Szut - Karol May

Kup ebooka

12.50 zł
8.60 zł (8,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Halef w niebezpieczeństwie

Jazda nasza dobiegała już końca, należało się jednak spodziewać, że ostatnia jej część będzie najuciążliwsza. Trudności te powodowały częścią właściwości terenu - mieliśmy bowiem przed sobą góry, skały, doliny, parowy, bory i bagna, przez które nie łatwo było się przedostać - częścią zaś polegały one na tem, że zamiary i zdarzenia, które dotąd kierowały naszymi krokami, parły ku zakończeniu ostatecznemu, a przewidywaliśmy, że to zakończenie dojdzie do skutku tylko po wielkich wysiłkach i pokonaniu z naszej strony niebezpieczeństw, może groźniejszych od dotąd przebytych. Przewodnik nasz Izrad okazał się wesołym młodzieńcem. Opowiadał zajmujące zdarzenia ze swego życia i tak żywo opisywał kraj i ludzi, że nam się czas wcale nie dłużył. Żyzna równina Mustafy leży właściwie po lewym brzegu Wardaru, skąd przybyliśmy właśnie. Na prawym, gdzieśmy się obecnie znajdowali, teren się wznosi powoli, ale kraj jest mimoto urodzajny. Mijaliśmy bogate plantacye bawełny i tytoniu i pokryte owocem gaje cytrynowe. Izrad jednak powiedział, że to się skończy niebawem i że po drugiej stronie Treski pojedziemy nawet przez okolice "meratli". Aby wiedzieć, co znaczy to słowo, trzeba sobie przypomnieć, że ziemia w państwie otomańskiem dzieli się na pięć różnych klas. Pierwsza klasa, to "mirieh", czyli obszar domen państwowych, do których oczywiście należy ziemia najurodzajniejsza. Potem następuje "wakuf", własność pobożnych fundacyi. Tej klasie przypadają bez zastrzezeń wszelkie grunty, których właściciel umiera bez spadkobierców w linii prostej. Trzecia klasa obejmuje "milk", czyli własność prywatną. Tytuł posiadania wydaje się zazwyczaj nie jak u nas na podstawie dokładnego pomiaru, lecz wedle oszacowania w przybliżeniu. Do każdej zmiany własności potrzeba zezwolenia rządu, co w tamecznych stosunkach można uzyskać tylko przez przekupienie urzędników. "Milk" cierpi także nadzwyczajnie z powodu nadużyć przy poborze podatków. Gospodarstwo rolne naprzykład płaci dziesięć procent przychodu w naturze. Dzierżawcy podatków zwlekają z poborem tej dziesięciny dopóty, dopóki płody prawie że gnić nie zaczną i dopóki rolnik nie daje więcej niż dziesięć procent, byle tylko uratować dochód ze zbiorów. Do następnej klasy, zwanej "metronkeh", zaliczają się gościńce, place publiczne i grunta gminne. Drogi komunikacyjne znajdują się po największej części w stanie opłakanym, co jest głównym powodem złego położenia ekonomicznego w całym kraju. Ostatnia klasa zowie się "merat" i obejmuje pustkowia i wogóle okolice nieuprawne. Te miał właśnie na myśli nasz przewodnik, mówiąc "meratli". Musieliśmy wspinać się na dwie czy trzy płaskie terasy i dostaliśmy się na wyżynę, opadającą na zachodzie stromo ku brzegom Treski. Przejechaliśmy tu przez kilka wiosek. Największą i najważniejszą miejscowość tej równiny, Banja, zostawiliśmy po lewej ręce. Wiedząc, że Izrad poprowadzi nas drogą najprostszą, nie starałem się szukać śladów Suefa. Nie przydałoby nam się to na nic, tylko opóźniłoby jazdę. Po czterech mniej więcej godzinach drogi dotarliśmy do lasu dość rzadkiego, w którym drzewa rosły przeważnie daleko od siebie. Tam wpadł nam w oczy ślad jednego jeźdźca; ślad ten schodził się od lewej strony z naszym kierunkiem. Trudno było twierdzić napewno, lecz przypuszczać należało, że to Suef przejeżdżał, zwłaszcza że koń pędził tak ostro, iż widocznem było, że jeździec bardzo się śpieszył. Ślady tesame szły w dalszym ciągu razem z naszym kierunkiem, jechaliśmy więc za nimi, dopóki po pewnym czasie nie znaleźliśmy z prawej strony tropu bardziej złożonego. Teraz zsiadłem z konia. Człowiek, do pewnego stopnia wćwiczony, łatwo odgadnie, ile koni taki ślad wydeptało, jeżeli ich nie było zbyt wiele. Rozpoznałem, że tędy przejechało pięciu jeźdźców, a zatem prawdopodobnie ci, o których nam chodziło. Z przytępionych już trochę krawędzi odcisków wywnioskowałem, że byli tu mniej więcej przed siedmiu godzinami. Przy takich ocenach trzeba wiele rzeczy uwzględniać; a więc pogodę, rodzaj gruntu, czy jest twardy, czy miękki, piaszczysty, czy gliniasty, nagi, czy pokryty roślinnością, czy też cienką powłoką listowia. Należy także zwracać uwagę na kierunek wiatru i temperaturę, ponieważ słońce, lub ostre wiatry szybko ślady wysuszają tak, że krawędzie rozsypują się rychlej niż w zimnie i w ciszy powietrznej. Niewprawny może przy takiem osądzeniu dojść łatwo do bardzo błędnych wyników. Podążyliśmy dalej za tym tropem. Niebawem las się skończył, a przed nami otworzyło się znowu wolne pole. Coś w rodzaju drogi przecinało tu nasz kierunek; ślad skręcał na prawo, prowadząc po tej ścieżce. Zatrzymałem się i wyjąłem dalekowidz, aby zbadać, czy niema tu gdzie jakiej miejscowości lub obejścia, do któregoby jeźdźcy zboczyli, ale nic podobnego nie dostrzegłem. - Co zrobimy, zihdi? - zapytał Halef. - Możemy teraz zostać na tropie, albo jechać dalej za Izradem. - Decyduję się na to drugie - odrzekłem. - Ci ludzie zboczyli pewnie tylko na krótki czas i wrócą potem znowu. Wiemy, dokąd zdążają i pośpieszymy także tam. A zatem naprzód, jak dotąd! Chciałem już ruszyć z miejsca, kiedy Izrad zauważył: - Przecież kto wie, czy nie byłoby dobrze pójść za nimi, effandi. Tam na prawo leży szeroki szmat ziemi, stąd dla nas niewidoczny, a na nim mały kojlustan, do którego zajechali zapewne ci ludzie. - Czego się tam dowiemy? Z pewnością nie zabawili tam długo, poprosili tylko o łyk wody i kawałek chleba. Trudno przypuścić, żeby się zbytnio zwierzali przed mieszkającymi tam ludźmi. Jedźmy dalej! Wkrótce jednak zmieniłem swoje zdanie. Ślady ukazały się znów z prawej strony, a pierwszy rzut oka przekonał mię, że były świeże. Zsiadłem znowu, aby je zbadać uważnie. Powstały zaledwie przed dwiema godzinami. Jeźdźcy spędzili więc w zagrodzie około pięciu godzin. Musiałem się dowiedzieć o przyczynie tego. Dawszy koniom ostrogi, skręciliśmy na prawo do owego domu. Znajdował się niedaleko. Dostaliśmy się wnet na miejsce, gdzie płaszczyzna jęła opadać ku dolinie, którą potok przepływał. Było tu bujne pastwisko i piękna rola. Mimo to dom wyglądał ubogo. Wspomniana droga prowadziła do niego. Przed drzwiami ujrzeliśmy mężczyznę, który na nasz widok zniknął w domu i drzwi zamknął za sobą. - Effendi, zdaje się, że ten człowiek nie chce o nas nic wiedzieć - rzekł Osko. - Już on pozwoli ze sobą pomówić. Spłoszył się prawdopodobnie dlatego, że nasi dobrzy przyjaciele źle się z nim obeszli, jakto jest ich zwyczajem. Czy znasz go może, Izradzie? - Widziałem go, ale nie wiem, jak się nazywa. - odrzekł zapytany. - Wątpię też, czy on mnie zna, bo nie byłem jeszcze nigdy u niego. Przybywszy przed drzwi, zastaliśmy je zamknięte. Zapukaliśmy, ale nie dostaliśmy odpowiedzi. Pojechałem ku tylnej stronie domu i znalazłem tam drugie drzwi, ale także zamknięte. Gdy zaczęliśmy mocniej pukać i głośno wołać, otworzyła się jedna z zamkniętych także okiennic, a w niej ukazała się lufa strzelby. Jakiś głos odezwał się przytem groźnie: - Zabierajcie się, rabusie! Jeśli nie przestaniecie hałasować, to wystrzelę! - Powoli, powoli, mój kochany! - odrzekłem, przystąpiwszy tak blizko do okiennicy, że mogłem strzelbę ręką pochwycić. - My nie rabusie, nie przychodzimy w nieprzyjaznych zamiarach. - Tamci mówili to samo. Nie otwieram już drzwi nieznajomym. - A może znasz tego tutaj? - odparłem, skinąwszy na Izrada. Na widok młodzieńca cofnął chłop strzelbę i powiedział: - Toż to budowniczy, syn owczarza z Treska-Konak. - Tak, to ja - potwierdził Izrad. - Czy uważasz mnie za rabusia? - Nie, tyś człowiek uczciwy. - Ludzie, których prowadzę, tak samo są uczciwi. Oni ścigają złoczyńców, którzy byli u ciebie, by ich ukarać i chcą od ciebie usłyszeć, czego szukali tu ci rabusie. - Wierzę ci i drzwi otworzę. Gdy wyszedł do nas, zrozumiałem, że jako mały, słabowity, o trwożnem wejrzeniu, nie mógł zaimponować takim jak Aladży. Nie ufał nam widocznie bez zastrzeżeń, gdyż trzymał strzelbę wciąż jeszcze i zawołał do wnętrza domu: - Matko, chodź tu i przypatrz im się! Wyszła kobieta, skurczona ze starości i wsparta na kuli i jęła nam się przyglądać. Zauważyłem u jej pasa różaniec i rzekłem: - Hazreti Issa Krist ilahi war, anaczykim. - Pochwalony Jezus Chrystus, mateczko! Kowar zen bizi kapudanin taszra - czy chcesz nas od drzwi odpędzić? Po jej pomarszczonem obliczu przebiegł przyjazny uśmiech. - Panie - odpowiedziała - jesteś chrześcijanin? O, ci bywają często najgorsi! Ale z twoich oczu przebija dobroć. Nie zrobicie nam nic złego? - Nie, z pewnością nie! - Bądźcie więc pozdrowieni. Zsiądźcie z koni i wejdźcie do chaty! - Pozwól nam zostać na siodle, gdyż chcemy rychło odjechać. Przedtem jednak pragnę się dowiedzieć, co robiło u was tych sześciu jeźdźców. - Najpierw było ich tylko pięciu. Szósty przyjechał później. Zsiedli z koni i zaprowadzili je bez naszego pozwolenia na jondża kyri, chociaż trawy wszędzie jest podostatkiem. Konie całkiem stratowały to piękne pole. Zażądaliśmy odszkodowania, ponieważ jesteśmy ubodzy, ale oni zaraz po pierwszem słowie podnieśli hąrapy i zmusili nas do milczenia. - Dlaczego właściwie wstąpili do was? Musieli objeżdżać, aby do was się dostać. - Jednemu z nich zrobiło się niedobrze. Miał zranioną rękę i bolało go bardzo. Zdjęli mu opatrunek i chłodzili ranę wodą. Trwało to kilka godzin, a podczas gdy jeden zajęty był rannym, tamci po domu zbierali, co im się podobało. Zjedli nam mięso i wszystkie inne zapasy żywności. Mego syna i synowę zamknęli na strychu i usunęli drabinę, żeby ci nie mogli zejść. - A gdzież ty byłaś? - Ja? - odrzekła, mrugając chytrze oczyma - Udałam, że nic nie słyszę. To czasem się zdarza u starej osoby. Mogłam więc pozostać w izbie i podsłuchać ich rozmowę. - O czemże mówili? - O jakimś Kara Ben Nemzi, który musi umrzeć wraz z towarzyszami. - To ja nim jestem, ale mów dalej! - Wspomnieli o konakdżim nad Treską, u którego chcą dzisiaj wieczorem się zatrzymać i o węglarzu, którego nazwisko wypadło mi z pamięci. - Czy nie nazywał się Szarka? - Tak, tak; Jutro mają go odwiedzić. Mówili także o jakimś Szucie, którego w Kara-kara... zapomniałam tej nazwy. - Karanirwan? - Tak, którego zastaną w Karanirwan-chan. - Czy wiecie, gdzie leży ta miejscowość? - Nie. Oni tego także nie powiedzieli. Ale mówili o jakimś bracie, z którym się tam jeden z nich spotka. Jego imienia niestety nie mogę sobie przypomnieć. - Może nazywał się Hamd el Amazat? - Tak, tak w istocie. Ależ, panie, ty wiesz więcej odemnie! - Wiem oczywiście już dużo i chcę się tylko zapomocą tych pytań przekonać, czy się nie mylę. - Opowiadali także, że w tem Karanirwan-chan uwięziony jest kupiec, od którego żądają wykupu. Śmiali się z niego, ponieważ zamierzają go nie wypuścić na wolność, nawet jeżeli złoży okup. Chcą z niego wycisnąć, co się da, a gdy już nic mieć nie będzie, wówczas go zamordują. - Ach! Domyślałem się czegoś podobnego. Jak ten kupiec dostał się do Karanirwan-chan? - Zwabił go tam wymieniony przez ciebie Hamd el Amazat. - Czy nie powiedziano, jak się ten kupiec nazywa? - To było obce, zagraniczne imię i dlatego nie spamiętałam go sobie, zwłaszcza że bałam się bardzo. - A gdyby ci się obiło o uszy ponownie, poznałabyś, czy jest to samo? - Z całą pewnością, panie. - Galingré? - Rzeczywiście tak. Przypominam sobie teraz całkiem dokładnie. - Jakie jeszcze wyjawili zamiary. - Już żadnych, ponieważ przybył szósty jeździec, łaciarz. Poskarżył się na wrogów, z powodu których rzucił się do Wardaru. Teraz wiem, że to wy jesteście tymi wrogami. Musiałam rozniecić wielki ogień i wysuszyć mu ubranie. Przez to i przez ranę starego zabawili u nas tak długo. Ten krawiec opowiadał, że gdzieś dostał bastonadę. Chodził tylko z trudem, a zamiast obuwia owinął nogi szmatami, wysmarowanemi łojem. Musiałam mu dać świeże szmaty, a ponieważ nie miałam łoju, zarznęli nam kozę. Czy to nie ohydne okrucieństwo? - Zapewne. Ile koza była warta? - Co najmniej pięćdziesiąt plastrów. - Ten mój towarzysz, hadżi Halef Omar, zwróci tobie pięćdziesiąt piastrów. Halef wyjął natychmiast sakiewkę i podał jej półfuntówkę. - Panie - spytała zupełnie zdumiona - czy płacisz za wszystkie szkody, wyrządzone przez twych nieprzyjaciół? - Tego nie mogę, gdyż nie posiadam skarbów padyszacha, ale jedną kozę wynagrodzimy ci. Weź pieniądze! - W takim razie cieszę się, że ufając ci, nie zamknęłam ani ust, ani domu mego przed tobą. Niechaj będzie błogosławione wasze przybycie i odejście. Błogosławiony niech będzie każdy krok wasz i wszystko, co czynicie! Wreszcie pożegnaliśmy się z tymi ludźmi. Posłali oni za nami niejedno jeszcze głośne słowo podzięki za dar otrzymany. Wróciliśmy do miejsca, z którego zboczyliśmy byli na krótko i podążyliśmy w pierwotnym kierunku. Jechaliśmy najpierw przez okolice otwarte, gdzie tylko tu i ówdzie pokazało się jakieś drzewo. Nasz, przedtem tak żwawy, przewodnik zamyślił się teraz głęboko. Gdy go spytałem o powód, odpowiedział: - Panie, nie brałem bynajmniej tak poważnie niebezpieczeństwa, w jakiem się znajdujecie. Teraz dopiero zdaję sobie sprawę z waszego położenia. To budzi we mnie obawy. Jeżeli wrogowie wasi napadną na was nagle z zasadzki, będziecie zgubieni. - Tego nie przypuszczam; będziemy się zresztą bronili. - Nie masz pojęcia o tem, z jaką pewnością rzucają tutaj czekanem. Nikt nie zdoła uchronić się przed rzuconym czekanem. - A ja znam człowieka, który to potrafi. - Nie wierzę. Któż to taki? - Właśnie ja. - Och, och! - zaśmiał się, patrząc na mnie z boku. - To chyba żart. - Powiedziałem całkiem poważnie. Ten człowiek, którego czekan odbiłem, godził na moje życie. - Nie pojmuję tego. Nie umiał się pewnie obchodzić z czekanem. Idź w góry, a znajdziesz mistrzów tej broni straszliwej. Niechaj ci jaki Skipetar, albo Miridit pokaże, jak się włada toporem, a wpadniesz w zdumienie. - Ten właśnie, z którym miałem do czynienia, był Skipetarem, a nawet Miriditem. Potrząsnął głową z niedowierzaniem i mówił dalej: - Jeśli ci się udało odparować jego czekan, to stał się wobec ciebie bezbronnym i ty go zwyciężyłeś? - Oczywiście. Był w mojej mocy, a ja darowałem mu życie. On ofiarował mi za to swój topór, który mam tu za pasem. - Już dawno w duszy podziwiałem ten niezwykle piękny czekan. Myślałem, że go sobie gdzieś kupiłeś, by wyglądać wojowniczo. Mimoto w twoich rękach na nic on się nie przyda, bo nie umiesz nim rzucać. A może próbowałeś już tej sztuki? - Czekanem nie, ale innymi toporami. - Gdzie to było? - Daleko stąd, w Ameryce, gdzie żyją dzicy ludzie, których ulubioną bronią jest topór. Od nich nauczyłem się go używać. Nazywają go tam tomahawkiem. - Ale dziki nie dorówna Miriditowi! - Przeciwnie. Wątpię, czy Skipetar potrafi tak zręcznie rzucić czekanem, jak Indyanin tomahawkiem. Czekan ciska się w prostej linii, a tomahawk łukiem. - Czy istotnie jest ktoś, zdolny do takiego rzutu? - Każdy czerwonoskóry wojownik, a ja także. Policzki mu się zarumieniły, a oczy poczęły błyszczeć. Osadził konia napoprzek mego tak, że się musiałem również zatrzymać i powiedział: - Przebacz, effendi, że jestem tak natrętny. Czem ja jestem wobec ciebie! A jednak trudno mi w twoje słowa uwierzyć. Przyznam ci się, że mogę pójść z każdym w zawody o rzucanie czekanem. Dlatego wiem, ilu lat ćwiczenia potrzeba, by zostać mistrzem we władaniu tą bronią. Niestety nie mam z sobą mojego topora. - Nie rzucałem, co prawda, jeszcze nigdy czekanem - brzmiała moja odpowiedź - sądzę jednak, że jeśli nie trafię do celu za pierwszym i drugim razem, to trzeci rzut uda mi się z pewnością. - Och, och, panie, nie myśl tak! - Przeciwnie, spodziewam się nawet, że rzuciłbym Czekanem z większą sztuką niż ty. - Jak to? - Jeśli ja rzucę, to przeleci broń przez pewną przestrzeń po ziemi, potem wzniesie się w górę, zakreśli łuk, opadnie, wreszcie uderzy dokładnie tam, gdzie chciałem trafić. - To wprost niemożliwe! - Tak jest istotnie. - Effendi, polegam na twem słowie. Gdybym miał przy sobie dużo pieniędzy, wezwałbym cie, byś się ze mną założył. Zsiadł z konia. Porwał go taki zapał, że mi to w duszy sprawiało przyjemność. - Biedaku! - powiedział Halef, wykonując ręką ruch bardzo dumny. - Kogo masz na myśli? - spytał go Izrad. - Naturalnie, że ciebie. - Sądzisz, że twój effendi wygra rzeczywiście zakład? - Całkiem pewnie. - Czy widziałeś go kiedy, rzucającego czekanem? - Nie; ale on co chce, to potrafi. Zihdi, radzę ci założyć się z tym młodzieńcem. Zapłaci i będzie musiał prosić cię o przebaczenie. Było to właściwie rzeczą trochę niestosowną godzić się na propozycyę Izrada ze względu na brak czasu na te zabawę. Ale nie wiele nam na kilku minutach zależało. Byłem też sam ciekaw, czy mi się uda sztuka z czekanem tak samo, jak z tomahawkiem. Próba bynajmniej nie była zbyteczna, gdyż lada chwila mogła zajść konieczność chwycenia za topór. Było rzeczą wskazaną przekonać się, czy umiem się z nim obchodzić. Toteż zapytałem przewodnika: - Ile masz przy sobie pieniędzy? - Pięć, albo sześć piastrów. - Ja stawiam sto piastrów na to. Jakie warunki? - Hm! - odrzekł po namyśle. - Ty nigdy nie rzucałeś czekanem, a ja nie jestem przyzwyczajony do twego. Zdałoby się więc kilka razy rzucić na próbę; tak ze trzy razy? - Zgoda. - Potem każdy z nas tylko raz rzuci do celu, który sobie obierze. - To za ostre warunki. Ten rzut właśnie może się przypadkiem nie udać. - Więc dobrze. Trzy rzuty na każdego. Kto rzuci najlepiej, ten weźmie pieniądze. Za cel posłuży nam to drzewo przed nami. To diszbudak agadży. Topór powinien utkwić w pniu. Zatrzymaliśmy się nieopodal strumienia. Był to niewatpliwie ten sam, który wypływał z tej doliny, do której zbaczaliśmy przedtem. Nad brzegiem rosło kilka drzew; były tam olchy, jesiony i sękate wierzby, z których głów wystrzelały młode gałęzie. Najbliższem drzewem, oddalonem od nas mniej więcej o siedmdziesiąt kroków, był wspomniany jesion. Zsiadłem z konia i podałem czekan Izradowi. Ten zrobił szeroki rozkrok, by jak najmocniej stanąć, przekręcił się w biodrach, jakby próbował, czy im może zaufać, zważył topór w ręce i rozmachnął się do rzutu. Topór przeleciał tuż obok jesiona, lecz go nie dotknął. - Ten czekan cięższy od mego - usprawiedliwiał się, gdy Halef poszedł po broń. - Drugim razem nie chybię. W istocie teraz trafił wprawdzie w cel, lecz nie ostrzem, tylko trzonem. Trzeci próbny rzut udał się lepiej, topór bowiem uderzył w pień, lecz nie tak, żeby ostrze utkwiło. - To nic - powiedział. - To była tylko próba. Potem dosięgnę celu z pewnością, bo już znam topór. A teraz ty, effendi! Obrałem sobie w myśli za cel nie jesion, lecz daleko za nim rosnącą wierzbę, której pień, zupełnie wydrążony, posiadał tylko jeden, prosto wznoszący się, konar z małą koroną pokrytych liściem gałęzi. Najpierw musiałem przyzwyczaić rękę do ciężaru czekana i dlatego pierwszy rzut wypadł podobnie jak u Izrada. Nie chciałem trafić w wierzbę, lecz tylko wćwiczyć się w zachowywaniu pożądanego kierunku rzutu. To też topór przeleciał daleko na lewo obok jesionu i zarył się tam w grunt miękki. - O nieba! - zaśmiał się nasz przewodnik. - I ty chcesz wygrać zakład? - Tak - powiedziałem poważnie. Mimoto następne dwa rzuty próbne poszły pozornie jeszcze gorzej, niż pierwszy. Robiło mi to jednak przyjemność, że się Izrad śmiał ze mnie, wiedziałem bowiem, że w chwili stanowczej celu nie minę. Halef, Omar i Osko nie śmiali się. Źli byli w duchu na to, że przystałem na zakład, nie będąc pewnym wygranej. - Próba już przeszła - rzekł Izrad. - Teraz naprawdę. Kto zaczyna? - Rozumie się, że ty. - Więc złóżmy najpierw pieniądze, żeby potem omyłki nie było. Osko je przechowa. Poczciwiec podejrzewał mnie, że nie zapłacę mu tych stu piastrów. Nie wątpił wcale o wygranej. Wręczyłem Osce pieniądze. Mój przeciwnik odliczył swoich kilka piastrów i wziął topór do ręki. Zręczność jego była rzeczywiście nie mała. Wszystkie trzy razy uderzył w pień, lecz dopiero za ostatnim rzutem siekierka w nim utkwiła. - Ani razu nie chybione - cieszył się. - A raz nawet wbił się czekan. Zrób teraz ty tak, eflendi! Należało użyć sposobu Indyan, jeżeli nie miałem przegrać. Zamierzyłem się, zawinąłem czekanem dokoła głowy i nadałem mu ten ruch wirujący, który się w grze w bilard nazywa "fałszem". Topór poleciał, kręcąc się po ziemi, wzniósł się i opadł nagle na pień jesionu, wbijając się głęboko. Towarzysze wydali okrzyk radości, lecz Izrad rzekł, potrząsając głową: - Coza przypadek, effendi! Trudno uwierzyć. - Przypadek? Mylisz się bardzo - odpowiedziałem. Halef przyniósł topór i rzuciłem nim jeszcze dwa razy w drzewo. Towarzysze radowali się głośno, Izrad jednak nie chciał się z tem pogodzić, że nie przypadkowi zawdzięczałem ten wynik. - Jeśli jeszcze przekonany nie jesteś - rzekłem - to dam ci dowód całkiem pewny. Przypatrz się tej starej, wydrążonej wierzbie za jesionem! - Widzę ją. Więc cóż? - Dosięgnę ją toporem. - Panie, to więcej, niż sto kroków. Myślisz że trafisz w nią rzeczywiście? - Nietylko to. Trafię w jej konar i to tak że odetnę go najwyżej o piędź nad pniem. - Panie, to byłby cud! - Po tych sześciu rzutach tak mi już broń ta przystaje do ręki, ze wprost niepodobna chybić. Teraz dopiero puszczę czekan we właściwy podwójny obrót; zobaczysz, ze skoro tylko podniesie się z ziemi, nabierze nagle potrójnej szybkości. Uważaj! Rzut udał się w sposób zapowiedziany. Topór powirował po ziemi, wzniósł się powoli i spadł ze wzmożoną szybkością na wierzbę. W chwilę potem leżał wspomniany konar na ziemi. - Idź i zobacz! - rzekłem. - Będzie o piędź od pnia odcięty i to jak nożem, bo trafiło weń ostrze topora. Izrad tak się stropił, że się musiałem roześmiać - Nie mówiłem? - zawołał Halef. - Co effendi zechce, to potrafi. Osko daj mu pieniądze! To są piastry tryumfu, które może schować. Odebrałem oczywiście tylko moją wkładkę, a Izrad otrzymał napowrót swoje pieniądze. Długo nie mógł się uspokoić i wybuchał w drodze rozmaitymi okrzykami podziwu. Mnie było przyjemnie stwierdzić, że mogę ręce zaufać. Po tej krótkiej przerwie nie doznała jazda dalsza żadnej przeszkody. Zapadła noc, a Izrad oświadczył że w godzinę mniej więcej dotrzemy do Treska-Konak. Przejechaliśmy znowu przez las, nie gęsty na szczęście, poczem wzgórze zaczęło opadać. Były to łąki. Zdaleka ujadały psy. To są zamzunlar mego krewnego - objaśnił Izrad. - Prosto przed nami leży konak nad rzeką, a na lewo dom teścia mego brata. Okrążymy jednak, bo mógłby któryś z parobków konakdżego być na dworze i nas zauważyć. Zboczyliśmy na lewo aż do rzeki i jechaliśmy brzegiem aż do domu pasterza. Był to długi, nizki dom parterowy. Z kilku stojących otworem okiennic biło światło. Psy wpadły na nas, szczekając zażarcie, lecz się wnet uspokoiły, poznawszy głos Izrada. Jakiś mężczyzna wystawił głowę przez okno i zapytał: - Kto tam? - Dobry znajomy. - To Izrad? Żono, jest szwagier! Głowa zniknęła, a zaraz potem otwarły się drzwi i wyszli starzy, a wkrótce za nimi starszy syn na powitanie Izrada. Następnie ozwał się pasterz: - Przyprowadzasz nam ludzi. Czy zatrzymają się u nas? - Tak; ale nie mów tak głośno. Konakdżi nie powinien zauważyć, że są tutaj. Przedewszystkiem postaraj się, żeby konie poszły do stajni. Była tylko nizka stajnia na owce, w której głową dotykałem powały. Kary wzbraniał się wejść tam. Odór owiec drażnił jego szlachetny nos; tylko zapomocą pieszczot i zachęty udało się go tam wprowadzić. Wreszcie wstąpiliśmy do izby, czy raczej do tego, co tu izbą nazwano, jedyna bowiem wielka komnata, stanowiąca dom mieszkalny, podzielona była przez wspominane już tak często wierzbinowe plecionki na kilka przedziałów. Każdy z nich można było dowolnie zwiększać lub zmniejszać, przesuwając te ściany. W domu zastaliśmy tylko ojca, matkę i syna. Parobcy znajdowali się przy trzodach, a dziewek wcale nie było. Izrad zaznajomił nas z gospodarzami i opowiedział najpierw, że uratowaliśmy jego siostrę. Skutkiem tego przyjęto nas nadzwyczaj serdecznie. Syn poszedł do stajni, by koniom dać dobrej wody i najlepszej paszy, a rodzice przynieśli, co tylko mieli w domu, by zastawić przed nami uroczystą wieczerzę. Z początku oczywiście toczyła się rozmowa dokoła tego, co wszystkich zajmowało najbardziej, tj. ocalenia synowej. Potem zaczęliśmy mówić o celu naszej podróży, przyczem dowiedziałem się, że ścigani przez nas złoczyńcy przybyli do konaku. Opowiedziałem pokrótce o tem, dlaczego za nimi jedziemy i wprawiłem ich tem w niemałe zdumienie. - To wprost nie do uwierzenia, że tacy ludzie istnieją! - zawołała staruszka, załamując ręce. - To okropne! - Tak, to okropne - potwierdził mąż - ale nie ma się czemu dziwić, gdyż oni są sprzymierzeńcami Szuta. Cały kraj dziękowałby Bogu na kolanach, gdyby ten bicz ludu raz się stał nieszkodliwym. - Masz może jakie bliższe wiadomości o Szucie? - Nie są one lepsze niż twoje i innych ludzi. Gdyby wiedziano, gdzie on przebywa, znanoby jego samego, a wówczas byłoby po nim. - To jeszcze pytanie. Jestem przekonany, że władza jest z nim w zmowie. Czy nie wiesz, gdzie leży Karanirwan-chan? - Pierwszy raz słyszę tę nazwę. - A nie znasz człowieka imieniem Karanirwan? - Także nie. - Ale znasz Persa, trudniącego się handlem koni? - Tak, ale on nazywa się w ustach ludu Kara Adżemi. Dlaczego o niego pytasz? - Podejrzewam, że to jest Szut. - Kto? Ten Pers? - Opisz mi go trochę! - Jest większy i tęższy odemnie i od ciebie, prawdziwy olbrzym z pełną, czarną brodą, spadającą na piersi. - Jak długo bawi w tych stronach? - Nie przypominam sobie dokładnie. Będzie z dziesięć lat od tego czasu, kiedy go widziałem po raz pierwszy. - Odtąd też zapewne mówią o Szucie? Spojrzał na mnie, zaskoczony tem pytaniem, zamyślił się na chwilę i odrzekł: - Tak będzie mniej więcej. - Jak zachowuje się ten handlarz koni? - Nadzwyczaj władczo, jak wszyscy ludzie, którzy wiedzą, że są bogaci. Chodzi zawsze uzbrojony od czuba do pięty i znany jest jako człowiek, z którym niema żartów. - Więc skłonny jest do czynów gwałtownych? - Tak. Rzuca się zaraz z pięścią lub pistoletem. Opowiadają, że niejeden już, który go obraził, nie otworzył ust więcej, ponieważ umarli nie mówią. Nie słyszałem jednak nic o rabunkach i kradzieżach. - Ten opis zgadza się zupełnie z tym obrazem, jak i sobie o nim wyrobiłem. Nie wiesz, czy obcuje on z węglarzem Szarką? - Nic mi o tem niewiadomo dotychczas. Czy masz także co do czynienia z węglarzem? - Dotąd jeszcze nie, ale sądzę, że się z nim zetknę. Owych pięciu zdąża do niego, widocznie znane jest im jego mieszkanie. Wiesz i ty może? - Wiem tylko, że mieszka w jaskini, położonej głęboko w lesie za Głogowikiem. - Czy widziałeś go kiedy? - Tylko przelotnie. - Musi przecież od czasu do czasu wychodzić z lasu, aby węgle sprzedać, albo ludzie udają się do niego w tym celu. - On sam nie sprzedaje. Tam w górach żyje kurumdży, który mu wszystko załatwia. Ten jeździ po kraju wózkiem, na którym znajdują się węgle i beczułki z sadzą. - Co to za człowiek? - Ponury i skąpy w słowach, z nikim się nie wdaje. Wolą go widzieć, gdy odchodzi, niż gdy przybywa. - Hm! Może zmuszony wyszukać go, aby się odeń dowiedzieć o jaskini węglarza. - Mógłbym ci dać parobka za przewodnika przynajmniej do Głogowiku. Dalej on też nie zna drogi. - Przyjmujemy całem sercem tę propozycyę. Twój syn wspominał mi, że węglarz jest podejrzany o morderstwa. - To nie są tylko podejrzenia. Wszyscy są o tem przekonani, chociaż to świadkami udowodnić się nie da. On pozostawał nawet w stosunkach z Aladżymi, których żołnierze daremnie u niego szukali. - Także twój syn mówił mi o tem. On widział ich dzisiaj obydwu. - Srokaczy? Rzeczywiście? Oddawna już życzyłem sobie spotkać którego z nich, ale oczywiście tak, żebym się nie potrzebował ich obawiać. - Otóż to się już stało. - Kiedy? - Dzisiaj. Czy nie zauważyłeś między jeźdźcami dwu na srokaczach? - Nieba! Więc oni znajdują się tutaj, w konaku mego sąsiada? W takim razie nieszczęście jest w pobliżu! - Dzisiaj nie masz powodu do obawy przed nimi, bo my tu jesteśmy. Gdyby się tylko dowiedzieli o naszym pobycie tutaj, drapnęliby natychmiast. Zresztą może ich ujrzysz, jeśli teraz pójdziesz tam pokryjomu. Staraj się zbadać, czy nie możnaby ich podsłuchać. Wyszedł, a my zabraliśmy się gorliwie do wieczerzy. W pół godziny niespełna wrócił i oznajmił, że ich widział. - Było ich tylko czterech - powiedział. - Rannego przy nich nie widziałem. Siedzą obok sypialni sąsiada. Skradałem się dokoła całego domu i śledziłem po wszystkich okiennicach, czy nie możnaby zaglądnąć przez szparę. Wkońcu dostałem się do okiennicy z dziurą od sęka. Siedzieli z konakdżym przed dzbanem raki. - Czy rozmawiali? - Tak, ale nie o was. - Czy nie dałoby się ich podsłuchać? Czy można ich rozumieć, stojąc przy okiennicy? - Słyszałem dokładnie tylko poszczególne słowa. Aby podchwycić rozmowę, trzebaby wleźć do sypialni. Okiennica otwarta. Opisał położenie tej izby i jej wnętrze. Z tego wywnioskowałem, że wchodzić byłoby zbyt niebezpiecznem zwłaszcza wobec tego, że stary Mibarek tam się mógł znajdować. - Nie, tego przedsięwzięcia zaniechamy - powiedziałem. - Później sam wyjdę, aby się czegoś dowiedzieć. W ten sposób uważałem tę sprawę za załatwioną. Podczas dalszej rozmowy wstał Halef i opuścił izbę. - Spodziewam się, że tam nie pójdziesz. - zawołałem za nim. - Zakazuję surowo! Skinął tylko głową i oddalił się. Nieuspokojony tem, poleciłem Omarowi, żeby pokryjomu udał się za nim. Wrócił niebawem i oznajmił, że hadżi poszedł do stajni, aby się przekonać, czy koniom, a w szczególności karemu na czem nie zbywa. Minął kwadrans, potem drugi, a gdy po upływie tego czasu Halef się nie zjawiał, obudziła się na nowo we mnie obawa. Gdy wyraziłem ją głośno, wyszedł gospodarz, by go poszukać, ale nie znalazł go nigdzie. - Otóż dobrze przeczułem. Zrobił głupstwo i wpadł pewnie w niebezpieczeństwo. Osko, Omarze, weźcie strzelby, pójdziemy do konaku. Założę się, że był tak zuchwały i wlazł do sypialni. Ja wziąłem z sobą tylko sztuciec, który wystarczał aż nadto, aby całe towarzystwo utrzymać w ryzach. Owczarz był przewodnikiem. Ponieważ musiałem uważać na nogę, przeto szliśmy wolno brzegiem rzeki, dopóki nie ukazała się przed nami czarna masa konaku, oddalona z pięćdziesiąt kroków od brzegu. Przekradliśmy się przed frontem domu, gdzie były wszystkie okna zamknięte i skręciliśmy ku tej stronie, przy której znajdowały się stajnie. Rosło tam kilka młodych jodeł, których dolne konary dotykały prawie ziemi. Między niemi a domem była tylko wązka przestrzeń do przejścia. Stąd poprowadził nas owczarz ku tylnej ścianie domu i zaczęliśmy się wzdłuż niej skradać. Po Halefie nie było ani śladu. Nie ulegało jednak wątpliwości, że znajdował się teraz w tym domu, pojmany przez ludzi, których zamierzał podsłuchać. Wtem zatrzymał się owczarz i wskazał na dwie okiennice, zaryglowane od środka, jak wszystkie. - Ta pierwsza okiennica - szepnął - należy do izby, w której ci ludzie siedzieli, a druga do sypialni. - Powiedziałeś, że ta druga była otwarta? - Tak, przedtem była otwarta. - Więc zamknięto ją potem. Nie stało się to bez przyczyny, a cóż mogło być innego, jak to, że zbóje zauważyli, iż się ich podsłuchuje. Poskoczyłem do pierwszej okiennicy i spojrzałem przez dziurę z sęka. Izbę oświetlała świeca łojowa tkwiąca w drucianym lichtarzu. Światła było nie wiele, ale zobaczyłem dość. Przy stole siedzieli Manach el Basza i Barud el Amazat. Na przodzie przy wejściu stał mężczyzna o krępej, przysadkowatej postaci i ordynarnych rysach twarzy prawdopodobnie gospodarz. O ścianę po prawej stronie opierali się obaj Aladży. Strzelby ich wisiały w kącie na drewnianych hakach. Wzrok wszystkich pięciu zwracał się na - Halefa, który leżał na ziemi ze związanemi rękoma i nogami. Oblicza wrogów nie wróżyły nic dobrego. Manach el Barsza prowadził, zdaje się, śledztwo. Był widocznie gniewem podniecony, gdyż mówił tak głośno, że słyszałem, a nawet rozumiałem każde słowo. - Widzisz co, zihdi? - spytał Omar. - Tak - odrzekłem z cicha. - Hadżi leży związany na ziemi, właśnie go przesłuchują. Chodźcie tu! Pomożecie mi i wetkniecie do środka lufy, skoro tylko okiennicę rozwalę. Musi ona pójść w drzazgi w jednej chwili, żeby nie mieli czasu zrobić co Halefowi, zanim go obronimy. Zacząłem nadsłuchiwać. - A skąd ty wiedziałeś, że jesteśmy tutaj? - pytał Manach el Barsza. - Suef sam to powiedział - odrzekł Halef. Nie widziałem wymienionego, ale w tej chwili wszedł on z lewej strony. Był może przedtem w sypialni. - Psie, nie kłam! - wrzasnął i kopnął Halefa nogą. - Milcz i nie przerywaj! - odrzekł Halef. - Czy nie wyraziłeś się w naszej obecności do oberżysty w Rumelii, że masz zamiar jechać do Treska-Konak? - Tak, ale nie powiedziałem, że ci ludzie także tu będą. - Tego mogliśmy przecież sami się domyślić. Mój effendi powiedział ci w oczy w Kilissely, że rychło wyruszysz za nimi. - Niech szejtan porwie tego effendiego! Rozszarpiemy mu podeszwy, żeby poczuł to, co ja dziś wycierpiałem. Ledwie stać mogę. Usiadł na ziemi obok Halefa. - Ale jak dowiedzieliście się, gdzie leży Treska-Konak - badał Manach dalej. - Pytaliśmy po drodze, to się rozumie. - A dlaczego sam pojechałeś za nami, czemu tamci zostali? Halef był na tyle chytry, że udał, jakoby sam się tu znajdował. Zachowywał się wogóle bardzo stanowczo. Nie było w tem nic dziwnego, gdyż wiedział, że sprowadzi nas tutaj wkrótce obawa o niego. - Czyż Suef was nie zapewnił, że mój effendi wskoczył do wody? - Tak i jest nadzieja, że się utopił! - Nie, nie zrobił wam tej przyjemności. Żyje jeszcze, choć zachorował, a tamci muszą być przy nim. Mnie wysłał naprzód, bym was pilnował. Jeśli będzie możliwe, przyjedzie jutro. Do wieczora będzie tutaj z pewnością i mnie uwolni. Wszyscy zaśmiali się głośno. - Głupcze! - zawołał Manach el Barsza. - Czy myślisz naprawdę, że do jutra będziesz jeszcze naszym więźniem? - Więc chcecie mnie prędzej wypuścić na wolność? - zapytał z głupią miną. - Tak, puścimy cię prędzej. Pozwolimy ci odejść, ale tylko do piekła. - Żartujecie. Ja nie znam drogi. - Nie obawiaj się. Już my ci ją pokażemy. Przedtem jednak damy ci małą nauczką, która ci się może nie spodoba. - O, ja zwykłem być wdzięcznym za każdą naukę. - Mamy nadzieją, że to się stanie i w tym wypadku. Oto chcemy ci przypomnieć, że istnieje przykazanie: oko za oko, odpłacaj równem za równe. Obiliście Habulama, Humuna i Suefa; dobrze, otóż ty dostaniesz bastonadą i to taką, że ci mięso strzępami będzie z nóg odlatywało. Napompowaliście wody na wieżę, ażebyśmy utonęli; dobrze, my wsadzimy ciebie także pod wodę; zginiesz nędznie, ale ładnie, powoli, żeby nam to sprawiło przyjemność. Włożymy cię tutaj do rzeki, że tylko nos będzie wystawać. Łap potem powietrze, dopóki zdołasz. - Tego nie zrobicie! - zawołał Halef tonem skargi. - Nie? Dlaczego mielibyśmy się tego wyrzec? - Ponieważ jesteście wiernymi synami proroka i nie będziecie męczyć i mordować muzułmanina. - Idź do szatana z twoim prorokiem! My sobie kpimy z niego! Umrzesz śmiercią, gorszą od potępienia, w którem się potem pogrążysz. - Co wam z tego, że mnie zabijecie? Nieczyste sumienie dręczyć was będzie aż do chwili, kiedy anioł śmierci do was przystąpi. - My sami załatwimy się z naszem sumieniem. Ty czujesz już chyba trwogę przedśmiertną. Ale gdybyś był mądry, mógłbyś jeszcze raz jej uniknąć. - W jaki sposób? - zapytał Halef co prędzej. - Jeśli nam wszystko wyznasz. - Co takiego? - Kim jest twój pan, czego chce od nas i co zamierza z nami uczynić? - Tego mi zdradzić nie wolno. - W takim razie umrzesz. Pragnąłem twojego dobra. Skoro jednak zamykasz usta na moje pytania, to los twój spełnić się musi. - Rozumiem ciebie - odrzekł Halef. - Chcesz mnie złudzić przyrzeczeniem. Gdy powiem wszystko, wyśmiejecie mnie i słowa nie dotrzymacie. - Dotrzymamy. - Przysięgasz? - Przysięgam na wszystko, w co wierzę i co szanuję. Decyduj się prędko, bo nastrój łaskawy trzyma się mnie nie długo. Halef udał, że namyśla się chwilkę i rzekł: - Co mi z effendiego, gdy zginę? Nic! Wolę żyć i dlatego udzielę wam wyjaśnień. - To twoje szczęście! - odezwał się Manach. - A zatem powiedz nam najpierw, kim twój pan jest właściwie? - Czyż nie słyszeliście, że to Frank? - Tak nam powiedziano. - I wy temu wierzycie? Czy może Frank mieć wszystkie trzy paszporty wielkorządcy z pieczęcią wielkiego wezyra? - Więc on wcale nie jest Nemcze? - Ani mu się śni! - Ale jest giaur? - Także nie. On tylko tak udaje, żeby się nikt nie domyślił, kim jest naprawdę. - W takim razie odkryj tę tajemnicę! Kto on jest? Halef przybrał minę wielce uroczystą i odrzekł: - Poznaliście chyba dostatecznie po jego dobrem zachowaniu się, że to nie kuczuk jijit, lecz coś całkiem nadzwyczajnego. Musiałem przysiąc, że nie zdradzę jego tajemnicy, ale jeśli nie powiem, zabijecie mnie, a śmierć znosi wszelkie przysięgi. Otóż dowiedzcie się, że to obcy szahnameh. - Psie! Chcesz nas okłamać? - Jeśli nie wierzycie, to nie moja wina. - Może to nawet syn wielkorządcy? - Nie. Powiedziałem przecież, że obcy. - Z którego kraju? - Z Hindistanu, który leży z tamtej strony Persyi. - Czemu tam nie został? Poco jeździ po naszym kraju? - Aby sobie żonę wyszukać. - Żonę? - spytał Manach el Barsza, ale nie tonem zdumienia, lecz z miną, jaką robi się u nas przy okrzyku: "aha!" Oświadczenie hadżego nie wydało się tym ludziom bynajmniej niewiarygodnem. Setki bajek wschodnich opowiadają o bogatym królewiczu, który nieznany nikomu jeździ po kraju, aby sobie wybrać najpiękniejszą z najpiękniejszych na żoną. Musi ona oczywiście być córką nędzarzy. Ten wypadek mógł także tutaj zachodzić. - Czemu jednak szuka właśnie tu, w kraju Skipetarów? - brzmiało następne pytanie. - Ponieważ tu są najpiękniejsze dziewczęta; oprócz tego śniło mu się, że tu znajdzie kwiat swego haremu. - Niech się więc o nią stara! Ale dlaczego o nas się troszczy? Halefa, mimo niebezpiecznego położenia, korciły dowcipy. Odrzekł jednak poważnie: - O was? Ani mu się śni. Idzie mu tylko o Mibareka. - O ile? - Ponieważ widział we śnie ojca tej najpiękniejszej i miasto, w którem on mieszka. Tem miastem jest Ostromdża, a ojcem Mibarek. Czemuż on ucieka przed moim panem? Niechaj mu da swoją córkę, a zdobędzie sobie wielką władzę jako kain ata najbogatszego indyjskiego księcia. Z przyległej izby zabrzmiał chrapliwy głos rannego: - Milcz, suki synu! Ja nie miałem córki nigdy w życiu. Język twój pełen kłamstwa, jak pokrzywa gąsienic. Czy myślisz, że ja nie wiem, kim jest twój pan, któremu życzę dziesięciu tysięcy piekieł? Czyż nie nosi dziś jeszcze hamailu na szyi, chociaż jest przeklętym synem niewiernych? Nie mówiłem o tem dotychczas, gdyż sam chciałem doznać rozkoszy zemsty, ale twoje kłamstwo tak wielkie, że mi uszy pali. Muszę teraz powiedzieć, co wiem i dłużej milczeć nie będę. - Co wiesz, co? - pytali drudzy. - Ludzie, ten cudzoziemiec nie jest niczem innem jak tylko riswaidżi eraci mibarek! Widziałem go w Mekce, w mieście czci boskiej. Tam go poznano. Stałem obok niego i pierwszy wyciągnąłem rękę ku niemu, ale szejtan mu ułatwił ucieczkę. A ten hadżi Halef Omar był przy nim i pomagał mu plamić największą świętość muzułmanów wzrokiem psa chrześcijańskiego. Nie zapomniałem twarzy obydwu i poznałem ich, gdy jako kaleka siedziałem na gościńcu w Ostromdży, a oni przejeżdżali koło mnie. Nie pozwólcie się zakrapiać zuchwałemi łgarstwami, lecz pomścijcie straszliwie tę zbrodnię. Namyślałem się długo nad tem, jaką karę powinni ponieść ci zbrodniarze, ale nie znalazłem odpowiedniej. Dlatego dotąd milczałem.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.