Jak nie robić nic i wygrać
Z tego rozdziału dowiesz się:
? dlaczego mężczyźni tak często wolą działać, nawet gdy nie mają pojęcia, co robią,
? dlaczego zbyt pewny siebie inwestor to przepis na katastrofę giełdową,
? dlaczego zdanie "nie wiem" jest dla wielu mężczyzn bardziej przerażające niż skok na bungee.
Marcin Napiórkowski
Profesor w Instytucie Kultury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Od września 2024 roku pełni obowiązki dyrektora Muzeum Historii Polski. W pracy naukowej wykorzystuje narzędzia semiotyki, by zrozumieć, jak za pomocą opowieści ludzie nadają sens rzeczywistości. Brał udział w polskich i międzynarodowych projektach badawczych dotyczących wyobrażeń o relacji przeszłości i przyszłości oraz społecznego postrzegania nowych technologii. Jest autorem kilku popularnych książek, między innymi: Naprawić przyszłość, Turbopatriotyzm i Powstanie umarłych. Regularnie publikuje w "Tygodniku Powszechnym". Ostatnio próbuje też sił w nowych gatunkach: jest autorem tekstów do musicalu 1989 i horroru Gościni. Prowadzi bloga mitologiawspolczesna.pl.
Aga Kozak: Podtytuł tej książki brzmi: Jak nie być chujem.
W takim razie, przyjmując konwencję, moja odpowiedź brzmi: "chuj wie".
Paweł Goźliński: Więc nie wiesz?
Przeciwnie, to nie było pytanie, ale odpowiedź, i to bardzo intencjonalna. Długo myślałem nad tym waszym pytaniem i doszedłem do wniosku, że właściwie nie jest pytaniem, ale definicją. I wiąże się ze zjawiskiem overconfidence.
P.: Czyli?
Bycie chujem, jeśli już zdecydujemy się na ten kontrowersyjny termin, polega na wiedzeniu wszystkiego zawsze i wszędzie. A także nieprzyjmowaniu do wiadomości sytuacji, w których mogę czegoś nie wiedzieć.
Rysuje mi się kilka możliwości rozwinięcia tego tematu.
A.: Myślę, że da się go sprowadzić do jednego: mansplainingu i hasła "mężczyźni objaśniają nam świat".
Tak jest! Chociaż w świetle badań naukowych okazuje się, że jest jeszcze zjawisko łączące nadmierną pewność siebie i przesadną skłonność do działania. Kojarzycie na przykład sytuację: stoję w samochodowym korku, a na sąsiednim pasie auta śmigają. Tak mi się przynajmniej wydaje. Zmieniam więc pas na lewy, na prawy, na lewy, znowu na prawy. Tyle że te ciągłe zmiany zabierają mi czas i wydłużają trasę, więc ostatecznie docieram do celu później, a poza tym zmienianie pasa zaburza płynność całego ruchu, zatem przeze mnie wszyscy się spóźnią.
To zjawisko ma swoją naukową nazwę: activity bias. Oznacza fałszywą wiarę, że trzeba cały czas działać, coś zmieniać, poprawiać. Jestem przekonany, że znam sposób, żeby ominąć system. Tyle że to jest jak z tym korkiem. Osoby, które ulegają temu przekonaniu, mają ostatecznie gorsze wyniki i do tego rozwalają procedury, obniżając ich skuteczność. Są badania na temat activity bias wśród lekarzy. Niepotrzebne operacje, zbędne diagnozy, nadgorliwość w przepisywaniu antybiotyków prowadząca do wykształcenia się antybiotykoopornych szczepów bakterii. Pracownicy ochrony zdrowia naciskani przez pacjentów, przez koncerny, przez wiele innych czynników myślą, że coś muszą zrobić, bo przecież nie mogą powiedzieć pacjentce, że to jest tylko przeziębienie i że poczekamy, aż zadziałają siły natury. Taki lekarz wyda się samemu sobie i pacjentce nieprofesjonalny, wręcz niepotrzebny.
A.: Więc zapisuje antybiotyk.
Zgadza się.
Pewnie was nie zaskoczę, jeśli powiem, że postanowiłem sprawdzić, czy są jakieś badania, które pokazują związek activity bias z nadmierną pewnością siebie, i jaki jest ich rozkład wśród płci. I co się okazało? Jeżeli chodzi o działania na drodze, to trzy czwarte mężczyzn to zmieniacze pasów, a tylko dwadzieścia pięć-trzydzieści procent kobiet próbuje radzić sobie w ten sposób.
P.: Są zapewne i inne efekty tej męskiej "nadaktywności" na drogach?
Liczba wypadków powodowana przez mężczyzn a związana z agresywnym zachowaniem na drodze i przekraczaniem prędkości jest dużo większa niż w przypadku kobiet. Kobiety mają za to więcej stłuczek związanych na przykład z parkowaniem. Ale są takie obszary, gdzie możemy zmierzyć efekty activity bias jeszcze dokładniej.
Na przykład ekonomia behawioralna już dawno stwierdziła, że najlepszym sposobem, żeby zarobić na giełdzie, jest nic nie robić i być cierpliwym. Oczywiście jeszcze lepszym sposobem jest posiadać kupę forsy, móc zakulisowo wpływać na giełdę i mieć znajomych w różnych radach nadzorczych. Ale jeśli tego nie macie, drugie najlepsze, co możecie zrobić, to nie ruszać pieniędzy! Dlatego, jak zbadano, wyjątkowo dobrze radzą sobie konta inwestycyjne należące do martwych klientów. Dobrze zarabiali, bo nic z nimi nie robili! Aha, nie chodzi tu o konta, o których banki wiedziały, że należą do osób martwych, ale o takie, wobec których toczyły się długotrwałe postępowania spadkowe, więc nie można było ruszać funduszy.
Okazuje się, że mężczyźni i kobiety w przypadku strategii inwestycyjnych postępują dokładnie tak samo jak na drodze: mężczyźni siedzą nad aplikacjami tradingowymi i trejdują, trejdują, trejdują. Kobiety zaś zostawiają wszystko w spokoju i odnoszą istotnie lepsze wyniki. Jest taki ekonomista - jeden z najczęściej cytowanych ekonomistów na świecie - Brad M. Barber, który piętnaście lat temu opublikował świetny artykuł pod tytułem Boys will be boys: Gender, overconfidence, and common stock investment...
A.: ...czyli Płeć, nadmierna pewność siebie i inwestowanie na giełdzie.
Barber pokazuje, że przekonani o swej genialnej intuicji i spostrzegawczości mężczyźni dokonują o czterdzieści pięć procent więcej transakcji niż kobiety. Klikają, zmieniają akcje, kupują, sprzedają. Średnio każdego roku w wyniku tych chaotycznych ruchów ich zysk zmniejsza się o 2,65 punktu procentowego. Jakby kto pytał - to bardzo dużo. Czyli te badania mówią dokładnie o tym, że "chuj" jest przekonany, że "wie", i to, że to "wie", zwykle źle wpływa na jego strategię.
A.: A więc mu szkodzi. Jak?
Tu możemy przejść do rzeczy, na których już się znam bardziej i nie muszę polegać tylko na lekturach z drugiej ręki. Na przykład kiedy się przyjrzymy reklamom aplikacji dla trejderów albo reklamom serwisów bukmacherskich pokazywanym w trakcie wielkich imprez piłkarskich, okaże się, że bazują one na hasłach:
- przecież wiesz, jaki będzie wynik,
- jesteś sprytniejszy od innych,
- masz tę wiedzę,
- uwierz w siebie,
- miej odwagę!
Jak się temu przyglądam, to widzę, że problem jest znacznie szerszy i poważniejszy niż ryzykowne zachowania na drodze oraz to, jak inwestujemy swoje pieniądze. Żyjemy w kulturze, która nie uwzględnia możliwości powiedzenia przez mężczyznę "nie wiem", "nie mam pojęcia", "zupełnie się na tym nie znam", "nie znam odpowiedzi na to pytanie". Uniwersalną odpowiedzią na wszystko jest "wiem!", "zadziałam odważnie", "zróbmy jak Elon Musk!", "może nie mam dobrego pomysłu, ale przynajmniej mam JAKIŚ pomysł".
A.: Dziś świata nie da się ogarnąć, więc trzeba ściemniać przed sobą samym i przed światem? Bo jak nie wiem, to kim jestem? Przecież nie mężczyzną! Cholerny patriarchat.
Masz rację - trudno jest się odnaleźć w świecie, w którym ma się za dużo opcji. A do tego nie znam żadnych badań, które mówią o tym, że mężczyźni mają większe zdolności poznawcze do żonglowania wieloma opcjami. Może więc wszyscy, niezależnie od płci, nie odnajdujemy się w tych opcjach?
Tylko że zaledwie połowa z nas - wy, kobiety - ma odwagę i kulturowe warunki, żeby powiedzieć: "ojej, to mnie przerasta". Druga połowa musi powiedzieć: "nie, nie, no spoko, ten plan inwestycyjny (albo umowa, którą właśnie podpisuję, albo liczba dostępnych opcji kawy w Starbucksie) jest w sam raz", "ogarniam to!".
To, że w ogóle trzeba nieustannie podejmować jakieś decyzje już nie z gatunku "skąd wziąć jedzenie", ale też "co zjeść na lunch", jest doświadczeniem zasadniczo nieznanym w poprzednich epokach. Jeśli było coś do jedzenia, to się zjadało, a jeśli nie było, to się było głodnym. Chłop polski miał do wyboru zjeść na śniadanie ziemniaki z mlekiem albo bez mleka. Tyle. Natomiast my wszyscy dzisiaj jesteśmy przebodźcowani i straciliśmy zdolność do refleksji, więc częściej robimy coś głupiego - nie wspominając o tych, co w ogóle nie mają co jeść... Tyle że w świetle badań, o których mówiłem, to "wszyscy" opisuje bardziej połowę z nas. A drugą połowę - kobiety - opisuje mniej.
A.: Właściwie dlaczego?
Mogą być oczywiście neurologiczne albo socjobiologiczne przyczyny, ale za mało się na tym znam, by silić się na odpowiedź. Ale jeżeli przyjrzymy się stricte kulturowym definicjom skuteczności, to inne są dla mężczyzn, inne dla kobiet. Pozwolenie na niezdecydowanie, pozwolenie na powiedzenie "ojej, ale ja nie wiem" jest nierówno dystrybuowane pomiędzy płciami.
A.: Jak nie wiesz, to jesteś cipą. Dziś słyszałam mężczyznę pytającego, kto by chciał się przyjaźnić z jego synem, skoro on jest taką niezdecydowaną cipą.
Widzisz, ja mam i synów, i córkę - zastanawiam się więc, jak to powinno rzutować na proces wychowania. Czy to znaczy, że powinienem uczyć moją córkę, że ma być bardziej zdecydowana? Mieć własne zdanie i odważnie wyrażać swoje opinie na każdy temat? To jest dzisiaj jedna z takich rzeczy, którą się w literaturze feministycznej bardzo podkreśla, i dobrze. Ale może właśnie wychodzi nam tu, że czymś istotniejszym jest też podążanie w drugą stronę - powinienem uczyć swoich synów, żeby potrafili mówić: "nie wiem", "nie mam pojęcia", "opcji jest za dużo", "nie potrafię się zdecydować", "usiądźmy, pomyślmy" albo - co jeszcze mniej męskie - "muszę zapytać o radę kogoś innego, nie poradzę sobie z tą sytuacją sam".
P.: Tylko w co taki ojciec pakuje swojego syna? Czy proponując mu bardziej refleksyjny model męskości, nie skazuje go na porażkę w starciu z innymi synami, których ojcowie sądzili, że wiedzą, i synom też nakazywali wiedzieć?
Zależy oczywiście od sytuacji. Ale umiejętność niedziałania i bycia niezdecydowanym jest zaskakująco przydatna w wielu sytuacjach. Powiedzmy, że syn będzie kierowcą... Co jest lepsze: nauczyć go, żeby śmigał między pasami, czy żeby miał tę postawę, że nie trzeba co pięć minut zmieniać pasa, można poczekać, aż sytuacja sama się rozwinie? Przecież jeżeli będzie inwestorem, to lepiej, żeby wiedział, że czasem lepiej udawać martwego, jak opos. Jeśli będzie lekarzem, tak samo.
Jest taka teoria, która się nazywa masterly inactivity. Uczy, że można być totalnie panem sytuacji, ale... nie działać. Chodzi o zdolność do tego, żeby zainterweniować tylko w momencie, kiedy to będzie niezbędne. I tylko wtedy. Co ciekawe, teorię tę wymyśliła Charlotte Mason, Brytyjka. I to jeszcze w XIX wieku. Była prekursorką parentingu i ubolewała - oczywiście była arystokratką - że Brytyjki wychowują swoje dzieci w czymś, co byśmy dziś nazwali helicopter parenting. To znaczy, że ciągle coś robią, robią i robią. Więc ona - w opozycji - zaproponowała swoją teorię. Dać dzieciom spokój. Pozwolić im się rozwijać, dać im szansę na popełnianie błędów i uczenie się na nich. Ta teoria stała się bardzo popularna i była jednym z niewielu przypadków, kiedy coś przeniknęło z zacisza domowego i filozofii parentingowej do dyskursu typowo męskiego - militarnego, a nawet sportowego. Są fascynujące badania o roli masterly inactivity u najlepszych dowódców i bramkarzy. Okazuje się na przykład, że nadmierna aktywność nie sprawdza się przy rzutach karnych.
P.: Korczak zachęcał do podobnych rzeczy. Chociaż był mężczyzną. I już sobie wyobrażam te komentarze: żyjemy w czasach niebezpiecznych, a ty proponujesz, żebyśmy wychowywali synów w gotowości do powstrzymywania się od działania w sytuacji, gdy ktoś próbuje ich zabić.
Teoria "mistrzowskiego niedziałania" - nie wiem, jak inaczej to przełożyć - mówi nam przede wszystkim: unikajmy pokusy myślenia w wąskim okienku czasowym. Rozszerzajmy nasze okienko uwagi.
P.: Przykład?
Bardzo proszę. Mój syn będzie robił wkrótce prawo jazdy i oczywiście gdy wyobrażam sobie go w niebezpiecznej sytuacji na drodze, to akurat lepiej, żeby był zdecydowany, nie? Przecież jak na ulicę wybiegnie dziecko, musi odpowiednio szybko zahamować albo je ominąć. Obydwie te decyzje mogą uratować jego i małego pieszego, a brak decyzji potencjalnie zabija oboje. A teraz odrobinę rozszerzmy perspektywę, dzięki czemu będziemy mogli powiedzieć, dlaczego w ogóle musiał nagle hamować. Może jechał osiemdziesiąt kilometrów na godzinę w terenie zabudowanym, choć dozwolone jest pięćdziesiąt? Nie będzie musiał w ogóle podejmować błyskawicznej decyzji dotyczącej życia i śmierci, jeśli zawczasu podejmie decyzję, dzięki której niebezpieczna sytuacja w ogóle się nie wydarzy. A swoją drogą - syn odziedziczył mój temperament, więc pewnie i tak wybierze tramwaj. Moje wybitne skille jako kierowcy polegają na tym, że zostałem niesamowicie upokorzony w trakcie egzaminu na prawo jazdy, zdawałem go, jeśli dobrze liczę, dziesięć albo jedenaście razy.
P.: Ja też. Od tamtej pory miałem tylko jeden, niegroźny wypadek.
Ja po tym egzaminacyjnym doświadczeniu jestem głęboko świadomy, jak duże mam ograniczenia, jeżeli chodzi o refleks. Podejrzewam, że wielu moich kolegów, którzy jeżdżą znacznie szybciej i agresywniej, też ma te ograniczenia, tylko może nikt im tego nie uświadomił. Ja w każdym razie, kiedy widzę ograniczenie do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, to rozumiem, że ono jest dla bezpieczeństwa mojego i innych. Więc jeżeli wydarzy się coś niespodziewanego, a ja będę jechał te pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, to nie będę musiał do końca życia konfrontować się z konsekwencjami spóźnionej decyzji. W związku z czym jeżdżenie ze mną jest superdenerwujące.
A.: Najgorsza przygoda drogowa?
Wiozłem znajomego, który ma zwyczaj jeździć szybciej. Jechaliśmy razem na konferencję i przejeżdżaliśmy przez mostek. Tam był taki ledwo trzymający się znak ograniczenia z wielką cyfrą 5, a potem nie było żadnego skrzyżowania. Jechałem więc tą piątką i jechałem, i jechałem. Wreszcie znajomy nie wytrzymał i mówi: "Co ty najlepszego robisz?!". Ja na to: "Było ograniczenie". "To było ograniczenie do pięciu ton, z którego t odpadło!".
P.: To odważne wyznanie. Żeby opowiedzieć o swojej słabości - nawet jeśli nie jest tak do końca słabością - trzeba wręcz...
A.: ...brawury, moim zdaniem większej niż u tych, którzy szaleją na drogach, bo nie mają pojęcia, jakie są ich ograniczenia.
P.: A co nam nie pozwala konfrontować się z tymi ograniczeniami? Chociażby to, że nie daj Boże trzeba by było coś z nimi zrobić. Poza tym lepiej nie konfrontować swoich ograniczeń z innymi, bo może się to skończyć upokorzeniem. Co nam nie pozwala na tego rodzaju otwartość? Bycie chujem?
Wiadomo. Ale spróbujmy zdefiniować dokładnie, na czym ono polega. Spójrzcie, to jest stół. Czy moglibyście mi powiedzieć, jakiego rodzaju połączenia stolarskie zastosowano przy jego montażu?
A.: Nie jesteśmy w stanie!
Nie możemy pogadać o tym stole, ponieważ nie znamy języka, w którym można by go precyzyjnie opisać. Kiedy ludzie się spotykają, mają język i konwencję: jak rozmawiać o sporcie, jak się kłócić o politykę, o zachowania kierowców, ale nie wiedzą, w jaki sposób rozmawiać o własnych ograniczeniach. Mamy tu również nierówną dystrybucję płciową: mężczyzna zapytany, "co sądzisz o tym nowym projekcie ustawy" albo "jesteś za czy przeciw", czuje przymus, żeby powiedzieć "jestem za" albo "jestem przeciw". Ewentualnie mówi "co?", jeśli nie dosłyszał. Nie może za to powiedzieć "nie mam pojęcia, o czym mówisz". Albo "tak, widziałem w telewizji, ale to nie moja dyscyplina, kompletnie nie mam zdania". Albo "znasz kogoś, kto się na tym zna? Polecisz mi jakąś książkę?".
Swoją drogą, ten brak gotowości do stawiania pytań sprawia, że omija nas mnóstwo ciekawych rozmów. Broni się tylko format nawalanki. Twitter i telewizja się cieszą. Wyobraźmy sobie, że do programu telewizyjnego przychodzi gość, dostaje pierwsze pytanie i odpowiada: "nie wiem". Dostaje drugie pytanie i mówi: "to bardzo skomplikowana sprawa, nie jestem w stanie tutaj krótko odpowiedzieć tak, żeby tego nie wypaczyć". No i masakra! Oglądalność spada, lajków nie ma. Obstawiam, że gościni miałaby większą gotowość, żeby to zrobić, ale pewnie nikt by nie zauważył jej odmowy, ponieważ w tym samym czasie gość perorowałby na ten temat obszernie, choć bez sensu.
I tu dochodzimy do tego, co świetnie opisuje Rebecca Solnit w książce Mężczyźni objaśniają mi świat. Mamy w niej tę doskonałą scenę, kiedy mężczyzna jest w stanie z olbrzymią pewnością siebie wypowiadać się na temat książki, której nawet nie czytał, podczas gdy kobieta siedząca naprzeciw ma trudność z dojściem do głosu, choć jest autorką rzeczonej książki. Można na początku odczytać ten tytuł i anegdotę jako oskarżenie pod adresem mężczyzn - wyszydzenie postawy "wiem wszystko na każdy temat i muszę koniecznie wam tę wiedzę objawić". Tymczasem Solnit pokazuje, że jest to rzecz mocno zinternalizowana kulturowo, a do tego szkodzi obydwu stronom. Mężczyźni marnują okazję, by spytać. Kobiety nie dostają szansy, by odpowiedzieć.
P.: Żyjemy w czasach, gdy siła, wiedza i pewność siebie są kulturowo definiowane jako sexy.
To prawda - żeby być sexy, facet musi być zdecydowany. Prawdziwy twardziel może mieć niecodzienny typ urody, może nawet być wrażliwy. Ale bohater kina akcji, który jest niezdecydowany i mówi: "nie wiem", "musimy usiąść, się zastanowić, poczekać chwilę" - to nie jest żaden bohater, to miękiszon jakiś. Dlatego gdy usłyszałem pytanie: "jak nie być chujem?", to najpierw się ucieszyłem, że znam odpowiedź i wszystko wam opowiem. A potem zrozumiałem, że to pułapka...
A.: A skąd ta pułapka się bierze? Jeżeli mówimy o superbohaterach i pewnego rodzaju archetypach, to według mnie i mojej wiedzy one są napędzane przez parę rzeczy. Jedną z najważniejszych są bieżące potrzeby kapitalizmu: ten typ mężczyzny jest nam w tym momencie niezbędny albo w polityce, albo w biznesie, albo w prowadzeniu wojen.
Tym bardziej rozumiem niepokój Pawła dotyczący tego, w jaki sposób wychować syna. Czy wychować go na "twardo", bo istnieje ryzyko, że kiedyś będzie musiał pójść na wojnę, czy na "miękko", zgodnie z jego uczuciami i wrażliwością. Dzięki temu zdałam sobie sprawę, że być może w świecie mężczyzn istnieje dychotomia pomiędzy tym twardym a miękkim.
P.: Owszem, istnieje, dość - by tak rzec - naturalna.
A.: W moim świecie zamiast tej dychotomii jest pewnego rodzaju elastyczność, zgoda na to, że mogę myć miękką, ale też twardą. Czy mężczyźni naprawdę muszą wybrać tylko jedną z opcji? Być albo tacy, albo tacy?
P.: Wcale tak nie sądzę. Tylko że praktyka nie nadąża za świadomością. I żyjemy pod nieustanną presją, w niepewności, czy te nowo wyuczone miękkie kompetencje są przystosowane do rzeczywistości, czy może stanowią zbędny naddatek, emocjonalny luksus dający co najwyżej poczucie wyższości. Innymi słowy: czy w ruchu drogowym, do którego tyle razy wracamy, ostrożny i świadomy przetrwa wśród piratów? Mamy wiele straszliwych przypadków, gdy ludzie zupełnie niewinni, całe rodziny, stają się ofiarami drogowych furiatów.
To prawda, tylko że jeżdżenie zgodnie z przepisami obiektywnie zwiększa nasze bezpieczeństwo bez względu na to, jak się zachowują inni. Tak po prostu jest. A stuprocentowej gwarancji bezpieczeństwa na drodze nikt ci nie wystawi.
To jest ten przykład, kiedy pozornie dotyczy nas "dylemat więźnia".
A.: Co masz na myśli?
Zwykle wydaje się nam, że nasza strategia przynosi korzyści tylko wtedy, kiedy druga strona gra według tych samych reguł. W przeciwnym wypadku jesteśmy stratni. Ale to nie zawsze jest prawda. Akurat na ulicy im bardziej inni uczestnicy ruchu drogowego zachowują się jak szaleni, tym większą korzyść odniesiemy z tego, że będziemy jechać powoli. Jeśli ktoś zaszarżuje i będzie jechał pod prąd naszym pasem, ta bezpieczna jazda może nas uchronić. Albo wyobraźmy sobie, że spotkamy wielkiego dresiarza, który ma wobec nas agresywne zamiary. Czy świadomość tego, jak on się może zachować, co go może sprowokować i jakie mogą być przyczyny jego gniewu, przyniesie mi korzyść czy jest tylko zbędnym - jak powiedział Paweł - luksusem? Oczywiście na blokowisku mogę zostać napadnięty przez trzech dryblasów i nic na to nie poradzę. Jednak myślenie, że moja wiedza przyniesie efekty, pomoże mi uratować skórę tylko wtedy, kiedy ów dresiarz ma te same narzędzia psychologiczne co ja, jest właśnie pułapką. Pułapką przekonania, że opłaca się grać miękko tylko w świecie miękkim, a twardo - w twardym. Tymczasem istnieje wiele sytuacji, w których miękka strategia daje nam poduszkę bezpieczeństwa, możliwość wycofania się, obserwacji z dystansu, nawet w świecie, w którym wszyscy pozostali grają twardo.
P.: To dlaczego wpadamy w tę pułapkę? Dlaczego myślimy, że jednak w twardym świecie trzeba grać twardo? Że w świecie, w którym może wybuchnąć wojna, w świecie, w którym inni jeżdżą niezgodnie z przepisami, musimy być gotowi do takiego agresywnego działania?
No to musimy sięgnąć do historii kultury. Jeżeli przyjrzymy się szerzej osobowym wzorcom męskości w kulturze polskiej czy szerzej - kulturze zachodniej, okaże się, że one od bardzo dawna do właściwie przedwczoraj skupiają się wyłącznie na typie twardego mężczyzny. Miękki mężczyzna jest tchórzem, a miękkie kompetencje przynależą wąziusieńkiej grupie "podejrzanych" postaci: od Odyseusza, przez wiejskich bohaterów w rodzaju Szewczyka Dratewki albo Marchołta, aż do Indiany Jonesa, który wygrywa podstępem i sprytem. To jest jedyny typ postaci, u których miękka strategia w męskich narracjach była pozytywnie wartościowana. Przy czym zauważmy, że są to zwykle bohaterowie z takiego czy innego marginesu, tricksterzy.
A.: Czyli bohaterowie "odwróceni"?
Rycerz, który spróbowałby postąpić niehonorowo wobec swojego przeciwnika, na wyzwanie odpowiedzieć: "a nie, dzięki, pojedynki są idiotyczne", zwykle przestaje być rycerzem, nie nadaje się na bohatera, the end. Natomiast jeśli przyjrzymy się postaciom kobiecym, tu pojawia się fascynująca rzecz, ponieważ to u nich mamy do czynienia z prawdziwym odwróceniem. Wspaniała lady Makbet...
P.: ...Balladyna...
...świetny przykład. Z tym że zwykle postaci kobiece, które grają twardo, były pokazywane jako abominacja, naruszenie normy, zachowanie niewłaściwe, które prowadzi do kary. Co więcej, były to figury typowo kastracyjne, które podporządkowywały sobie słabych mężczyzn, a potem same wcielały się w męską rolę, za co bogowie surowo je karali. Ale teraz jesteśmy w fascynującym czasie, kiedy odnajdujemy nowe kobiece i męskie role. Trochę wcześniej pojawiły się twarde postaci kobiece, teraz pojawiają się miękkie postaci męskie, ale z problemami. Nie widzę takich archetypicznych, mocnych figur miękkiego gracza, które nie byłyby jednocześnie jakoś klasowo upośledzone albo sprowadzone do roli comic relief, jak Jaskier, towarzysz Geralta.
A.: Albo queerowe.
Albo queerowe, prawda?
P.: A Newt Skamander? Albo Tyrion Lannister, ten niskorosły Odyseusz?
A jednak w bitwie pod Blackwater musiał wyjechać do walki w pełnej zbroi...
Hm, trudno mi znaleźć taką archetypiczną, męską postać, której supermocą byłoby przytulenie, rozmowa, negocjacje, wycofanie się. Są to jednak postacie, które zapewne zaczną się powoli wyłaniać z książek dla dzieci. Najbardziej czekam na wrażliwego tatę. To jest bardzo fajny trop, uwielbiamy wielkich, brodatych twardzieli z karabinem, siekierą, z czym tam jeszcze, którzy wracają do domu i są najwrażliwszymi, najczulszymi tatusiami. Ale taki tatuś w przestrzeni publicznej? Twarde i miękkie kobiety akceptujemy, i w domu, i w życiu społecznym czy polityce. Mężczyźni wciąż skazani są co najwyżej na rozdwojenie.
Chociaż... Wczoraj z Tośką czytałem książkę Mój cień jest różowy. Nie wiem, czy znacie. W przekładzie Michała Rusinka. To historia o chłopczyku, który w odróżnieniu od kolegów mających niebieskie cienie ma cień różowy. I ten jego cień namawia go do okropnych rzeczy. Na przykład żeby założył spódniczkę.
A.: Różowe tutu.
Tymczasem chłopczyka wychowywał "klasyczny" tata, który był twardzielem, ale cień mówił: "nie martw się, wszystko będzie dobrze". Chłopczyk posłuchał cienia i poszedł do szkoły w spódniczce. I co? Wszyscy się z niego śmiali. Chłopczyk się załamał. Siedzi, płacząc, na swoim łóżku, ale nagle otwierają się drzwi i widzimy cień, ale to nie tylko cień, to jego ojciec. Więc wchodzi ten ojciec z wielką brodą, ale też... w różowej sukience. "Stary, jesteś moim synem, możesz wszystko" - mówi mniej więcej, a mnie, kiedy to czytałem, zadrżał głos. Widzę, że obok siedzi moja żona Hania i też ociera łezkę. Tylko na Tośce nie zrobiło to wielkiego wrażenia. Absolutnie żadnej reakcji. Oczywiście ona jest jeszcze na tym etapie, kiedy chłopczyk, który założył sukienkę, bo mu cień podpowiedział, jest oczywistością taką samą jak wróżki i krasnale. Najgorzej zareagował Adaś. Strasznie się zezłościł, bo jest bardzo męskim mężczyzną, ma dziewięć lat i lubi twarde męskie postaci i wzorce. Z drugiej strony, gdyby w realu poznał kolegę, który ma różowy cień i lubi chodzić w sukience, toby mu zakomunikował: "Człowieku, ja lubię walczyć, a ty lubisz chodzić w sukience. Ludzie są naprawdę dziwni, no problem, nie jest to dziwniejsze od elektrycznego pokemona". Tyle że zwykle z wiekiem to tracimy...
P.: Mamy więc problem: wciąż brakuje nam języka, w którym wyrażałaby się męska niepewność i miękkość, nie mamy partnerów do rozmowy o słabościach, nie mamy wzorców. Jak w takiej sytuacji dać sobie przyzwolenie na powiedzenie "nie wiem", "nie rozumiem", na okazanie bezradności... Już łatwiej to zrobić wobec partnerki niż innego, nawet bliskiego, mężczyzny.
Sądzę, że będziemy w najbliższym czasie świadkami interesujących przełomów. Przychodzi mi do głowy, że być może teraz jednym z najważniejszych zadań dla feminizmu jest, żeby wymyślić nowe postaci męskie i opowiedzieć mężczyznom ich inną historię. Bo kto ma nas nauczyć słuchania, empatii i mądrego niezdecydowania, jak nie osoby, które już te cnoty posiadają?
A.: Przestraszyłam się strasznie!
Ale dlaczego?
A.: Bo, po pierwsze, znów feminizm ma robić coś za kogoś - w tym wypadku, sorki, ale za mężczyzn. Po drugie, ustawiłam w tej pozycji mężczyzn i pomyślałam sobie, że jakby mi ktoś próbował narzucić, jaki mam być, no to kolejny backlash, którego żniwo teraz zbieramy, na przykład politycznie, gotowy...
Co to znaczy "próbował mi narzucić"? Jesteś wychowana w świecie tekstów, które w ponad dziewięćdziesięciu procentach stworzone były przez mężczyzn! To mężczyźni pokazywali kobietom, jakie mają być. Więc teraz, kiedy kobiety napiszą dwie, trzy ikoniczne powieści o mężczyznach, to nadal będzie nic w porównaniu ze wszystkimi Annami Kareninami i Paniami Bovary! Jeszcze nie musimy tutaj o męski przywilej walczyć. Być może my, mężczyźni, naprawdę potrzebujemy spojrzenia z zewnątrz, bo sami nie jesteśmy się w stanie wyciągnąć za włosy z bagna. To tak nie działa. Może musi pojawić się ktoś obok, kto znajdzie nowe punkty podparcia. Nie wiem, może te obie rzeczy muszą się wydarzyć naraz: bo te nowe kobiety będą potrzebowały też nowych partnerów. Powstanie jakaś nowa norma kulturowa.
P.: Jaka?
Nie wiem, ale to się tak szybko dzieje. Zmieniają się kobiety, zmieniają opowieści, więc pewnie wkrótce się przekonamy.
Kulturę często porównuje się do jakiejś gry albo partii szachów. Oto mamy zestaw reguł, które generują pewne zachowania. Dobrze jest jednak sobie uświadomić, że te zasady to tylko kwestia umowy.
P.: Umowy?
Przecież można sobie wyobrazić sytuację, że nagle ktoś zaczyna grać w szachy, poruszając wieżami po skosie, a reszta graczy uznaje, że im to nie przeszkadza, i ten ruch się przyjmuje, bo rozgrywka przez to zrobiła się fajniejsza. Ale najlepszym przykładem wciąż jest język. Nie ma żadnych sztywnych ram, które zmuszają nas do używania słowa "stół", więc jeśli zacznę używać słowa "krowa", żeby nazwać stół, i osiągnę pewną masę krytyczną, to nowa nazwa się przyjmie. Język - choć nie wszyscy są gotowi to zaakceptować - nieustannie się zmienia. I nikt z nas nie ma nad tym procesem władzy. Zasady są owocem naszych interakcji. Każda interakcja, która idzie w poprzek zasad, jakoś te zasady odkształca, zmienia, kształtuje na nowo.
To jest optymistyczne, bo okazuje się, że możemy zmienić również reguły mówienia o tym, jakimi mężczyznami jesteśmy i chcemy być. Ale również pesymistyczne, bo nie ma nikogo, kto może przyjść, napisać te zasady i powiedzieć, że od dziś będziemy lepszym, bardziej empatycznym, mniej przekonanym o własnej nieomylności społeczeństwem. Zmiana wymaga miliarda małych kroków. Wykonywanych codziennie pomalutku przez miliony ludzi.
A.: Czy nie wystarczy niewygoda? Mam poczucie, że wiele reguł, które obowiązują mężczyzn, jest dla nich mało komfortowych. Myślę oczywiście o zasadzie, która się nazywa lepka podłoga - odwrotności szklanego sufitu.
P.: Nigdy nie słyszałem.
A.: Chodzi o to, że kiedy mężczyzna chce powiedzieć żonie: "Kochanie, ja już się napracowałem, teraz ty idź do pracy, ja się zajmę dziećmi i domem", to ona się nie zgodzi. Bo jak kobietom było niewygodnie w spódnicach, to zaczęły nosić spodnie. Ale nie chcą się zgodzić - i faceci też chyba nie - żeby faceci założyli spódnicę. Nie jest wam już niewygodnie w tych spodniach?
P.: Owszem, ale wiesz, jednak trochę czasu zajęło wam zdejmowanie gorsetów!
A.: Mam wrażenie, że jednak kobietom przychodzi to łatwiej. Jak coś im się nie podoba, to to zmieniają. Mężczyźni wciąż wydają się uwięzieni w stereotypach, przyklejeni do podłogi.
Ale czy nie jest odwrotnie? Czy ta siła komfortu nie działa w drugą stronę? Gdybyśmy przestudiowali nagranie naszej rozmowy, pewnie byśmy się przekonali, ile razy ty, Aga, przerwałaś nasze wywody, a ile razy tobie przerwano, i ujawniłaby się nam olbrzymia dysproporcja. Jak chcesz coś powiedzieć, czekasz na swoją kolej i musisz czekać. Z wielu powodów. Mamy z Pawłem - a pewnie ogólnie mówię tu o mężczyznach i kobietach - donioślejsze głosy. Trudniej więc nam przerwać, a dla nas jest to po prostu superwygodne wcinać się, kiedy akurat wydaje się nam, że mamy coś do powiedzenia. Wygodnie jest korzystać z przewagi, nie musieć odkładać myśli, nie musieć czekać.
Tak samo z tym męskim tyraniem. Mężczyzna wychodzi na cały dzień do pracy, w tym czasie kobieta jest "sobie" w domu i siedzi "sobie" z dziećmi. Potem mężczyzna wraca do domu i jest bardzo zmęczony po pracy, więc ma prawo odpocząć.
Wygodnie jest nam inaczej wartościować pracę, zmęczenie, emocje mężczyzn i kobiet. Bo my nie pracujemy "sobie". Nie żyjemy "sobie". Jeżeli jesteśmy rozgniewani albo smutni, albo przeziębieni, to to są sprawy życia i śmierci. Przecież gramy o wysokie stawki.
Mój tata jest superkochany, ale dla niego normalna praca to taka, po której trzeba wziąć prysznic. Ja mam pracę, przed którą raczej warto wziąć prysznic, więc pytany przez ojca, na czym polega moja praca, zawsze odpowiadam: "A, no siedzę i piszę książkę". On na to: "Aaaa, to pracujesz SOBIE". Praca to jest praca, a ja jestem już na tym terytorium niemęskim, gdzie pracuję SOBIE. Oczywiście robienie SOBIE w oczach mojego ojca, i nie tylko, ma znacznie mniejszą wartość, kojarzy się raczej z dogadzaniem sobie. Dogadzaniem jest robienie SOBIE, mówienie SOBIE, bycie SOBIE.
Tylko że tak naprawdę dogadzamy sobie w tych wszystkich niby poważnych, ciężkich, spinających pośladki zajęciach. "Do cholery, nie zawracaj mi głowy" - bo przecież ja pracuję. Albo "Daj mi spokój z tymi pierdołami, ja zajmuję się poważnymi rzeczami!". Tak, mamy wiele statystyk, które mówią, że mężczyźni częściej są narażeni na choroby związane ze stresem, że łączy się to z poczuciem presji. Że nie możemy za często okazywać smutku, gniewu czy przygnębienia. Ale z drugiej strony ten prymat pracy w naszym życiu daje jednak komfort - tak naprawdę mogę robić, co chcę, choć będę uparcie deklarował, że nie robię tego "sobie", tylko dla rodziny! "Utrzymuję nas wszystkich!"
P.: Ciekawe, dlaczego ten komfort, wybierany mniej lub bardziej świadomie, często jest nazywany niewygodą czy dyskomfortem, nawet cierpieniem. "My musimy nosić te zbroje, które w gruncie rzeczy są straszliwie niewygodne i po prostu ciężkie". "Podnosimy te ciężkie miecze w imieniu ojczyzny, żon, matek, córek" i tak straszliwie z tego powodu cierpimy.
Jesteśmy cały czas przekonani, że po prostu cierpimy może nie za miliony, ale przynajmniej za jakąś jedną konkretną osobę, zawsze się jakaś znajdzie. I w ogóle nie przychodzi nam do głowy, że wybieramy przy tym jakiś komfort. Owszem, mam wyrzuty sumienia, że wybieram coś, co jest gdzieś w okolicach szczytu piramidy potrzeb - mogę cierpieć, ale musi w tym być jakiś sens. Może rzeczywiście jest w tym jakaś głębsza forma hipokryzji?
A.: Czy nie chodzi po prostu o kontrolę i władzę? Czy to nie one są tak upajające?
P.: Masz rację, posiadanie władzy jest bardzo wygodne. Władza - jeżeli nie widzisz jej ograniczeń i nie czujesz odpowiedzialności za to, czym zarządzasz - jest jak uderzenie szampana, ewentualnie wody sodowej do głowy. Ona cię upaja i do tego buduje iluzję, że w końcu coś masz. Coś od ciebie zależy. To uzależnia.
A.: Dla mnie - kobiety - za konceptem władzy kryje się raczej poczucie ogromnej odpowiedzialności. Ale przede wszystkim olbrzymi dyskomfort, nawet lęk, że zaraz zostanę zaatakowana jako osoba nie na swoim miejscu, bo to miejsce jest zarezerwowane dla innych - w domyśle mężczyzn. Gdybym może była szyją, która kręci głową, wszystko OK. Czasami my, kobiety, wręcz unikamy władzy, żeby nie konfrontować się z tą gigantyczną ilością zwątpienia wokół naszej roli.
Mówimy o władzy, o tych metaforycznych zbrojach, pancerzach, w które nas ona ubiera, ale przy okazji mówimy też o naszych uwarunkowaniach socjobiologicznych i ewolucyjnych. O terytorialności, obronie zasobów. Zresztą w roli tych zasobów - co bardzo ważne - przez wiele tysięcy lat, właściwie do przedwczoraj, występowały kobiety, które były otoczone kordonem mężczyzn. Największy społeczny lęk polegał na tym, że przyjdą ci inni, obcy i zabiorą nasze dobra, nasze chaty albo nasze kobiety.
Klaus Theweleit w Męskich fantazjach czy Diana Taylor w książce Disappearing Acts: Spectacles of Gender and Nationalism in Argentina's 'Dirty War' (Znikające dzieje: Obrazy płci kulturowej i nacjonalizmu w argentyńskiej "brudnej wojnie") bardzo trafnie opisują, jak skrajne normy męskości, na przykład faszyzm albo argentyński maczyzm, zbudowane są na poczuciu, że my - męskość, państwo, honor - jesteśmy tym twardym pancerzem, który chroni miękkie wnętrze przed nieustannym zagrożeniem ze strony natury i "obcych". I na płaszczyźnie społecznej, i osobistej wydaje się nam, że im bardziej usztywnimy ten pancerz, tym będziemy bezpieczniejsi. Ale im twardszy jest pancerz - te normy kulturowe, to przekonanie, że musimy zawsze wiedzieć - tym wnętrze staje się mniej miękkie. I nie potrafimy posługiwać się tą miękkością, nie możemy jej uwolnić, bo tej miękkości właściwie już nie ma.
P.: Co nam z tego wynika?
Moglibyśmy poprzestać na prostej konotacji, że w ten sposób zostaliśmy biologicznie ukształtowani, takie mamy mózgi, ciała, to wszystko jest nie do przeskoczenia. Może tak być. Tyle że historia ludzkości jest również fascynującą opowieścią o tym, jak nieustannie przekraczamy nasze biologiczne uwarunkowania. Na przestrzeni setek tysięcy lat zmienialiśmy wszystko: od diety, przez tryb życia, po relacje między ludźmi. Być może więc moglibyśmy się od tego odbić, rozpoznać to jako pewien punkt wyjścia: w ten sposób zostaliśmy biologicznie ukształtowani, ale na wypadek gdyby ktoś nie zauważył, od pewnego czasu już nie żyjemy na sawannie.
I być może przystosowania, które sprawdzały się na sawannie, kiedy naszym jedynym i naczelnym celem było przekazanie genów, nie są równie skuteczne w XXI wieku w Warszawie albo w Nowym Jorku. I to jest punkt wyjścia do refleksji, czy już nie czas, żeby poluzować ten pancerz. A może z czasem w ogóle bez niego żyć?
Jestem głęboko przekonany i mam sporo potwierdzających to badań, że budując bardziej partnerski świat - w wymiarze płciowym, ale też klasowym czy postkolonialnym - powiększamy nasz potencjał. Rosną nasze szanse jako ludzkości. Każda kobieta w Polsce, w Iranie czy gdziekolwiek indziej, która nie może się uczyć, to przecież potencjalna geniuszka matematyczna albo fizyczna, albo chemiczna, która mogłaby wynaleźć lek na raka - cokolwiek. Jeśli połowa ludności świata nie ma dostępu do nowoczesnej edukacji, to traci na tym cały świat, a nie tylko ta marginalizowana połowa ludności. To powinno być oczywiste. Ale jednocześnie ten świat jest urządzony tak, że pewnej grupie ludzi wygodniej jest mieć mniejszy tort, ale żeby oni dostali jego większy kawałek. Obawiam się, że w przypadku naszego społeczeństwa, gdy torcik jest bardzo malutki, ale jednak ja jestem w tej superpozycji, że dostaję jego olbrzymi kawał, trudno będzie przekonać mężczyznę, człowieka władzy, miliardera, że powinienem przede wszystkim walczyć o radykalne zwiększenie tortu, nawet jeśli początkowo oznaczałoby to zmniejszenie jego kawałka.
P.: Ale próbować trzeba.