Szturmowcy Warszawy. Żółty tygrys - Bohdan Arct

Kup ebooka

10.40 zł
8.63 zł (8,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Gdy zabrakło samolotów...

Eska­dry 161 i 162 lwow­skiego dywi­zjonu myśliw­skiego pra­co­wały w pocie czoła. Natę­że­nie lotów było wiel­kie, toteż peze­telki raz po raz pod­ry­wały się w górę z lot­ni­ska Widzew pod Łodzią i szły na spo­tka­nie napast­ni­ków. Napór wroga wzra­stał, powie­trze nad Pol­ską coraz bar­dziej wypeł­niało się maszy­nami z czar­nymi krzy­żami na skrzy­dłach i rów­nie czar­nymi swa­sty­kami na sta­tecz­ni­kach. Hitle­row­ska Luft­waffe1 - naj­po­tęż­niej­sza wów­czas lot­ni­cza siła świata - dys­po­no­wała ponad dwoma i pół tysią­cem nowo­cze­snych, szyb­kich i dosko­nale uzbro­jo­nych samo­lo­tów bojo­wych. Cele i zada­nia tej potwor­nej machiny bojo­wej nie­dwu­znacz­nie okre­ślił sam Hitler w zna­mien­nej mowie z dnia 22 sierp­nia 1939 roku:

"Znisz­cze­nie Pol­ski jest na pierw­szym pla­nie. Celem jest znisz­cze­nie żywych sił, a nie doj­ście do jakiejś linii... Podam pro­pa­gan­dową przy­czyną roz­po­czę­cia wojny. Obo­jętne, czy będzie ona słuszna, czy nie. Zwy­cięzcy nikt nie będzie pytał, czy mówił prawdę, czy nie­prawdę. Nie miej­cie lito­śći. Bru­talne podej­ście. Sil­niej­szy ma rację. Jak naj­więk­sza suro­wość..."2

Nie mieli lito­ści, byli bru­talni, byli... "surowi". Rze­czy wła­ści­wie znane, lecz ni­gdy nie będzie dosyć przy­po­mnie­nia i powta­rza­nia! Już w pierw­szych dniach najazdu poka­zali, co potra­fią. Bom­bar­do­wali wsie i osie­dla, mor­do­wali bez­bron­nych miesz­kań­ców, kobiety i dzieci, ostrze­li­wali nawet bydło na polach i pastwi­skach. Masa­kro­wali cywil­nych ucie­ki­nie­rów po szo­sach, a jeżeli jakiś szpi­tal nie­opatrz­nie umiesz­czał znaki czer­wo­nego krzyża na dachu lub dzie­dzińcu, nie­uchron­nie ścią­gał na sie­bie ataki "nad­lu­dzi" z Luft­waffe.

Były to dotych­czas nie­znane i "super­no­wo­cze­sne" spo­soby uży­cia samo­lo­tów w walce. Trudno jed­nak się dzi­wić, skoro sam mar­sza­łek Kes­sel­ring, zausz­nik Göringa, tak naka­zy­wał zało­gom Dornie­rów, Hein­kli i Jun­ker­sów:

"Krą­żąc nad mia­stami i polami nie­przy­ja­ciela powin­ni­ście zdu­sić w sobie wszel­kie uczu­cia. Powin­ni­ście powie­dzieć sobie, że istoty, które widzi­cie, nie są ludźmi, bowiem ludźmi są tylko wal­czący Niemcy. Dla nie­miec­kiej Luft­waffe nie ist­nieją ani tak zwane obiekty nie­woj­skowe, ani względy uczu­ciowe. Kraje nie­przy­ja­ciel­skie trzeba zetrzeć z powierzchni ziemi..."

