Sztuka upodlenia - Rafał Olender

-
Proszę czekać

14.

Adam wszedł do ich po­ko­ju z ka­me­ra­mi. Za­stał już tam swo­je­go ko­le­gę, któ­ry sie­dział przy biur­ku, po­pi­ja­jąc her­ba­tę i sku­pia­jąc się na mo­ni­to­rach. Kry­stian czę­sto przy­cho­dził wcze­śniej.

Adam po­dej­rze­wał, że wy­ni­ka­ło to z bra­ku obo­wiąz­ków do­mo­wych i z tego, że Kry­stian był sin­glem. Pra­ca wy­da­wa­ła się waż­ną czę­ścią jego ży­cia - może naj­waż­niej­szą.

Adam nie miał ta­kie­go kom­for­tu. Żona i dwój­ka dzie­ci spra­wia­ły, że na roz­ryw­kę miał nie­wie­le cza­su, a dla sie­bie - jesz­cze mniej. Za­wsze było coś do zro­bie­nia w domu.

Ale nie na­rze­kał. Lu­bił czas spę­dza­ny z ro­dzi­ną, ce­nił sta­bil­ność i ru­ty­nę. Wie­dział, że ma szczę­ście - po pra­cy cze­ka­ło na nie­go coś wię­cej niż ci­sza i ścia­ny.

- Zro­bisz mi tę her­ba­tę? - rzu­cił zdy­sza­ny, za­my­ka­jąc za sobą drzwi do po­ko­ju mo­ni­to­rin­gu.

- Ja­sne - od­po­wie­dział Kry­stian i bez sło­wa wsta­wił wodę.

- Sły­sza­łeś new­sa? - za­py­tał Adam, sia­da­jąc na swo­im krze­śle.

- Nie. Co się sta­ło?

- Bie­drzyc­ki po­sta­no­wił zor­ga­ni­zo­wać im­pre­zę in­te­gra­cyj­ną dla wszyst­kich pra­cow­ni­ków.

- Na­praw­dę? - Kry­stian uniósł brwi i na­pił się her­ba­ty.

- Tak. Po­dob­no w ze­szłym roku za­ro­bił kupę kasy i stwier­dził, że może coś za­fun­do­wać ze­spo­ło­wi. Idziesz?

- Nie wiem. Ra­czej nie... - rzu­cił Kry­stian obo­jęt­nym to­nem.

- Ja bym po­szedł. Chy­ba cały nasz ze­spół się wy­bie­ra. Wy­rwiesz się gdzieś w koń­cu. A może wresz­cie po­ga­dasz z tą Bia­ło­ru­sin­ką? - do­dał Adam z lek­kim uśmie­chem.

Kry­stian nic nie od­po­wie­dział. Spoj­rzał w ekran, jak­by coś ana­li­zo­wał, ale jego ko­le­ga do­brze wie­dział, że tra­fił w czu­ły punkt.

Kry­stian się za­czer­wie­nił. Za­wsze tak re­ago­wał, gdy ktoś wspo­mi­nał imię dziew­czy­ny, któ­ra mu się po­do­ba­ła - a te­raz wła­śnie tak było z Ma­rią.

Nie po­tra­fił tego ukryć - ru­mie­niec zdra­dzał wię­cej, niż chciał­by przy­znać.

Jed­nak sama myśl o pry­wat­nej roz­mo­wie z nią, poza biu­ro­wym kon­tek­stem, była ku­szą­ca. Może zbyt ku­szą­ca, by cał­ko­wi­cie ją zi­gno­ro­wać. Bez sło­wa po­sta­wił ku­bek z go­rą­cą her­ba­tą na biur­ku ko­le­gi i usiadł na krze­śle.

Adam to za­uwa­żył.

- Po­myśl, to już w na­stęp­ny pią­tek. Ro­ze­rwie­my się, wy­pi­je­my kie­li­cha, bę­dzie faj­nie - rzu­cił z en­tu­zja­zmem i klep­nął Kry­stia­na w ple­cy. Uśmiech­nął się przy tym szcze­rze, bez cie­nia zło­śli­wo­ści.

Chło­pak wziął łyk her­ba­ty. Uśmiech­nął się pod no­sem, ale nie chciał tego po­ka­zać.

Nie był ty­pem, któ­ry się od­sła­nia. Ale nie po­tra­fił też cał­kiem zi­gno­ro­wać ob­ra­zu, jaki za­czął po­wo­li ukła­dać mu się w gło­wie. Per­spek­ty­wa, któ­rą przed­sta­wił Adam, na­praw­dę wy­glą­da­ła ku­szą­co.

Może to fak­tycz­nie do­bra oka­zja, żeby po­ga­dać z Ma­rią. Może je­dy­na.

Ta myśl utkwi­ła w gło­wie Kry­stia­na jak za­dra, któ­rej nie spo­sób się po­zbyć.

15.

Mar­cin gnał wła­śnie na ko­men­dę. Im­pre­za z ko­le­ga­mi skoń­czy­ła się dość szyb­ko, więc za­wi­nął się do domu. Mimo że wy­pił kil­ka piw i kil­ka kie­lisz­ków wód­ki, czuł się tak, jak­by wczo­raj nie wy­pił ani kro­pli.

Po dro­dze wstą­pił jesz­cze po kawę. W tym sa­mym cza­sie za­dzwo­nił te­le­fon - na­czel­nik po­in­for­mo­wał go, że na ko­men­dzie cze­ka już na nie­go pro­ku­ra­tor. Mar­cin obie­cał, że bę­dzie naj­szyb­ciej, jak się da.

Do­my­ślał się, któ­ry to pro­ku­ra­tor - An­drzej­czak - i nie po­tra­fił po­jąć, dla­cze­go zno­wu cze­goś od nie­go chce. Prze­cież wczo­raj po prze­słu­cha­niu chło­pa­ka w szpi­ta­lu przy­go­to­wał ra­port i wy­słał go do na­czel­ni­ka, żeby nikt nie za­rzu­cił mu dzia­ła­nia na wła­sną rękę. A ten da­lej cze­goś chce?

Za­czy­na­ło go to mę­czyć. My­ślał, że jed­na przy­słu­ga wy­star­czy, a wy­glą­da­ło na to, że wcią­ga go to w coś wię­cej. Ale za­raz skar­cił się w du­chu - jesz­cze na­wet nie wie­dział, cze­go An­drzej­czak chce. Może to bła­host­ka. Może.

Za­je­chał na par­king, za­par­ko­wał auto i spo­koj­nym kro­kiem ru­szył scho­da­mi na górę do swo­je­go ga­bi­ne­tu.

Drzwi były otwar­te. Da­wid sie­dział przy biur­ku, stu­ka­jąc w kla­wia­tu­rę. Przy jego sta­no­wi­sku, jak­by zu­peł­nie nie­przy­pad­ko­wo, sie­dział pro­ku­ra­tor An­drzej­czak.

Mar­cin udał za­sko­cze­nie i rzu­cił zdu­mio­nym to­nem:

- Pan pro­ku­ra­tor... tu­taj?

- Dzień do­bry. Tak, chcia­łem omó­wić pew­ne kwe­stie i... w dro­dze do pro­ku­ra­tu­ry po­sta­no­wi­łem zaj­rzeć oso­bi­ście.

- Ja­sne, śmia­ło. Kawa? Her­ba­ta?

- Nie, dzię­ku­ję. Pana ko­le­ga już pro­po­no­wał - od­mó­wi­łem. Ja tyl­ko na se­kun­dę.

- Pan pro­ku­ra­tor wie, my tu wszy­scy je­ste­śmy uprzej­mi - rzu­cił pół­żar­to­bli­wie Mar­cin i spoj­rzał po­ro­zu­mie­waw­czo na Da­wi­da.

- Tak, wiem, pa­no­wie... ale czy mo­że­my po­roz­ma­wiać na osob­no­ści?

- Da­wid, zo­sta­wisz nas?

Part­ner tyl­ko kiw­nął gło­wą, wstał i wy­szedł z po­miesz­cze­nia. Drzwi za­mknę­ły się ci­cho.

Mar­cin pod­szedł bli­żej, usiadł i skrzy­żo­wał ra­mio­na.

- A więc słu­cham. Coś nie zga­dza się w ra­por­cie? Prze­słu­cha­łem chło­pa­ka dość sta­now­czo, jak pan chciał.

- Tak, wszyst­ko w po­rząd­ku. Wi­dzia­łem. Dzię­ku­ję. Ale bra­ku­je mi...

- Cze­go? - prze­rwał mu znie­cier­pli­wio­ny Mar­cin. Ton pro­ku­ra­to­ra nie wró­żył nic do­bre­go.

- Za­bra­kło mi cze­goś, co mo­gło­by ob­cią­żyć Ksa­we­re­go.

Mar­cin spoj­rzał na nie­go uważ­nie.

- Co ma pan na my­śli?

- Chciał­bym, żeby chło­pak po­wie­dział wprost, od kogo ku­po­wał nar­ko­ty­ki. Kto nimi han­dlu­je. Co wie o Ksa­we­rym.

- Pan żar­tu­je?

Pro­ku­ra­tor nie od­po­wie­dział. Tyl­ko pa­trzył. Spo­koj­nie. Wy­cze­ku­ją­co. Jak gracz, któ­ry wie, że ma lep­sze kar­ty, ale jesz­cze ich nie wy­kła­da.

Mar­ci­na za­szo­ko­wa­ło to, co usły­szał. Jako ko­mi­sarz po­li­cji do­sko­na­le wie­dział, ja­kie kon­se­kwen­cje mogą przy­nieść ta­kie ze­zna­nia. Ja­kie pie­kło może spaść na chło­pa­ka, je­śli ten na­praw­dę syp­nie Ksa­we­re­go. Po­mi­ja­jąc fakt, że i tak mu­siał zwró­cić gang­ste­ro­wi nie­ma­łą sumę - wię­cej pro­ble­mów by­ło­by dla nie­go jak wy­rok.

- Nie, mó­wię śmier­tel­nie po­waż­nie - od­parł pro­ku­ra­tor chłod­no. - Chciał­bym, żeby zło­żył ta­kie ze­zna­nia. Je­śli nie, do­bi­je­my mu wy­rok za han­del.

- My­śla­łem, że to syn pań­skie­go zna­jo­me­go? - Mar­cin zmru­żył oczy. - Wie pan, że je­śli ten gów­niarz na­ka­blu­je na ta­kie­go gra­cza, bę­dzie skoń­czo­ny? Oni go za­tłu­ką.

- Zna­jo­my jak zna­jo­my. A po dru­gie, w koń­cu bę­dzie­my coś mie­li na Ksa­we­re­go. Ty nie chcesz zła­pać tego ban­dzio­ra?

- Chcę... - Mar­cin mó­wił już ci­szej, ale z co­raz więk­szym na­pię­ciem. - Ale ja­kim kosz­tem, pa­nie pro­ku­ra­to­rze?

Od­po­wiedź przy­szła szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał. I była zim­na jak lód.

- Każ­dym kosz­tem, pa­nie ko­mi­sa­rzu. Pro­szę go do­kład­nie prze­słu­chać. A naj­le­piej zrób­my to ra­zem. W szpi­ta­lu. Za­dzwo­nię, żeby usta­lić ter­min.

Ton An­drzej­cza­ka się zmie­nił. Był te­raz twar­dy, roz­ka­zu­ją­cy. Mar­cin po­czuł, że to już nie proś­ba. To był roz­kaz. Służ­bo­wy, chłod­ny i jed­no­znacz­ny.

Chciał coś do­dać, spró­bo­wać od­bić roz­mo­wę w inną stro­nę - ale nie zdą­żył.

- Za­dzwo­nię. Do wi­dze­nia.

Pro­ku­ra­tor otwo­rzył drzwi i wy­szedł. Zo­sta­wił Mar­ci­na sa­me­go, w tej sa­mej po­zie - z rę­ka­mi zło­żo­ny­mi, jak­by wciąż pró­bo­wał zro­zu­mieć, co się wła­śnie wy­da­rzy­ło. Ko­mi­sarz przez chwi­lę nie mógł się ru­szyć. Jak­by ta roz­mo­wa go za­mro­zi­ła. Chciał się ode­zwać, rzu­cić cho­ciaż sło­wo, ale mil­czał.

Ton i za­cho­wa­nie tego mięk­kie­go do tej pory pro­ku­ra­to­ra wpra­wi­ły go w osłu­pie­nie.

To nie była roz­mo­wa, na jaką li­czył. Jego plan po­szedł w gru­zy. Roz­mo­wa po­to­czy­ła się do­kład­nie tak, jak chciał tego An­drzej­czak.

W gło­wie Mar­ci­na za­czę­ły się pię­trzyć py­ta­nia. Jed­no za dru­gim.

Dla­cze­go An­drzej­czak tak bar­dzo chce do­paść Ksa­we­re­go? Cze­mu te­raz? Cze­mu w taki spo­sób? I dla­cze­go to wła­śnie on, Mar­cin, miał­by być na­rzę­dziem?

Mimo że dziś miał z Da­wi­dem kil­ka spraw do ogar­nię­cia, po­sta­no­wił jed­no - do­wie­dzieć się, o co na­praw­dę cho­dzi pro­ku­ra­to­ro­wi. I cze­mu tak upar­cie po­trze­bu­je wła­śnie jego.

Do po­ko­ju wszedł jego part­ner. Mar­cin szyb­ko wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści i po­sta­no­wił nie dzie­lić się z ko­le­gą swo­imi od­czu­cia­mi po tej roz­mo­wie. Gdy Da­wid za­py­tał o cel wi­zy­ty pro­ku­ra­to­ra, rzu­cił tyl­ko krót­ko:

- Sta­ra spra­wa... Mu­szę mu do­słać za­le­głe pa­pie­ry.

Da­wid przy­jął to bez wy­py­ty­wa­nia, a Mar­cin usiadł za biur­kiem, od­chy­lił się na krze­śle i za­pa­trzył się w su­fit. Wie­dział, że coś się za­czy­na. I nie miał po­ję­cia, czy chce być tego czę­ścią.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

ROZDZIAŁ I

PŁYTKI ODDECH

1.

Dźwięk wody spod prysz­ni­ca i ko­bie­cy śpiew do­bie­ga­ją­cy z ho­te­lo­wej ła­zien­ki obu­dził Mar­ci­na. Czuł, jak gło­wa mu pul­su­je, a po chwi­li do­tarł do nie­go tak­że po­tęż­ny ból. Cierp­ki po­smak w ustach i su­chość spo­wo­do­wa­ły, że się­gnął ręką po coś do pi­cia na noc­ną szaf­kę przy łóż­ku, ale tra­fiał je­dy­nie w pust­kę.

Otwo­rzył po­wo­li oczy - świa­tło dnia mo­men­tal­nie go ośle­pi­ło i za­ję­ło mu dłuż­szą chwi­lę, za­nim się do nie­go przy­zwy­cza­ił. Spraw­dził go­dzi­nę na te­le­fo­nie i już wie­dział, że jest spóź­nio­ny. Tym bar­dziej nie miał za­mia­ru się spie­szyć - opieprz od na­czel­ni­ka miał mu­ro­wa­ny.

Był pe­wien, że ten prze­ogrom­ny kac, któ­ry go drę­czył, to efekt mie­szan­ki szam­pa­na i whi­sky. I wie­dział, że nie od­pu­ści mu do koń­ca dnia.

Pod­niósł się na łóż­ku, pod­pie­ra­jąc się sil­ny­mi ra­mio­na­mi, ro­zej­rzał się po po­ko­ju, któ­ry wy­glą­dał jak po­bo­jo­wi­sko. Z tru­dem od­na­lazł spodnie - jego rze­czy były wy­mie­sza­ne z dam­ski­mi ciu­cha­mi kel­ner­ki, któ­rą po­znał ze­szłej nocy. Zła­pał bu­tel­kę wody sto­ją­cą na ho­te­lo­wym sto­li­ku i wy­pił ją dusz­kiem.

Mar­cin wie­dział, że to nie tyl­ko al­ko­hol. Am­fe­ta­mi­na, któ­rą przy­jął, mia­ła po­pra­wić seks z nowo po­zna­ną dziew­czy­ną, ale te­raz mści­ła się okrut­nie.

Drzwi od ła­zien­ki się otwo­rzy­ły i sta­nę­ła w nich nie­zbyt wy­so­ka blon­dyn­ka o ład­nej, mło­dej twa­rzy. Była wy­raź­nie młod­sza od Mar­ci­na, ale to mu nie prze­szka­dza­ło, gdy ją po­zna­wał.

Wy­szedł tyl­ko do baru, żeby wy­py­tać o bój­kę, któ­ra mo­gła mu się przy­dać w jed­nej ze spraw - i wła­śnie wte­dy po­znał Mar­tę. Z ta­kich oka­zji po­tra­fił ko­rzy­stać bez wa­ha­nia. Miał zresz­tą układ z re­cep­cjo­ni­stą w No­vo­te­lu - kie­dyś przy­ła­pał go na po­sia­da­niu, więc w za­mian za umo­rze­nie spra­wy re­cep­cjo­ni­sta od tam­tej pory udo­stęp­niał mu po­kój na po­dob­ne noce.

Mar­cin spoj­rzał na dziew­czy­nę, uśmiech­nął się.

- Je­steś ład­niej­sza niż wczo­raj. Mu­szę le­cieć. Za­dzwo­nię.

- My­śla­łam, że zje­my ra­zem śnia­da­nie - od­po­wie­dzia­ła.

- Nie jem śnia­dań, kot­ku. Pa. - Po­ca­ło­wał ją w czo­ło i wy­szedł z po­ko­ju.

Gło­wa pul­so­wa­ła mu co­raz moc­niej. Ból nie po­zwa­lał ra­cjo­nal­nie my­śleć, ale miał tyl­ko je­den cel: do­trzeć na ko­men­dę. Nie­smak al­ko­ho­lu w ustach wy­wo­ły­wał od­ruch wy­miot­ny, ale się po­wstrzy­mał.

Scho­dząc do re­cep­cji, po­ma­chał zna­jo­me­mu re­cep­cjo­ni­ście, zgar­nął bu­tel­kę wody z lady i wy­szedł z ho­te­lu. Wsiadł do tak­sów­ki i ru­szył w stro­nę Ko­men­dy Głów­nej Po­li­cji.

Wie­dział, że jest w ta­ra­pa­tach. Woda i gumy Or­bit, któ­re do­stał od tak­sów­ka­rza, nie ura­tu­ją go przed kon­se­kwen­cja­mi. Ale Mar­cin był przy­zwy­cza­jo­ny. To nie był pierw­szy raz. Wczo­raj­sza noc była jed­nak inna - dziew­czy­na mia­ła nie­ziem­skie cia­ło i usta, któ­re sa­mym wspo­mnie­niem po­bu­dza­ły go na nowo.

Idąc ko­ry­ta­rzem, miał na­dzie­ję, że uda mu się prze­mknąć do po­ko­ju kry­mi­nal­nych. Nie­ste­ty, na­czel­nik jak­by na nie­go cze­kał.

- Gru­cha! Chcę cię u sie­bie na­tych­miast!

Jego ton mó­wił wszyst­ko - wie­dział już, że Mar­cin się spóź­nił. Nie było sen­su się tłu­ma­czyć.

Za­pu­kał do drzwi i wszedł bez cze­ka­nia.

- Dzień do­bry, pa­nie na­czel­ni­ku.

- Kur­wa mać, Gru­cha! Zno­wu nie było cię na od­pra­wie! Ile razy mam kryć two­ją dupę?!

- Spo­tka­łem się z in­for­ma­to­rem. Mógł tyl­ko rano.

- Ten in­for­ma­tor ma cho­ciaż osiem­na­ście lat? Kogo ty chcesz oszu­kać, Gru­cha?

- Ma, oczy­wi­ście. Ma mi dać waż­ne in­for­ma­cje, pa­nie na­czel­ni­ku.

- I dla­te­go je­bie od cie­bie wódą i dam­ski­mi per­fu­ma­mi?

- Taka spe­cy­fi­ka pra­cy - rzu­cił z uśmie­chem ko­mi­sarz.

Na­czel­nik ode­tchnął cięż­ko.

- Mar­cin, je­steś świet­nym gli­ną. Ale suk­ce­sy nie przy­kry­ją two­ich wy­bry­ków. Wiesz, że nie mogę cię cały czas ra­to­wać?

- Ja­sne, ro­zu­miem. Coś waż­ne­go z od­pra­wy?

- Nie. Ale zaj­mij się tą spra­wą po­bi­cia i wy­łu­dzeń. To może być po­wią­za­ne z Ksa­we­rym.

- Ja­sne. Jak coś będę miał, dam znać.

- I na li­tość bo­ską, weź prysz­nic, za­nim ko­men­dant cię po­czu­je. Śmier­dzisz go­rza­łą.

- Roz­kaz.

Mar­cin opu­ścił ga­bi­net na­czel­ni­ka, wszedł do po­ko­ju, któ­ry dzie­lił z ko­le­gą, ale ten jesz­cze się nie po­ja­wił. Włą­czył czaj­nik, na­sy­pał kawy do kub­ka i usiadł przy biur­ku. Ręce mu się trzę­sły, pot lał się z czo­ła. "To nie bę­dzie efek­tyw­ny dzień" - po­my­ślał.

Z za­my­śle­nia wy­rwał go szum go­tu­ją­cej się wody. Za­lał kawę, usiadł z po­wro­tem. Pierw­szy łyk po­ru­szył żo­łą­dek. Po­czuł, jak za­czy­na go pusz­czać - cie­pły płyn prze­su­wa­ją­cy się przez gar­dło do pu­ste­go żo­łąd­ka da­wał chwi­lo­wą ulgę.

Spoj­rzał na po­kój, po­tem na pla­kiet­kę z na­pi­sem "Ko­mi­sarz Mar­cin Gru­czyń­ski".

- Co ty ze sobą ro­bisz, Gru­cha...? - mruk­nął i wziął ko­lej­ny łyk.

Już wie­dział, że tego dnia nie zro­bi nic kon­struk­tyw­ne­go. Kac - pul­su­ją­cy, roz­ry­wa­ją­cy gło­wę, sku­tek al­ko­ho­lu i am­fe­ta­mi­ny - był nie do wy­trzy­ma­nia. Po­sta­no­wił: pod pre­tek­stem pra­cy w te­re­nie po­je­dzie do domu.

Otwo­rzył drzwi, zdjął buty i po­szedł do kuch­ni. Z gór­nej pół­ki wy­jął ku­fel, otwo­rzył jed­ną z pu­szek piwa, któ­re ku­pił po dro­dze, na­lał i usiadł w sa­lo­nie.

Roz­ło­żył się na ka­na­pie i włą­czył ja­kiś mecz. Wie­dział, że nie może tak funk­cjo­no­wać, ale od cza­su do cza­su wpa­dał w cug. Wziął po­tęż­ny łyk, opróż­nia­jąc pół ku­fla. Cmok­nął za­do­wo­lo­ny.

"Ju­tro bio­rę się do ro­bo­ty" - po­my­ślał.

2.

Po­czuł, jak pie­cze go cała we­wnętrz­na część dło­ni - to od ude­rze­nia roz­mów­cy w twarz. Spoj­rzał na jego po­li­czek: lewa stro­na ro­bi­ła się czer­wo­na, a na skó­rze wy­raź­nie od­bi­ły się śla­dy pal­ców. Ale to nie uko­iło jego wście­kło­ści.

Szyb­kim ru­chem wy­mie­rzył ko­lej­ny cios otwar­tą dło­nią, a za­raz po­tem na­stęp­ny. Ból w ręce na­ra­stał, jak­by dłoń pa­rzy­ła od środ­ka. Na twa­rzy chło­pa­ka po­ja­wi­ła się krew - roz­cię­ty po­li­czek pękł od trze­cie­go ude­rze­nia.

- Mó­wisz, że nie masz dla mnie ani kasy, ani to­wa­ru, śmie­ciu?! - wrza­snął Ksa­we­ry.

- Ale sze­fie... to nie moja wina, nie za­pła­ci­li mi moi dłuż­ni­cy... - wy­ją­kał prze­ra­żo­ny chło­pak.

- Gów­no mnie to ob­cho­dzi! Da­łeś się okraść ja­kimś lesz­czom? Da­jesz w kre­dyt? Co ty je­steś, kur­wa, osie­dlo­wy Żab­son?! - syk­nął Ksa­we­ry, co­raz bar­dziej wście­kły.

- Sze­fie... pro­szę o dwa dni. Zor­ga­ni­zu­ję wszyst­ko... tyl­ko o tyle pro­szę. - Mło­de­mu głos się ła­mał, oczy nie­mal bła­ga­ły o li­tość.

- Gów­no, nie dwa dni! Dam ci dwóch swo­ich lu­dzi i dzi­siaj po­zbie­rasz całą kasę. Plus od­set­ki, lesz­czu. Zro­zu­mia­łeś mnie?!

- Ja­sne... co tyl­ko szef każe...

- Masz szczę­ście, że nie każę cię wła­śnie te­raz wy­wieźć do lasu. Spier­da­laj mi stąd.

Chło­pak od­wró­cił się i ru­szył do auta, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Ksa­we­ry ode­tchnął gło­śno i ski­nął gło­wą na dwóch swo­ich lu­dzi, któ­rzy przez całą tę sce­nę sta­li za nim jak po­są­gi. Ob­ser­wo­wa­li upo­ko­rze­nie chło­pa­ka z lo­do­wa­tą cier­pli­wo­ścią, jak­by już daw­no przy­wy­kli do prze­mo­cy.

Wska­zał im wzro­kiem, by po­szli za chło­pa­kiem i do­pil­no­wa­li, żeby wró­cił z pie­niędz­mi - wszyst­ki­mi.

Sam Ksa­we­ry wcią­gnął głę­bo­ko po­wie­trze i spoj­rzał w nie­bo. Cięż­ko od­dy­chał. Po chwi­li, jak gdy­by nic się nie sta­ło, wszedł do lo­ka­lu za sobą i skie­ro­wał się pro­sto do ga­bi­ne­tu.

Usiadł za biur­kiem i za­czął roz­ma­so­wy­wać dłoń. Do­pie­ro te­raz na­praw­dę po­czuł, jak bar­dzo go pie­cze. Się­gnął po te­le­fon, za­dzwo­nił do baru i ka­zał przy­nieść so­bie whi­sky i lód.

W du­chu da­lej go go­to­wa­ło. Je­den z jego lu­dzi pró­bo­wał wy­krę­cić się z kasy. Nie mógł na to po­zwo­lić - nie jako szef.

"Kasa musi się zga­dzać. Za­wsze. Po­zwo­lisz się okraść raz, będą pró­bo­wać cały czas" - po­my­ślał, pa­trząc w prze­strzeń.

Spra­wa z po­bi­ciem przed lo­ka­lem wciąż wi­sia­ła w po­wie­trzu. Kil­ku jego lu­dzi spu­ści­ło ło­mot ja­kie­muś ko­le­sio­wi i choć do­sko­na­le wie­dział za co, nie zmie­nia­ło to fak­tu, że po­li­cja za­cznie wę­szyć. A gli­nia­rze to ostat­nia rzecz, ja­kiej te­raz po­trze­bo­wał. Już i tak miał ich wię­cej na kar­ku, niż by chciał.

Chciał tyl­ko ro­bić swo­je in­te­re­sy. Brud­ne, ale sku­tecz­ne. Kasa, kon­tro­la i spo­kój - to był jego świat.

Z za­my­śle­nia wy­rwa­ło go pu­ka­nie do drzwi.

- Wejść - rzu­cił szorst­ko.

- Sze­fie, to ja. Przy­nio­słam whi­sky, jak szef lubi, i wia­der­ko lodu - ode­zwał się mięk­ki ko­bie­cy głos.

- Po­staw na sto­li­ku. Za­raz so­bie na­le­ję.

Dziew­czy­na - mło­da, ład­na bar­man­ka - zro­bi­ła, co ka­zał, ale nie umknę­ło jej to, że Ksa­we­ry miał czer­wo­ne pal­ce i gry­mas bólu na twa­rzy.

- Sze­fie, coś się sta­ło? Może trze­ba opa­trzyć rękę?

- Nic mi nie bę­dzie. Po­staw i wra­caj do baru - od­burk­nął zi­ry­to­wa­ny.

Kie­dy wy­cho­dzi­ła, rzu­cił na nią bez­czel­ne spoj­rze­nie. Wi­dok jej tył­ka po­pra­wił mu hu­mor szyb­ciej niż al­ko­hol.

Wstał od biur­ka, pod­szedł do sto­li­ka, na­lał so­bie po­rząd­ną por­cję whi­sky. Wy­pił jed­nym hau­stem. Al­ko­hol nie­mal na­tych­miast roz­grzał mu wnę­trze.

"Mo­gła­byś mi po­móc... ale w zu­peł­nie inny spo­sób" - po­my­ślał z roz­ba­wie­niem i sam do sie­bie się za­śmiał. Głu­pio. Ale szcze­rze.

3.

Mar­cin pod­je­chał pod ko­mi­sa­riat. Wie­dział, że dzi­siaj musi w koń­cu coś zro­bić w spra­wie po­bi­te­go chło­pa­ka, któ­rą na­czel­nik mę­czył go już wczo­raj.

Wziął dwóch po­li­cjan­tów z pre­wen­cji i po­sta­no­wił je­chać pod lo­kal, gdzie do­szło do zda­rze­nia. Do­sko­na­le wie­dział, że La Joya na­le­ży do Ksa­we­re­go. To nie była spra­wa, za któ­rą mógł­by go za­mknąć, ale lu­bił utrzeć nosa temu gang­ste­ro­wi, z któ­rym od dłuż­sze­go cza­su było mu nie po dro­dze.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach ra­dio­wóz za­par­ko­wał przed klu­bem. Cała trój­ka we­szła do środ­ka. Mar­cin już z da­le­ka po­ka­zał le­gi­ty­ma­cję służ­bo­wą i ka­zał za­pro­wa­dzić się do sze­fa.

Bar­man­ka, za­sko­czo­na na­głym wej­ściem po­li­cjan­tów, nie zdą­ży­ła na­wet za­re­ago­wać, gdy ko­mi­sarz bez­par­do­no­wo ru­szył w stro­nę ga­bi­ne­tu i wpa­ro­wał z im­pe­tem do środ­ka.

- Dzień do­bry, ko­mi­sarz Gru­czyń­ski. Mam kil­ka py­tań - rzu­cił pew­nie.

Zdez­o­rien­to­wa­ny męż­czy­zna sie­dzą­cy za ma­syw­nym drew­nia­nym biur­kiem w skó­rza­nym fo­te­lu wy­glą­dał na kom­plet­nie za­sko­czo­ne­go wi­zy­tą.

- Pan za­wsze tak wcho­dzi? Bez pu­ka­nia? Co to za ma­nie­ry w po­li­cji? - rzu­cił zbul­wer­so­wa­nym to­nem.

- Już taki ze mnie dżen­tel­men - od­parł iro­nicz­nie Mar­cin. - A więc... pan Nor­bert Wal­czak?

- Zga­dza się.

- Wła­ści­ciel tego klu­bu, jak mnie­mam?

- Ale z pana by­strza­cha, pa­nie ko­mi­sa­rzu - za­żar­to­wał Ksa­we­ry, pró­bu­jąc prze­jąć kon­tro­lę nad roz­mo­wą.

- In­te­re­su­je mnie spra­wa po­bi­cia mło­de­go męż­czy­zny w mi­nio­ny week­end. Świad­ko­wie twier­dzą, że to pana ochro­nia­rze go po­bi­li. A na ich nie­szczę­ście chło­pak to syn wy­so­ko po­sta­wio­ne­go urzęd­ni­ka, więc spra­wa nie zo­sta­ła za­mie­cio­na pod dy­wan.

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, ja za­wsze chęt­nie współ­pra­cu­ję z po­li­cją. Ale je­stem te­raz za­ję­ty, mam spo­tka­nie. Moja bar­man­ka udo­stęp­ni wam na­gra­nia z ka­mer. Choć, nie ukry­wam, dzi­wi mnie, że sam się pan fa­ty­gu­je w ta­kiej spra­wie.

- Ja­sne, pro­szę za­ła­twiać swo­je in­te­re­sy. Na­gra­nia obej­rzy­my sami. A tak poza tym... i tak wiesz, że cię do­rwę, Wal­czak - do­dał Mar­cin po­waż­nym to­nem.

- Tak, pa­nie ko­mi­sa­rzu. Ale na ra­zie nic pan na mnie nie ma, więc... pro­szę się ba­wić w mo­ni­to­ring.

Ksa­we­ry wstał, na­rzu­cił na sie­bie czar­ną skó­rza­ną kurt­kę i wol­nym kro­kiem od­pro­wa­dził ko­mi­sa­rza do baru. Po­le­cił bar­man­ce, żeby prze­ka­za­ła na­gra­nia, ob­rzu­cił jesz­cze wszyst­kich chłod­nym spoj­rze­niem i wy­szedł przed lo­kal. Wsiadł do cze­ka­ją­ce­go sa­mo­cho­du i od­je­chał.

Mar­cin ode­brał na­gra­nia z ka­mer. Mimo że do­sko­na­le wie­dział, kim jest Nor­bert Wal­czak, pseu­do­nim Ksa­we­ry, i że stoi za więk­szo­ścią prze­stępstw w mie­ście, ta spra­wa mo­gła go nie do­ty­czyć bez­po­śred­nio. Nie był prze­cież od­po­wie­dzial­ny za każ­de­go mię­śnia­ka, któ­re­go za­trud­niał, a wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że to wła­śnie oni po­ła­ma­li chło­pa­ka - i to pew­nie z ja­kie­goś bła­he­go po­wo­du.

Już miał wy­cho­dzić z lo­ka­lu, kie­dy z za­ple­cza wy­szła Mar­ta. Dziew­czy­na ob­da­rzy­ła go cie­płym uśmie­chem i po­de­szła do baru.

- Chy­ba mnie uni­kasz po na­szej ostat­niej nocy - po­wie­dzia­ła ko­kie­te­ryj­nie.

- By­łem za­ję­ty... ale dziś wie­czo­rem mam wol­ne.

- Jak za­dzwo­nisz, to może coś wy­my­śli­my - od­par­ła, po­pra­wia­jąc de­kolt.

Mar­cin tyl­ko się uśmiech­nął, ski­nął gło­wą po­li­cjan­tom, któ­rzy mu to­wa­rzy­szy­li, i ru­szył z na­gra­nia­mi na ko­men­dę.

Wie­dział, że musi usta­lić przy­naj­mniej, kto po­bił chło­pa­ka - resz­tę, czy­li za­trzy­ma­nia, zle­ci ko­muś in­ne­mu. Chciał tyl­ko, żeby na­czel­nik wresz­cie się od nie­go od­cze­pił.

W dro­dze na ko­men­dę zdą­żył jesz­cze na­pi­sać SMS-a do Mar­ty i umó­wić się na wie­czor­ne spo­tka­nie.

4.

Nor­bert do­sko­na­le wie­dział, że ko­mi­sarz Gru­czyń­ski ma­rzy o tym, żeby go do­rwać - w sen­sie czy­sto praw­nym oczy­wi­ście. Gdy­by tyl­ko mógł, za­kuł­by go w kaj­dan­ki i po­słał na kil­ka­na­ście lat do wię­zie­nia za ja­kąś gru­bą afe­rę. Ale Ksa­we­ry był zbyt spryt­ny, żeby dać się zła­pać w tak oczy­wi­sty spo­sób.

Miał świa­do­mość, że za­wsze może coś pójść nie tak, że wy­star­czy jed­na po­mył­ka, je­den głu­pi błąd i wszyst­ko może się po­sy­pać jak do­mek z kart. Ale na ra­zie nie było ku temu żad­nych po­wo­dów.

Wszyst­ko dzia­ła­ło jak w szwaj­car­skim ze­gar­ku - od nar­ko­ty­ków, przez lewe fak­tu­ry VAT, aż po "le­gal­ne" biz­ne­sy. Każ­da dzia­łal­ność była osło­nię­ta pa­pie­ra­mi, słu­pa­mi, fir­ma­mi krza­ka­mi i lo­jal­ny­mi ludź­mi. Nikt nie był w sta­nie po­wią­zać go z ni­czym bez­po­śred­nio.

Sie­dząc wy­god­nie w tyl­nej czę­ści swo­je­go SUV-a, wska­zał kie­row­cy kie­ru­nek. Mie­li je­chać na spo­tka­nie w spra­wie za­ku­pu du­żej nie­ru­cho­mo­ści poza mia­stem. Trans­ak­cja mia­ła mu po­móc w le­ga­li­za­cji go­tów­ki i za­in­we­sto­wa­niu w coś, co przy oka­zji przy­nie­sie zysk.

Pla­no­wał otwo­rzyć tam pry­wat­ny lo­kal, może na­wet ka­sy­no. A może miej­sce do pro­wa­dze­nia ci­chych spo­tkań z ludź­mi, któ­rych le­piej nie wi­dy­wać za dnia.

Wie­czo­rem za­mie­rzał wró­cić do La Joyi, do­pil­no­wać do­sta­wy al­ko­ho­lu i na­pić się spo­koj­nie w swo­im ga­bi­ne­cie. To był jego ry­tu­ał.

W mie­ście nie miał wro­gów. Czuł się sil­ny. Był jed­nym z naj­więk­szych gang­ste­rów w kra­ju, a bez wąt­pie­nia naj­więk­szym w War­sza­wie. Miał wszyst­ko pod kon­tro­lą - klu­by, ochro­nę, lo­kal­ny ry­nek nar­ko­ty­ko­wy, szem­ra­ne nie­ru­cho­mo­ści.

Nikt nie wcho­dził mu w dro­gę. Nikt - poza po­li­cją.

A wła­ści­wie poza jed­nym upar­tym gli­ną.

Z Gru­czyń­skim ście­rał się już nie raz. Ten pie­przo­ny ko­mi­sarz za­mknął kil­ku jego lu­dzi, ale ża­den nie pu­ścił pary z ust. Ksa­we­ry za­dbał o to, żeby im się to opła­ci­ło. Do­brze za­pła­co­ne mil­cze­nie było war­te wię­cej niż naj­lep­szy ad­wo­kat.

Sa­mo­chód za­trzy­mał się przed śred­niej wiel­ko­ści pa­ła­cy­kiem pod War­sza­wą.

Nor­bert wy­siadł, po­pra­wił koł­nierz czar­nej kurt­ki i ro­zej­rzał się spo­koj­nie. Słoń­ce świe­ci­ło, nie­bo było czy­ste - po­go­da ide­al­nie pa­so­wa­ła do jego na­stro­ju.

Przed drzwia­mi już cze­kał przed­sta­wi­ciel de­we­lo­pe­ra, go­to­wy opro­wa­dzić go po ca­łej po­se­sji.

Ksa­we­ry jed­nak już wie­dział, że ją kupi.

Cena dzie­wię­ciu mi­lio­nów zło­tych za taki bu­dy­nek była wręcz oka­zją - a on miał wo­bec tej nie­ru­cho­mo­ści kon­kret­ne pla­ny.

Lo­kal­ne ka­sy­no w ta­kim miej­scu mo­gło stać się jego ko­lej­ną ma­szyn­ką do pra­nia pie­nię­dzy. Spo­tka­nie z de­we­lo­pe­rem było więc je­dy­nie for­mal­no­ścią. Tyl­ko po to, żeby do­piąć szcze­gó­ły i nie wzbu­dzić po­dej­rzeń.

5.

Kry­stian wła­śnie za­koń­czył noc­ną zmia­nę; pra­co­wał jako ochro­niarz w fir­mie zaj­mu­ją­cej się prze­twór­stwem dro­biu. Jego pra­ca była mo­no­ton­na, po­zba­wio­na wra­żeń - co ja­kiś czas ob­chód, poza tym pa­trze­nie w ekra­ny mo­ni­to­rin­gu.

Cie­szył się, że uda­ło mu się zna­leźć to za­ję­cie. Po wyj­ściu z domu dziec­ka przez dłu­gi czas nie mógł zna­leźć pra­cy - nikt nie chciał go za­trud­nić z po­wo­du przy­zna­nej mu gru­py in­wa­lidz­kiej. A on uwa­żał się za cał­ko­wi­cie nor­mal­ne­go.

Psy­cho­log, któ­ra wy­sta­wia­ła mu opi­nię, zdia­gno­zo­wa­ła u nie­go za­bu­rze­nia oso­bo­wo­ści. Na tej pod­sta­wie przy­zna­no mu świad­cze­nie, któ­re Kry­stian uwa­żał za nie­spra­wie­dli­we styg­ma­ty­zo­wa­nie.

Był szczu­płym, wy­so­kim męż­czy­zną o wą­skich bar­kach i chu­dych ra­mio­nach - ide­al­ny cel żar­tów dla ko­le­gów z pra­cy. Twarz miał po­kry­tą trą­dzi­kiem, krót­kie wło­sy ostrzy­żo­ne ma­szyn­ką, ru­chy sztyw­ne, spoj­rze­nie ner­wo­we.

Był jed­nym z nie­licz­nych Po­la­ków w za­kła­dzie, któ­ry za­trud­niał głów­nie Ukra­iń­ców i Bia­ło­ru­si­nów. Mimo to czę­sto sta­wał się obiek­tem zło­śli­wych do­cin­ków - o jego wy­glą­dzie, rze­ko­mym dzie­wic­twie, bra­ku ja­kie­go­kol­wiek ży­cia pry­wat­ne­go.

Naj­bar­dziej bo­la­ły go ko­men­ta­rze na te­mat ko­biet. Choć usi­ło­wał, nie po­tra­fił na­wią­zać żad­nej głęb­szej re­la­cji. Każ­da pró­ba koń­czy­ła się od­rzu­ce­niem albo ci­szą.

Tego dnia, wy­cho­dząc z pra­cy, na­tknął się na Ma­rię - mło­dą Bia­ło­ru­sin­kę, któ­ra nie­daw­no do­łą­czy­ła do za­ło­gi. Jej dłu­gie czar­ne wło­sy, śnia­da cera i kry­sta­licz­nie zie­lo­ne oczy roz­pa­la­ły mę­skie spoj­rze­nia w ca­łym za­kła­dzie. Ale ona igno­ro­wa­ła wszyst­kich.

Kry­stian był nią za­uro­czo­ny. Wy­da­wa­ła mu się isto­tą z in­ne­go świa­ta. Ni­g­dy nie od­wa­żył się z nią po­roz­ma­wiać - wie­dział, że dla niej był­by ni­kim. A może na­wet nie za­uwa­ży­ła, że ist­nie­je.

Miesz­kał sa­mot­nie na wy­na­ję­tym stry­chu w sta­rym domu na obrze­żach Ma­rek. Star­sza ko­bie­ta, wła­ści­ciel­ka, nie mia­ła ro­dzi­ny i rzad­ko opusz­cza­ła miesz­ka­nie. W za­mian za po­moc w obej­ściu po­zwa­la­ła mu miesz­kać ta­nio i bez ogra­ni­czeń.

Po po­wro­cie do domu, wy­czer­pa­ny po noc­nej zmia­nie, od razu po­szedł na górę. Rzu­cił ubra­nia na krze­sło, ro­ze­brał się i po­ło­żył na swo­im cien­kim ma­te­ra­cu. Pla­no­wał tyl­ko się zdrzem­nąć, ale jego my­śli znów po­bie­gły w stro­nę Ma­rii.

Jej smu­kłe cia­ło, sub­tel­ne rysy twa­rzy, uśmiech, któ­ry po­ja­wiał się rzad­ko, ale zo­sta­wał w gło­wie na dłu­go - wszyst­ko to bu­dzi­ło w nim nie­po­ko­ją­ce pra­gnie­nia.

Nie za­sta­na­wiał się dłu­go. Się­gnął po te­le­fon, wy­szu­kał jej pro­fil na Fa­ce­bo­oku i za­czął prze­glą­dać zdję­cia.

Po­cząt­ko­wo tyl­ko pa­trzył. Ale z każ­dą ko­lej­ną fo­to­gra­fią czuł, jak w jego cie­le ro­śnie na­pię­cie.

Wy­obraź­nia zro­bi­ła resz­tę. Za­tra­cił się w ob­ra­zach, któ­re sam wy­twa­rzał w gło­wie - do­tyk jej skó­ry, za­pach wło­sów, spo­sób, w jaki się po­ru­sza.

Nie kon­tro­lo­wał już tego. Ręka za­czę­ła dzia­łać me­cha­nicz­nie. Gdy za­mknął oczy, wszyst­ko sta­ło się bar­dziej in­ten­syw­ne, jak­by na­praw­dę tam był.

W koń­cu wy­try­snął. Otwo­rzył oczy. Po­kój wró­cił do mil­cze­nia.

Spoj­rzał na mo­kre prze­ście­ra­dło, odło­żył te­le­fon bez sło­wa i od­wró­cił się na bok.

W cią­gu kil­ku se­kund za­snął. Jak­by nic się nie wy­da­rzy­ło.

6.

Gru­cha, jak so­bie po­sta­no­wił, tak zro­bił. Przej­rzał cały mo­ni­to­ring, jaki do­stał, i uda­ło mu się spraw­nie wy­ty­po­wać po­dej­rza­nych. Ze­bra­ny ma­te­riał prze­ka­zał śled­czym. Zgro­ma­dził dla nich tak ob­szer­ny ma­te­riał do­wo­do­wy, że funk­cjo­na­riu­sze mu­sie­li tyl­ko po­je­chać do lo­ka­lu i zgar­nąć męż­czyzn do wy­ja­śnie­nia.

Był z sie­bie dum­ny, więc od razu wy­brał się do na­czel­ni­ka, li­cząc na to, że ten za­po­mniał już o jego wy­bry­kach.

- Dzień do­bry, pa­nie na­czel­ni­ku.

- Gru­cha! Do­brze cię wi­dzieć!

- Skąd ta ra­dość na mój wi­dok? - za­py­tał zdzi­wio­ny ko­mi­sarz.

- Co ze spra­wą tego chło­pa­ka? Ko­men­dant się pie­kli. Mó­wi­łem ci?

- Za­ła­twio­ne. Prze­ka­za­łem wszyst­ko, co ze­bra­łem. Śled­czy mu­szą tyl­ko zgar­nąć ich z klu­bu.

- Na­praw­dę? Tak szyb­ko? Bra­wo. Jak chcesz, to po­tra­fisz. Mam tu dla cie­bie kil­ka in­nych spraw. Wy­bierz so­bie ja­kąś i masz w su­mie na dziś wol­ne.

- Ja­kaś na­gro­da za tak szyb­kie roz­wią­za­nie spra­wy?

- Gru­cha, ty nie prze­gi­naj! No ucie­kaj, za­nim zmie­nię zda­nie i każę ci pa­tro­lo­wać uli­ce!

Mar­cin cie­szył się, że na­czel­nik już nie jest na nie­go wście­kły. A do tego mógł wcze­śniej skoń­czyć służ­bę.

Po­sta­no­wił ku­pić ja­kieś chiń­skie je­dze­nie, tro­chę al­ko­ho­lu i po­je­chać do ho­te­lu, gdzie umó­wił się z Mar­tą.

Od razu po wej­ściu skie­ro­wał się do re­cep­cji. Chło­pak wy­dał mu klucz do wol­ne­go po­ko­ju. Mar­cin ski­nął mu tyl­ko gło­wą i ru­szył na pię­tro, któ­re było wska­za­ne na klu­czu.

Kil­ka mi­nut po nim do po­ko­ju we­szła dziew­czy­na.

- My­śla­łam, że już ni­g­dy się nie ode­zwiesz.

- Jak mam chwi­lę, to za­wsze o to­bie pa­mię­tam - za­żar­to­wał Mar­cin.

Nie wią­zał z tą re­la­cją żad­nych więk­szych pla­nów. Lu­bił mieć ja­kąś ko­bie­tę przy so­bie. Nie zno­sił sa­mot­nych wie­czo­rów. Twier­dził, że ktoś musi zaj­mo­wać się jego po­trze­ba­mi sek­su­al­ny­mi.

Nie zdą­ży­li na­wet wy­pić do koń­ca pierw­sze­go drin­ka, a dziew­czy­na już za­czę­ła się roz­bie­rać.

Mar­cin po­my­ślał w głę­bi du­cha, że wie­czór za­po­wia­dał się do­kład­nie tak, jak to so­bie za­pla­no­wał.

*

Kry­stian wstał przed wie­czo­rem. Do­pie­ro te­raz do­tar­ło do nie­go, co zro­bił wcze­śniej. Jego po­żą­da­nie było sil­niej­sze od nie­go.

Fakt, że ni­g­dy nie miał ko­bie­ty i był w swo­im wie­ku pra­wicz­kiem, do­pro­wa­dzał go do wście­kło­ści. Nie ro­zu­miał, cze­mu ko­bie­ty nie chcą mieć z nim nic wspól­ne­go.

Nie­któ­re na­wet nie chcia­ły z nim roz­ma­wiać.

Wstał cięż­kim kro­kiem. Spoj­rzał w po­pla­mio­ne lu­stro - krzy­we zęby, twarz po­kry­ta bli­zna­mi i wy­pry­ska­mi, tłu­ste wło­sy.

Jego apa­ry­cja nie przy­cią­ga­ła spoj­rzeń, jed­nak w głę­bi du­szy uwa­żał się za do­bre­go fa­ce­ta. My­ślał o so­bie: "Był­bym dla niej do­bry. Dbał­bym o swo­ją ko­bie­tę".

Ale w jego du­szy wzbie­ra­ła złość. Złość i sa­mot­ność.

Mu­siał się ubrać. Był umó­wio­ny, że za­wie­zie va­nem kil­ka rze­czy na sta­re wy­sy­pi­sko. Chciał to za­ła­twić, za­nim cał­ko­wi­cie się ściem­ni.

Ubrał się w swo­je ro­bo­cze ubra­nia. Za­pa­ko­wał wszyst­ko, co chciał wy­wieźć z po­se­sji. Za­ję­ło mu to wię­cej cza­su, niż się spo­dzie­wał.

Cie­pły let­ni wie­czór spra­wił, że cały się spo­cił z wy­sił­ku.

Za­cho­dzą­ce słoń­ce, spo­koj­ny śpiew ostat­nich pta­ków i lek­ki, cie­pły wiatr da­wa­ły ilu­zję spo­ko­ju i bez­pie­czeń­stwa.

Nad­cho­dzą­ca noc bu­dzi­ła mia­sto do ży­cia - lu­dzie ru­sza­li na noc­ne eska­pa­dy ze zna­jo­my­mi. Let­nie noce były stwo­rzo­ne do ro­man­sów i za­ba­wy.

Spa­ko­wał sta­re ru­pie­cie na vana i wy­wiózł je na nie­le­gal­ne wy­sy­pi­sko, znaj­du­ją­ce się ka­wa­łek dro­gi od jego domu.

Kie­dy wró­cił zmę­czo­ny, zro­bił so­bie her­ba­tę i usiadł na sta­rym ogro­do­wym krze­śle przed do­mem.

Cie­pły po­dmuch let­nie­go wia­tru sma­gał jego rzad­kie czar­ne wło­sy i bla­dą cerę.

Za­mknął oczy i wcią­gnął głę­bo­ko świe­że po­wie­trze.

7.

Nor­bert Wal­czak sie­dział w swo­im ga­bi­ne­cie. Ruch na sali był dość duży, bo wszy­scy szy­ko­wa­li się do ko­lej­nej piąt­ko­wej im­pre­zy. Cały ze­spół bar­ma­nek i ochro­nia­rzy za­czy­nał się już scho­dzić. Nor­bert po­pi­jał zim­ne­go drin­ka, de­lek­tu­jąc się do­brą whi­sky. Wy­śmie­ni­ty obiad, któ­ry zjadł, po­rząd­na whi­sky i go­rą­ce dziew­czy­ny, któ­re miał za­miar so­bie dziś spra­wić, wpra­wia­ły go w zna­ko­mi­ty na­strój.

Jego sie­lan­kę prze­rwa­ły na­głe krzy­ki z sali. Od­sta­wił szyb­ko drin­ka na stół i wy­biegł spraw­dzić, co się dzie­je. Zo­ba­czył kil­ku­na­stu po­li­cjan­tów szar­pią­cych się z jego ochro­nia­rza­mi.

- Co tu się wy­pra­wia?! - krzyk­nął.

- Pro­szę się od­su­nąć. Pań­scy lu­dzie mu­szą zo­stać za­trzy­ma­ni - od­po­wie­dział mu ja­kiś głos.

- A kim ty je­steś, żeby o tym de­cy­do­wać? - od­parł z po­gar­dą Wal­czak.

- Pro­szę pana, je­stem sze­fem gru­py śled­czej. Wy­ty­po­wa­li­śmy pań­skich lu­dzi jako spraw­ców po­bi­cia i będą za­trzy­ma­ni do wy­ja­śnie­nia.

- Na­praw­dę? Ma pan ja­kieś do­ku­men­ty? Od­zna­kę, żeby się wy­le­gi­ty­mo­wać?

- Oczy­wi­ście.

Męż­czy­zna szyb­ko za­pre­zen­to­wał Wal­cza­ko­wi na­ka­zy za­trzy­ma­nia trzech jego ochro­nia­rzy. Po­ka­zał le­gi­ty­ma­cję i spo­koj­nym to­nem wy­tłu­ma­czył, dla­cze­go funk­cjo­na­riu­sze mu­szą ich za­brać. Wal­czak prze­jął do­ku­men­ty i zer­k­nął na nie z miną eks­per­ta. Nie ro­zu­miał ani sło­wa z tego praw­ni­cze­go beł­ko­tu, ale chciał wy­glą­dać po­waż­nie przed po­li­cjan­tem. Spraw­dził rów­nież jego le­gi­ty­ma­cję - czy­sto sym­bo­licz­nie - żeby za­zna­czyć, kto tu niby rzą­dzi. Zmarsz­czył czo­ło, za­sta­no­wił się przez chwi­lę i rzu­cił do swo­ich lu­dzi:

- Nie sta­wiaj­cie opo­ru.

- Ale, sze­fie, jak to? Da pan nas za­trzy­mać?

- Jedź­cie z pa­na­mi. Złóż­cie ze­zna­nia. Dziś przy­ja­dą do was praw­ni­cy, więc o nic się nie mar­tw­cie. Za­dbam o wszyst­ko.

Męż­czyź­ni spoj­rze­li tyl­ko po so­bie, ale jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki prze­sta­li sta­wiać opór. Resz­ta ochro­nia­rzy rów­nież się od­su­nę­ła i po­li­cjan­ci spo­koj­nie mo­gli za­ło­żyć za­trzy­ma­nym kaj­dan­ki, a na­stęp­nie od­pro­wa­dzić ich do ra­dio­wo­zów.

Za­raz po ich wyj­ściu Wal­czak wy­brał nu­mer swo­je­go praw­ni­ka i na­ka­zał mu zor­ga­ni­zo­wać po­moc praw­ną dla za­trzy­ma­nych. Zgro­mił resz­tę eki­py, żeby wszy­scy bra­li się z po­wro­tem do pra­cy, i wró­cił do swo­je­go ga­bi­ne­tu.

Roz­siadł się na krze­śle, wziął ko­lej­ny łyk whi­sky. Do­pie­ro te­raz uświa­do­mił so­bie, że z tak bła­hej spra­wy roz­krę­ci­ło się nie­złe pie­kło. "Mo­głem nie po­zwa­lać temu gów­nia­rzo­wi han­dlo­wać" - po­my­ślał. Ale te­raz było już za póź­no. Musi to ja­koś na­pra­wić.

Po­li­cja przy­jeż­dża do jego lo­ka­lu zde­cy­do­wa­nie za czę­sto. Do­szedł do wnio­sku, że trze­ba bę­dzie wy­skro­bać coś na ła­pów­kę dla ro­dzi­ców chło­pa­ka albo po­kryć kosz­ty jego le­cze­nia, żeby spra­wa uci­chła. Ina­czej ni­g­dy nie da­dzą mu spo­ko­ju. A jego brud­ne pie­nią­dze nie zno­szą roz­gło­su.

Wy­pił dusz­kiem drin­ka do koń­ca, na­sy­pał so­bie kre­skę ko­ka­iny, wcią­gnął ją i wy­ło­żył nogi na biur­ko. Był zmę­czo­ny, ale nie chciał koń­czyć tak tej nocy. Za­mie­rzał się dziś jesz­cze do­brze za­ba­wić.

*

Drzwi po­miesz­cze­nia się otwo­rzy­ły i do po­ko­ju pro­ku­ra­to­ra Fi­li­pa An­drzej­cza­ka wszedł jego asy­stent. Pro­ku­ra­tor na­wet nie pod­niósł wzro­ku znad ster­ty do­ku­men­tów za­le­ga­ją­cych na jego biur­ku.

Do­pie­ro stłu­mio­ny głos asy­sten­ta ode­rwał go od pra­cy, któ­rą wy­ko­ny­wał.

- Pa­nie Fi­li­pie... - za­czął asy­stent.

- Tak? Na­wet nie za­uwa­ży­łem, że wsze­dłeś - za­śmiał się An­drzej­czak.

- Przy­go­to­wa­łem do­ku­men­ty, jak pan ka­zał. Będę się zbie­rał do domu. I panu ra­dzę to samo.

- Świet­nie, dzię­ku­ję. Ja mu­szę jesz­cze po­sie­dzieć nad jed­ną spra­wą - od­po­wie­dział pro­ku­ra­tor.

- Do po­nie­dział­ku w ta­kim ra­zie - rzu­cił asy­stent.

- Do zo­ba­cze­nia.

Fi­lip miał w ostat­nim cza­sie wy­jąt­ko­wo na­pię­ty gra­fik. Wie­le spraw, któ­re się na­gro­ma­dzi­ły, wy­ma­ga­ło pil­ne­go roz­wią­za­nia. Zaj­mo­wał się wła­śnie spra­wą po­bi­cia syna swo­je­go ko­le­gi z mi­ni­ster­stwa. Chciał jak naj­szyb­ciej prze­słu­chać po­dej­rza­nych. Był za­do­wo­lo­ny, że po­li­cjant z Ko­men­dy Głów­nej szyb­ko wy­ty­po­wał spraw­ców.

W ak­tach spraw­dził, kto pro­wa­dził spra­wę - i uznał, że czę­ściej bę­dzie mu­siał pro­sić ko­men­dan­ta o ta­kich fa­chow­ców. Gło­wa pę­ka­ła mu już od na­tło­ku my­śli, pa­ra­gra­fów i ar­ty­ku­łów. Spa­ko­wał swo­ją tecz­kę i po­sta­no­wił rów­nież iść do domu.

W dro­dze do auta wy­jął te­le­fon, żeby za­dzwo­nić do cór­ki. Ta jed­nak - jak czę­sto się zda­rza­ło - nie ode­bra­ła. Po­sta­no­wił wziąć coś na wy­nos, zjeść ko­la­cję z żoną w domu i na­pić się wina.

8.

Kry­stian wła­śnie za­je­chał pod swój za­kład pra­cy. Week­end, jak w więk­szo­ści przy­pad­ków, mi­jał mu na sa­mot­nym ga­pie­niu się w te­le­wi­zor albo wy­ko­ny­wa­niu do­mo­wych obo­wiąz­ków. Nie miał wie­lu za­jęć ani żad­ne­go hob­by, więc czas wol­ny spę­dzał ra­czej le­ni­wie.

Zo­sta­wił swo­je­go vana na par­kin­gu i ru­szył na ob­chód po za­kła­dzie przed swo­ją noc­ną zmia­ną. Lu­dzie z noc­nej zmia­ny już pra­co­wa­li na sta­no­wi­skach ob­rób­ki mię­sa. Dźwięk ma­szyn do kro­je­nia, ćwiar­to­wa­nia oraz mie­le­nia mię­sa przy­pra­wiał o za­wrót gło­wy. Kry­stian cie­szył się, że jego obo­wiąz­ki ogra­ni­cza­ją się do pa­tro­lo­wa­nia, a nie pra­cy w tym ha­ła­sie i za­pa­chu.

Kie­dy szedł obok ta­śmy prze­sy­ło­wej, zo­ba­czył ją - Ma­rię. Sta­ła ubra­na w bia­ły kom­bi­ne­zon z czep­kiem na gło­wie i pil­no­wa­ła, by li­nia pro­duk­cyj­na szła rów­no. Za­trzy­mał się i wbił w nią wzrok. Do­pie­ro te­raz przy­po­mniał so­bie swój nie­chlub­ny czyn z wczo­raj­sze­go po­ran­ka. Za­wsty­dze­nie ści­snę­ło mu żo­łą­dek - zro­bił to, pa­trząc na jej zdję­cie... To był im­puls, chwi­la sła­bo­ści.

Ob­ser­wo­wał ją z da­le­ka, za­po­mi­na­jąc, że zno­wu sta­je się ła­twym ce­lem dla in­nych pra­cow­ni­ków.

- A ty na kogo tak się ga­pisz? - za­py­tał go je­den z pra­cu­ją­cych nie­opo­dal męż­czyzn.

Te sło­wa bły­ska­wicz­nie wy­bi­ły go z le­tar­gu. Obej­rzał się i do­strzegł gru­pę męż­czyzn pa­trzą­cych na nie­go z nie­wiel­kiej od­le­gło­ści. Nie lu­bił ich. To byli Ukra­iń­cy, któ­rzy za­wsze mie­li coś do po­wie­dze­nia na każ­dy te­mat.

- Na nic - wy­ją­kał z tru­dem Kry­stian.

- A ja my­ślę, że jed­nak coś ob­ser­wu­jesz - cią­gnął te­mat męż­czy­zna.

- Wy­ko­nu­ję swo­ją pra­cę, ro­bię ob­chód.

- A nie zer­kasz na tę ślicz­ną Bia­ło­ru­sin­kę Ma­rię? - rzu­cił ko­lej­ny pra­cow­nik.

- To nie two­ja liga, wiesz o tym? Po­patrz na nią i po­patrz na sie­bie - za­kpił na­stęp­ny.

- Pew­nie ro­bisz na nią spro­śne rze­czy, co, Kry­stian? - do­dał inny.

Kry­stian po­czer­wie­niał. Złość wez­bra­ła w nim jak fala, ale nie miał od­wa­gi od­po­wie­dzieć. Męż­czyź­ni za­czę­li śmiać się na głos i po­ka­zy­wać go pal­ca­mi.

"Nie mogą prze­stać, za­wsze mu­szą zna­leźć ko­goś do gnę­bie­nia" - prze­mknę­ło mu przez myśl. Od­wró­cił się na pię­cie i ru­szył w stro­nę po­miesz­cze­nia z ka­me­ra­mi. "Ko­lej­ny raz mnie upo­ko­rzy­li" - po­my­ślał w du­chu. Wie­dział jed­nak, że i tak nic z tym nie zro­bi. Nie miał w so­bie ani siły, ani od­wa­gi.

W po­ko­ju z ka­me­ra­mi sie­dział dru­gi ochro­niarz - jego ko­le­ga Adam. Gdy za­uwa­żył, w ja­kim sta­nie Kry­stian wró­cił z ob­cho­du, od razu za­py­tał:

- Zno­wu się z cie­bie na­bi­ja­li?

- Nie­waż­ne - mruk­nął Kry­stian.

- Mu­sisz coś z tym zro­bić. Moja rada: albo im się po­staw, albo w koń­cu za­ga­daj do tej dziew­czy­ny, a nie ga­pisz się na nią jak ja­kiś psy­cho­pa­ta.

- To nie ta­kie ła­twe. Nie chcę o tym roz­ma­wiać - od­burk­nął Kry­stian, od­wró­cił się ple­ca­mi do ko­le­gi i uda­wał, że prze­glą­da ka­me­ry.

W głę­bi du­szy wie­dział, że tyl­ko Adam w tej fir­mie roz­ma­wia z nim po ludz­ku. Tyl­ko on ży­czył mu do­brze. Ale w tej chwi­li nie miał ocho­ty na rady ani dys­ku­sje. Za­ło­żył słu­chaw­ki, żeby nikt mu nie prze­szka­dzał, usiadł na fo­te­lu i wy­łą­czył się na chwi­lę, pa­trząc bez­na­mięt­nie w ekra­ny mo­ni­to­rin­gu.

9.

Mar­cin wła­śnie wsia­dał do swo­je­go auta, kie­dy za­dzwo­nił te­le­fon. W pierw­szej chwi­li miał ocho­tę zi­gno­ro­wać po­łą­cze­nie, ale coś mu pod­po­wie­dzia­ło, że to może być waż­ne. Się­gnął po ko­mór­kę i spoj­rzał na wy­świe­tlacz - na­czel­nik.

- Ko­mi­sa­rzu, mamy mor­der­stwo. Po­da­ję ad­res, tech­ni­cy już jadą, pan też musi się tam na­tych­miast sta­wić - usły­szał w słu­chaw­ce chłod­ny, służ­bo­wy ton.

Mar­cin wes­tchnął prze­cią­gle.

- Sze­fie, mam dziś wol­ne... - pró­bo­wał jesz­cze opo­no­wać.

- Nie dziś. To roz­kaz.

Po­łą­cze­nie za­koń­czy­ło się szyb­ciej, niż się za­czę­ło. Mar­cin za­klął pod no­sem. Nie tak wy­obra­żał so­bie nie­dziel­ny wie­czór po bez­sen­nej nocy, któ­rą spę­dził z Mar­tą. Li­czył na sen, ci­szę i nic­nie­ro­bie­nie.

Dziew­czy­na co­raz bar­dziej mu się po­do­ba­ła - co rzad­ko się zda­rza­ło. Zwy­kle nie spo­ty­kał się dwa razy z tą samą ko­bie­tą. Mar­ta była inna. Stu­dio­wa­ła pra­wo i do­ra­bia­ła w ba­rze, bo nie chcia­ła być od ni­ko­go za­leż­na - a do tego była cho­ler­nie pięk­na. Mia­ła w so­bie coś z ognia - jej spoj­rze­nie wbi­ja­ło się pod skó­rę, a zgrab­ne cia­ło wy­raź­nie świad­czy­ło o re­gu­lar­nym wy­sił­ku fi­zycz­nym.

Nie do­wie­dział się jed­nak, jaki sport upra­wia - zbyt mało było w ich spo­tka­niach miej­sca na roz­mo­wy. Ich wie­czo­ry wy­peł­nia­ły seks, al­ko­hol i ulot­na na­mięt­ność.

Zre­zy­gno­wa­ny wsiadł do auta i ru­szył w stro­nę ad­re­su po­da­ne­go przez na­czel­ni­ka. Zno­wu nie­dzie­la, zno­wu krew. Prze­kli­nał w du­chu, że zbrod­nie nie mają har­mo­no­gra­mu. Choć sta­ty­sty­ki po­ka­zy­wa­ły, że week­en­dy by­wa­ją naj­gor­sze, on wciąż na­iw­nie li­czył na to, że tym ra­zem bę­dzie ina­czej.

Na miej­scu cze­kał już pro­ku­ra­tor An­drzej­czak - wy­so­ki si­wie­ją­cy męż­czy­zna o wiecz­nie zmę­czo­nym spoj­rze­niu, któ­ry wy­glą­dał, jak­by każ­dy dzień był dla nie­go jed­no­cze­śnie po­nie­dział­kiem i piąt­kiem.

- Do­bry wie­czór - przy­wi­tał się Mar­cin.

- Do­bry... ra­czej nie­do­bry - burk­nął pro­ku­ra­tor. - Tech­ni­cy już są, ale musi być ktoś od śled­czych. Mu­si­my coś usta­lić, resz­tę po­pchnie­my ju­tro. Też chcę w koń­cu usiąść do ko­la­cji.

- Do­bry plan - przy­tak­nął Mar­cin.

Wspię­li się po skrzy­pią­cych scho­dach sta­rej ka­mie­ni­cy na Pra­dze. W kuch­ni za­sta­li cia­ło męż­czy­zny. Krew była wszę­dzie - na sto­le, bla­cie i pod­ło­dze. Wśród krwa­wych plam wa­la­ły się bu­tel­ki po ta­nim al­ko­ho­lu, reszt­ki chip­sów i nie­do­pał­ki.

- Co mamy? - rzu­cił Mar­cin do jed­ne­go z tech­ni­ków.

- Męż­czy­zna, oko­ło trzy­dziest­ki. Wy­glą­da na ofia­rę ata­ku no­żem. Wie­le ran kłu­tych w klat­ce pier­sio­wej. Wię­cej po sek­cji.

- Czy­li nie sa­mo­bój - wtrą­cił pro­ku­ra­tor.

- Zde­cy­do­wa­nie nie.

- Do­bra, czy­li szu­ka­my spraw­cy. Na­pisz mi coś do rana, resz­tą zaj­mie­my się ju­tro - rzu­cił pro­ku­ra­tor z wes­tchnie­niem. - Mam jesz­cze de­ser cze­ko­la­do­wy w lo­dów­ce.

- Do­brze, pa­nie pro­ku­ra­to­rze - od­parł Mar­cin. Z ulgą przy­jął wia­do­mość, że nie bę­dzie się dziś grze­bał w pa­pie­ro­lo­gii. Ju­tro też jest dzień.

Kie­dy spi­sy­wał no­tat­ki, An­drzej­czak przy­glą­dał mu się uważ­nie. Wy­obra­żał so­bie ko­goś in­ne­go, gdy my­ślał o po­li­cjan­cie, któ­ry miał­by mu po­móc zła­pać Ksa­we­re­go. Ale może wła­śnie ten typ - spo­koj­ny, z chłod­nym spoj­rze­niem i zmę­czo­ną twa­rzą - oka­że się naj­sku­tecz­niej­szy.

Ze­szli na dół, na we­wnętrz­ne po­dwór­ko. Mie­li już się roz­cho­dzić, gdy pro­ku­ra­tor za­trzy­mał go py­ta­niem:

- Mogę mieć do ko­mi­sa­rza proś­bę?

- To za­le­ży jaką - od­po­wie­dział ostroż­nie Mar­cin.

- Wiem, że za­trzy­mał pan spraw­ców po­bi­cia tego chło­pa­ka... Szyb­ko panu po­szło. Chło­pak się wy­bu­dził, może ze­zna­wać. Jego oj­ciec to mój zna­jo­my, wy­so­ko po­sta­wio­ny urzęd­nik w Mi­ni­ster­stwie Spra­wie­dli­wo­ści. Czy mógł­by pan jesz­cze raz się tym za­jąć?

- Ale... prze­ka­za­łem spra­wę in­nym śled­czym. Zro­bi­łem swo­je - od­parł za­sko­czo­ny Mar­cin.

- Tak, ro­zu­miem, ale bar­dzo bym pro­sił. Będę pana dłuż­ni­kiem. A to cza­sem się przy­da­je.

Mar­cin przez chwi­lę mil­czał. Wie­dział, że może od­mó­wić. Jed­nak w tej bran­ży do­bre re­la­cje z pro­ku­ra­to­ra­mi by­wa­ły bez­cen­ne. Może kie­dyś role się od­wró­cą i to on bę­dzie po­trze­bo­wał przy­słu­gi.

- Ja­sne. Sko­ro pan pro­ku­ra­tor tak ład­nie pro­si... za­ła­twię to ju­tro.

- Świet­nie, bar­dzo dzię­ku­ję. Ju­tro jak naj­bar­dziej pa­su­je.

Uści­snę­li so­bie dło­nie. Po­tem wsie­dli do sa­mo­cho­dów i od­je­cha­li w dwa róż­ne kie­run­ki - je­den w stro­nę ele­ganc­kie­go domu z ko­la­cją i wi­nem, dru­gi do ka­wa­ler­ki z zim­ną piz­zą i ścia­ną no­ta­tek.

10.

Kry­stian wró­cił po pra­cy do domu. Cięż­ka i dłu­ga noc­ka, któ­rą wła­śnie skoń­czył, była wy­jąt­ko­wo wy­czer­pu­ją­ca. Je­den z pra­cow­ni­ków zo­stał przy­ła­pa­ny pod wpły­wem al­ko­ho­lu i ochro­nia­rze mu­sie­li go usu­nąć z za­kła­du, co na­tych­miast wy­wo­ła­ło kon­flikt z resz­tą za­ło­gi, któ­ra sta­nę­ła w obro­nie zwol­nio­ne­go.

Jed­nak kie­row­nik zmia­ny był nie­ugię­ty - ka­zał na­tych­miast wy­rzu­cić typa z te­re­nu za­kła­du i w try­bie dys­cy­pli­nar­nym za­koń­czyć współ­pra­cę. Kry­stian, bę­dąc ra­czej drob­nej po­stu­ry, dłu­go si­ło­wał się z tę­gim męż­czy­zną. Gdy­by nie po­moc Ada­ma, nie dał­by so­bie rady. Od­cho­dząc, pi­ja­ny ro­bot­nik rzu­cał w ich stro­nę groź­by i prze­kleń­stwa, ale obaj ochro­nia­rze po­sta­no­wi­li to zi­gno­ro­wać.

Przez całą tę sy­tu­ację Kry­stian nie mógł spę­dzić cza­su na ob­ser­wo­wa­niu Ma­rii przez ka­me­ry. A ro­bił to za­wsze, gdy tyl­ko miał chwi­lę spo­ko­ju.

Do domu wró­cił, gdy za oknem już świ­ta­ło. Po­wie­trze było cie­płe i lek­kie - pach­nia­ło lipą, ku­rzem i po­ran­kiem. Świat zda­wał się wła­śnie bu­dzić do ży­cia, a on ma­rzył tyl­ko o tym, by na chwi­lę je wy­łą­czyć.

Za­raz po wej­ściu do kuch­ni na­tknął się na pa­nią Ja­dzię - wła­ści­ciel­kę miesz­ka­nia. Star­sza ko­bie­ta, nie ma­jąc ro­dzi­ny w oko­li­cy, po­zwo­li­ła mu za­miesz­kać na stry­chu w za­mian za do­raź­ną po­moc wo­kół domu.

Pani Ja­dzia, choć w po­de­szłym wie­ku, była wciąż za­ska­ku­ją­co ru­chli­wa. Kie­dy mia­ła lep­sze dni, już od rana krzą­ta­ła się po miesz­ka­niu, go­tu­jąc lub pie­kąc roz­ma­ite przy­sma­ki, któ­ry­mi chęt­nie dzie­li­ła się z Kry­stia­nem. On sam - z bra­ku umie­jęt­no­ści, ale i z le­ni­stwa - rzad­ko za­pusz­czał się do kuch­ni. Ja­dał głów­nie mro­żon­ki albo go­tow­ce, za co star­sza ko­bie­ta nie­ustan­nie go kar­ci­ła. Gdy tyl­ko mia­ła siły, go­to­wa­ła mu coś do­mo­we­go. Kry­stian do­ce­niał tę re­la­cję. Dbał o nią, po­ma­gał jej w na­pra­wach, no­sił za­ku­py, wy­no­sił śmie­ci. Ich współ­ist­nie­nie przy­po­mi­na­ło ci­chą, peł­ną sza­cun­ku sym­bio­zę.

Cza­sem miał wra­że­nie, że pani Ja­dzia była dla nie­go kimś wię­cej niż tyl­ko go­spo­dy­nią. Była jak... wer­sja mat­ki, któ­rej ni­g­dy nie znał.

Kry­stian ni­g­dy nie po­znał swo­ich ro­dzi­ców. Je­dy­ne, co pa­mię­tał z dzie­ciń­stwa, to po­nu­ry dom dziec­ka, z któ­re­go sta­rał się uciec naj­szyb­ciej, jak tyl­ko mógł. Uda­ło mu się to za­raz po osiem­na­stych uro­dzi­nach.

Dom dziec­ka ko­ja­rzył mu się wy­łącz­nie z krzyw­dą, bó­lem i cier­pie­niem, któ­rych do­świad­czył ze stro­ny star­szych wy­cho­wan­ków. Opie­ku­no­wie rów­nież nie oka­zy­wa­li współ­czu­cia. Dla­te­go wspo­mnie­nie dzie­ciń­stwa było w jego pa­mię­ci czar­ną, roz­my­tą pla­mą, do któ­rej wo­lał nie wra­cać. Na samą myśl prze­cho­dzi­ły go ciar­ki.

Pani Ja­dzia, kie­dy tyl­ko zo­ba­czy­ła Kry­stia­na, uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko swo­imi sztucz­ny­mi zę­ba­mi i od razu za­pro­si­ła go do kuch­ni.

- Kry­stian, wi­taj, tak na cie­bie cze­ka­łam. Upie­kłam świe­że bu­łecz­ki, zje­my ra­zem na śnia­da­nie, do­brze?

Kry­stian od­po­wie­dział uśmie­chem. Wie­dział, że nie po­tra­fi so­bie od­mó­wić jej do­mo­wych wy­pie­ków.

- Oczy­wi­ście. Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią. Na­wet mam w tor­bie mle­ko, to może i kawa się znaj­dzie?

- Ojj ty, za­wsze pa­mię­tasz o ta­kich rze­czach. Je­steś ko­cha­ny.

Te sło­wa go roz­czu­li­ły. Rzad­ko sły­szał coś cie­płe­go pod swo­im ad­re­sem. Wsta­wił czaj­nik, roz­ło­żył dwa ta­le­rzy­ki i już po chwi­li sie­dzie­li ra­zem przy ku­chen­nym sto­le, je­dząc bu­łecz­ki i cze­ka­jąc na kawę.

Choć star­sza ko­bie­ta była mu cał­kiem obca, sta­ła się w jego ży­ciu kimś bli­skim - je­dy­ną oso­bą, z któ­rą na­praw­dę roz­ma­wiał. Poza nią i Ada­mem nikt nie trak­to­wał go życz­li­wie. Dla resz­ty był dzi­wa­kiem. Ci­chym, ni­ja­kim, ła­twym do ośmie­sze­nia.

Po śnia­da­niu Kry­stian wspiął się na górę do swo­je­go po­ko­ju na stry­chu. Był wy­koń­czo­ny po noc­nej zmia­nie, ale za­nim za­snął, przy­po­mniał so­bie, że obie­cał jed­ne­mu z są­sia­dów wy­wieźć śmie­ci. To była do­dat­ko­wa for­ma za­rob­ku - za nie­wiel­ką opła­tą wy­ko­ny­wał drob­ne zle­ce­nia: prze­wóz me­bli, wy­wóz rze­czy, cza­sem drob­ne na­pra­wy.

Wła­śnie dla­te­go ku­pił swo­je­go sta­re­go Sprin­te­ra. Mimo że był wy­słu­żo­ny, ide­al­nie spraw­dzał się w pra­cy. Kry­stian do­ra­biał, jak mógł. Pen­sja ochro­nia­rza nie wy­star­cza­ła na zbyt wie­le.

Po­ło­żył się na łóż­ku. Za­sło­nił małe da­cho­we okno gru­bą za­sło­ną, ale mimo wszyst­ko nie mógł za­snąć. Wier­cił się, prze­wra­cał z boku na bok, czuł go­rą­co, roz­draż­nie­nie, na­pię­cie.

Zno­wu my­ślał o Ma­rii. Jej twarz, jej ru­chy, spo­sób, w jaki po­pra­wia­ła wło­sy pod czep­kiem ochron­nym - wszyst­ko to po­wra­ca­ło jak nar­ko­tyk. Krew pul­so­wa­ła mu w skro­niach. Ale coś było ina­czej. Tym ra­zem w jego gło­wie po­ja­wił się ob­raz Ka­tii.

Ta dziew­czy­na z pra­cy. Za­wsze uśmiech­nię­ta, za­wsze pierw­sza do żar­tów - szcze­gól­nie z nie­go. To Ka­tia mó­wi­ła, że wy­glą­da, jak­by nie spał od ty­go­dnia, że pa­trzy na lu­dzi jak psy­cho­pa­ta i że pew­nie w domu gada sam do sie­bie. Śmia­ła się ra­zem z in­ny­mi, a cza­sem naj­gło­śniej ze wszyst­kich. Na­gle wszyst­kie cie­płe uczu­cia wo­bec Ma­rii za­czę­ły ga­snąć, jak­by ktoś za­krę­cił ku­rek. Za­miast nich po­ja­wi­ła się złość. Zim­na, lep­ka i wpeł­za­ją­ca pod skó­rę.

Chciał, żeby Ka­tii zro­bi­ło się głu­pio. Żeby prze­sta­ła się śmiać. Żeby zo­ba­czy­ła, że on też coś zna­czy.

Wziął te­le­fon i zna­lazł jej pro­fil na In­sta­gra­mie. Prze­glą­dał zdję­cia - z wa­ka­cji, ze zna­jo­my­mi, w bi­ki­ni, z drin­kiem na tle mo­rza. Po­czuł, jak wzbie­ra w nim na­pię­cie. Nie mia­ło w so­bie nic z czu­ło­ści - tyl­ko wście­kłość i po­gar­dę. Nie chciał jej do­ty­kać. Chciał, żeby cier­pia­ła. Jak on.

Wy­obraź­nia za­czę­ła pra­co­wać. W jego gło­wie ro­dził się sce­na­riusz ze­msty. Ob­ra­zy były gwał­tow­ne, brud­ne, dusz­ne. O niej. O tym, że już się nie śmie­je. Że pa­trzy na nie­go ze stra­chem, a nie z kpi­ną.

"Kto te­raz jest prze­gry­wem?" - sły­szał w gło­wie swój wła­sny głos, gar­dło­wy, obcy.

Dy­szał. Dło­nie mu drża­ły. W gło­wie krą­ży­ły sło­wa, któ­rych ni­g­dy nie wy­po­wie­dział­by na głos. Za­mknął oczy. Przez mo­ment czuł się, jak­by rze­czy­wi­stość prze­sta­ła ist­nieć. Jak­by zo­stał sam ze swo­ją fu­rią, pod­nie­ce­niem i po­gar­dą.

Do­szedł szyb­ko. Zbyt szyb­ko. I z za­sko­cze­niem. Otwo­rzył oczy, wpa­trzo­ny bez­na­mięt­nie w su­fit. Na­gle wszyst­ko uci­chło. Tyl­ko pul­so­wał mu kark, a w gło­wie pa­no­wał ba­ła­gan.

- Czy ja je­stem cho­ry? - wy­szep­tał sam do sie­bie.

Nie znał od­po­wie­dzi. Może już daw­no prze­sta­ło to mieć zna­cze­nie.

Odło­żył te­le­fon. Le­żał nagi na łóż­ku. My­śli krą­ży­ły w kół­ko.

Gdzieś po­mię­dzy jawą a snem wy­po­wie­dział jesz­cze jed­no zda­nie. Ci­cho, jak mo­dli­twę:

- Tak bar­dzo bym chciał cię uka­rać, Ka­tia.

Za­snął twar­dym, nie­ru­cho­mym snem. Jak gdy­by coś w nim zo­sta­ło wy­łą­czo­ne.

11.

Gru­cha wszedł do ko­mi­sa­ria­tu. W jed­nej ręce trzy­mał ku­bek kawy, dru­gą po­pra­wiał roz­pi­na­ną blu­zę. Na scho­dach mi­nął ko­le­gę z wy­dzia­łu, któ­ry rzu­cił mi­mo­cho­dem:

- Szu­ka cię na­czel­nik.

Nie była to żad­na no­wość. Na­czel­nik za­wsze cze­goś chciał. A szcze­gól­nie od nie­go. Mar­cin wes­tchnął, zmie­nił kie­ru­nek i za­miast iść do swo­je­go ga­bi­ne­tu, ru­szył pro­sto pod drzwi prze­ło­żo­ne­go. Za­trzy­mał się na chwi­lę, ze­brał my­śli, za­pu­kał zde­cy­do­wa­nie.

- Wejść - usły­szał zza drzwi.

Otwo­rzył je szyb­kim ru­chem, wszedł jesz­cze pew­niej i bez cze­ka­nia na za­pro­sze­nie usiadł na krze­śle.

- Sły­sza­łem, że mnie pan na­czel­nik szu­kał?

- Gru­cha... ty dużo wiesz, ale cza­sa­mi jesz­cze wię­cej nie wiesz.

- Nie bar­dzo ro­zu­miem. Mówi pan za­gad­ka­mi, pa­nie na­czel­ni­ku.

- Za­mknij się. Po­trze­bu­ję od­po­wie­dzi, nie dys­ku­sji.

- To słu­cham py­tań - rzu­cił Mar­cin z bez­czel­nym uśmie­chem.

- By­łeś wczo­raj na tej miej­sców­ce, co cię tam wy­sła­łem?

- Zga­dza się.

- Zro­bi­łeś ra­port?

- Skoń­czę za trzy­dzie­ści mi­nut. Za­pew­ne pan na­czel­nik nie za­uwa­żył, była nie­dzie­la, czy­li mój wol­ny dzień. Kie­dy wszy­scy grza­li ka­na­pę, ja je­cha­łem na ja­kąś do­mo­wą rzeź.

- Ty mi się tu nie mą­drzyj. Wy­sła­łem cię, bo ostat­nio spie­przy­łeś kil­ka spraw i by­łeś, de­li­kat­nie mó­wiąc, nie­kom­pe­tent­ny. To było two­je od­ku­pie­nie.

- No do­bra, do­bra. Żar­tu­ję. Se­rio, za­raz sią­dę i to zro­bię.

- Dru­ga kwe­stia: kto tam był z tobą?

- Tech­ni­cy i ja­kiś pro­ku­ra­tor... za­po­mnia­łem na­zwi­ska, mam za­pi­sa­ne.

- Za­po­mnia­łeś? A je­steś pe­wien, że masz tam kawę w tym kub­ku? - Na­czel­nik zmru­żył oczy i spoj­rzał po­dejrz­li­wie.

- Może pan spraw­dzić. - Mar­cin pod­su­nął mu ku­bek pod nos.

- Za­bie­raj mi to sprzed twa­rzy. Spra­wa jest taka: ten pro­ku­ra­tor na­pi­sał na cie­bie po­chwa­łę. Po­wie­dział, że wy­ka­za­łeś się wzo­ro­wym po­dej­ściem. Mało tego, po­pro­sił ko­men­dan­ta, że­byś to ty prze­słu­chał chło­pa­ka, któ­ry się wy­bu­dził. Coś ci to mówi?

- Mó­wił, że pro­sił­by, że­bym się tym za­jął. Ale o po­chwa­łach nic nie wspo­mi­nał. Może ja­kaś pre­mia się szy­ku­je? - Gru­cha zno­wu uśmiech­nął się bez­czel­nie.

- Prze­słu­chaj tego chło­pa­ka. Sam nie wiem, cze­mu to dla nich ta­kie waż­ne, ale sko­ro ko­men­dant aż się go­tu­je, to może coś w tym jest. A kto by się spo­dzie­wał, że An­drzej­czak - aku­rat on - cię po­chwa­li. No ale wi­docz­nie ta­kie cha­rak­te­ry się przy­cią­ga­ją.

- Ja­kie cha­rak­te­ry? - Mar­cin spoj­rzał głup­ko­wa­to.

- Mo­żesz odejść. Ra­port i prze­słu­cha­nie to two­je za­da­nia na dziś. Od­mel­do­wać się, Gru­czyń­ski.

Mar­cin bez sło­wa wstał i wy­szedł z ga­bi­ne­tu. Przed na­czel­ni­kiem nie za­mie­rzał tego oka­zy­wać, ale w środ­ku był nie­co za­sko­czo­ny. Po­chwa­ła? Za co? Prze­cież nie zro­bił nic wiel­kie­go poza da­niem sło­wa, że prze­słu­cha chło­pa­ka. A jed­nak - już mu się to opła­ci­ło. "Do­bra de­cy­zja" - po­my­ślał.

Za­sta­na­wia­ło go jed­no: kie­dy pro­ku­ra­tor zdą­żył wy­sto­so­wać po­chwa­łę i za­ła­twić for­mal­no­ści w po­nie­dział­ko­wy po­ra­nek? Czy ten czło­wiek w ogó­le sy­pia? Prze­bie­gło mu to przez gło­wę, ale po­sta­no­wił się tym nie przej­mo­wać. Przed nim był pra­co­wi­ty dzień, a wie­czo­rem pla­no­wał wy­sko­czyć na piwo z chło­pa­ka­mi z wy­dzia­łu. Nie chciał sie­dzieć w ro­bo­cie do póź­na.

Za­raz po skoń­cze­niu ra­por­tu wy­słał go na­czel­ni­ko­wi, spa­ko­wał gra­ty do ple­ca­ka, wło­żył kurt­kę i ru­szył do wyj­ścia. Na scho­dach spo­tkał ko­mi­sa­rza Da­wi­da Ko­nop­skie­go, swo­je­go part­ne­ra z sek­cji.

- Wy­cho­dzisz dzi­siaj z nami na piwo? - rzu­cił Da­wid.

- Ja­sne. A gdzie idzie­my?

- Kie­dyś by­śmy po­szli do La Joyi, ale po ostat­niej ak­cji z ochro­nia­rza­mi... śred­nio by to wy­glą­da­ło.

- No fakt, tro­chę kwas. Ale nie było wyj­ścia. Na­pisz mi SMS-a, gdzie bę­dzie zbiór­ka. Do­ja­dę.

- Może uda się coś po­de­rwać na mie­ście - za­śmiał się Da­wid.

- Może. Do­bra, lecę. Do póź­niej.

Mar­cin wsiadł do służ­bo­we­go BMW i ru­szył w stro­nę szpi­ta­la, gdzie prze­by­wa­ła ofia­ra po­bi­cia - mło­dy chło­pak, któ­ry cu­dem prze­żył.

12.

Ksa­we­ry sie­dział w swo­im biu­rze. Zjadł śnia­da­nie i spraw­dzał fak­tu­ry. Mimo że wpa­try­wał się w rzę­dy cy­fe­rek, kom­plet­nie nie mógł się na nich sku­pić.

W koń­cu wstał od du­że­go, ma­syw­ne­go, dę­bo­we­go biur­ka i pod­szedł do sza­fy. Wy­cią­gnął szklan­kę, na­lał so­bie whi­sky i wy­pił dusz­kiem. Się­gnął do kie­sze­ni kurt­ki po pa­pie­ro­sy i od­pa­lił jed­ne­go. Usiadł na ka­na­pie sto­ją­cej w rogu po­ko­ju.

Cięż­ki, gry­zą­cy dym pa­pie­ro­so­wy uno­sił się w po­wie­trzu. Biu­ro na za­ple­czu, po­zba­wio­ne okna, oświe­tla­ne je­dy­nie gołą ża­rów­ką, wy­glą­da­ło jak cela prze­słu­chań - cia­sne, przy­du­szo­ne, mrocz­ne. Dym za­wisł w po­wie­trzu, spra­wia­jąc, że po­miesz­cze­nie wy­da­wa­ło się jesz­cze ciem­niej­sze.

Ksa­we­ry wziął głę­bo­ki od­dech i za­czął ner­wo­wo cho­dzić po po­ko­ju. Zbyt wie­le spraw za­czę­ło się sy­pać.

Naj­pierw ten gów­niarz w klu­bie. Na po­cząt­ku wy­da­wa­ło mu się to bła­host­ką, te­raz wie­dział, że mogą wy­nik­nąć z tego po­waż­ne pro­ble­my. Mimo że wy­słał trzech praw­ni­ków dla swo­ich ochro­nia­rzy, do tej pory nie opu­ści­li aresz­tu. Pro­ku­ra­tor wy­dał de­cy­zję, że mają tam sie­dzieć.

"Pie­przo­ny urzę­das" - po­my­ślał gang­ster.

Do tego jesz­cze za­trzy­ma­nie ca­łe­go trans­por­tu nar­ko­ty­ków ze wschod­niej gra­ni­cy. Nie dość, że nie do­tarł to­war, to jesz­cze cały wkład po­szedł się je­bać. Cały czas pró­bo­wał roz­gryźć jed­no py­ta­nie: ja­kim cu­dem cel­ni­cy wie­dzie­li, kie­dy i któ­rę­dy idzie trans­port?

Nie da­wa­ło mu to spo­ko­ju. Pę­tla się za­ci­ska­ła, a on nie zno­sił, gdy coś wy­my­ka­ło mu się spod kon­tro­li.

Szyb­kim ru­chem wstał, otwo­rzył ner­wo­wo sza­fę i na­lał so­bie ko­lej­ną por­cję whi­sky.

My­ślał, że może któ­ryś z ochro­nia­rzy pu­ścił parę z gęby, ale prze­cież nie wie­dzie­li o trans­por­cie. Nie byli w to wta­jem­ni­cze­ni.

Na do­miar złe­go ten Gru­cha cały czas sie­dział mu na ogo­nie. Od mie­się­cy pró­bo­wał go do­rwać, ale do tej pory ni­cze­go nie uda­ło mu się udo­wod­nić.

Skoń­czył drin­ka. Nie mógł się sku­pić na fak­tu­rach. Wi­dział tyl­ko, że week­end był uda­ny - zy­ski w klu­bie wy­glą­da­ły oka­za­le. Cho­ciaż tyle. Taka ilość go­tów­ki za­wsze da­wa­ła pole do ma­new­ru. I do pra­nia.

Wstał w koń­cu od sto­łu, otwo­rzył drzwi.

- Ka­ro­li­na! - za­wo­łał jed­ną z kel­ne­rek.

- Tak, sze­fie - do­bie­gło z od­da­li.

- Po­wiedz kie­row­cy, żeby szy­ko­wał auto. Mu­szę gdzieś pod­je­chać.

Wie­dział, że z trans­por­tem nie­wie­le już da się zro­bić. Ca­łość prze­pa­dła, ale może uda się od­zy­skać choć skra­wek - co­kol­wiek, co nie wpa­dło w ręce cel­ni­ków. Mu­siał spró­bo­wać.

Po­sta­no­wił od­wie­dzić czło­wie­ka, któ­ry za­ła­twiał wszyst­ko na gra­ni­cy. Może coś się da wy­tar­go­wać. Może za do­dat­ko­wą go­tów­kę... a je­śli to nie za­dzia­ła - prze­moc za­wsze była sku­tecz­na. Spraw­dza­ła się wcze­śniej, spraw­dzi się i te­raz.

Ta myśl go uspo­ko­iła. Przy­wró­ci­ła mu po­czu­cie kon­tro­li.

Z lek­kim uśmie­chem wy­szedł na ze­wnątrz. Auto już cze­ka­ło - sil­nik mru­czał, kie­row­ca miał wzrok wbi­ty w lu­ster­ko.

Ksa­we­ry wsiadł bez sło­wa i za­trza­snął za sobą drzwi.

13.

Mar­cin za­je­chał pod szpi­tal, za­par­ko­wał auto i ru­szył w stro­nę wej­ścia. Już przy drzwiach mło­da pie­lę­gniar­ka po­in­for­mo­wa­ła go, gdzie leży jego pa­cjent, i ko­mi­sarz skie­ro­wał się pro­sto do po­ko­ju nu­mer sto dwa­dzie­ścia.

Sta­nął przed drzwia­mi, za­pu­kał i wszedł do środ­ka. Mło­dy męż­czy­zna le­żał przy sa­mym oknie i ga­pił się w te­le­wi­zor. W sali było jesz­cze dwóch in­nych pa­cjen­tów - ra­zem z nim w mil­cze­niu oglą­da­li ja­kiś pro­gram.

Po­miesz­cze­nie było nie­du­że, ale urzą­dzo­ne no­wo­cze­śnie. Łóż­ka, po­ściel, te­le­wi­zor - wszyst­ko wy­glą­da­ło, jak­by do­pie­ro co zo­sta­ło tu wsta­wio­ne. Zu­peł­nie nie tak wy­obra­żał so­bie szpi­tal. W jego gło­wie te miej­sca za­wsze były sza­re, cuch­ną­ce i z cza­sów Gier­ka.

Mar­cin pod­szedł do chło­pa­ka. Przy­su­nął so­bie ta­bo­ret, usiadł i na­chy­lił się nad nim.

- Se­we­ryn Bor­kow­ski?

Chło­pak ob­ser­wo­wał go od mo­men­tu, gdy tyl­ko wszedł do sali. Mar­cin zda­wał so­bie z tego spra­wę, ale nie prze­jął się tym szcze­gól­nie. To­wa­rzy­sze nie­do­li Bor­kow­skie­go też pa­trzy­li. Ich wzrok śle­dził każ­dy ruch ko­mi­sa­rza, jak­by byli jego pry­wat­ny­mi ochro­nia­rza­mi. Mar­cin czuł ich spoj­rze­nia na kar­ku.

Se­we­ryn da­lej nie od­ry­wał od nie­go wzro­ku. Wpa­try­wał się bez­na­mięt­nie, bez sło­wa.

- O ile wiem, na ra­zie nie mo­żesz cho­dzić - rzu­cił chłod­no Mar­cin. - Ale mó­wić mo­żesz. To jak się na­zy­wasz?

- Se­we­ryn Bor­kow­ski - od­po­wie­dział ci­cho chło­pak, nie kry­jąc zdzi­wie­nia.

- Su­per. To naj­waż­niej­sze mamy już usta­lo­ne.

Mar­cin nie mógł znieść pa­lą­ce­go spoj­rze­nia współ­lo­ka­to­rów mło­de­go męż­czy­zny. Od­wró­cił się do nich, spoj­rzał wy­mow­nie, wy­cią­gnął le­gi­ty­ma­cję służ­bo­wą i rzu­cił:

- Pa­no­wie, będę mu­siał tu prze­słu­chać tego mło­de­go czło­wie­ka. Czy mo­gli­by­ście opu­ścić po­kój? Te­le­no­we­lę obej­rzy­cie so­bie na po­po­łu­dnio­wej po­wtór­ce. Dzię­ku­ję.

Nie cze­kał na re­ak­cję. Od­wró­cił się z po­wro­tem do chło­pa­ka. Po chwi­li usły­szał je­dy­nie skrzy­pie­nie łó­żek i dźwięk za­my­ka­nych drzwi. Do­pie­ro te­raz przyj­rzał się do­kład­nie Se­we­ry­no­wi.

Jed­na ręka w gip­sie. Obie nogi rów­nież. Twarz - poza si­nia­kiem pod okiem - wy­glą­da­ła na nie­tknię­tą, ale ban­daż okrę­co­ny wo­kół gło­wy su­ge­ro­wał, że to tyl­ko po­zo­ry. Tur­ban z bia­łe­go ma­te­ria­łu był prze­siąk­nię­ty lek­ką smu­gą krwi tuż przy kar­ku. Uciekł śmier­ci o mi­li­me­try.

- Ale cię urzą­dzi­li, co? Dłu­go się bę­dziesz ku­ro­wał.

- Le­ka­rze mó­wią, że i tak mia­łem szczę­ście... ja­kiś we­wnętrz­ny wy­lew, uraz gło­wy... Fart, że prze­ży­łem.

- Za co cię tak sko­pa­li?

- Nic wiel­kie­go. - Chło­pak wy­raź­nie się za­wsty­dził; spu­ścił wzrok.

- Słu­chaj. Będę z tobą szcze­ry. Twój sta­ry to duża szy­cha. Do­sta­łem zle­ce­nie, żeby cię prze­słu­chać. Ja, szcze­rze, mam w du­pie, kim jest twój oj­ciec. Ale mój ko­men­dant już nie. Ja mam ro­bić swo­je. Je­śli przez cie­bie wdep­nę w gów­no, bo nic mi nie po­wiesz, to wró­cę do tych osił­ków, po­wiem, że mi na­ga­da­łeś na nich głu­pot, i wpier­do­lą ci dru­gi raz. Masz wy­bór: albo ga­dasz ze mną, albo z nimi. Tyl­ko że oni sie­dzą już w aresz­cie i ra­czej nie są w na­stro­ju do roz­mów.

- Co? Za­mknę­li­ście ich za to? To mam prze­je­ba­ne... - jęk­nął chło­pak, bla­dy jak ścia­na.

- Jesz­cze nie masz. Jak mi po­wiesz, o co po­szło, to ogar­nę te­mat. Ale mu­szę wie­dzieć, co się wy­da­rzy­ło. No, Se­we­ryn?

Chło­pak prze­łknął śli­nę. Spoj­rzał w bok. Na mo­ment za­milkł. W tle grał ci­cho te­le­wi­zor - ja­kiś se­rial, śmie­chy z offu. Tu, w tej sali, śmiech był jak obca mu­zy­ka.

- Ja i ko­le­ga han­dlo­wa­li­śmy dla jed­ne­go z di­le­rów Ksa­we­re­go. Je­den klient nie za­pła­cił i się ulot­nił. Tam­ten stwier­dził, że to my go wy­sta­wi­li­śmy. Po­wie­dział wszyst­ko sze­fo­wi. Chcia­łem to wy­ja­śnić w klu­bie, ale ci ochro­nia­rze już wie­dzie­li, co mają ro­bić. No i mnie po­bi­li.

- Ech... Wy­tłu­macz mi jed­no. Twój sta­ry to gru­ba ryba. Za­ra­bia kupę kasy. A ty się pa­ku­jesz w ta­kie gów­no?

- Chcia­łem za­im­po­no­wać zna­jo­mym... a poza tym sta­ry nie daje mi tyle, co pan my­śli. Mu­sia­łem się ja­koś usta­wić.

- To co te­raz?

- Nie wiem. Co ja mam zro­bić?

- Nic. Ja to za­ła­twię. Ale kasę mu­sisz mu od­dać. Jak wi­sisz sia­no, to od­da­jesz, wte­dy ja to za­ła­twię. Ja­sne? Po­życz od ojca, mło­dy. Bo jak nie za­pła­cisz, to oni cię... sam wiesz, co zro­bią.

Z cięż­kim wes­tchnie­niem Se­we­ryn wbił wzrok w koł­drę. Już wcze­śniej roz­wa­żał tę opcję, ale coś go po­wstrzy­ma­ło. Te­raz wie­dział, że nie ma wyj­ścia.

- Do­bra - po­wie­dział ci­cho.

- Za­ła­twię ci tro­chę cza­su. Ale mu­sisz się ogar­nąć - pod­su­mo­wał Mar­cin.

- Zgo­da - rzu­cił Se­we­ryn.

Mar­cin wstał, od­su­nął ta­bo­ret nogą, ski­nął gło­wą chło­pa­ko­wi i wy­szedł z sali.

Przed drzwia­mi sta­li współ­lo­ka­to­rzy Se­we­ry­na. Naj­wy­raź­niej pod­słu­chi­wa­li całą roz­mo­wę.

Mar­cin rzu­cił im wy­mow­ne spoj­rze­nie. Przez chwi­lę wy­glą­da­ło, jak­by chciał coś po­wie­dzieć - już otwie­rał usta, ale osta­tecz­nie tyl­ko wes­tchnął, ob­ró­cił się i ru­szył w stro­nę wyj­ścia.

Wsiadł do auta, od­pa­lił sil­nik i skie­ro­wał się w stro­nę ko­men­dy.

W dro­dze za­dzwo­nił do pro­ku­ra­to­ra An­drzej­cza­ka i po­in­for­mo­wał, że spra­wa z Se­we­ry­nem zo­sta­ła za­ła­twio­na. An­drzej­czak wy­raź­nie się ucie­szył - w jego gło­sie sły­chać było ulgę, może na­wet sa­tys­fak­cję. Po­pro­sił o spo­tka­nie, chciał znać wię­cej szcze­gó­łów.

Mar­cin jed­nak prze­ło­żył to na ju­tro - dziś miał jesz­cze kil­ka rze­czy do za­ła­twie­nia i nie miał ocho­ty na roz­mo­wy w czte­ry oczy z urzęd­ni­kiem, któ­ry za­wsze pach­niał kosz­tow­ny­mi cy­ga­ra­mi i mar­twym su­mie­niem.

Póź­nym po­po­łu­dniem, gdy opusz­czał ko­men­dę, ma­rzył tyl­ko o szyb­kim prysz­ni­cu, zim­nym pi­wie i łóż­ku. Ple­cy go bo­la­ły, gło­wa pul­so­wa­ła od nad­mia­ru in­for­ma­cji, a ubra­nie za­czy­na­ło cią­żyć jak zbro­ja.

W ostat­niej chwi­li przy­po­mniał so­bie jed­nak o po­ran­nej obiet­ni­cy - spo­tka­niu z chło­pa­ka­mi na pi­wie. Za­klął w du­chu, że się na to zgo­dził, ale te­raz było mu głu­pio się wy­co­fać. Wes­tchnął i skie­ro­wał się w stro­nę Sta­re­go Mia­sta, do baru, któ­re­go lo­ka­li­za­cję po­de­słał mu w SMS-ie jego part­ner Da­wid.

W dro­dze na miej­sce do­stał jesz­cze wia­do­mość od Mar­ty.

Otwo­rzył SMS-a.

"Może szyb­ki seks u cie­bie?".

Pro­po­zy­cja brzmia­ła jak speł­nie­nie ma­rzeń po cięż­kim dniu. Przez se­kun­dę się za­wa­hał, pa­trząc na ekran.

Ale nie od­pi­sał. Dziś po­trze­bo­wał cze­goś in­ne­go. Ci­szy mię­dzy ha­ła­sem. Mę­skie­go wie­czo­ru, kil­ku piw i choć­by odro­bi­ny nor­mal­no­ści.