Sztormy, flauty, huragany - Elliot Rappaport

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (42,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZY­PISY

[1] Traj­sel to sztor­mowy grot; zwy­kle ma wiel­kość jed­nej trze­ciej nor­mal­nego grota i uszyty jest ze znacz­nie grub­szego ma­te­riału. (Wszyst­kie przy­pisy po­cho­dzą od tłu­ma­cza).
[2] Tracz nu­ro­gęś to duży wodny ptak z ro­dziny kacz­ko­wa­tych, wy­stę­pu­jący w Ame­ryce Pół­noc­nej i Eu­ra­zji.
[3] Se­aWorld to sieć par­ków wod­nych, w któ­rych pu­blicz­ność może oglą­dać po­kazy tre­so­wa­nych zwie­rząt mor­skich, ta­kich jak del­finy, orki czy foki. Pierw­szy park sieci Se­aWorld, ofe­ru­ją­cej tę (moim zda­niem bar­ba­rzyń­ską) "roz­rywkę", otwarto w 1964 r. w San Diego w Ka­li­for­nii.
[4] Li­fe­lina to lina bez­pie­czeń­stwa, roz­pi­nana na po­kła­dzie pod­czas trud­nych wa­run­ków po­go­do­wych. Można się do niej wpiąć i pra­co­wać na po­kła­dzie, za­cho­wu­jąc względną swo­bodę ru­chów.
[5] Cho­dzi tu o nie­rów­no­mierne do­star­cza­nie ener­gii sło­necz­nej do róż­nych ob­sza­rów kuli ziem­skiej. W nie­któ­rych re­jo­nach jest jej wię­cej niż w in­nych, co po­wo­duje róż­nice tem­pe­ra­tury. To wy­wo­łuje róż­nice ci­śnie­nia at­mos­fe­rycz­nego i wil­got­no­ści, które z ko­lei wpły­wają na ruch po­wie­trza i po­wsta­wa­nie ta­kich zja­wisk po­go­do­wych, jak wia­try, chmury, opady desz­czu czy bu­rze. Po­przez prze­miesz­cza­nie ener­gii w po­staci cie­pła i wil­goci cykl trój­wy­mia­rowy po­gody dąży do wy­rów­na­nia tych róż­nic na skalę glo­balną, aby utrzy­mać rów­no­wagę ener­ge­tyczną na ca­łej pla­ne­cie.
[6] Na rów­niku pręd­kość li­niowa wy­wo­łana ob­ro­tem Ziemi to ok. 1674 km/h, zmniej­sza się ona w miarę od­da­la­nia się od rów­nika i na bie­gu­nach wy­nosi 0 km/h.
[7] NOAA (skrót od ang. Na­tio­nal Oce­anic and At­mo­sphe­ric Ad­mi­ni­stra­tion) to ame­ry­kań­ska agen­cja rzą­dowa od­po­wie­dzialna mię­dzy in­nymi za mo­ni­to­ro­wa­nie i pro­gno­zo­wa­nie wa­run­ków at­mos­fe­rycz­nych, oce­anicz­nych oraz kli­ma­tycz­nych. W ra­mach NOAA działa Kra­jowe Cen­trum Hu­ra­ga­nów (ang. Na­tio­nal Hur­ri­cane Cen­ter - NHC), które na­daje imiona hu­ra­ga­nom i mo­ni­to­ruje ich ruch oraz in­ten­syw­ność.

0

CIE­ŚNINA DA­VISA

1994

W ark­tycz­nym le­cie nie ma nocy, jest tylko roz­pro­szona zimna po­świata, która wy­nu­rza się zza ho­ry­zontu i po­woli roz­pływa po nie­bie, a po­wierzch­nia mo­rza robi się czarna i po­krywa mgłą jak opa­rami z ku­chen­nej za­mra­żarki. O go­dzi­nie 0215 trzeci ofi­cer, ubrany jak na spa­cer w prze­strzeni ko­smicz­nej, scho­dzi pod po­kład z ak­tu­alną pro­gnozą po­gody. Kiedy kła­dłem się spać, le­cie­li­śmy jak mewa. Te­raz wiatr, który od dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin wieje z po­łu­dnio­wego za­chodu, słab­nie i za­czyna krę­cić. Ba­ro­metr spadł z 1016 do 994 mi­li­ba­rów i wy­daje się, że leci na dno. Na­gle do­ciera do mnie, że to do­bry mo­ment, aby się za­re­fo­wać. Gdy ko­lejna wachta wy­cho­dzi na po­kład, an­ga­żu­jemy do­dat­kowe ręce do pracy i re­du­ku­jemy po­wierzch­nię ża­gli o ja­kąś po­łowę - zo­sta­wiamy tylko mały kli­wer, fok i traj­sel[1].

Bryza wy­daje z sie­bie ostat­nie wes­tchnie­nie, a po­wie­trze robi się bar­dzo zimne. Wachta koń­czy pracę, ma­cha nie­szcze­rze na po­że­gna­nie i udaje się do swo­ich koi. Za­czyna de­li­kat­nie wiać z pół­nocy. Go­dzinę póź­niej zrywa się wi­chura. Zrzu­camy fok. Sztor­mowy traj­sel wy­rywa się z oku­cia przy rogu szo­to­wym, tłu­kąc gniew­nie w tę i z po­wro­tem o nad­bu­dówkę, do­póki jego rów­nież nie zrzu­cimy. Przed śnia­da­niem po­ja­wiają się po­dmu­chy o sile do 10 stopni w skali Be­au­forta - to już jest siła sztormu - sie­kąc po po­kła­dzie zim­nymi bry­zgami wody ni­czym śru­tem.

Nie ma sensu za­sta­na­wia­nie się w tym mo­men­cie nad ro­bie­niem po­stę­pów. Uru­cha­miamy sil­nik i po­woli pły­niemy na­przód, sta­ra­jąc się nie stra­cić zbyt dużo z tego, co już prze­by­li­śmy. Prze­kła­dam ster na na­wietrzną, a siła ciągu śruby na­pę­do­wej i siła rów­no­wa­żąca je­dy­nego po­zo­sta­łego ża­gla spra­wiają, że nasz mały szku­ner po­ru­sza się jak tracz nu­ro­gęś[2], wzno­sząc się i opa­da­jąc na grzbie­tach prze­pły­wa­ją­cych pod nim fal o wy­so­ko­ści 10 me­trów. Nie­wy­raźne prze­ja­śnie­nia na nie­bie spra­wiają, że woda zmie­nia ko­lor z czar­nego na szary, a wi­chura two­rzy na niej białe smugi. Tem­pe­ra­tura po­wie­trza, które jest tylko nie­znacz­nie zim­niej­sze niż woda mor­ska, wy­nosi około 3 stopni Cel­sju­sza. Wiatr wyje. Trudno wy­trzy­mać z otwar­tymi oczami i ża­łuję, że nie mam oku­la­rów do pły­wa­nia.

Wraz ze zmianą kie­runku wia­tru mo­rze gwał­tow­nie się pod­nio­sło. Jacht wznosi się i zjeż­dża w dół po uno­szą­cych się nad po­kła­dem i prze­su­wa­ją­cych pod dnem wy­so­kich zie­lo­nych fa­lach. Za­nu­rzamy się w do­linę. Na­stępna fala wy­ra­sta­jąca pio­nowo obok nas jest ni­czym szyba głę­bo­kiego akwa­rium. Spo­glą­dam do środka i na­gle do­strze­gam po­ru­sza­jące się z tyłu ciemne kształty - stado grin­dwali, kru­czo­czar­nych dwu­to­no­wych ssa­ków pły­ną­cych w moim kie­runku, do­kład­nie na wy­so­ko­ści mo­ich oczu. Scho­dzę im z kursu. Jacht wjeż­dża na grzbiet fali, a zwie­rzęta wy­nu­rzają się na po­wierzch­nię w miej­scu, w któ­rym przed chwilą by­li­śmy, jakby wy­stę­po­wały w Se­aWorld[3]. Jak na ko­mendę wszyst­kie ra­zem ry­sują zgrabny łuk w po­wie­trzu i po chwili zni­kają pod rufą.

Pora wy­pić kawę. Na ca­łym po­kła­dzie mamy po­roz­pi­nane li­fe­liny[4], które po­zwa­lają lu­dziom trzy­mać się z dala od re­lingu. Rzu­cam się do przodu w stronę włazu do kam­buza i sta­ram się po­ru­szać w taki spo­sób, by wy­do­stać się z niego z jak naj­więk­szą gra­cją. Pod po­kła­dem jest za­ska­ku­jąco ci­cho. Za­łoga śpi na ko­jach, za­kli­no­wana w nich za­im­pro­wi­zo­wa­nymi sztorm­de­skami zro­bio­nymi z za­pa­so­wego wy­po­sa­że­nia. Przy stole w ka­bi­nie sie­dzi jedna osoba, która w za­my­śle­niu je ba­to­nik Snic­kers i wpa­truje się w dal. Bob jest na­szym le­ka­rzem, na wpół eme­ry­to­wa­nym i bar­dzo lu­bia­nym le­ka­rzem ro­dzin­nym z ma­łego nad­mor­skiego mia­steczka w sta­nie Ma­ine, w któ­rym miesz­kam. Wy­glą­dem przy­po­mina tro­chę ak­tora Burta Lan­ca­stera. Sły­sza­łem, że przed ukoń­cze­niem uczelni me­dycz­nej był ofi­ce­rem ku­tra tor­pe­do­wego na Pa­cy­fiku i od tam­tej pory przez całe ży­cie tę­sk­nił za mo­rzem. Mam ści­słe in­struk­cje, by od­wieźć go do domu ży­wego.

Znaj­duję czy­sty ku­bek i na­peł­niam go kawą z ter­mosu, za­sta­na­wia­jąc się, jak zna­la­złem się w tej sy­tu­acji. Do­bre py­ta­nie. Od pro­fe­sjo­nal­nych że­gla­rzy, któ­rzy są - tro­chę jak za­wo­dowi pi­loci sa­mo­lo­tów - li­cen­cjo­no­wa­nymi ope­ra­to­rami w branży trans­por­to­wej, wy­maga się re­fe­ren­cji po­twier­dza­ją­cych zdo­byte przez nich do­świad­cze­nie, zwe­ry­fi­ko­wa­nych w po­staci urzę­do­wych eg­za­mi­nów. To po­wo­duje, że w erze od­rzu­tow­ców że­glar­stwo mor­skie jest rza­dziej wy­bie­raną i mniej po­pu­larną ścieżką ka­riery, szcze­gól­nie wśród Ame­ry­ka­nów. Więk­szość mo­ich zna­jo­mych ze szkoły śred­niej zo­stało praw­ni­kami, le­ka­rzami lub pra­cow­ni­kami na­uko­wymi. Nie by­łem za­in­te­re­so­wany tego ro­dzaju ka­rierą, za­czą­łem więc że­glo­wać. Z cza­sem pa­sja prze­ro­dziła się w pro­fe­sję, a te­raz zna­la­złem się tu­taj jako ka­pi­tan od­po­wie­dzialny za stary drew­niany sta­tek i szes­na­ście dusz, pod­czas gdy o burty wciąż wali zimny deszcz, a mo­rze two­rzy wo­kół nas strome szare grzbiety.

Oka­zuje się, że je­śli cho­dzi o tro­skę o po­godę, wciąż nie ma to jak sta­tek ża­glowy. Jed­nostki mo­to­rowe nie po­trze­bują wia­tru, aby do­trzeć tam, do­kąd zmie­rzają, choć ich za­łogi oczy­wi­ście zdają so­bie sprawę, że eks­tre­malne wa­runki mogą po­krzy­żo­wać im plany. Dla każ­dego, kto wy­biera bar­dziej ro­man­tyczny spo­sób po­dró­żo­wa­nia - pod ża­glami - po­goda jest klu­czowa. Zro­zu­mie­nie wa­run­ków po­go­do­wych ozna­cza sku­teczne do­tar­cie do celu, gdy jest się już w dro­dze, i świa­do­mość tego, kiedy nie po­winno się na­wet pró­bo­wać wy­pły­wać. W każ­dym ra­zie pod­czas tych smut­nych dni spę­dza­nych w wa­run­kach, na które nic nie można po­ra­dzić, po­sia­dana wie­dza po­zwala z więk­szą ja­sno­ścią oce­nić sy­tu­ację.

Czyn­niki wpły­wa­jące na po­godę - nie­za­leż­nie od tego, jak zło­żone mogą być pro­cesy za­cho­dzące w at­mos­fe­rze - ogra­ni­czają się do nie­wiel­kiej liczby po­twier­dzo­nych na­ukowo re­guł. At­mos­fera jest mie­sza­niną ga­zów ogrze­waną w róż­nym tem­pie przez pro­mie­nio­wa­nie sło­neczne, pod­le­ga­jącą pra­wom fi­zyki do­ty­czą­cym wza­jem­nego od­dzia­ły­wa­nia na sie­bie tem­pe­ra­tury i ci­śnie­nia. Po­goda to po pro­stu mie­sza­nie się po­wie­trza w at­mos­fe­rze, trój­wy­mia­rowy cykl, który roz­wią­zuje pro­blem nie­rów­no­wagi ener­gii po­przez jej re­dy­stry­bu­cję po ca­łym świe­cie[5]. To mie­sza­nie się po­wie­trza jest wzmac­niane przez ruch ob­ro­towy Ziemi[6] i po­łą­czone z obie­giem wody, co po­wo­duje nie­ma­jące końca prze­miesz­cza­nie się cie­pła i wil­goci z miej­sca na miej­sce. Istotę tego cy­klu na­ukowcy zro­zu­mieli już ja­kiś czas temu, ale tak na­prawdę do­piero współ­cze­śnie, w erze no­wo­cze­snych spo­so­bów zbie­ra­nia da­nych - w epoce sa­mo­lo­tów, sa­te­li­tów i su­per­kom­pu­te­rów - moż­liwe stało się ob­ra­zo­wa­nie pro­ce­sów at­mos­fe­rycz­nych w cza­sie rze­czy­wi­stym.

Pla­no­wane trasy rej­sów że­glar­skich są wy­kre­ślane na pod­sta­wie prze­wi­dy­wań do­ty­czą­cych kie­run­ków wia­tru i wa­run­ków po­go­do­wych pa­nu­ją­cych na mo­rzu, które są za­pi­sy­wane u góry każ­dej strony. Wa­runki się zmie­niają, a plany ewo­lu­ują. Każ­dego dnia na­sze dzia­ła­nia są po­dej­mo­wane na pod­sta­wie cią­głego prze­twa­rza­nia od­bie­ra­nych in­for­ma­cji. Co wi­dzimy? Co mó­wią syn­op­tycy? Co wy­da­rzyło się pod­czas ostat­niej wy­prawy? Zbie­ra­nie do­świad­czeń z cza­sem zmie­nia no­wi­cju­szy w eks­per­tów. Że­gla­rze snują hi­sto­rie zwią­zane z po­godą, trak­tu­jąc to jako roz­rywkę, ale osta­tecz­nie ich opo­wie­ści służą wyż­szemu ce­lowi, ja­kim jest wzbo­ga­ce­nie zgro­ma­dzo­nej wie­dzy - dzie­ląc się swo­imi do­świad­cze­niami, przy­czy­niają się do lep­szego ro­zu­mie­nia zło­żo­nego i nie­bez­piecz­nego śro­do­wi­ska.

Po­dob­nie jak pi­loci, de­ka­rze i wspi­na­cze gór­scy także ma­ry­na­rze mają ob­se­sję na punk­cie po­gody, są nią po­chło­nięci jako ważną czę­ścią co­dzien­nych kal­ku­la­cji. Zaj­mo­wa­łem się stu­dio­wa­niem po­gody od cza­sów li­ceum, ale pa­trząc z per­spek­tywy czasu, uznaję ten kon­kretny sztorm za punkt zwrotny w ca­łym tym pro­ce­sie - prze­łom w uświa­do­mie­niu so­bie, jak cał­ko­wi­cie mój za­wód jest sple­ciony z ukła­dem po­gody, który z na­tury rze­czy ni­gdy nie jest taki sam. Bar­dziej przy­po­mina to zwią­zek uczu­ciowy niż stu­dia - trwa­jącą przez całą ka­rierę za­bawę w ukła­da­nie kostki Ru­bika, w któ­rej jedna ścianka to twój plan, a po­zo­sta­łych pięć jest zbu­do­wa­nych z cią­gle zmie­nia­ją­cych się ele­men­tów mo­rza i at­mos­fery.

***

W ka­bi­nie pod po­kła­dem za­glą­dam pod gre­tingi, by spraw­dzić, czy nie to­niemy. Wiem, że któ­ryś z człon­ków za­łogi ro­bił to już wcze­śniej, ale pod­czas sztor­mo­wej po­gody każdy ka­pi­tan drew­nia­nego statku wy­obraża so­bie ty­siące po­łą­czo­nych ze sobą ele­men­tów, z któ­rych składa się jego jed­nostka, i od­ru­chowo spraw­dza zęzy. Nie, nie to­niemy. Przy­cho­dzi mi do głowy, że na­wet je­śli my sami nie je­ste­śmy przy­sto­so­wani do ta­kich wa­run­ków, to na­sza łódź jest. Pły­nący te­raz na swoją dwu­dzie­stą ósmą wy­prawę na Gren­lan­dię "Bow­doin" jest wy­trzy­ma­łym ma­łym stat­kiem, zbu­do­wa­nym z my­ślą o eks­plo­ra­cji Ark­tyki w cza­sach, gdy więk­sza jej część wciąż jesz­cze była nie­zma­po­wa­nym ob­sza­rem skał i lodu. Na stat­kach ta­kich jak ten - skon­stru­owa­nych w taki spo­sób, aby dać so­bie radę z więk­szo­ścią trud­no­ści, ja­kie ich za­łogi mo­gły na­po­tkać - lu­dzie ło­wili ryby na Ła­wicy No­wo­fun­dlandz­kiej przez cały rok. Nie po­zo­staje nam nic in­nego, jak cze­kać, umie­rać z nu­dów i mieć na­dzieję, że nie na­tkniemy się przy tym na żadne nie­bez­pie­czeń­stwa. Peł­nimy wachty na po­kła­dzie. Spraw­dzamy zęzy. Więk­szość za­łogi ucina so­bie drzemkę. Póź­nym po­po­łu­dniem ktoś ła­pie mnie w ka­bi­nie na­wi­ga­cyj­nej.

- Za­czyna się uspo­ka­jać - mówi.

Na­stęp­nego ranka wszystko, co po­zo­stało ze sztormu, to sło­neczny dzień i co­raz mniej wzbu­rzone mo­rze. Pod­czas gdy wiatr słab­nie, ba­ro­metr zmar­twych­wstaje i za­czyna gwał­tow­nie ro­snąć. Trasa na Gren­lan­dię z No­wej Fun­dlan­dii to od­ci­nek o dłu­go­ści 1000 mil, wy­ty­czony pro­sto na pół­noc przez nie­zbyt uczęsz­czany ka­wa­łek oce­anu. Mie­li­śmy prze­lotne in­for­ma­cje o po­go­dzie z rzadko od­bie­ra­nych au­dy­cji ra­dio­wych, tro­chę wię­cej z nie­pre­cy­zyj­nych map, jed­nak głów­nie prze­wi­dy­wa­li­śmy ją sami. Sztorm nie był cał­ko­wi­tym za­sko­cze­niem, ale na­sze za­cho­wa­nie się było bar­dziej re­ak­cją niż za­pla­no­wa­nym po­stę­po­wa­niem. Tę­sk­nię za ko­ją­cym jed­no­staj­nym trza­skiem ra­dio­wej pro­gnozy po­gody NOAA[7], któ­rej słu­cham w domu.

Pra­wie bez­wietrzna po­goda utrzy­muje się aż do na­szego zej­ścia na ląd dwa dni póź­niej, kiedy to na wscho­dzie po­ja­wia się gren­landzka pa­no­rama - ściana zbu­do­wana z czar­nych gór, ze szcze­li­nami mię­dzy nimi wy­peł­nio­nymi opa­da­ją­cymi lo­dow­cami i sza­rymi chmu­rami. Ark­tyczne słońce prze­suwa się bo­kiem po nie­bie, a o świ­cie wy­cho­dzi zza szczy­tów w na­głym bły­sku świa­tła, przy­po­mi­na­ją­cym otwar­cie drzwi­czek pieca. Wszy­scy usta­wiamy się w sze­regu, aby się w nie wpa­try­wać, ubrani w po­dwójne, utrud­nia­jące ru­chy, ocie­plane kom­bi­ne­zony. Przez otwarty właz do ka­biny na­wi­ga­cyj­nej do­biega nas od­głos oży­wa­ją­cego ra­dia. Lo­kalny ko­mu­ni­kat po­go­dowy!

Po duń­sku.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki