Sztuka świadomego życia - Nathaniel Branden

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (30,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Wstęp

W kilka mie­sięcy po napi­sa­niu poprzed­niej książki, Odpo­wie­dzial­ność, pod­czas przy­ję­cia ktoś zapy­tał mnie, co aktu­al­nie piszę. Odpo­wie­dzia­łem, że wła­śnie zabie­ram się do tek­stu, który ma prze­ana­li­zo­wać, co to zna­czy żyć świa­do­mie.

Pewna star­sza pani, któ­rej twarz pokry­wały bruzdy gory­czy, skrzy­wiła się i z dez­apro­batą pokrę­ciła głową. "Żyć świa­do­mie? -?powie­działa. -?Nie naj­lep­szy pomysł. Kto by chciał żyć świa­do­mie? Życie byłoby zbyt bole­sne".

Zapy­ta­łem: "Czy mniej bole­sne jest, jeśli żyjemy nie­świa­do­mie i mecha­nicz­nie, nie wie­dząc, co robimy, ślepi na moż­li­wo­ści, co da się zro­bić lepiej?". Ale nie odpo­wie­działa.

Ktoś inny przy stole zauwa­żył nato­miast: "Nawet jeśli świa­dome życie może mieć jakieś zalety -?czy to nie za dużo wysiłku?".

Jak lampa, któ­rej świa­tło można roz­ja­śniać i przy­ciem­niać, świa­do­mość funk­cjo­nuje na skali, którą można regu­lo­wać.

To prawda, że świa­dome życie zmu­sza nas cza­sem do sta­wie­nia czoła trud­nym sytu­acjom. Rów­nież prawdą jest, że wymaga wysiłku.

Jako spo­sób postę­po­wa­nia świa­dome życie ma swoją cenę, któ­rej się także przyj­rzymy. Głów­nym moty­wem tej książki jest jed­nak fakt, że zyski wie­lo­krot­nie prze­wyż­szają ponie­sione koszty. Świa­dome życie jest źró­dłem siły i wyzwo­le­nia. Nie przy­tła­cza nas, ale dodaje skrzy­deł.

Jak świa­tło, które można roz­ja­śniać i przy­ciem­niać, świa­do­mość funk­cjo­nuje na skali, którą można regu­lo­wać. Możemy być bar­dziej świa­domi lub mniej świa­domi, lepiej zda­wać sobie z cze­goś sprawę lub gorzej. Wybór nie doty­czy więc tylko dwóch krań­co­wych sta­nów: abso­lut­nie opty­mal­nej świa­do­mo­ści z jed­nej strony i zupeł­nej nieświa­do­mo­ści (jak w śpiączce) -?z dru­giej. Można decy­do­wać się na mniej lub bar­dziej świa­dome życie. Innymi słowy, wybie­rać mię­dzy życiem świa­do­mym a auto­ma­tycz­nym. Mię­dzy tymi skraj­no­ściami zawsze wystę­puje cała gama odcieni.

Tra­ge­dią wielu ludzi jest wła­śnie to, że w dużym stop­niu żyją auto­ma­tycz­nie: myślą zawsze tak jak przed­tem, nie ana­li­zują swo­ich moty­wów dzia­ła­nia, reagują na wyda­rze­nia w spo­sób odru­chowy. Rzadko spo­glą­dają na cokol­wiek świe­żym okiem i rzadko mie­wają nowe pomy­sły. Egzy­stują na niskim pozio­mie świa­do­mo­ści. Jedną z kon­se­kwen­cji tego jest bez­barwne, pozba­wione eks­cy­ta­cji i pasji życie. Nie­trudno zauwa­żyć, że świa­do­mość dodaje ener­gii, a jej brak powo­duje nudę i odrę­twie­nie.

Świa­dome życie polega na posta­wie zaan­ga­żo­wa­nia się w uważ­ność jako spo­sób ist­nie­nia na tym świe­cie oraz na uru­cha­mia­niu stop­nia świa­do­mo­ści odpo­wied­nio dosto­so­wa­nego do danego dzia­ła­nia. Ale co to wła­ści­wie zna­czy, nie jest takie oczy­wi­ste. "Świa­dome życie" to czy­sta abs­trak­cja. Przyj­rzymy mu się dokład­niej na łamach tej książki.

Uży­wam tu ter­minu "świa­do­mość" w jego pod­sta­wo­wym zna­cze­niu: jako stan bycia świa­do­mym lub zda­wa­nie sobie sprawy z jakie­goś aspektu rze­czy­wi­sto­ści. Dla­czego świa­do­mość jest ważna? Mówiąc krótko, dla wszyst­kich gatun­ków, które ją posia­dają, świa­do­mość jest pod­sta­wo­wym narzę­dziem prze­trwa­nia i przy­sto­so­wa­nia do rze­czy­wi­sto­ści -?jest zdol­no­ścią postrze­ga­nia oto­cze­nia w okre­ślony spo­sób i na okre­ślonym pozio­mie oraz odpo­wied­niego kie­ro­wa­nia swoim postę­po­wa­niem. Można by rów­nie dobrze zapy­tać: dla­czego wzrok jest ważny?

Świa­dome życie jest sta­nem umy­sło­wej aktyw­no­ści, a nie bier­no­ści. Jest zdol­no­ścią odbie­ra­nia świata świe­żym spoj­rze­niem. Jest inte­li­gen­cją, która cie­szy się swoim wła­snym funk­cjo­no­wa­niem. Świa­dome życie jest chę­cią peł­nego zda­wa­nia sobie sprawy ze wszyst­kiego, co jest zwią­zane z naszymi zain­te­re­so­wa­niami, war­to­ściami, zamia­rami i celami. Jest goto­wo­ścią sta­wie­nia czoła fak­tom, nie­za­leż­nie od tego, czy są one przy­jemne, czy nie. Jest chę­cią odkry­wa­nia swo­ich błę­dów i kory­go­wa­nia ich. Jest dąże­niem w ramach wła­snych dzia­łań i zain­te­re­so­wań -?do lep­szego postrze­ga­nia i rozu­mie­nia świata, w któ­rym żyjemy (zarówno ota­cza­ją­cej nas rze­czy­wi­sto­ści, jak i wła­snego wnę­trza). Jest sza­cun­kiem dla rze­czy­wi­sto­ści i sza­cun­kiem dla róż­nicy mię­dzy tym, co realne, i tym, co nie­re­alne. Jest zaan­ga­żo­wa­niem w widze­nie tego, co widzimy, i zda­wa­niem sobie sprawy z tego, co wiemy. Jest prze­ko­na­niem, że igno­ro­wa­nie rze­czy­wi­sto­ści jest źró­dłem wszel­kiego zła.

Róż­nica mię­dzy życiem świa­do­mym a nieświa­do­mym przyj­muje różne formy. Oto dwa przy­kłady z mojej prak­tyki psy­cho­te­ra­peu­tycz­nej, które poka­zują, na czym może pole­gać życie nie­świa­dome. Przy­kłady te są tylko ilu­stra­cją pro­blemu i jesz­cze nie suge­rują roz­wią­zań.

Arnold K., czter­dzie­sto­sied­mio­letni pro­fe­sor histo­rii, myślał, że jest głę­boko zako­chany w swo­jej żonie, ale był dla niej nie­do­bry na setki spo­so­bów, z któ­rych nie zda­wał sobie sprawy. Kiedy chciała z nim roz­ma­wiać o czymś dla niej waż­nym, zwy­kle był zajęty, słu­chał piąte przez dzie­siąte, rzadko odpo­wia­dał ze zro­zu­mie­niem. Kiedy cze­goś chciała, uśmie­chał się, nic nie mówiąc, i ucie­kał myślami gdzie indziej. Kiedy nie zga­dzała się z nim, wygła­szał mono­log na inny temat, igno­ru­jąc to, co powie­działa. Kiedy pró­bo­wała mu mówić, jak ją rani, albo nie sły­szał, co mówi, albo natych­miast ją prze­pra­szał, a za godzinę nie pamię­tał, co powie­działa. Wie­dział, że czuje do niej odda­nie, więc wie­rzył, że jest kocha­ją­cym mężem. Cza­sem, gdy był w dobrym nastroju, potra­fił być naprawdę szczo­dry, deli­katny i tro­skliwy. Głów­nie jed­nak prze­by­wał we wła­snym koko­nie, w któ­rym znaj­do­wały się on sam, jego miłość do żony oraz jej obraz, ale nie ona; ona -?praw­dziwa -?była na wygna­niu w obcej kra­inie zwa­nej rze­czy­wi­sto­ścią. W kate­go­riach real­nego świata nie była więc czę­ścią jego mał­żeń­stwa. Kobietą, z którą miesz­kał, nie była jego żona; miesz­kał z fan­ta­zją, która ist­niała tylko w jego gło­wie. W pew­nym subiek­tyw­nym sen­sie moż­liwe, że ją kochał, ale nie kochał jej świa­do­mie ani nie poświę­cał na co dzień temu związ­kowi takiej świa­do­mo­ści, jaka była konieczna i na jaką ten zwią­zek zasłu­gi­wał. W końcu kobieta roz­cho­ro­wała się i nagle ode­szła z jego życia. Sto­jąc w roz­pa­czy nad gro­bem, męż­czy­zna zdał sobie sprawę, że przez dwa­na­ście lat mał­żeń­stwa fak­tycz­nie nie brał w nim udziału -?cały czas tkwił tylko we wnę­trzu wła­snego umy­słu. Zro­zu­miał, że opu­ścił swoją żonę o wiele wcze­śniej, niż ona, umie­ra­jąc, opu­ściła jego. Czego nie mogła osią­gnąć miłość, doko­nała śmierć: wstrzą­snęła nim tak, że obu­dził się przy­naj­mniej teraz.

Dla wielu z nas cier­pie­nie jest jedy­nym nauczy­cie­lem, któ­rego słu­chamy. W przy­padku Arnolda, jak i w tym opi­sa­nym poni­żej, cier­pie­nie przy­śpie­szyło decy­zję o szu­ka­niu psy­cho­te­ra­pii.

Rebeka L. była trzy­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nią instruk­torką warsz­ta­tów roz­woju oso­bo­wo­ści. Uwa­żała się za osobę na ścieżce ducho­wej, która osią­gnęła wysoki sto­pień świa­do­mo­ści. Nie zwra­cała przy tym zupeł­nie uwagi na spu­sto­sze­nia, jakie two­rzyła w życiu rodzin­nym. Wygó­ro­wane mnie­ma­nia o sobie opie­rały się na fak­cie, że stu­diuje I Ching, skoń­czyła kursy jogi tan­trycz­nej, zagłę­bia się w lite­ra­tu­rze tra­dy­cji kon­tem­pla­cyj­nych oraz przez trzy­na­ście lat zaj­muje się Jun­gow­ską psy­cho­lo­gią głębi. Postę­po­wa­nie swo­ich dwu nasto­let­nich córek pod­da­wała nie­koń­czą­cej się inter­pre­ta­cji psy­cho­lo­gicz­nej. Pod­czas obiadu pro­siła męża o opo­wia­da­nie snów, by mogła je ana­li­zo­wać. Jeśli jej inter­pre­ta­cje były pod­wa­żane, odpo­wia­dała pobłaż­li­wym współ­czu­ciem; jeśli roz­bież­ność zdań utrzy­my­wała się na­dal, naj­pierw się dener­wo­wała, a potem stop­niowo wpa­dała w złość -?aż wszy­scy wyco­fy­wali się w posęp­nym zmę­cze­niu. Mogła bez końca cyto­wać mistrzów ducho­wych, a nie miała poję­cia, że córki w zaci­szu sypialni dys­ku­tują, jakie piękne byłoby życie, gdyby mama umarła. Mąż też nie wyglą­dał na zachwy­co­nego marze­niami na jawie; bary­ka­do­wał się w pracy, aby z żoną spę­dzać jak naj­mniej czasu. Prze­cho­dziła przez życie jak w tran­sie, z dumą szczy­cąc się, że jest bar­dziej "prze­bu­dzona" i "świa­doma" niż inni dookoła. Nie mogła zro­zu­mieć, dla­czego tak czę­sto czuła nie­okre­ślony, wszech­ogar­nia­jący lęk.

Żadna z tych osób nie była uśpiona w peł­nym tego słowa zna­cze­niu, ale nie była też wystar­cza­jąco przy­tomna, w sen­sie, jakiego wymaga udane życie. Ich histo­rie dają nam wstępny obraz tery­to­rium, które chcemy poznać -?albo, ści­ślej mówiąc, pew­nych aspek­tów tego tery­to­rium; zoba­czymy bowiem, że jest ich wię­cej.

Cza­sem, gdy zasta­na­wiamy się nad swoim życiem i nad błę­dami, które popeł­ni­li­śmy, żału­jemy ich; wydaje się nam, że dzia­ła­li­śmy we śnie, cho­ciaż wtedy sądzi­li­śmy, że postę­pu­jemy przy­tom­nie. Zasta­na­wiamy się, jak to moż­liwe, że nie widzie­li­śmy cze­goś, co teraz wydaje się takie oczy­wi­ste. Rzecz jasna, może to być złu­dze­nie, bo zawsze łatwiej dostrze­gać wszystko po fak­cie. Być może rze­czy­wi­ście byli­śmy świa­domi w naj­wyż­szym stop­niu, na jaki nas wtedy było stać.

Jed­nak cza­sem poczu­cie, że dzia­ła­li­śmy jak w luna­tycz­nym śnie, dobrze oddaje to, co się naprawdę zda­rzyło. Wiemy, że nie byli­śmy wystar­cza­jąco uważni. Nasze postrze­ga­nie rze­czy­wi­sto­ści było roz­pro­szone czy znie­kształ­cone zamiast skon­cen­tro­wane i zdy­scy­pli­no­wane. Nie­wąt­pli­wie były jakieś tego przy­czyny, ale przy­czyny nie zmie­niają fak­tów. Z per­spek­tywy czasu myślimy: szkoda, że w tym momen­cie nie byli­śmy bar­dziej świa­domi.

Gdzie byłem, dzi­wimy się, kiedy toczyło się moje życie?

Myślimy na przy­kład o wszyst­kich sygna­łach nie­bez­pie­czeń­stwa, igno­ro­wa­nych na początku zna­jo­mo­ści, która oka­zała się fatalną przy­godą miło­sną -?na przy­kład nie­kon­se­kwentne zacho­wa­nie, sprzeczne stwier­dze­nia, zadzi­wia­jące prze­mil­cze­nia, nagłe i nie­uza­sad­nione wybu­chy emo­cjo­nalne naszego part­nera lub part­nerki. Pytamy samych sie­bie: Gdzie mia­łem wtedy rozum? Albo przy­po­mi­namy sobie wszyst­kie ostrze­że­nia, które dosta­wa­li­śmy od prze­ło­żo­nego na długo przed wyrzu­ce­niem z pracy, i zasta­na­wiamy się, dla­czego to do nas wtedy nie docie­rało. Albo myślimy o oka­zjach, któ­rych nie wyko­rzy­sta­li­śmy, gdyż żyjąc jak w tran­sie, nie zda­wa­li­śmy sobie sprawy z ich war­to­ści -?a teraz zasta­na­wiamy się, jak można było do tego dopu­ścić. Gdzie byłem, dzi­wimy się, kiedy toczyło się moje życie?

Oma­wia­jąc prak­tykę świa­do­mego życia w poprzed­nich książ­kach, przed­sta­wia­łem ją wyłącz­nie z per­spek­tywy zna­cze­nia, jakie ma ono dla poczu­cia wła­snej war­to­ści (samo­uzna­nia). Tutaj przyj­rzymy się temu sze­rzej. Co to zna­czy dzia­łać świa­do­mie? Kochać świa­do­mie? Wycho­wy­wać dzieci świa­do­mie? Czuć świa­do­mie? Pra­co­wać świa­do­mie? Wal­czyć świa­do­mie? Gło­so­wać świa­do­mie? Two­rzyć prawa świa­do­mie? Zaj­mo­wać się wiel­kimi spra­wami w życiu świa­do­mie?

Oto przy­kład ze świata poli­tyki. Kiedy pra­wo­dawcy dzia­łają pod pre­sją chwili, na przy­kład narzu­ca­jąc hamulce cen i płac, bez zasta­na­wia­nia się nad dłu­go­fa­lo­wymi, prze­wi­dy­wal­nymi skut­kami tych posta­no­wień (co, nie­stety, jest regułą w więk­szo­ści decy­zji legi­sla­cyj­nych) i rezul­taty oka­zują się jesz­cze gor­sze niż stan przed wpro­wa­dze­niem zarzą­dzeń, które miały popra­wić sytu­ację (co też bar­dzo czę­sto ma miej­sce) -?cały naród płaci cenę za brak odpo­wied­niej świa­do­mo­ści (i sumien­no­ści)1.

Nie­mal wszy­scy mamy ten­den­cję do bar­dziej świa­do­mego dzia­ła­nia w pew­nych obsza­rach niż w innych. Możemy postę­po­wać bar­dzo świa­do­mie w pracy, a bar­dzo mało w życiu oso­bi­stym -?lub vice versa. Możemy myśleć o wiele bar­dziej kla­row­nie o swo­jej karie­rze niż o swo­ich prze­ko­na­niach poli­tycz­nych -?lub vice versa. Możemy dzia­łać na wyso­kim pozio­mie kon­cen­tra­cji umy­sło­wej w sto­sunku do wła­snego zdro­wia, a na niskim w spra­wach doty­czą­cych etyki albo reli­gii -?lub vice versa.

W książce tej badamy, na czym polega świa­dome dzia­ła­nie w sze­ro­kim zakre­sie spraw doty­czą­cych czło­wieka -?od reago­wa­nia na naj­bar­dziej intymne emo­cje przez robie­nie kariery zawo­do­wej, zako­chi­wa­nie się, pracę nad utrzy­ma­niem mał­żeń­stwa, wycho­wy­wa­nie dzieci, radze­nie sobie z wyzwa­niami sta­wia­nymi w pracy, decy­do­wa­nie, jakie war­to­ści mają być naszymi prze­wod­ni­kami w życiu, rozu­mie­nie, od czego zależy poczu­cie wła­snej war­to­ści -?aż po ocenę twier­dzeń ofe­ro­wa­nych przez reli­gię i misty­cyzm.

W związku z tym ostat­nim przez wiele lat czy­tel­nicy moich ksią­żek pytali mnie, jak moja kon­cep­cja świa­do­mego życia ma się do spraw ducho­wo­ści, reli­gii, misty­cy­zmu i nauk etycz­nych z misty­cy­zmem zwią­za­nych, cie­szę się więc, że mam oka­zję odpo­wie­dzieć im na piśmie. Osoby, które przede wszyst­kim tym są zain­te­re­so­wane, mogą czy­tać roz­działy 1 i 7 jako nie­za­leżną całość.

Potrzeba świa­do­mego życia, w sen­sie, w jakim ją trak­tuję w tej książce, jest nie­od­łączną czę­ścią życia czło­wieka. Ale w dzi­siej­szym nowo­cze­snym świe­cie nabrała szcze­gól­nej wagi. Im bar­dziej gwał­towne są zmiany, z któ­rymi mamy do czy­nie­nia, tym nie­bez­piecz­niej­sze staje się mecha­niczne dzia­ła­nie, oparte na prze­ko­na­niach i sche­ma­tach postę­po­wa­nia, które mogą być nie­od­po­wied­nie w danej sytu­acji lub prze­sta­rzałe.

Co wię­cej, stare struk­tury i tra­dy­cje upa­dają. Głosy ofi­cjal­nych auto­ry­te­tów brzmią coraz sła­biej i przyj­mo­wane są z coraz mniej­szym sza­cun­kiem. Kul­tura nasza roz­pływa się lub też eks­plo­duje na dzie­siątki tysięcy wza­jem­nie prze­czą­cych sobie sub­kul­tur. Świat podzie­lił się i roz­padł tak bar­dzo, że nawet zatwar­dzia­łym kon­for­mi­stom coraz trud­niej zorien­to­wać się, przy czym należy obsta­wać. Sta­jemy w obli­czu koniecz­no­ści doko­ny­wa­nia wyboru, według jakich war­to­ści mamy żyć. Sta­jemy w obli­czu koniecz­no­ści doko­ny­wa­nia wyboru w coraz więk­szej ilo­ści sytu­acji doty­czą­cych naszej egzy­sten­cji -?od tego, gdzie miesz­kamy, przez rodzaj kariery zawo­do­wej, na jaką się decy­du­jemy, styl życia, jaki wybie­ramy, aż po reli­gię lub filo­zo­fię, według któ­rej żyjemy. W minio­nych epo­kach histo­rycz­nych rodzi­li­śmy się w spo­łe­czeń­stwach, w któ­rych wszyst­kie te decy­zje były w wyraźny spo­sób podej­mo­wane za nas -?przez zwy­czaje i tra­dy­cje, czyli przez ludzi, któ­rzy żyli przed nami. Ale te czasy minęły i nie wrócą. Dziś jeste­śmy wysta­wieni na nie­spo­ty­kaną do tej pory w histo­rii ilość infor­ma­cji i nie­sły­chaną ilość moż­li­wo­ści. Jeste­śmy zdani na wła­sne siły, jak ni­gdy przed­tem. I nie mamy do dys­po­zy­cji żad­nej innej broni oprócz kla­row­no­ści wła­snego myśle­nia.

Fakt, że nasze spo­łe­czeń­stwo roz­wi­nęło się od gospo­darki opar­tej na rol­nic­twie, przez gospo­darkę prze­my­słową, do gospo­darki opar­tej na infor­ma­tyce, ma swoje spe­cy­ficzne i bar­dzo wyraźne kon­se­kwen­cje w sto­sunku do zna­cze­nia świa­do­mego życia. Era robot­nika pra­cu­ją­cego siłą mię­śni minęła. Nasza era należy do tych, któ­rzy pra­cują umy­słem. To, że nasz umysł jest pod­sta­wo­wym narzę­dziem prze­trwa­nia, nie jest nowiną. Ale nowiną jest to, że fakt ten stał się tak bez­li­to­śnie oczy­wi­sty. Rynek pracy gwał­tow­nie kur­czy się dla ludzi, któ­rzy nie mają nic do zaofe­ro­wa­nia oprócz pracy fizycz­nej. W sys­te­mie eko­no­micz­nym, w któ­rym wie­dza, infor­ma­cja, kre­atyw­ność -?a co za tym idzie, inno­wa­cje -?są głów­nym źró­dłem dobro­bytu, nic nie jest bar­dziej potrzebne niż umy­sły. Potrzeba ludzi, któ­rzy chcą i potra­fią myśleć.

Jeśli chcemy zacho­wać zdol­ność przy­sto­so­wy­wa­nia się do zmian, musimy z zaan­ga­żo­wa­niem przy­jąć per­ma­nentne ucze­nie się jako spo­sób na życie.

Ponie­waż wie­dza roz­wija się w tem­pie bez­pre­ce­den­so­wym w histo­rii ludz­ko­ści, a to, czego nauczy­li­śmy się wczo­raj, nie wystar­cza na potrzeby dnia jutrzej­szego, jeśli chcemy zacho­wać zdol­ność przy­sto­so­wy­wa­nia się do zmian, musimy z zaan­ga­żo­wa­niem przy­jąć per­ma­nentne ucze­nie się jako spo­sób na życie. Jest to dziś jedna z inter­pre­ta­cji tego, co ozna­cza świa­dome życie.

Nie­za­leż­nie od tego, czy kon­cen­tru­jemy się na chro­nie­niu i wzmac­nia­niu wię­zów rodzin­nych (w świe­cie coraz to mniej trwa­łych związ­ków mię­dzy­ludz­kich), na moż­li­wo­ści dosta­nia dobrej pracy, na doj­rze­wa­niu i roz­wi­ja­niu się jako istoty ludz­kiej, czy na wła­ści­wym pro­wa­dze­niu firmy przez burz­liwe morza zawzię­tej kon­ku­ren­cji ryn­ków świa­to­wych - nie­za­leż­nie od tego, czy nasze cele są mate­rialne, emo­cjo­nalne, czy duchowe -?cena suk­cesu jest ta sama: świa­do­mość, myśle­nie, ucze­nie się. Spa­nie za kie­row­nicą -?pole­ga­nie wyłącz­nie na tym, co popu­larne, zna­jome i odru­chowe -?jest przy­wo­ły­wa­niem pro­ble­mów i tra­ge­dii.

Wkro­czy­li­śmy w mile­nium umy­słu. To książka dla tych, któ­rzy zama­wiali budze­nie.

Roz­dział 1. Jak żyć świa­do­mie -?pod­sta­wowe zasady

Roz­dział 1

Jak żyć świa­do­mie -?pod­sta­wowe zasady

Świa­dome życie zaczyna się od sza­cunku dla rze­czy­wi­sto­ści -?sza­cunku dla fak­tów i prawdy. Roz­dział ten poświę­cony jest prze­ana­li­zo­wa­niu, co to wła­ści­wie ozna­cza.

Chcę zacząć od stwier­dze­nia, że nikt nie rodzi się z takim sto­sun­kiem do rze­czy­wi­sto­ści. Tego się trzeba nauczyć. Pełne zro­zu­mie­nie tej prawdy jest dużym osią­gnię­ciem życio­wym. Nie­stety, dzie­ciom czę­sto rzu­cane są kłody pod nogi na dro­dze do rze­czy­wi­sto­ści. Zamiast popie­rać natu­ralną skłon­ność dziecka do roz­woju przez pozna­wa­nie i doj­rze­wa­nie do obiek­tyw­nego ana­li­zo­wa­nia zja­wisk, doro­śli, zaplą­tani w swoje wła­sne pro­blemy, czę­sto zacho­wują się w spo­sób, który nie zachęca dziecka do otwie­ra­nia oczu, lecz do ich zamy­ka­nia.

Bycie dziec­kiem może być bar­dzo trudne. Czę­sto widzi zacho­wa­nia doro­słych, które budzą lęk, prze­ra­że­nie, nie mają sensu. Nie może ich zro­zu­mieć. Może zwąt­pić w moż­li­wo­ści wła­snego umy­słu. Może stra­cić poczu­cie rze­czy­wi­sto­ści. Może dojść do wnio­sku, że świa­dome myśle­nie jest bez­u­ży­teczne lub wręcz nie­bez­pieczne.

Mama na przy­kład daje wykład o tym, jak ważna jest uczci­wość. Potem przy­cho­dzą goście i mama mówi im coś, o czym dziecko wie, że roz­mija się z prawdą. Spo­gląda na matkę w nadziei, że znaj­dzie wytłu­ma­cze­nie tego dziw­nego zacho­wa­nia. Matka odpo­wiada na spoj­rze­nie bez zmru­że­nia oka i śladu poczu­cia winy na twa­rzy. Nie pada ani jedno słowo wyja­śnie­nia: ani w danym momen­cie, ani póź­niej. Hipo­kry­zja -?zakła­ma­nie -?jest fak­tem uzna­nym za nie­były.

Albo inny przy­kład. Dziecko sie­dzi przy kola­cji z matką i dwoma braćmi. Matka mówi do nich spo­koj­nym gło­sem i nawet nie odwraca głowy, kiedy ojciec zata­cza się w ich kie­runku, śmier­dząc alko­ho­lem i beł­ko­cząc. Ojciec wyciąga krze­sło; nie tra­fia­jąc na nie, ląduje na pod­ło­dze w pozy­cji ni to sie­dzą­cej, ni to leżą­cej. Matka mówi dalej, jak gdyby nic się nie zda­rzyło. Jest to jej typowa reak­cja na nie­przy­jemne wyda­rze­nia. Oczy dziecka prze­no­szą się z ojca na matkę, potem na braci i znów na ojca. Ale nikt z obec­nych nie potwier­dza stanu, w jakim jest ojciec. Wnio­sek jest oczy­wi­sty: fakt, któ­rego się nie potwier­dza (unika zauwa­że­nia), nie jest fak­tem.

Albo dziecko nie może zro­zu­mieć, dla­czego nauczy­cielka tak czę­sto wyśmiewa jego drobne błędy i zwraca się do niego gło­sem peł­nym sar­ka­zmu -?ta sama nauczy­cielka, która czę­sto powta­rza, że należy do każ­dego odno­sić się uprzej­mie i z sza­cun­kiem. "Czy pani mnie nie lubi?" -?pyta dziecko, zbie­ra­jąc się na odwagę. Nauczy­cielka ze zło­ścią w oku odpo­wiada: "Ależ ja kocham wszyst­kich moich uczniów". Dziecko nie śmie już zapy­tać: "To dla­czego pani powo­duje, że wszy­scy drżymy ze stra­chu?". Wie, że jest to pyta­nie, na które ni­gdy nie dosta­nie odpo­wie­dzi; ow­szem, może usły­szeć jakieś następne kłam­stwo albo nową iro­nię. Prawda jest płynna w grze, któ­rej reguły ni­gdy nie są wyraź­nie okre­ślone.

W takich sytu­acjach głę­biej w umy­słach dzieci odzywa się inne, ni­gdy nie­wy­ar­ty­ku­ło­wane pyta­nie: "Jak ja mam żyć w tym waszym świe­cie?".

W pyta­niu tym zawarte są następne: Skąd mam wie­dzieć, w co wie­rzyć, jeśli wy nie macie na myśli tego, co mówi­cie, albo nie mówi­cie, co naprawdę myśli­cie? Jak mogę mieć do kogo­kol­wiek zaufa­nie, jeśli ni­gdy nie jestem pewien, czy kła­mie, czy nie? Jak mogę czuć się bez­piecz­nie, jeśli fakty nie są trak­to­wane jak fakty? Jak, z takimi prze­wod­ni­kami życio­wymi, mam zro­zu­mieć, jaka jest rze­czy­wi­stość? Jak cokol­wiek mam zro­zu­mieć? A jeśli nie mogę zro­zu­mieć, to jak mam żyć?

Dzieci potrze­bują miło­ści -?oczy­wi­ście -?ale rów­nież potrze­bują atmos­fery, w któ­rej będą prze­ko­nane, że żyją w racjo­nal­nym świe­cie.

Nie­bez­pie­czeń­stwem, jakie czyha na dziecko wysta­wione na nie­ra­cjo­nal­ność ludzi, jest to, że może ono zre­zy­gno­wać z chęci zro­zu­mie­nia -?chęci szu­ka­nia sensu w swo­ich doświad­cze­niach: dziecko może prze­stać wie­rzyć, że myśle­nie ma war­tość.

Dzieci potrze­bują miło­ści -?oczy­wi­ście -?ale rów­nież potrze­bują atmos­fery, w któ­rej będą prze­ko­nane, że żyją w racjo­nal­nym świe­cie. Błę­dem olbrzy­miej liczby rodzi­ców jest nie­stwa­rza­nie takiej atmos­fery.

Przez "racjo­nalny świat" rozu­miem śro­do­wi­sko, w któ­rym fakty trak­to­wane są jako fakty, prawda jest sza­no­wana, zada­wa­nie pytań jest cenione, a nie karane, ludzie nie są zakła­mani i nie zasy­pują się krę­tac­twami. Mam na myśli śro­do­wi­sko, w któ­rym doro­śli odwo­łują się do umy­słu dziecka, a nie do jego stra­chu -?i w któ­rym dzie­cięca chęć zro­zu­mie­nia świata jest sza­no­wana i kul­ty­wo­wana.

Świa­dome życie jest wyzwa­niem dla nas wszyst­kich -?nawet jeśli nie mie­li­śmy w życiu więk­szych ura­zów.

Cza­sem zama­chem na dzie­cięcą wolę rozu­mie­nia może być zwy­kły brak kon­se­kwen­cji w codzien­nym postę­po­wa­niu doro­słych: nie­do­trzy­my­wa­nie obiet­nic, nie­lo­giczne zakazy, zaprze­cza­nie oczy­wi­stym praw­dom. Cza­sem jed­nak ataki te mogą być bar­dziej dra­ma­tyczne. Pamię­tam, jak wiele lat temu leczy­łem kobietę, która była mole­sto­wana sek­su­al­nie przez ojca, gdy miała pięć lat. W cza­sie hip­nozy czę­ściowo odtwo­rzyła to prze­ży­cie; chcia­łem poznać jej nie­wy­po­wie­dziane myśli, które towa­rzy­szyły temu wyda­rze­niu. Wstrzą­snęło mną to, co oka­zało się sed­nem jej dra­matu. Nie był to ból, a nawet nie samo poczu­cie prze­mocy, któ­rej doznała. Była to przede wszyst­kim nie­moż­ność zro­zu­mie­nia, jak jej ojciec mógł coś takiego zro­bić.

"To mój tatuś -?powta­rzała. -?Jak on może robić coś takiego?" Póź­niej, po hip­no­zie, zauwa­żyła: "Naj­gor­sze było to, że to wyda­rze­nie cał­ko­wi­cie zbu­rzyło wszel­kie moje poję­cie o tym, co racjo­nalne i nor­malne. To, co robił tatuś, było nie­moż­liwe. A jed­nak on to robił". Uraz pogłę­bił się, kiedy pró­bo­wała opo­wie­dzieć o wyda­rze­niu matce, a ta cho­dziła po kuchni, robiąc coś odru­chowo i powta­rza­jąc słod­kim gło­sem rze­czy w rodzaju: "ojciec i ja cię kochamy" i "nie ma sensu się tym przej­mo­wać za bar­dzo". W zacho­wa­niu ojca nie było ani śladu potwier­dze­nia, że coś się mię­dzy nimi wyda­rzyło. Zbrod­nia doko­nana na ciele dziecka była mniej­sza niż zbrod­nia doko­nana na umy­śle. W tera­pii tej pacjentki było mi łatwiej obu­dzić jej zain­te­re­so­wa­nie nowymi part­ne­rami niż zain­te­re­so­wa­nie świa­do­mym życiem. Zbyt wiele lat rato­wała się przy­ga­sza­niem świa­tła świa­do­mo­ści do poziomu pół­mroku, który pozwa­lał jej prze­trwać. Zin­ten­sy­fi­ko­wa­nie tego świa­tła było naj­trud­niej­szym zada­niem.

Jed­nakże, jak się jesz­cze prze­ko­namy, nawet jeśli nie mie­li­śmy w życiu więk­szych ura­zów, świa­dome życie jest wyzwa­niem dla nas wszyst­kich.

Naby­wa­nie poczu­cia rze­czy­wi­sto­ści

Aby żyć świa­do­mie, musimy wyro­bić w sobie coś, co nazy­wam "poczu­ciem rze­czy­wi­sto­ści". Co to okre­śle­nie ozna­cza?

W tej chwili trzy­masz w ręku książkę. To, co wiesz o świe­cie, gwa­ran­tuje ci, że książka nie zamieni się nagle w tele­fon albo fili­żankę kawy. Jeśli odło­żysz książkę i pój­dziesz na spa­cer, możesz być spo­kojny, że dom w cza­sie two­jej nie­obec­no­ści nie zamieni się w samo­chód. Wiesz, że książka i dom mogą oczy­wi­ście ule­gać zmia­nom -?na przy­kład, jeśli pies ci pogry­zie książkę albo hura­gan znisz­czy dom -?ale masz gwa­ran­cję, że takie zmiany będą zgodne z pra­wami natury, któ­rym pod­le­gają sub­stan­cje, z któ­rych składa się książka albo dom. Książka może zostać pogry­ziona, ale nie zamieni się w por­cję lodów. Dom może zostać znisz­czony, ale nie zamieni się w rower. Jeśli jeste­śmy w sta­nie poru­szać się w ota­cza­ją­cym nas świe­cie z pew­nym do niego zaufa­niem, osta­teczne (meta­fi­zyczne) źró­dło tego zaufa­nia tkwi w wie­dzy, że wszystko jest tym, czym jest. W filo­zo­fii zasada ta znana jest jako prawo toż­sa­mo­ści. A to A. Każda rzecz jest sobą. Jest to nie tylko uni­wer­salne stwier­dze­nie doty­czące ist­nie­nia, ale rów­nież pierw­sze prawo logiki.

Prawo toż­sa­mo­ści pociąga za sobą prawo przy­czy­no­wo­ści: wszystko działa w zgo­dzie ze swoją naturą. W każ­dej sytu­acji zacho­wa­nie danej rze­czy będzie okre­ślone -?spo­wo­do­wane tym, czym ta rzecz jest2.

Wpraw­dzie w powyż­szych przy­kła­dach mie­li­śmy do czy­nie­nia z przed­mio­tami fizycz­nymi, jed­nak "rzecz" nie musi być obiek­tem fizycz­nym. Przez "rzecz" rozu­miemy coś, co ist­nieje, może więc to być obiekt, wła­ści­wość, dzia­ła­nie, myśl, inten­cja, wewnętrzny stan psy­chiczny, forma ener­gii - coś, co jest.

Zaufa­nie, jakie mamy do świata, i prze­ko­na­nie o racjo­nal­no­ści tego świata w osta­tecz­nym roz­ra­chunku zawdzię­czamy aksjo­ma­towi toż­sa­mo­ści. Jest on tak głę­boko zako­rze­niony we wszyst­kich naszych doświad­cze­niach życio­wych, że -?jeśli nie jeste­śmy filo­zo­fami -?na co dzień ni­gdy się nad nim nie zasta­na­wiamy. Nie­mniej na nim wszystko się opiera. Co jest, jest; nie ma, czego nie ma. Nie ma bar­dziej fun­da­men­tal­nej zasady i niczego bar­dziej pew­nego na świe­cie.

To powie­dziaw­szy, przyj­rzyjmy się nieco dwóm naj­bar­dziej pod­sta­wo­wym kon­cep­cjom, na któ­rych opie­rają się wszyst­kie inne: ist­nie­niu i nieist­nie­niu.

Albo, mówiąc po pro­stu: cze­muś i niczemu.

Być ozna­cza być czymś.

Kon­cep­cja cze­goś odnosi się do każ­dego poję­cia w umy­śle czło­wieka, do całej tre­ści jego świa­do­mo­ści i do całej wie­dzy, którą posiada, nie­za­leż­nie od tego, ile jej posiada. Jest to fun­da­men­talna kon­cep­cja świa­do­mo­ści, od któ­rej zaczyna się bycie świa­do­mym.

Kiedy nie­mowlę otwiera oczy i doznaje pierw­szych wra­żeń zmy­sło­wych w postaci obra­zów i dźwię­ków, jego świa­do­mość reje­struje tylko coś. Nie­mowlę nie wie, co to jest, bo nie­znane mu są jesz­cze żadne poję­cia, ale my, doro­śli, wiemy, że na tym pierw­szym eta­pie roz­woju świa­do­mo­ści naj­pierw musi poja­wić się kon­cep­cja cze­goś. Plama świa­tła, którą nie­mowlę widzi, jest czymś. Dźwięk, który sły­szy, jest czymś. Koł­derka, któ­rej dotyka, jest czymś. Być świa­do­mym ozna­cza być świa­do­mym cze­goś. Następ­nym eta­pem w roz­woju świa­do­mo­ści dziecka, po opa­no­wa­niu poję­cia cze­goś, jest roz­wi­nię­cie umie­jęt­no­ści roz­róż­nia­nia obiek­tów. Jest to moż­liwe dzięki zdol­no­ści mózgu i sys­temu ner­wo­wego do zapa­mię­ty­wa­nia i prze­twa­rza­nia róż­nych sygna­łów zmy­sło­wych3. Od tej wła­śnie zdol­no­ści zaczyna się moż­li­wość zdo­by­wa­nia wie­dzy.

Coś, co nie ist­nieje, jest niczym. Czę­sto uży­wamy kon­cep­cji niczego do okre­śla­nia braku pew­nych rze­czy. Mówimy "nic nie mam w kie­szeni", mając na myśli, że nie znaj­dują się tam żadne obiekty fizyczne. Albo mówimy "mam zerowy stan konta w banku", mając na myśli, że nie mamy pie­nię­dzy. Ale meta­fi­zyczne zna­cze­nie niczego to nie­ist­nie­nie. Auten­tyczna nicość. Pustka. Zero. Nie­ist­nie­nie jako takie nie ist­nieje. Nic jest kon­cep­cją moż­liwą tylko dzięki związ­kowi z czymś. Ma sens tylko w odnie­sie­niu do cze­goś i ozna­cza brak tego cze­goś. Nic, samo przez się, jest niczym. Nie jest po pro­stu innym rodza­jem cze­goś.

Jed­nym ze spo­so­bów, w jaki "poczu­cie rze­czy­wi­sto­ści" obja­wia się na zewnątrz, jest zdol­ność zro­zu­mie­nia tego pro­stego faktu. W lite­ra­tu­rze mistycz­nej wystę­puje ten­den­cja do trak­to­wa­nia "niczego" (albo "pustki") jako dosko­nal­szego rodzaju "cze­goś".

Być czymś ozna­cza być czymś kon­kret­nym, w odróż­nie­niu od pustki i niczego. Być czymś kon­kret­nym ozna­cza być istotą okre­ślo­nego rodzaju, o okre­ślo­nej natu­rze, o okre­ślo­nej toż­sa­mo­ści. Toż­sa­mość cze­goś to wła­śnie to, czym to coś jest.

I to, czym to coś jest, jest. Kamień jest kamie­niem, elek­tron jest elek­tronem, prze­lotne odczu­cie jest prze­lot­nym odczu­ciem, nie­za­spo­ko­jona ambi­cja jest nie­za­spo­ko­joną ambi­cją. Ta bez­li­to­sna prawda jest pod­stawą praw logiki i całego racjo­nal­nego myśle­nia. Odrzuć ją, a myśle­nie prze­staje mieć sens. Usi­łuj udo­wod­nić, że jest ina­czej, a szybko zauwa­żysz, że sam uży­wasz tego prawa, mówiąc, na przy­kład, że twoje twier­dze­nie jest twier­dze­niem, a nie jego zaprze­cze­niem.

Nie mieć toż­sa­mo­ści, nie mieć swo­jej natury, nie być niczym kon­kret­nym ozna­cza nie być czym­kol­wiek, co z kolei ozna­cza nie ist­nieć. Być ozna­cza być czymś.

W dzie­dzi­nie logiki prawo toż­sa­mo­ści ma towa­rzy­szącą mu zasadę, która auto­ma­tycz­nie z niego wynika. Zasada nie­sprzecz­no­ści mówi, że nic nie może być A i nie A w tym samym cza­sie i w odnie­sie­niu do tej samej sytu­acji. Nic nie może być atry­bu­tem i nie-atry­bu­tem, prawdą i nie­prawdą, fak­tem i nie-fak­tem w tym samym cza­sie i w odnie­sie­niu do tej samej sytu­acji. Dywan nie może być biały i nie biały, twier­dze­nie nie może być praw­dziwe i niepraw­dziwe, coś nie może się zda­rzyć i nie zda­rzyć w tym samym cza­sie i w odnie­sie­niu do tej samej sytu­acji. Jeśli cokol­wiek wiemy o świe­cie, to przede wszyst­kim wła­śnie to. Jest to nie­od­łączny ele­ment bycia świa­do­mym -?czyli uświa­da­mia­nia sobie rze­czy­wi­sto­ści4.

Jeśli docho­dzimy do sprzecz­no­ści, wiemy, że popeł­ni­li­śmy błąd w rozu­mo­wa­niu. Przy­kła­dem sprzecz­no­ści może być twier­dze­nie, że ktoś widział dwa szczyty gór­skie obok sie­bie, mię­dzy któ­rymi nie było prze­łę­czy. Albo że ktoś jest nie­zwy­kle uczci­wym poli­ty­kiem, a kła­mie tylko wtedy, kiedy jest to nie­zbędne, aby wygrać wybory. Albo że ktoś jest abso­lut­nie pewien, że niczego nie można być pew­nym. Irra­cjo­na­li­ści (któ­rych dzi­siaj pełno) mogą być zain­te­re­so­wani pod­trzy­my­wa­niem sprzecz­no­ści, nazy­wa­jąc je "wyż­szym pozio­mem wie­dzy". W rze­czy­wi­sto­ści pod­wa­żają oni coś, dzięki czemu wie­dza w ogóle jest moż­liwa. Upie­ra­nie się przy sprzecz­no­ściach można porów­nać do robie­nia spię­cia w obwo­dach świa­do­mo­ści. Jak ina­czej możemy postę­po­wać? Kwe­stia ta jest roz­wi­nięta w roz­dziale 7 Świa­do­mość i ducho­wość. Nie­po­ro­zu­mie­nie, któ­remu ule­gają nie­któ­rzy ludzie wyobra­ża­jący sobie, że sprzecz­no­ści są moż­liwe, polega na tym, iż zapo­mi­nają o warunku "w tym samym cza­sie i w odnie­sie­niu do tej samej sytu­acji". Ary­sto­te­les, ojciec logiki, był bar­dzo pre­cy­zyjny w tych spra­wach. Ludzie mówią na przy­kład: "Pan B. jest odpo­wie­dzialny w pracy, ale bar­dzo nieodpo­wie­dzialny w życiu pry­wat­nym. Jest więc odpo­wie­dzialny i nieodpo­wie­dzialny. Jak z tego wynika, sprzecz­no­ści są moż­liwe". Błąd w rozu­mo­wa­niu polega tu na tym, że nie jest to sprzecz­ność -?jeśli wziąć pod uwagę czas i sytu­ację. Bar­dziej pre­cy­zyj­nie możemy powie­dzieć: "Pan B. jest odpo­wie­dzialny w pew­nych sytu­acjach, ale nie w innych. Jest odpo­wie­dzialny w pew­nych prze­dzia­łach cza­so­wych, kiedy pra­cuje, a nieodpo­wie­dzialny w innych prze­dzia­łach cza­so­wych, w życiu pry­wat­nym".

Cza­sem jeste­śmy prze­ko­nani, że dwa stwier­dze­nia są sprzeczne, a póź­niej odkry­wamy, że nie. Dzieje się tak dzięki temu, że pogłę­biamy swoją wie­dzę, wzbo­ga­ca­jąc ją o nowe zależ­no­ści, dzięki któ­rym pozorna sprzecz­ność znika. Na przy­kład jeśli ktoś nie do końca rozu­mie róż­nicę mię­dzy poję­ciami "reli­gijny" i "duchowy", może być prze­ko­nany, że okre­śle­nie osoby jako "nie­re­li­gij­nej, ale bar­dzo ducho­wej" jest sprzecz­no­ścią. Lep­sze zrozu­mienie tych dwóch pojęć pozwoli zauwa­żyć jed­nak, że sprzecz­ność jest tylko pozorna.

Zasta­nówmy się, do czego prak­tycz­nie pro­wa­dzą sprzecz­no­ści. Na przy­kład przyj­rzyjmy się, jaki wpływ na roz­wój umy­słu dziecka mają nastę­pu­jące wyma­ga­nia rodzi­ców: 1) Chcemy, abyś był samo­dzielny i kie­ro­wał się myśle­niem. 2) Chcemy, abyś wyko­ny­wał nasze pole­ce­nia i ni­gdy nie pod­wa­żał tego, co mówimy. 3) Masz ni­gdy nie kwe­stio­no­wać i nie dys­ku­to­wać sprzecz­no­ści mię­dzy pierw­szym a dru­gim pole­ce­niem. Bada­cze roz­woju czło­wieka zauważą, że jest to sku­teczny spo­sób nisz­cze­nia mło­dej świa­do­mo­ści, nim zdąży doro­snąć. Dla­tego trudno jest myśleć z sym­pa­tią o rodzicu, który powie: "Prze­czę sobie? Nie szko­dzi. Dobrze, że sobie prze­czę".

Więk­szość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że ich spo­sób rozu­mo­wa­nia i sys­tem war­to­ści mogą być podziu­ra­wione sprzecz­no­ściami.

Oto następne przy­kłady nauk gwał­cą­cych młode umy­sły. Robią one, podobne do A i nie A, spu­sto­sze­nia w umy­śle: "Nasz Bóg jest Bogiem miło­ści i nie­skoń­czo­nej dobroci, ale, jeśli go nie uznasz, będzie cię przy­pie­kał ogniem pie­kiel­nym przez całą wiecz­ność". "Nie zada­waj pytań, nie usi­łuj zro­zu­mieć -?bądź roz­sądny". "Cnotą jest być oszczęd­nym, pil­nym i pra­co­wi­tym, ale jeśli zgrze­szysz popeł­nie­niem suk­cesu, pamię­taj, że łatwiej jest wiel­błą­dowi przejść przez ucho igielne, niż boga­temu wejść do kró­le­stwa nie­bie­skiego". "Seks jest brudny, zgniły i obrzy­dliwy; powin­naś zacho­wać go wyłącz­nie dla męża".

Więk­szość ludzi, oczy­wi­ście, nie obnosi się ze swymi sprzecz­no­ściami. Nie zdają sobie z nich sprawy, z tego, że ich rozu­mo­wa­nie i sys­tem war­to­ści mogą być podziu­ra­wione sprzecz­no­ściami. Wła­śnie dla­tego tak czę­sto mają wąt­pli­wo­ści moralne, jak powinni postę­po­wać.

Sprzecz­no­ści w życiu codzien­nym czę­sto obja­wiają się wów­czas, kiedy czy­jeś ofi­cjalne prze­ko­na­nie o sobie (kon­cep­cja samego sie­bie) nie zga­dza się z jakimś aspek­tem postę­po­wa­nia tej osoby. Są trzy moż­li­wo­ści w tej sytu­acji:

Można zmie­nić kon­cep­cję samego sie­bie. Można zmie­nić postę­po­wa­nie. Można uda­wać, że nie ma sprzecz­no­ści.

Trze­cia moż­li­wość wydaje się naj­bar­dziej popu­larna, może dla­tego, że pierw­sza i druga bywają dość trudne. Moty­wa­cją w takim wypadku zwy­kle jest chęć ochrony poczu­cia wła­snej war­to­ści zakła­ma­nej osoby, a w grun­cie rze­czy tylko jej pozo­rów. Fak­tycz­nie poczu­cie wła­snej war­to­ści jest ranione, ponie­waż w głębi duszy osoba taka wie, co robi. Świa­domy umysł może być w ten spo­sób oszu­kany, ale pod­świa­do­mo­ści się nie oszuka. Gdzieś zawsze będą tkwić myśli: jestem w nie­zgo­dzie z rze­czy­wi­sto­ścią; trzy­mam się tylko dla­tego, że uni­kam rze­czy­wi­sto­ści i zadaję jej kłam5. By dać przy­kład o szer­szym zasięgu spo­łecz­nym, zauważmy, że rządy noto­rycz­nie postę­pują według sprzecz­nych zasad. Na przy­kład ogła­szają kam­pa­nię prze­ciwko pale­niu papie­ro­sów, jed­no­cze­śnie sub­sy­diu­jąc pro­du­cen­tów tyto­niu. W grun­cie rze­czy zasad­ni­czym kro­kiem w kie­runku upo­rząd­ko­wa­nia bała­ganu w legi­sla­cji i zarzą­dze­niach mogłoby być usta­le­nie prawa, że sprzeczne zarzą­dze­nia są nie­do­zwo­lone: jedno lub dru­gie (lub oba) musia­łyby być cof­nięte. W każ­dej dzie­dzi­nie prawo nie­sprzecz­no­ści jest sku­teczną mio­tłą do wymia­ta­nia śmieci.

Ranimy swoje poczu­cie wła­snej war­to­ści, kiedy upie­ramy się przy sprzecz­no­ściach, bo w głębi duszy wiemy, co robimy.

Prawa toż­sa­mo­ści i nie­sprzecz­no­ści są wię­cej niż zasa­dami logiki -?to stróże nor­mal­no­ści nie­po­zwa­la­jący nam zwa­rio­wać. Z chwilą kiedy zaczy­namy je igno­ro­wać, kata­pul­tu­jemy się z rze­czy­wi­sto­ści.

Wielu filo­zo­fów poła­mało sobie zęby na tych pra­wach, kiedy usi­ło­wali udo­wod­nić, że nie są to nie­pod­wa­żalne fakty, a tylko sprawy umowne lub zale­d­wie praw­do­po­dobne hipo­tezy. Nie­odmien­nie wysta­wiają się oni na zarzut, że przyj­mują coś, co potem ata­kują: muszą prze­cież liczyć na te zasady, uży­wać ich, zakła­dać ich praw­dzi­wość, kiedy usi­łują je oba­lić. Żadne sztuczki inte­lek­tu­alne nie pomogą ukryć faktu, że jeśli ktoś coś twier­dzi, auto­ma­tycz­nie przyj­muje, iż jego twier­dze­nie jest tym, czym jest, a nie czymś prze­ciw­nym -?jak rów­nież, że jeśli ma rację, to nie może jed­no­cze­śnie i w odnie­sie­niu do tego samego nie mieć racji. Praw toż­sa­mo­ści i nie­sprzecz­no­ści nie da się unik­nąć.

Pociąga to za sobą dal­sze kon­se­kwen­cje w sto­sunku do obiek­ty­wi­zmu prawdy. Jeśli A jest A, jeśli fakty są fak­tami, to wszystko jest tym, czym jest, nie­za­leż­nie od tego, czy się na to zga­dzamy, wiemy o tym, czy w to wie­rzymy. Jeśli coś jest fak­tem, nasza nie­wie­dza o nim lub odmowa dostrze­ga­nia go nie spra­wia, że fakt staje się nie­były. To, co ist­nieje, jest tym, czym jest, nie­za­leż­nie od czy­jej­kol­wiek o tym wie­dzy, ocen, prze­ko­nań, nadziei, życzeń lub obaw. (Doty­czy to zarówno wewnętrz­nych, jak i zewnętrz­nych fak­tów. Jeśli czuję coś -?powiedzmy, strach, zra­nie­nie, złość, zazdrość, pożą­da­nie -?czuję to nie­za­leż­nie od tego, czy się do tego przy­znaję, czy nie). Rze­czy­wi­stość to to, co jest, a zada­niem świa­do­mo­ści jest jej per­cep­cja. Rze­czy­wi­stość jest obiek­tem świa­do­mo­ści -?obiek­tem, który świa­do­mość odbiera i musi nauczyć się odbie­rać pra­wi­dłowo6.

Toteż, jeśli jestem mal­wer­san­tem, jestem mal­wer­san­tem -?taka jest rze­czy­wi­stość -?nie­za­leż­nie od tego, czy moje mal­wer­sa­cje będą kie­dy­kol­wiek wykryte, czy nie. Jeśli pod­szy­wam się pod czy­jeś osią­gnię­cia, twier­dząc, że są moje, jestem oszu­stem -?to jest fakt nie­za­leż­nie od tego, jaką mam świa­tową sławę. Jeśli moja part­nerka staje się nar­ko­manką, to jest nar­ko­manką -?tak jest -?nie­za­leż­nie od tego, czy kie­dy­kol­wiek dopusz­czę to do swo­jej świa­do­mo­ści, czy nie. Jeśli nie spra­wia mi przy­jem­no­ści być rodzi­cem, to taka jest prawda o tym, co czuję -?taka jest rze­czy­wi­stość -?nawet jeśli z wiel­kim zapa­łem wma­wiam sobie, że jest ina­czej. Jeśli nowe odkry­cie zaprze­cza i obala moje prze­ko­na­nia w jakiejś dzie­dzi­nie, to jest fakt -?tak jest -?nie­za­leż­nie od tego, czy chcę o tym myśleć, czy nie.

Jeśli żyję świa­do­mie, nie usi­łuję uni­kać fak­tów, nie wyobra­żam sobie, że czego oczy nie widzą, nie ist­nieje.

Dostra­ja­jąc się do rze­czy­wi­sto­ści takiej, jak ją naj­le­piej potra­fimy zro­zu­mieć, zwięk­szamy szanse swo­jego suk­cesu w życiu.

Świa­dome życie polega na zro­zu­mie­niu, że ponie­waż żyjemy w rze­czy­wi­sto­ści, do któ­rej -?aby prze­trwać i roz­wi­jać się -?musimy się dosto­so­wać, pod­sta­wo­wym naszym zada­niem jest wyraźne postrze­ga­nie tego, od czego zależą nasza egzy­sten­cja i dobro­byt, a kon­kret­nie -?nasze dzia­ła­nia, zain­te­re­so­wa­nia, potrzeby, war­to­ści i cele. Takie wyraźne postrze­ga­nie umoż­li­wia nam wła­ściwe kie­ro­wa­nie swoim postę­po­wa­niem.

Świa­dome życie polega na uzna­niu, że przez dostro­je­nie się do rze­czy­wi­sto­ści takiej, jak ją naj­le­piej potra­fimy zro­zu­mieć, zwięk­szamy szanse swo­jego suk­cesu w życiu -?a rów­nież, że bun­tu­jąc się prze­ciwko rze­czy­wi­sto­ści, ska­zu­jemy się na nie­po­wo­dze­nie, a nawet zagładę. Jako przy­kład tej dru­giej zasady możemy sobie wyobra­zić męż­czy­znę, który nie chce spoj­rzeć w oczy nie­roz­wią­za­nym pro­ble­mom w mał­żeń­stwie, zakła­da­jąc, że jeśli się o czymś nie mówi, to to coś nie będzie ist­niało; jego part­nerka w końcu się zała­muje i zroz­pa­czona odcho­dzi; albo osobę, która umiera na nie­le­czoną cho­robę tylko dla­tego, że nie chciała przy­znać, iż jest chora, i pod­dać się tera­pii, hoł­du­jąc czę­sto powta­rza­nej tezie, że wszyst­kie cho­roby są złu­dze­niem, a zdro­wym jest się dopóty, dopóki wie­rzy się, że nie jest się cho­rym. (Fakt, że nasze prze­ko­na­nia mogą mieć cza­sem wpływ na prze­bieg cho­roby, nie ma z tym nic wspól­nego i nie jest sprzeczny z poru­sza­nym tu pro­ble­mem).

Świa­dome życie polega na prze­ko­na­niu, że wzrok jest lep­szy niż śle­pota; sza­cu­nek dla fak­tów daje lep­sze wyniki niż bun­to­wa­nie się prze­ciw nim; uniki nie zmie­nią nie­ist­nie­ją­cego w ist­nie­jące lub ist­nie­jącego w nieist­nie­jące; bar­dziej mi się opłaca popra­wiać swoje błędy niż uda­wać, że ich nie popeł­niam; oraz im bar­dziej jestem świa­domy tego, co wpływa na moje życie i cele, tym mądrzej i efek­tyw­niej mogę dzia­łać.

Wszyst­kie te wza­jem­nie powią­zane przed­sta­wione tutaj sprawy skła­dają się na poczu­cie rze­czy­wi­sto­ści, o któ­rym mówię. Są one opoką, na któ­rej opiera się świa­dome życie.

Świa­do­mość -?zewnątrz i wewnątrz

Kiedy zaczy­namy zasta­na­wiać się, co to zna­czy żyć świa­do­mie, może oka­zać się, że myślimy o zain­te­re­so­wa­niu oto­cze­niem, poszu­ki­wa­niu zro­zu­mie­nia ota­cza­ją­cego świata, szu­ka­niu potwier­dze­nia lub zaprze­cze­nia naszych teo­rii, poszu­ki­wa­niu infor­ma­cji nie­zbęd­nej do osią­ga­nia celów, ucze­niu się rze­czy zwią­za­nych z pracą, i o innych spra­wach doty­czą­cych świata zewnętrz­nego. Pięk­nie, ale to tylko połowa zagad­nie­nia. Druga połowa świa­do­mego życia doty­czy samo­świa­do­mo­ści -?zain­te­re­so­wa­nia zro­zu­mie­niem wewnętrz­nego świata potrzeb, moty­wa­cji, myśli, sta­nów umy­słu, emo­cji i odczuć cie­le­snych.

Jeśli istotą racjo­na­li­zmu jest sza­cu­nek dla fak­tów, nie można zapo­mi­nać o fak­tach doty­czą­cych wła­snego ist­nie­nia. Nasz świat wewnętrzny jest także czę­ścią rze­czy­wi­sto­ści. Umysł jest rów­nie realny jak mate­ria. Nie można powie­dzieć, żeby żył świa­do­mie ktoś, kogo nie inte­re­suje samo­świa­do­mość i pozna­wa­nie samego sie­bie.

Nasz świat wewnętrzny jest także czę­ścią rze­czy­wi­sto­ści.

Wszy­scy znamy ludzi, któ­rzy są naszpi­ko­wani infor­ma­cjami o świe­cie zewnętrz­nym i potra­fią być bar­dzo spo­strze­gaw­czy w pew­nych sytu­acjach, ale są cał­ko­wi­cie nie­za­in­te­re­so­wani pro­ce­sami wewnętrz­nymi, jakie w nich zacho­dzą, i zna­cze­niem, jakie te pro­cesy mają w ich życiu. Tacy ludzie żyją w sta­nie ostrej alie­na­cji. Nie są zain­te­re­so­wani swoim świa­tem wewnętrz­nym -?świa­tem potrzeb, emo­cji -?co czę­sto powo­duje, że nie są efek­tywni w świe­cie zewnętrz­nym (spo­łe­czeń­stwie).

Jeśli chcemy dzia­łać sku­tecz­nie, musimy nauczyć się patrzeć w obu kie­run­kach -?utrzy­my­wać kon­takt ze świa­tem i z sobą samym. Na przy­kład jeśli mamy jakiś kon­kretny cel, musimy wie­dzieć, co w danej sytu­acji jest obiek­tyw­nie konieczne do jego osią­gnię­cia, ale rów­nież znać swój wła­sny sto­su­nek emo­cjo­nalny do tego celu. Musimy znać fakty, ale rów­nież wła­sną ocenę tych fak­tów. Musimy wie­dzieć, co jest do zro­bie­nia, ale rów­nież, co czu­jemy na temat tego, co jest do zro­bie­nia. W samym momen­cie reali­zo­wa­nia celu możemy nie chcieć kon­cen­tro­wać się na tym, co czu­jemy (albo, w pew­nych sytu­acjach, możemy chcieć), ale gene­ral­nie igno­ro­wa­nie poja­wia­ją­cych się odczuć jest nie­bez­pieczne. Infor­ma­cja, jaką niosą odczu­cia, może nam pomóc w lep­szym pokie­ro­wa­niu całym dzia­ła­niem.

Jeśli chcemy dzia­łać efek­tyw­nie, musimy nauczyć się patrzeć w obu kie­run­kach -?utrzy­my­wać kon­takt ze świa­tem i z sobą samym.

Gdy czy­imś głów­nym spo­so­bem postę­po­wa­nia jest igno­ro­wa­nie zewnętrz­nej rze­czy­wi­sto­ści, kiedy jest mu tak wygod­nie, i pod­da­wa­nie się naka­zom uczuć, głów­nym uczu­ciem, któ­rego się może spo­dzie­wać, będzie trwoga. Jeśli decy­du­jemy się poru­szać przez życie jak nie­wi­domi, rze­czy­wi­ście jest się czego bać. Ilu­struje to w pew­nym stop­niu przy­pa­dek Rebeki L., którą nad­mierne zain­te­re­so­wa­nie samą sobą zobo­jęt­niło na kon­se­kwen­cje, jakie to miało dla rodziny, na wro­gość, jaką powo­do­wała. Jej lęki były sygna­łem alar­mo­wym ostrze­ga­ją­cym o nie­bez­pie­czeń­stwie.

Osoba, któ­rej głów­nym spo­so­bem postę­po­wa­nia jest igno­ro­wa­nie swo­ich emo­cji w celu lep­szego funk­cjo­no­wa­nia w świe­cie zewnętrz­nym, sabo­tuje w ten spo­sób swoją zdol­ność myśle­nia w klu­czo­wych spra­wach. Jeżeli odci­namy się od wła­snego kon­tek­stu oso­bi­stego, nie jeste­śmy w sta­nie dzia­łać racjo­nal­nie w spra­wach oso­bi­stych: prze­sta­jemy wie­dzieć, jakie zna­cze­nie ma dla nas to, co robimy.

Jeśli decy­du­jemy się poru­szać przez życie jak nie­wi­domi, jest się rze­czy­wi­ście czego bać.

To, czego nie widzimy w świe­cie, zwy­kle wynika z tego, czego nie widzimy w sobie. Ktoś, kto zaprze­cza ist­nie­niu jakiejś potrzeby, ma skłon­ność do nie­zau­wa­ża­nia oka­zji, w któ­rych ta potrzeba może być zaspo­ko­jona -?na przy­kład jeśli ktoś zaprze­cza, że ma potrzebę i chęć posia­da­nia zna­jo­mych, cierpi z powodu samot­no­ści i nie zauważa oka­zji sprzy­ja­ją­cych zaprzy­jaź­nie­niu się z kimś. Ktoś, kto zaprze­cza, że go coś boli, zwy­kle nie zaprząta sobie głowy zna­le­zie­niem źró­dła bólu i czę­sto wysta­wia się na nowy ból -?jak kobieta, która wie­lo­krot­nie wpada w bole­sne związki z wyzy­sku­ją­cymi ją męż­czy­znami. Ktoś, kto z poczu­cia winy zapiera się pew­nych swo­ich żądz, może, za pomocą mecha­ni­zmu pro­jek­cji, przy­pi­sy­wać je innym -?na przy­kład gdy nie chcemy zauwa­żyć swo­jego uczu­cia zawi­ści, fał­szy­wie zarzu­ca­jąc ją innym.

Świa­do­mość musi swo­bod­nie prze­pły­wać w oby­dwu kie­run­kach, albo wcale nie będzie pły­nęła. Przyj­rzymy się temu dokład­niej w dys­ku­sji na temat racji i emo­cji. Chcę jed­nak teraz opo­wie­dzieć dwie histo­rie, które wstęp­nie rzucą nieco świa­tła na zwią­zek mię­dzy świa­do­mo­ścią tego, co zewnętrzne i świa­do­mo­ścią wnę­trza.

Mniej wię­cej dwa­dzie­ścia pięć lat temu byłem zapro­szony do wystą­pie­nia na kon­fe­ren­cji doty­czą­cej postę­po­wa­nia z wybit­nie uzdol­nio­nymi dziećmi. Zaczą­łem mniej wię­cej tak: "Panie i pano­wie, rodzice i nauczy­ciele, jeśli wró­ci­cie pamię­cią do wła­snego dzie­ciń­stwa i przy­po­mni­cie sobie, co chcie­li­ście wtedy dostać od doro­słych, a praw­do­po­dob­nie nie dosta­li­ście, dowie­cie się, czego dzieci, nad któ­rymi opiekę wam dzi­siaj powie­rzono, potrze­bują od was". Prze­sze­dłem potem do opo­wia­da­nia, jak to jest być dziec­kiem, jakie są czę­ste fru­stra­cje dzieci, jakie są ich auten­tyczne potrzeby. Zro­bi­łem to w taki spo­sób, aby w słu­cha­czach pobu­dzić uczu­cia i wspo­mnie­nia. Zda­wa­łem sobie sprawę, że będąc dziećmi, czę­sto, kiedy czu­jemy się zra­nieni, zamy­kamy się w sobie, wyłą­czamy odczu­wa­nie, aby życie wyda­wało się zno­śniej­sze. Dużo póź­niej, kiedy mamy już wła­sne dzieci, dzie­ciń­stwo może wyda­wać się trud­nym do zro­zu­mie­nia świa­tem. W efek­cie trudno nam zauwa­żać to, co powin­ni­śmy dostrzec, i robić to, co powinno być zro­bione. Jeste­śmy ślepi na dziecko, któ­rym kie­dyś byli­śmy - i ślepi w sto­sunku do dziecka, które stoi przed nami. Naj­czę­ściej pro­blem polega głów­nie na tym, że nie wiemy, iż jeste­śmy nie­wi­domi. Dla­tego zda­łem sobie sprawę, że empa­tia musi zaczy­nać się od samo­świa­do­mo­ści -?od naszej wła­snej wewnętrz­nej rze­czy­wi­sto­ści i od wła­snych doświad­czeń z dzie­ciń­stwa, które pamię­tamy. W dys­ku­sji, która nastą­piła po moim wykła­dzie, byłem wzru­szony, widząc, jak wielu słu­cha­czy spon­ta­nicz­nie dzie­liło się swo­imi spo­strze­że­niami i pro­po­zy­cjami dzia­łań, jakie mogą być pod­jęte. Przy­po­mi­na­jąc sobie, czego potrze­bo­wali jako dzieci, zaczy­nali lepiej rozu­mieć, czego potrze­bują inne dzieci.

Muszę tu dodać, że samo­świa­do­mość była wpraw­dzie nie­zbędna, ale nie­wy­star­cza­jąca dla tych rodzi­ców i nauczy­cieli. Ponie­waż każdy czło­wiek jest uni­kalny, nie­zbędne jest jesz­cze wysłu­cha­nie dzieci i dowie­dze­nie się od nich, co mogłoby im naj­le­piej pomóc w danej sytu­acji. W prze­ciw­nym razie ist­nieje nie­bez­pie­czeń­stwo prze­nie­sie­nia wła­snych pre­fe­ren­cji na dzieci, dla któ­rych mogą być one zupeł­nie nie­od­po­wied­nie. Potrzebna jest inte­gra­cja świa­do­mo­ści tego, co wewnętrzne, i tego, co zewnętrzne.

Następna histo­ria roze­grała się rok lub dwa lata wcze­śniej. Będąc po czter­dzie­stce, posta­no­wi­łem, że chcę spró­bo­wać pew­nej formy tera­pii, tak zwa­nej inte­gra­cji struk­tu­ral­nej (lub, po pro­stu, "rol­fingu", od nazwi­ska twór­czyni metody, Idy Rolf). Pro­ces ten wymaga inten­syw­nego masażu i pracy ze ścię­gnami, aby lepiej usta­wić ciało w sto­sunku do sił gra­wi­ta­cji, dzięki korek­cie napięć w mię­śniach popra­wić rów­no­wagę, a także otwo­rzyć zablo­ko­wane obszary odczuć i ener­gii. Jeśli metoda zadziała, zwięk­sza się zdol­ność odczu­wa­nia, pod­nosi się świa­do­mość wła­snych pro­ce­sów fizycz­nych i zwięk­sza na nie wraż­li­wość, popra­wia się ogólna koor­dy­na­cja ruchowa, poja­wia się dosko­nała rów­no­waga i zwięk­szona ener­gia. Nie każdy w takim samym stop­niu odnosi korzy­ści z tej metody (cza­sem wcale), ale dla mnie było to dokład­nie to, czego potrze­bo­wa­łem w tym momen­cie i na tym eta­pie roz­woju. Od lat nie czu­łem się tak lekko. Zauwa­ży­łem ogólny wzrost samo­świa­do­mo­ści. Czu­łem się lżej emo­cjo­nal­nie. Czu­łem, jak­bym pozbył się jakie­goś muru w swoim ciele. I mia­łem wię­cej ener­gii. Nie byłem zasko­czony tym, że się lepiej czu­łem. Zasko­czyła mnie nato­miast -?czego zupeł­nie się nie spo­dzie­wa­łem -?zmiana w moim spo­so­bie odbie­ra­nia ludzi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Regu­lo­wa­nie cen i wyna­gro­dzeń poda­wane jest jako kla­syczny przy­kład. Olbrzy­mia więk­szość eko­no­mi­stów zga­dza się co do tego, że kon­tro­lo­wa­nie takie jest nie­zwy­kle szko­dliwe; zwy­kle pogar­sza sytu­ację, którą wła­śnie miało popra­wić. [wróć]

2. Jak sfor­mu­ło­wała to Ayn Rand w Atlas Shrug­ged: "Prawo przy­czy­no­wo­ści jest pra­wem toż­sa­mo­ści wcie­lo­nym w życie. Każde dzia­ła­nie powo­do­wane jest przez coś. Obiekt, który działa, powo­duje i okre­śla rodzaj tego dzia­ła­nia; nic nie może dzia­łać ina­czej, niż okre­śla to jego natura". New York: Ran­dom House, 1957, 1037. Dosko­nałą roz­prawę (napi­saną przez wybit­nego znawcę Ary­sto­te­lesa) na temat, jak i dla­czego prawo toż­sa­mo­ści pociąga za sobą prawo przy­czy­no­wo­ści, można zna­leźć w: H. W B. Joseph, An Intro­duc­tion to Logic (Wpro­wa­dze­nie do logiki), dru­gie wyda­nie, roz­dział XIX, Lon­don: Oxford Uniy­er­sity Press, 1957. [wróć]

3. Zna­ko­mita dys­ku­sja na ten i zwią­zane z nim tematy doty­czące roz­woju umy­słu zamiesz­czona jest w książce Ayn Rand Intro­duc­tion to Objec­ti­vist Epi­ste­mo­logy (Wpro­wa­dze­nie do epi­ste­mo­lo­gii obiek­ty­wi­zmu), dru­gie wyda­nie, popra­wione przez Harry'ego Bin­swan­gera i Leonarda Peikoffa. New York: Meri­dian, 1990. [wróć]

4. Dru­gim następ­stwem prawa toż­sa­mo­ści jest prawo wyłą­czo­nego środka, które mówi, że coś albo jest, albo nie jest A: obiekt ma albo nie ma danej cechy; twier­dze­nie albo jest, albo nie jest praw­dziwe (w danym momen­cie i w danym zakre­sie). [wróć]

5. Peł­niej­sze omó­wie­nie tych zagad­nień można zna­leźć w The Psy­cho­logy of Self-Esteem (Psy­cho­lo­gia poczu­cia wła­snej war­to­ści), New York: Ban­tam Books 1969; a także w The Six Pil­lars of Self-Esteem, New York: Ban­tam Books, 1994 (wyd. pol. Sześć fila­rów poczu­cia wła­snej war­to­ści, Łódź: wyd. 3, Wyd. JK, 2008). [wróć]

6. Usi­łuję uni­kać w tych roz­wa­ża­niach ter­mi­nów spe­cja­li­stycz­nych, ale czy­tel­nicy bie­gli w filo­zo­fii zauważą, że epi­ste­mo­lo­gicz­nie i meta­fi­zycz­nie uży­wam per­spek­tywy ary­sto­te­le­sow­sko-obiek­ty­wi­stycz­nej. Dys­ku­sję na temat wie­dzy i świa­do­mo­ści można zna­leźć w The Psy­cho­logy of Self-Esteem, rozdz. 3. Jeśli cho­dzi o bunt prze­ciwko racjo­na­li­zmowi i obiek­ty­wi­zmowi wśród filo­zo­fów dwu­dzie­stego wieku, do któ­rego krótko tu nawią­zuję, kry­tyka ich argu­men­tów wykra­cza poza ramy tej książki. Ale patrz na przy­kład Brand Blan­shard, Reason and Ana­ly­sis, La Salle, Illi­nois: Open Court, 1991; oraz James F. Har­ris, Aga­inst Rela­ti­vism, La Salle, Illi­nois: Open Court, 1993. [wróć]