Szwecja. Gdzie wiking pije owsiane latte - Aldona Hartwińska, Milena Zaremba

Kup ebooka

59.90 zł
49.12 zł (48,62 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Hi­sto­rycz­nie rzecz bio­rąc

To nie jest zwy­kły prze­wod­nik. Czy­tel­ni­ku! Przy­go­tuj się na to, że wła­śnie wkra­czasz na ter­ra in­co­gni­ta. Tu nie znaj­dziesz zbyt wie­lu in­for­ma­cji o czer­wo­nych dom­kach, pi­ciu kaw­ki i za­gry­za­niu jej cy­na­mo­no­wą bu­łecz­ką. Będzie za to dużo o trud­nych re­la­cjach, spo­łecz­nych dys­pro­por­cjach, prze­stęp­czo­ści i by­ciu ob­cym w tym go­ścin­nym kra­ju, ja­kim jest Szwe­cja. Ale nie martw się, bo nie będzie tyl­ko po­nu­ro (choć nie­wie­le do­bre­go mo­żna na­pi­sać o po­go­dzie). Szwe­dzi jak nikt inny po­tra­fią wrzu­cić na luz, zbu­do­wać ży­cio­wy ba­lans i oto­czyć się szczęściem. Chce­my w two­je ręce prze­ka­zać na­sze kil­ku­let­nie ob­ser­wa­cje, spi­sa­ne roz­mo­wy i opo­wie­ści. Jak gło­si ty­tuł tej se­rii, będzie to prze­wod­nik su­biek­tyw­ny po szwedz­ko­ści.

Ale za­nim o tym, cof­nij­my się do oko­ło trzech ty­si­ęcy lat przed Chry­stu­sem, kie­dy to lu­dzie za­częli za­sie­dlać Pó­łwy­sep Skan­dy­naw­ski...

Nie no. Żar­to­wa­łam. My będzie­my opo­wia­dać o tym, co tu i te­raz. Jed­nak jest kil­ka hi­sto­rycz­nych spraw, któ­re mia­ły duży wpływ na to, jak wy­gląda dzi­siej­sza Szwe­cja i jej - nie bój­my się tego sło­wa - ko­lo­ro­we spo­łe­cze­ństwo. Żeby mo­żna było ła­two przez to prze­brnąć, przy­go­to­wa­łam dla cie­bie krót­ką li­stę cie­ka­wo­stek.

Prze­bu­do­wa cen­trum Sztok­hol­mu (Slus­sen) trwa od tak daw­na, że na­wet lo­kal­si nie pa­mi­ęta­ją, jak wy­gląda­ło ono przed­tem...

Szwe­dzi nie boją się du­żych zmian

Czy mo­żna w je­den dzień wy­wró­cić wszyst­ko do góry no­ga­mi, spo­wo­do­wać cha­os i pa­ra­liż, a po­tem, jak gdy­by ni­g­dy nic, wpro­wa­dzić nowy ład? To, co wy­da­rzy­ło się 3 wrze­śnia 1967 roku, mo­żna po­rów­nać do wrzu­ce­nia gra­na­tu do ma­ga­zy­nu z dy­na­mi­tem.

W ten chłod­ny ra­nek, zwa­ny Da­gen H (po­tocz­ny skrót od Höger­tra­fi­kom­läg­gnin­gen, czy­li zmia­na ru­chu na pra­wo­stron­ny), chy­ba ka­żdy Szwed wie­dział, że o pi­ątej nad ra­nem musi zmie­nić stro­nę i po­je­chać pra­wym pa­sem. Kam­pa­nia in­for­ma­cyj­na roz­po­częła się rok przed pla­no­wa­ną zmia­ną i obej­mo­wa­ła nie­mal wszyst­kie aspek­ty ży­cia prze­ci­ęt­ne­go Svens­so­na[1]. Re­kla­my po­ja­wia­ły się w pra­sie, ra­diu, te­le­wi­zji, a ta­kże w szko­łach, biu­rach i wsze­la­kich or­ga­ni­za­cjach. Sym­bo­lem sta­ła się li­ter­ka H (jak höger, czy­li pra­wa stro­na), któ­ra wy­stępo­wa­ła jako znacz­ki (jak na­sze dzi­siej­sze wlep­ki), pla­ka­ty, na­szyw­ki. Od wio­sny 1967 roku w ca­łej Szwe­cji za­częły się po­ja­wiać nowe zna­ki dro­go­we - za­rów­no te praw­dzi­we, jak i pro­wi­zo­rycz­ne czy kar­to­no­we - ma­jące przy­po­mi­nać, że ten dzień już nad­cho­dzi. Mimo tak sze­ro­ko za­kro­jo­nej kam­pa­nii wszy­scy od­czu­wa­li stres. Jed­nak wszy­scy mie­li świa­do­mo­ść, że zmia­na jest ko­niecz­na - we wszyst­kich pa­ństwach ościen­nych obo­wi­ązy­wał ruch pra­wo­stron­ny, a kie­row­ni­ce w sa­mo­cho­dach rów­nież były po pra­wej stro­nie. To było przy­czy­ną wie­lu ko­li­zji i nie­po­trzeb­nych pro­ble­mów. Choć zda­wać by się mo­gło, że zmia­na była bły­ska­wicz­na ni­czym pstryk­ni­ęcie pal­ca­mi, to jej koszt prze­kro­czył 600 mi­lio­nów ko­ron[2].

Zmia­na pa­sów mia­ła na­stąpić rów­no o pi­ątej nad ra­nem. Tej nocy wpro­wa­dzo­no za­kaz po­ru­sza­nia się po uli­cach, chy­ba że po­trze­ba była uza­sad­nio­na - stąd też nie­wiel­ki ruch po­zo­stał. Uli­ca­mi miast prze­miesz­cza się kil­ka tak­só­wek i au­to­bu­sów. Pie­si za­czy­na­ją gro­ma­dzić się na chod­ni­kach wo­kół Slus­sen w Sztok­hol­mie, któ­re wów­czas jest naj­wa­żniej­szym punk­tem ko­mu­ni­ka­cyj­nym mia­sta. W od­bior­ni­kach brzmi pio­sen­ka H?ll dig till höger, Svens­son (Trzy­maj się pra­wej stro­ny, Svens­son). Pięć mi­nut przed pi­ątą wszyst­kie ka­na­ły ra­dio­we przej­mu­je Lars Ski­öld, głów­ny ar­chi­tekt tej zmia­ny. Pro­si kie­row­ców i ro­we­rzy­stów, któ­rzy po­ru­sza­ją się po uli­cach mimo za­ka­zu, o za­trzy­ma­nie się po swo­jej le­wej stro­nie. Po krót­kiej chwi­li po­sto­ju sa­mo­cho­dy i ro­we­rzy­ści po­wo­lut­ku za­mie­nia­ją się miej­sca­mi - ci z le­wej zje­żdża­ją na pra­wą stro­nę i znów się za­trzy­mu­ją. Ski­öld in­for­mu­je, że te­raz wszy­scy mu­szą po­cze­kać, aż wy­bi­je go­dzi­na pi­ąta. W gło­śni­kach sły­chać ko­bie­cy głos, któ­ry od­li­cza: trzy... dwa... je­den... I ru­szy­li.

I tak oto od tej chwi­li Szwe­cja ma ruch pra­wo­stron­ny. Od­wa­żnie? Mo­żli­we. Zresz­tą kto był w Sztok­hol­mie, ten wie, że Szwe­dzi umie­ją wrzu­cać te gra­na­ty do ma­ga­zy­nu z dy­na­mi­tem. Mo­żna to za­mknąć w dwóch sło­wach, pod któ­ry­mi kry­je się wiel­ki eks­pe­ry­ment miej­ski Nya Slus­sen.

Szwe­dzi ko­cha­ją in­no­wa­cje

Szwe­dzi mają na swo­im kon­cie kil­ka wa­żnych od­kryć i po­sta­ci zna­nych na ca­łym świe­cie. Są też au­to­ra­mi ta­kich wy­na­laz­ków, któ­re zmie­ni­ły lub wkrót­ce zmie­nią cały świat. Nie od dzi­siaj są świa­to­wy­mi li­de­ra­mi w dzie­dzi­nie in­no­wa­cji, wie­lo­krot­nie też udo­wod­ni­li, że dla do­bra ludz­ko­ści czy ogó­łu nie sku­pia­ją się je­dy­nie na tym, by za­ro­bić mi­lio­ny.

Sztucz­ny roz­rusz­nik ser­ca Jed­nym z wy­na­laz­ków, któ­re zmie­ni­ły świat, był The Pa­ce­ma­ker, czy­li sztucz­ny roz­rusz­nik ser­ca. Prze­ło­mo­wy wy­na­la­zek, pierw­szy w świe­cie we­wnętrz­ny roz­rusz­nik ser­ca, zo­stał skon­stru­owa­ny przez Szwe­da Rune El­me­qvi­sta. 8 pa­ździer­ni­ka 1958 roku kar­dio­chi­rurg ?ke Sen­ning w szpi­ta­lu Ka­ro­lin­ska Sju­khu­set w Sol­nej wsz­cze­pił go pa­cjen­to­wi Arne Lars­so­no­wi. Choć po­cząt­ki były trud­ne, bo roz­rusz­nik za­wió­dł po kil­ku go­dzi­nach, to nie pod­da­li się tak ła­two. Ope­ra­cje po­na­wia­no. Ko­lej­ny wsz­cze­pio­ny Ar­ne­mu roz­rusz­nik dzia­łał kil­ka ty­go­dni. Osta­tecz­nie Lars­son prze­żył za­rów­no kon­struk­to­ra roz­rusz­ni­ka, jak i swo­je­go chi­rur­ga. Zma­rł w wie­ku osiem­dzie­si­ęciu sze­ściu lat, w 2001 roku. W swo­im cie­le miał w su­mie dwa­dzie­ścia sze­ść pa­ce­ma­ke­rów.

Trzy­punk­to­we pasy bez­pie­cze­ństwa In­nym wa­żnym wy­na­laz­kiem, któ­ry ura­to­wał ży­cie nie­zli­czo­nej ilo­ści ist­nień, są trzy­punk­to­we pasy bez­pie­cze­ństwa. 13 sierp­nia 1959 roku w sa­lo­nie Vo­lvo w Kri­stian­stad po raz pierw­szy na świe­cie po­ja­wił się sa­mo­chód ze stan­dar­do­wo za­in­sta­lo­wa­ny­mi trzy­punk­to­wy­mi pa­sa­mi bez­pie­cze­ństwa. Ich kon­struk­to­rem był Nils Boh­lin, in­ży­nier do spraw bez­pie­cze­ństwa. Nie­sa­mo­wi­te w tym wy­na­laz­ku jest to, ile rze­czy dzie­je się pod­czas zde­rze­nia w cza­sie za­le­d­wie kil­ku ty­si­ęcz­nych se­kun­dy. Sa­mo­na­wi­jacz na­pi­na pas wo­kół tu­ło­wia, a na­stęp­nie zmniej­sza na­cisk we wła­ści­wym mo­men­cie, by cia­ło było uci­ska­ne mo­żli­wie najła­god­niej. Sam Boh­lin mó­wił, że "pas musi po­chła­niać siłę w od­po­wied­nim miej­scu - w oko­li­cach mied­ni­cy i klat­ki pier­sio­wej, gdzie cia­ło jest naj­bar­dziej od­por­ne. Jed­no­cze­śnie musi być ła­twy w użyt­ko­wa­niu i re­gu­lo­wa­niu". Vo­lvo za­strze­gło wzór tego roz­wi­ąza­nia w po­sta­ci tzw. otwar­te­go pa­ten­tu. Co to ozna­cza­ło w prak­ty­ce? Że z wy­na­laz­ku Szwe­dów mógł ko­rzy­stać ka­żdy pro­du­cent sa­mo­cho­dów bez­płat­nie. Po­dej­mu­jąc taką de­cy­zję, pod­kre­ślo­no tro­skę o bez­pie­cze­ństwo lu­dzi, a nie chęć za­rob­ku.

Cho­dzik re­ha­bi­li­ta­cyj­ny Po­tocz­nie zwa­ny bal­ko­ni­kiem, to rów­nież szwedz­ki wy­na­la­zek. Kie­dy Aina Wi­falk sko­ńczy­ła dwa­dzie­ścia je­den lat, za­cho­ro­wa­ła na po­lio (zna­ne rów­nież pod na­zwą cho­ro­by He­ine­go-Me­di­na). Prze­bieg cho­ro­by jest ró­żny, od ła­god­ne­go do śmier­tel­ne­go, często to­wa­rzy­szą jej pa­ra­li­że ko­ńczyn. Ainie cho­ro­ba spa­ra­li­żo­wa­ła nogi. Po dwóch de­ka­dach cho­dze­nia o ku­lach jej ręce były prze­męczo­ne. Szu­ka­jąc roz­wi­ąza­nia dla swo­je­go pro­ble­mu, wy­na­la­zła cho­dzik, urządze­nie na kó­łkach po­ma­ga­jące prze­miesz­czać się oso­bie star­szej lub nie­pe­łno­spraw­nej. Wi­falk ni­g­dy nie opa­ten­to­wa­ła bal­ko­ni­ka, bo chcia­ła, aby po­mó­gł jak naj­wi­ęk­szej ilo­ści osób.

Gdzieś w Ble­kin­ge

Za­mek bły­ska­wicz­ny Tym wy­na­laz­kiem na pew­no po­słu­ży­łeś się dziś. Albo wczo­raj! Za­mek bły­ska­wicz­ny, zwa­ny też po pro­stu su­wa­kiem, opa­ten­to­wał w 1917 roku Szwed Gi­de­on Sund­bäck. Zam­ki bły­ska­wicz­ne wy­ko­rzy­sty­wa­no pier­wot­nie przy pro­jek­to­wa­niu i szy­ciu kom­bi­ne­zo­nów lot­ni­czych czy też łącze­niu płót­na sa­mo­lo­to­we­go. Jed­nak od lat trzy­dzie­stych ich po­pu­lar­no­ść nie­ustan­nie ro­sła. Dziś ka­żdy ma w swo­jej sza­fie kil­ka­na­ście eg­zem­pla­rzy ta­kie­go su­wa­ka. Ko­lej­nym na­rzędziem, nie­mal oczy­wi­stym i po­wszech­nie zna­nym, jest klucz szwedz­ki. To na­rzędzie znaj­du­je się za­pew­ne w wi­ęk­szo­ści do­mo­wych przy­bor­ni­ków. Może być szo­ku­jące, że klucz szwedz­ki po­cho­dzi... ze Szwe­cji (no, kto by się spo­dzie­wał)! Ten ro­dzaj klu­cza na­staw­ne­go zo­stał opa­ten­to­wa­ny w 1888 roku przez Szwe­da Jo­ha­na Pet­te­ra Jo­hans­so­na. Bu­do­wa i dzia­ła­nie klu­cza szwedz­kie­go po­zwa­la­ją na wy­ko­rzy­sta­nie go w szcze­gól­no­ści przy pra­cach hy­drau­licz­nych. Za­kres roz­war­to­ści szczęk re­gu­lo­wa­ny jest płyn­nie. Jo­hans­son nadał mu na­zwę "że­la­zna ręka".

Karls­kro­na

Wy­na­laz­ki H?ka­na Lan­sa Co mają wspól­ne­go pierw­sza mysz kom­pu­te­ro­wa, ko­lo­ro­wa gra­fi­ka kom­pu­te­ro­wa i roz­wój sys­te­mu GPS? Te wszyst­kie epo­ko­we wy­na­laz­ki na­le­żą do jed­nej tęgiej gło­wy - Szwe­da H?ka­na Lan­sa. Poza tym, że opra­co­wał po­przed­nicz­kę my­szy kom­pu­te­ro­wej i ko­lo­ro­wą gra­fi­kę kom­pu­te­ro­wą, Lans zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wał prze­my­sł mor­ski i lot­ni­czy swo­im wy­na­laz­kiem łącza da­nych STD­MA. Było to ogrom­nym ulep­sze­niem w sto­sun­ku do ów­cze­sne­go ra­da­ru. Kie­dy Lans po­znał w 1981 roku ame­ry­ka­ński Glo­bal Po­si­tio­ning Sys­tem (GPS), wpa­dł na po­my­sł, jak wy­słać dane za­war­te w in­for­ma­cji GPS do sa­mo­lo­tu, je­śli pi­lo­ci będą mi­ędzy sobą udo­stęp­niać swo­je do­kład­ne trój­wy­mia­ro­we po­ło­że­nie. To był prze­łom w roz­wo­ju tej tech­no­lo­gii. Nie­źle, praw­da? Do­dam do tego jesz­cze, że gdy­by nie Szwe­dzi, nie mie­li­by­śmy na­szych ulu­bio­nych smart­fo­nów. Pro­to­typ te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go wy­ko­na­ła szwedz­ka fir­ma Erics­son w 1956 roku. Te­le­fon wa­żył 40 ki­lo­gra­mów, a kszta­łtem przy­po­mi­nał wa­liz­kę pod­ró­żną. In­sta­la­cja ta­kie­go urządze­nia w sa­mo­cho­dzie kosz­to­wa­ła tyle, ile sam sa­mo­chód.

No­bel Na ko­niec Al­fred No­bel! Czy jest na świe­cie ktoś, kto nie sły­szał tego na­zwi­ska? Al­fred No­bel uro­dził się 21 pa­ździer­ni­ka 1833 roku w Sztok­hol­mie. Pod­ró­żo­wał po świe­cie, zgłębia­jąc wie­dzę z za­kre­su che­mii, a jego pierw­sze pa­ten­ty do­ty­czy­ły głów­nie ci­śnie­nia po­wie­trza, wska­źni­ków gazu i cie­czy. Jed­nak od naj­młod­szych lat naj­bar­dziej był za­fa­scy­no­wa­ny wy­bu­cha­mi. Swo­jej pierw­szej eks­pe­ry­men­tal­nej de­to­na­cji Al­fred No­bel do­ko­nał w roku 1862. Rok pó­źniej otrzy­mał pa­tent na tak zwa­ny za­pal­nik No­bla, któ­ry miał fun­da­men­tal­ne zna­cze­nie dla roz­wo­ju tech­ni­ki ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych. W 1866 roku No­bel stwier­dził, że mie­sza­jąc ni­tro­gli­ce­ry­nę - sub­stan­cję nie­zwy­kle wy­bu­cho­wą i wra­żli­wą na wstrząsy - z zie­mią okrzem­ko­wą, mo­żna uzy­skać mie­szan­kę rów­nie wy­bu­cho­wą, ale sto­sun­ko­wo bez­piecz­ną w trans­por­cie. I tak wy­na­la­zł dy­na­mit, któ­ry rok pó­źniej opa­ten­to­wał. Kie­dy pra­co­wał nad swo­im wy­na­laz­kiem, nie zda­wał so­bie spra­wy, kto naj­bar­dziej się z nie­go ucie­szy. A wy­ko­rzy­sty­wa­no go okrut­nie pod­czas dzia­łań wo­jen­nych. Nie taki był cel jego prac. Mimo for­tu­ny, któ­rą przy­nió­sł No­blo­wi dy­na­mit, do ko­ńca ży­cia nie mógł po­go­dzić się z tym, jaką krzyw­dę wy­rządził ludz­ko­ści. Dla­te­go w swo­im te­sta­men­cie na­pi­sał:

Ka­pi­tał za­in­we­sto­wa­ny w bez­piecz­ne pa­pie­ry war­to­ścio­we przez wy­ko­naw­ców te­sta­men­tu ma sta­no­wić fun­dusz, od któ­re­go od­set­ki będą roz­dzie­la­ne do­rocz­nie w for­mie na­gród mi­ędzy tych, któ­rzy w po­przed­nim roku wy­świad­czy­li ludz­ko­ści naj­wi­ęk­sze do­bro­dziej­stwa. Wspo­mnia­ne od­set­ki mają być po­dzie­lo­ne na pięć rów­nych części.

Tak też się sta­ło. Owe pięć części do dziś funk­cjo­nu­je jako Na­gro­da No­bla w dzie­dzi­nach: fi­zy­ki, che­mii, me­dy­cy­ny, li­te­ra­tu­ry oraz Na­gro­da Po­ko­jo­wa.

Re­ali­za­cją te­sta­men­tu obar­czył Al­fred No­bel wie­le szwedz­kich in­sty­tu­cji, któ­rych na­wet o tym nie po­in­for­mo­wał. Ro­dzi­na pró­bo­wa­ła pó­źniej oba­lić te­sta­ment ge­nial­ne­go krew­ne­go, co się oczy­wi­ście nie uda­ło. Po­wsta­nie Fun­da­cji No­bla za­twier­dził do­pie­ro w czte­ry lata po jego śmier­ci - 29 czerw­ca 1900 roku - król Szwe­cji i Nor­we­gii Oskar II. Al­fred No­bel w ci­ągu swo­je­go ży­cia za­re­je­stro­wał aż 355 pa­ten­tów. Zma­rł na za­wał ser­ca w swo­im domu we wło­skim San Remo w 1896 roku. Po­zo­sta­wił ma­jątek w wy­so­ko­ści nie­ma­lże 32 mi­lio­nów szwedz­kich ko­ron, dzi­ęki któ­rym mo­gła po­wstać Fun­da­cja No­bla. Grób Al­fre­da No­bla znaj­du­je się na cmen­ta­rzu Nor­ra be­gra­vning­splat­sen w Sol­nej.

Wy­na­laz­ków ze szwedz­kim ro­do­wo­dem jest znacz­nie wi­ęcej, ale prze­cież nie o tym jest ta ksi­ążka!

Po­pu­lar­nym wzo­rem na szwedz­kich ścia­nach są in­ten­syw­ne, ro­ślin­ne mo­ty­wy

Es­te­ty­ka i użyt­ko­wo­ść

Szwe­dzi są dum­ni ze swo­je­go dzie­dzic­twa kul­tu­ro­we­go i tra­dy­cji lu­do­wych. Czy to wspó­łcze­sne wzor­nic­two, wy­strój wnętrz czy ar­chi­tek­tu­ra - wszędzie mo­że­my zna­le­źć hi­sto­rycz­ne na­wi­ąza­nia. Szwe­dzi chęt­nie też od­wie­dza­ją pchle tar­gi (lop­pis), gdzie mogą za­ku­pić sty­lo­we sta­ro­cie pa­su­jące do no­wo­cze­sne­go wy­stro­ju wnętrz. Ale nie tyl­ko sta­ro­cie są tak po­pu­lar­ne. Jest wie­le firm, któ­re pro­du­ku­ją te same kla­sycz­ne wzo­ry, co lata temu. Na­wet naj­słyn­niej­szy sklep me­blo­wy na świe­cie, IKEA, wci­ąż wy­twa­rza te same mo­de­le. W skle­pie na­dal znaj­dzie­my ta­kie kla­sy­ki, jak re­gał Bil­ly (za­pro­jek­to­wa­ny w 1979 roku), sofę Klip­pan (rów­nież 1979 rok) czy sto­lik Lövbac­ken (1956). Ko­lej­nym do­sko­na­łym przy­kła­dem po­łącze­nia hi­sto­rii i wspó­łcze­sno­ści jest sztok­holm­ska mek­ka mi­ło­śni­ków de­si­gnu, Sven­skt Tenn. Fir­ma zo­sta­ła za­ło­żo­na w 1924 roku przez Es­trid Eric­son, na­uczy­ciel­kę ry­sun­ku i ar­tyst­kę rze­źbi­ącą w cy­nie, z miej­sco­wo­ści Hjo. To wła­śnie pro­duk­ty z cyny (tenn, stąd na­zwa) były pierw­szy­mi, któ­re po­ja­wi­ły się w jej skle­pie przy Sm?lands­ga­tan w Sztok­hol­mie. Kil­ka lat pó­źniej, w 1934 roku, w fir­mie zo­stał za­trud­nio­ny Jo­sef Frank, au­tor naj­bar­dziej iko­nicz­nych pro­duk­tów Sven­skt Tenn. Od tam­tej pory po dziś dzień wy­jąt­ko­wą ce­chą asor­ty­men­tu, któ­ry mo­żna tam na­być, jest to, że ogrom­na część pro­duk­tów jest za­wsze do­stęp­na, a nie­któ­re z nich są w sprze­da­ży od dnia otwar­cia skle­pu, czy­li od nie­mal stu lat. Przy­kła­dem może być fi­gu­ra kota, zwa­ne­go Jöns­sons Katt, wy­ko­na­na z że­li­wa, któ­rej pro­jekt da­tu­je się na 1938 rok. Za 33-cen­ty­me­tro­we­go ko­cu­ra trze­ba za­pła­cić 7500 zło­tych. In­nym kul­to­wym przed­mio­tem jest Sofa 968, zna­na też pod na­zwą Ba­nan­sof­fan (ba­na­no­wa sofa, ze względu na jej za­okrąglo­ny kszta­łt) z po­cząt­ku lat trzy­dzie­stych. Trze­ba za nią za­pła­cić 26 ty­si­ęcy zło­tych. Ale to nie są je­dy­ne kla­sy­ki w ko­lek­cji. Po we­jściu do skle­pu przy Stran­dvägen 5 (obec­nie naj­dro­ższa uli­ca w Sztok­hol­mie) czuć uno­szące­go się w po­wie­trzu du­cha prze­szło­ści. Iden­tycz­ne przed­mio­ty, tka­ni­ny czy ara­nża­cję wnętrz mo­żna do­strzec na ar­chi­wal­nych zdjęciach. W wie­lu miej­scach ze ścian spo­gląda­ją na od­wie­dza­jących por­tre­ty Es­trid Eric­son i Jo­se­pha Fran­ka. Mimo wy­so­kich cen za­wsze jest tu pe­łno klien­tów, któ­rzy ku­pu­ją ulu­bio­ne tace, po­dusz­ki, za­sło­ny i dy­wa­ni­ki.

Stran­dvägen. Naj­dro­ższa uli­ca Sztok­hol­mu od stro­ny wody

Pie­czy­wo jako di­zajn W ogó­le wy­po­sa­że­nie domu w Szwe­cji, do­mo­we sprzęty, przy­bo­ry ogrod­ni­cze czy ge­ne­ral­nie przed­mio­ty co­dzien­ne­go użyt­ku cha­rak­te­ry­zu­ją się tym, że są ge­nial­ne w swo­jej pro­sto­cie, a w nie­sa­mo­wi­ty spo­sób uła­twia­ją ży­cie. Pa­trzysz na te rze­czy i my­ślisz: se­rio? Jak mo­głam na to nie wpa­ść? Wy­star­czy spoj­rzeć na pro­dukt obec­ny w ka­żdym szwedz­kim domu - knäc­ke­bröd, czy­li chrup­kie pie­czy­wo. Ka­żda krom­ka ma dwie stro­ny - jed­ną gład­ką i dru­gą z dziur­ka­mi. Dziur­ki są po to... by po­mie­ścić wi­ęcej ma­se­łka, dla­te­go sma­ru­je się za­wsze tę stro­nę. Szwe­dzi mają wo­kół sie­bie wie­le ta­kich ga­dże­tów i lu­bią się ich hi­sto­rią chwa­lić.

Obie­racz­ki, noże, pra­ska i miar­ka Praw­do­po­dob­nie w two­im domu znaj­du­je się obie­racz­ka do wa­rzyw, przez Szwe­dów na­zy­wa­na Jo­nas ska­la­re. Jest u mnie w domu, od dzie­ci­ństwa po dziś dzień w do­sko­na­łym sta­nie, bez śla­dów rdzy. Dla­te­go też mówi się o niej ro­st­fritt, czy­li nie­rdzew­na. Trud­no stwier­dzić, kie­dy pro­jekt uj­rzał świa­tło dzien­ne, ale mówi się, że było to no­wo­ścią na wy­sta­wie in­du­strial­nej w Mal­mö w 1896 roku[3]. W tym wła­śnie zna­nym kszta­łcie pro­duk­cję obie­racz­ki roz­po­częto w 1953 roku w warsz­ta­cie Me­ka­no­ver­ken w miej­sco­wo­ści For­she­da. Choć me­to­dy jej pro­duk­cji ule­gły zmia­nie (i ulep­sze­niu), to de­sign po­zo­stał w grun­cie rze­czy taki sam. Obo­wi­ąz­ko­wy­mi przed­mio­ta­mi w ka­żdej szwedz­kiej kuch­ni są też osthy­vel (nóż do żó­łte­go sera przy­po­mi­na­jący tar­kę tnącą pla­ster­ki), smörk­niv (drew­nia­ny nóż do ma­sła), po­ta­ti­spress (pra­ska do ziem­nia­ków, żeby przy­go­to­wać ide­al­nie kre­mo­we pu­rée) czy de­ci­li­ter­m?tt (miar­ka de­cy­li­tro­wa).

Cho­da­ki na wsi i w wiel­kim mie­ście Je­śli od­wie­dzisz Szwe­da p? lan­det (czy­li na wsi), to idę o za­kład, że gdzieś przy drzwiach sto­ją drew­nia­ki, zwa­ne też cho­da­ka­mi. Nie­gdyś było to obu­wie ko­ja­rzo­ne wła­śnie ze wsią czy bie­do­tą. W jed­nym z do­ku­men­tów, któ­re do­stęp­ne są w Stoc­kholm­skäl­lan (Ar­chi­wum-Mu­zeum Mia­sta Sztok­holm), mo­żna prze­czy­tać, że na prze­ło­mie XIX i XX wie­ku nie­któ­re dzie­ci były tak bied­ne, że nie mia­ły na­wet bu­tów. Za po­śred­nic­twem pa­ra­fial­nych rad opie­ki nad ubo­gi­mi roz­da­no tym bied­nym dzie­ciom drew­nia­ki. Jed­nak nie­któ­re oso­by, na przy­kład na­uczy­cie­le, do­ra­dza­li, aby po­da­ro­wać dzie­ciom buty skó­rza­ne, bo drew­nia­ki nie są w Sztok­hol­mie po­pu­lar­ne i od razu zwra­ca­ją uwa­gę na sta­tus ta­kie­go dziec­ka[4]. Od tam­tych cza­sów wie­le się zmie­ni­ło, a dziś ra­chu­nek za träskor (dosł. buty z drew­na) nie ma nic wspól­ne­go z bie­do­tą! Wszyst­ko za spra­wą... hol­ly­wo­odz­kich gwiazd. Pierw­sza w cho­da­kach szwedz­kiej fir­my Has­be­en pa­ra­do­wa­ła gwiaz­da se­ria­lu Seks w wiel­kim mie­ście Sa­rah Jes­si­ca Par­ker. Dziś cho­da­ki pro­du­ko­wa­ne są przez naj­bar­dziej zna­ne domy mody, mi­ędzy in­ny­mi Guc­cie­go. Ile trze­ba za­pła­cić za fir­mo­we buty z drew­na? Ceny wa­ha­ją się śred­nio od 900 do 6 ty­si­ęcy zło­tych.

Ostat­nią spra­wą jest to, że w Szwe­cji wszyst­ko po­win­no być nie tyl­ko użyt­ko­we, ale też ład­ne i rów­ne. Wi­dać to do­brze w szwedz­kich skle­pach me­blo­wych i wnętrzar­skich. Ale wy­star­czy też wy­je­chać za mia­sto, by zo­ba­czyć ele­ganc­kie ra­ba­ty kwiet­ne, rów­no przy­strzy­żo­ne traw­ni­ki, któ­rych pil­nu­ją kra­sna­le ogro­do­we. Za­ręczam wam, że w ka­żdym oknie skie­ro­wa­nym na dro­gę do­strze­że­cie lamp­kę (i żad­nych fi­ra­nek!), któ­rą wła­ści­ciel za­pa­li po zmro­ku. Wi­ęk­szo­ść do­mów po­ma­lo­wa­na jest czer­wo­ną far­bą zwa­ną fa­lu­röd (czer­wień fa­lu­ńska). Kra­jo­braz ma być po pro­stu la­gom, a wo­kół domu, bez względu na po­go­dę, za­su­wać musi mały ko­siar­ko­ro­bot, któ­ry pil­nu­je, żeby traw­nik był per­fek­cyj­nie sko­szo­ny.

Al­do­na Har­twi­ńska

I na có­żże ta Szwe­cja

Była so­bie raz kró­lew­na, po­ko­cha­ła graj­ka... Król nie wy­pra­wił mi we­se­la (jesz­cze?), ale tak za­częła się szwedz­ka część mo­je­go ży­cia - od mu­zy­ki, w do­dat­ku w War­sza­wie.

Wszy­scy Za­rem­bo­wie to jed­na ro­dzi­na

Na wstępie chcia­ła­bym od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, któ­re często jest mi za­da­wa­ne, od­kąd po­sta­wi­łam sto­pę na szwedz­kiej zie­mi, a od­po­wie­dź brzmi: NIE, nie je­ste­śmy spo­krew­nie­ni. Choć, oczy­wi­ście, wszy­scy Za­rem­bo­wie to jed­na ro­dzi­na. Ale Ma­ciej Za­rem­ba, zna­ny szwedz­ki dzien­ni­karz i au­tor wy­da­nych w Pol­sce ksi­ążek, to moja Za­rem­bo­wa ro­dzi­na z ro­dza­ju siód­mej wody po ki­sie­lu, je­śli już. Do­pó­ki nie za­częto mnie py­tać, czy je­stem jego cór­ką, a może to mój wu­jek, w ogó­le nie mia­łam po­jęcia o jego ist­nie­niu. Bo też i nie bar­dzo mnie w moim pol­skim ży­ciu to, co było wrzu­co­ne do wor­ka z na­pi­sem Szwe­cja, in­te­re­so­wa­ło.

O mat­ko, ale jak to?!

A tak, że Szwe­cja, jak za­pew­ne wi­ęk­szo­ści Po­la­ków, ko­ja­rzy­ła mi się z me­bla­mi z IKEA, wie­dzia­łam, jaką mają fla­gę i że Szwe­dzi są nie­źli w spor­tach zi­mo­wych, a ich do­brem eks­por­to­wym jest ABBA. Wi­ęcej mi do prze­ży­cia nie było po­trzeb­ne. Ba, kie­dy na stu­diach po­ja­wi­ła się oka­zja kil­ku­mie­si­ęcz­ne­go wy­jaz­du za gra­ni­cę, by uczyć dzie­cia­ki an­giel­skie­go, z mo­żli­wo­ścią przedłu­że­nia na lata, to prze­czy­ta­łam, od­ha­czy­łam jako zro­zu­mia­ne i prze­nio­słam do umy­sło­we­go ko­sza. Emi­gra­cja wy­da­wa­ła mi się nie do po­my­śle­nia; zo­sta­wić ro­dzi­nę, przy­ja­ciół, wy­je­chać w nie­zna­ne? I to jesz­cze sama?!

Ży­cie usły­sza­ło i po­sta­no­wi­ło mi dać prztycz­ka w nos, tego z ro­dza­ju ki­czo­wa­tych, ale praw­dzi­wych po­wie­dzo­nek, że ni­g­dy nie mów ni­g­dy.

Po li­nii basu do Szwe­cji

Lata pó­źniej, już po stu­diach, już po prze­pro­wadz­ce do sto­li­cy, już z pra­cą, a na­wet wła­sną dzia­łal­no­ścią go­spo­dar­czą, przy­szło mi miesz­kać z bra­tem, a bra­tu przy­szło do gło­wy znaj­do­wać ró­żne utwo­ry mu­zycz­ne, któ­re na pew­no mi się spodo­ba­ją, z cze­go 99 pro­cent nie wy­pa­li­ło, bo je­stem wy­bred­na. Aż tu je­den taki mi zna­la­zł, w któ­rym po paru se­kun­dach była szyb­ka mu­zy­ka, w tle te­le­dy­sku gwie­ździ­ste nie­bo, na zdjęciach fa­ce­ci w pe­le­ry­nach, je­den trzy­ma miecz, inny wy­gląda jak żyw­cem wy­jęty z World of War­craft, a tekst trak­tu­je o bo­ha­te­rze, ty­si­ącu pło­nących wszech­świa­tów, wal­ce ra­mię w ra­mię, i tyl­ko smo­ka za­bra­kło, ale od razu za­iskrzy­ło i wie­dzia­łam, że ten mo­ment był wa­żny, ale że aż tak wa­żny, to nie spo­dzie­wa­łam się zu­pe­łnie. Da­lej po­to­czy­ło się szyb­ko, bo, jak się oka­za­ło, ze­spół przy­je­chał na kon­cert do Pol­ski, na­wet nie mu­sia­łam bra­ta py­tać, czy idzie­my, tyl­ko ze­bra­li­śmy ma­nat­ki i tak oto w klu­bie Pro­gre­sja, w maju 2015, Szwe­cja mnie po­chło­nęła, choć tak jak czo­łg, znie­nac­ka. Po pro­stu za­częłam roz­ma­wiać po kon­cer­cie z ba­si­stą, że spo­ko i faj­ny kon­cert, do­brze się ba­wi­łam. Ba­si­sta na­pi­sał po­tem na Mes­sen­ge­rze. Fiku-miku i tak się oka­za­ło, że spa­ko­wa­li­śmy wa­liz­ki i wpro­wa­dzi­li­śmy się do no­we­go miesz­ka­nia w Sztok­hol­mie. W do­dat­ku ra­zem z moim ko­cim cho­wa­ńcem.

"Co to za bu­dy­nek? Wy­gląda na wa­żny" - moje pierw­sze zdjęcie w no­wej oj­czy­źnie. Sztok­holm­ski ra­tusz!

Wy­pra­wa na Mar­sa

Za­wsze, kie­dy to opo­wia­dam, ro­bię to w taki spo­sób, że wy­da­je się to bar­dzo ła­twe, po pro­stu ku­pić bi­let i już. W rze­czy­wi­sto­ści ła­twiej pew­nie by­ło­by się wy­pro­wa­dzić na Mar­sa, bo tam wszy­scy by­li­by­śmy nowi. Szwe­cję po­ko­cha­łam na szczy­cie góry ze skocz­nią w Fa­lun, pa­mi­ętam ten mo­ment do­kład­nie. U stóp wzgó­rza mia­sto pe­łne ma­łych dom­ków, da­lej sto­ki po­kry­te so­sna­mi, w do­li­nach je­zio­ra, a w wo­dzie od­bi­ja się zmierz­cho­we nie­bo w od­cie­niach fio­le­tu, różu i brzo­skwi­ni, wi­dać już pierw­sze gwiaz­dy, a w od­da­li trwa let­nia bu­rza prze­ci­na­jąca ob­raz bły­ska­wi­ca­mi. Po­chło­nęło mnie do resz­ty.

Po la­tach tro­chę mnie już ze­szwe­dzi­ło - ja­koś się uspo­ko­iłam, mam pier­dol­ca na punk­cie se­gre­go­wa­nia śmie­ci, oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne to ko­niecz­ny ele­ment ubio­ru, na­wet mle­ko owsia­ne za­częłam pić, sko­ro mogę jed­nej kro­wie łez za­osz­czędzić - tu mnie stać, żad­ne bio­żar­cie nie jest kil­ka­krot­nie dro­ższe. Na­dal nie wy­cho­dzę w pi­ża­mie do skle­pu, ale już bez ma­ki­ja­żu ow­szem, zu­pe­łnie mnie to nie ru­sza. Nikt mi nie zwró­ci uwa­gi, jak to lu­bi­my ro­bić w Pol­sce. Uwiel­biam bli­sko­ść na­tu­ry i mój zie­lo­no-wod­ny Sztok­holm, sem­lor, se­nior­ki z ró­żo­wy­mi grzyw­ka­mi, lop­pis, eko­lo­gicz­ne­go fio­ła, opie­ku­ńczo­ść pa­ństwa, ogól­ną swo­bo­dę i brak za­in­te­re­so­wa­nia cu­dzy­mi czte­re­ma li­te­ra­mi. Czy za­tem Szwe­cja jest ide­al­na? Nie, ab­so­lut­nie nie. I ani lep­sza, ani gor­sza. Jest inna. I dla mo­ich oczu cie­ka­wa. Cza­sem na­wet dziw­na. Bra­ku­je mi ko­mu­ni­ka­cji mi­ędzy lu­dźmi, ale ta­kiej re­al­nej. Lo­dów śmie­tan­ko­wych też. Wy­ró­żniam się z tłu­mu sło­wia­ński­mi ry­sa­mi, ubio­rem, po­zio­mem gło­śno­ści, je­stem tu cho­dzącym faux pas i często czu­ję się zwy­czaj­nie inna i, choć wi­dać tę in­no­ść od razu, mam wra­że­nie, że wy­ma­ga się ode mnie jej ka­mu­flo­wa­nia. Bo tu ma być la­gom, a to zde­cy­do­wa­nie nie jest pol­ska ce­cha.

Po­mi­ędzy

Tak wy­lądo­wa­łam w swo­istym lim­bo, gdzie je­stem zbyt pol­ska na Szwe­cję i zbyt szwedz­ka na Pol­skę. Cza­sem to przy­tła­cza, częściej jed­nak skła­nia do roz­wa­żań nad sen­sem ży­cia typu: cze­mu ręcz­nik na­zy­wa się ręcz­nik, a nie ciel­nik, sko­ro wy­cie­ra się nim całe cia­ło, po co mi spe­cjal­na miar­ka do de­cy­li­trów, sko­ro wiem, że pęka­ta szklan­ka ma 3,3 ta­kiej miar­ki (i do tej pory te miar­ki boj­ko­tu­ję), czy jak to jest, że Szwe­dzi usta­wia­ją się w ide­al­ną ko­lej­kę do au­to­bu­su, ale już w ap­te­ce bez ma­szy­ny z nu­mer­ka­mi za­pa­nu­je cha­os. I cze­mu mają włącz­nik do świa­tła po złej stro­nie ścia­ny. Nie chcę w tej ksi­ążce uka­zać Szwe­cji jako raju - chcia­ła­bym, że­by­ście zo­ba­czy­li, cze­mu mi skra­dła ser­ce, po­śmia­li się ra­zem z nami, może też uda nam się spro­wo­ko­wać ja­kieś głęb­sze re­flek­sje nad po­ran­ną kawą z mle­kiem lak­tos­fri. A ko­le­ga z pra­cy uznał, że po­win­nam na­pi­sać tak: "W Szwe­cji wszyst­ko jest faj­ne albo da się znie­ść, tyl­ko po­go­dę mu­si­my wy­mie­nić. Po­zdro­wie­nia, Go­van­ni" i... w su­mie, to ma ra­cję.

Mi­le­na Za­rem­ba

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki