Rozdział I
Znam pewien kraj, gdzie nie ma smogu,
problemów z parkowaniem ani przeludnienia... Ani zimnej wojny, bomby
wodorowej i telewizyjnych reklam... Gdzie nie wiedzą, co to konferencje na
szczycie, Fundusz Pomocy Zagranicy i ukryte podatki... a także podatek
dochodowy. Klimat jest tam taki, jaki przypisują sobie (zupełnie
bezpodstawnie) Floryda i Kalifornia, krajobrazy są piękne, ludzie
przyjaźni i gościnni, a kobiety śliczne i zaskakująco chętnie szafujące
swoimi wdziękami...
Mógłbym tam wrócić, mógłbym...
To był rok wyborów przebiegających jak zwykle pod hasłem: "Cokolwiek
możesz zrobić, ja zrobię to lepiej", a w tle tych pogawędek piszczały
sputniki. Ukończyłem dwadzieścia jeden lat, ale nie miałem zielonego
pojęcia, przeciw której partii głosować.
Zamiast tego zadzwoniłem do mojej komendy uzupełnień i poprosiłem, żeby
przysłali mi kartę powołania.
Do poboru mam taki stosunek jak homar do wrzącej wody: może to i najpiękniejsza godzina jego życia, ale nie on podjął decyzję. Mimo to
kocham mój kraj. Tak jest, kocham, i to mimo szkolnej propagandy
głoszącej, że patriotyzm wyszedł z mody. Jeden z moich pradziadków
poległ pod Gettysburgiem, a mój tatko na własnych nogach wracał spod
Inczon, tak więc nie kupuję tego pomysłu. Zwalczałem go w dyskusjach w klasie... aż dostałem D z nauk społecznych, a wtedy zamknąłem dziób i zaliczyłem ten przedmiot.
Jednak nie zmieniłem zdania, by zadowolić tych spośród nauczycieli,
którzy nie odróżniali Little Round Top od Seminary Ridge.
Należysz do mojego pokolenia? Jeżeli nie, czy wiesz, dlaczego tak bardzo
pobłądziliśmy? A może po prostu spisałeś nas na straty jako
"młodocianych przestępców"?
Mógłbym napisać o tym książkę. Bracie! Jednakże przytoczę tylko jeden
kluczowy fakt: jeśli poświęcacie długie lata na to, aby wybić chłopakowi
z głowy patriotyzm, nie oczekujcie, iż będzie wiwatował, gdy otrzyma
zawiadomienie: "GRATULACJE. Niniejszym zostaje pan powołany do Armii
Stanów Zjednoczonych...".
I co tu gadać o "straconym pokoleniu"! Czytałem te napisane po pierwszej
wojnie ględoły Fitzgeralda, Hemingwaya i innych i doszedłem do wniosku,
że jedyną rzeczą, o którą musieli się martwić, była zawartość metanolu w bimbrze. Mieli świat u swoich stóp - dlaczego więc tak zalewali się
łzami?
Oczywiście, czekał ich Hitler i wielki kryzys. Tyle że oni nie mieli o tym pojęcia. My mieliśmy na głowie Chruszczowa i bombę wodorową i doskonale o tym wiedzieliśmy.
Ale nie byliśmy "straconym pokoleniem". Gorzej - byliśmy "bezpiecznym
pokoleniem". Nie bitnikami. Tych nigdy nie było więcej niż kilkuset
wśród milionów. Och, mówiliśmy ich żargonem, zachwycaliśmy się fajnymi
dźwiękami w stereo i spieraliśmy z ankietą "Playboya" o jazzmanach tak
zaciekle, by miało to jakieś znaczenie. Czytaliśmy Salingera i Kerouaca,
używaliśmy języka, który szokował naszych rodziców, i (niekiedy)
ubieraliśmy się jak bitnicy. Nie uważaliśmy jednak, by bębenki bongo i brody mogły się równać z pieniędzmi w banku. Nie byliśmy buntownikami.
Byliśmy konformistyczni jak stado owiec. Naszym niewypowiedzianym hasłem
było "Bezpieczeństwo".
Większości tych haseł nigdy nie wypowiedziano, ale kierowaliśmy się nimi
równie nieomylnie, jak kacze pisklę podąża do wody. "Nie sprzeciwiaj się
ratuszowi", "Bierz, kiedy można", "Nie daj się złapać". Wzniosłe cele,
wielkie wartości moralne, wszystkie miały wspólny mianownik -
"Bezpieczeństwo". "Stały związek" (cegiełka, którą moje pokolenie
dołożyło do amerykańskiego snu) opierał się na bezpieczeństwie - słabi
mogli być pewni, że w sobotnią noc nie będą samotni. Jeśli byłeś w stałym związku, eliminowałeś konkurencję.
Ale mieliśmy swoje ambicje. Tak jest, proszę pana! Wykiwaj komendę
uzupełnień i skończ college. Ożeń się i zrób jej dziecko, z pomocą obu
rodzin pozostając zwolnionym od służby wojskowej studentem. Załap się na
pracę dobrze widzianą przez komendy uzupełnień, powiedzmy w jakiejś
firmie produkującej pociski rakietowe. A jeszcze lepiej, jeśli twoi
(albo jej) starzy dadzą radę nadal was utrzymywać, po dyplomie załatw
sobie dodatkowe studia, zrób kolejne dziecko i przetrwaj bezpiecznie
okres, w którym mogą cię powołać, nie zapominając przy tym, że doktorat
jest legitymacją związkową, gdy chodzi o awanse, pensję i emeryturę.
Po żonie w ciąży i jej bogatych rodzicach największe bezpieczeństwo
dawało orzeczenie o niezdolności do służby wojskowej. Uszkodzone bębenki
to niezła rzecz, ale najlepsza była alergia. Jeden z moich sąsiadów miał
straszliwą astmę, dopóki nie ukończył dwudziestego szóstego roku życia.
Wcale nie udawał: był uczulony na komisje poborowe. Inny sposób polegał
na przekonaniu wojskowego psychiatry, że twoje zainteresowania
kwalifikują cię raczej do sfery podległej Departamentowi Stanu niż
Armii. Więcej niż połowa mojego pokolenia była "niezdolna do służby
wojskowej".
Nie widzę w tym niczego dziwnego. Jest taki stary obraz przedstawiający
ludzi jadących saniami przez las - ściganych przez wilki. Co pewien czas
łapią jednego spośród siebie i rzucają na pożarcie. Właśnie tym jest
pobór do wojska, nawet jeśli nazwiecie to "zaszczytną służbą" i dla
okrasy dołożycie kilka medali oraz "przywilejów dla weteranów":
rzucaniem mniejszości wilkom, podczas gdy większość w spokoju ducha
zmierza ku garażowi na trzy samochody, basenowi oraz korzyściom płynącym
z pewnej i bezpiecznej emerytury.
Ja też nie jestem święty - sam marzyłem o tym garażu na trzy wozy.
Jednak moi starzy nie mogli mnie przepchnąć przez college. Ojczym był
zawodowym podoficerem w Siłach Powietrznych i starał się, jak mógł,
zarobić na buty dla własnych dzieciaków. Gdy na rok przed moją maturą
przeniesiono go do Niemiec, a siostra mojego ojca poprosiła, bym
zamieszkał z nią i jej mężem, obaj odczuliśmy ulgę.
Moja sytuacja finansowa wcale się nie poprawiła, ponieważ wuj płacił
alimenty swojej pierwszej żonie, co zgodnie z kalifornijskim prawem
stawiało go w sytuacji bardzo podobnej do tej, w jakiej znajdował się
robotnik rolny w Alabamie przed wojną domową. Miałem jednak swoje
trzydzieści pięć dolców na miesiąc jako "żyjący spadkobierca zmarłego
weterana". (Nie byłem "sierotą wojennym", co jest o wiele bardziej
opłacalne). Matka uważała, że śmierć ojca nastąpiła w wyniku ran, ale
Urząd do spraw Weteranów był innego zdania, zostałem więc tylko "żyjącym
spadkobiercą".
Trzydzieści pięć dolców miesięcznie nie wypełniało dziury, jaką robiłem
w spiżarni wujostwa, więc było tak oczywiste, że po maturze będę musiał
sam o siebie zadbać. Niewątpliwie zaciągając się do wojska. Jednak ja
miałem własny plan. Grałem w futbol i sezon roku maturalnego ukończyłem
z rekordem szkół średnich centralnej Kalifornii pod względem liczby
zdobytych jardów oraz ze złamanym nosem... a jesienią rozpocząłem następną
kolejkę w miejscowym college'u stanowym z robotą polegającą na
"zamiataniu sali gimnastycznej" za dziesięć zielonych więcej niż tamta
renta, plus napiwki.
Nie widziałem jeszcze światełka w tunelu, ale miałem jasny plan:
zacisnąć zęby i zdobyć dyplom inżyniera. Unikać poboru i małżeństwa. Po
dyplomie załatwić sobie robotę dającą odroczenie. Oszczędzać forsę i uzyskać również dyplom prawnika, ponieważ w Homestead na Florydzie jeden
z nauczycieli podkreślał, że gdy inżynierowie zarabiają pieniądze,
ciężka forsa i stanowiska kierownicze przypadają prawnikom. Tak, panie
psorze! Zamierzałem zdobyć wszystkie punkty. Chciałem być taki jak
bohaterowie książek Horatia Algera. Od razu startowałbym do dyplomu
prawnika, gdyby nie fakt, że na tym college'u nie było wydziału prawa.
A pod koniec drugiego roku moich studiów obcięli fundusze na futbol.
Mieliśmy wtedy doskonały sezon - żadnych zwycięstw. "Flash" Gordon (to
ja w sprawozdaniach sportowych) był pierwszy w rankingach zdobytych
jardów i punktów, ale mimo to obaj z trenerem straciliśmy pracę.
Oczywiście "zamiatałem salę" do końca tamtego roku w zespołach
koszykówki, szermierki i lekkoatletyki, ale abiturient, który dzierżył
teraz kasę, nie był zainteresowany koszykarzem mającym zaledwie sześć
stóp i jeden cal wzrostu. Spędziłem całe lato, machając szczotką i usiłując załatwić sobie robotę gdzie indziej. Skończyłem wówczas
dwadzieścia jeden lat, więc urwało mi również te trzydzieści pięć dolców
miesięcznie. Wkrótce po Święcie Pracy wycofałem się zatem na z góry
upatrzoną pozycję, to znaczy zadzwoniłem do mojej komisji poborowej.
Planowałem odsłużyć rok w Siłach Powietrznych, a potem zdobyć miejsce w Akademii Lotnictwa... i zostać sławnym astronautą zamiast bogaczem.
No cóż, nie wszyscy możemy zostać astronautami. Lotnictwo miało swoje
limity, cokolwiek to oznacza. Przydzielili mnie do Sił Lądowych tak
szybko, że ledwie zdążyłem się spakować.
Nastawiłem się więc na to, by zostać najlepszym kancelistą w całej
armii; upewniłem się, że na liście moich umiejętności znalazło się
pisanie na maszynie. Gdybym miał w tej sprawie coś do powiedzenia, to
przesiedziałbym czas służby w Fort Carson, przepisując dokumenty na
czysto i cichcem uczęszczając do szkoły wieczorowej.
Niestety nie miałem w tej sprawie nic do powiedzenia.
Byłeś kiedyś w Azji Południowo-Wschodniej? Floryda wydaje się przy niej
pustynią. Gdziekolwiek postawisz nogę, chlupie. Zamiast traktorów
używają tam wołów domowych. Krzaki pełne są insektów i strzelających do
ciebie tubylców. To nie była wojna ani nawet "akcja policyjna". Byliśmy
"doradcami wojskowymi". Jednak w tym upale martwy od czterech dni
doradca wojskowy śmierdział tak samo jak trup na prawdziwej wojnie.
Awansowano mnie na kaprala. Siedem razy. Na kaprala.
Nie miałem odpowiedniego nastawienia. Tak przynajmniej twierdził dowódca
mojej kompanii. Tatko służył w marines, ojczym w lotnictwie, a moją
jedyną ambicją wojskową było zostać kancelistą w jakiejś bazie w Stanach. Nie lubiłem armii. Dowódca mojej kompanii też jej nie lubił;
był porucznikiem, którego nie awansowano na kapitana, i ilekroć zaczynał
się nad tym zastanawiać, kapral Gordon tracił swoje belki.
Ostatni raz pozbyłem się ich, kiedy mu powiedziałem o liście do mojego
kongresmena. Zapytałem w nim, dlaczego jestem jedynym w całej Azji
Południowo-Wschodniej żołnierzem, który wróci do cywila, odchodząc na
emeryturę, zamiast wyjechać do domu po upływie swojej tury. Wkurzyło to
dowódcę tak strasznie, że nie tylko mnie zdegradował, ale jeszcze
poszedł na misję i został bohaterem, a potem nieboszczykiem. Dorobiłem
się wówczas tej szramy na moim złamanym nosie, ponieważ ja także
zostałem bohaterem i powinienem dostać Medal Honoru, ale niestety nikt
tego nie widział.
Kiedy wracałem do zdrowia, postanowili odesłać mnie do domu.
Major Ian Hay, ten od "wojny o koniec wojny", tak opisuje strukturę
organizacji wojskowych: "Niezależnie od wymagań taktyczno-operacyjnych
wszystkie piony militarnej biurokracji mają Dział Niespodzianek, Dział
Kiepskich Żartów oraz Dział Dobrej Wróżki. Pierwsze dwa załatwiają
większość spraw, trzeci zaś jest bardzo niewielki - Dział Dobrej Wróżki
to jedna podstarzała urzędniczka kategorii GS-5, przeważnie na
chorobowym".
Jednak kiedy siedzi za swoim biurkiem, czasami odkłada robótkę na
drutach, chwyta jakiś papier przewijający się przez jej biuro i robi coś
miłego. Widzieliście, jak załatwiały mnie Dział Niespodzianek wespół z Działem Kiepskich Żartów, ale tym razem szeregowcem Gordonem zajął się
Dział Dobrej Wróżki.
A było to tak: kiedy się dowiedziałem, że jak tylko zagoi mi się twarz
(żółty braciszek nie wysterylizował maczety), wyślą mnie do domu,
poprosiłem, by zdemobilizowano mnie w Wiesbaden, gdzie mieszkała moja
rodzina, a nie w Kalifornii wpisanej jako miejsce powołania. Nie
krytykuję tamtego żółtego braciszka: wcale nie chciał, żebym wyzdrowiał,
i dopiąłby swego, gdyby nie był zbyt zajęty zabijaniem dowódcy mojej
kompanii i gdyby zanadto się nie pospieszył, aby mnie dobrze obsłużyć.
Ja nie wysterylizowałem bagnetu, ale on się nie skarżył - westchnął
jedynie i otworzył się jak lalka, z której wysypują się trociny. Byłem
mu wdzięczny; nie tylko zamieszał kości mojego losu tak, że wydostałem
się z armii, ale jeszcze podsunął mi wspaniały pomysł.
On i chirurg wojskowy... Ten, który powiedział:
- Wyzdrowiejesz, synu. Ale będziesz pokancerowany jak student
Heidelbergu.
To dało mi do myślenia. Bez stopnia naukowego nie dostaniesz przyzwoitej
roboty, tak jak nie zostaniesz tynkarzem, jeśli nie jesteś synem lub
bratankiem kogoś, kto należy do ich związku zawodowego. Jednak są
stopnie naukowe i stopnie naukowe. Sir Isaac Newton, ze stopniem
naukowym z takiego krowiego college'u jak mój, pracowałby na zmywaku u Joe Dyletanta... gdyby ten miał stopień naukowy dowolnego europejskiego
uniwersytetu.
A dlaczego nie Heidelbergu? Zamierzałem wykorzystać moje przywileje
wojskowe; przecież taki miałem plan, gdy wykonałem ten zbyt pochopny
telefon do komisji poborowej.
Według mojej matki w Niemczech wszystko było tańsze. Może z tych
przywilejów zdołałbym wydusić i doktorat. Herr Doktor Gordon mit Szrame
im Pysk - a jeszcze z Heidelbergu! - w każdej firmie produkującej
pociski rakietowe dostałby rocznie trzy tysiące dolców ekstra.
Do licha, mógłbym stoczyć kilka studenckich pojedynków i dodać prawdziwe
heidelberskie blizny do tej, którą już miałem! Naprawdę lubiłem
szermierkę (choć przy "zamiataniu sali" ten sport liczył się najmniej).
Niektórzy ludzie nie znoszą widoku noża, miecza, bagnetu, czegokolwiek
ostrego - psychiatrzy mają na to specjalne określenie: aichmofobia.
Idioci potrafiący prowadzić wóz z prędkością stu mil na szosie, na
której obowiązuje zakaz przekraczania pięćdziesięciu, wpadają w panikę
na widok nagiego ostrza.
Mnie nigdy to nie dotyczyło, dlatego żyję i dlatego wciąż awansowałem na
kaprala. "Doradca wojskowy" nie może się obawiać noży, bagnetów i tym
podobnych rzeczy - musi sobie z nimi radzić. Ja nigdy się ich nie bałem,
ponieważ zawsze byłem pewny, że potrafię zrobić bliźniemu to, co on
zamierza zrobić mnie.
I nigdy się nie myliłem - pomijając ten jeden raz, kiedy popełniłem błąd
i zostałem bohaterem, a i tak nie był to zbyt wielki błąd. Gdybym
próbował prysnąć, zamiast spróbować go wypatroszyć, przerąbałby mi
kręgosłup. A tak nawet nie zdołał się porządnie zamachnąć - gdy się
rozpruł, jego maczeta musnęła mnie po twarzy, zostawiając paskudną ranę,
która zainfekowała się o wiele szybciej, niż przyleciały helikoptery.
Jednak nawet tego nie poczułem. Od razu zakręciło mi się w głowie i usiadłem w błocie, a kiedy się ocknąłem, sanitariusz podawał mi
surowicę.
Chętnie wziąłbym udział w takim heidelberskim pojedynku. Watują ci
korpus, ramię i szyję, a na oczy, nos i uszy zakładają stalową maskę - w niczym nie przypomina to spotkania z pragmatycznym marksistą w dżungli.
Kiedyś miałem w ręce jedno z tych ostrzy, jakich używają w Heidelbergu;
to była lekka, prosta szabla o obosiecznej głowni, ale tępym sztychu!
Zabawka nadająca się tylko do robienia ślicznych blizn ku podziwowi
dziewcząt.
Wziąłem więc mapę i wiecie co? Heidelberg leży niedaleko Wiesbaden! Tak
więc poprosiłem, aby zdemobilizowano mnie w Wiesbaden.
Chirurg na oddziale powiedział: "Synu, jesteś optymistą", ale podpisał.
Sierżant, który odwalał w szpitalu papierkową robotę, stwierdził:
"Żołnierzu, to nie wchodzi w rachubę". Nie mówię, że jakaś forsa
przeszła z rączki do rączki, ale w dokumentach podpisanych przez dowódcę
szpitala znalazła się adnotacja "ZATWIERDZONO". Medycyna orzekła, że
kwalifikuję się do badań psychiatrycznych - dobry Wuj Sam nie rozdawał
szeregowcom darmowych wycieczek dookoła świata.
Znalazłem się tak daleko od domu, że Hoboken było równie odległe jak San
Francisco... a Wiesbaden leżało bliżej. Jednak przepisy wymagały, żeby
wracających przewozić przez Pacyfik. Wojskowy przepis jest jak rak: nikt
nie wie, skąd się wziął, ale nie można go zignorować.
I wtedy Dobra Wróżka obudziła się w swoim dziale i dotknęła mnie
różdżką.
Już miałem wejść na pokład balii zwanej Generał Jones, zmierzającej do
Manili, Tajpej, Jokohamy, Pearl i Seattle, kiedy przyszedł rozkaz
spełniający wszystkie moje życzenia, i to z nawiązką. Skierowano mnie do
Kwatery Głównej Armii Stanów Zjednoczonych w Europie, w Heidelbergu w Niemczech, dostępnym transportem wojskowym, w celu demobilizacji, na
własną prośbę - patrz odnośnik F. Niewykorzystany urlop mógł zostać
wykorzystany lub spłacony - patrz odnośnik B. Wymieniony w dokumentach
osobnik mógł powrócić do Strefy Wewnętrznej (Stanów) w dowolnym czasie,
ale nieprzekraczającym dwunastu miesięcy od chwili ich otrzymania,
dowolnym dostępnym transportem wojskowym, tak jednak by rząd USA nie
poniósł dalszych kosztów. Kropka.
Sierżant kancelista wezwał mnie i pokazał mi to, a jego twarz płonęła
niewinną uciechą.
- Tylko że tu nie ma "dostępnego transportu", żołnierzu, więc zabieraj
dupę na pokład Generała Jonesa! Jak mówiłem, płyniesz do Seattle.
Wiedziałem, co to oznacza: pierwszy od bardzo, bardzo dawna
transportowiec płynący na zachód wyruszył do Singapuru trzydzieści sześć
godzin wcześniej. Patrzyłem na rozkaz, rozmyślając o wrzącym oleju i zastanawiając się, czy sierżant przypadkiem celowo nie przetrzymał tego
dokumentu, żebym nie mógł skorzystać ze wspomnianej okazji.
Potrząsnąłem głową.
- Zamierzam złapać Generała Smitha w Singapurze. Sierżancie, bądź
człowiekiem i wykombinuj mi odpowiednie rozkazy.
- Twoje rozkazy są już wykombinowane. Na Jonesa. Do Seattle.
- Cholera! - rzuciłem. - Myślę, że pójdę wypłakać się w mankiet
kapelanowi.
Wybyłem szybko, ale nie zobaczyłem się z kapelanem - popędziłem na
lotnisko. Pięć minut mi wystarczyło, by sprawdzić, że nie ma żadnego
komercyjnego ani wojskowego lotu do Singapuru - przynajmniej nie w takim
czasie, żeby coś mi to dało.
Jednak tej nocy do Singapuru wylatywał australijski samolot wojskowy.
Aussie nie byli tam nawet "doradcami wojskowymi", ale kręcili się często
jako "obserwatorzy wojskowi". Odnalazłem dowódcę maszyny, porucznika
lotnictwa, i wyłożyłem mu sprawę.
Wyszczerzył zęby i powiedział:
- Zawsze znajdzie się miejsce dla jednego faceta! Koła oderwiemy od
ziemi chyba zaraz po herbatce. Jeśli ta stara landara w ogóle poleci.
Wiedziałem, że poleci - to był Albatros, cały w łatach, mający Bóg wie
ile milionów mil na liczniku Albatros C-47. Gdyby go poproszono,
doleciałby do Singapuru na jednym silniku. Jak tylko zobaczyłem na
płycie tę kupę przylepca i kleju, wiedziałem, że tym razem uśmiechnęło
się do mnie szczęście.
Cztery godziny później byłem już w środku, a koła oderwały się od ziemi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki