Bilet w jedną stronę
Nigdy nie przypuszczałam, że kiedyś zacznę się uczyć francuskiego. Hell yeah!, natürlich, dos cervezas, a nawet pażałsta, ale nigdy, przenigdy s'il vous plaît. Nawet nie miałam takich ambicji. Co prawda, muszę przyznać, że podstarzały hydraulik z włochatymi pośladkami meldujący po francusku odetkanie rury był w stanie wywołać moje ochy i achy, nie mówiąc już o pięknookim Szwajcarze napotkanym pewnego razu w pubie na krakowskim Kazimierzu. A jednak stało się, mleko się rozlało, statek wpłynął do portu, Szwajcar tam był, siedział naprzeciwko mnie i pytał niewinnie po angielsku, o czym ja tak tonę oprócz jego oczu.
- What are you sinking about, Żoana?
No ja, mój miły, tonę o tym, że muszę nauczyć się francuskiego, bo inaczej to my się raczej nie dogadamy. I tu akurat nie ma żadnej metafory.
Tylko jak to zrobić, skoro po francusku pięć razy więcej samogłosek na piśmie niż w mowie, w dodatku h nieme, h przydechowe, wzdechowe, wzdychające i bezdechowe, a dwuwersowe zdanie to już w ogóle, puf! i go nie ma, wypowiedziane na głos ma zaledwie dwie sylaby... - takie to wesołe myśli przechodziły mi przez głowę, gdy zapisywałam się na kurs dla początkujących. Na kursie francuskiego dla początkujących spotkałam oczywiście samych "początkujących". Jedna pani przez rok pracowała w Belgii, druga pisała maturę po francusku, a trzecia "ani trochę nie znała francuskiego, nawet podstaw, ale sam język jej się podobał, w związku z tym liczyła na to, że nauczy się na kursie". To całkiem jak ja i już chciałam przybić z nią piąteczkę, ale coś mi się nie zgadzało. Rzeczona pani powiedziała to po francusku.
Myślałam wtedy, że dobrze mi zrobi towarzystwo tak wyedukowanych dam. W końcu lepiej równać do wyższego poziomu, niż pikować do niższego. Już po pierwszej lekcji chciałam seksownie zachrypieć "Je n'ai regretté rien...". Okazało się jednak, że na pierwszej lekcji nie będziemy się zwierzać z tego, czego żałujemy, i mówić, że niczego, ale nauczymy się przedstawiać.
- Żeeee yyyyy mapel Żoana...
Dlaczego francuski hydraulik potrafi seksownie ogłosić światu, że właśnie odetkał rury, a moje żemapel brzmi jak jęk słonicy? - myślałam zrozpaczona, ćwicząc przed lustrem niczym Kiler swoje "you talking to me". Odpowiedzi na to pytanie nie znam nawet teraz, po kilku dobrych latach. Mój francuski brzmi seksownie tylko wtedy, gdy boli mnie gardło... Wracając jednak do naszej opowieści, mój osobisty Szwajcar wcale nie słyszał w moim żemapelu jęku słonicy, ale ćwierkanie wróbelków, chrobot chomiczków i popiskiwanie myszek, co niewątpliwie oznacza, że miłość jest nie tylko ślepa, ale i głucha.
- Ale tak w ogóle, to przejdźmy już teraz, kochanie, na angielski, dobrze?
Wreszcie, po roku zwiedzania lotnisk i powtarzania za panią od francuskiego "Poproszę bagietkę" i "Boli mnie brzuch, panie doktorze, ale nie boli mnie głowa", zapadła decyzja: rzucam wszystko i jadę do Szwajcarii podbijać świat. Jak tysiące dziewczyn przede mną i tysiące po mnie spakowałam się w jedną walizkę, zostawiłam za sobą wszystko i wyjechałam w nieznane za miłością, którą znałam tylko z wykradzionych codzienności weekendów.
Czy mogłam się domyślić, że Szwajcaria stanie się dla mnie czymś więcej niż tylko miejscem zamieszkania? Nigdy nie miałam ani ambicji, ani chęci, żeby zapuszczać w niej korzenie, a co dopiero mówić o pisaniu o niej książek! Zawsze pociągała mnie surowa, tajemnicza Skandynawia, kusiły leniwe, rozsłonecznione Włochy, przywoływała uduchowiona Azja, ale Szwajcaria? Bankierzy i korporacje, jodłowanie i sery, blichtr i zegarki. Co ja, poszukiwaczka przygód a nie pieniędzy, mogłam mieć wspólnego ze stereotypowym wizerunkiem tego kraju?
Ale gdybym była nieco bardziej przesądna... Bo muszę się przyznać, że dawno temu na andrzejkach wylałam sobie przez klucz istną woskową mapę Szwajcarii. Gdy jednak zerkało się na nią pod innym kątem, wychodziła motyka. A tu Szwajcar się napatoczył, a nie rolnik... Więc spakowałam się, wycałowałam spłonione, wyedukowane panie od francuskiego, obiecując im, że na pewno pierwsze co powiem, to "Boli mnie brzuch, panie doktorze, ale nie boli mnie głowa" i kupiłam bilet. Bilet w jedną stronę.
Szybko się okazało, że bardzo dobrze opanowałam francuskie nieme h. Zresztą nie tylko h. Było też nieme bonjour, merci i au revoir, a moje bezgłośne pardon nie miało sobie równych. Tylko parle-wu-ągle wypowiadane tragiczno-przerażonym tonem jakoś tam względnie było słychać. Niestety nie dało się łatwo wywinąć. Po pierwsze, mieszkańcy Romandii, czyli francuskojęzycznej części Szwajcarii, dość kiepsko i niechętnie parlają po ągielsku. Po drugie, quid pro quo, Panie i Panowie. Jeśli się gapisz, ściągasz na siebie cudze oczy. Innymi słowy, moja ulubiona czynność, czyli obserwowanie bliźnich, nie była najlepszym sposobem na uniknięcie kontaktów międzyludzkich. A Szwajcarzy kochają pogawędki. Jeśli siedzenie w autobusie jest wolne, każdy porządny Szwajcar zapyta, czy może usiąść, jakby to nie było oczywiste. Gdy kopiesz rabatę, każdy porządny Szwajcar skomentuje "O, kopie pani rabatę" tak odkrywczym tonem, jakby miał zamiar powiedzieć "O, zakopuje pani zwłoki". "Tak, zakopuję zwłoki innego ciekawskiego sąsiada. Miłego dnia!" - odpowiadałam, oczywiście po swojemu, czyli bezgłośnie, obdarzając interlokutora czarującym, niemym uśmiechem.
Na szczęście świetnym lekarstwem na fazę bezgłośnego bonjour był mój osobisty Szwajcar, który po prostu odpowiadał za mnie, podczas gdy ja kiwałam głową tak entuzjastycznie, że po takiej rozmowie szyja bolała mnie niczym po koncercie Metalliki. Feministki mogą się oburzać: "Nawet nie dał tej dziewczynce dojść do słowa". Niech się oburzają. Żadna z nich nie miała swojego prywatnego bulteriera, odpowiadacza na pytania.
I tak się to wszystko zaczęło! Pięknooki Szwajcar, lekcje francuskiego, bilet w jedną stronę, etap bezgłośnego bonjour i największa przygoda mojego życia: emigracja. Emigracja, która działa jak rentgen, jak "sprawdzam!" w pokerze, jak szczera rozmowa z przyjacielem. Daje świetną perspektywę na inny kraj, na obcokrajowców i na to, co zwykliśmy nazywać innością, obcością... Ale przede wszystkim daje świetną perspektywę na siebie samego.
Czy to książka o Szwajcarach i Szwajcarii? Niech będzie, że tak.
Ale tak naprawdę jest to książka o Polakach i Polsce widzianych stęsknionymi, zeszwajcarszczonymi szarymi oczami autorki.