Tadej Pogačar. Niepokonany - Andy McGrath

Kup ebooka

59.99 zł
53.99 zł (46,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przypisy

1. Skok

1 J. "Matxín" Fernández w podcaście "La Bicicleta", sezon 2, odcinek 5, marzec 2021, https://www.esciclismo.com/actualidad/carretera/65040.html; https://open.spotify.com/episode/4yCu3EYQtuZGJmpxhNNkyD?si=456e0359810l42d2 (podcast, 3'50), dostęp: 2.02.2026.

2 T. Pogačar w: D. Issartel, Tadej Pogačar, vainqueur du Tour de France: "Tout est a l'envers a l'intérieur de moi", "L'Équipe", 20 września 2020, https://www.lequipe.fr/Cyclisme­-sur­-route/Article/Tadej­-pogacarvainqueur­-du­-tour­-de­-france­-tout­-est­-a­-l­-envers­-a­-l­-interieur­-de­-moi/1174190, dostęp: 2.02.2026.

3 A. Carera w: A. Schiavon, ? solamente l'inizio, "Tuttosport", 21 września 2020.

4 P. Roglič w: D. Issartel, Comment Tadej Pogačar a renversé le Tour de France 2020, "L'Élquipe", 1 lipca 2021, https://www.lequipe.fr/Cyclisme­-sur­-route/Article/Comment­-tadej­-pogacar­-a­-renverse­-le­-tour­-de­-france­-2020/1267183, dostęp: 4.02.2026.

5 T. Pogačar w: Letour.fr, 19 września 2020, https://www.letour.fr/en/news/2020/stage­-20/tadej­-Pogačar­-actually­-my­-dream­-was­-not­-to­-win­-the­-tour­-de­-france­-but­-just­-to­-take­-part­-in­-it/1291379, dostęp: 4.02.2026.

6 T. Pogačar w: D. Issartel, "Primoz Roglic a réussi a m'apaiser", affirme Tadej Pogačar, vain­queur du Tour de France 2020, "L'Équipe", 15 grudnia 2020, https://www.lequipe.fr/Cyclisme­-sur­-route/Article/­-primoz­-roglic­-a­-reussi­-a­-m­-apaiser­-affirme­-tadej­-pogacar­-vain­-queur­-du­-tour­-de­-france­-2020/1206141/, dostęp: 4.02.2026.

7 B. Wiggins w relacji z 20 etapu Tour de France dla Eurosport/GCN, 19 września 2020.

2. Król podjazdu

1 Deklaracja Niepodległości Republiki Słowenii, przemowa prezydenta Milana Kučana, 26 czerwca 1991, https://www.bivsi­-predsednik.si/up­-rs/1992­-2002/mk­-ang.nsf/4f0e6b3d16bb4c8dc125678c003a80ab/b423eb5960971ca3c125678c003a4c46?OpenDocument, dostęp: 4.02.2026.

2 T. Pogačar w rozmowie z G. Kernem, Instagram Live, 16 listopada 2020, https://www.instagram.com/reel/CHqJi_wAtKv/?hl=en.

3 M. Pogačar w: "Sol in Luč", audycja w Radio Ognjišče, lipiec 2021, https://radio.ognjisce.si/sl/239/oddaje/33386/zakaj­-tadej­-Pogačar­-zmaguje­-mama­-marjeta­-in­-oce­-mirko­-o­-svojem­-sinu.htm, dostęp: 4.02.2026.

4 M. Pogačar w: A. McGrath, Tadej, Tomorrow, Always, "Rouleur" 2021, nr 104.

5 Tamże.

6 M. Pogačar dla GCN+, PlaySPORTS Network, październik 2023.

7 T. Pogačar w: S. Farrand, Tadej Pogačar: I don't think I'm the best rider out there, I just try to do my best, "Cyclingnews", 21 października 2021, https://www.cyclingnews.com/features/tadej­-pogacar­-i­-dont­-think­-im­-the­-best­-rider­-out­-there­-i­-just­-try­-to­-do­-my­-best/, dostęp: 4.02.2026.

8 M. Pogačar, Veliko o ljubezni in skoraj nič o sinu Tadeju (Pogačarju), "Delo", 15 czerwca 2022, https://www.delo.si/polet/veliko­-o­-ljubezni­-in­-skoraj­-nic­-o­-sinu­-tadeju­-pogacarju, dostęp: 2.02.2026.

Od autora

"Nie spodziewałem się tak dobrego startu" - mówi Tadej Pogačar z uśmiechem.

Nieśmiały, bezpretensjonalny młody chłopak w stroju swojego klubu rozmawia ze mną na skąpanym w słońcu dziedzińcu podczas portugalskiego wyścigu Volta ao Algarve w 2019 roku, kilka dni po swoim pierwszym zawodowym zwycięstwie.

Szczerze mówiąc, nie poświęciłem naszemu pierwszemu spotkaniu wiele uwagi - nie sądziłem, że chłopak zostanie kiedyś mistrzem świata. Zdradzał co prawda błyskotliwy talent, ale podobny temu, jaki w świecie kolarskim zdradza wiele innych zdolnych dzieciaków, które wskakują na chwilę na szczyty list wyników, by potem zniknąć w tłumie na wiele miesięcy.

Okazało się jednak, że Pogačar nie jest jak inni. Przez pięć lat utrzymywał pozycję dominującego, choć ciągle początkującego zawodnika w kolarstwie zawodowym. Współcześnie w sporcie kolarz raczej trzyma się swojej specjalizacji - jako sprinter, puncher, góral, baroudeur, w wyścigach wieloetapowych czy też w jeździe na czas. Nie Pogačar - on dominuje we wszystkich dziedzinach i każdemu rzuca wyzwanie, co sezon wyraźnie lepszy.

Ma na koncie cztery tryumfy w Tour de France, dwa tytuły mistrza świata, sukces w Giro d'Italia i dziesięć zwycięstw w wyścigach klasycznych, zwanych monumentami, a to tylko część z ponad stu tytułów, jakie zdobył, zanim skończył dwadzieścia siedem lat, zatem porównania do wielkiego Eddy'ego Merckxa są - i zapewne zawsze będą - nieuniknione.

Pogačar to jednak daleko więcej niż tylko imponujące statystyki i wyniki. Chcę w tej książce przedstawić kompletny portret mistrza, nakreślić jego podróż od początków jazdy na monocyklu po spokojnych uliczkach słoweńskiej Komendy aż po karierę profesjonalnego kolarza wyścigowego.

Choć wydaje się, że jazda przychodzi mu bez wysiłku, a osiągnięcie wyżyn kolarstwa jest kwestią czasu, są to tylko pozory, bo droga na szczyt nie była wcale prosta.

Przyglądam się wszystkim czynnikom, które miały wpływ na rozwój tego jedynego w swoim rodzaju zawodnika: sesje treningowe w Słowenii, które kształtowały jego charakter; wyciąganie wniosków taktycznych; wyścigi redefiniujące kolarstwo; niepowodzenia, które potrafił przezwyciężyć; cechy zarówno psychiczne, jak i fizyczne, dzięki którym osiągnął doskonałość.

Podczas podróży po Europie i do Zjednoczonych Emiratów Arabskich przeprowadziłem około pięćdziesięciu rozmów z ludźmi, którzy byli częścią życia Pogačara - jego przyjaciółmi, kolegami z klubu, byłymi współzawodnikami, rywalami, dyrektorami sportowymi, mentorami, trenerami, specjalistami od biomechaniki, mechanikami, fanami, nauczycielami ze szkoły i dziennikarzami.

Widoczny wysiłek po zwycięskim finiszu sprintem na 17. etapie Tour de France 2021 na szczycie Col du Portet
Smukła, zielona maszyna do wygrywania: w efektownym stroju reprezentacji Słowenii Pogačar przeprowadził jedną z najbardziej brawurowych ucieczek w swojej karierze podczas Mistrzostw Świata w Kolarstwie Szosowym w 2025 roku w Rwandzie

W przeszłości jako redaktor naczelny magazynu "Rouleur" odbyłem wiele spotkań z tą czołową postacią kolarstwa, co pomogło mi uzyskać pewną przewagę nad konkurencją. Chciałbym podziękować swoim byłym pracodawcom, bo to dzięki nim miałem możliwość porozmawiać w 2021 roku z Pogačarem, jego rodzicami Mirkiem i Marjetą, jego agentem Alexem Carerą i z Allanem Peiperem. Niektóre cytaty w pierwszych rozdziałach książki pochodzą z tego czasu.

Dziękuję również stacji GCN+. W 2023 roku pojechałem do Słowenii, żeby nakręcić dla nich film dokumentalny na temat rozkwitu słoweńskiego kolarstwa. Ponownie rozmawiałem wówczas z rodzicami Tadeja Pogačara, a także z kilkoma innymi ważnymi osobami, które pomogły mi uzupełnić podstawowe informacje. Niestety z powodu zamknięcia stacji film nigdy nie ujrzał światła dziennego.

Pogačar i wąskie grono bliskich mu osób odmówili co prawda udzielenia wywiadów do tej książki, ale głos kolarza jest w niej obecny - z zebranych w ostatnich latach rozmów oraz niezliczonych konferencji prasowych i wypowiedzi medialnych.

Gdy jego gwiazda wzeszła, Pogačar zyskał pewność siebie i otwartość, zachowując przy tym skromność i miłość do widowiskowego kolarstwa. Nadal jest wyluzowanym "Kanibalem", dobrodusznym Hinaultem. Kolarstwo zawsze było dla niego zabawą, z tym że wygrywa w niej dużo częściej niż jego rówieśnicy.

Na poważnie wszystko zaczęło się podczas Volta ao Algarve, ale kto wie, gdzie i kiedy się skończy? To z pewnością jedna z wielu książek, jakie jeszcze zostaną napisane o tym niezwykłym zawodniku.

Andy McGrathpaździernik 2025

Tadej Pogačar mógł z au­tobusu drużyny zajrzeć do samochodu mechaników. Był to istny ul, w którym ekipa UAE Team Emirates montowała jego rower Colnago na ostatni dzień wyścigu w Paryżu, w białym malowaniu dla lidera klasyfikacji młodych zawodników.

- A co? Nie wierzą [we mnie]? - zapytał menedżera swojej drużyny, z uśmiechem, półżartem, półserio1. Sugestia była czytelna: uważał, choć wielu nie podzielało tego zdania, że zwycięstwo w Tour de France ciągle jest w jego zasięgu.

Joxean Fernández, energiczny Hiszpan z ogoloną głową, powszechnie znany w świecie sportu jako Matxín, powiedział mu, żeby się nie martwił. Wyciągnął telefon i pokazał zdjęcie roweru Colnago, z ramą pomalowaną na charakterystyczny dla Tour odcień żółtego, na dowód, że myślą podobnie.

W 2020 roku było aż nadto powodów, by sądzić, że Tadej Pogačar jest w Tour de France praktycznie bez szans. Miał dwadzieścia jeden lat i debiutował w wyścigu, w którym w ciągu ostatnich czterdziestu lat wygrał tylko jeden nowicjusz, Laurent Fignon. To było tego rodzaju wyzwanie, jak gdyby student pierwszego roku uniwersytetu starał się w ciągu dwóch semestrów ukończyć studia z wyróżnieniem.

Po raz pierwszy wystartował w trzytygodniowym Wielkim Tourze Vuelta a Espa?a zaledwie rok wcześniej, w 2019 roku, i zajął trzecie miejsce. Tour de France był jednak większym wyzwaniem, zarówno pod względem mentalnym, jak i fizycznym. Rytm jazdy różni się od innych wyścigów, walka o utrzymanie pozycji jest nawet bardziej intensywna i zaczyna się na każdym etapie wcześniej. W wyścigu biorą udział najlepsi zawodnicy, a celem każdego z nich jest zwycięstwo etapowe lub miejsce w pierwszej dziesiątce. Wiąże się to też z większą presją ze strony niezliczonych przedstawicieli mediów, bezustannie analizujących wszelkie zyski, straty i dramaty.

Pogačar odkrył to na etapie siódmym, tracąc osiemdziesiąt jeden sekund do swoich rywali przy bocznym wietrze, kiedy stracił pozycję i został w tyle po złapaniu gumy. Określono to wówczas jako typowy erreur de jeunesse.

Pogačar jednak szybko się uczył, gotowy stawić czoła wyzwaniu. Do przedostatniego etapu zajmował drugą pozycję, będąc już gwiazdą wyścigu po wygraniu dwóch etapów. Przyjechał na metę pięćdziesiąt siedem sekund po liderze Primožu Rogliču, ogłoszonym faworytem jeszcze przed wyścigiem. Takie różnice co prawda udawało się zniwelować w ostatnim etapie, ale w XXI wieku zdarzyło się to tylko raz, a i przedtem rzadko w przypadku tak równych współzawodników.

Pojedynek pomiędzy dwoma Słoweńcami miał zadecydować o ostatecznym zwycięstwie. Droga na wschód prowadziła przez sielankowy, porośnięty buczyną skraj górskiego pasma Wogezów. Dwudziesty etap jazdy na czas liczył ponad trzydzieści sześć kilometrów i kończył się przykrą niespodzianką w postaci sześcio­kilometrowego stromego odcinka ostatniego podjazdu La Planche des Belles Filles, gdzie miejscami nachylenie terenu dochodziło do wartości dwucyfrowych.

Przed Tadejem było jeszcze jedno wzniesienie i zamierzał dać z siebie wszystko. Drugie miejsce w przypadku debiutanta już było spełnieniem marzeń, ale Pogačar wciąż miał nikłą szansę na zrealizowanie swojej największej fantazji.

***

Celem Pogačara na Tour de France było zajęcie jednej z pięciu pierwszych pozycji. Drużyna UAE Team Emirates była osłabiona - brakowało jej siły ognia, jaką dysponowały gwiazdorskie drużyny Jumbo­-Visma i Ineos Grenadiers - i pozbawiona oczekiwanego wsparcia w Alpach i Pirenejach, gdzie zwykle decyduje się wynik wyścigu.

Utracili Fabia Aru, który miał być współliderem razem z Pogačarem, a który wycofał się w połowie wyścigu. Ich włoski kolega Davide Formolo także musiał powiedzieć arrivederci po tym, jak w kraksie na dziesiątym etapie złamał obojczyk. Kluczowy pomocnik David de la Cruz nie poddawał się mimo złamania kości krzyżowej, którego doznał już pierwszego dnia, zaś kapitan drużyny Marco Marcato walczył z zapaleniem pęcherza. Jednym z niewielu, którzy mogli zaoferować jakąkolwiek pomoc, był Jan Polanc. Wszystko to wzmogło w zawodnikach wolę walki z przeciwnościami.

Kiedy zbliżał się ostatni, decydujący tydzień wyścigu, dyrektor sportowy Allan Peiper namawiał swoją uszczuploną drużynę, żeby nie zadowalała się drugim miejscem i sięgała po zwycięstwo. W rozmowie z Pogačarem i jego pięcioma pozostałymi kolegami posłużył się przykładem z Giro d'Italia z 2012 roku, kiedy był menedżerem drużyny Garmin­-Sharp. Była to niezbyt silna zbieranina. Ryder Hesjedal, ich kanadyjski outsider, odniósł pamiętne zwycięstwo w klasyfikacji generalnej podczas ostatniego dnia jazdy na czas, wyprzedzając dotychczasowego lidera wyścigu Joaquima Rodrigueza o zaledwie szesnaście sekund.

Powodów do nadziei było jednak jeszcze mniej. Hesjedal miał nad Rodriguezem przewagę w jeździe na czas, zaś Roglič i Pogačar prezentowali wyrównany poziom. Lider wyścigu z łatwością pokonał Pogačara w ich jedynej dotychczasowej konfrontacji podczas wyścigu Vuelta a Espa?a w 2019 roku.

Drużyna Rogliča, Jumbo­-Visma, całkowicie przejęła kontrolę i udaremniła wszelkie ataki rywali, pokazując imponującą siłę. Nadwątlona ekipa UAE Team Emirates nie miała jak się bronić i pozwoliła holenderskiej grupie zająć pozycję liderów.

Niewiele wskazywało na to, że Pogačar może odrobić straty. W tegorocznym Tour de France od ósmego etapu niemal dwa tygodnie wcześniej nie udawało mu się zdystansować Rogliča.

Na trzy dni przed jazdą na czas starszy Słoweniec zyskał nad Pogačarem przewagę siedemnastu sekund na przełęczy Col de la Loze, w najwyższym punkcie wyścigu. Mimo że Pogačar próbował go dopaść i zdobyć przewagę, mógł tylko obserwować, jak maillot jaune znika w ostatniej chwili w oddali.

Było to ciosem dla morale i ambicji młodego zawodnika, choć tylko podtrzymało panujący trend: Roglič jawił się jako najsilniejszy kolarz w najmocniejszej drużynie, niezawodny, zasłużony zwycięzca Tour de France w 2020 roku. "W mojej głowie wszystko zakończyło się przed jazdą na czas" - powiedział Pogačar magazynowi "L'Équipe". "Miałem skończyć jako drugi i cieszyłem się z tego miejsca, a także z koszulki najlepszego młodego kolarza"2.

Roglič musiał jedynie nie zawieść podczas jazdy na czas ani nie dać się zaskoczyć jakimś spektakularnym atakiem.

***

Tajną bronią UAE Team Emirates było skrupulatne przygotowanie. "Wiem, że każda drużyna zapoznała się z trasą jazdy na czas na La Planche des Belles Filles, ale żadna nie zrobiła tego tak, jak my" - mówi ówczesny trener i koordynator do spraw wydajności John Wakefield.

To zadanie należało do Allana Peipera, jednego z mentorów Pogačara. Peiper był w latach osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych zawodowym kolarzem. Jego początki były trudne - w wieku kilkunastu lat wyjechał z Australii, uciekając od przemocowego ojca alkoholika, i osiadł w Belgii. Jako dyrektor sportowy łączył ogromną wiedzę, pasję i empatię ze szczerością.

Jego obecność w finale Tour de France była jeszcze większym zaskoczeniem niż w przypadku Pogačara. Kilka miesięcy wcześniej Peipera bardzo osłabił rak prostaty. W wyniku choroby częściowo oślepł i z trudem się poruszał. W remisji wrócił wzrok, a Peiper poczuł się silniejszy. Postanowił nie iść na żadne kompromisy, bo nieczęsto widywał tak wyjątkowy talent, jakim był młody Słoweniec.

17 czerwca 2020 roku, dwa dni po tym, jak Belgia ponownie otworzyła granice i poluzowała restrykcje związane z lockdownem spowodowanym pandemią koronawirusa, Peiper wsiadł w samochód w Geraardsbergen, gdzie mieszkał, i pokonał cztery­sta pięćdziesiąt kilometrów na południe, by dotrzeć do francuskiego miasteczka Lure. W pobliżu domu nieprzewidywalnego francuskiego zawodnika Thibauta Pinota miał odbyć się start decydującej jazdy na czas przedostatniego dnia Tour de France.

Jazda na czas charakteryzuje się przejrzystością i prostotą. Zawodnicy klasyfikacji generalnej startują w dwuminutowych odstępach i walczą z czasem. W ciągu kilku godzin wyścigu warunki atmosferyczne mogą się zmienić, ale zmiennych jest tu znacznie mniej, a na pewno nie takich jak stu czterdziestu pięciu kolarzy na drodze, walczących o każdy centymetr, atakujących, jadących w cieniu aerodynamicznym, hamujących i rzucających się do przodu. Sukces wymaga maksymalnej koncentracji, precyzyjnego tempa i zaawansowanego wykorzystania aerodynamiki.

Peiper przeanalizował trasę drobiazgowo niczym badacz próbkę pod mikroskopem. Przejeżdżał ją samochodem w deszczu, następnego ranka na własnym rowerze, a potem, dla pewności, jeszcze raz po południu przed sporządzeniem ostatecznej wersji notatek. Zdał sobie sprawę, że konieczna będzie zmiana opływowego roweru do jazdy na czas na zwykły, lżejszy rower szosowy - w tym punkcie La Planche des Belles Filles, gdzie kolarze zwykle tracą prędkość - i że rower będzie potrzebować niestandardowych przełożeń do pokonywania zmieniającego się nachylenia podjazdu.

Zdecydowali się na rower z tylną kasetą 14­-29, używany w wyścigach juniorów. Większość kaset ma przeskoki o dwa zęby, ale ta od Campagnolo miała bliższe przełożenia, z różnicami o jeden ząb w środkowej części od 18 do 25, bardziej precyzyjne i idealne do wolniejszej prędkości, z jaką Pogačar jechałby pod górę. Kolejny klucz do sukcesu to konfiguracja.

Miesiąc później, 16 i 17 lipca, Pogačar i Mikkel Bjerg, jego duński kolega z drużyny, przejechali trzy razy tę samą trasę - wiejskimi drogami w Górnej Saonie - testując opony, koła, przełożenia i wyposażenie. Słoweniec postąpił zgodnie z sugestią Bjerga, byłego mistrza świata do lat dwudziestu trzech, żeby zacząć od pojedynczej przedniej zębatki 58­-T, by jego rower był jeszcze lżejszy i bardziej aerodynamiczny. Aby ustalić optymalne miejsce, gdzie bez utraty prędkości można zmienić rower, Bjerg jedną sesję treningową jeździł tam i z powrotem i testował zmianę roweru sześć razy, sprawdzając w ten sposób, gdzie strome nachylenie naturalnie hamowało pęd. Znaleźli taki punkt, gdzie droga wznosi się do momentu, w którym osiąga dziewięć procent nachylenia, zaraz po skręcie w prawo z drogi D16, przy znaku drogowym witającym przybywających do La Planche des Belles Filles.

Razem z Pogačarem w kółko ćwiczyli zmianę roweru. "Zrobiliśmy to pewnie z trzynaście razy" - wspomina Wakefield w rozmowie o roli mechanika i dyrektora sportowego. "Jak zrobić to najszybciej? Czy z samochodu wysiada jedna osoba, czy dwie? Z której strony wysiada mechanik? Co robimy z drugim rowerem? Gdzie Tadej go zostawia: przy samochodzie, na ziemi? Ważny był każdy szczegół". Mechanik drużyny Vasile Morari doznał kiedyś urazu, kiedy nie udało mu się odepchnąć Pogačara wyprostowaną ręką.

Przeprowadzili też próbę generalną w przewidzianym na wyścig kombinezonie, z odpowiednimi oponami, a nawet z właściwym ciśnieniem w oponach i w kasku do jazdy na czas, podczas której Pogačar ścigał Bjerga. Nic dziwnego, że powiedział później, że znał każdy zakręt i każdy wybój i dzięki temu wiedział, gdzie przyspieszyć.

Ostatnie poprawki wprowadzali w przeddzień decydującego etapu. Pogačar poprosił Wakefielda o podsumowanie wyników jazdy na czas z lipcowego rekonesansu, które pokazywało jego czas na trasie i szacowało prędkość na pierwszych kilkunastu płaskich kilometrach, mając na uwadze, że nie był w stanie pokonać ich w tempie wyścigowym w Lure na otwartych drogach.

Chciał wiedzieć, gdzie może pojechać jeszcze szybciej. Wiązało się to z pewnym wkalkulowanym ryzykiem - pokonania ostatniego podjazdu bez miernika mocy. Każdy gram mniej oznaczał poprawę wyniku o dziesiąte części sekundy. Wakefield zwrócił się do wyższej kadry kierowniczej z propozycją umieszczenia na kierownicy jedynie naklejki marki miernika mocy Stages.

Mimo że zwycięstwo było ciągle w zasięgu możliwości, martwili się, bo oznaczałoby to również jazdę pod górę na wyczucie, bez urządzenia podającego dane w czasie rzeczywistym, które pomagały kolarzowi ocenić wysiłek. "Pamiętam, że powiedziałem wtedy: "Do tej pory nie skrewiłem i teraz też nie zamierzam. Zaufaj mi". To była moja marketingowa gadka" - mówi Wakefield.

Tamtego wieczoru - jak relacjonował później Pogačar dla magazynu "Tuttosport" - jego agent Alex Carera wysłał mu wiadomość o treści: "Nie poddawaj się do samego Paryża". Odpowiedzią było jedno słowo: "Nigdy"3.

Wykonanie wszystkich tych zadań zawczasu oznaczało, że Pogačar miał głowę wolną od pytań i konieczności podejmowania decyzji w samym dniu wyścigu. Mógł się spokojnie skupić na bieżących zadaniach, a wcześniej wyspać do dziesiątej, zanim wybrał się na krótką przejażdżkę. Jego rywal Primož Roglič przeciwnie - przejechał trasę tego samego dnia, zużywając cenne zasoby energii, zarówno mentalnej, jak i fizycznej.

"To dało mu [Pogačarowi] przewagę. Od razu to zrozumiałem" - lamentował później Roglič dziennikarzowi "L'Équipe". "Pokonanie tej trasy tego samego dnia było błędem. Byłem zbyt gorliwy, zbyt mocno cisnąłem, jechałem za szybko. Trzeba było zrobić coś bardziej relaksującego"4. Miał też nowy kask do jazdy na czas, którego nigdy wcześniej nie używał podczas wyścigu.

W wiejskim obszarze z małą bazą noclegową ekipa UAE Team Emirates znalazła Pogačarowi pokój w Hostellerie des Sources, cztery kilometry od miejsca startu w miasteczku Lure. Na lunch zawodnik zjadł ryż, omlet i jogurt, obejrzał w telewizji relację z dwudziestoczterogodzinnego wyścigu samochodowego Le Mans i start pierwszych uczestników etapu, a potem się zdrzemnął.

Po drodze w busie, na godzinę przed jazdą na czas, która miała zdecydować o wyniku wyścigu, śpiewał na głos i tańczył, by dodać sobie energii. Presja? Jaka presja?

Kolega z drużyny Tadeja David de la Cruz wrócił do busa po swoim przejeździe, którym ustanowił drugi najlepszy wynik tego dnia. "Jazda na czas była bardzo wymagająca. Chciałem mu [Pogačarowi] udzielić porady, opowiedzieć, jak widzę ten wyścig, ale on tego nie potrzebował" - wspomina Hiszpan. "Gdy robił rozgrzewkę, był bardzo rozluźniony, pytał nawet, jak mi poszło, ale nie po to, żeby uzyskać jakieś informacje. Pokazywał, jaki jest pewien, że mu dobrze pójdzie".

Po rozgrzewce w zwykłych okularach przeciwsłonecznych i słuchawkach bezprzewodowych Beats, z kombinezonem mistrza Słowenii zsuniętym do pasa, Pogačar podszedł do Rogliča i przybił z nim żółwika. Było to oznaką wzajemnego szacunku i potwierdzeniem pojedynku, który miał się między nimi rozegrać.

Wielu myślało, że wynik wyścigu jest przesądzony. Na szczycie La Planche des Belles Filles przedstawiciele mediów dopytywali Uroša Gramca, doświadczonego dziennikarza sportowego słoweńskiego dziennika "Večer", o Rogliča, przygotowując informacje prasowe o jego spodziewanym tryumfie.

Wielki Tour rozwija się powoli, jednak w ostatnich dniach forma, klasyfikacja generalna i dominacja psychologiczna zawodników są już ustalone, a wyniki mają tylko potwierdzić to, co jest już powszechnie wiadome. Zwycięzca ma zwykle bezpieczną przewagę czasową. (Tak faktycznie było w przypadku wszystkich innych zwycięstw Pogačara w Wielkich Tourach). Czasami jednak, jak stało się 19 września 2020 roku, wyścig jest pełen niepewności i napięcia rodem z kryminałów Agathy Christie, kiedy racjonalne przesłanki zostają podważone.

Pogačar zjechał z rampy startowej o godzinie siedemnastej dwanaście czasu lokalnego, dwie minuty przed swoim starszym przeciwnikiem. Przygarbiona aerodynamiczna pozycja, wizjer kasku przysłaniający oczy, skupienie na drodze - wyprzedził Rogliča o trzynaście sekund na płaskim, czternastokilometrowym odcinku do pierwszego punktu pomiaru czasu. Jego ramiona kołysały się nieco bardziej niż jego rywala, ale na metę dojechał nieznacznie szybciej.

Po liderze wyścigu z kolei widać było nerwy, wystartował nawet o ułamek sekundy później niż powinien, kręcąc pedałami w momencie, kiedy na rampie startowej rozległ się ostatni sygnał, podczas gdy powinien był wtedy przyspieszyć.

Ci, którzy znają Pogačara, czuli, że wywieranie presji na Rogliču wymagało od niego wyjścia ze strefy komfortu. Musiał zdekoncentrować rywala i pokrzyżować mu plan wyścigu. Nawet koledzy Pogačara, obserwujący go z busa, zastanawiali się, czy jego szybki start nie spowoduje utraty sił na kolejnych kilometrach. "To nie był jednak ten przypadek. Wyglądało to tak, jakby tylko zyskiwał czas. Wszyscy byliśmy w totalnym szoku" - mówi de la Cruz.

Pogačar miał też dodatkową motywację w postaci Miguela Angela Lopeza, który zajmował trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej. Przemknął obok lidera drużyny Astana, który wyruszył dwie minuty przed nim, na osiemnaście kilometrów przed metą. (W tym burzliwym dniu Kolumbijczyk zaliczył fatalny występ: ostatecznie stracił do Pogačara ponad sześć minut i spadł z podium na szóste miejsce w klasyfikacji).

Pogačar zyskał trzydzieści sześć sekund przewagi nad Rogličem na nierównym trzydziestokilometrowym odcinku przed początkiem podjazdu. Stopniowa utrata czasu przez Rogliča była zaskakująca, ale nie katastrofalna. Wszyscy uznali, że dotychczasowy lider po prostu oszczędza siły i nadrobi straty na podjeździe La Planche des Belles Filles.

To wszystko sprawiło, że zmiana roweru stała się jeszcze bardziej istotna, a zyskane lub utracone w ten sposób cenne sekundy miały jeszcze większe znaczenie. Organizatorzy wyścigu Amaury Sports Organisation (ASO) ustawili metalowe barierki obwieszone plakatami reklamowymi wzdłuż trasy, na odcinku kilkuset metrów, tam gdzie Pogačar zmieniał rower po ponad trzydziestu kilometrach, a na niespełna sześć przed metą. Kiedy kolarz zwalniał, drzwi samochodu ekipy UAE Team Emirates były już otwarte, a ze środka wybiegł mechanik Vasile Morari. Tak jak wcześniej zaplanowali i przećwiczyli, Słoweniec oparł rower o prawy przedni błotnik samochodu, wsiadł na nowy i odjechał, popychany przez biegnącego mechanika. Wszystko trwało siedem sekund. Wypił łyk wody z bidonu, który następnie cisnął na pobocze.

Roglič zmienił rower całe pięćset metrów dalej - jego dyrektor sportowy musiał wyciągnąć rękę przez okno samochodu drużyny, aby zrobić miejsce wśród fanów. Wyglądało, jakby robili to w pośpiechu, a dotychczasowy lider przez kilka sekund próbował się wpiąć w pedały, czym zwiększył stratę. Na pięć kilometrów przed końcem trasy Pogačar zmniejszył przewagę Rogliča w Tour de France z pięćdziesięciu siedmiu sekund do dwudziestu. Na cztery i pół kilometra przed metą było to już tylko dziesięć sekund.

Pogačar dopiero się rozkręcał. Droga stawała się coraz bardziej stroma, zaś łagodniała na serpentynowych zakrętach, a on czuł lekkość, wolność i uniesienie. Jakimś cudem zdołał utrzymać mordercze tempo. Mowa ciała świadczyła o woli zwycięstwa - wstawał z siodełka, żeby zwiększyć prędkość, kręcił pedałami lekko i płynnie pomimo wysiłku, a w żyłach buzowała mu adrenalina. Po prawie trzech tygodniach zmagań na ostatniej prostej decydowały się losy Tour de France - w starciu jeden na jednego.

Z kolei tempo Rogliča było szybkie i nierówne, rytm rwany. Kolarz nietypowo dla siebie ściskał kierownicę i unosił się na siodełku, próbując przyspieszyć, ale ciągle tracił czas.

Wykres na ekranie stacji France Télévisions pokazywał, jak na płaskim odcinku przewaga Rogliča powoli topnieje, sekundy znikały niczym ziarenka piasku. Teraz wyglądało to tak, jakby cały piasek w klepsydrze przesypał się w jednej chwili.

Zaraz po tym, jak lider wyścigu minął znak obwieszczający, że do mety zostały cztery kilometry, grafika pokazująca przewagę Rogliča zmieniła kolor z zielonego na czerwony. Zwycięzcą wyścigu Tour de France był teraz Pogačar - tylko jeszcze o tym nie wiedział.

Podczas wspinaczki ledwo słyszał radio w słuchawce poprzez okrzyki tłumu. Dotarła do niego jedna wiadomość: "Masz cztery sekundy przewagi". Sądził, że to dotyczy zwycięstwa etapowego, ale Allan Peiper miał na myśli cały wyścig.

Pomiar czasu GPS pokazywany w telewizji ciągle się zmieniał, zwiększając napięcie i zamieszanie. W pewnym momencie wskazywał przewagę Rogliča wynoszącą osiem sekund, a za chwilę zero. Kilka minut później całkiem zwariował, przeskakując od straty Rogliča liczącej szesnaście sekund do zaledwie czterech. Rodzice Pogačara i wielu jego kolegów początkowo myśleli, że zegar się myli. Jak to w ogóle możliwe?

Ostatni odcinek La Planche des Belles Filles jest najtrudniejszy. Dopingowany przez trzy rzędy kibiców - pandemiczne restrykcje nałożone na widzów przestały w ten upalny wrześniowy dzień obowiązywać - mistrz elekt podniósł się z siodełka na ostatni, straszny podjazd o nachyleniu dwudziestu procent.

Z powodu tej stromizny zawodnicy pojawiają się na ostatnich metrach podjazdu, jakby wyłaniali się z próżni. Świeża twarz Pogačara, naznaczona wysiłkiem, była koloru jego białego kombinezonu. Wjechał na linię mety jak doświadczony sprinter.

Roglič wyprzedził jadącego w żółwim tempie Miguela Angela Lopeza i został nawet popchnięty przez fana, ale nic nie mogło oddalić klęski. Kiedy miał do pokonania ostatnie dwieście pięćdziesiąt metrów, jego strata do Pogačara wynosiła ponad pięć­dziesiąt siedem sekund. Teraz jego porażka była oficjalnie potwierdzona. Miał puste spojrzenie i udrękę wypisaną na twarzy; odbijało się to również na twarzach jego kolegów z drużyny, obserwujących go na finiszu. Utracił formę pod wieloma względami: nowatorski kask Lazera przekrzywił mu się na głowie, do linii mety podjeżdżał z łokciami na zewnątrz. Gdyby chcieć być złośliwym, można by powiedzieć, że wyglądał bardziej jak amator na wyścigu kolarskim niż lider Tour de France.

Tych sześć kilometrów La Planche des Belles Filles zmieniło bieg wydarzeń. Pogačar pokonał podjazd w szesnaście minut i dziesięć sekund, Roglič w siedemnaście minut i trzydzieści sekund - wolniej o jedną minutę i dwadzieścia sekund, i miał dopiero jedenasty czas tego dnia. Zaledwie czterech kolarzy uplasowało się w odległości jednej minuty od czasu, w którym Pogačar pokonał wzniesienie. Krótko mówiąc - Tadej rozwalił system. Wygrywając etap i wysuwając się na prowadzenie w wyścigu, zapewnił sobie również tytuły lidera klasyfikacji górskiej i młodzieżowej.

Szybko dostrzeżono podobieństwo do zwycięstwa Grega LeMonda nad Laurentem Fignonem w 1989 roku, o którym zadecydowało osiem sekund. W porównaniu z najmniejszą przewagą zwycięzcy w historii wyścigu ta obecna była przytłaczająca: Pogačar zaczął ze stratą wynoszącą pięćdziesiąt siedem sekund przed etapem, a wyszedł z niego z pięćdziesięcioma dziewięcioma sekundami przewagi. Wiele osób, zwłaszcza w Słowenii, zapamiętało, gdzie znajdowali się w chwili, kiedy Pogačar wygrał z Rogličem. To był czysty sport w swojej najbardziej nieoczekiwanej, porywającej i okrutnej postaci.

Sekundy po tym, jak Roglič przekroczył linię mety, z trudem łapiąc oddech, Pogačar z niedowierzaniem zakrył twarz dłońmi. "Wygrałeś wyścig!" - krzyknął ktoś obok niego, a jego opiekun Michele del Gallo, rzecznik prasowy Luke Maguire i lekarz drużynowy Adriano Rotunno zakleszczyli go w uścisku.

Siedzący w samochodzie drużyny jadącym za Tadejem Allan Peiper rozpłakał się, kiedy wszyscy zdali sobie sprawę, co się stało. Siwo­włosy mentor kolarza przyznał później, że była to najlepsza chwila w jego życiu. Matxín też miał mokre oczy. Za nim, na tylnym siedzeniu, słoweński mentor Pogačara Andrej Hauptman, który widział go jako jedenastolatka, chciał płakać, ale był zbyt wstrząśnięty.

Żaden inny tryumf Pogačara, ani przedtem, ani potem, nie wzbudził takiego zdumienia i przypływu adrenaliny w nim samym, jego drużynie i całym kolarskim świecie. Kilka lat później jego zwycięstwa po wielokilometrowych atakach i tygodniach dominacji były spodziewane i wręcz pewne. Głos, zazwyczaj opanowany i spokojny, gdy udzie­lał wywiadów bezpośrednio po wyścigach, tym razem drżał z emocji, a sam Pogačar kręcił głową, nie mogąc pojąć sytuacji. "Sam nie wiem. Chyba śnię. Naprawdę nie wiem, co powiedzieć. To nie do wiary. Głowa mi pęka"5.

Pogačar przez połowę swego życia marzył o tym, żeby choćby wziąć udział w Tour de France. Teraz, debiutując w wyścigu w wieku dwudziestu jeden lat, wygrał go w emocjonującym finale. Był najmłodszym numerem jeden od 1904 roku. Czuł się jednak rozdarty. Roglič był jego rodakiem, nie rywalem. Starszym kolegą, którego podziwiał - a którego teraz pokonał. Nestor i nowicjusz, obaj zlani potem, wymienili krótki uścisk, zakłócając telewizyjny wywiad Pogačara zaraz po zakończeniu wyścigu. Ten gest znaczył dla młodego zawodnika naprawdę dużo. "Nigdy tego nie zapomnę... Tak jakby pozwalał mi się tym cieszyć, jakby mi mówił, że to nie moja wina" - powiedział Pogačar "L'Équipe" w 2021 roku6.

Tak się złożyło, że samochody drużyn UAE Team Emirates i Jumbo­-Visma były zaparkowane obok siebie u stóp wzgórza na starcie wyścigu w Lure. Po przejechaniu ponad trzech tysięcy kilometrów, przed etapem w Paryżu, który w dużej mierze przypomina procesję, gdzie tradycyjnie nie atakuje się lidera wyścigu, wynik ten miał emocjonalną wagę równą finałowi mistrzostw świata rozstrzygniętemu w rzutach karnych, nawet jeśli jazda na czas nie jest tak nieprzewidywalna.

"Oszaleliśmy, to było jak karnawał" - mówi John Wakefield o reakcji w zespole UAE Team Emirates. Członkowie ekipy płakali i padali sobie w ramiona; zwykle powściągliwy szef drużyny Mauro Gianetti wył i wyrzucał w górę zaciśnięte pięści. "Odwróciłem się, żeby podejść do samochodu i porozmawiać ze swoją żoną, a tam Visma... jakby ktoś umarł. Nigdy tego nie zapomnę, to był taki kontrast, co jest w pełni zrozumiałe. Wszystko mogło pójść inaczej" - wspomina Wakefield.

Głowy ukryte w dłoniach, żałoba. Do kompromitacji dnia - ich i Rogliča - doszła jeszcze jedna zniewaga: po przejechaniu dwudziestu kilometrów w dół wzgórza do centrum prasowego w Ronchamp Roglič ponownie znalazł się na drugim miejscu, dojeżdżając tuż za BMW, którym jechał Tadej Pogačar. Musiał poczekać, aż nowy lider wyścigu skończy swoją przydługą konferencję prasową, zorganizowaną dla dwóch setek przedstawicieli mediów.

Wielu z nich nie uporało się jeszcze z nauką wymowy nazwiska nowego mistrza, a cóż dopiero mówić o wywróconej do góry nogami klasyfikacji wyścigu. To było dopiero wejście smoka do wielkiego kolarskiego świata. "Jestem zwykłym chłopakiem ze Słowenii, mam dwie siostry i brata i nie wiem, co powiedzieć. Lubię dobrze się bawić. Lubię korzystać z życia i cieszyć się małymi rzeczami. Ta konferencja jest dla mnie za duża" - powiedział Pogačar, trzymając w dłoni mikrofon.

Wypełniało go współczucie wobec pokonanego rodaka. "Roglič był najlepszym kolarzem wyścigu, z bardzo dobrą drużyną" - mówił. "Fantastycznie się spisali. Jechali naprawdę świetnie. Mam dla niego wielki szacunek, jesteśmy przyjaciółmi. Współczuję mu. Odczuwam jego stratę, bo stracił koszulkę lidera na dzień przed ostatnim etapem. To naprawdę trudne. Wiem, jak się czuje, ale na tym polega kolarstwo. Każdy z nas robi wszystko, żeby wygrać" - mówił.

To powinna być jedna z jego najszczęśliwszych chwil, zanim wziął na siebie ciężar oczekiwań, ciężar bycia ściganym, a nie ścigającym. Zamiast tego Pogačar powstrzymał się od świętowania sukcesu w sposób, w jaki chciałby to zrobić, czego później żałował.

Mimo że o czwartej nad ranem przed finałem Tour de France w Paryżu dostarczono zespołowi rower Colnago z żółtą ramą, ani Pogačar, ani drużyna nie byli gotowi na taki obrót spraw, zarówno pod względem emocjonalnym, jak i organizacyjnym. "Nie mieliśmy nic, nawet żółtych skarpetek. Nie byliśmy przygotowani na wygraną" - wspomina Wakefield ze śmiechem. Mówi, że nazajutrz po drodze do Paryża niektórzy mechanicy i masażysta dostali pieniądze na zakup czegoś żółtego dla członków ekipy, żeby mieli w czym wystąpić podczas uroczystości.

Nie było czasu, żeby zarezerwować ekskluzywną restaurację, szczególnie że po ostatnim etapie w stolicy Francji nadal obowiązywały obostrzenia covidowe. "Ostatecznie skończyliśmy w pizzerii, co było w ogóle dość fajne, ale naprawdę kameralne" - mówi David de la Cruz. "Co jednak nie obniża rangi tego dokonania, bo to była naprawdę wielka niespodzianka. Nikt się tego nie spodziewał, a takie momenty są w życiu najfajniejsze".

Allan Peiper porównał później ich wyczyn do skoku na bank. Pokonanie drużyny Jumbo­-Visma i Rogliča w taki sposób było jak zebranie wyborowej grupy, która zaplanuje skok i włamie się do sejfu nie do zdobycia, a następnie w ostatniej chwili zabierze torby z pieniędzmi.

W tym wypadku nie było oczywiście dobrych i złych, jedynie dwóch sympatycznych słoweńskich mistrzów, dla których udział w wyścigu był sukcesem wbrew wszelkim przeciwnościom.

Kiedy Roglič zbliżał się do ostatniego zakrętu La Planche des Belles Filles, Bradley Wiggins, ekspert stacji Eurosport i zwycięzca Tour de France z 2012 roku, powiedział o Pogačarze coś, co zabrzmiało proroczo: "Ten gość może stać się najwybitniejszym kolarzem wszech czasów, lepszym nawet od Merckxa. [...] Za dziesięć, piętnaście lat zrozumiemy, dlaczego tak się stało. Mam wrażenie, że to początek czegoś bardzo wyjątkowego dla tego kolarza"7.

Zapadał zmrok. Samotna postać w żółtej koszulce stała na podium w cieniu Łuku Triumfalnego. Za nią powiewała flaga Słowenii w biało­-niebiesko­-czerwone poziome pasy, z herbem Słowenii, na którym widać górę Triglav.

Chwilę wcześniej na niższym stopniu obok stał Primož Roglič. Całkiem sporo fanów kolarstwa na całym świecie musiało się zastanawiać, jak to się stało, że dwaj główni bohaterowie najbardziej prestiżowego wyścigu pochodzą ze środkowoeuropejskiego kraju liczącego zaledwie dwa miliony mieszkańców. Był to jeden z niewielu momentów, kiedy oczy całego świata zwrócone były na Słowenię.

"Trzeba przypominać ludziom o naszym istnieniu. Zawsze zakładamy, że nikt nie wie, gdzie leży nasz kraj, nikt nie wie, kim jesteśmy. W zetknięciu z obcokrajowcami mamy wręcz obowiązek ich edukować" - mówi mi Nina Jerončič, nauczycielka angielskiego. Siedzimy przy kawie w pokoju nauczycielskim w szkole w Moste w gminie Komenda, alma mater Pogačara.

Gdyby Słoweńcy nie śmiali się z niektórych błędnych wyobrażeń na swój temat, musieliby płakać. Krótko przed wygraną Pogačara w Tour de France w 2020 roku jeden z czołowych francuskich dzienników błędnie nazywał kolarza Słowakiem. No i to nieustannie powtarzające się pytanie generowane automatycznie w wyszukiwarce Google: "Czy Słowenia leży w Rosji?".

Odpowiedź brzmi: nie, nie jest nawet blisko. Drogowskazy na obrzeżach stolicy tego środkowoeuropejskiego kraju, Lublany, kierują z jednej strony na zachód do Włoch, na wschód na Węgry i na południe do Chorwacji, wszystko w odległości dwóch godzin jazdy. Austria, z którą Słowenia graniczy na północy, jest jeszcze bliżej. W porównaniu z wieloma innymi najmniejszymi europejskimi krajami Słowenię łatwo pominąć w zestawieniu z większymi i starszymi sąsiadami.

Owi sąsiedzi często patrzyli na ziemie Słoweńców z zazdrością. Leżący pomiędzy Bałkanami a Morzem Adriatyckim kraj był przez wieki postrzegany jako cenny pod względem strategicznym bufor oddzielający skonfliktowane królestwa i miejsce styku cywilizacji. Przez większą część dziejów Słoweńcy znajdowali się pod rządami obcych mocarstw - Rzymian, Franków, Habsburgów, Francji Napoleona, monarchii austro-węgierskiej, by wymienić tylko kilka z nich - które przesuwały im granice i narzucały obce wartości.

W najnowszej historii dwie wojny światowe przyniosły Słoweńcom dalszą okupację i podziały. W czasie drugiej wojny światowej kraj został rozparcelowany pomiędzy Włochy, Niemcy i Węgry, by następnie stać się jedną z sześciu republik socjalistycznej Jugosławii.

Dla takiej płotki pośród rekinów to była walka o przetrwanie. "Mamy chyba jakiś kompleks, bo jesteśmy małym krajem, który w przeszłości tyle razy najeżdżano" - mówi Jerončič. "Jesteśmy dumni ze swojej niepodległości i ze swojego państwa".

Niepodległość nadeszła wreszcie po dziesięciodniowej wojnie w 1991 roku, podczas której kraj doświadczył jedynie ułamka cierpień - rozlewu krwi, śmierci, sporów terytorialnych i gorzkich napięć etnicznych - jakich doznały inne republiki, gdy konflikt rozprzestrzenił się na Bośnię i Hercegowinę, Kosowo i Chorwację. "Jak dotąd historia niezbyt nas rozpieszczała. Musieliśmy do wszystkiego dochodzić ciężką pracą. To dzięki temu przetrwaliśmy i zachowaliśmy tożsamość" - powiedział pierwszy prezydent Słowenii Milan Kučan w słynnym przemówieniu po uzyskaniu przez Słowenię niepodległości w czerwcu 1991 roku1.

Nic dziwnego, że idea Słoweńców jako ludzi wytrwałych, cierpliwych i pracowitych przenika ich niczym rzeka Sawa ich kraj. W rozmowie opublikowanej na Instagramie kilka miesięcy po swoim pierwszym zwycięstwie w Tour de France Pogačar, zapytany o to, jak to się dzieje, że Słowenia wydaje tak dobrych kolarzy, odniósł się do narodowego charakteru: "Myślę, że ma to coś wspólnego z naszą naturą. Mamy w sobie wrodzony upór i wolę walki"2.

W niewiele ponad trzydzieści lat Słowenia przystosowała się do nowoczesnej Europy, jako pierwsza z republik byłej Jugosławii uzyskała pełne członkostwo w Unii Europejskiej i NATO, co było niezwykłym sukcesem postsocjalistycznej demokracji. Nieporozumienia jednak ciągle się zdarzają.

"Powiedzieć Słoweńcowi, że pochodzi z Europy Wschodniej, to jak prosić się o kłopoty. Nie lubimy, gdy ktoś tak o nas mówi. Myślę jednak, że jesteśmy mieszanką zdyscyplinowanych obywateli cesarstwa austro­-węgierskiego - z zamiłowaniem do porządku, kultu pracy, robienia wszystkiego w określony sposób - i bałkańskiej duszy. Kto ciężko pracuje, ten ostro baluje" - śmieje się Jerončič.

A następnego dnia jeszcze ciężej trenuje. Słoweńcy są drugim najbardziej aktywnym narodem w Europie pod względem liczby mieszkańców regularnie ćwiczących lub uprawiających sporty. Najbardziej popularna jest piłka nożna, ale jazda na nartach i skoki narciarskie zajmują szczególne miejsce w sercach publiczności kochającej sporty zimowe. "Pamiętam, jak mój tata opowiadał jakimś zagranicznym turystom o pewnym bardzo utytułowanym słoweńskim skoczku narciarskim i jak nie mógł uwierzyć, że nigdy o nim nie słyszeli" - mówi Jerončič.

Gdzie nie spojrzeć, tam góry - przeszkody, które można pokonywać pieszo, rowerem lub na nartach. Miasteczka takie jak położona na północnym zachodzie Kranjska Gora stały się letnim zagłębiem ludzi chodzących lub jeżdżących na rowerach w lycrach, gotowych na pokonanie trudnego, acz malowniczego podjazdu przełęczą Vršič.

***

Tadej Pogačar i jego rodzina pochodzą z samego serca kraju, z okolic Komendy, miasteczka oddalonego o dwadzieścia kilometrów na północ od Lublany. Ojciec Pogačara, Mirko, wychował się na wsi na zachód od Komendy. Ciężko pracował w polu od czternastego roku życia. Doszedł do stanowiska kierownika produkcji w fabryce krzeseł Donar, gdzie nadzorował linię produkcyjną, a popołudniami pomagał bratu w gospodarstwie. Jego horyzonty sięgały daleko poza pola uprawne - oglądał filmy Federica Felliniego i Sergia Leone, czytywał Steinbecka, Dostojewskiego czy Kafkę.

Matka Tadeja, Marjeta Štebe, mieszkała w małej wsi Gora pri Komendi, położonej na wschód od Komendy. Słowo gora oznacza po słoweńsku "górę". (Zważywszy, że Mirko mieszkał po drugiej stronie miasta, w Klanec pri Komendi, a klanec znaczy "wzgórze", to wydaje się, że Tadej jest stworzony do pokonywania stromych podjazdów).

Pogačarowie osiedli w Klanecu, wsi nieopodal Komendy, zamieszkanej przez trzystu pięćdziesięciu pięciu mieszkańców. W rzeczywistości obie miejscowości stanowią praktycznie jedną. Większość infrastruktury oferuje Komenda, a z domu Pogačarów jest zaledwie pięć minut drogi do głównej ulicy, która przecina miasto.

Było to idealne miejsce do dorastania, sąsiadujące z zalesionymi wzgórzami i pobliskim ośrodkiem narciarskim w Velikiej Planinie i Krvavcu. Z drugiej strony piętrzą się Alpy Kamnickie, ze szczytami Brana, Grintovec, Planjava, Skuta i Ojstrica, które wyrastają na horyzoncie niczym kolce na grzbiecie smoka.

Tuż za przydomowym ogródkiem Pogačarów, przy którym szemrze strumyk, widać jednopasmowe wiejskie drogi, otoczone ze wszystkich stron polami, obejściami i szerokimi, wolnostojącymi drewnianymi stojakami na siano, używanymi do przechowywania i suszenia ściętej trawy na paszę dla bydła, nazywanymi kozolec.

Komenda ma wszystko, czego potrzebuje niewielka miejscowość: pocztę, bibliotekę, przychodnię i aptekę, wszystko na jednej ulicy. Kiedy przechadzam się nią pewnego styczniowego poranka, jest rześko i chłodno, nad pobliskimi górami nisko wiszą chmury. Dzieci w zimowych wełnianych czapkach mijają po drodze ze szkoły miejscowy supermarket Spar. Na schludnych podwórkach zauważam sporo koszy do koszykówki - tej pożywki dla dzieciaków marzących o zostaniu kolejnym Luką Dončičem - i równo poukładanych i poprzykrywanych stosów drewna na opał.

Jedyne rondo, z drzewem pośrodku, stało się sanktuarium poświęconym Pogačarowi i miejscem zgromadzeń, podczas których świętuje się jego tryumfy. Zewnętrzny obrys jest pomalowany na żółto i różowo, w uznaniu dla jego wygranej w Wielkich Tourach. Kilkaset metrów dalej, przy znaku granicznym Komendy, fani dali upust swoim uczuciom. Stoi tam tablica wycięta w kształt tęczowej koszulki, na której znajdują się słowa: Svetovni prvak je naš junak - "Mistrz świata to nasz bohater".

Najsłynniejszy mieszkaniec Komendy jest trzecim synem Mirka i Marjety, urodzonym 21 września 1998 roku, dwa lata po swoim bracie Tilenie i siedem po siostrze Barbarze. Zaczął chodzić, kiedy miał jedenaście miesięcy, i bardzo wcześnie wykazywał zdolności motoryczne. Nim skończył dwa latka, już celnie strzelał do bramki.

Mały Tadej był szkrabem pełnym energii, z wrodzoną skłonnością do łobuzowania. Przed ukończeniem roku udało mu się jakimś cudem wspiąć na stromą, śliską zjeżdżalnię, która stała w ogródku, ale w porę się przestraszył i ześliznął z powrotem na dół. Kiedy matka posadziła go pewnego dnia na blacie kuchennym, z ciekawości dotknął gorącego palnika i sparzył sobie dłoń. Efekt: pęcherze. "To była moja wina, niepotrzebnie sadzałam go tam, skąd mógł dosięgnąć. Kiedy jednak dłoń się zagoiła, sprawdził [ponownie], czy nadal jest gorący. Za drugim razem na szczęście nie był. Miał w życiu trochę szczęścia, dużo szczęścia" - powiedziała mi Marjeta w 2021 roku.

Marjeta miała też problem ze zmuszeniem syna do zapinania pasów bezpieczeństwa. Kiedy jechała wolniej niż piętnaście kilometrów na godzinę, hamowała lekko, żeby zdał sobie sprawę z zagrożenia.

Starszy brat Tadeja, Tilen, był bardziej rozsądny i posłuszny. Zawsze się razem bawili. Tadej był niesforny, choć nigdy złośliwy, wpatrzony w brata - we wszystkim go naśladował. Barbara, ich starsza siostra, była dla nich czasami jak nauczycielka. Uczyła ich pisać i organizowała różne gry i aktywności - siatkówkę, koszykówkę, jazdę na rolkach, piłkę nożną czy badmintona.

Wśród członków rodziny panowała zdrowa konkurencja. Każdy chciał wygrywać w karty - tarok był ulubioną grą Tadeja - albo w szachy. Ponieważ Tadej jako najmłodszy z rodzeństwa był w niekorzystnej sytuacji, przywykł do przegrywania.

"Zawsze mówiliśmy mu, że życie nie składa się z samych sukcesów, że czekają go również porażki i że zdarzają się nie bez powodu" - powiedziała Marjeta w programie słoweńskiego radia "Sol in Luč". "Od najmłodszych lat Tadej uczył się, grając choćby w planszówki, akceptować porażki i teraz widzimy, że znosi je całkiem dobrze. Powtarzaliśmy też, że wszystko ma swoje dobre strony i że trzeba umieć wyciągać z tego wnioski. Nigdy nie wiesz, z jakiego powodu coś ci się przydarza. Ale z każdej sytuacji możesz coś dla siebie wynieść"3.

Życzliwość i pozytywne nastawienie widoczne po latach było w nim obecne już za młodu. "Tadej to dobry chłopak. Radosny, pogodny, cierpliwy" - powiedział mi w rozmowie Mirko w 2021 roku. Jego matka siadywała z nim czasem do śniadania i delektowała się jego opanowaniem, które się jej udzielało.

"Kiedy był mały, zawsze błaznował, starając się nas rozweselić, jeśli wyczuwał, że w rodzinie dzieje się coś złego. Robił to za każdym razem, kiedy nie chciał, żeby były między nami jakieś napięcia. Starał się je rozładować i tak mu już zostało" - mówiła Marjeta w wywiadzie dla "Rouleura"4. Tańczył wówczas i śpiewał; czasami zmieniał słowa piosenek, wymyślając własne. Celem były nie tylko wygłupy, ale też dyskretna, życzliwa mediacja.

Rodzice Tadeja starali się przekazać swoim dzieciom liczne "dawne" wartości, których nauczono ich, kiedy dorastali w byłej Jugosławii w latach siedemdziesiątych. "Chcieliśmy im wpoić uczciwość, ciężką pracę i życzliwość do ludzi" - powiedziała Marjeta "Rouleurowi". "Zależało nam, żeby nasze dzieci uprawiały sporty, żeby były częścią grupy, w której mogłyby odnaleźć swoje miejsce. Mieliśmy taką filozofię, że jeśli dziecko jest częścią grupy i jeśli dobrze się w tej grupie czuje, nie będzie miało jako nastolatek problemów. Poza tym, kiedy coś zaczynały, czy dotyczyło to sportu, czy czegokolwiek innego, i czasami chciały zrezygnować w trakcie trwania roku szkolnego, to im nie pozwalaliśmy" - dodaje Marjeta. "Chcieliśmy, żeby ukończyli semestr, żeby dociągnęli do końca to, co już zaczęli. To była chyba dobra filozofia"5.

Nie dawali też dzieciom od razu wszystkiego, czego tylko zapragnęły. "Na przykład kiedy chciały jakąś zabawkę, a nie zawsze było nas na wszystko stać, bo budowaliśmy dom i nie mieliśmy wtedy dużo pieniędzy" - powiedziała mi w 2023 roku w rozmowie do filmu dokumentalnego dla stacji GCN. "Nie mogliśmy im kupować wszystkiego, co chciały mieć, i po dwóch czy trzech tygodniach orientowaliśmy się, że zabawka, której tak pragnęły, już ich nie interesowała. Wiedzieliśmy, że wkrótce to się zmieni i coś innego stanie się dla nich przedmiotem pożądania"6.

Pogačar sądzi, że zawdzięcza swój charakter rodzinie i temu, jak wychowali go rodzice. "Mam szczęście mieć dobrą rodzinę" - powiedział "Cyclingnews" w 2021 roku. "Winien jestem podziękowania rodzicom, a także mojemu bratu i siostrom. Dzięki nim jestem dziś tym, kim jestem"7.

Podstawowe wartości, jakie wyznawali rodzice Tadeja, proste w najlepszym znaczeniu tego słowa, nie zmieniły się szczególnie wraz z jego gigantycznymi sukcesami. Zakup eleganckiej rezydencji w słoweńskim odpowiedniku Beverly Hills czy częste kolacje w restauracjach z gwiazdkami Michelina nie są dla nich. Nadal mieszkają w swoim domu we wsi Klanec.

Pogačarowie nie byli żadnymi gwiazdami sportu, po których dzieci odziedziczyły szczególne fizyczne predyspozycje, byli za to zapalonymi piechurami i często zabierali swoje pociechy na cztero­godzinne wycieczki w okoliczne góry. Kiedy dzieci podrosły, zdarzało im się narzekać, że znowu wyciąga się je na niedzielny spacer, ale wyszło im to tylko na dobre.

Mały Tadej bawił się głównie na świeżym powietrzu. Chodził po drzewach i wracał do domu ubłocony, zmęczony i szczęśliwy. Należał też w dzieciństwie do skautów. Jego pierwszym rowerem był zdezelowany używany BMX, który dostał po kuzynie jako czterolatek, a który wystarczał do ewolucji na prowizorycznych skoczniach, które budował razem z bratem.

W młodości Pogačar brał też udział w kilku turniejach zjazdów na nartach i zawodach skoków narciarskich - co było oczywiste w przypadku każdego słoweńskiego dziecka mieszkającego blisko gór - i skakał na odległość dwudziestu metrów. W marcu 2009 roku dziesięcioletni Tadej wziął udział w Miejskim Slalomie Gigancie w ośrodku narciarskim Soriška Planina i uplasował się na drugim miejscu w swojej kategorii. Współzawodniczył także kilkukrotnie w narciarskich biegach na orientację.

Jego rodzice na przestrzeni lat często byli nagabywani przez dziennikarzy szukających widocznych oznak wczesnego rozwoju sportowego lub niepohamowanej chęci współzawodnictwa. Zdolność ich syna do wygrywania wyścigów bazuje z pewnością na niezwykłej fizycznej wydolności, uwarunkowanej w równym stopniu biologią, co wychowaniem. Nie da się zostać mistrzem świata w kolarstwie, jeśli nie ma się do tego predyspozycji genetycznych, ale w rodzinie nie było żadnego oczywistego sportowego giganta, który przekazałby Tadejowi swoje bojowe DNA.

Ojcowie Marjety i Mirka uprawiali sport okazjonalnie, grali w piłkę nożną na poziomie lokalnym. Ojciec Mirka trenował poza tym gimnastykę, a dziadkowie Marjety byli rolnikami. Być może ukryte zdolności zostały ukierunkowane przede wszystkim na pracę na roli.

Od czasu do czasu rodzina odwiedzała ojca i brata Mirka, prowadzących gospodarstwo. Wszyscy przyłączali się do pracy, przygotowywali paszę dla krów, sadzili ziemniaki albo ręcznie zbierali całe ich tony. Dzieci Pogačarów widziały, że aby uzyskać rezultat, trzeba najpierw włożyć mnóstwo pracy.

Rodzice, zamiast podawać wszystko na talerzu, uczyli ich odpowiedzialności. Prace domowe, takie jak sprzątanie łazienki, zmywanie naczyń czy koszenie trawnika, były cedowane na dzieci. Czasami Mirko żałował, że nie mają gospodarstwa, przy którym byłoby więcej pracy. Pociechy Pogačarów rzadko się nudziły, zarówno jeśli chodzi o pracę, jak i o zabawę.

"Jeśli od początku pomagamy dzieciom przy najmniejszych przeszkodach, to jak będą umiały poradzić sobie z większymi trudnościami, kiedy nas zabraknie? W życiu musimy nieustannie walczyć, a sport zdecydowanie nam w tym pomaga" - napisał Mirko w artykule dla "Delo"8.

Dalsza część w wersji pełnej