Sztuka upodlenia - Rafał Olender

Reflow text when sidebars are open.
Adam wszedł do ich pokoju z kamerami. Zastał już tam swojego kolegę, który siedział przy biurku, popijając herbatę i skupiając się na monitorach. Krystian często przychodził wcześniej.
Adam podejrzewał, że wynikało to z braku obowiązków domowych i z tego, że Krystian był singlem. Praca wydawała się ważną częścią jego życia - może najważniejszą.
Adam nie miał takiego komfortu. Żona i dwójka dzieci sprawiały, że na rozrywkę miał niewiele czasu, a dla siebie - jeszcze mniej. Zawsze było coś do zrobienia w domu.
Ale nie narzekał. Lubił czas spędzany z rodziną, cenił stabilność i rutynę. Wiedział, że ma szczęście - po pracy czekało na niego coś więcej niż cisza i ściany.
- Zrobisz mi tę herbatę? - rzucił zdyszany, zamykając za sobą drzwi do pokoju monitoringu.
- Jasne - odpowiedział Krystian i bez słowa wstawił wodę.
- Słyszałeś newsa? - zapytał Adam, siadając na swoim krześle.
- Nie. Co się stało?
- Biedrzycki postanowił zorganizować imprezę integracyjną dla wszystkich pracowników.
- Naprawdę? - Krystian uniósł brwi i napił się herbaty.
- Tak. Podobno w zeszłym roku zarobił kupę kasy i stwierdził, że może coś zafundować zespołowi. Idziesz?
- Nie wiem. Raczej nie... - rzucił Krystian obojętnym tonem.
- Ja bym poszedł. Chyba cały nasz zespół się wybiera. Wyrwiesz się gdzieś w końcu. A może wreszcie pogadasz z tą Białorusinką? - dodał Adam z lekkim uśmiechem.
Krystian nic nie odpowiedział. Spojrzał w ekran, jakby coś analizował, ale jego kolega dobrze wiedział, że trafił w czuły punkt.
Krystian się zaczerwienił. Zawsze tak reagował, gdy ktoś wspominał imię dziewczyny, która mu się podobała - a teraz właśnie tak było z Marią.
Nie potrafił tego ukryć - rumieniec zdradzał więcej, niż chciałby przyznać.
Jednak sama myśl o prywatnej rozmowie z nią, poza biurowym kontekstem, była kusząca. Może zbyt kusząca, by całkowicie ją zignorować. Bez słowa postawił kubek z gorącą herbatą na biurku kolegi i usiadł na krześle.
Adam to zauważył.
- Pomyśl, to już w następny piątek. Rozerwiemy się, wypijemy kielicha, będzie fajnie - rzucił z entuzjazmem i klepnął Krystiana w plecy. Uśmiechnął się przy tym szczerze, bez cienia złośliwości.
Chłopak wziął łyk herbaty. Uśmiechnął się pod nosem, ale nie chciał tego pokazać.
Nie był typem, który się odsłania. Ale nie potrafił też całkiem zignorować obrazu, jaki zaczął powoli układać mu się w głowie. Perspektywa, którą przedstawił Adam, naprawdę wyglądała kusząco.
Może to faktycznie dobra okazja, żeby pogadać z Marią. Może jedyna.
Ta myśl utkwiła w głowie Krystiana jak zadra, której nie sposób się pozbyć.
Marcin gnał właśnie na komendę. Impreza z kolegami skończyła się dość szybko, więc zawinął się do domu. Mimo że wypił kilka piw i kilka kieliszków wódki, czuł się tak, jakby wczoraj nie wypił ani kropli.
Po drodze wstąpił jeszcze po kawę. W tym samym czasie zadzwonił telefon - naczelnik poinformował go, że na komendzie czeka już na niego prokurator. Marcin obiecał, że będzie najszybciej, jak się da.
Domyślał się, który to prokurator - Andrzejczak - i nie potrafił pojąć, dlaczego znowu czegoś od niego chce. Przecież wczoraj po przesłuchaniu chłopaka w szpitalu przygotował raport i wysłał go do naczelnika, żeby nikt nie zarzucił mu działania na własną rękę. A ten dalej czegoś chce?
Zaczynało go to męczyć. Myślał, że jedna przysługa wystarczy, a wyglądało na to, że wciąga go to w coś więcej. Ale zaraz skarcił się w duchu - jeszcze nawet nie wiedział, czego Andrzejczak chce. Może to błahostka. Może.
Zajechał na parking, zaparkował auto i spokojnym krokiem ruszył schodami na górę do swojego gabinetu.
Drzwi były otwarte. Dawid siedział przy biurku, stukając w klawiaturę. Przy jego stanowisku, jakby zupełnie nieprzypadkowo, siedział prokurator Andrzejczak.
Marcin udał zaskoczenie i rzucił zdumionym tonem:
- Pan prokurator... tutaj?
- Dzień dobry. Tak, chciałem omówić pewne kwestie i... w drodze do prokuratury postanowiłem zajrzeć osobiście.
- Jasne, śmiało. Kawa? Herbata?
- Nie, dziękuję. Pana kolega już proponował - odmówiłem. Ja tylko na sekundę.
- Pan prokurator wie, my tu wszyscy jesteśmy uprzejmi - rzucił półżartobliwie Marcin i spojrzał porozumiewawczo na Dawida.
- Tak, wiem, panowie... ale czy możemy porozmawiać na osobności?
- Dawid, zostawisz nas?
Partner tylko kiwnął głową, wstał i wyszedł z pomieszczenia. Drzwi zamknęły się cicho.
Marcin podszedł bliżej, usiadł i skrzyżował ramiona.
- A więc słucham. Coś nie zgadza się w raporcie? Przesłuchałem chłopaka dość stanowczo, jak pan chciał.
- Tak, wszystko w porządku. Widziałem. Dziękuję. Ale brakuje mi...
- Czego? - przerwał mu zniecierpliwiony Marcin. Ton prokuratora nie wróżył nic dobrego.
- Zabrakło mi czegoś, co mogłoby obciążyć Ksawerego.
Marcin spojrzał na niego uważnie.
- Co ma pan na myśli?
- Chciałbym, żeby chłopak powiedział wprost, od kogo kupował narkotyki. Kto nimi handluje. Co wie o Ksawerym.
- Pan żartuje?
Prokurator nie odpowiedział. Tylko patrzył. Spokojnie. Wyczekująco. Jak gracz, który wie, że ma lepsze karty, ale jeszcze ich nie wykłada.
Marcina zaszokowało to, co usłyszał. Jako komisarz policji doskonale wiedział, jakie konsekwencje mogą przynieść takie zeznania. Jakie piekło może spaść na chłopaka, jeśli ten naprawdę sypnie Ksawerego. Pomijając fakt, że i tak musiał zwrócić gangsterowi niemałą sumę - więcej problemów byłoby dla niego jak wyrok.
- Nie, mówię śmiertelnie poważnie - odparł prokurator chłodno. - Chciałbym, żeby złożył takie zeznania. Jeśli nie, dobijemy mu wyrok za handel.
- Myślałem, że to syn pańskiego znajomego? - Marcin zmrużył oczy. - Wie pan, że jeśli ten gówniarz nakabluje na takiego gracza, będzie skończony? Oni go zatłuką.
- Znajomy jak znajomy. A po drugie, w końcu będziemy coś mieli na Ksawerego. Ty nie chcesz złapać tego bandziora?
- Chcę... - Marcin mówił już ciszej, ale z coraz większym napięciem. - Ale jakim kosztem, panie prokuratorze?
Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewał. I była zimna jak lód.
- Każdym kosztem, panie komisarzu. Proszę go dokładnie przesłuchać. A najlepiej zróbmy to razem. W szpitalu. Zadzwonię, żeby ustalić termin.
Ton Andrzejczaka się zmienił. Był teraz twardy, rozkazujący. Marcin poczuł, że to już nie prośba. To był rozkaz. Służbowy, chłodny i jednoznaczny.
Chciał coś dodać, spróbować odbić rozmowę w inną stronę - ale nie zdążył.
- Zadzwonię. Do widzenia.
Prokurator otworzył drzwi i wyszedł. Zostawił Marcina samego, w tej samej pozie - z rękami złożonymi, jakby wciąż próbował zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. Komisarz przez chwilę nie mógł się ruszyć. Jakby ta rozmowa go zamroziła. Chciał się odezwać, rzucić chociaż słowo, ale milczał.
Ton i zachowanie tego miękkiego do tej pory prokuratora wprawiły go w osłupienie.
To nie była rozmowa, na jaką liczył. Jego plan poszedł w gruzy. Rozmowa potoczyła się dokładnie tak, jak chciał tego Andrzejczak.
W głowie Marcina zaczęły się piętrzyć pytania. Jedno za drugim.
Dlaczego Andrzejczak tak bardzo chce dopaść Ksawerego? Czemu teraz? Czemu w taki sposób? I dlaczego to właśnie on, Marcin, miałby być narzędziem?
Mimo że dziś miał z Dawidem kilka spraw do ogarnięcia, postanowił jedno - dowiedzieć się, o co naprawdę chodzi prokuratorowi. I czemu tak uparcie potrzebuje właśnie jego.
Do pokoju wszedł jego partner. Marcin szybko wrócił do rzeczywistości i postanowił nie dzielić się z kolegą swoimi odczuciami po tej rozmowie. Gdy Dawid zapytał o cel wizyty prokuratora, rzucił tylko krótko:
- Stara sprawa... Muszę mu dosłać zaległe papiery.
Dawid przyjął to bez wypytywania, a Marcin usiadł za biurkiem, odchylił się na krześle i zapatrzył się w sufit. Wiedział, że coś się zaczyna. I nie miał pojęcia, czy chce być tego częścią.
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Dźwięk wody spod prysznica i kobiecy śpiew dobiegający z hotelowej łazienki obudził Marcina. Czuł, jak głowa mu pulsuje, a po chwili dotarł do niego także potężny ból. Cierpki posmak w ustach i suchość spowodowały, że sięgnął ręką po coś do picia na nocną szafkę przy łóżku, ale trafiał jedynie w pustkę.
Otworzył powoli oczy - światło dnia momentalnie go oślepiło i zajęło mu dłuższą chwilę, zanim się do niego przyzwyczaił. Sprawdził godzinę na telefonie i już wiedział, że jest spóźniony. Tym bardziej nie miał zamiaru się spieszyć - opieprz od naczelnika miał murowany.
Był pewien, że ten przeogromny kac, który go dręczył, to efekt mieszanki szampana i whisky. I wiedział, że nie odpuści mu do końca dnia.
Podniósł się na łóżku, podpierając się silnymi ramionami, rozejrzał się po pokoju, który wyglądał jak pobojowisko. Z trudem odnalazł spodnie - jego rzeczy były wymieszane z damskimi ciuchami kelnerki, którą poznał zeszłej nocy. Złapał butelkę wody stojącą na hotelowym stoliku i wypił ją duszkiem.
Marcin wiedział, że to nie tylko alkohol. Amfetamina, którą przyjął, miała poprawić seks z nowo poznaną dziewczyną, ale teraz mściła się okrutnie.
Drzwi od łazienki się otworzyły i stanęła w nich niezbyt wysoka blondynka o ładnej, młodej twarzy. Była wyraźnie młodsza od Marcina, ale to mu nie przeszkadzało, gdy ją poznawał.
Wyszedł tylko do baru, żeby wypytać o bójkę, która mogła mu się przydać w jednej ze spraw - i właśnie wtedy poznał Martę. Z takich okazji potrafił korzystać bez wahania. Miał zresztą układ z recepcjonistą w Novotelu - kiedyś przyłapał go na posiadaniu, więc w zamian za umorzenie sprawy recepcjonista od tamtej pory udostępniał mu pokój na podobne noce.
Marcin spojrzał na dziewczynę, uśmiechnął się.
- Jesteś ładniejsza niż wczoraj. Muszę lecieć. Zadzwonię.
- Myślałam, że zjemy razem śniadanie - odpowiedziała.
- Nie jem śniadań, kotku. Pa. - Pocałował ją w czoło i wyszedł z pokoju.
Głowa pulsowała mu coraz mocniej. Ból nie pozwalał racjonalnie myśleć, ale miał tylko jeden cel: dotrzeć na komendę. Niesmak alkoholu w ustach wywoływał odruch wymiotny, ale się powstrzymał.
Schodząc do recepcji, pomachał znajomemu recepcjoniście, zgarnął butelkę wody z lady i wyszedł z hotelu. Wsiadł do taksówki i ruszył w stronę Komendy Głównej Policji.
Wiedział, że jest w tarapatach. Woda i gumy Orbit, które dostał od taksówkarza, nie uratują go przed konsekwencjami. Ale Marcin był przyzwyczajony. To nie był pierwszy raz. Wczorajsza noc była jednak inna - dziewczyna miała nieziemskie ciało i usta, które samym wspomnieniem pobudzały go na nowo.
Idąc korytarzem, miał nadzieję, że uda mu się przemknąć do pokoju kryminalnych. Niestety, naczelnik jakby na niego czekał.
- Grucha! Chcę cię u siebie natychmiast!
Jego ton mówił wszystko - wiedział już, że Marcin się spóźnił. Nie było sensu się tłumaczyć.
Zapukał do drzwi i wszedł bez czekania.
- Dzień dobry, panie naczelniku.
- Kurwa mać, Grucha! Znowu nie było cię na odprawie! Ile razy mam kryć twoją dupę?!
- Spotkałem się z informatorem. Mógł tylko rano.
- Ten informator ma chociaż osiemnaście lat? Kogo ty chcesz oszukać, Grucha?
- Ma, oczywiście. Ma mi dać ważne informacje, panie naczelniku.
- I dlatego jebie od ciebie wódą i damskimi perfumami?
- Taka specyfika pracy - rzucił z uśmiechem komisarz.
Naczelnik odetchnął ciężko.
- Marcin, jesteś świetnym gliną. Ale sukcesy nie przykryją twoich wybryków. Wiesz, że nie mogę cię cały czas ratować?
- Jasne, rozumiem. Coś ważnego z odprawy?
- Nie. Ale zajmij się tą sprawą pobicia i wyłudzeń. To może być powiązane z Ksawerym.
- Jasne. Jak coś będę miał, dam znać.
- I na litość boską, weź prysznic, zanim komendant cię poczuje. Śmierdzisz gorzałą.
- Rozkaz.
Marcin opuścił gabinet naczelnika, wszedł do pokoju, który dzielił z kolegą, ale ten jeszcze się nie pojawił. Włączył czajnik, nasypał kawy do kubka i usiadł przy biurku. Ręce mu się trzęsły, pot lał się z czoła. "To nie będzie efektywny dzień" - pomyślał.
Z zamyślenia wyrwał go szum gotującej się wody. Zalał kawę, usiadł z powrotem. Pierwszy łyk poruszył żołądek. Poczuł, jak zaczyna go puszczać - ciepły płyn przesuwający się przez gardło do pustego żołądka dawał chwilową ulgę.
Spojrzał na pokój, potem na plakietkę z napisem "Komisarz Marcin Gruczyński".
- Co ty ze sobą robisz, Grucha...? - mruknął i wziął kolejny łyk.
Już wiedział, że tego dnia nie zrobi nic konstruktywnego. Kac - pulsujący, rozrywający głowę, skutek alkoholu i amfetaminy - był nie do wytrzymania. Postanowił: pod pretekstem pracy w terenie pojedzie do domu.
Otworzył drzwi, zdjął buty i poszedł do kuchni. Z górnej półki wyjął kufel, otworzył jedną z puszek piwa, które kupił po drodze, nalał i usiadł w salonie.
Rozłożył się na kanapie i włączył jakiś mecz. Wiedział, że nie może tak funkcjonować, ale od czasu do czasu wpadał w cug. Wziął potężny łyk, opróżniając pół kufla. Cmoknął zadowolony.
"Jutro biorę się do roboty" - pomyślał.
Poczuł, jak piecze go cała wewnętrzna część dłoni - to od uderzenia rozmówcy w twarz. Spojrzał na jego policzek: lewa strona robiła się czerwona, a na skórze wyraźnie odbiły się ślady palców. Ale to nie ukoiło jego wściekłości.
Szybkim ruchem wymierzył kolejny cios otwartą dłonią, a zaraz potem następny. Ból w ręce narastał, jakby dłoń parzyła od środka. Na twarzy chłopaka pojawiła się krew - rozcięty policzek pękł od trzeciego uderzenia.
- Mówisz, że nie masz dla mnie ani kasy, ani towaru, śmieciu?! - wrzasnął Ksawery.
- Ale szefie... to nie moja wina, nie zapłacili mi moi dłużnicy... - wyjąkał przerażony chłopak.
- Gówno mnie to obchodzi! Dałeś się okraść jakimś leszczom? Dajesz w kredyt? Co ty jesteś, kurwa, osiedlowy Żabson?! - syknął Ksawery, coraz bardziej wściekły.
- Szefie... proszę o dwa dni. Zorganizuję wszystko... tylko o tyle proszę. - Młodemu głos się łamał, oczy niemal błagały o litość.
- Gówno, nie dwa dni! Dam ci dwóch swoich ludzi i dzisiaj pozbierasz całą kasę. Plus odsetki, leszczu. Zrozumiałeś mnie?!
- Jasne... co tylko szef każe...
- Masz szczęście, że nie każę cię właśnie teraz wywieźć do lasu. Spierdalaj mi stąd.
Chłopak odwrócił się i ruszył do auta, nie oglądając się za siebie. Ksawery odetchnął głośno i skinął głową na dwóch swoich ludzi, którzy przez całą tę scenę stali za nim jak posągi. Obserwowali upokorzenie chłopaka z lodowatą cierpliwością, jakby już dawno przywykli do przemocy.
Wskazał im wzrokiem, by poszli za chłopakiem i dopilnowali, żeby wrócił z pieniędzmi - wszystkimi.
Sam Ksawery wciągnął głęboko powietrze i spojrzał w niebo. Ciężko oddychał. Po chwili, jak gdyby nic się nie stało, wszedł do lokalu za sobą i skierował się prosto do gabinetu.
Usiadł za biurkiem i zaczął rozmasowywać dłoń. Dopiero teraz naprawdę poczuł, jak bardzo go piecze. Sięgnął po telefon, zadzwonił do baru i kazał przynieść sobie whisky i lód.
W duchu dalej go gotowało. Jeden z jego ludzi próbował wykręcić się z kasy. Nie mógł na to pozwolić - nie jako szef.
"Kasa musi się zgadzać. Zawsze. Pozwolisz się okraść raz, będą próbować cały czas" - pomyślał, patrząc w przestrzeń.
Sprawa z pobiciem przed lokalem wciąż wisiała w powietrzu. Kilku jego ludzi spuściło łomot jakiemuś kolesiowi i choć doskonale wiedział za co, nie zmieniało to faktu, że policja zacznie węszyć. A gliniarze to ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebował. Już i tak miał ich więcej na karku, niż by chciał.
Chciał tylko robić swoje interesy. Brudne, ale skuteczne. Kasa, kontrola i spokój - to był jego świat.
Z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi.
- Wejść - rzucił szorstko.
- Szefie, to ja. Przyniosłam whisky, jak szef lubi, i wiaderko lodu - odezwał się miękki kobiecy głos.
- Postaw na stoliku. Zaraz sobie naleję.
Dziewczyna - młoda, ładna barmanka - zrobiła, co kazał, ale nie umknęło jej to, że Ksawery miał czerwone palce i grymas bólu na twarzy.
- Szefie, coś się stało? Może trzeba opatrzyć rękę?
- Nic mi nie będzie. Postaw i wracaj do baru - odburknął zirytowany.
Kiedy wychodziła, rzucił na nią bezczelne spojrzenie. Widok jej tyłka poprawił mu humor szybciej niż alkohol.
Wstał od biurka, podszedł do stolika, nalał sobie porządną porcję whisky. Wypił jednym haustem. Alkohol niemal natychmiast rozgrzał mu wnętrze.
"Mogłabyś mi pomóc... ale w zupełnie inny sposób" - pomyślał z rozbawieniem i sam do siebie się zaśmiał. Głupio. Ale szczerze.
Marcin podjechał pod komisariat. Wiedział, że dzisiaj musi w końcu coś zrobić w sprawie pobitego chłopaka, którą naczelnik męczył go już wczoraj.
Wziął dwóch policjantów z prewencji i postanowił jechać pod lokal, gdzie doszło do zdarzenia. Doskonale wiedział, że La Joya należy do Ksawerego. To nie była sprawa, za którą mógłby go zamknąć, ale lubił utrzeć nosa temu gangsterowi, z którym od dłuższego czasu było mu nie po drodze.
Po kilkunastu minutach radiowóz zaparkował przed klubem. Cała trójka weszła do środka. Marcin już z daleka pokazał legitymację służbową i kazał zaprowadzić się do szefa.
Barmanka, zaskoczona nagłym wejściem policjantów, nie zdążyła nawet zareagować, gdy komisarz bezpardonowo ruszył w stronę gabinetu i wparował z impetem do środka.
- Dzień dobry, komisarz Gruczyński. Mam kilka pytań - rzucił pewnie.
Zdezorientowany mężczyzna siedzący za masywnym drewnianym biurkiem w skórzanym fotelu wyglądał na kompletnie zaskoczonego wizytą.
- Pan zawsze tak wchodzi? Bez pukania? Co to za maniery w policji? - rzucił zbulwersowanym tonem.
- Już taki ze mnie dżentelmen - odparł ironicznie Marcin. - A więc... pan Norbert Walczak?
- Zgadza się.
- Właściciel tego klubu, jak mniemam?
- Ale z pana bystrzacha, panie komisarzu - zażartował Ksawery, próbując przejąć kontrolę nad rozmową.
- Interesuje mnie sprawa pobicia młodego mężczyzny w miniony weekend. Świadkowie twierdzą, że to pana ochroniarze go pobili. A na ich nieszczęście chłopak to syn wysoko postawionego urzędnika, więc sprawa nie została zamieciona pod dywan.
- Panie komisarzu, ja zawsze chętnie współpracuję z policją. Ale jestem teraz zajęty, mam spotkanie. Moja barmanka udostępni wam nagrania z kamer. Choć, nie ukrywam, dziwi mnie, że sam się pan fatyguje w takiej sprawie.
- Jasne, proszę załatwiać swoje interesy. Nagrania obejrzymy sami. A tak poza tym... i tak wiesz, że cię dorwę, Walczak - dodał Marcin poważnym tonem.
- Tak, panie komisarzu. Ale na razie nic pan na mnie nie ma, więc... proszę się bawić w monitoring.
Ksawery wstał, narzucił na siebie czarną skórzaną kurtkę i wolnym krokiem odprowadził komisarza do baru. Polecił barmance, żeby przekazała nagrania, obrzucił jeszcze wszystkich chłodnym spojrzeniem i wyszedł przed lokal. Wsiadł do czekającego samochodu i odjechał.
Marcin odebrał nagrania z kamer. Mimo że doskonale wiedział, kim jest Norbert Walczak, pseudonim Ksawery, i że stoi za większością przestępstw w mieście, ta sprawa mogła go nie dotyczyć bezpośrednio. Nie był przecież odpowiedzialny za każdego mięśniaka, którego zatrudniał, a wszystko wskazywało na to, że to właśnie oni połamali chłopaka - i to pewnie z jakiegoś błahego powodu.
Już miał wychodzić z lokalu, kiedy z zaplecza wyszła Marta. Dziewczyna obdarzyła go ciepłym uśmiechem i podeszła do baru.
- Chyba mnie unikasz po naszej ostatniej nocy - powiedziała kokieteryjnie.
- Byłem zajęty... ale dziś wieczorem mam wolne.
- Jak zadzwonisz, to może coś wymyślimy - odparła, poprawiając dekolt.
Marcin tylko się uśmiechnął, skinął głową policjantom, którzy mu towarzyszyli, i ruszył z nagraniami na komendę.
Wiedział, że musi ustalić przynajmniej, kto pobił chłopaka - resztę, czyli zatrzymania, zleci komuś innemu. Chciał tylko, żeby naczelnik wreszcie się od niego odczepił.
W drodze na komendę zdążył jeszcze napisać SMS-a do Marty i umówić się na wieczorne spotkanie.
Norbert doskonale wiedział, że komisarz Gruczyński marzy o tym, żeby go dorwać - w sensie czysto prawnym oczywiście. Gdyby tylko mógł, zakułby go w kajdanki i posłał na kilkanaście lat do więzienia za jakąś grubą aferę. Ale Ksawery był zbyt sprytny, żeby dać się złapać w tak oczywisty sposób.
Miał świadomość, że zawsze może coś pójść nie tak, że wystarczy jedna pomyłka, jeden głupi błąd i wszystko może się posypać jak domek z kart. Ale na razie nie było ku temu żadnych powodów.
Wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku - od narkotyków, przez lewe faktury VAT, aż po "legalne" biznesy. Każda działalność była osłonięta papierami, słupami, firmami krzakami i lojalnymi ludźmi. Nikt nie był w stanie powiązać go z niczym bezpośrednio.
Siedząc wygodnie w tylnej części swojego SUV-a, wskazał kierowcy kierunek. Mieli jechać na spotkanie w sprawie zakupu dużej nieruchomości poza miastem. Transakcja miała mu pomóc w legalizacji gotówki i zainwestowaniu w coś, co przy okazji przyniesie zysk.
Planował otworzyć tam prywatny lokal, może nawet kasyno. A może miejsce do prowadzenia cichych spotkań z ludźmi, których lepiej nie widywać za dnia.
Wieczorem zamierzał wrócić do La Joyi, dopilnować dostawy alkoholu i napić się spokojnie w swoim gabinecie. To był jego rytuał.
W mieście nie miał wrogów. Czuł się silny. Był jednym z największych gangsterów w kraju, a bez wątpienia największym w Warszawie. Miał wszystko pod kontrolą - kluby, ochronę, lokalny rynek narkotykowy, szemrane nieruchomości.
Nikt nie wchodził mu w drogę. Nikt - poza policją.
A właściwie poza jednym upartym gliną.
Z Gruczyńskim ścierał się już nie raz. Ten pieprzony komisarz zamknął kilku jego ludzi, ale żaden nie puścił pary z ust. Ksawery zadbał o to, żeby im się to opłaciło. Dobrze zapłacone milczenie było warte więcej niż najlepszy adwokat.
Samochód zatrzymał się przed średniej wielkości pałacykiem pod Warszawą.
Norbert wysiadł, poprawił kołnierz czarnej kurtki i rozejrzał się spokojnie. Słońce świeciło, niebo było czyste - pogoda idealnie pasowała do jego nastroju.
Przed drzwiami już czekał przedstawiciel dewelopera, gotowy oprowadzić go po całej posesji.
Ksawery jednak już wiedział, że ją kupi.
Cena dziewięciu milionów złotych za taki budynek była wręcz okazją - a on miał wobec tej nieruchomości konkretne plany.
Lokalne kasyno w takim miejscu mogło stać się jego kolejną maszynką do prania pieniędzy. Spotkanie z deweloperem było więc jedynie formalnością. Tylko po to, żeby dopiąć szczegóły i nie wzbudzić podejrzeń.
Krystian właśnie zakończył nocną zmianę; pracował jako ochroniarz w firmie zajmującej się przetwórstwem drobiu. Jego praca była monotonna, pozbawiona wrażeń - co jakiś czas obchód, poza tym patrzenie w ekrany monitoringu.
Cieszył się, że udało mu się znaleźć to zajęcie. Po wyjściu z domu dziecka przez długi czas nie mógł znaleźć pracy - nikt nie chciał go zatrudnić z powodu przyznanej mu grupy inwalidzkiej. A on uważał się za całkowicie normalnego.
Psycholog, która wystawiała mu opinię, zdiagnozowała u niego zaburzenia osobowości. Na tej podstawie przyznano mu świadczenie, które Krystian uważał za niesprawiedliwe stygmatyzowanie.
Był szczupłym, wysokim mężczyzną o wąskich barkach i chudych ramionach - idealny cel żartów dla kolegów z pracy. Twarz miał pokrytą trądzikiem, krótkie włosy ostrzyżone maszynką, ruchy sztywne, spojrzenie nerwowe.
Był jednym z nielicznych Polaków w zakładzie, który zatrudniał głównie Ukraińców i Białorusinów. Mimo to często stawał się obiektem złośliwych docinków - o jego wyglądzie, rzekomym dziewictwie, braku jakiegokolwiek życia prywatnego.
Najbardziej bolały go komentarze na temat kobiet. Choć usiłował, nie potrafił nawiązać żadnej głębszej relacji. Każda próba kończyła się odrzuceniem albo ciszą.
Tego dnia, wychodząc z pracy, natknął się na Marię - młodą Białorusinkę, która niedawno dołączyła do załogi. Jej długie czarne włosy, śniada cera i krystalicznie zielone oczy rozpalały męskie spojrzenia w całym zakładzie. Ale ona ignorowała wszystkich.
Krystian był nią zauroczony. Wydawała mu się istotą z innego świata. Nigdy nie odważył się z nią porozmawiać - wiedział, że dla niej byłby nikim. A może nawet nie zauważyła, że istnieje.
Mieszkał samotnie na wynajętym strychu w starym domu na obrzeżach Marek. Starsza kobieta, właścicielka, nie miała rodziny i rzadko opuszczała mieszkanie. W zamian za pomoc w obejściu pozwalała mu mieszkać tanio i bez ograniczeń.
Po powrocie do domu, wyczerpany po nocnej zmianie, od razu poszedł na górę. Rzucił ubrania na krzesło, rozebrał się i położył na swoim cienkim materacu. Planował tylko się zdrzemnąć, ale jego myśli znów pobiegły w stronę Marii.
Jej smukłe ciało, subtelne rysy twarzy, uśmiech, który pojawiał się rzadko, ale zostawał w głowie na długo - wszystko to budziło w nim niepokojące pragnienia.
Nie zastanawiał się długo. Sięgnął po telefon, wyszukał jej profil na Facebooku i zaczął przeglądać zdjęcia.
Początkowo tylko patrzył. Ale z każdą kolejną fotografią czuł, jak w jego ciele rośnie napięcie.
Wyobraźnia zrobiła resztę. Zatracił się w obrazach, które sam wytwarzał w głowie - dotyk jej skóry, zapach włosów, sposób, w jaki się porusza.
Nie kontrolował już tego. Ręka zaczęła działać mechanicznie. Gdy zamknął oczy, wszystko stało się bardziej intensywne, jakby naprawdę tam był.
W końcu wytrysnął. Otworzył oczy. Pokój wrócił do milczenia.
Spojrzał na mokre prześcieradło, odłożył telefon bez słowa i odwrócił się na bok.
W ciągu kilku sekund zasnął. Jakby nic się nie wydarzyło.
Grucha, jak sobie postanowił, tak zrobił. Przejrzał cały monitoring, jaki dostał, i udało mu się sprawnie wytypować podejrzanych. Zebrany materiał przekazał śledczym. Zgromadził dla nich tak obszerny materiał dowodowy, że funkcjonariusze musieli tylko pojechać do lokalu i zgarnąć mężczyzn do wyjaśnienia.
Był z siebie dumny, więc od razu wybrał się do naczelnika, licząc na to, że ten zapomniał już o jego wybrykach.
- Dzień dobry, panie naczelniku.
- Grucha! Dobrze cię widzieć!
- Skąd ta radość na mój widok? - zapytał zdziwiony komisarz.
- Co ze sprawą tego chłopaka? Komendant się piekli. Mówiłem ci?
- Załatwione. Przekazałem wszystko, co zebrałem. Śledczy muszą tylko zgarnąć ich z klubu.
- Naprawdę? Tak szybko? Brawo. Jak chcesz, to potrafisz. Mam tu dla ciebie kilka innych spraw. Wybierz sobie jakąś i masz w sumie na dziś wolne.
- Jakaś nagroda za tak szybkie rozwiązanie sprawy?
- Grucha, ty nie przeginaj! No uciekaj, zanim zmienię zdanie i każę ci patrolować ulice!
Marcin cieszył się, że naczelnik już nie jest na niego wściekły. A do tego mógł wcześniej skończyć służbę.
Postanowił kupić jakieś chińskie jedzenie, trochę alkoholu i pojechać do hotelu, gdzie umówił się z Martą.
Od razu po wejściu skierował się do recepcji. Chłopak wydał mu klucz do wolnego pokoju. Marcin skinął mu tylko głową i ruszył na piętro, które było wskazane na kluczu.
Kilka minut po nim do pokoju weszła dziewczyna.
- Myślałam, że już nigdy się nie odezwiesz.
- Jak mam chwilę, to zawsze o tobie pamiętam - zażartował Marcin.
Nie wiązał z tą relacją żadnych większych planów. Lubił mieć jakąś kobietę przy sobie. Nie znosił samotnych wieczorów. Twierdził, że ktoś musi zajmować się jego potrzebami seksualnymi.
Nie zdążyli nawet wypić do końca pierwszego drinka, a dziewczyna już zaczęła się rozbierać.
Marcin pomyślał w głębi ducha, że wieczór zapowiadał się dokładnie tak, jak to sobie zaplanował.
*
Krystian wstał przed wieczorem. Dopiero teraz dotarło do niego, co zrobił wcześniej. Jego pożądanie było silniejsze od niego.
Fakt, że nigdy nie miał kobiety i był w swoim wieku prawiczkiem, doprowadzał go do wściekłości. Nie rozumiał, czemu kobiety nie chcą mieć z nim nic wspólnego.
Niektóre nawet nie chciały z nim rozmawiać.
Wstał ciężkim krokiem. Spojrzał w poplamione lustro - krzywe zęby, twarz pokryta bliznami i wypryskami, tłuste włosy.
Jego aparycja nie przyciągała spojrzeń, jednak w głębi duszy uważał się za dobrego faceta. Myślał o sobie: "Byłbym dla niej dobry. Dbałbym o swoją kobietę".
Ale w jego duszy wzbierała złość. Złość i samotność.
Musiał się ubrać. Był umówiony, że zawiezie vanem kilka rzeczy na stare wysypisko. Chciał to załatwić, zanim całkowicie się ściemni.
Ubrał się w swoje robocze ubrania. Zapakował wszystko, co chciał wywieźć z posesji. Zajęło mu to więcej czasu, niż się spodziewał.
Ciepły letni wieczór sprawił, że cały się spocił z wysiłku.
Zachodzące słońce, spokojny śpiew ostatnich ptaków i lekki, ciepły wiatr dawały iluzję spokoju i bezpieczeństwa.
Nadchodząca noc budziła miasto do życia - ludzie ruszali na nocne eskapady ze znajomymi. Letnie noce były stworzone do romansów i zabawy.
Spakował stare rupiecie na vana i wywiózł je na nielegalne wysypisko, znajdujące się kawałek drogi od jego domu.
Kiedy wrócił zmęczony, zrobił sobie herbatę i usiadł na starym ogrodowym krześle przed domem.
Ciepły podmuch letniego wiatru smagał jego rzadkie czarne włosy i bladą cerę.
Zamknął oczy i wciągnął głęboko świeże powietrze.
Norbert Walczak siedział w swoim gabinecie. Ruch na sali był dość duży, bo wszyscy szykowali się do kolejnej piątkowej imprezy. Cały zespół barmanek i ochroniarzy zaczynał się już schodzić. Norbert popijał zimnego drinka, delektując się dobrą whisky. Wyśmienity obiad, który zjadł, porządna whisky i gorące dziewczyny, które miał zamiar sobie dziś sprawić, wprawiały go w znakomity nastrój.
Jego sielankę przerwały nagłe krzyki z sali. Odstawił szybko drinka na stół i wybiegł sprawdzić, co się dzieje. Zobaczył kilkunastu policjantów szarpiących się z jego ochroniarzami.
- Co tu się wyprawia?! - krzyknął.
- Proszę się odsunąć. Pańscy ludzie muszą zostać zatrzymani - odpowiedział mu jakiś głos.
- A kim ty jesteś, żeby o tym decydować? - odparł z pogardą Walczak.
- Proszę pana, jestem szefem grupy śledczej. Wytypowaliśmy pańskich ludzi jako sprawców pobicia i będą zatrzymani do wyjaśnienia.
- Naprawdę? Ma pan jakieś dokumenty? Odznakę, żeby się wylegitymować?
- Oczywiście.
Mężczyzna szybko zaprezentował Walczakowi nakazy zatrzymania trzech jego ochroniarzy. Pokazał legitymację i spokojnym tonem wytłumaczył, dlaczego funkcjonariusze muszą ich zabrać. Walczak przejął dokumenty i zerknął na nie z miną eksperta. Nie rozumiał ani słowa z tego prawniczego bełkotu, ale chciał wyglądać poważnie przed policjantem. Sprawdził również jego legitymację - czysto symbolicznie - żeby zaznaczyć, kto tu niby rządzi. Zmarszczył czoło, zastanowił się przez chwilę i rzucił do swoich ludzi:
- Nie stawiajcie oporu.
- Ale, szefie, jak to? Da pan nas zatrzymać?
- Jedźcie z panami. Złóżcie zeznania. Dziś przyjadą do was prawnicy, więc o nic się nie martwcie. Zadbam o wszystko.
Mężczyźni spojrzeli tylko po sobie, ale jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestali stawiać opór. Reszta ochroniarzy również się odsunęła i policjanci spokojnie mogli założyć zatrzymanym kajdanki, a następnie odprowadzić ich do radiowozów.
Zaraz po ich wyjściu Walczak wybrał numer swojego prawnika i nakazał mu zorganizować pomoc prawną dla zatrzymanych. Zgromił resztę ekipy, żeby wszyscy brali się z powrotem do pracy, i wrócił do swojego gabinetu.
Rozsiadł się na krześle, wziął kolejny łyk whisky. Dopiero teraz uświadomił sobie, że z tak błahej sprawy rozkręciło się niezłe piekło. "Mogłem nie pozwalać temu gówniarzowi handlować" - pomyślał. Ale teraz było już za późno. Musi to jakoś naprawić.
Policja przyjeżdża do jego lokalu zdecydowanie za często. Doszedł do wniosku, że trzeba będzie wyskrobać coś na łapówkę dla rodziców chłopaka albo pokryć koszty jego leczenia, żeby sprawa ucichła. Inaczej nigdy nie dadzą mu spokoju. A jego brudne pieniądze nie znoszą rozgłosu.
Wypił duszkiem drinka do końca, nasypał sobie kreskę kokainy, wciągnął ją i wyłożył nogi na biurko. Był zmęczony, ale nie chciał kończyć tak tej nocy. Zamierzał się dziś jeszcze dobrze zabawić.
*
Drzwi pomieszczenia się otworzyły i do pokoju prokuratora Filipa Andrzejczaka wszedł jego asystent. Prokurator nawet nie podniósł wzroku znad sterty dokumentów zalegających na jego biurku.
Dopiero stłumiony głos asystenta oderwał go od pracy, którą wykonywał.
- Panie Filipie... - zaczął asystent.
- Tak? Nawet nie zauważyłem, że wszedłeś - zaśmiał się Andrzejczak.
- Przygotowałem dokumenty, jak pan kazał. Będę się zbierał do domu. I panu radzę to samo.
- Świetnie, dziękuję. Ja muszę jeszcze posiedzieć nad jedną sprawą - odpowiedział prokurator.
- Do poniedziałku w takim razie - rzucił asystent.
- Do zobaczenia.
Filip miał w ostatnim czasie wyjątkowo napięty grafik. Wiele spraw, które się nagromadziły, wymagało pilnego rozwiązania. Zajmował się właśnie sprawą pobicia syna swojego kolegi z ministerstwa. Chciał jak najszybciej przesłuchać podejrzanych. Był zadowolony, że policjant z Komendy Głównej szybko wytypował sprawców.
W aktach sprawdził, kto prowadził sprawę - i uznał, że częściej będzie musiał prosić komendanta o takich fachowców. Głowa pękała mu już od natłoku myśli, paragrafów i artykułów. Spakował swoją teczkę i postanowił również iść do domu.
W drodze do auta wyjął telefon, żeby zadzwonić do córki. Ta jednak - jak często się zdarzało - nie odebrała. Postanowił wziąć coś na wynos, zjeść kolację z żoną w domu i napić się wina.
Krystian właśnie zajechał pod swój zakład pracy. Weekend, jak w większości przypadków, mijał mu na samotnym gapieniu się w telewizor albo wykonywaniu domowych obowiązków. Nie miał wielu zajęć ani żadnego hobby, więc czas wolny spędzał raczej leniwie.
Zostawił swojego vana na parkingu i ruszył na obchód po zakładzie przed swoją nocną zmianą. Ludzie z nocnej zmiany już pracowali na stanowiskach obróbki mięsa. Dźwięk maszyn do krojenia, ćwiartowania oraz mielenia mięsa przyprawiał o zawrót głowy. Krystian cieszył się, że jego obowiązki ograniczają się do patrolowania, a nie pracy w tym hałasie i zapachu.
Kiedy szedł obok taśmy przesyłowej, zobaczył ją - Marię. Stała ubrana w biały kombinezon z czepkiem na głowie i pilnowała, by linia produkcyjna szła równo. Zatrzymał się i wbił w nią wzrok. Dopiero teraz przypomniał sobie swój niechlubny czyn z wczorajszego poranka. Zawstydzenie ścisnęło mu żołądek - zrobił to, patrząc na jej zdjęcie... To był impuls, chwila słabości.
Obserwował ją z daleka, zapominając, że znowu staje się łatwym celem dla innych pracowników.
- A ty na kogo tak się gapisz? - zapytał go jeden z pracujących nieopodal mężczyzn.
Te słowa błyskawicznie wybiły go z letargu. Obejrzał się i dostrzegł grupę mężczyzn patrzących na niego z niewielkiej odległości. Nie lubił ich. To byli Ukraińcy, którzy zawsze mieli coś do powiedzenia na każdy temat.
- Na nic - wyjąkał z trudem Krystian.
- A ja myślę, że jednak coś obserwujesz - ciągnął temat mężczyzna.
- Wykonuję swoją pracę, robię obchód.
- A nie zerkasz na tę śliczną Białorusinkę Marię? - rzucił kolejny pracownik.
- To nie twoja liga, wiesz o tym? Popatrz na nią i popatrz na siebie - zakpił następny.
- Pewnie robisz na nią sprośne rzeczy, co, Krystian? - dodał inny.
Krystian poczerwieniał. Złość wezbrała w nim jak fala, ale nie miał odwagi odpowiedzieć. Mężczyźni zaczęli śmiać się na głos i pokazywać go palcami.
"Nie mogą przestać, zawsze muszą znaleźć kogoś do gnębienia" - przemknęło mu przez myśl. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę pomieszczenia z kamerami. "Kolejny raz mnie upokorzyli" - pomyślał w duchu. Wiedział jednak, że i tak nic z tym nie zrobi. Nie miał w sobie ani siły, ani odwagi.
W pokoju z kamerami siedział drugi ochroniarz - jego kolega Adam. Gdy zauważył, w jakim stanie Krystian wrócił z obchodu, od razu zapytał:
- Znowu się z ciebie nabijali?
- Nieważne - mruknął Krystian.
- Musisz coś z tym zrobić. Moja rada: albo im się postaw, albo w końcu zagadaj do tej dziewczyny, a nie gapisz się na nią jak jakiś psychopata.
- To nie takie łatwe. Nie chcę o tym rozmawiać - odburknął Krystian, odwrócił się plecami do kolegi i udawał, że przegląda kamery.
W głębi duszy wiedział, że tylko Adam w tej firmie rozmawia z nim po ludzku. Tylko on życzył mu dobrze. Ale w tej chwili nie miał ochoty na rady ani dyskusje. Założył słuchawki, żeby nikt mu nie przeszkadzał, usiadł na fotelu i wyłączył się na chwilę, patrząc beznamiętnie w ekrany monitoringu.
Marcin właśnie wsiadał do swojego auta, kiedy zadzwonił telefon. W pierwszej chwili miał ochotę zignorować połączenie, ale coś mu podpowiedziało, że to może być ważne. Sięgnął po komórkę i spojrzał na wyświetlacz - naczelnik.
- Komisarzu, mamy morderstwo. Podaję adres, technicy już jadą, pan też musi się tam natychmiast stawić - usłyszał w słuchawce chłodny, służbowy ton.
Marcin westchnął przeciągle.
- Szefie, mam dziś wolne... - próbował jeszcze oponować.
- Nie dziś. To rozkaz.
Połączenie zakończyło się szybciej, niż się zaczęło. Marcin zaklął pod nosem. Nie tak wyobrażał sobie niedzielny wieczór po bezsennej nocy, którą spędził z Martą. Liczył na sen, ciszę i nicnierobienie.
Dziewczyna coraz bardziej mu się podobała - co rzadko się zdarzało. Zwykle nie spotykał się dwa razy z tą samą kobietą. Marta była inna. Studiowała prawo i dorabiała w barze, bo nie chciała być od nikogo zależna - a do tego była cholernie piękna. Miała w sobie coś z ognia - jej spojrzenie wbijało się pod skórę, a zgrabne ciało wyraźnie świadczyło o regularnym wysiłku fizycznym.
Nie dowiedział się jednak, jaki sport uprawia - zbyt mało było w ich spotkaniach miejsca na rozmowy. Ich wieczory wypełniały seks, alkohol i ulotna namiętność.
Zrezygnowany wsiadł do auta i ruszył w stronę adresu podanego przez naczelnika. Znowu niedziela, znowu krew. Przeklinał w duchu, że zbrodnie nie mają harmonogramu. Choć statystyki pokazywały, że weekendy bywają najgorsze, on wciąż naiwnie liczył na to, że tym razem będzie inaczej.
Na miejscu czekał już prokurator Andrzejczak - wysoki siwiejący mężczyzna o wiecznie zmęczonym spojrzeniu, który wyglądał, jakby każdy dzień był dla niego jednocześnie poniedziałkiem i piątkiem.
- Dobry wieczór - przywitał się Marcin.
- Dobry... raczej niedobry - burknął prokurator. - Technicy już są, ale musi być ktoś od śledczych. Musimy coś ustalić, resztę popchniemy jutro. Też chcę w końcu usiąść do kolacji.
- Dobry plan - przytaknął Marcin.
Wspięli się po skrzypiących schodach starej kamienicy na Pradze. W kuchni zastali ciało mężczyzny. Krew była wszędzie - na stole, blacie i podłodze. Wśród krwawych plam walały się butelki po tanim alkoholu, resztki chipsów i niedopałki.
- Co mamy? - rzucił Marcin do jednego z techników.
- Mężczyzna, około trzydziestki. Wygląda na ofiarę ataku nożem. Wiele ran kłutych w klatce piersiowej. Więcej po sekcji.
- Czyli nie samobój - wtrącił prokurator.
- Zdecydowanie nie.
- Dobra, czyli szukamy sprawcy. Napisz mi coś do rana, resztą zajmiemy się jutro - rzucił prokurator z westchnieniem. - Mam jeszcze deser czekoladowy w lodówce.
- Dobrze, panie prokuratorze - odparł Marcin. Z ulgą przyjął wiadomość, że nie będzie się dziś grzebał w papierologii. Jutro też jest dzień.
Kiedy spisywał notatki, Andrzejczak przyglądał mu się uważnie. Wyobrażał sobie kogoś innego, gdy myślał o policjancie, który miałby mu pomóc złapać Ksawerego. Ale może właśnie ten typ - spokojny, z chłodnym spojrzeniem i zmęczoną twarzą - okaże się najskuteczniejszy.
Zeszli na dół, na wewnętrzne podwórko. Mieli już się rozchodzić, gdy prokurator zatrzymał go pytaniem:
- Mogę mieć do komisarza prośbę?
- To zależy jaką - odpowiedział ostrożnie Marcin.
- Wiem, że zatrzymał pan sprawców pobicia tego chłopaka... Szybko panu poszło. Chłopak się wybudził, może zeznawać. Jego ojciec to mój znajomy, wysoko postawiony urzędnik w Ministerstwie Sprawiedliwości. Czy mógłby pan jeszcze raz się tym zająć?
- Ale... przekazałem sprawę innym śledczym. Zrobiłem swoje - odparł zaskoczony Marcin.
- Tak, rozumiem, ale bardzo bym prosił. Będę pana dłużnikiem. A to czasem się przydaje.
Marcin przez chwilę milczał. Wiedział, że może odmówić. Jednak w tej branży dobre relacje z prokuratorami bywały bezcenne. Może kiedyś role się odwrócą i to on będzie potrzebował przysługi.
- Jasne. Skoro pan prokurator tak ładnie prosi... załatwię to jutro.
- Świetnie, bardzo dziękuję. Jutro jak najbardziej pasuje.
Uścisnęli sobie dłonie. Potem wsiedli do samochodów i odjechali w dwa różne kierunki - jeden w stronę eleganckiego domu z kolacją i winem, drugi do kawalerki z zimną pizzą i ścianą notatek.
Krystian wrócił po pracy do domu. Ciężka i długa nocka, którą właśnie skończył, była wyjątkowo wyczerpująca. Jeden z pracowników został przyłapany pod wpływem alkoholu i ochroniarze musieli go usunąć z zakładu, co natychmiast wywołało konflikt z resztą załogi, która stanęła w obronie zwolnionego.
Jednak kierownik zmiany był nieugięty - kazał natychmiast wyrzucić typa z terenu zakładu i w trybie dyscyplinarnym zakończyć współpracę. Krystian, będąc raczej drobnej postury, długo siłował się z tęgim mężczyzną. Gdyby nie pomoc Adama, nie dałby sobie rady. Odchodząc, pijany robotnik rzucał w ich stronę groźby i przekleństwa, ale obaj ochroniarze postanowili to zignorować.
Przez całą tę sytuację Krystian nie mógł spędzić czasu na obserwowaniu Marii przez kamery. A robił to zawsze, gdy tylko miał chwilę spokoju.
Do domu wrócił, gdy za oknem już świtało. Powietrze było ciepłe i lekkie - pachniało lipą, kurzem i porankiem. Świat zdawał się właśnie budzić do życia, a on marzył tylko o tym, by na chwilę je wyłączyć.
Zaraz po wejściu do kuchni natknął się na panią Jadzię - właścicielkę mieszkania. Starsza kobieta, nie mając rodziny w okolicy, pozwoliła mu zamieszkać na strychu w zamian za doraźną pomoc wokół domu.
Pani Jadzia, choć w podeszłym wieku, była wciąż zaskakująco ruchliwa. Kiedy miała lepsze dni, już od rana krzątała się po mieszkaniu, gotując lub piekąc rozmaite przysmaki, którymi chętnie dzieliła się z Krystianem. On sam - z braku umiejętności, ale i z lenistwa - rzadko zapuszczał się do kuchni. Jadał głównie mrożonki albo gotowce, za co starsza kobieta nieustannie go karciła. Gdy tylko miała siły, gotowała mu coś domowego. Krystian doceniał tę relację. Dbał o nią, pomagał jej w naprawach, nosił zakupy, wynosił śmieci. Ich współistnienie przypominało cichą, pełną szacunku symbiozę.
Czasem miał wrażenie, że pani Jadzia była dla niego kimś więcej niż tylko gospodynią. Była jak... wersja matki, której nigdy nie znał.
Krystian nigdy nie poznał swoich rodziców. Jedyne, co pamiętał z dzieciństwa, to ponury dom dziecka, z którego starał się uciec najszybciej, jak tylko mógł. Udało mu się to zaraz po osiemnastych urodzinach.
Dom dziecka kojarzył mu się wyłącznie z krzywdą, bólem i cierpieniem, których doświadczył ze strony starszych wychowanków. Opiekunowie również nie okazywali współczucia. Dlatego wspomnienie dzieciństwa było w jego pamięci czarną, rozmytą plamą, do której wolał nie wracać. Na samą myśl przechodziły go ciarki.
Pani Jadzia, kiedy tylko zobaczyła Krystiana, uśmiechnęła się szeroko swoimi sztucznymi zębami i od razu zaprosiła go do kuchni.
- Krystian, witaj, tak na ciebie czekałam. Upiekłam świeże bułeczki, zjemy razem na śniadanie, dobrze?
Krystian odpowiedział uśmiechem. Wiedział, że nie potrafi sobie odmówić jej domowych wypieków.
- Oczywiście. Z największą przyjemnością. Nawet mam w torbie mleko, to może i kawa się znajdzie?
- Ojj ty, zawsze pamiętasz o takich rzeczach. Jesteś kochany.
Te słowa go rozczuliły. Rzadko słyszał coś ciepłego pod swoim adresem. Wstawił czajnik, rozłożył dwa talerzyki i już po chwili siedzieli razem przy kuchennym stole, jedząc bułeczki i czekając na kawę.
Choć starsza kobieta była mu całkiem obca, stała się w jego życiu kimś bliskim - jedyną osobą, z którą naprawdę rozmawiał. Poza nią i Adamem nikt nie traktował go życzliwie. Dla reszty był dziwakiem. Cichym, nijakim, łatwym do ośmieszenia.
Po śniadaniu Krystian wspiął się na górę do swojego pokoju na strychu. Był wykończony po nocnej zmianie, ale zanim zasnął, przypomniał sobie, że obiecał jednemu z sąsiadów wywieźć śmieci. To była dodatkowa forma zarobku - za niewielką opłatą wykonywał drobne zlecenia: przewóz mebli, wywóz rzeczy, czasem drobne naprawy.
Właśnie dlatego kupił swojego starego Sprintera. Mimo że był wysłużony, idealnie sprawdzał się w pracy. Krystian dorabiał, jak mógł. Pensja ochroniarza nie wystarczała na zbyt wiele.
Położył się na łóżku. Zasłonił małe dachowe okno grubą zasłoną, ale mimo wszystko nie mógł zasnąć. Wiercił się, przewracał z boku na bok, czuł gorąco, rozdrażnienie, napięcie.
Znowu myślał o Marii. Jej twarz, jej ruchy, sposób, w jaki poprawiała włosy pod czepkiem ochronnym - wszystko to powracało jak narkotyk. Krew pulsowała mu w skroniach. Ale coś było inaczej. Tym razem w jego głowie pojawił się obraz Katii.
Ta dziewczyna z pracy. Zawsze uśmiechnięta, zawsze pierwsza do żartów - szczególnie z niego. To Katia mówiła, że wygląda, jakby nie spał od tygodnia, że patrzy na ludzi jak psychopata i że pewnie w domu gada sam do siebie. Śmiała się razem z innymi, a czasem najgłośniej ze wszystkich. Nagle wszystkie ciepłe uczucia wobec Marii zaczęły gasnąć, jakby ktoś zakręcił kurek. Zamiast nich pojawiła się złość. Zimna, lepka i wpełzająca pod skórę.
Chciał, żeby Katii zrobiło się głupio. Żeby przestała się śmiać. Żeby zobaczyła, że on też coś znaczy.
Wziął telefon i znalazł jej profil na Instagramie. Przeglądał zdjęcia - z wakacji, ze znajomymi, w bikini, z drinkiem na tle morza. Poczuł, jak wzbiera w nim napięcie. Nie miało w sobie nic z czułości - tylko wściekłość i pogardę. Nie chciał jej dotykać. Chciał, żeby cierpiała. Jak on.
Wyobraźnia zaczęła pracować. W jego głowie rodził się scenariusz zemsty. Obrazy były gwałtowne, brudne, duszne. O niej. O tym, że już się nie śmieje. Że patrzy na niego ze strachem, a nie z kpiną.
"Kto teraz jest przegrywem?" - słyszał w głowie swój własny głos, gardłowy, obcy.
Dyszał. Dłonie mu drżały. W głowie krążyły słowa, których nigdy nie wypowiedziałby na głos. Zamknął oczy. Przez moment czuł się, jakby rzeczywistość przestała istnieć. Jakby został sam ze swoją furią, podnieceniem i pogardą.
Doszedł szybko. Zbyt szybko. I z zaskoczeniem. Otworzył oczy, wpatrzony beznamiętnie w sufit. Nagle wszystko ucichło. Tylko pulsował mu kark, a w głowie panował bałagan.
- Czy ja jestem chory? - wyszeptał sam do siebie.
Nie znał odpowiedzi. Może już dawno przestało to mieć znaczenie.
Odłożył telefon. Leżał nagi na łóżku. Myśli krążyły w kółko.
Gdzieś pomiędzy jawą a snem wypowiedział jeszcze jedno zdanie. Cicho, jak modlitwę:
- Tak bardzo bym chciał cię ukarać, Katia.
Zasnął twardym, nieruchomym snem. Jak gdyby coś w nim zostało wyłączone.
Grucha wszedł do komisariatu. W jednej ręce trzymał kubek kawy, drugą poprawiał rozpinaną bluzę. Na schodach minął kolegę z wydziału, który rzucił mimochodem:
- Szuka cię naczelnik.
Nie była to żadna nowość. Naczelnik zawsze czegoś chciał. A szczególnie od niego. Marcin westchnął, zmienił kierunek i zamiast iść do swojego gabinetu, ruszył prosto pod drzwi przełożonego. Zatrzymał się na chwilę, zebrał myśli, zapukał zdecydowanie.
- Wejść - usłyszał zza drzwi.
Otworzył je szybkim ruchem, wszedł jeszcze pewniej i bez czekania na zaproszenie usiadł na krześle.
- Słyszałem, że mnie pan naczelnik szukał?
- Grucha... ty dużo wiesz, ale czasami jeszcze więcej nie wiesz.
- Nie bardzo rozumiem. Mówi pan zagadkami, panie naczelniku.
- Zamknij się. Potrzebuję odpowiedzi, nie dyskusji.
- To słucham pytań - rzucił Marcin z bezczelnym uśmiechem.
- Byłeś wczoraj na tej miejscówce, co cię tam wysłałem?
- Zgadza się.
- Zrobiłeś raport?
- Skończę za trzydzieści minut. Zapewne pan naczelnik nie zauważył, była niedziela, czyli mój wolny dzień. Kiedy wszyscy grzali kanapę, ja jechałem na jakąś domową rzeź.
- Ty mi się tu nie mądrzyj. Wysłałem cię, bo ostatnio spieprzyłeś kilka spraw i byłeś, delikatnie mówiąc, niekompetentny. To było twoje odkupienie.
- No dobra, dobra. Żartuję. Serio, zaraz siądę i to zrobię.
- Druga kwestia: kto tam był z tobą?
- Technicy i jakiś prokurator... zapomniałem nazwiska, mam zapisane.
- Zapomniałeś? A jesteś pewien, że masz tam kawę w tym kubku? - Naczelnik zmrużył oczy i spojrzał podejrzliwie.
- Może pan sprawdzić. - Marcin podsunął mu kubek pod nos.
- Zabieraj mi to sprzed twarzy. Sprawa jest taka: ten prokurator napisał na ciebie pochwałę. Powiedział, że wykazałeś się wzorowym podejściem. Mało tego, poprosił komendanta, żebyś to ty przesłuchał chłopaka, który się wybudził. Coś ci to mówi?
- Mówił, że prosiłby, żebym się tym zajął. Ale o pochwałach nic nie wspominał. Może jakaś premia się szykuje? - Grucha znowu uśmiechnął się bezczelnie.
- Przesłuchaj tego chłopaka. Sam nie wiem, czemu to dla nich takie ważne, ale skoro komendant aż się gotuje, to może coś w tym jest. A kto by się spodziewał, że Andrzejczak - akurat on - cię pochwali. No ale widocznie takie charaktery się przyciągają.
- Jakie charaktery? - Marcin spojrzał głupkowato.
- Możesz odejść. Raport i przesłuchanie to twoje zadania na dziś. Odmeldować się, Gruczyński.
Marcin bez słowa wstał i wyszedł z gabinetu. Przed naczelnikiem nie zamierzał tego okazywać, ale w środku był nieco zaskoczony. Pochwała? Za co? Przecież nie zrobił nic wielkiego poza daniem słowa, że przesłucha chłopaka. A jednak - już mu się to opłaciło. "Dobra decyzja" - pomyślał.
Zastanawiało go jedno: kiedy prokurator zdążył wystosować pochwałę i załatwić formalności w poniedziałkowy poranek? Czy ten człowiek w ogóle sypia? Przebiegło mu to przez głowę, ale postanowił się tym nie przejmować. Przed nim był pracowity dzień, a wieczorem planował wyskoczyć na piwo z chłopakami z wydziału. Nie chciał siedzieć w robocie do późna.
Zaraz po skończeniu raportu wysłał go naczelnikowi, spakował graty do plecaka, włożył kurtkę i ruszył do wyjścia. Na schodach spotkał komisarza Dawida Konopskiego, swojego partnera z sekcji.
- Wychodzisz dzisiaj z nami na piwo? - rzucił Dawid.
- Jasne. A gdzie idziemy?
- Kiedyś byśmy poszli do La Joyi, ale po ostatniej akcji z ochroniarzami... średnio by to wyglądało.
- No fakt, trochę kwas. Ale nie było wyjścia. Napisz mi SMS-a, gdzie będzie zbiórka. Dojadę.
- Może uda się coś poderwać na mieście - zaśmiał się Dawid.
- Może. Dobra, lecę. Do później.
Marcin wsiadł do służbowego BMW i ruszył w stronę szpitala, gdzie przebywała ofiara pobicia - młody chłopak, który cudem przeżył.
Ksawery siedział w swoim biurze. Zjadł śniadanie i sprawdzał faktury. Mimo że wpatrywał się w rzędy cyferek, kompletnie nie mógł się na nich skupić.
W końcu wstał od dużego, masywnego, dębowego biurka i podszedł do szafy. Wyciągnął szklankę, nalał sobie whisky i wypił duszkiem. Sięgnął do kieszeni kurtki po papierosy i odpalił jednego. Usiadł na kanapie stojącej w rogu pokoju.
Ciężki, gryzący dym papierosowy unosił się w powietrzu. Biuro na zapleczu, pozbawione okna, oświetlane jedynie gołą żarówką, wyglądało jak cela przesłuchań - ciasne, przyduszone, mroczne. Dym zawisł w powietrzu, sprawiając, że pomieszczenie wydawało się jeszcze ciemniejsze.
Ksawery wziął głęboki oddech i zaczął nerwowo chodzić po pokoju. Zbyt wiele spraw zaczęło się sypać.
Najpierw ten gówniarz w klubie. Na początku wydawało mu się to błahostką, teraz wiedział, że mogą wyniknąć z tego poważne problemy. Mimo że wysłał trzech prawników dla swoich ochroniarzy, do tej pory nie opuścili aresztu. Prokurator wydał decyzję, że mają tam siedzieć.
"Pieprzony urzędas" - pomyślał gangster.
Do tego jeszcze zatrzymanie całego transportu narkotyków ze wschodniej granicy. Nie dość, że nie dotarł towar, to jeszcze cały wkład poszedł się jebać. Cały czas próbował rozgryźć jedno pytanie: jakim cudem celnicy wiedzieli, kiedy i którędy idzie transport?
Nie dawało mu to spokoju. Pętla się zaciskała, a on nie znosił, gdy coś wymykało mu się spod kontroli.
Szybkim ruchem wstał, otworzył nerwowo szafę i nalał sobie kolejną porcję whisky.
Myślał, że może któryś z ochroniarzy puścił parę z gęby, ale przecież nie wiedzieli o transporcie. Nie byli w to wtajemniczeni.
Na domiar złego ten Grucha cały czas siedział mu na ogonie. Od miesięcy próbował go dorwać, ale do tej pory niczego nie udało mu się udowodnić.
Skończył drinka. Nie mógł się skupić na fakturach. Widział tylko, że weekend był udany - zyski w klubie wyglądały okazale. Chociaż tyle. Taka ilość gotówki zawsze dawała pole do manewru. I do prania.
Wstał w końcu od stołu, otworzył drzwi.
- Karolina! - zawołał jedną z kelnerek.
- Tak, szefie - dobiegło z oddali.
- Powiedz kierowcy, żeby szykował auto. Muszę gdzieś podjechać.
Wiedział, że z transportem niewiele już da się zrobić. Całość przepadła, ale może uda się odzyskać choć skrawek - cokolwiek, co nie wpadło w ręce celników. Musiał spróbować.
Postanowił odwiedzić człowieka, który załatwiał wszystko na granicy. Może coś się da wytargować. Może za dodatkową gotówkę... a jeśli to nie zadziała - przemoc zawsze była skuteczna. Sprawdzała się wcześniej, sprawdzi się i teraz.
Ta myśl go uspokoiła. Przywróciła mu poczucie kontroli.
Z lekkim uśmiechem wyszedł na zewnątrz. Auto już czekało - silnik mruczał, kierowca miał wzrok wbity w lusterko.
Ksawery wsiadł bez słowa i zatrzasnął za sobą drzwi.
Marcin zajechał pod szpital, zaparkował auto i ruszył w stronę wejścia. Już przy drzwiach młoda pielęgniarka poinformowała go, gdzie leży jego pacjent, i komisarz skierował się prosto do pokoju numer sto dwadzieścia.
Stanął przed drzwiami, zapukał i wszedł do środka. Młody mężczyzna leżał przy samym oknie i gapił się w telewizor. W sali było jeszcze dwóch innych pacjentów - razem z nim w milczeniu oglądali jakiś program.
Pomieszczenie było nieduże, ale urządzone nowocześnie. Łóżka, pościel, telewizor - wszystko wyglądało, jakby dopiero co zostało tu wstawione. Zupełnie nie tak wyobrażał sobie szpital. W jego głowie te miejsca zawsze były szare, cuchnące i z czasów Gierka.
Marcin podszedł do chłopaka. Przysunął sobie taboret, usiadł i nachylił się nad nim.
- Seweryn Borkowski?
Chłopak obserwował go od momentu, gdy tylko wszedł do sali. Marcin zdawał sobie z tego sprawę, ale nie przejął się tym szczególnie. Towarzysze niedoli Borkowskiego też patrzyli. Ich wzrok śledził każdy ruch komisarza, jakby byli jego prywatnymi ochroniarzami. Marcin czuł ich spojrzenia na karku.
Seweryn dalej nie odrywał od niego wzroku. Wpatrywał się beznamiętnie, bez słowa.
- O ile wiem, na razie nie możesz chodzić - rzucił chłodno Marcin. - Ale mówić możesz. To jak się nazywasz?
- Seweryn Borkowski - odpowiedział cicho chłopak, nie kryjąc zdziwienia.
- Super. To najważniejsze mamy już ustalone.
Marcin nie mógł znieść palącego spojrzenia współlokatorów młodego mężczyzny. Odwrócił się do nich, spojrzał wymownie, wyciągnął legitymację służbową i rzucił:
- Panowie, będę musiał tu przesłuchać tego młodego człowieka. Czy moglibyście opuścić pokój? Telenowelę obejrzycie sobie na popołudniowej powtórce. Dziękuję.
Nie czekał na reakcję. Odwrócił się z powrotem do chłopaka. Po chwili usłyszał jedynie skrzypienie łóżek i dźwięk zamykanych drzwi. Dopiero teraz przyjrzał się dokładnie Sewerynowi.
Jedna ręka w gipsie. Obie nogi również. Twarz - poza siniakiem pod okiem - wyglądała na nietkniętą, ale bandaż okręcony wokół głowy sugerował, że to tylko pozory. Turban z białego materiału był przesiąknięty lekką smugą krwi tuż przy karku. Uciekł śmierci o milimetry.
- Ale cię urządzili, co? Długo się będziesz kurował.
- Lekarze mówią, że i tak miałem szczęście... jakiś wewnętrzny wylew, uraz głowy... Fart, że przeżyłem.
- Za co cię tak skopali?
- Nic wielkiego. - Chłopak wyraźnie się zawstydził; spuścił wzrok.
- Słuchaj. Będę z tobą szczery. Twój stary to duża szycha. Dostałem zlecenie, żeby cię przesłuchać. Ja, szczerze, mam w dupie, kim jest twój ojciec. Ale mój komendant już nie. Ja mam robić swoje. Jeśli przez ciebie wdepnę w gówno, bo nic mi nie powiesz, to wrócę do tych osiłków, powiem, że mi nagadałeś na nich głupot, i wpierdolą ci drugi raz. Masz wybór: albo gadasz ze mną, albo z nimi. Tylko że oni siedzą już w areszcie i raczej nie są w nastroju do rozmów.
- Co? Zamknęliście ich za to? To mam przejebane... - jęknął chłopak, blady jak ściana.
- Jeszcze nie masz. Jak mi powiesz, o co poszło, to ogarnę temat. Ale muszę wiedzieć, co się wydarzyło. No, Seweryn?
Chłopak przełknął ślinę. Spojrzał w bok. Na moment zamilkł. W tle grał cicho telewizor - jakiś serial, śmiechy z offu. Tu, w tej sali, śmiech był jak obca muzyka.
- Ja i kolega handlowaliśmy dla jednego z dilerów Ksawerego. Jeden klient nie zapłacił i się ulotnił. Tamten stwierdził, że to my go wystawiliśmy. Powiedział wszystko szefowi. Chciałem to wyjaśnić w klubie, ale ci ochroniarze już wiedzieli, co mają robić. No i mnie pobili.
- Ech... Wytłumacz mi jedno. Twój stary to gruba ryba. Zarabia kupę kasy. A ty się pakujesz w takie gówno?
- Chciałem zaimponować znajomym... a poza tym stary nie daje mi tyle, co pan myśli. Musiałem się jakoś ustawić.
- To co teraz?
- Nie wiem. Co ja mam zrobić?
- Nic. Ja to załatwię. Ale kasę musisz mu oddać. Jak wisisz siano, to oddajesz, wtedy ja to załatwię. Jasne? Pożycz od ojca, młody. Bo jak nie zapłacisz, to oni cię... sam wiesz, co zrobią.
Z ciężkim westchnieniem Seweryn wbił wzrok w kołdrę. Już wcześniej rozważał tę opcję, ale coś go powstrzymało. Teraz wiedział, że nie ma wyjścia.
- Dobra - powiedział cicho.
- Załatwię ci trochę czasu. Ale musisz się ogarnąć - podsumował Marcin.
- Zgoda - rzucił Seweryn.
Marcin wstał, odsunął taboret nogą, skinął głową chłopakowi i wyszedł z sali.
Przed drzwiami stali współlokatorzy Seweryna. Najwyraźniej podsłuchiwali całą rozmowę.
Marcin rzucił im wymowne spojrzenie. Przez chwilę wyglądało, jakby chciał coś powiedzieć - już otwierał usta, ale ostatecznie tylko westchnął, obrócił się i ruszył w stronę wyjścia.
Wsiadł do auta, odpalił silnik i skierował się w stronę komendy.
W drodze zadzwonił do prokuratora Andrzejczaka i poinformował, że sprawa z Sewerynem została załatwiona. Andrzejczak wyraźnie się ucieszył - w jego głosie słychać było ulgę, może nawet satysfakcję. Poprosił o spotkanie, chciał znać więcej szczegółów.
Marcin jednak przełożył to na jutro - dziś miał jeszcze kilka rzeczy do załatwienia i nie miał ochoty na rozmowy w cztery oczy z urzędnikiem, który zawsze pachniał kosztownymi cygarami i martwym sumieniem.
Późnym popołudniem, gdy opuszczał komendę, marzył tylko o szybkim prysznicu, zimnym piwie i łóżku. Plecy go bolały, głowa pulsowała od nadmiaru informacji, a ubranie zaczynało ciążyć jak zbroja.
W ostatniej chwili przypomniał sobie jednak o porannej obietnicy - spotkaniu z chłopakami na piwie. Zaklął w duchu, że się na to zgodził, ale teraz było mu głupio się wycofać. Westchnął i skierował się w stronę Starego Miasta, do baru, którego lokalizację podesłał mu w SMS-ie jego partner Dawid.
W drodze na miejsce dostał jeszcze wiadomość od Marty.
Otworzył SMS-a.
"Może szybki seks u ciebie?".
Propozycja brzmiała jak spełnienie marzeń po ciężkim dniu. Przez sekundę się zawahał, patrząc na ekran.
Ale nie odpisał. Dziś potrzebował czegoś innego. Ciszy między hałasem. Męskiego wieczoru, kilku piw i choćby odrobiny normalności.