Po dru­giej zaś stro­nie, star­to­wały w obro­nie eska­dry myśliw­skich gór­no­pła­tów. Było ich prze­raź­li­wie mało, zale­d­wie 129 prze­sta­rza­łych PZL P-11oraz 30 jesz­cze star­szych PZL P-73. Pręd­kość tych pości­gow­ców zale­d­wie dorów­ny­wała pręd­ko­ści wro­gich bom­bow­ców i mniej­sza była od pręd­ko­ści myśliw­skich Mes­ser­sch­mit­tów o bli­sko 200 kilo­me­trów na godzinę! Z łatwo­ścią można było prze­wi­dzieć wyniki powietrz­nych zma­gań we wrze­śniu 1939 roku.

Nie­mniej piloci pol­skich gór­no­pła­tów owiani nie­zwy­kłym duchem walki, nie ustę­po­wali, dawali z sie­bie i ze swych maszyn wszystko. Stąd też nad całym odcin­kiem Armii "Łódź", usi­łu­ją­cej nada­rem­nie powstrzy­mać napór pan­cer­nej broni wroga, toczyły się nie­zli­czone powietrzne poje­dynki. Eska­dry lwow­skiego dywi­zjonu myśliw­skiego zwy­cię­żały, ale też pono­siły dotkliwe straty w ludziach i sprzę­cie. W dodatku lot­ni­sko widzew­skie ata­ko­wane było kil­ka­krot­nie z góry. Duże szkody poczy­niły nur­ku­jące bom­bowce Jun­kers Ju-87, a Mes­ser­sch­mitty Me-109 ostrze­lały i spa­liły na ziemi kilka peze­te­lek, jesz­cze bar­dziej zmniej­sza­jąc kur­czący się stan pol­skiej jed­nostki. Poczęło bra­ko­wać sprzętu, uzu­peł­nie­nia samo­lo­tów nie nad­cho­dziły, bo nie było skąd, bra­kło paliwa, amu­ni­cji, czę­ści zapa­so­wych.

Tak nad­szedł dzień 5 wrze­śnia, kiedy to pękł front armii "Łódź"4. Przed wie­czo­rem dywi­zjon otrzy­mał roz­kaz prze­su­nię­cia się na lot­ni­sko Drwa­lew w oko­li­cach Grójca. Rzut kołowy odszedł o świ­cie 6 wrze­śnia, a pięć samo­lo­tów - tyle bowiem pozo­stało maszyn - odle­ciało z Widzewa o godzi­nie siód­mej. Po połu­dniu zaś na opu­sto­sza­łym lot­ni­sku zna­la­zło się dwóch ludzi, nada­rem­nie sta­ra­ją­cych się dopro­wa­dzić do porządku roz­bity samo­lot.

Nad­cho­dziła noc, poczęło się ściem­niać. Dud­nie­nie arty­le­rii roz­le­gało się bli­żej i bli­żej. Dłu­gie serie broni maszy­no­wej wyda­wały się docho­dzić z prze­ciw­le­głego krańca lot­ni­ska. Ludzie dłu­biący przy samo­lo­cie wymie­nili poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie.

- Nic już z tego grata nie będzie! - zawo­łał z roz­pa­czą plu­to­nowy Wiel­gas, prze­cią­ga­jąc dło­nią po twa­rzy uma­za­nej sma­rami.

Pod­po­rucz­nik Jerzy Kiel­ski ski­nął głową i przy­gryzł wargi. Mecha­nik miał rację. Nie można było dłu­żej się łudzić i ocze­ki­wać cudu. Tak, to był rze­czy­wi­ście grat nie­na­da­jący się już do niczego. Pła­to­wiec dopro­wa­dzono do porządku względ­nie szybko i łatwo, cho­ciaż pilot miał poważne wąt­pli­wo­ści co do stanu kra­tow­nic skrzy­deł. Ale sil­nik ani rusz nie chciał zasko­czyć, a odna­le­zie­nie i usu­nię­cie defektu abso­lut­nie prze­kra­czało moż­li­wo­ści pod­po­rucz­nika Kiel­skiego i plu­to­no­wego Wiel­gasa.

- Co robimy, panie porucz­niku? - padło nie­unik­nione pyta­nie ze strony Wiel­gasa. Zarówno on, jak i ofi­cer coraz czę­ściej nasta­wiali uszu w kie­runku wzma­ga­ją­cej się strze­la­niny.

Jerzy wymow­nie popa­trzył na sto­jący opo­dal moto­cykl. Był to lekki, jed­no­miej­scowy Sokół 200.

Wiel­gas momen­tal­nie poła­pał się w sytu­acji.

- Żal maszyny - bąk­nął.

- Tak - zgo­dził się Kiel­ski. - Nic innego nie zostało...

- Spa­limy?

- Mhm.

- Jak się zabie­rzemy. Na tym moto­rze?

- Nie ma wyboru. Jakoś sobie pora­dzimy. W Łodzi zoba­czymy, co dalej. Zresztą może w szta­bie nam dopo­mogą.

- W szta­bie? - Wiel­gas prze­cią­gnął to słowo. - E, tam już pew­nie żywego ducha nie ma.

W pięt­na­ście minut póź­niej, gdy bez­u­ży­teczny samo­lot pło­nął jaskra­wym ogniem, dwójka lot­ni­ków podą­żała na moto­cy­klu szosą do Łodzi. Pro­wa­dzący Kiel­ski doko­ny­wał cudów zręcz­no­ści, by w ciem­no­ściach wyma­new­ro­wać pomię­dzy ucie­ki­nie­rami, utrzy­mać rów­no­wagę i nie zwa­lić się do rowu. Wiel­gas trzy­mał się go kur­czowo. Jakoś udało im się dotrzeć do mia­sta, odna­leźli drogę na kolo­nię Julia­nów, do dowódz­twa lot­nic­twa armii. Było tam pusto i głu­cho. Po namy­śle Kiel­ski ruszył w dal­szą drogę, do odle­głego o kilo­metr pała­cyku, gdzie mie­ścił się sztab Armii "Łódź". I tutaj nie zastali nikogo, a nie­ład w opusz­czo­nych pomiesz­cze­niach szta­bo­wych świad­czył, że dowódca armii i jego współ­pra­cow­nicy opu­ścili to miej­sce postoju w wiel­kim pośpie­chu.

- Co teraz?

- Nic. Jedziemy dalej - zde­cy­do­wał pilot.

Wiel­gas odchrząk­nął z zakło­po­ta­niem, potarł zabru­dzony poli­czek, prze­cią­gnął się i wymow­nie pokle­pał po obo­la­łym pośladku.

- Ale dokąd jedziemy, panie porucz­niku?

- Wia­domo. Do dywi­zjonu.

- Taki kawał drogi? W nocy?

Jerzy zawa­hał się. Musiał przy­znać, iż rzecz byłaby nie­zmier­nie trudna do prze­pro­wa­dze­nia. Trzeba było wysta­rać się o jakiś dodat­kowy śro­dek loko­mo­cji. Ale jak? Gdzie? U kogo? W mie­ście pano­wała panika. Wła­dze admi­ni­stra­cyjne ulot­niły się, a poli­cja w przy­śpie­szo­nym tem­pie czy­niła to samo, by­naj­mniej nie przej­mu­jąc się tym, że jej obec­ność wła­śnie teraz jest w Łodzi naj­po­trzeb­niej­sza. Uli­cami, w ciem­no­ści, prze­my­kały jakieś wyco­fu­jące się oddziałki woj­ska, cza­sem na prze­peł­nio­nych cię­ża­rów­kach, czę­ściej na pie­chotę. Wszę­dzie pano­wała wszech­władna plotka, nikt nie potra­fił udzie­lić wia­ry­god­nych infor­ma­cji o sytu­acji wła­snej i nie­przy­ja­ciela. Jak w takich warun­kach myśleć o zdo­by­ciu samo­chodu, a cho­ciażby dru­giego moto­cy­kla?

W tym momen­cie Wiel­gas z całej siły pal­nął się dło­nią w czoło.

- Prze­cież tu zaraz za rogiem mieszka mój kum­pel! - zawo­łał. - Widzia­łem się z nim jesz­cze wczo­raj. On ma motor.

Bez trudu odna­leźli owego "kum­pla", wła­śnie szy­ku­ją­cego się do drogi. Wyja­śnili sytu­ację i Wiel­gas pozo­stał ze swym zna­jo­mym, dys­po­nu­ją­cym wygod­nym tyl­nym sio­deł­kiem. Mecha­nik zapew­nił pilota, iż naj­póź­niej nad ranem zamel­duje się w dywi­zjo­nie w Drwa­le­wie. Uści­snęli sobie dło­nie. Kiel­ski siadł na moto­cykl, kop­nął star­ter. Nie oglą­da­jąc się za sie­bie opu­ścił mia­sto. Tak się jed­nak zło­żyło, iż ni­gdy wię­cej nie zoba­czył plu­to­no­wego Wiel­gasa i nie dowie­dział się o jego losie.

Jechał szosą na Brze­ziny, Rawę Mazo­wiecką i Gró­jec, licząc, że nie póź­niej niż za trzy godziny znaj­dzie się w bez­po­śred­niej bli­sko­ści swej jed­nostki. Gdyby miał trud­no­ści w odszu­ka­niu jej w nocy, z pew­no­ścią roz­pyta się i dotrze do celu. Dywi­zjon myśliw­ski sta­cjo­nu­jący na polo­wym lot­ni­sku, to nie ziarno gro­chu, nie tak łatwo go ukryć. Nie prze­wi­dy­wał też poważ­niej­szych kło­po­tów. Lot­nicy Luft­waffe rzadko zapusz­czali się nad pol­skie drogi po zapad­nię­ciu mroku. O napo­tka­niu jakichś wysu­nię­tych oddzia­łów wroga nawet nie myślał. Było to wyklu­czone! Nie­przy­ja­ciel znaj­do­wał się za nim, a nie przed nim.

Noc nie była zbyt ciemna. Gwiazdy świe­ciły jaskrawo, wscho­dził księ­życ, toteż jazda ze zga­szo­nym reflek­to­rem nie nastrę­czała więk­szych kło­po­tów. Cza­sem na dro­dze poja­wiały się jakieś ciemne obiekty, które nale­żało wymi­jać, a Jerzy domy­ślał się, iż były to roz­bite i porzu­cone pojazdy - samo­chody i wozy zaata­ko­wane z powie­trza. Zwal­niał przy nich, skrę­cał, omi­jał i znów doda­wał gazu. Mimo zmę­cze­nia czuł się coraz lepiej, wro­dzony opty­mizm brał w nim górę. Był pod wra­że­niem ewa­ku­acji, widział ogromną prze­wagę nie­przy­ja­ciela zarówno w powie­trzu, jak i na ziemi, ale - jak bar­dzo wielu podob­nych mu ludzi - cią­gle wie­rzył, że to przej­ściowa porażka, a nie począ­tek klę­ski. Odwrót, wyco­fa­nie się pod War­szawę, trudno. Póź­niej losy kam­pa­nii muszą się odmie­nić. Gdy tylko Fran­cja i Anglia przejdą do ofen­sywy, w Pol­sce wróg zosta­nie zatrzy­many, roz­bity i osta­tecz­nie poko­nany poprosi o pokój.

Szybko prze­stał zasta­na­wiać się nad spra­wami ogól­nymi. Jego myśl zwró­ciła się do teraź­niej­szo­ści.

"Zaraz będę w Brze­zi­nach - obli­czał. - Odro­bina szczę­ścia i zjem coś, zasię­gnę języka. Cie­kawe, jak Wiel­gas daje sobie radę. Szkoda, że nie poje­cha­li­śmy razem..."

Doje­chał do pierw­szych zabu­do­wań Brze­zin, zwol­nił, ale się nie zatrzy­mał. Mia­steczko było jak wymarłe, żywej duszy na uli­cach, okna ciemne. Ludzie albo się pocho­wali, albo zdą­żyli uciec jesz­cze za dnia. Woj­sko? Ewen­tu­alna komenda gar­ni­zonu? Szu­kać ich? Nie - doszedł do wnio­sku - po doświad­cze­niach z Łodzi wia­domo, że to nie mia­łoby sensu.

Odna­lazł wylot z mia­steczka i doda­jąc gazu popro­wa­dził moto­cykl szosą na wschód. Odczu­wał nara­sta­jące znu­że­nie. Kilka nie­do­spa­nych nocy, bez­u­stanne napię­cie ner­wowe i wresz­cie obecna jazda "w nie­znane" zro­biły swoje. Kilka razy przy­ła­pał się na tra­ce­niu pano­wa­nia nad moto­rem. Raz, skut­kiem prze­mę­cze­nia oczu, zje­chał nad samą kra­wędź szosy i w ostat­niej chwili odzy­skał rów­no­wagę. Zwol­nił więc i począł zasta­na­wiać się, czy mimo wszystko nie pora na choćby krótki postój i odpo­czy­nek.

Nie wystar­czyło czasu na decy­zję. Wypadki poto­czyły się aż nazbyt szybko. Z gęstwiny leśnej z boku szosy bły­snęły pło­myczki wystrza­łów, do uszu pilota dobiegł huk. Moto­cykl dziw­nie się zako­ły­sał i zanim kie­rowca zdo­łał ponow­nie zapa­no­wać nad kie­row­nicą, już leżał na twar­dej nawierzchni obok swego pojazdu.

"Kto strze­lał? - prze­mknęła przez głowę trwożna myśl. - Dla­czego? Czy jestem ranny? Co z moto­rem?..."

W pobliżu roz­le­gły się ludz­kie głosy, a w świe­tle księ­życa Kiel­ski doj­rzał zbli­ża­ją­cych się trzech cywi­lów.

Dywer­sanci! - zorien­to­wał się bły­ska­wicz­nie. Nie była to dla niego nowość. Prze­cież już poprzed­nio ostrze­li­wano zarówno lot­ni­sko w Widze­wie, jak też sąsia­du­jące lot­ni­sko w Lublinku...

Rów­nie bły­ska­wicz­nie pomy­ślał o ratunku. Leżał na pra­wym boku, szczę­śli­wie nie­przy­gnie­ciony przez moto­cykl, ale swym cia­łem przy­ci­skał do ziemi kaburę z visem, jakże teraz potrzeb­nym! Poru­szył się lekko - tak, by nie zwró­cić uwagi nad­cho­dzą­cych, palce jego pra­wej ręki z wolna powę­dro­wały do kabury, sta­rały się ją otwo­rzyć i ukrad­kiem dobyć broni.

Cywile z kara­bi­nami goto­wymi do strzału przy­bli­żali się coraz bar­dziej. Wie­dli pół­gło­sem roz­mowę po nie­miecku, a Kiel­ski, cho­ciaż nie­zbyt dobrze znał ten język, poła­pał się, iż napast­nicy zasta­na­wiali się, czy zabili Polaka pierw­szymi strza­łami, czy też muszą go "wykoń­czyć".

Pilot zaci­snął wargi. Ogar­nął go strach, lecz jed­no­cze­śnie czuł nie­po­ha­mo­wany napływ wście­kło­ści i nie­na­wi­ści. Zdo­łał zapa­no­wać nad sobą. Każda sekunda miała ogromne zna­cze­nie, nie­mniej trzeba było dzia­łać roz­trop­nie. Leżał pozor­nie nie­ru­chomo, uda­wał nie­ży­wego, lecz przez cały czas palce pra­wej dłoni nie­do­strze­gal­nie wędro­wały do kabury. Otwo­rzył ją wresz­cie, ści­snął w gar­ści pisto­let, odbez­pie­czył.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki