Hitler w Nowy Rok postanawia wyjawić swą decyzję
Hitler w Nowy Rok postanawia wyjawić swą decyzję
W oficjalnej rezydencji Adolfa Hitlera
pożółkła kartka kalendarza pokazuje ostatni dzień 1938 roku. To właśnie
tutaj od 1936 roku Führer chętnie spędzał każdą wolną chwilę. Tak będzie
i dzisiaj...To w tym miejscu kanclerz Trzeciej Rzeszy przywita Nowy Rok...
Goście krzątają się nerwowo po swoich pokojach. Za godzinę zacznie się
sylwestrowy bal. Ewa Braun, kochanka Hitlera, po długich godzinach
negocjacji ze swym ukochanym namawia Hitlera, by tego dnia przywdział
frak.
- Wreszcie będziesz wyglądał jak człowiek - Ewa Braun żartuje ze
swojego ukochanego.
Ten nie pozostaje jej dłużny i odpowiada:
- Milcz, młoda kobieto!
- Adolf. Ty w tej swojej czapce naprawdę wyglądasz jak jakiś pocztowiec.
Będzie ci lepiej, zobaczysz. Pamiętaj, że reprezentujesz Germanów, naród
wybrany. Nie możesz pojawić się bez fraka!
- Zgodziłem się tylko dla dobra kraju, nie męcz mnie już więcej!
Do rezydencji zjeżdżają ostatni goście. Jest naczelny architekt, a prywatnie przyjaciel Hitlera, mający 182 centymetry wzrostu Albert
Speer. Jest też cała elita nazistowskiej partii. Pośród nich można
dostrzec Goebbelsa, który zamiast żony zjawił się w towarzystwie pięknej
aktorki. Nic dziwnego. Jego romanse są dobrze znane w otoczeniu
Hitlera2.
W powietrzu unosi się zapach perfum. Czuć woń róż, przemieszanych z zapachem drzewa sosnowego. W pokojach goście wraz ze swymi damami czynią
ostatnie przygotowania do zabawy. Do rezydencji zjeżdżają również Martin
Bormann, prawa ręka Hitlera w partii nazistowskiej NSDAP, i feldmarszałek oraz minister lotnictwa Hermann Göring. Grono, które
będzie witało nowy rok razem ze swym wodzem, jest wyjątkowo wąskie.
Tymczasem Hitler w towarzystwie kochanki poprawia swój wąsik. Ewa od
dawien dawna przywiązywała dużą wagę do wyglądu wodza Trzeciej Rzeszy.
- Na miłość boską, zaczesz grzywkę, bo wyglądasz jak rolnik z pobliskich
Alp!
- Czy ja nie mówiłem, byś zamilkła, młoda kobieto? - wódz puszcza oko
do swej kochanki.
Nic dziwnego. Minionej nocy pomiędzy tą dwójką doszło do czegoś więcej,
dzięki czemu ich stosunki nabrały nowego wymiaru...
Gdy zegar wybija punkt dwudziestą, rozpoczęto świętowanie. Jak zwykle,
Göring błyszczy niczym choinka, przystrojony wszystkimi medalami, które
dostał. A tych, sądząc po jego mundurze, ma co najmniej tyle, ile sam
waży. Tak, tak. Nadwaga tego byłego asa lotnictwa to jeden z tematów, z którego dworuje się na boku. Szczególnie, że Göring kocha zwracać na
siebie uwagę. Trudno by było inaczej, skoro ten mający blisko 180
centymetrów wzrostu szef Luftwaffe czasami używa szminki do malowania
swych ust, na policzki zaś nakłada solidne porcje różu, a nawet zdarza
mu się malować na czerwono paznokcie u rąk i stóp. Jednak to nie on
będzie dzisiaj gwiazdą programu. Jak zwykle, gdy uroczystość zaszczyca
swą obecnością Adolf Hitler, nikt inny nie ma prawa przyćmić jego
blasku. Tak będzie i tym razem. Führer jednak nadal nie pojawia się.
- Spóźni się zapewne chwilę, by przypomnieć wszystkim zgromadzonym, kto
tu jest najważniejszy - z przekąsem mówi jeden z dostojników.
