, że połowa twarzy instruktora pochodzi od innej osoby, zaczyna
się dziwnie wykrzywiać, jakby nie było nad nią kontroli.
- Panie Robercie, coś z panem nie tak - zdecydowała się zareagować. -
Dobrze się pan czuje?
Instruktor spojrzał na nią i uśmiechnął się, zaskoczony pytaniem. Prawa
warga powędrowała wysoko ku górze, lewa prawie nie drgnęła, rozciągnęła
się tylko lekko pod wpływem ruchu policzka po prawej stronie.
- Wszystko OK. Trochę kiepsko spałem - odparł instruktor, płacąc już za
kawę i wodę. - Chodźcie, usiądziemy tutaj. Wpierdolimy szybko coś na
miejscu, będzie wygodniej.
Wskazał ręką miejsce przy stoliku. Mówił trochę niewyraźnie, co jeszcze
bardziej zaniepokoiło Rudą.
Zapłaciła za kawę i po chwili razem z koleżanką siedziały w rogu przy
oknie. Tamta w ogóle nie zważała na to, co się dzieje, była pogrążona
myślami w swoich sprawach i tylko odpisywała na esemesy. Instruktor
wyciągnął z podręcznej torby kanapki zawinięte w folię aluminiową. Do
połowy rozpakował jedną kromkę, ugryzł i zaczął powoli żuć, co chwilowo
skutecznie uniemożliwiło Rudej zorientowanie się, czy opadająca warga to
tym razem efekt przeżuwania, czy może jednak oznaka kłopotów
zdrowotnych. Gdyby nawet chodziło o ten drugi przypadek, Ruda i tak nie
miała pojęcia, o jakiej chorobie może świadczyć opadająca warga. Nigdy
wcześniej nie spotkała się z czymś podobnym. Zaczęła obawiać się
najgorszego. W pewnym momencie instruktor przerwał jedzenie, jakby nagle
coś się stało, zawinął niedokończoną kanapkę z powrotem w folię
aluminiową i rzucił komendę:
- Jedziemy. Szkoda czasu. Marta, teraz ty prowadzisz. - Kiwnął głową w kierunku dziewczyny.
Ruda przyglądała się instruktorowi bardzo uważnie. Zauważył to. Zmieszał
się, spuścił głowę, jakby chciał ukryć, że nie czuje się najlepiej.
Typowy facet - pomyślała. Czy oni wszyscy tak mają? Umierają, kiedy w rzeczywistości nic im nie jest, a jak już coś ich trafi, to ukrywają ten
fakt i nie chcą o tym gadać - analizowała zachowanie mężczyzny.
- Panie Robercie - zaczęła już bardziej zdecydowanie. - Może jednak
podjedziemy gdzieś do lekarza? Nie wygląda pan najlepiej -
zaproponowała.
- Monika, nie pierdol - odpowiedział instruktor. - Wszystko dobrze.
Jedziemy - zdecydował stanowczo.
Kiedy wyszli na zewnątrz, zauważyła, że instruktor powłóczy lewą nogą.
Początkowo myślała, że po prostu mu ścierpła od siedzenia na niezbyt
wygodnej ławce przy stoliku, ale przecież od tego nie ciągnie się za
sobą nogi, jakby była kawałkiem drewna. Raczej traci się równowagę i nie
może zrobić kroku. Opada mu lewy kącik ust, powłóczy lewą nogą! -
wyliczała. Powoli wpadała w panikę. Po raz pierwszy, od kiedy zauważyła
niepokojące objawy, zaczęła się bać tego, co może się wydarzyć. Nie
wiedziała, czego się spodziewać, ale czuła, że nadchodzi jakieś
niebezpieczeństwo. W dodatku za kierownicą usiadła Marta, która nie
radziła sobie na drodze tak dobrze jak ona. Gdyby doszło do sytuacji, w której potrzebna będzie szybka reakcja instruktora, znajdą się w poważnych tarapatach. Ruda szła krok w krok za instruktorem i patrzyła
uważnie, jak on się porusza. Powłóczył lewą nogą bardzo wyraźnie, w końcowej fazie przeciągając lekko stopę po podłożu. Wsiadł do samochodu,
pomagając sobie rękoma podczas przekładania nogi.
- Ruszamy - powiedział instruktor i zapiął pasy.
Teraz Ruda usłyszała już wyraźnie zmęczony głos. Cisza, jaka panowała w samochodzie, pozwoliła na dokładniejszą analizę docierających dźwięków.
Instruktor mówił dziwnie, ale ani Monika, ani jej koleżanka nie zdawały
sobie sprawy z tego, co nadchodzi. Od momentu decyzji, że zjeżdżają na
stację paliw, gdzie wypatrzyli McDonalda minęło zaledwie trzydzieści
minut, ale w tym czasie zachowanie instruktora zmieniło się tak bardzo,
że strach obleciał już obie kursantki. Co prawda jest upał, duszno, ale
czy naprawdę w ciągu pół godziny mogło to wywołać, aż tak duże zmęczenie
u instruktora? - zastanawiała się Ruda.
Nikt nic nie mówił, nie włączył radia i nie próbował rozluźnić napiętej
atmosfery. W powietrzu dało się wyczuć oczekiwanie. Jechali tak około
piętnastu minut. Minęli rogatki miasta. Byli już na przedmieściach
Szczecina i zgodnie z założeniem mieli pojechać do centrum, a później w pobliże placu manewrowego Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego. Chcieli
tam przećwiczyć jazdę po najbliższej okolicy, aby w dniu egzaminu
płynnie i bez nerwów rozpocząć jazdę testową. Kiedy zbliżali się do
ronda, Marta zwolniła, zredukowała bieg i nacisnęła delikatnie hamulec.
- Nie używaj hamulca! Przecież uczyłem was hamować silnikiem -
powiedział zdenerwowany instruktor.
Mówił bardzo dziwnie, co drugie słowo lekko zniekształcając. Widać było,
że wypowiadanie słów sprawia mu dużą trudność. Mimo wszystko
kontynuował. W niektórych słowach brakowało spółgłosek, co powoli
zaczynało przypominać bełkot pijanego człowieka.
- Redukujesz bieg, puszczasz srzęgło i zabierasz noi z pedałó..., a po
kilu seundach, kiedy samochód wytraci prękoś, robisz to pononie. Takie
to, kuwa, trune?! - zapytał podenerwowany.
Marta jak na rozkaz zrobiła, co kazał. Monika nigdy nie widziała tak
przestraszonej koleżanki. Ręce drżały jej na kierownicy. Rozglądała się
na boki, szukała wzrokiem pomocy w Rudej, miała nadzieję, że coś zrobi,
zareaguje. Obie były przekonane, że instruktor albo golnął sobie
ukradkiem piwo, kiedy poszły do toalety podczas postoju, albo jest
naprawdę w poważnych kłopotach zdrowotnych i za chwilę wydarzy się
tragedia. Kiedy do ronda zostało kilkadziesiąt metrów, Marta ponownie
zredukowała bieg, wcisnęła już lekko hamulec, chcąc zwolnić do prędkości
umożliwiającej bezpieczne wjechanie na rondo.
- Na rondzie w lewo. - Instruktor nagle wydał polecenie, które
zaskoczyło Martę.
Myślała, że będą jechać prosto. Wcześniej nie sygnalizował zmiany
kierunku jazdy. Ten nagły komunikat tak wytrącił ją z równowagi, że nie
zastanawiając się, gdzie jest i jakie są zasady ruchu na rondzie,
skręciła w lewo, wjeżdżając pod prąd. Instruktor gwałtownie zahamował.
Wszystkimi rzuciło do przodu, pasy się napięły i boleśnie zatrzymały
pasażerów w fotelach.
- Co ty robisz? - krzyknął instruktor. - Chcesz nas pozabijać?!
W samochodzie zrobiło się bardzo nerwowo. Zjechali na pobocze,
zatrzymali się. Ruda nie wytrzymała napięcia i rozkazującym wręcz tonem
zakomunikowała:
- Panie Robercie, jedziemy do szpitala. Pan naprawdę źle wygląda. Nic
pan nie czuje?
- Nie jedziemy do żadnego szpitala! Pierdolisz jakieś głupoty, zamiast
skupić się na jeździe. Co cię to, kurwa, obchodzi, jak ja wyglądam i jak
się czuję? Idiotka jakaś - rzucił ni to do Moniki, ni to do siebie i otworzył drzwi samochodu.
Marta, cała roztrzęsiona, już dawno wysiadła z auta, zapaliła papierosa.
Z instruktorem działo się coś bardzo złego. Nie tylko bełkotał jak
pijany, ale wysiadając z samochodu, omal się nie przewrócił. Tracił
równowagę i coraz mocniej powłóczył nogą. Kiedy Marta zauważyła, w jakim
jest stanie, prawie się rozpłakała. Zgasiła papierosa i zawołała do
Rudej:
- Monika, ja już nie prowadzę. Nie chcę jeździć. Wracamy do domu!
Monika skinęła tylko głową, usiadła za kierownicą i zapięła pas, dając
tym samym sygnał, że czas wsiadać. Kiedy obie były już w samochodzie,
instruktor zrezygnowany usiadł obok na miejscu pasażera. Już nic nie
mówił. Oparł się tylko o zagłówek fotela i warknął:
- Wracamy!
Marta patrzyła na instruktora z tylnego siedzenia. Przerażenie w jej
oczach mówiło wszystko. Bała się nie tylko jego reakcji, ale też tego,
co za chwilę może się wydarzyć. Instruktor wyglądał bardzo źle.
- Monika, ile fabryka dała, wracamy. Coś faktycznie jest z nim nie tak -
szepnęła.
Rudej nie trzeba było powtarzać dwa razy. Mimo że egzamin miała za kilka
tygodni, jeździła już bardzo dobrze, czasami za szybko i na granicy
przepisów prawa. Instruktor nawet nie reagował, kiedy przekraczała
prędkość o trzydzieści czy nawet czterdzieści kilometrów na godzinę.
Zdawało się, że powoli przestaje nawet zwracać na to uwagę. Monika
zerkała na niego z ukosa i kilka razy przyłapała go na tym, jak
przymykał oczy. Nie zasypiał, ale sprawiał wrażenie bardzo zmęczonego.
Ruda docisnęła gaz. Była jednak pewna, że nie robi nic złego. Działała w stanie wyższej konieczności. Przez chwilę nawet pomyślała, że dobrze by
się stało, gdyby policja złapała ją na przekroczeniu prędkości. Mogłaby
wtedy powiedzieć mundurowym, że z jej instruktorem dzieje się coś
dziwnego. Policji na pewno by posłuchał, a jeśli nie, to być może od
razu wezwaliby pogotowie. Ruda miała też w planach, wbrew woli
instruktora, skręcić na Szpitalny Oddział Ratunkowy, kiedy tylko wjadą
do Goleniowa. Ani razu o tym nie wspomniała, bojąc się reakcji
mężczyzny. Kiedy wjechali do miasta, instruktor zauważył, że kursantka
nie jedzie trasą, która prowadziła na plac manewrowy.
- Gdzie jedziesz?! - zapytał z pretensją. - Mówiłem, że kończymy na
placu! Skręcaj - wybełkotał.
- Zawiozę pana na pogotowie - odpowiedziała spokojnie.
- Nigdzie mnie nie będziesz zawozić! Powiedziałem na plac!
- rozkazał.
Ruda wiedziała, że instruktor ma kontrolę nad pedałem sprzęgła i hamulca. Mógł w każdej chwili zaingerować w jazdę. Skręciła pokornie w ulicę prowadzącą na parking szkoły jazdy.
- Jak pan chce, ale to nie wygląda dobrze - skwitowała Ruda. - To się
może źle skończyć - dodała.
Kiedy dojechali na miejsce, instruktor oschle pożegnał dziewczyny i kazał im iść do domu. Nie chciał z nimi rozmawiać, nie umówił się na
kolejną jazdę. Wysiadł z samochodu i powłócząc nogą, poszedł do biura.
Ruda roztrzęsiona wróciła do domu. Zaraz po wejściu odpaliła komputer,
otworzyła Google'a i wpisała w pasek wyszukiwania: "opadająca warga",
"powłóczenie nogą". W ciągu niespełna sekundy na ekranie komputera
wyświetliło się dziesięć propozycji artykułów. Kilka przykuło jej uwagę:
"Kiedy mamy do czynienia z opadającym kącikiem ust? Choroby", "Porażenie
nerwu twarzowego - przyczyny, leczenie, rehabilitacja", "Choroba
Parkinsona Objawy".
Zaczęła czytać, ale żaden artykuł nie dawał jednoznacznej odpowiedzi na
pytanie, co może dolegać osobie, u której wystąpiły oba te objawy
jednocześnie. Wróciła do wyszukiwarki. Wpisała: "opadający kącik ust i niedowład nogi".
Jeden z artykułów, który pokazał się na ekranie w pierwszej trójce,
nosił tytuł: "Udar mózgu - objawy i skutki". Zaczęła czytać i z każdym
zdaniem jej serce biło coraz mocniej. Wiedziała już, że instruktor
znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. W akapicie "Objawy udaru
mózgu" dr Adam Kobayashi z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie pisał:
Czas, w którym można pomóc osobie po udarze, wynosi około czterech i pół godziny. Zdarza się, że objawy udaru mózgu są bardzo nietypowe, ale
najbardziej charakterystycznym symptomem jest opadnięcie kącika ust,
niedowład ręki lub nogi.
Poczuła, że robi się jej słabo. Cztery i pół godziny - powiedziała do
siebie. Zaczęła liczyć, ile czasu minęło od momentu, kiedy zauważyła u mężczyzny opadający kącik ust. Chwyciła za telefon i już miała dzwonić
do instruktora, kiedy uświadomiła sobie, że to nic nie da. Jeśli nie
posłuchał jej podczas jazdy, kiedy siedziała obok przerażona, to tym
bardziej zignoruje ją przez telefon. Chwilę później przyszedł jej do
głowy doskonały pomysł. Szkoła jazdy, którą prowadził pan Robert,
należała również do jego rodziny, a zajęcia na placu manewrowym
prowadziła Ania, synowa instruktora. Ruda nieraz miała z nią ćwiczenia,
lubiły się i wymieniły również telefonami, aby łatwiej mogły umawiać się
na zajęcia. Później nawet odwiedzały się w domach razem z dziećmi.
Wybrała numer.
- Cześć, Moniko! - usłyszała radosny głos w słuchawce. Imię Moniki
wyświetliło się na ekranie jej telefonu. - Jak poszła jazda po
Szczecinie? - zapytała Ania.
- Cześć. Nie teraz, Aniu. Pilne - powiedziała Ruda i natychmiast
zasypała koleżankę szczegółami dotyczącymi zdrowia jej teścia. -
Wszystko wskazuje na to, że dostał udaru mózgu.
- Boże! - krzyknęła Ania. - Co ty wygadujesz?
- Nagle zaczął się dziwnie zachowywać. Na początku myślałam, że świruje,
wykrzywiał usta tak dziwnie, jakby udawał upośledzonego. Później
zauważyłam, że ciągnie za sobą nogę, jakby nie mógł jej zginać.
Powiedziałam mu, że dziwnie wygląda i chyba dzieje się coś złego, ale
nie chciał słuchać o pogotowiu. Trochę nawet mnie zwyzywał, ale wiesz,
to chyba normalne w takiej sytuacji, bo nie kontrolował do końca emocji.
Chciałam go siłą zawieźć na pogotowie, ale bronił się i kazał odwieźć do
szkoły. Powinien tam jeszcze być. Zadzwoń szybko na pogotowie i jedź do
niego. To się stało dwie godziny temu.
- Dziękuję, Moniko! Zadzwonię później - odpowiedziała i szybko się
rozłączyła.
Ruda usiadła przy stole i rozpłakała się. Dopiero teraz puściły emocje i poczuła, jak bardzo jest spięta. Ryczała jak dziecko, histerycznie,
trzymając mocno w dłoniach rudą czuprynę. Po raz pierwszy była tak
blisko kogoś, kto mógł umrzeć i gdyby nie jej przytomność i upór,
jeszcze dziś wieczorem mogła usłyszeć o zgonie instruktora jazdy z Goleniowa. Wróciła spokojnie do komputera i jeszcze raz zaczęła czytać
artykuł o objawach udaru mózgu, przyczynach i jego rodzajach. Zdarza
się, że chory nie czuje objawów i łatwiej zauważyć je drugiej osobie -
tłumaczył dr Kobayashi. To dlatego instruktor twierdził, że nic mu nie
jest - pomyślała Ruda. Ale jak to możliwe, że nic nie czuł? - szukała
odpowiedzi na pytania, które zadaje sobie niewielu zdrowych ludzi.
Uciekamy od tego, co złe, nieprzyjemne i może zburzyć nam dobry nastrój.
Większości przeciętnych Polaków udar kojarzy się zapewne z nadmiarem
słońca, a gdyby zapytać ich o charakterystyczne objawy i to, co trzeba
zrobić, kiedy dostrzeże się je u kogoś, odpowiedziałyby wzruszeniem
ramion i smutnym milczeniem.
W tej chwili Ruda pomyślała o dzieciach. Pod jej nieobecność odebrała je
z przedszkola teściowa. Spojrzała na zegarek. Zbliżała się godzina
piętnasta. Monika wstała od stołu i postanowiła, że posiedzi jeszcze
chwilę w ogrodzie. Chciała ochłonąć, zanim pójdzie odebrać chłopców.
Wieczorem, kiedy kładła ich spać, zadzwonił telefon. Spojrzała na
wyświetlacz. Ania, synowa instruktora. Telefon wibrował na blacie stołu.
Nie chciała odbierać w obawie przed tym, że usłyszy najgorszą wiadomość
z możliwych. Wiedziała jednak, że jeśli nie odbierze, i tak będzie
musiała oddzwonić do Ani, kiedy chłopcy już usną. Podniosła telefon i przesunęła zieloną słuchawkę.
- Cześć, Aniu - powiedziała tak spokojnie, jak tylko mogła.
- Cześć. Chciałam ci podziękować. Tata żyje. Nic mu nie jest. Trafił do
szpitala w Szczecinie. Lekarz powiedział, że miał ogromne szczęście.
Dzięki tobie mogli szybko zareagować.
- Ufff... - szepnęła Ruda. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę. To wszystko
wyglądało tak dziwnie i strasznie. Wiadomo, co się dokładnie stało?
- Tak, tata miał udar niedokrwienny. Zatkanie tętnicy. Do mózgu nie
dopływała krew. Podali mu jakiś lek, zrobili trombolizę czy jakoś tak,
to rozpuściło skrzeplinę. Lekarze mówią, że nie będzie miał powikłań, bo
udało się szybko podać lekarstwo. Gdybyśmy czekali z reakcją jeszcze
dwie godziny, byłoby za późno. Mógłby tego nie przeżyć, a w najlepszym
wypadku wylądowałby na wózku inwalidzkim i siedział w nim do końca
życia.
Monika rozmawiała z Anią jeszcze długo. Chłopcy posnęli w jej sypialni,
ale nie zwracała na to uwagi. Koniec końców i tak pewnie przyszliby do
jej łóżka.
Nalała sobie szklankę martini i usiadła w salonie. Zasnęła na kanapie.
* * *
Miesiąc później Ruda pojechała do Szczecina na egzamin prawa jazdy. Po
testach teoretycznych i praktycznych zadzwoniła do męża, który był w Norwegii. Od kilku lat jeździł tam do pracy.
- Cześć - powiedziała głosem, z którego trudno było od razu wyciągnąć
wniosek, jak poszedł jej egzamin.
- Kiedy poprawka? - usłyszała na przywitanie.
- Za pierwszym podejściem - odpowiedziała z uśmiechem.
Szybko skończyli rozmowę. Jej mąż nie mógł uwierzyć, że Rudej się udało.
Zadzwonił nawet do ośrodka egzaminacyjnego, żeby się upewnić, czy go nie
okłamała. Ale zachował się fair. Kupił jej samochód, o jakim marzyła.
Przygoda z prawem jazdy była dla Rudej lekcją wiary w siebie. Poza tym
dostała od losu sygnał, że życie nie jest dane raz na zawsze.