Szlag mnie trafił. Są w życiu rzeczy, o które warto walczyć do końca - Łukasz Grass

Kup ebooka

24.90 zł
19.92 zł (19,17 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

PRO­STA SUKIENKA

Gru­dzień 2013

Pol­ska. W wieku 113 lat umiera kapi­tan Józef Kowal­ski. Ostatni żyjący wete­ran wojny pol­sko-bol­sze­wic­kiej z 1920 roku. USA. NASA ogła­sza odna­le­zie­nie wody w atmos­fe­rach pię­ciu pla­net, które okrą­żają inne gwiazdy. Odkry­cie umoż­li­wił tele­skop Hub­ble'a. RPA, Johan­nes­burg. W wieku 95 lat umiera Nel­son Man­dela.

Ruda wła­śnie skoń­czyła 39 lat. Była pewna, że jest w naj­lep­szym momen­cie swo­jego życia. Atrak­cyjna, z dobrą pracą agentki od ubez­pie­czeń na życie, z dwójką dzieci, trzy lata po roz­wo­dzie i po nie­mal rocz­nej walce z wiru­sem HCV. Miała nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej.

- Naj­gor­sze za mną - powie­działa do sie­bie, wsia­da­jąc do auta.

Była wkur­wiona na życie i wszyst­kich wokół. Przez wiele lat myślała, że nic gor­szego od tego, co spo­tkało ją w ostat­nich latach albo w dzie­ciń­stwie pozba­wio­nym rodzi­ciel­skiej miło­ści, już się nie zda­rzy. Myliła się. Naj­gor­sze miało nadejść. Teraz doświad­czała tego samego, co więk­szość ludzi po trzy­dzie­stce z kre­dy­tem na gło­wie, w świe­cie ści­ga­ją­cych się szczu­rów. Cią­gły stres, goni­twa za pie­niędzmi na spłatę rat kre­dytu na dom, życie z pięt­nem zdra­dzo­nej żony, która rów­nież wpa­dła w spi­ralę kochan­ków na pocze­ka­niu - wszystko to stało się prze­kleń­stwem jej codzien­no­ści. Cie­szyła się jed­nak, że ma pracę, która na pro­win­cji pozwala wycią­gnąć wię­cej niż śred­nia kra­jowa.

Tego dnia jechała do klientki - boga­tej, bez­ro­bot­nej dwu­dzie­sto­pię­cio­latki, żony nadzia­nego po zęby biz­nes­mena. Takie to mają życie! Wstają rano z łóżka i jedy­nym ich zmar­twie­niem jest to, czy poranną kawę wypiją na tara­sie czy w salo­nie. Psio­czyła w myślach na kobiety, które nie potra­fiły zadbać o swoją przy­szłość i już zawsze będą zdane na boga­tych mężów. Czy one mają świa­do­mość, że ich piękna cera, dłu­gie nogi i zadbane paznok­cie nie są żadną gwa­ran­cją bez­pie­czeń­stwa? Podzi­wiała kobiety, które mimo peł­nego konta swo­ich mężów pra­co­wały, wymy­ślały co rusz nowe rze­czy i udo­wad­niały, że aktywne kobiety mają siłę więk­szą niż męż­czyźni z wypcha­nym port­fe­lem. Chciała być taka jak one.

Skrę­ciła w ulicę Gre­na­die­rów. Minęła zabyt­kowy, ale wciąż czynny zakład karny dla męż­czyzn recy­dy­wi­stów. Mury z czer­wo­nej cegły z neo­go­tyc­kimi budyn­kami w środku przy­po­mi­nały jej tro­chę zamek, a tro­chę kościół. Jak więk­szość wię­zień na tere­nie Pol­ski, które powstały w XVIII wieku, rów­nież to w Gole­nio­wie pre­zen­to­wało się dostoj­nie i groź­nie zara­zem. Tylko kraty w oknach i gęsta sieć dru­tów kol­cza­stych na szczy­cie murów nie pozo­sta­wiała wąt­pli­wo­ści, że po dru­giej stro­nie miesz­kają ludzie z kiep­ską repu­ta­cją. Z kiep­ską repu­ta­cją? Zła­pała się na poli­tycz­nej popraw­no­ści, mimo że zawsze sta­rała się mówić, co myśli. Jaką, kurwa, kiep­ską repu­ta­cją? Nie zacho­wuj się, jak­byś była na spo­tka­niu dyplo­ma­tów? Prze­cież to prze­stępcy. Gdy­bym mogła, wsa­dzi­ła­bym tu wszyst­kich dup­ków, któ­rzy zdra­dzają swoje żony. Powinni tam umrzeć, gwał­ceni każ­dego dnia przez dużych, czar­no­skó­rych prze­stęp­ców z ame­ry­kań­skich fil­mów. Pod­gło­śniła radio, chcąc zagłu­szyć wła­sne sumie­nie.

- Nie prze­sa­dzaj. Ty też zdra­dza­łaś - ode­zwał się w niej głos, który natych­miast zdła­wiła krót­kim tek­stem.

- Nie pier­dol... Jakie to ma zna­cze­nie? Nie ja byłam pierw­sza.

- Możesz tak nie prze­kli­nać?! - dys­ku­to­wała znowu ze sobą.

- Daj mi spo­kój. Wolę prze­kli­nać, niż pić.

Wul­garne słowa zde­cy­do­wa­nie czę­ściej gościły w jej ustach niż alko­hol. Ruda nie gar­dziła whi­sky i dobrą wódką, ale po drinka się­gała oka­zjo­nal­nie - najczę­ściej na poprawę humoru pod­czas kor­po­ra­cyj­nych imprez inte­gra­cyj­nych raz w roku, i od czasu do czasu w domu, kiedy przy­cho­dził week­end. Zda­rzało się, że hasło "Pią­tek, pią­tu­nio" otwie­rało barek. Kiedy już wypiła, zawsze pła­kała. Ana­li­zo­wała swoje życie, nie tylko dale­kie od ide­ału, ze wzlo­tami i upad­kami, ale przede wszyst­kim dale­kie od nor­mal­no­ści. Miała osiem­na­ście lat, gdy pew­nego dnia matka razem z ojczy­mem zamknęli przed nią drzwi domu. Cztery dni po uro­dzi­nach, kiedy chciała wyjść wie­czo­rem, powłó­czyć się bez koniecz­no­ści infor­mo­wa­nia rodziny, kiedy wróci, drogę zagro­dził jej ojczym.

- Ni­gdzie nie pój­dziesz - zako­mu­ni­ko­wał.

- Od czte­rech dni mogę już decy­do­wać sama za sie­bie - odpo­wie­działa, patrząc mu pro­wo­ka­cyj­nie pro­sto w oczy. - Nie mam poję­cia, o któ­rej wrócę - dodała i osten­ta­cyj­nie zdjęła z wie­szaka kurtkę.

Kiedy obra­cała się do drzwi wyj­ścio­wych, poczuła mocne ude­rze­nie w twarz. Pra­wie upa­dła. Zła­pała się za poli­czek i poszu­kała wzroku matki. Ta, nie­wzru­szona, stała w dru­gim końcu przed­po­koju. Brak reak­cji Ruda odczy­tała tylko w jeden spo­sób: "Nie znaj­dziesz we mnie sojusz­nika". Wybie­gła z pła­czem na dwór. Rzu­ciła się w ramiona naj­lep­szej kole­żanki i poszły w mia­sto. Zamie­rzały spę­dzić razem wie­czór, ale nie przy­pusz­czały, że będą zmu­szone spać w pokoju Anki, w jed­nym łóżku. Kiedy bowiem przed pół­nocą Ruda poja­wiła się z powro­tem w domu, zastała zamknięte drzwi, przed któ­rymi leżały dwa duże foliowe worki z jej rze­czami. To był jasny sygnał, że skoń­czyła się jej przy­goda w rodzin­nym domu. Nikt jej tu nie chciał, a i ona nie miała zamiaru jeść śnia­dań w ponu­rej atmos­fe­rze. Nie zapu­kała do drzwi. Jeżeli spa­ko­wane rze­czy miały być tylko stra­sza­kiem poka­zu­ją­cym jej miej­sce w sze­regu, to ona wła­śnie zde­cy­do­wała, że do niej się nie strzela... nawet ze śle­pej amu­ni­cji. Chwy­ciła worki, podała Ani ten lżej­szy i wybie­gły z klatki scho­do­wej. Po dwóch nocach spę­dzo­nych u przy­ja­ciółki poje­chała do ojca, któ­rego prak­tycz­nie nie znała. Miała dwa lata, kiedy odszedł. Poznała go dopiero czter­na­ście lat póź­niej, i to tylko na swoją prośbę. Czuła, że musi wresz­cie spoj­rzeć w oczy komuś, kto dał jej życie. Mię­dzy nimi nie było żad­nych więzi emo­cjo­nal­nych, żad­nej tęsk­noty i potrzeby roz­mowy. Nawet powi­ta­nie odbyło się bez poca­łunku w poli­czek. Jesz­cze wtedy nie mogła sobie zda­wać sprawy z tego, że ojciec wróci do jej życia i ode­gra ważną rolę, kiedy ona znaj­dzie się w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie.

Po dwóch mie­sią­cach poznała chło­paka z osie­dla. Miesz­kał w bloku naprze­ciwko. Zako­chała się miło­ścią mło­dzień­czą, nie­doj­rzałą i pełną skraj­nych emo­cji. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że chce z nim być, rów­nież dla­tego, żeby zacząć doro­słe, samo­dzielne życie na wła­sny rachu­nek. Czę­ściej noco­wała u chło­paka niż w domu ojca. W końcu, któ­re­goś dnia do pokoju zapu­kała matka chło­paka. Sta­nęła w drzwiach z gotową pro­po­zy­cją, która w zasa­dzie nie pozo­sta­wiała jej moż­li­wo­ści wyboru.

- Możesz tu miesz­kać - zako­mu­ni­ko­wała suchym gło­sem - ale musi być ślub - dodała i zamknęła drzwi.

Zgo­dziła się. Wszystko zała­twili w kilka tygo­dni. Kiedy w sobot­nie przed­po­łu­dnie poja­wili się w urzę­dzie stanu cywil­nego uzgod­nić ter­min ślubu, oprócz nich były jesz­cze cztery pary. Wszyst­kie dziew­czyny w ciąży. Ona jedna z pro­stą sukienką na brzu­chu. Kiedy sta­nęli przed urzęd­niczką, ta zdez­o­rien­to­wana zsu­nęła oku­lary na nos i patrząc na Rudą, zako­mu­ni­ko­wała:

- Nie widzę pod­staw do udzie­le­nia ślubu.

Zawo­łała przy­szłego teścia Rudej i z wyrzu­tem, połą­czo­nym z żąda­niem, powie­działa:

- Pan chyba nie wie, co robi! Jestem tole­ran­cyjna, ale pan? Pozwala pan tym dwojgu wziąć ślub w tak mło­dym wieku? Bez ciąży, bez żad­nego istot­nego powodu?

- To moja sprawa, na co ja pozwa­lam, a na co nie - odparł przy­szły teść Rudej.

Urzęd­niczka poki­wała odmow­nie głową. Nie chciała dać zgody mię­dzy innymi ze względu na zbyt młody wiek chło­paka. Nie miał jesz­cze 21 lat. Wtedy do roz­mowy włą­czyła się Ruda.

- Wysoki sądzie - zaczęła z należną powagą i god­no­ścią, aby chwilę póź­niej przejść do ataku. - Czy gdy­bym bzyk­nęła się za rogiem z przy­pad­ko­wym chło­pa­kiem i miała z nim dziecko, to wtedy mia­łaby pani istotny powód, aby udzie­lić mi ślubu? Bez miło­ści? Bez naj­waż­niej­szego powodu, dla któ­rego ludzie są ze sobą przez całe życie? - spy­tała odważ­nie z mło­dzień­czą naiw­no­ścią i wiarą w nie­śmier­tel­ność motyli w brzu­chu.

Kiedy sytu­acja sta­wała się bez­na­dziejna, zawsze mówiła, co myśli, zawsze brała sprawy w swoje ręce. Tam, gdzie inni kapi­tu­lo­wali, ona dopiero roz­po­czy­nała walkę.

Urzęd­niczka prze­wró­ciła oczami. Spoj­rzała na Rudą z poli­to­wa­niem.

- Miło­ści? Przez całe życie? Dziecko, nie masz poję­cia, o czym mówisz. Gdyby motyle w brzu­chu odpo­wia­dały za szczę­śliwe mał­żeń­stwo, żadna zupa w tym kraju nie byłaby za słona. Wiesz, dla­czego ludzie opi­sują miłość moty­lami w brzu­chu? Bo one krótko żyją. Więk­szość zdy­cha po kilku godzi­nach, a te naj­bar­dziej wytrwałe po kilku mie­sią­cach. Ot i cała miłość. - W gło­sie kobiety sły­chać było coraz wię­cej nega­tyw­nych emo­cji.

Ruda słu­chała w mil­cze­niu i zasta­na­wiała się, kto kobie­cie zro­bił krzywdę i jak wielką. Musiała tra­fić na nie­złego palanta - pomy­ślała. Chwilę póź­niej z zamy­śle­nia wyrwał ją głos urzęd­niczki.

- Dobrze, dam wam ten ślub. Cie­kawe, na któ­rej roz­pra­wie sądo­wej się spo­tkamy, o ali­menty czy roz­wo­do­wej? - mówiąc to, uśmiech­nęła się zło­śli­wie.

Ruda pierw­szy raz zaszła w ciążę osiem lat po ślu­bie. Nie dla­tego, że wcze­śniej nie mogła, ale dla­tego, że nie chciała. Ona usta­lała reguły. Chciała sza­leć, zwie­dzać i zdo­by­wać świat. Żyła chwilą. Myśle­nie o bli­żej nie­zde­fi­nio­wa­nej przy­szło­ści było dla niej abs­trak­cyjne i śmieszne. Wolała żyć w świe­cie, w któ­rym wizyty u kole­ża­nek na piżama party zda­rzają się zde­cy­do­wa­nie czę­ściej niż zakupy kremu na zmarszczki. Prze­cież trzy­dzie­sto­lat­ko­wie się nie sta­rzeją. Ow­szem, mają dzieci, męczącą i stre­su­jącą pracę, ale siwie­jące włosy zda­rzają się wyłącz­nie tym, któ­rym Bóg namie­szał w genach za karę. Na pewno ist­nieje na świe­cie grupa ludzi, która obok potę­pie­nia za grzech pier­wo­rodny, dostała jesz­cze bonu­sowe nie­do­god­no­ści, jak siwie­jące włosy albo kurze łapki wokół oczu w wieku trzy­dzie­stu lub czter­dzie­stu lat. Ona była pewna, że wymyka się tej kla­sy­fi­ka­cji. W swo­jej wizji przy­szło­ści była nie­zmien­nie młoda i zaje­bi­ście szczę­śliwa. Nawet kiedy uro­dziła dwóch synów, nie prze­sta­wiła się na inny tryb myśle­nia, w któ­rym prio­ry­te­tem jest myśle­nie o wła­snej sta­ro­ści. Była cho­dzą­cym zaprze­cze­niem powie­dze­nia "Z kim się zada­jesz, takim się sta­jesz". Prze­by­wa­nie wśród spe­cja­li­stów od ubez­pie­czeń na życie nie uru­cho­miło w niej potrzeby zadba­nia o wła­sne w takim stop­niu, w jakim pro­po­no­wała dbać o nie swoim klien­tom. Była jak otyły lekarz spor­towy lub die­te­tyk z cho­ro­bliwą nad­wagą, prze­ko­ny­wała do cze­goś, do czego sama ni­gdy się nie sto­so­wała.

Od kiedy została agentką ubez­pie­cze­niową, sporo jeź­dziła, odwie­dzała klien­tów w ich domach, w miej­scach pracy i odpo­czynku. Z powo­dze­niem mogłaby zostać prze­wod­niczką tury­styczną z licen­cją na Pomo­rze Zachod­nie. Pod­czas podróży miała czas na rachu­nek sumie­nia i pod­su­mo­wa­nia, cho­ciaż w tam­tym cza­sie powie­dze­nie c'est la vie było wytłu­ma­cze­niem wszyst­kich jej błę­dów i pro­ble­mów. Wolała zwa­lić winę na los i skwi­to­wać wszystko zda­niem "jakoś to będzie", niż zna­leźć błąd w swoim postę­po­wa­niu. Mimo trud­nych lek­cji, jakie dosta­wała od życia, nie wycią­gała wnio­sków, nie uczyła się na cudzych, a tym bar­dziej na swo­ich błę­dach. Wybie­ga­nie myślami w przy­szłość dal­szą niż kilka dni nie miało dla niej sensu. Zbyt czę­sto jako młoda dziew­czyna spa­rzyła się poraż­kami, które nie były zależne od niej, żeby dzi­siaj wie­rzyć, że ma wpływ na to, co będzie za dzie­sięć lat. Żyła chwilą, którą musiała mieć pod kon­trolą. Każdy, kto obser­wo­wał ją z boku, widział dwie Rude - dia­bła i anioła, anioła i dia­bła. Była w niej jakaś schi­zo­fre­niczna dwu­bie­gu­no­wość - z jed­nej strony wie­działa, jak powinno się postą­pić, ale z jakichś nie­zna­nych przy­czyn robiła dokład­nie odwrot­nie. Pra­co­wała w ubez­pie­cze­niach, ucząc ludzi sza­cunku do pie­nię­dzy, swo­jego życia i losu bli­skich, ale ni­gdy nie pomy­ślała, że pierw­szą osobą, któ­rej powinna dać taką lek­cję, jest ona sama.

Od dwu­dzie­stu minut jechała już poza mia­stem, prze­ci­na­jąc samo­cho­dem zale­sione tereny i wąskie drogi asfal­towe Pomo­rza Zachod­niego.

- Kiedy oni wresz­cie zro­bią te lokalne drogi? - powie­działa gło­śno do sie­bie, pod­ska­ku­jąc na kolej­nych dziu­rach i wybo­jach - Cho­lerna pro­win­cja. Pomor­skie, zapo­mniane przez świat zadu­pie! - narze­kała, mija­jąc kolejną pope­ge­erow­ską wieś.

Sporo było takich miejsc w Zachod­nio­po­mor­skiem - opusz­czo­nych, wylud­nia­ją­cych się mia­ste­czek i wsi widm z ponie­miec­kimi, cegla­stymi dom­kami. W każ­dym z nich obo­wiąz­ko­wym punk­tem były roz­pa­da­jące się budynki po Pań­stwo­wych Gospo­dar­stwach Rol­nych i wyma­ga­jące kapi­tal­nego remontu kościółki z czer­wo­nej cegły. Po osiem­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku i prze­mia­nach gospo­dar­czych ktoś chyba posta­no­wił, że takie miej­sca muszą umrzeć śmier­cią natu­ralną, albo naiw­nie wie­rzył, że więk­szość ludzi zda­nych kie­dyś na pracę w PGR-ach, nie­ma­ją­cych poję­cia o wol­no­ryn­ko­wym budo­wa­niu pry­wat­nych biz­ne­sów, weź­mie sprawy w swoje ręce i zrobi z tego drugą Japo­nię. Absurd. Nowe poko­le­nia musiały uczyć się na wła­snych błę­dach tego, jak w miarę bez­bo­le­śnie prze­sko­czyć z epoki real­nego socja­li­zmu do kapi­ta­li­zmu. Mło­dzi, przy wspar­ciu odważ­nych rodzi­ców z wyobraź­nią, ucie­kali do miast. Więk­szość marzyła o pracy w kor­po­ra­cjach. Ci, któ­rzy mieli mniej szczę­ścia, ucie­kali za gra­nicę do pracy fizycz­nej. Nie­licz­nym uda­wało się zostać i na zglisz­czach gospo­darki cen­tral­nie pla­no­wa­nej zbu­do­wać gospo­darkę indy­wi­du­al­nego suk­cesu. Wła­sny biz­nes na początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych rzą­dził się wła­snymi pra­wami. Były wśród nich takie, które pozwa­lały jedy­nie wią­zać koniec z koń­cem, takie, które mozol­nie budo­wały klasę śred­nią, ale też takie, które przy­no­siły milio­nowe zyski. Nie zawsze legalne. W każ­dym z tych przy­pad­ków wła­ści­ciele budzili powszechną zazdrość oraz bar­dziej lub mniej skry­waną nie­na­wiść, typowo pol­ską żółć, która uru­cha­miała naj­gor­sze instynkty. Kra­dzieże i znisz­cze­nia mie­nia nowo­bo­gac­kich nie budziły więk­szego zdzi­wie­nia. Zasta­na­wiano się nie czy, tylko kiedy na wsi okradną jakiś pry­watny skle­pik lub dla zasady wybiją szybę, żeby się skur­wy­sy­nowi za dobrze nie wio­dło. Ruda jechała wła­śnie do trze­ciej żony jed­nego z biz­nesmenów, który w latach dzie­więć­dzie­sią­tych dobrze wyczuł kie­ru­nek zmian i zało­żył wła­sny biz­nes, czę­ściowo wyko­rzy­stu­jąc infra­struk­turę PGR-u. On zaj­mo­wał się firmą, ona miała po pro­stu być. Dużo młod­sza od Rudej, miała już tyle, ile ona nie będzie miała ni­gdy. Nawet całe życie harówki nie da jej tyle, co rok bycia żoną jed­nego z boga­tych. Pani Bogata, jak ją nazy­wała, ni­gdy nie pra­co­wała. Piękna i zgrabna jak z okładki "Vogue'a". Jedna z tych, które leżą i pachną. Kiedy otwo­rzyła drzwi, powiało zło­tem, chwilę póź­niej chło­dem:

- Ma pani pięć minut - usły­szała od kobiety, która po przy­wi­ta­niu z non­sza­lan­cją obró­ciła się na pię­cie, tak aby saty­nowy szla­frok zafa­lo­wał przed nosem Rudej.

Ruszyła w kie­runku dębo­wego stołu w salo­nie z wido­kiem na ogród w stylu japoń­skim. Już od drzwi widać było, że kobieta żałuje, że zgo­dziła się poświę­cić kilka minut agentce od ubez­pie­czeń. Kiedy Ruda zadzwo­niła do niej tydzień temu i powo­łała się na jej kolegę z daw­nych lat, sły­chać było zasko­cze­nie i nie­skry­waną radość. Musieli mieć romans, bo mówiła o nim w taki spo­sób, że gdyby Ruda go nie znała, zako­cha­łaby się w nim już na pod­sta­wie rela­cji Pani Boga­tej. Chyba tylko dla­tego zgo­dziła się na spo­tka­nie z Rudą. Dziś oka­zy­wała już nie­chęć. Mowa jej ciała wyra­żała: byle szybko, szkoda mi czasu na jakieś ubez­pie­cze­niowe bzdety. No, cze­kaj ty, kurwo - Ruda odpo­wie­działa w myślach, idąc za Bogatą.

Kiedy usia­dły w salo­nie, Ruda nie zro­biła żad­nego wstępu, nie siliła się na small talk i nie pochwa­liła nowych mar­mu­rów spro­wa­dzo­nych z Włoch na spe­cjal­nie zamó­wie­nie. Posta­no­wiła roz­po­cząć od hasła "Polisa na życie", które zawsze wywo­łuje w klien­tach strach i odrzu­ce­nie. Dla więk­szo­ści to abs­trak­cyjne poję­cie i nie­wielu chce roz­ma­wiać otwar­cie o czymś, co według nich odda­lone jest o lata świetlne. Tym bar­dziej że miała przed sobą dwu­dzie­sto­pię­cio­latkę. Dla takich mówie­nie o śmierci ma sens tylko pod­czas oglą­da­nia seriali kry­mi­nal­nych i to z ogra­ni­cze­niem zestawu poten­cjal­nych umar­la­ków wyłącz­nie do boha­te­rów dru­giego planu. Ruda posta­no­wiła wypro­wa­dzić dziew­czynę ze strefy kom­fortu.

- Co pani zrobi, jeżeli dziś wie­czo­rem pani mąż nie wróci na kola­cję? - zaczęła.

Wie­działa, że ma tylko pięć minut, a to sta­now­czo zawę­ziło listę pytań, któ­rymi mogła roz­po­cząć kon­wer­sa­cję zorien­to­waną na sprze­daż.

- Co pani wyga­duje?! Ma być za godzinę. Dzwo­nił wła­śnie - odpo­wie­działa prze­ra­żona Pani Bogata, jakby sce­na­riusz, o któ­rym usły­szała, był nie­odwo­łal­nym wyro­kiem, a nie mani­pu­la­cją spraw­nego sprze­dawcy.

- Załóżmy, że nie wróci. Mógł mieć wypa­dek. Być może nawet nie żyje.

Ruda nie miała lito­ści. Była jak młody, ale już obe­znany z naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nymi stra­te­giami sza­chi­sta, który posta­wił sobie za cel skar­ce­nie począt­ku­ją­cego kolegi. Mat szew­ski w czte­rech ruchach był tym, co dawało jej przy­pływ adre­na­liny, a wyrzut hor­mo­nów szczę­ścia po ostat­nim ruchu mogła porów­nać tylko z dzia­ła­niem nar­ko­tyku. Napa­wała się chwilą, która dawała jej poczu­cie wła­dzy i pano­wa­nia nad świa­tem.

- Boże... nie wiem, co zro­bię - odpo­wie­działa kobieta, się­ga­jąc ner­wowo po fili­żankę do połowy wypeł­nioną chłodną już kawą.

- To ja pani powiem - odpo­wie­działa Ruda. - Nic pani nie zrobi. Będzie pani w czar­nej dupie. Macie roz­dziel­ność mająt­kową i firmę, któ­rej nie jest pani udzia­łow­cem - tłu­ma­czyła Boga­tej sce­na­riusz poten­cjal­nych wyda­rzeń.

Nawet tro­chę się dzi­wiła, że ludzie w takiej sytu­acji pozwa­lają jej na bez­par­do­nowe ataki i malo­wa­nie przy­szło­ści w czar­nych bar­wach. Ona ni­gdy by sobie na to nie pozwo­liła. Wywa­li­łaby takiego agenta za drzwi już po pierw­szym zda­niu, w któ­rym wyczu­łaby chęć domi­na­cji.

- Ale...

- Pani jest tylko żoną - prze­rwała.

Delek­to­wała się wyra­zem jej twa­rzy. Wyobraź­nią malo­wała pod jej oczami kurze łapki, samotną sta­rość i bez­sens. To cze­kało takie jak ona.

- Macie trzy samo­chody - kon­ty­nu­owała Ruda. - Wszyst­kie w leasingu. Kre­dyt obro­towy i kon­ce­sje na wódkę. Jeżeli firma popad­nie w kło­poty, a pani mężowi coś się sta­nie, nie zdąży go pani pocho­wać, a syn­dyk masy upa­dło­ścio­wej wszystko pani zabie­rze. Na trumnę dla męża poży­czy pani od rodziny.

Uświa­da­mia­nie naiw­nych to przy­jemna chwila. Upa­jała się prze­ra­że­niem w oczach kobiety i brzmie­niem osta­tecz­nego pyta­nia, które klienci zada­wali nie­mal natych­miast po tym, jak skoń­czyła przed­sta­wiać wizję orga­ni­za­cji pogrzebu.

- Ile to będzie kosz­to­wało? - Bogata wska­zała pal­cem na papiery ubez­pie­cze­niowe leżące na stole.

Ruda w takich sytu­acjach pra­wie ni­gdy nic nie mówiła. Spo­koj­nie wycią­gała z tek­tu­ro­wej teczki plik doku­men­tów, prze­wra­cała na ostat­nią stronę i poka­zy­wała dwa punkty - cenę oraz miej­sce na pod­pis.

Pani Bogata wzięła dłu­go­pis do ręki, szybko prze­je­chała wzro­kiem po tre­ści doku­mentu, uda­jąc, że przy­swaja wie­dzę zawartą w aka­pi­tach pisa­nych małym dru­kiem, i bez jed­nego słowa pod­pi­sała papier.

- Pro­szę pozdro­wić męża - powie­działa Ruda na poże­gna­nie i już miała wycho­dzić, kiedy na koniec posta­no­wiła jesz­cze zarzu­cić przy­nętę. - Wie pani, bo ja pra­cuję nie tylko w "życiówce", rów­nież w "mająt­kach"... gdyby mąż potrze­bo­wał wspar­cia przy zabez­pie­cze­niu firmy, jakichś nie­ru­cho­mo­ści, maszyn, to pro­szę o mnie pamię­tać. Chęt­nie pomogę, a jak pani widzi, to nie zaj­muje dużo czasu - zakoń­czyła i z rado­ścią opu­ściła mar­mu­rowe salony.

Pięć minut... nie lubiła tej pre­sji czasu, ale kiedy już przy­szło jej dzia­łać z pisto­le­tem przy gło­wie, była w tym dobra. Zada­niowcy tak mają. Wbrew pozo­rom nie są to ludzie, któ­rzy kochają nie­ustan­nie wysoki poziom adre­na­liny. Zado­wa­lają się odpo­wied­nio dużą dawką raz na jakiś czas. Naj­chęt­niej pisa­liby książki w zaci­szu domo­wego gabi­netu z wido­kiem na góry lub morze, ale pre­sja i stres nie zabi­jają w nich sku­tecz­no­ści.

Czas. Tak mało miała go dla sie­bie. Zawsze wsta­wała przed wszyst­kimi, żeby wyko­rzy­stać każdą minutę w ciszy, spo­koju i samot­no­ści. Była pierw­sza na nogach nie tylko w domu, ale w całym mia­steczku. Chciała mieć chwilę dla sie­bie, kiedy wszy­scy jesz­cze śpią. Towa­rzy­szyły jej wtedy tylko ptaki. Po natę­że­niu ich głosu wie­działa, która jest godzina, śpie­wały bowiem jak sza­lone, a dźwięki wyda­wały się tak inten­sywne, jakby ktoś prze­pusz­czał je przez naj­lep­szej jako­ści wzmac­niacz. Ptaki śpie­wają tak gło­śno tylko rano, tuż przed świ­tem. Zaczy­nają zwy­kle około pią­tej drobną roz­grzewką, aby pół godziny póź­niej przejść w naj­waż­niej­szą część swo­jego kon­certu, a około szó­stej zakoń­czyć łagod­nie, jakby odczy­ty­wały na zapi­sie nuto­wym pole­ce­nie calando.

Ruda czę­sto spała przy otwar­tym oknie, żeby nie włą­czać budzika. Jego dźwięk posta­wiłby z pew­no­ścią na nogi cały dom. Dziwne. Więk­szość ludzi ni­gdy nie budzi się na dźwięk śpiewu pta­ków, a nawet naj­bar­dziej wyci­szony dzwo­nek elek­tro­nicz­nego urzą­dze­nia potrafi wyrwać ich z łóżka w kilka sekund. Była pewna, że pro­du­cenci tych gadże­tów weszli w posia­da­nie jakichś tajem­ni­czych badań, które udo­wod­niły, że czę­stotliwość dźwię­ków wyda­wa­nych przez tele­fony, zegarki i budziki, w spe­cy­ficzny spo­sób pobu­dza naszą pod­świa­do­mość, która następ­nie wysyła infor­ma­cje do kory nad­ner­czy, a ta zaczyna pro­du­ko­wać kor­ty­zol. Nara­sta­jący poziom hor­monu stresu natych­miast prze­łą­cza nasz orga­nizm w stan walki, przy­po­mina, że za dwie godziny czeka nas kor­po­ra­cyjny młyn, gdzie głę­boko w dupie mają śpiew pta­ków i łagodne wybu­dza­nie pro­mie­niami słońca. Po takiej pobudce nasz układ wzro­kowy, zamiast zie­lo­nych liści drzew, w któ­rych sie­dzą pustułki, sójki i wró­ble, zaczyna widzieć czer­wone słupki nie­do­wie­zio­nych celów sprze­da­żo­wych.

Ruda nauczyła się uni­kać takich poran­ków jak ognia. Miała swój wła­sny patent na pobudkę, ale był to jedyny moment w ciągu całego dnia, w któ­rym żyła w zgo­dzie z naturą. Ta na dro­dze milio­nów lat ewo­lu­cji wypra­co­wała nie­za­wodny mecha­nizm, który ste­ro­wał gatun­kami zwie­rząt i roślin - natu­ralne budze­nie się orga­ni­zmu pod wpły­wem pro­mieni sło­necz­nych i przy­spie­sza­ją­cego meta­bo­li­zmu. Budze­nie się w ryt­mie nie­sły­szal­nego zegara sło­necz­nego było jak roz­pę­dza­nie cięż­kiej maszyny paro­wej, powoli, od środka, przy­spie­sza­jąc sys­te­ma­tycz­nie, aby po chwili sunąć po torach płyn­nie i szybko. Czło­wiek jest jedyną istotą, która utra­ciła instynkt samo­za­cho­waw­czy i świa­do­mie ten pro­ces zabu­rza. Żaden inny gatu­nek na Ziemi ni­gdy nie podej­mo­wał i nie podej­muje dzia­łań tak destruk­cyj­nych dla sie­bie jak homo sapiens. Yuval Har­rari ma rację, pisząc, że możemy wykoń­czyć się sami, pędząc w tem­pie wykład­ni­czym od homo sapiens do homo deus. Potra­fi­li­śmy zabić lub przy­czy­nić się do wygi­nię­cia wielu gatun­ków zwie­rząt i roślin, ale jeste­śmy jedy­nym, który świa­do­mie wynisz­cza sie­bie, wie o tym i nie robi nic lub nie­wiele, by temu zapo­biec. Sam tylko cukier zabija w ciągu roku wię­cej ludzi niż wszyst­kie wojny i zama­chy ter­ro­ry­styczne razem wzięte.

Te ostat­nie jed­nak widać. Są spek­ta­ku­larne, media zapę­tlają zdję­cia z momentu wybu­chu do kilku minut, a eks­perci od ter­ro­ry­zmu dys­ku­tują nad tym na wizji przez wiele godzin. Biała śmierć zabija po cichu, od środka. Jest dużo gor­sza od nar­ko­ty­ków, bo nie nie­sie z sobą odrzu­ca­ją­cego widoku upodlo­nego, znisz­czo­nego czło­wieka, któ­rego prze­cież można zmu­sić jesz­cze do pod­ję­cia tera­pii. Miaż­dżycy, nad­ci­śnie­nia i nie­ustan­nej obec­no­ści zawy­żo­nego poziomu kor­ty­zolu we krwi nie widać gołym okiem. Umie­ramy cicho i przed­wcze­śnie. Jed­nak rów­no­le­gle trwa wyścig o uczy­nie­nie czło­wieka nie­śmier­tel­nym i za kil­ka­dzie­siąt lat fak­tycz­nie garstka z nas będzie żyła "wiecz­nie". Już nie­długo nauka umoż­liwi nam doży­wa­nie dwu­stu i wię­cej lat. Uła­twią to nie tylko leki, ale rów­nież prze­szczepy narzą­dów dru­ko­wa­nych na bio­dru­kar­kach. Para­doks naszych cza­sów - powoli docho­dzimy do per­fek­cji w skra­ca­niu sobie życia, zabi­ja­niu samych sie­bie jedze­niem, czyn­no­ścią, która w swo­jej isto­cie ma utrzy­mać nasze funk­cje życiowe, a z dru­giej strony część ludz­ko­ści będzie za chwilę cybor­gami żyją­cymi po 200 lat. Gdyby tylko Ruda miała świa­do­mość, że jej życie będzie balan­so­wać na kra­wę­dzi, na pewno zmie­ni­łaby jego styl, na pewno by zwol­niła, na pewno w porę zacią­gnę­łaby hamu­lec.

Dzi­siej­szy pora­nek zaczęła tak jak lubi naj­bar­dziej. Leżała w wan­nie i prze­glą­dała się w ręcz­nym lusterku. Wni­kli­wie ana­li­zo­wała układ swo­ich brwi. Za grube - pomy­ślała - i zbyt krza­cza­ste. Muszę coś z tym zro­bić. Spoj­rzała na zega­rek. Docho­dziła 7.30. Czas zro­bić śnia­da­nie i obu­dzić dzieci do przed­szkola.

- Znowu nie zdążę zro­bić maki­jażu! - powie­działa na głos ze smut­kiem.

Ruda była jedną z tych osób, które przy­pi­sy­wały nad­rzędną rolę apa­ry­cji. Pierw­sze wra­że­nie miało być pio­ru­nu­jące. Ale ktoś, kto dba o wygląd bar­dziej niż o to, czy zapła­cił rachu­nek za świa­tło, wcze­śniej czy póź­niej zde­rza się z pro­ble­mem pod tytu­łem czas. Miała go sta­now­czo za mało.

Wyszła z łazienki. W domu było jesz­cze bar­dzo cicho. Chłopcy spali w naj­lep­sze. Poszła do kuchni i włą­czyła eks­pres. Kawa nie tyle ją budziła, ile pozy­tyw­nie nakrę­cała do życia. Lubiła jej zapach i smak. Efekt pod­wyż­szo­nego ciśnie­nia po wypi­ciu espresso już dawno prze­stał jej doty­czyć. Aby mogła stwier­dzić pobu­dza­jące dzia­ła­nie kawy, musia­łaby wlać w sie­bie tyle kofe­iny, ile zmie­ści się w dzie­się­ciu fili­żan­kach naraz. To był efekt wie­lo­let­niego sto­so­wa­nia małej czar­nej jako zamien­nika wody, her­baty i soków owo­co­wych. Była nało­go­wym kawo­szem. W ocze­ki­wa­niu na naj­po­pu­lar­niej­szą używkę świata włą­czyła kom­pu­ter. Zaczęła spraw­dzać e-maile, naj­now­sze wia­do­mo­ści z kraju i ze świata. Wczy­tała się w jakąś infor­ma­cję o poża­rze kamie­nicy. Po kilku minu­tach wpa­try­wa­nia się w ekran znowu to poczuła - nara­sta­jący ból głowy. Poja­wiał się od jakie­goś czasu. Zazwy­czaj łapał ją w pracy, kiedy sie­działa przy kom­pu­terze, wypeł­nia­jąc tabelki w Excelu. Była pewna, że to wła­śnie kon­cen­tra­cja na znie­na­wi­dzo­nych cyfer­kach, komór­kach pro­gramu od tabe­lek, słup­kach i wykre­sach była przy­czyną tego, że jej mózg buzo­wał, goto­wał się od nad­miaru zbęd­nych ilo­ści danych. Jed­nak tym razem ból poja­wił się w innych oko­licz­no­ściach, co bar­dzo ją zanie­po­ko­iło. Poło­żyła czoło na sple­cio­nych dło­niach opar­tych o kuchenny blat i zamknęła oczy. Przez chwilę sta­rała się ziden­ty­fi­ko­wać źró­dło bólu. Dotknęła ręką poty­licy. Czuła, że boli w środku i pro­mie­niuje lekko do góry w stronę kości cie­mie­nio­wej. Odcze­kała chwilę, nim orga­nizm zaak­cep­to­wał pierw­szy próg bólu i przy­zwy­czaił się do sygnału ostrze­gaw­czego, po któ­rym mógł wró­cić do wyko­ny­wa­nia czyn­no­ści, które wła­śnie prze­rwał. Spoj­rzała znowu w ekran lap­topa. Chciała dokoń­czyć czy­ta­nie arty­kułu, wciąż jed­nak nie mogła prze­stać myśleć o nie­po­ko­ją­cych obja­wach. Czy tak wygląda począ­tek migreny? - pytała samą sie­bie. A może to ze stresu? - szu­kała przy­czyny. Usły­szała hałas w pokoju star­szego syna. Za chwilę jego gło­śne pyta­nia i krzą­ta­nina po domu obu­dzą młod­szego. Zacznie się ner­wówka. Zer­k­nęła na zega­rek. Minęła ósma. Mimo utrzy­mu­ją­cego się bólu prze­szła w stan dzia­ła­nia pra­cu­ją­cej matki Polki. Szy­ko­wa­nie śnia­da­nia, pako­wa­nie i spraw­dza­nie ple­ca­ków, ubie­ra­nie. Póź­niej zajęła się sobą. W pośpie­chu zro­biła maki­jaż, obie­cała sobie, że to po raz ostatni i na pewno za tydzień zafun­duje sobie maki­jaż per­ma­nentny. Dopiła chłodną kawę. Poranny stan­dard w życiu samot­nej matki z kil­ku­let­nimi dziećmi.

Wsie­dli do samo­chodu i Monika ruszyła w kie­runku domu byłych teściów i szwa­gierki. Kilka razy w tygo­dniu przy­wo­ziła tam chłop­ców. Tak uzgod­nili z mężem tuż po roz­wo­dzie i po kilku tygo­dniach nikogo to już nie dzi­wiło. Wie­działa, że będą tam bez­pieczni, zje­dzą dru­gie śnia­da­nie, a bab­cia lub cio­cia Beata odpro­wa­dzą ich do przed­szkola i odbiorą. Mogła wtedy spo­koj­nie pra­co­wać, odda­jąc się wcze­śniej rytu­ałowi samot­nej prze­jażdżki swoim srebr­nym chry­sle­rem i wypi­cia dru­giej kawy na sta­cji ben­zy­no­wej. PT cru­iser, cacko, które kilka lat temu, jesz­cze przed roz­wo­dem, dostała od swo­jego męża. Zako­chała się w tym samo­cho­dzie, jak tylko zoba­czyła go po raz pierw­szy na żywo. Był inny, ory­gi­nalny, kształ­tem nie­po­dobny do żad­nego innego auta, wyróż­niał się - a skoro się wyróż­niał, musiał być jej. Decy­zję o tym, że musi mieć samo­chód, pod­jęła bły­ska­wicz­nie, w chwili emo­cji, kiedy wra­cała z pracy do domu. Dźwi­gała torby z zaku­pami i szła chod­ni­kiem w upale, pcha­jąc przed sobą wózek z młod­szym synem, któ­rego ode­brała z przed­szkola. Czuła się jak robot pra­cu­jący od rana do wie­czora, bez chwili prze­rwy. Dwie cięż­kie torby były tak dużym obcią­że­niem dla kiep­skiej jako­ści wózka, że po dwu­stu metrach roz­kra­czył się na środku drogi. Wtedy posta­no­wiła, że zrobi prawo jazdy, kupi samo­chód i raz na zawsze prze­sta­nie być zależna od kogo­kol­wiek. Opo­wie­działa o tym bli­skim, a ci wybu­chli śmie­chem, kiedy ktoś z rodziny spro­wa­dził ją na zie­mię: "Ty, prawo jazdy? Będziemy ci musieli paczki do wię­zie­nia słać, jeśli kie­dyś wyje­dziesz na mia­sto. Roz­trza­skasz się na pierw­szym lep­szym drze­wie". Zbyła uwagę mil­cze­niem, ale czuła się tak, jakby dostała w twarz - upo­ko­rzona jed­nym zda­niem, które czy­niło z niej istotę gor­szą od innych, mniej zdolną do osią­gnię­cia pod­sta­wo­wych umie­jęt­no­ści życio­wych, jakby prawo jazdy było zdo­by­ciem naj­wyż­szej odznaki har­cer­skiej, do któ­rej aspi­ro­wał co naj­wy­żej zuch przy­jęty wła­śnie do dru­żyny. Przez wiele tygo­dni nie poru­szała tego tematu. Wró­cił niby spon­ta­nicz­nie pod­czas roz­mowy w samo­cho­dzie jej męża. Któ­re­goś dnia wyprze­dzali na auto­stra­dzie chry­slera PT cru­isera.

- Piękny - szep­nęła Ruda - taki bym chciała kie­dyś mieć.

Powie­działa ni to do męża, ni to do sie­bie. Jego odpo­wiedź ją zasko­czyła:

- Jak zdasz za pierw­szym razem, to ci go kupię - usły­szała.

Posta­no­wiła poka­zać, na co ją stać. Zapi­sała się na kurs prawa jazdy, który dziś, z per­spek­tywy czasu, był jakimś zło­wiesz­czym sygna­łem nad­cią­ga­ją­cego nie­bez­pie­czeń­stwa.

Roz­dział II

PRAWO JAZDY

Maj 2014

Por­tu­ga­lia, Lizbona. Finał Ligi Mistrzów. Real Madryt poko­nuje po dogrywce Atlético Madryt 4:1. Taj­lan­dia. Gene­rał Pray­uth Chan-ocha wpro­wa­dza stan wojenny i doko­nuje prze­wrotu woj­sko­wego w odpo­wie­dzi na kry­zys poli­tyczny. Pol­ska. Umiera Woj­ciech Jaru­zel­ski, poli­tyk i dowódca woj­skowy, dzia­łacz komu­ni­styczny, pre­zy­dent PRL (1989) i pre­zy­dent RP (1989-1990).

Maj był nie­zwy­kle cie­pły. Momen­tami grzało jak latem. Ruda odsta­wiła dzieci do przed­szkola i zasta­na­wiała się, co robić w tak piękny pora­nek. Miała jesz­cze kilka godzin do popo­łu­dnio­wego spo­tka­nia z klien­tem. Skrę­ciła na sta­cję ben­zy­nową i kupiła kawę. Spoj­rzała na ekran tele­wi­zora, w któ­rym jakaś "śnia­da­niówka" nada­wała znad morza. Miała swoje ulu­bione plaże w Świ­no­uj­ściu, Miel­nie i Dziw­nówku. Spoj­rzała na zega­rek - ósma. Zdążę - pomy­ślała i wybie­gała ze sta­cji. Wsia­dła do samo­chodu i w nawi­ga­cję wbiła Mię­dzyz­droje - jedną z plaż, do któ­rych z Gole­niowa jest naj­bli­żej. To tylko dzie­więć­dzie­siąt kilo­me­trów. Godzinka i będę nad morzem - ana­li­zo­wała. Tak, Szcze­cin, kurwa, nie leży nad morzem! - śmiała się, przy­po­mi­na­jąc sobie auten­tyczne zda­rze­nie, które opo­wie­dział jej kie­dyś kolega. Kilka lat temu do hotelu w Szcze­cinie przy­je­chała wie­czo­rem rodzinka z Sosnowca. Było już tak późno, że dzieci posnęły im w samo­cho­dzie i wno­sili je do pokoju na rękach. Wcze­snym ran­kiem matka, ojciec i dwóch kil­ku­let­nich chłop­ców zamel­do­wało się w recep­cji w stro­jach pla­żo­wych, z dmu­chań­cami do pły­wa­nia na bio­drach.

- Dzień dobry! - przy­wi­tał się z uśmie­chem tata rodzinki. - Jak daleko do morza?

Zapy­tał tak prze­ko­nu­jąco, że nikt nie mógł wziąć tego pyta­nia za żart.

- Jakieś dzie­więć­dzie­siąt kilo­me­trów - odpo­wie­dział miło recep­cjo­ni­sta.

- Pan chyba żar­tuje! - obu­rzył się męż­czy­zna. - Prze­cież widzia­łem na mapie, że woda...

- To jest jezioro, pro­szę pana. Dąbie. Tak się nazywa - wyja­śniał recep­cjo­ni­sta. - Dalej ma pan Zalew Szcze­ciń­ski. Duży, prawda, ale to jesz­cze nie Bał­tyk - dodał z sze­ro­kim uśmie­chem.

Miny nie­do­szłych pla­żo­wi­czów były bez­cenne. Cała czwórka stała ubrana w stroje pla­żowe i zre­zy­gno­wana szu­kała wzro­kiem pomocy, jakby się jesz­cze łudzili, że za chwilę recep­cjo­ni­sta krzyk­nie: "Żar­to­wa­łem!". Nie żar­to­wał. Jego mina mówiła raczej: "Tak, kurwa, Szcze­cin nie leży nad morzem. Zdzi­wieni?".

Ruda uwiel­biała samotne wypady nad morze poza sezo­nem z kub­kiem gorą­cej kawy. W maju plaże były jesz­cze puste i piękne, pozba­wione tych wszyst­kich kolo­ro­wych para­wa­nów upcha­nych tak cia­sno, że cza­sami nie dało się dojść do brzegu, wrzesz­czą­cych na sie­bie ludzi i pala­czy, któ­rym doży­wot­nio powinno się zabra­niać wstępu na kąpie­li­ska. Ruda nie mogła znieść papie­ro­so­wego dymu, wyczu­wała go na kilo­metr. Nie rozu­miała pala­czy, a nade wszystko nie akcep­to­wała ich potrzeby pusz­cze­nia dymka na świe­żym powie­trzu.

Wyje­chała z Gole­niowa na eskę. Cza­sami jeź­dzili tą trasą na kur­sie prawa jazdy. Odkąd zdała egza­min, była naj­szczę­śliw­szą osobą na świe­cie. Nie­za­leżna, mogła decy­do­wać o tym, co zrobi z wol­nym cza­sem. Prawo jazdy było wtedy jej wiel­kim marze­niem. Odda­łaby za nie wszystko. Cho­ciaż nie przy­pusz­czała, że już sam kurs dostar­czy jej tak wielu skraj­nych emo­cji. Zapa­mię­tała szcze­gól­nie jedno zda­rze­nie.

- Muszę zdać za pierw­szym razem! - stwier­dziła Ruda, a w jej gło­sie było tyle zde­cy­do­wa­nia i deter­mi­na­cji, że Marta, jej kole­żanka z kursu, nie miała wąt­pli­wo­ści, która z nich zali­czy teo­rię i prak­tykę tego samego dnia.

- Dobra jesteś, Monika! Na pewno zdasz. Masz do tego dryg - zapew­niała ją Marta.

- Co z tego, skoro w Szcze­ci­nie zda­wal­ność jest na tak niskim pozio­mie. Naj­go­rzej w Pol­sce! Uwzięli się w tym WORD-dzie czy co? Widzia­łaś sta­ty­styki? Nie ma nawet trzy­dzie­stu pro­cent na prak­tycz­nym!

- Boże! - jęk­nęła Marta - To ja na pewno obleję!

- Trzeba dużo ćwi­czyć. Wyku­pi­łam dodat­kowe godziny. Wiesz, teo­ria spoko, nie boję się. Plac też OK, ale na mie­ście mogą się przy­cze­pić do wszyst­kiego.

Marta, sły­sząc Rudą tak zde­ter­mi­no­waną, rów­nież wyku­piła dodat­kowe godziny i po uzgod­nie­niu z instruk­to­rem ter­minu zapla­no­wały wspólną jazdę po Szcze­ci­nie. Chciały zro­bić spraw­dzian umie­jęt­no­ści w warun­kach bojo­wych wiel­ko­miej­skiego ruchu, gdzie samo­cho­dów, moto­rów, poja­wia­ją­cych się znie­nacka rowe­rzy­stów i dostaw­ców pizzy oraz warian­tów podej­mo­wa­nia decy­zji pod pre­sją czasu i jazdy zde­rzak w zde­rzak jest zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż w ich mie­ści­nie. Egza­min będą zda­wały w mie­ście woje­wódz­kim, więc wie­działy, że los pierw­szego podej­ścia może roz­strzy­gnąć się wła­śnie pod­czas testu na uli­cach Szcze­cina. Chciały się do tego dobrze przy­go­to­wać. Takie mia­steczka jak Gole­niów, z małym ruchem i nie­skom­pli­ko­wa­nymi skrzy­żo­wa­niami nie sta­no­wiły wyzwa­nia dla kie­row­ców. Już po kilku dniach jazdy można było poru­szać się po nich z zamknię­tymi oczami.

Dla Rudej jazda była nie­zwy­kłą przy­jem­no­ścią. Nie stre­so­wała się, nie pani­ko­wała za kie­row­nicą, ni­gdy nie tra­ciła czuj­no­ści, miała dobry refleks i szybko prze­wi­dy­wała wyda­rze­nia na dro­dze. Cza­sami miała wra­że­nie, że w poprzed­nim wcie­le­niu musiała być kie­rowcą tak­sówki albo TIR-a. Uwiel­biała sie­dzieć za kie­row­nicą i jechać przed sie­bie. Od kiedy tylko instruk­tor pozwo­lił jej wyje­chać za mia­sto, wie­działa, że pro­wa­dze­nie samo­chodu będzie jed­nym z naj­przy­jem­niej­szych doświad­czeń w jej życiu. Nie potra­fiła wytłu­ma­czyć, co takiego nie­zwy­kłego jest w poru­sza­ją­cej się po asfal­to­wej dro­dze puszce z metalu, w któ­rej cza­sami jest za gorąco, cza­sami za brudno, a cza­sami śmier­dzi od kli­ma­ty­za­cji lub sie­dzeń prze­siąk­nię­tych potem set­nego kur­santa. Była jed­nak pewna, że jeśli jej mąż wycofa się z obiet­nicy kupie­nia jej samo­chodu, to sama kupi. Zacią­gnie kre­dyt, ale sprawi sobie srebr­nego chry­slera.

Do Szcze­cina mieli zale­d­wie czter­dzie­ści kilo­me­trów. Żeby zdą­żyć przed poran­nym szczy­tem komu­ni­ka­cyj­nym, posta­no­wili wyje­chać bar­dzo wcze­śnie rano. Spo­tkali się na placu manew­ro­wym, gdzie na Rudą i jej kole­żankę cze­kał już instruk­tor. Pan Robert miał około sześć­dzie­siątki, był drob­nej budowy, choć o zaokrą­glo­nych kształ­tach. Miał świetne poczu­cie humoru i cięty język. Sporo prze­kli­nał, ale tak mu to jakoś paso­wało, że Rudej nawet impo­no­wał. Wie­dział dosko­nale, kiedy wiej­ska łacina to zbędny prze­ryw­nik, a kiedy wysu­bli­mo­wany ozdob­nik. Zresztą ona sama rów­nież nie stro­niła od moc­nych prze­cin­ków, lubiła doda­wać słow­nego pie­przu do swo­ich wypo­wie­dzi. Cza­sami przy­cho­dziły jej natu­ral­nie jako wyraz emo­cji, a cza­sami klęła inten­cjo­nal­nie, z chęci pod­kre­śle­nia, że z Rudą lepiej nie zaczy­nać. Poza tym "kurwa" już dawno prze­stała być oznaką braku wykształ­ce­nia i dobrych manier. Inte­li­gen­cja klnie na potęgę, a skoro przy­znaje się do tego ośmiu na dzie­się­ciu doro­słych Pola­ków, to zna­czy, że zde­cy­do­wana więk­szość pokoń­czyła szkoły. W swoim słow­niku wul­ga­ry­zmów Ruda miała cały wachlarz dosad­nych prze­kleństw, ale gdyby chciała zro­bić zesta­wie­nie, oka­za­łoby się, że ogra­ni­cza się do tego, co w swo­ich bada­niach opi­sał kie­dyś Jerzy Bral­czyk. Znany języ­ko­znawca wyli­czył, że w języku pol­skim mamy pięć pod­sta­wo­wych wul­ga­ry­zmów: "kurwa", "chuj", "pier­do­lić", "pizda" i "jebać". Cała reszta to kom­bi­na­cje i wytwór buj­nej wyobraźni pol­skiego spo­łe­czeń­stwa, które tak jak Ruda lubi pie­przyć.

W poło­wie drogi zro­bili kolejny postój. Tym razem zatrzy­mali się w McDo­nal­dzie na kawę. Kiedy stali w kolejce do kasy, Ruda zauwa­żyła, że z twa­rzą instruk­tora dzieje się coś nie­po­ko­ją­cego. Przy­glą­dała mu się przez kilka minut, ale z każdą kolejną rósł w niej nie­po­kój. Prawa dolna warga pana Roberta mocno opa­dała. Wyglą­dało to tak nie­na­tu­ral­nie i momen­tami kary­ka­tu­ral­nie, że Ruda zaczęła powąt­pie­wać, czy instruk­tor nie robi sobie z nich żar­tów. Obró­ciła lekko głowę w drugą stronę i wykrzy­wiła usta, opu­ściła lewą dolną wargę na siłę, utrzy­mu­jąc jed­no­cze­śnie prawą w pozy­cji neu­tral­nej. Naśla­do­wała instruk­tora, chciała spraw­dzić, czy można taki tik utrzy­my­wać świa­do­mie przez dłuż­szy czas. Ależ to głu­pio wygląda - stwier­dziła. Po co on to robi? - roz­my­ślała o wyglą­dzie instruk­tora, ale cały czas podświa­do­mie czuła, że coś jest nie tak. Biła się z myślami, czy zapy­tać go z powagą i tro­ską o to, co się dzieje, czy obró­cić całą sytu­ację w żart i powie­dzieć, żeby prze­stał świ­ro­wać i nie robił wio­chy. W końcu są w miej­scu publicz­nym i jadą tre­no­wać przed poważ­nym egza­mi­nem na prawo jazdy! Zer­k­nęła znowu w jego stronę. Zauwa­żyła, że dolna warga wygląda nie­mal dokład­nie tak samo jak wcze­śniej, nie­na­tu­ral­nie opusz­czona, spra­wiała wra­że­nie, jakby robiła na prze­kór pra­wej stro­nie, która się uśmie­cha. Ruda miała wra­że­nie, że połowa twa­rzy instruk­tora pocho­dzi od innej osoby, zaczyna się dziw­nie wykrzy­wiać, jakby nie było nad nią kon­troli.

- Panie Rober­cie, coś z panem nie tak - zde­cy­do­wała się zare­ago­wać. - Dobrze się pan czuje?

Instruk­tor spoj­rzał na nią i uśmiech­nął się, zasko­czony pyta­niem. Prawa warga powę­dro­wała wysoko ku górze, lewa pra­wie nie drgnęła, roz­cią­gnęła się tylko lekko pod wpły­wem ruchu policzka po pra­wej stro­nie.

- Wszystko OK. Tro­chę kiep­sko spa­łem - odparł instruk­tor, pła­cąc już za kawę i wodę. - Chodź­cie, usią­dziemy tutaj. Wpier­do­limy szybko coś na miej­scu, będzie wygod­niej.

Wska­zał ręką miej­sce przy sto­liku. Mówił tro­chę nie­wy­raź­nie, co jesz­cze bar­dziej zanie­po­ko­iło Rudą.

Zapła­ciła za kawę i po chwili razem z kole­żanką sie­działy w rogu przy oknie. Tamta w ogóle nie zwa­żała na to, co się dzieje, była pogrą­żona myślami w swo­ich spra­wach i tylko odpi­sy­wała na ese­mesy. Instruk­tor wycią­gnął z pod­ręcz­nej torby kanapki zawi­nięte w folię alu­mi­niową. Do połowy roz­pa­ko­wał jedną kromkę, ugryzł i zaczął powoli żuć, co chwi­lowo sku­tecz­nie unie­moż­li­wiło Rudej zorien­to­wa­nie się, czy opa­da­jąca warga to tym razem efekt prze­żu­wa­nia, czy może jed­nak oznaka kło­po­tów zdro­wot­nych. Gdyby nawet cho­dziło o ten drugi przy­pa­dek, Ruda i tak nie miała poję­cia, o jakiej cho­ro­bie może świad­czyć opa­da­jąca warga. Ni­gdy wcze­śniej nie spo­tkała się z czymś podob­nym. Zaczęła oba­wiać się naj­gor­szego. W pew­nym momen­cie instruk­tor prze­rwał jedze­nie, jakby nagle coś się stało, zawi­nął nie­do­koń­czoną kanapkę z powro­tem w folię alu­mi­niową i rzu­cił komendę:

- Jedziemy. Szkoda czasu. Marta, teraz ty pro­wa­dzisz. - Kiw­nął głową w kie­runku dziew­czyny.

Ruda przy­glą­dała się instruk­to­rowi bar­dzo uważ­nie. Zauwa­żył to. Zmie­szał się, spu­ścił głowę, jakby chciał ukryć, że nie czuje się naj­le­piej. Typowy facet - pomy­ślała. Czy oni wszy­scy tak mają? Umie­rają, kiedy w rze­czy­wi­sto­ści nic im nie jest, a jak już coś ich trafi, to ukry­wają ten fakt i nie chcą o tym gadać - ana­li­zo­wała zacho­wa­nie męż­czy­zny.

- Panie Rober­cie - zaczęła już bar­dziej zde­cy­do­wa­nie. - Może jed­nak pod­je­dziemy gdzieś do leka­rza? Nie wygląda pan naj­le­piej - zapro­po­no­wała.

- Monika, nie pier­dol - odpo­wie­dział instruk­tor. - Wszystko dobrze. Jedziemy - zde­cy­do­wał sta­now­czo.

Kiedy wyszli na zewnątrz, zauwa­żyła, że instruk­tor powłó­czy lewą nogą. Począt­kowo myślała, że po pro­stu mu ścier­pła od sie­dze­nia na nie­zbyt wygod­nej ławce przy sto­liku, ale prze­cież od tego nie cią­gnie się za sobą nogi, jakby była kawał­kiem drewna. Raczej traci się rów­no­wagę i nie może zro­bić kroku. Opada mu lewy kącik ust, powłó­czy lewą nogą! - wyli­czała. Powoli wpa­dała w panikę. Po raz pierw­szy, od kiedy zauwa­żyła nie­po­ko­jące objawy, zaczęła się bać tego, co może się wyda­rzyć. Nie wie­działa, czego się spo­dzie­wać, ale czuła, że nad­cho­dzi jakieś nie­bez­pie­czeń­stwo. W dodatku za kie­row­nicą usia­dła Marta, która nie radziła sobie na dro­dze tak dobrze jak ona. Gdyby doszło do sytu­acji, w któ­rej potrzebna będzie szybka reak­cja instruk­tora, znajdą się w poważ­nych tara­pa­tach. Ruda szła krok w krok za instruk­torem i patrzyła uważ­nie, jak on się poru­sza. Powłó­czył lewą nogą bar­dzo wyraź­nie, w koń­co­wej fazie prze­cią­ga­jąc lekko stopę po pod­łożu. Wsiadł do samo­chodu, poma­ga­jąc sobie rękoma pod­czas prze­kła­da­nia nogi.

- Ruszamy - powie­dział instruk­tor i zapiął pasy.

Teraz Ruda usły­szała już wyraź­nie zmę­czony głos. Cisza, jaka pano­wała w samo­cho­dzie, pozwo­liła na dokład­niej­szą ana­lizę docie­ra­ją­cych dźwię­ków. Instruk­tor mówił dziw­nie, ale ani Monika, ani jej kole­żanka nie zda­wały sobie sprawy z tego, co nad­cho­dzi. Od momentu decy­zji, że zjeż­dżają na sta­cję paliw, gdzie wypa­trzyli McDo­nalda minęło zale­d­wie trzy­dzie­ści minut, ale w tym cza­sie zacho­wa­nie instruk­tora zmie­niło się tak bar­dzo, że strach oble­ciał już obie kur­santki. Co prawda jest upał, duszno, ale czy naprawdę w ciągu pół godziny mogło to wywo­łać, aż tak duże zmę­cze­nie u instruk­tora? - zasta­na­wiała się Ruda.

Nikt nic nie mówił, nie włą­czył radia i nie pró­bo­wał roz­luź­nić napię­tej atmos­fery. W powie­trzu dało się wyczuć ocze­ki­wa­nie. Jechali tak około pięt­na­stu minut. Minęli rogatki mia­sta. Byli już na przed­mie­ściach Szcze­cina i zgod­nie z zało­że­niem mieli poje­chać do cen­trum, a póź­niej w pobliże placu manew­ro­wego Woje­wódz­kiego Ośrodka Ruchu Dro­go­wego. Chcieli tam prze­ćwi­czyć jazdę po naj­bliż­szej oko­licy, aby w dniu egza­minu płyn­nie i bez ner­wów roz­po­cząć jazdę testową. Kiedy zbli­żali się do ronda, Marta zwol­niła, zre­du­ko­wała bieg i naci­snęła deli­kat­nie hamu­lec.

- Nie uży­waj hamulca! Prze­cież uczy­łem was hamo­wać sil­ni­kiem - powie­dział zde­ner­wo­wany instruk­tor.

Mówił bar­dzo dziw­nie, co dru­gie słowo lekko znie­kształ­ca­jąc. Widać było, że wypo­wia­da­nie słów spra­wia mu dużą trud­ność. Mimo wszystko kon­ty­nu­ował. W nie­któ­rych sło­wach bra­ko­wało spół­gło­sek, co powoli zaczy­nało przy­po­mi­nać beł­kot pija­nego czło­wieka.

- Redu­ku­jesz bieg, pusz­czasz srzę­gło i zabie­rasz noi z pedałó..., a po kilu seun­dach, kiedy samo­chód wytraci prę­koś, robisz to pono­nie. Takie to, kuwa, trune?! - zapy­tał pode­ner­wo­wany.

Marta jak na roz­kaz zro­biła, co kazał. Monika ni­gdy nie widziała tak prze­stra­szo­nej kole­żanki. Ręce drżały jej na kie­row­nicy. Roz­glą­dała się na boki, szu­kała wzro­kiem pomocy w Rudej, miała nadzieję, że coś zrobi, zare­aguje. Obie były prze­ko­nane, że instruk­tor albo gol­nął sobie ukrad­kiem piwo, kiedy poszły do toa­lety pod­czas postoju, albo jest naprawdę w poważ­nych kło­po­tach zdro­wot­nych i za chwilę wyda­rzy się tra­ge­dia. Kiedy do ronda zostało kil­ka­dzie­siąt metrów, Marta ponow­nie zre­du­ko­wała bieg, wci­snęła już lekko hamu­lec, chcąc zwol­nić do pręd­ko­ści umoż­li­wia­ją­cej bez­pieczne wje­cha­nie na rondo.

- Na ron­dzie w lewo. - Instruk­tor nagle wydał pole­ce­nie, które zasko­czyło Martę.

Myślała, że będą jechać pro­sto. Wcze­śniej nie sygna­li­zo­wał zmiany kie­runku jazdy. Ten nagły komu­ni­kat tak wytrą­cił ją z rów­no­wagi, że nie zasta­na­wia­jąc się, gdzie jest i jakie są zasady ruchu na ron­dzie, skrę­ciła w lewo, wjeż­dża­jąc pod prąd. Instruk­tor gwał­tow­nie zaha­mo­wał. Wszyst­kimi rzu­ciło do przodu, pasy się napięły i bole­śnie zatrzy­mały pasa­że­rów w fote­lach.

- Co ty robisz? - krzyk­nął instruk­tor. - Chcesz nas poza­bi­jać?!

W samo­cho­dzie zro­biło się bar­dzo ner­wowo. Zje­chali na pobo­cze, zatrzy­mali się. Ruda nie wytrzy­mała napię­cia i roz­ka­zu­ją­cym wręcz tonem zako­mu­ni­ko­wała:

- Panie Rober­cie, jedziemy do szpi­tala. Pan naprawdę źle wygląda. Nic pan nie czuje?

- Nie jedziemy do żad­nego szpi­tala! Pier­do­lisz jakieś głu­poty, zamiast sku­pić się na jeź­dzie. Co cię to, kurwa, obcho­dzi, jak ja wyglą­dam i jak się czuję? Idiotka jakaś - rzu­cił ni to do Moniki, ni to do sie­bie i otwo­rzył drzwi samo­chodu.

Marta, cała roz­trzę­siona, już dawno wysia­dła z auta, zapa­liła papie­rosa. Z instruk­to­rem działo się coś bar­dzo złego. Nie tylko beł­ko­tał jak pijany, ale wysia­da­jąc z samo­chodu, omal się nie prze­wró­cił. Tra­cił rów­no­wagę i coraz moc­niej powłó­czył nogą. Kiedy Marta zauwa­żyła, w jakim jest sta­nie, pra­wie się roz­pła­kała. Zga­siła papie­rosa i zawo­łała do Rudej:

- Monika, ja już nie pro­wa­dzę. Nie chcę jeź­dzić. Wra­camy do domu!

Monika ski­nęła tylko głową, usia­dła za kie­row­nicą i zapięła pas, dając tym samym sygnał, że czas wsia­dać. Kiedy obie były już w samo­cho­dzie, instruk­tor zre­zy­gno­wany usiadł obok na miej­scu pasa­żera. Już nic nie mówił. Oparł się tylko o zagłó­wek fotela i wark­nął:

- Wra­camy!

Marta patrzyła na instruk­tora z tyl­nego sie­dze­nia. Prze­ra­że­nie w jej oczach mówiło wszystko. Bała się nie tylko jego reak­cji, ale też tego, co za chwilę może się wyda­rzyć. Instruk­tor wyglą­dał bar­dzo źle.

- Monika, ile fabryka dała, wra­camy. Coś fak­tycz­nie jest z nim nie tak - szep­nęła.

Rudej nie trzeba było powta­rzać dwa razy. Mimo że egza­min miała za kilka tygo­dni, jeź­dziła już bar­dzo dobrze, cza­sami za szybko i na gra­nicy prze­pi­sów prawa. Instruk­tor nawet nie reago­wał, kiedy prze­kra­czała pręd­kość o trzy­dzie­ści czy nawet czter­dzie­ści kilo­me­trów na godzinę. Zda­wało się, że powoli prze­staje nawet zwra­cać na to uwagę. Monika zer­kała na niego z ukosa i kilka razy przy­ła­pała go na tym, jak przy­my­kał oczy. Nie zasy­piał, ale spra­wiał wra­że­nie bar­dzo zmę­czo­nego. Ruda doci­snęła gaz. Była jed­nak pewna, że nie robi nic złego. Dzia­łała w sta­nie wyż­szej koniecz­no­ści. Przez chwilę nawet pomy­ślała, że dobrze by się stało, gdyby poli­cja zła­pała ją na prze­kro­cze­niu pręd­ko­ści. Mogłaby wtedy powie­dzieć mun­du­ro­wym, że z jej instruk­to­rem dzieje się coś dziw­nego. Poli­cji na pewno by posłu­chał, a jeśli nie, to być może od razu wezwa­liby pogo­to­wie. Ruda miała też w pla­nach, wbrew woli instruk­tora, skrę­cić na Szpi­talny Oddział Ratun­kowy, kiedy tylko wjadą do Gole­niowa. Ani razu o tym nie wspo­mniała, bojąc się reak­cji męż­czy­zny. Kiedy wje­chali do mia­sta, instruk­tor zauwa­żył, że kur­santka nie jedzie trasą, która pro­wa­dziła na plac manew­rowy.

- Gdzie jedziesz?! - zapy­tał z pre­ten­sją. - Mówi­łem, że koń­czymy na placu! Skrę­caj - wybeł­ko­tał.

- Zawiozę pana na pogo­to­wie - odpo­wie­działa spo­koj­nie.

- Ni­gdzie mnie nie będziesz zawo­zić! Powie­dzia­łem na plac! - roz­ka­zał.

Ruda wie­działa, że instruk­tor ma kon­trolę nad peda­łem sprzę­gła i hamulca. Mógł w każ­dej chwili zain­ge­ro­wać w jazdę. Skrę­ciła pokor­nie w ulicę pro­wa­dzącą na par­king szkoły jazdy.

- Jak pan chce, ale to nie wygląda dobrze - skwi­to­wała Ruda. - To się może źle skoń­czyć - dodała.

Kiedy doje­chali na miej­sce, instruk­tor oschle poże­gnał dziew­czyny i kazał im iść do domu. Nie chciał z nimi roz­ma­wiać, nie umó­wił się na kolejną jazdę. Wysiadł z samo­chodu i powłó­cząc nogą, poszedł do biura. Ruda roz­trzę­siona wró­ciła do domu. Zaraz po wej­ściu odpa­liła kom­pu­ter, otwo­rzyła Google'a i wpi­sała w pasek wyszu­ki­wa­nia: "opa­da­jąca warga", "powłó­cze­nie nogą". W ciągu nie­spełna sekundy na ekra­nie kom­pu­tera wyświe­tliło się dzie­sięć pro­po­zy­cji arty­ku­łów. Kilka przy­kuło jej uwagę:

"Kiedy mamy do czy­nie­nia z opa­da­ją­cym kąci­kiem ust? Cho­roby", "Pora­że­nie nerwu twa­rzo­wego - przy­czyny, lecze­nie, reha­bi­li­ta­cja", "Cho­roba Par­kin­sona Objawy".

Zaczęła czy­tać, ale żaden arty­kuł nie dawał jed­no­znacz­nej odpo­wie­dzi na pyta­nie, co może dole­gać oso­bie, u któ­rej wystą­piły oba te objawy jed­no­cze­śnie. Wró­ciła do wyszu­ki­warki. Wpi­sała: "opa­da­jący kącik ust i nie­do­wład nogi".

Jeden z arty­ku­łów, który poka­zał się na ekra­nie w pierw­szej trójce, nosił tytuł: "Udar mózgu - objawy i skutki". Zaczęła czy­tać i z każ­dym zda­niem jej serce biło coraz moc­niej. Wie­działa już, że instruk­tor zna­lazł się w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie. W aka­pi­cie "Objawy udaru mózgu" dr Adam Kobay­ashi z Insty­tutu Psy­chia­trii i Neu­ro­lo­gii w War­sza­wie pisał:

Czas, w któ­rym można pomóc oso­bie po uda­rze, wynosi około czte­rech i pół godziny. Zda­rza się, że objawy udaru mózgu są bar­dzo nie­ty­powe, ale naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nym symp­to­mem jest opad­nię­cie kącika ust, nie­do­wład ręki lub nogi.

Poczuła, że robi się jej słabo. Cztery i pół godziny - powie­działa do sie­bie. Zaczęła liczyć, ile czasu minęło od momentu, kiedy zauwa­żyła u męż­czy­zny opa­da­jący kącik ust. Chwy­ciła za tele­fon i już miała dzwo­nić do instruk­tora, kiedy uświa­do­miła sobie, że to nic nie da. Jeśli nie posłu­chał jej pod­czas jazdy, kiedy sie­działa obok prze­ra­żona, to tym bar­dziej zigno­ruje ją przez tele­fon. Chwilę póź­niej przy­szedł jej do głowy dosko­nały pomysł. Szkoła jazdy, którą pro­wa­dził pan Robert, nale­żała rów­nież do jego rodziny, a zaję­cia na placu manew­ro­wym pro­wa­dziła Ania, synowa instruk­tora. Ruda nie­raz miała z nią ćwi­cze­nia, lubiły się i wymie­niły rów­nież tele­fonami, aby łatwiej mogły uma­wiać się na zaję­cia. Póź­niej nawet odwie­dzały się w domach razem z dziećmi. Wybrała numer.

- Cześć, Moniko! - usły­szała rado­sny głos w słu­chawce. Imię Moniki wyświe­tliło się na ekra­nie jej tele­fonu. - Jak poszła jazda po Szcze­ci­nie? - zapy­tała Ania.

- Cześć. Nie teraz, Aniu. Pilne - powie­działa Ruda i natych­miast zasy­pała kole­żankę szcze­gó­łami doty­czą­cymi zdro­wia jej teścia. - Wszystko wska­zuje na to, że dostał udaru mózgu.

- Boże! - krzyk­nęła Ania. - Co ty wyga­du­jesz?

- Nagle zaczął się dziw­nie zacho­wy­wać. Na początku myśla­łam, że świ­ruje, wykrzy­wiał usta tak dziw­nie, jakby uda­wał upo­śle­dzo­nego. Póź­niej zauwa­ży­łam, że cią­gnie za sobą nogę, jakby nie mógł jej zgi­nać. Powie­dzia­łam mu, że dziw­nie wygląda i chyba dzieje się coś złego, ale nie chciał słu­chać o pogo­to­wiu. Tro­chę nawet mnie zwy­zy­wał, ale wiesz, to chyba nor­malne w takiej sytu­acji, bo nie kon­tro­lo­wał do końca emo­cji. Chcia­łam go siłą zawieźć na pogo­to­wie, ale bro­nił się i kazał odwieźć do szkoły. Powi­nien tam jesz­cze być. Zadzwoń szybko na pogo­to­wie i jedź do niego. To się stało dwie godziny temu.

- Dzię­kuję, Moniko! Zadzwo­nię póź­niej - odpo­wie­działa i szybko się roz­łą­czyła.

Ruda usia­dła przy stole i roz­pła­kała się. Dopiero teraz puściły emo­cje i poczuła, jak bar­dzo jest spięta. Ryczała jak dziecko, histe­rycz­nie, trzy­ma­jąc mocno w dło­niach rudą czu­prynę. Po raz pierw­szy była tak bli­sko kogoś, kto mógł umrzeć i gdyby nie jej przy­tom­ność i upór, jesz­cze dziś wie­czo­rem mogła usły­szeć o zgo­nie instruk­tora jazdy z Gole­niowa. Wró­ciła spo­koj­nie do kom­pu­tera i jesz­cze raz zaczęła czy­tać arty­kuł o obja­wach udaru mózgu, przy­czy­nach i jego rodza­jach. Zda­rza się, że chory nie czuje obja­wów i łatwiej zauwa­żyć je dru­giej oso­bie - tłu­ma­czył dr Kobay­ashi. To dla­tego instruk­tor twier­dził, że nic mu nie jest - pomy­ślała Ruda. Ale jak to moż­liwe, że nic nie czuł? - szu­kała odpo­wie­dzi na pyta­nia, które zadaje sobie nie­wielu zdro­wych ludzi. Ucie­kamy od tego, co złe, nie­przy­jemne i może zbu­rzyć nam dobry nastrój. Więk­szo­ści prze­cięt­nych Pola­ków udar koja­rzy się zapewne z nad­mia­rem słońca, a gdyby zapy­tać ich o cha­rak­te­ry­styczne objawy i to, co trzeba zro­bić, kiedy dostrzeże się je u kogoś, odpo­wie­działyby wzru­sze­niem ramion i smut­nym mil­cze­niem.

W tej chwili Ruda pomy­ślała o dzie­ciach. Pod jej nie­obec­ność ode­brała je z przed­szkola teściowa. Spoj­rzała na zega­rek. Zbli­żała się godzina pięt­na­sta. Monika wstała od stołu i posta­no­wiła, że posie­dzi jesz­cze chwilę w ogro­dzie. Chciała ochło­nąć, zanim pój­dzie ode­brać chłop­ców.

Wie­czo­rem, kiedy kła­dła ich spać, zadzwo­nił tele­fon. Spoj­rzała na wyświe­tlacz. Ania, synowa instruk­tora. Tele­fon wibro­wał na bla­cie stołu. Nie chciała odbie­rać w oba­wie przed tym, że usły­szy naj­gor­szą wia­do­mość z moż­li­wych. Wie­działa jed­nak, że jeśli nie odbie­rze, i tak będzie musiała oddzwo­nić do Ani, kiedy chłopcy już usną. Pod­nio­sła tele­fon i prze­su­nęła zie­loną słu­chawkę.

- Cześć, Aniu - powie­działa tak spo­koj­nie, jak tylko mogła.

- Cześć. Chcia­łam ci podzię­ko­wać. Tata żyje. Nic mu nie jest. Tra­fił do szpi­tala w Szcze­ci­nie. Lekarz powie­dział, że miał ogromne szczę­ście. Dzięki tobie mogli szybko zare­ago­wać.

- Ufff... - szep­nęła Ruda. - Nawet nie wiesz, jak się cie­szę. To wszystko wyglą­dało tak dziw­nie i strasz­nie. Wia­domo, co się dokład­nie stało?

- Tak, tata miał udar nie­do­krwienny. Zatka­nie tęt­nicy. Do mózgu nie dopły­wała krew. Podali mu jakiś lek, zro­bili trom­bo­lizę czy jakoś tak, to roz­pu­ściło skrze­plinę. Leka­rze mówią, że nie będzie miał powi­kłań, bo udało się szybko podać lekar­stwo. Gdy­by­śmy cze­kali z reak­cją jesz­cze dwie godziny, byłoby za późno. Mógłby tego nie prze­żyć, a w naj­lep­szym wypadku wylą­do­wałby na wózku inwa­lidz­kim i sie­dział w nim do końca życia.

Monika roz­ma­wiała z Anią jesz­cze długo. Chłopcy posnęli w jej sypialni, ale nie zwra­cała na to uwagi. Koniec koń­ców i tak pew­nie przy­szliby do jej łóżka.

Nalała sobie szklankę mar­tini i usia­dła w salo­nie. Zasnęła na kana­pie.

* * *

Mie­siąc póź­niej Ruda poje­chała do Szcze­cina na egza­min prawa jazdy. Po testach teo­re­tycz­nych i prak­tycz­nych zadzwo­niła do męża, który był w Nor­we­gii. Od kilku lat jeź­dził tam do pracy.

- Cześć - powie­działa gło­sem, z któ­rego trudno było od razu wycią­gnąć wnio­sek, jak poszedł jej egza­min.

- Kiedy poprawka? - usły­szała na przy­wi­ta­nie.

- Za pierw­szym podej­ściem - odpo­wie­działa z uśmie­chem.

Szybko skoń­czyli roz­mowę. Jej mąż nie mógł uwie­rzyć, że Rudej się udało. Zadzwo­nił nawet do ośrodka egza­mi­na­cyj­nego, żeby się upew­nić, czy go nie okła­mała. Ale zacho­wał się fair. Kupił jej samo­chód, o jakim marzyła.

Przy­goda z pra­wem jazdy była dla Rudej lek­cją wiary w sie­bie. Poza tym dostała od losu sygnał, że życie nie jest dane raz na zawsze.