Tymczasem goście tłumnie zgromadzili się w Wielkim Salonie w Berghofie,
do którego prowadziły solidne, drewniane schody. To liczące dwieście
metrów kwadratowych pomieszczenie specjalnie na czas uroczystości
zostało nieco zmodyfikowane. Wyniesiono stąd dwie wielkie szafy. Jedna z nich miała klamki w kształcie ludzkich głów. W sali pozostały bogato
zdobiony zegar, stojący po lewej stronie, jakaś rzeźba, kilka obrazów i pianino, na którym przygrywał pewien wirtuoz. Dopiero teraz można było
dostrzec, jak wysoki jest Wielki Salon. Niektórzy ze zniecierpliwionych
gości, choć byli to stali bywalcy Berghofu, dostrzegli po raz pierwszy
na suficie ciemnobrązowe, kwadratowe kasetony. Goście czekali na swego
wodza obok wielkiego stołu, na którym zwykle stał globus i gdzie
debatowano na różne istotne tematy. Nikt nie miał zamiaru zasiąść, póki
na sali nie zjawi się gospodarz. Oczekiwanie umilano sobie pogawędkami i podziwianiem góry Untersberg, którą z Wielkiego Salonu było doskonale
widać przez przestronne okno. Wielu gości nie miało dotąd nigdy okazji
zobaczyć na własne oczy tak wielkiego okna. Okno to latem było otwierane
za pomocą wielkiej korby. Byli też tacy, którzy zgodnie z zasadami
wojskowego drylu wpatrywali się w podłogę, czekając na moment, gdy na
sali pojawi się on. Jak wspominała po wojnie sekretarka Adolfa Hitlera,
Christa Schroeder, na podłodze można było dostrzec welur w kolorze
poziomkowym. Aż w końcu w sali pojawił się on...
Wielki Salon w Berghofie, ulubionej rezydencji Hitlera w Alpach
Salzburskich. To tu dyktator przyjmował gości i wydawał przyjęcia
Frak na Hitlerze leżał świetnie. To przyznaliby nawet jego najwięksi
wrogowie, zaś poplecznicy wykrzyknęliby "Francja elegancja", gdyby nie
fakt, że takimi słowami mogliby urazić uczucia Germanów. Wrażenia
dopełniała śnieżnobiała koszula, której rękawy kontrastowały z czarnym
materiałem fraka. Uwagę gości przyciągała jednak przede wszystkim mucha.
Ta, choć z pozoru klasyczna, miała w sobie coś. No i te buty.
Wypolerowane tak solidnie, że można było się w nich przejrzeć. Opadały
na nie nogawki spodni uprasowanych w kant, także czarnych.
Hitler powitał zgromadzonych płytkim ukłonem, na co wszyscy wyprostowali
ręce w geście nazistowskiego powitania i jak na komendę wykrzyknęli: -
Heil Hitler!
Następnie rozległy się brawa. Wódz udawał, że są one zbędne i w zupełności już wystarczy tych ceregieli. To była jednak tylko
kokieteria. W głębi duszy myślał co innego. Napawał się widokiem swych
wielbicieli, ciągle jednak mając się na baczności, wróg bowiem mógł się
czaić na każdym kroku. Kto wie, czy któraś z tych osób nie jest
alianckim szpiegiem? - myślał.
Po rozpoczęciu uroczystości, gdy goście bawili się w najlepsze, Führer
dyskretnie podszedł do Goebbelsa. Choć prawdę powiedziawszy, w jego
przypadku jakakolwiek dyskrecja nie była możliwa. Każdy jego ruch był
bacznie obserwowany przez zgromadzonych.
- Panie doktorze, pardon - Hitler spojrzał na towarzyszkę Goebbelsa -
Pani wybaczy, ale muszę porwać pana ministra na moment.
Kobieta odpowiedziała serdecznym uśmiechem, po czym lekko ukłoniła się
kanclerzowi.
- Herr Goebbels, proszę pójść za mną. Coś panu pokażę...
Mężczyźni wspięli się po drewnianych schodach, aż w końcu dotarli do
pomieszczenia, w którym dotychczas Goebbels nigdy nie był. Choć
wyglądało ono podobnie do Wielkiego Salonu, to jednak był to zupełnie
inny pokój. Już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że Hitler
rzadko tutaj przebywa w większym gronie, poza bowiem kanapą, stolikiem i kilkoma krzesłami Goebbels nie zobaczył żadnego stołu.
Hitler świętuje nadejście Nowego Roku w Berghofie
- Papierosa? - pytanie Hitlera zaskoczyło Goebbelsa. Dotychczas Führer
unikał alkoholu, podobnie było z tytoniem.
- Chętnie - odpowiedział Goebbels, nie chcąc podpaść swemu
szefowi.
Kanclerz Trzeciej Rzeszy sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojego fraka,
skąd wyciągnął srebrną papierośnicę. W pomieszczeniu rozległ się odgłos
zapałki pocieranej o szorstką, już nieco sfatygowaną draskę. Hitler
podał ogień Goebbelsowi, po czym sam zapalił papierosa.
W pomieszczeniu zaczął się unosić siwy dym. Mężczyźni zaciągnęli się
papierosami.
- Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio paliłem to cholerst... -
powiedział Goebbels, lecz w pół zdania przerwał. Za mocno zaciągnął się
dymem i teraz pojawiły się tego efekty.
Hitler milczał. Rozkoszował się papierosem, co rusz wypuszczając kłęby
dymu. Mężczyźni siedzieli na kanapie ustawionej tak, by można było przez
ogromne, kilkumetrowe okna podziwiać górę Untersberg.
- Uwielbiam siedzieć tutaj wieczorami... - Hitler znów zaciągnął się
papierosem - i podziwiać tę górę. Bardzo mnie fascynuje. Szczególnie,
gdy powoli zachodzi słońce i ledwie ją widać.
- Góra jak góra, za przeproszeniem, Mein Führer.
- Doktorze... Jest pan w błędzie i to dużym. Proszę podejść bliżej okna i uważnie przyjrzeć się temu masywowi. I proszę sobie teraz uświadomić, że
wewnątrz tej góry skrywają się mistyczne moce.
Goebbels nie wiedział, jak się ma zachować. Czyżby Hitler chciał z niego
zażartować? A może mówił poważnie? Przyszedł mu jednak z pomocą
papieros, który właśnie do końca się wypalił.
- Czy poczęstuje mnie wódz jeszcze jednym?
Hitler nie odpowiedział. Pozostawał w bliżej nieokreślonym transie. Z oczami nadal wpatrzonymi w górę, sięgnął ponownie po srebrne pudełko i podsunął je pod twarz swego gościa. Zaraz potem w typowy dla siebie
sposób zaczął wygłaszać monolog. Goebbels zaś, nie chcąc narazić się
wodzowi, słuchał z udawaną ciekawością, rozkoszując się kolejnymi
dawkami dość mocnego tytoniu...
- Góra Untersberg od setek lat owiana jest tajemnicą. Już dawno, dawno
temu naukowcy doszli do wniosku, że jest to odpowiednik Trójkąta
Bermudzkiego. Proszę sobie, doktorze, uświadomić, że śmiałkowie, chcący
bliżej ją poznać, zazwyczaj giną w nieznanych okolicznościach... Wyobraża
pan to sobie?
Wódz przez chwilę spojrzał na Goebbelsa, co ten krótko skwitował
westchnieniem...
- Zawsze, gdy czuję niedostatek sił, siadam tutaj, oddaję się rozkoszy
palenia tytoniu i medytuję, próbując przywołać moce, które skrywa ten
masyw górski. Nieprzypadkowo los pokierował mnie właśnie tutaj... Mam
misję do spełnienia i muszę skądś czerpać energię. Pomaga mi w tym
właśnie ta góra...
Wielkie okno o wymiarach 9x3 metry w Berghofie, z którego rozciągał się
imponujący widok na sąsiednią górę Untersberg. Hitler wierzył, że jest
ona źródłem tajemniczej mocy i "drzwiami" do równoległego świata
zamieszkanego przez karły
- Co jest w niej takiego niezwykłego? - Goebbels nie potrafił ukryć
wątpliwości.
- Drogi doktorze... Słyszałem o pasterzach, którzy przebywając w tych
górach na własne oczy widzieli elfy. Są też tacy, którzy widzieli karły.
Sam zresztą rozmawiałem niedawno z mieszkającym niedaleko rolnikiem,
który mi wyznał, że w pobliżu jego pola maszerowała cała gromada
tajemniczych stworzeń. Wyglądem mieli przypominać ludzi, jednak z uwagi
na wzrost były to ewidentnie karły. Inny z kolei wieśniak opowiedział
memu ordynansowi, że gdy był wysoko w górach, nawiedziła go pewna wizja.
Miał on przenieść się w czasy, które dopiero nadejdą, i ujrzeć świat, w którym przyjdzie nam żyć w przyszłości. Miały tam być dziwne maszyny z elektronicznymi wyświetlaczami liczącymi po trzydzieści cali, telefony
bez kabli, a pomieszczenia odkurzały roboty. Inny chłop opowiedział
mojemu ordynansowi, jak kiedyś wpadł do jaskini u podnóża tej góry. Do
swej wiejskiej chaty wrócił kilka tygodni później. Do dzisiaj nie
potrafi wyjaśnić, co się wtedy z nim działo. Nie pamiętał absolutnie
niczego.
- Rozumiem z tego wszystkiego jeszcze mniej niż na początku naszej
rozmowy, Mein Führer...
- Nic dziwnego... Ludzie nie potrafią dostrzec tego, co ich otacza.
Przechodzą obok ważnych spraw obojętnie. Głęboko wierzę w to, czego dane
mi było się dowiedzieć. Miałem kiedyś sen. Ukazała mi się w nim wizja
niezliczonych bogactw, które skrywać mają te góry. Widziałem prawdziwych
Germanów. Wywozili oni z wnętrza tych masywów niezliczone ilości złota.
Woda z pobliskiego strumienia miała czynić cuda. Obmycie nią ran
powodowało, że po kilku dniach rany same się zasklepiały. Zaś, gdy
niewidomy przemywał nią oczy, to po kilku dniach odzyskiwał wzrok... Kilka
dni później, gdy już powoli zapominałem o tym śnie, mieszkający w pobliżu chłopi zwierzyli się pewnemu naziście... Otóż usłyszał on od nich,
że kilku wędrowców naprawdę dzięki działaniu tej cudownej wody odzyskało
wzrok. A jakby tego było mało, w tej górze ma spać sam założyciel
Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, cesarz Karol Wielki, który
budzi się co sto lat, a potem idzie spać dalej. Ma to trwać aż do
momentu, kiedy dojdzie do decydującego starcia dobra ze złem. Wtedy do
gry ma wkroczyć cesarz razem ze swoją armią karłów.
Goebbels pokręcił głową z niedowierzaniem. Hitler jednak niewzruszony
ciągnął swój monolog...
- Możesz, doktorze, wierzyć lub nie... Właściwie to będzie lepiej dla
ciebie, jeśli uwierzysz... Otóż wewnątrz tej góry istnieje podobno
przejście do innych światów. Inna wersja z kolei mówi, że za pomocą tej
góry można dostać się do wnętrza Ziemi. Nie mam co do tego wątpliwości.
Ten masyw jest wyjątkowy i skrywa tajemnicze wrota. Prędzej czy później
będziemy musieli tam wysłać ekspedycję, która postara się odnaleźć złoto
i owe sekretne wrota. Jestem przekonany, że moce, które wypływają z tej
góry, dadzą niesamowite siły nazistom i sprawią, że Trzecia Rzesza ze
mną na czele obejmie panowanie nad Europą, a potem nad całym światem.
- Mein Führer, skąd pan to wszystko wie?
Na twarzy kanclerza pojawił się łagodny uśmiech...
- Skąd ja to wiem? To proste. Wydałem rozkaz, by składali mi relacje
wszyscy, którzy coś słyszeli na temat tej góry.
Dopiero teraz Hitler zauważył, że ani on, ani jego gość nie palą już
papierosów, a trzymają w rękach jedynie niedopałki...
- Skoro skończyliśmy palić, to może wyjdziemy na świeże powietrze?
- Chętnie. Nieco kręci mi się w głowie po tych papierosach.
Führer ojcowskim gestem poklepał po plecach ministra propagandy:
- Mój chłopak! Chodźmy więc!
Gdy już mieli wychodzić, Hitler nagle zatrzymał się jak wryty.
- Na Boga! Bym zapomniał! Skoro boli pana głowa, to musi się pan czegoś
napić! Proszę, czymś pana poczęstuję...
Hitler sięgnął do szuflady czarnego biurka, ukrytego w drugim rogu
pomieszczenia. Zwinnym ruchem wyciągnął z niego przezroczystą karafkę. W środku był przezroczysty płyn. Czyżby wódz chciał go poczęstować wodą
ognistą? Goebbels nie miał pojęcia, co strzeliło do głowy jego szefowi.
Najpierw papierosy, teraz wódka? Czyżby wódz chciał się bratać z Sowietami?!
Co gorsza, twarz najsłynniejszego nazisty nie zdradzała, co też on
kombinuje. W drugim rogu pomieszczenia stał mały, owalny stolik. Były do
niego przysunięte cztery fotele. Wszystko pokryte czerwoną, znajdującą
się w dobrym stanie tapicerką.
- Chodźmy, usiądźmy jeszcze na chwilę.
Karafka razem z dwiema szklankami wylądowała na stoliku.
- Proszę spróbować - Führer podał Goebbelsowi szklankę, po czym
wykrzyknął:
- Do dna! Za Trzecią Rzeszę!
Minister propagandy lekko skrzywił usta.
- Mocne, co to takiego?
Hitler wykonał gest triumfu:
- Ha, wiedziałem, że pana zaskoczę, doktorze! To woda, która pochodzi ze
źródeł, wypływających właśnie ze wspomnianej góry. Piję ją regularnie,
dodaje mi mocy i łagodzi bóle. Powinna ona pomóc na pańskie zawroty
głowy po tym cholernym tytoniu.
- Pomaga?
- Bardzo. Zawsze, gdy mam ociężały umysł, wystarczy kilka łyków, by
rozjaśniło mi się w głowie.
- Był pan kiedyś na tym szczycie?
- Raz mi się zdarzyło być w okolicy. Proszę w żadnym wypadku nie mówić o tym nikomu!
- Ma wódz moje słowo!
- Tak. Byłem i później tego nieco żałowałem. Gdy byłem już w pobliżu,
zacząłem odczuwać zawroty głowy. Potem pojawiły się tak silne nudności,
że musiałem zwymiotować. Z tego wszystkiego za przeproszeniem zarzygałem
sobie mundur i pobrudziłem wąs! Jednak kiedyś tam wrócę. Wtedy musiałem
po prostu trafić na zbyt silne promieniowanie. To był tylko kolejny
dowód na to, że od tej góry bije ogromna moc, a jej wnętrze kryje
nieopisane dotychczas sekrety. Coś jeszcze panu pokażę. Chodźmy na
taras...
Ku radości Hitlera była to wyjątkowo jasna noc. Światło gwiazd
oświetlało pobliskie Alpy. Bez najmniejszego problemu można było o tej
porze dostrzec to, na czym wodzowi najbardziej zależało. Führer już
dawno temu nakazał, by na tarasie zamontowano wielki teleskop... Dzięki
niemu mógł podziwiać swą ukochaną, majestatyczną górę. Mógł też dzięki
temu urządzeniu podglądać ptaki przelatujące nad wzgórzem.
- Doktorze, proszę śmiało. Niech pan spojrzy przez teleskop i powie, co
pan widzi - na twarzy wodza malowało się podniecenie...
W umyśle Goebbelsa kłębiły się różne myśli.
- Widzę górę Untersberg. Dostrzegam ją całkiem nieźle. Ale właściwie
dlaczego wódz o to pyta?
- Przyjrzyj się dobrze. Być może dostrzeżesz coś więcej niż tylko górę.
Może zauważysz nawet swoją przyszłość...
Hitler zawiesił głos, chcąc podkreślić tajemniczość swej wypowiedzi...
Chwilę później zdecydował się ciągnąć dalej.
- Czy dostrzega pan tam siebie?
- Wodzu! Proszę mi wybaczyć, ale tym pytaniem wprawia mnie pan w zakłopotanie. Do czego pan zmierza?
- Jestem od pana nieco starszy i mam misję do spełnienia. Jestem
wybrańcem, który został zesłany na ziemski padół. Wiem również jednak,
że jest to tak wielkie obciążenie, że mogę go nie udźwignąć i w pewnej
chwili trafić do grobu. Mogą mi w tym również pomóc komunistyczni
wrogowie. A tych nawet wokół mnie nie brakuje, prawda?
Goebbels nie zdążył odpowiedzieć, Hitler bowiem kontynuował swój
monolog...
- Chcę panu powierzyć niezwykłą misję. Mianowicie, gdy los zechce, bym
odszedł przedwcześnie z tego świata, to wówczas to uczynię. Musi pan
jednak wiedzieć, że nie pozostawię państwa na pastwę losu. Gdy przyjdzie
mi spisać testament, będę chciał w nim wyznaczyć pana na mego nast...
W oczach Goebbelsa pojawiły się łzy. Hitler nie musiał nawet kończyć i wyjaśniać, co miał zamiar powiedzieć, Goebbels bowiem rzucił mu się na
szyję, nie będąc w stanie powstrzymać wybuchu emocji. Szybko jednak
minister propagandy został przywołany do porządku. Stanął na baczność i z uniesioną do góry ręką, wykrzyczał:
- Rozkaz wykonam w pełni. Tak jest, Mein Führer! Dla pana i narodu
niemieckiego zrobię wszystko!
- Czyś ty, Goebbels, zwariował? Po co te ceregiele? Opuść natychmiast
rękę i spocznij. Jeszcze nie skończyłem!
- Jawohl!3
- Za kilka godzin wejdziemy w nowy rok, 1939. I musisz wiedzieć, drogi
ministrze, że jesteśmy u progu wojny. Milion marek temu, kto wie, jak
ustrzec świat przed globalnym konfliktem. Nie da się tego uczynić. Bez
wojny nie będziemy w stanie przejąć władzy nad światem.
- Ja, ja. Das Stimmt!4 - wymamrotał Goebbels, którego
podniecenie osiągnęło apogeum.
- Wiesz, jaki mam plan?
- Nein, nein. Neeeein! - szczęka Goebbelsa ciągle latała w nieopisanej euforii.
- Słuchaj zatem. W ciągu kilku miesięcy wydam rozkaz, by napaść na
Polskę. Wiesz dobrze, co sądzę o tym narodzie. Polacy wyróżniają się na
tle innych słowiańskich nacji. Są inteligentnym, walecznym, a do tego
przebiegłym narodem. Jeśli uda się naszym wojskom pokonać Polskę, to z innymi krajami będzie już pewnie o wiele łatwiej. Wobec tego, gdy tylko
rozpocznie się wojna, a wiedz, że nastąpi prędko, to będę chciał, byś
towarzyszył mi w podróżach na polskie ziemie.
- Dlaczego akurat ten obszar tak bardzo wodza interesuje?
- Polski naród mnie fascynuje, choć głośno mówić tego nie mogę. W końcu
to nie Germanie! - Hitler zaczął się śmiać.
Na jego wąsie Goebbels dostrzegł śmietanę. Udał jednak, że tego nie
widzi. Wiedział jednak, że wódz kocha czekoladowe ciasta ze śmietaną,
dlatego te pozostałości po słodkościach nie robiły na nim wielkiego
wrażenia.
- W każdym razie... - głos Hitlera wyrwał Goebbelsa z zamyślenia - chcę,
byś zaraz po zajęciu części terytorium Polski ruszył ze mną na front.
Przyjrzymy się podbitym ziemiom z bliska. Nie wiem, jak długo potrwa ta
wojna. Spodziewaj się, że będę cię, doktorze, prosił o towarzyszenie mi
w takich podróżach. Skoro masz w przyszłości przejąć po mnie władzę
zamiast tego głupca Hessa czy spasionego pyszałka Göringa i być
gospodarzem tych ziem, to musisz również wiedzieć, jaka historia wiąże
się z poszczególnymi miejscami. Łatwiej będzie ci wówczas uprawiać
propagandę, zwłaszcza że polski lud jest nie w ciemię bity i ciężko
będzie tym ludziom wbić do głowy wykreowaną przez ciebie "prawdę".
- Wie wódz dobrze, co twierdziłem już wielokrotnie. Kłamstwo
powtórzone tysiąc razy staje się w końcu prawdą. Poradzę sobie z każdym.
- Zapewne. Jednak w przypadku Polaków nie byłbym taki pewien. Słyszałem
wiele dobrego na temat ot choćby marszałka Piłsudskiego. Czy jakiś inny
przywódca mógłby sobie pozwolić na to, by publicznie mówić, że z racją
jest jak z dupą, każdy ma swoją? Albo głosić, że naród jest wspaniały,
tylko ludzie kurwy, za przeproszeniem.
- To Piłsudski ogłosił kiedyś, zapytany o program partii, że jest on
najprostszy z możliwych, czyli "Bić kurwy i złodziei".
- Wielka szkoda, że marszałka nie ma już pośród żywych. Zresztą co tu
dużo mówić, przecież razem byliśmy na mszy za duszę Piłsudskiego w maju
1935 roku. Zaś co się tyczy Polski, to musimy ją podbić, skoro ona nie
chce zostać naszym sojusznikiem w drodze na wschód. Ale nie uczynimy
tego bez zrozumienia Polaków. Jestem zdania, że nie da się ich podbić i chociaż częściowo zgermanizować bez wcześniejszego zrozumienia. Zresztą
to chyba jedyna kwestia, z którą się zgadzałem z moim zmarłym ojcem... W każdym razie, jeśli my nie przejmiemy Polski, to zrobią to Rosjanie. Ten
kraj jest między młotem a kowadłem. Musimy uprzedzić komunistów ze
wschodu i pierwsi wkroczyć na ziemie polskie.
- Kiedy zatem wódz przewiduje naszą pierwszą podróż?
- Nie mam wątpliwości, że stanie się to w nadchodzącym roku. O ile
pozwolą mi na to problemy z lewą ręką!
Hitler chwycił się za lewe ramię, które trzęsło się tak bardzo, że nie
sposób było tego ukryć. Był rad, że Goebbels bez najmniejszego oporu
przyjął rolę jego potencjalnego następcy. Musiał jeszcze jedynie
rozważyć w wolnej chwili, czy ta natychmiastowa zgoda była szczera, czy
też może była to oznaka tego, że Goebbels za jego plecami planował
zamach stanu? Noc mu wystarczyła, by dojść do wniosku, że Goebbels był
mu zbyt oddany, by knuć spisek za jego plecami. Takiego czynu mógłby się
dopuścić taki na przykład Himmler, jednak nie Goebbels. Z tą myślą
Hitler zasnął tej nocy. Stało się to kilka godzin po tym, jak nastał
nowy 1939 rok...
[...]
Gwoli uzupełnienia... W 1992 roku na wspomnianą przez Hitlera górę
Untersberg dotarł tybetański Dalajlama. Jak sam przyznał, gdy był na jej
szczycie, doznał olśnienia. Poraziła go niezwykła duchowa moc tej góry.
Określić ją miał nawet mianem "Góry Śpiącego Smoka"!
Nadszedł ten czas!
Nadszedł ten czas!
Od pamiętnego sylwestra minęły tygodnie.
Hitler w tym czasie ani razu nie wspomniał o tym, co obiecał Goebbelsowi
31 grudnia. Doszło nawet do tego, że minister propagandy zaczął się
zastanawiać, czy aby kilka miesięcy wcześniej ta historia o przejęciu
władzy i wizytacji polskich ziem mu się nie przyśniła albo nie była po
prostu wytworem jego wyobraźni. Jednak nie miał na tyle śmiałości, by
zapytać o to Hitlera wprost. Wolał czekać, tym bardziej że coraz
głośniej mówiło się o tym, że wojna zbliża się wielkimi krokami...
Mamy sierpień 1939 roku. Do biura Ministerstwa Propagandy Rzeszy
telefonuje adiutant Hitlera, który oznajmia, że jeszcze dzisiaj w biurze
swojego szefa ma stawić się minister odpowiedzialny za propagandę,
doktor Joseph Goebbels. Najbliżsi współpracownicy Goebbelsa postanawiają
jak najszybciej zawiadomić o tym fakcie swojego szefa. Udaje im się
odnaleźć ministra w siedzibie radia, gdzie właśnie skończył wygłaszać
swą kolejną, propagandową przemowę do Niemców.
Esesmani pełnią wartę przy wejściu do gabinetu Adolfa Hitlera w Nowej
Kancelarii Rzeszy w Berlinie, oddanej do użytku w styczniu 1939 roku.
Zwracają uwagę ogromne drzwi oraz monogram dyktatora nad nimi
Sądząc po twarzy Goebbelsa, przemówienie udało się w każdym calu. Jest z siebie zadowolony w pełni, a we wszystkim utwierdza go jeszcze adiutant,
na którego zawsze może liczyć w takich razach. Gdy ten mający 165
centymetrów wzrostu Niemiec dowiaduje się o tym, że został w trybie
pilnym wezwany do wodza, wpada w popłoch. Z jednej strony odzywa się
narcystyczna strona jego charakteru. Rozmyśla o tym, jakie awanse
szykuje mu wódz. Z drugiej zaś rosną w nim obawy, czy czasem Hitler nie
dopatrzył się w jego zachowaniu znamion zdrady albo nie zwęszył jednego
z jego romansów.
- Ten stary piernik może znowu będzie wchodził z butami w moje
małżeństwo, które i tak od dawna jest tylko papierowym związkiem... -
stwierdził w myślach.
W końcu Goebbels zbiera się i postanawia udać się wprost do Kancelarii
Rzeszy, mieszczącej się przy Voßstraße 6. Z doświadczenia wie, że nie
powinien się spieszyć. Wódz dotychczas wielokrotnie wpadał w złość i wszystkich, którzy znaleźli się w zasięgu jego wzroku, nakazywał
rozstrzelać. Wybuch gniewu wodza mogła spowodować dosłownie błahostka.
Tak mogło być i tym razem. Dlatego też nie miało sensu się spieszyć.
Lepiej przybyć nieco później. Do tego czasu Führer zdąży ochłonąć i zapomni o swych szalonych wizjach i rozkazach. Jeśli Hitler właśnie
wpadł na pomysł, by kazać rozstrzelać Goebbelsa, to jest bardzo możliwe,
że w ciągu dosłownie pół godziny zmieni zdanie. Warto więc przyjechać
nieco później, by odroczyć potencjalny wyrok śmierci.
Monumentalna fasada Nowej Kancelarii Rzeszy od strony Voßstraße. Autorem
projektu był ulubiony architekt Hitlera Albert Speer
Nowa Kancelaria Rzeszy została wybudowana w niespełna dziewięć miesięcy.
I trzeba przyznać, że miała w sobie magnetyzm. Potężny gmach robił
wrażenie na odwiedzających. A wszystko to nieprzypadkowo, jeszcze bowiem
przed wbiciem pierwszej łopaty Hitler nakazał Albertowi Speerowi,
odpowiedzialnemu za tę inwestycję, by budowla wzbudzała podziw
wszystkich, którzy trafią w to miejsce. Jak przekonywał, chodziło o to,
by odwiedzający go dyplomaci poczuli się mali i zrozumieli, że znaleźli
się w miejscu, w którym rządzi ktoś potężny. Nieprzypadkowo
pomieszczenia były przesadnie duże, zaś posadzki wyłożone marmurami.
Rzecz w tym, by łatwo można się było pośliznąć. Ponadto aby dotrzeć do
gabinetu wodza, trzeba było pokonać sporą odległość. Był to również
świadomy zabieg. Jak stwierdził kiedyś Hitler w nieoficjalnej rozmowie,
zainspirowały go rozwiązania stosowane w średniowieczu. To właśnie
wtedy, gdy na dwór jakiegoś monarchy przyjeżdżał władca obcego
mocarstwa, prowadzono go okrężnymi ścieżkami, świadomie wydłużając
trasę, by wywołać u gościa wrażenie potęgi i wielkości odwiedzanego
miejsca... W ten sposób powstał budynek, który zgodnie z życzeniem
kanclerza miał wzbudzać u odwiedzających jednocześnie podziw i respekt.
Goebbels szybko dotarł na Voßstraße 6. Dowiózł go tam jego zaufany
kierowca. Dość żwawo wysiadł z samochodu, po czym kuśtykając i ciągnąc
za sobą swą zdeformowaną prawą stopę, ruszył w stronę Kancelarii Rzeszy.
Początkowo oczom ministra propagandy ukazał się dziedziniec honorowy.
Było to miejsce szczególne. Człowiek kroczył tam po wielkich,
kwadratowych płytach, wyglądających tak, jakby były wykonane z cennego
kruszcu. Na końcu widać było trzy kolumny, wszystkie jednakowej
wielkości. To tam znajdowało się wejście do siedziby wodza. Sam
dziedziniec był ogromny. Nie można było tam jednak dostrzec ani ławek,
ani żadnych roślin. Wszystko po to, by ten czysty, niezakłócony widok
wskazywał, jak wielka jest to przestrzeń. Dopiero przed samym wejściem
do kancelarii stały dwa posągi przedstawiające - jeśli pamięć świadków
nie myli - dwóch atletów.
Mieszczący się w środku gabinet Hitlera był ogromny. Łącznie miał niemal
400 metrów kwadratowych. Sufity były wysokie na dziesięć metrów, pokryte
kasetonami, które tworzyły kwadratowe wzory. Na ścianach zawieszono
cenne obrazy, dobrane zgodnie z życzeniem wodza. Wszystkie naturalnie
oprawione w wielkie ramy. W centralnym miejscu, a właściwie na końcu
przy jednej ze ścian, stało ogromne biurko z wielkim globusem, pokryte
skórą o czerwonym zabarwieniu. Nie brak tu było ciemnoczerwonego marmuru
i palisandru. Wystrój wnętrza uzupełniały kamienne płyty i długi na
ponad półtora metra stół. Siedziba Hitlera robiła ogromne wrażenie. Nic
dziwnego. Takie było przecież założenie samego wodza. A skoro wódz chce,
to tak musi być...
Na widok Goebbelsa twarz Hitlera szybko się rozjaśniła. Führer rozkazał
swemu adiutantowi, by natychmiast opuścił pomieszczenie. W gabinecie
zostali tylko we dwóch. Hitler zaczął mówić:
- Nie cierpię tego pomieszczenia. Bywam tutaj tak rzadko, że nie trzeba
go nawet sprzątać. Wystarczy jedynie od czasu do czasu przetrzeć kurze.
- Przyznaję. Sam wodza odwiedzałem tutaj dość rzadko.
- I to się raczej nie zmieni. Nawet gdy wybuchnie wojna.
- Gdy wybuchnie wojna?
- Tak, Herr Goebbels. Dobrze usłyszałeś. Właśnie w tej sprawie cię
wezwałem. Może papierosa?
- Chętnie - Goebbels nie był mistrzem asertywności.
Gigantyczny gabinet Hitlera, który miał ok. 400 metrów kwadratowych
powierzchni. Jego rozmiary i wystrój miały onieśmielić gości i ukazać potęgę Trzeciej Rzeszy oraz jej przywódcy
Hitler wyciągnął znaną Goebelsowi z sylwestrowej nocy papierośnicę i poczęstował gościa. Goebbels wziął papierosa, po czym pochylił się nieco
do przodu, by ułatwić Hitlerowi podanie mu ognia. Chwilę później Führer
zaczął nieoczekiwanie się śmiać... Goebbels nie bardzo wiedział, jak ma
się zachować. Na szczęście z pomocą przyszedł mu sam Hitler.
- Właśnie sobie przypomniałem, jak pewnego razu mój najbardziej zaufany
adiutant przypalał mi papierosa, którego miałem w ustach. Biedak tak się
zestresował, że przypalił mi lekko mój wąsik. Widząc to, z przerażenia
zemdlał.
- Wcale mu się nie dziwię... - Goebbels zaciągnął się dymem.
- Ja też. Gdyby uczynił to jakiemuś komunistycznemu towarzyszowi, to
pewnie jeszcze w tej samej minucie zostałby rozstrzelany. Ale nie ze mną
te numery. Lekko podgoliłem wąsa i wszystko było w porządku. Okropnie
jednak wtedy śmierdziało i trzeba było to wszystko wietrzyć. Sam pan
wie, jaki to zapach, gdy palą się włosy. Kto zresztą nie podpalał sobie
nigdy włosów na rękach, prawda?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki