Prolog
"Jedynie niegodziwy gospodarz
nie dba o dobry nastrój gościa."
Przysłowie tadżyckie
Zawsze jest tak samo: jeszcze nie wróciłeś, nie wysiadłeś z pociągu,
jeszcze nie przejrzałeś zdjęć, nie otrzepałeś kurzu, jeszcze jesteś w trakcie, w środku podróży, a już planujesz tę następną... Z podróżą do
Tadżykistanu tak właśnie było. Zaczęła się ona w trakcie zupełnie innej
włóczęgi po Azji Środkowej, na ławeczce przed gankiem obszernego domu,
który przerobiony został na przytulny hotelik w kirgiskim Karakoł,
zwanym dawniej Przewalskiem.
Siedziałem na tej ławeczce i odpoczywałem, bowiem następnego dnia, z samego rana, czekała mnie długa i męcząca podróż marszrutką przez
Biszkek w Kirgistanie do Taszkentu w Uzbekistanie. Przy dobrych wiatrach
zejdzie cała doba. Do tego dochodzi całkiem realne ryzyko, że obcy mi
kompletnie współpasażer utnie sobie drzemkę beztrosko oparty na moim
ramieniu, jak już się wcześniej zdarzało. Usiadłem więc, żeby nabrać sił
przed podróżą i popatrzeć raz jeszcze w letnie, usiane milionami
połyskujących punkcików niebo, które tutaj, z dala od świateł wielkich
miast, dosłownie wisiało tuż nad moją głową. Wspaniałe uczucie - niebo w zasięgu dłoni. Zdawało mi się, że widzę spadającą gwiazdę, która rozbija
się w pobliżu, zaraz za miasteczkowymi opłotkami, w tym miejscu, gdzie
błotnista ulica nagle się urywa, a zaczynają się potężne, przyprószone
wiecznym śniegiem szczyty Tien-szanu. Nie widać było ich z perspektywy
mojej ławeczki, ale mogłem sobie łatwo wyobrazić, że to one na swoich
masywnych, muskularnych i żylastych ramionach olbrzymów podtrzymują
nieboskłon, aby przypadkiem nie zawalił się z hukiem na kompletnie
bezbronny wobec takiego kosmicznego kataklizmu niewielki Karakoł.
Pomyślałem również, że srebrzyste stada gwiazd, to w istocie wielkie
płatki śniegu, które utknęły pośród poszarpanych stoków i turni
pięciotysięczników Tien-szanu. Czasami, delikatnie wprawione w ruch,
łagodnie spadają na ziemię w dolinach. Dzieje się tak, kiedy od jeziora
Issyk-kul zawieje mocniej ciepły i orzeźwiający wiatr. Wtedy gwiazdy
turlają się po malowanych zygzakami zboczach, migając swoimi
srebrzystymi światełkami i wreszcie gasną, rozbijając się w pył u podnóża szczytów Tien-szanu. Nikt nawet nie zauważy ich cichego
unicestwienia. Może się jednak zdarzyć, że jakiś uważny pies nadstawi
uszu i wyłapie odgłos astralnej katastrofy. Otworzy wtedy zaspane ślepia
i - zwrócony w stronę trupio bladego księżyca - zacznie wyć swoją
żałobną pieśń.
Kiedy tak siedziałem na tej ławce i obserwowałem nocne niebo nad
Tien-szanem, dostrzegłem w półmroku młodego mężczyznę idącego
niespiesznie w kierunku pałatki, którą rozbił w pobliżu hoteliku.
Poruszał się bezszelestnie, miałem wrażenie, że jego obute w sandały
stopy unosiły się ponad trawnikiem. Ubrany był w poszarpane, krótkie do
kolan spodnie i dziwaczną koszulę z długimi rękawami, która przypominała
starożytną tunikę. Ciemnoblond włosy do ramion i broda sięgająca pasa
dodawały mu lat, chociaż na pewno był jeszcze przed trzydziestką. Miał
smutne, nieobecne oczy, w których odbijało się światło księżyca. Hippis,
który nie trafił w swoją epokę - pomyślałem wtedy. Być może podążał
wydeptaną przed kilkoma dziesięcioleciami przez jemu podobnych drogą w kierunku Tybetu, aby znaleźć tam odpowiedzi na wieczne pytania o sens
życia.
Zaspany oraz z lekka otumaniony butelką kumysu, napoju alkoholowego
wytwarzanego ze sfermentowanego mleka klaczy, wziąłem pod uwagę również
taką ewentualność, że w ową noc spadających gwiazd wszystko jest możliwe
i mężczyzna mógł być samym Chrystusem albo świętym Mateuszem Apostołem
znad jeziora Issyk-kul, żywcem wyjętym z miejscowej opowieści. Pośród
tutejszych Kirgizów przetrwała bowiem legenda o starożytnym ormiańskim
klasztorze, wybudowanym nad północnymi brzegami owego ogromnego jeziora,
w którego surowych murach ukryto przed zbezczeszczeniem przez pogańskich
cesarzy Wiecznego Rzymu szczątki Mateusza Ewangelisty. Legenda mówi, że
relikwie udało się uchronić przed niewiernymi czcicielami Jowisza i Marsa, ale nikt nie był w stanie uchronić klasztoru przed naporem
milczących wód nieprzeniknionego jeziora, które pewnego razu pochłonęło
tajemniczy monastyr, grzebiąc w swoich czeluściach na zawsze sekrety
początków chrześcijaństwa. O tym, co stało się ze szczątkami świętego
Mateusza legenda milczy. Zniknęły na zawsze w wodach jeziora czy też
pobożnym ormiańskim mnichom udało się je ocalić przed potopem i pochować
godziwie na jego brzegu? Możliwe również, że zakonnicy wywieźli je
gdzieś w niedostępne góry Pamiru, do dzisiejszego Tadżykistanu, gdzie
ślad po świętym Mateuszu Apostole ostatecznie zaginął. Po drodze było
przecież łatwo o nieszczęście, zdradliwa lawina łatwo mogła pogrzebać
wędrowców pod zwałami śniegu na jakiejś zapomnianej przez Boga i ludzi
przełęczy pamirskiej, a duch zagubionego chrześcijańskiego męczennika
krąży od tej pory, przemierza niespiesznie całą tę przestrzeń: od
taniego hoteliku nad jeziorem Issyk-kul po sam Górski Badachszan,
graniczący z Chinami region w Tadżykistanie. Przechadza się spokojnie po
parku w kirgiskim Karakoł, w którym stoją zapomniane pomniki bohaterów
wojny ojczyźnianej oraz interwencji radzieckiej w Afganistanie, z wymalowaną na twarzy obojętnością mija rzeźbioną misternie świątynię,
zbudowaną przez Dunganów (słynących z wybornej kuchni chińskich
emigrantów wyznających islam), zostawia w tyle także barwną rosyjską
cerkiew i znika w oddali, kierując się na południe, do Tadżykistanu...
A ja, rozmyślając o tym pośród nocy spadających gwiazd, zaprawiony co
nieco kumysem, poczułem nieodpartą chęć, by podążyć za nim znad brzegów
Issyk-kul, zahaczyć o żyzną Kotlinę Fergańską, aby odpocząć pośród
owocowych drzew po trudach przeprawy przez Tien-szan, zamoczyć stopy w bystrych nurtach rzeki Wachsz i na koniec dotrzeć aż do Pamiru.
Tak oto wbiłem sobie do głowy natrętną myśl, aby przyjrzeć się bliżej
magicznej ojczyźnie Tadżyków. Jednak powodów, aby ruszyć w podróż, było
oczywiście więcej. Już sam kształt Tadżykistanu na mapie miał w sobie
coś niepokojącego, a jednocześnie przykuwającego uwagę: intrygujący,
nieregularny, postrzępiony, przypominający nieumiejętnie rozlany podczas
andrzejkowej wróżby wosk. 143 100 km ? upchane pomiędzy Afganistan, od
którego Tadżykistan jest odgrodzony od południa masywną ścianą
Hindukuszu oraz potężną plamę oznaczającą na mapie Chiny od strony
wschodniej. Na północy w dziwaczny sposób, na kształt wielkiego imadła,
tadżyckie macki obejmują w niezbyt przyjaznym uścisku zachodnie rubieże
Kirgistanu. Dalej na lewo, na zachód, to już zupełnie kapryśna linia
odgradzająca Tadżykistan od Uzbekistanu. W sumie obszar niby niewielki,
ale przerastający rozmiarami takie europejskie kraje jak Białoruś,
Bułgaria, Grecja, o Węgrzech czy Portugalii nie wspominając, zaś tylko
nieznacznie ustępujący wielkością Tunezji, Rumunii czy Ghanie.
Tę nieregularną w kształcie przestrzeń zamieszkuje niespełna osiem
milionów ludzi, wychodzi więc pięćdziesięciu kilku na kilometr
kwadratowy. To raczej niedużo, trzy razy mniej niż na moim rodzinnym
Dolnym Śląsku. Niemal wszędzie są potężne góry, wszystkie o bajecznych
nazwach: Tien-szan, Hisaro-Ałaj, Pamir. Ponad połowa Tadżykistanu
położona jest na wysokości powyżej trzech tysięcy metrów nad poziomem
morza, gdzie teren przechodzi już w nagie skały, stopniowo
przeobrażające się w ogromne połacie martwych na wieki lodowców. Gdyby
więc udało się sprowadzić Tadżykistan do rozmiarów odlanego kawałka
wosku, jego powierzchnia wznosiłaby się wyraźnie ponad lustro wody.
Wysoko, ale nierównomiernie. Najbardziej wypiętrzony za sprawą
ogromnych, bo sięgających siedmiu tysięcy metrów ponad poziom morza
wierzchołków Pamiru, byłby wciąż jeszcze trudno dostępny Górski
Badachszan. Ten cieszący się autonomią rejon zajmuje wschodni obszar
Tadżykistanu, licząc łącznie ponad sześćdziesiąt tysięcy kilometrów
kwadratowych. Mimo że stanowi to blisko połowę całego kraju, Górski
Badachszan zamieszkiwany jest zaledwie przez dwieście osiemnaście
tysięcy ludzi, czyli mniej więcej tyle co Radom, zaś nieco mniej niż
Częstochowa. Na takich wysokościach częstokroć łatwiej o górską kozicę
niż o człowieka. Ludzie, jeśli już tutaj mieszkają, to głównie w miastach, zwłaszcza największym - Chorogu. Górskie przełęcze oddzielają
Górski Badachszan od rolniczego rejonu chatlońskiego, ze stolicą w Kurgonteppie, położonego na południu kraju. Tutaj też znajduje się,
ważne ze względów politycznych, miasto Kulab, z którego głównie
rekrutują się elity władzy. Środek kraju wyznacza jego największe miasto
i zarazem stolica - Duszanbe. Mniejsze wysokości pojawiają się dopiero w północnej części kraju na obszarze żyznej Kotliny Fergany, podzielonej w czasach radzieckich pomiędzy Tadżykistan, Uzbekistan oraz Kirgistan.
Tutaj też znajdują się ważne ośrodki miejskie, takie jak Chodżent oraz
Istarawszan. Pomiędzy Kotliną Fergany a centralną częścią kraju sytuuje
się górzysty region sogdyjski, bodaj najbardziej malowniczy zakątek
Tadżykistanu, chociaż jednocześnie, ze względu na stan dróg, mający
opinię najtrudniej dostępnego. Jego główny ośrodek stanowi Pandżakent,
niezwykle istotne dla historii Tadżyków miasto, znane przede wszystkim z odkopanych tam przez archeologów radzieckich przepięknych starożytnych
malowideł o tematyce religijnej, mitologicznej i rodzajowej.
Niewątpliwie góry to prawdziwa ozdoba i niepodważalny powód do chluby
dla Tadżykistanu. Kolosalne, pomnikowe, wyniosłe, pełne tajemnic i ledwie wydeptanych ścieżynek, wznoszące się na podobieństwo królewskiej
korony wieńczącej cały kraj, góry tak wielkie, że przy nich Tatry jawią
się jako skromne pagórki. Żeby dorównać pasmu Pamiru, należałoby jeszcze
postawić na nim Alpy. Gdyby zaś na szczycie Mont Blanc jakimś cudownym
sposobem usadowić Rysy, to i tak oba szczyty nie dorównałyby wspólnymi
siłami wysokością Szczytowi Ismaila Samaniego (dawna nazwa to Pik
Komunizma - Szczyt Komunizmu), najwyższemu szczytowi Tadżykistanu,
wznoszącemu się ponad chmury na wysokość 7495 m n.p.m. A wszystko to bez
tłumu turystów, pośród opierającej się wciąż ingerencji człowieka natury
oraz barwnej kultury życia codziennego, która w ostatnich latach coraz
bardziej zdecydowanie i konsekwentnie oddala się od sowieckiej tradycji,
powracając do swoich historycznych korzeni.
Góry jednakże, jakkolwiek malownicze, na pewno nie ułatwiają życia
Tadżykom, bardziej sprzyjają podziałowi na osobne, odizolowane górskimi
grzbietami, plemiona, klany, okręgi niż integracji w narodowe, w miarę
jednolite społeczności, jakie znamy z Europy. "Czy istnieje naród
tadżycki? I czy tworzą go jedynie socjalistyczni Tadżycy radzieccy, czy
też należą do niego również kapitalistyczno-feudalni Tadżycy afgańscy i irańscy?"- zastanawiał się przed laty Ryszard Kapuściński w książce
Kirgiz schodzi z konia. Również dzisiaj wśród politologów można się
spotkać z opinią, że Tadżycy nie stanowią narodu w europejskim znaczeniu
tego słowa, więc pytanie zadane przez autora Imperium wciąż pozostaje
aktualne. Wydaje się, że mieszkańcy Tadżykistanu tworzą raczej swego
rodzaju zbiorowisko społeczności lokalnych, powiązanych ze sobą
wprawdzie wspólnotą językowo-kulturową, silniejszą jednak na poziomie
regionalnym niż centralnym. Swoją silną tożsamość pielęgnują
chodżentczycy, wciąż jeszcze często zwani na modłę radziecką
leninabadczykami (w latach 1936-1992 miasto Chodżent nazywało się
Leninabad). Izolują się także pozostali mieszkańcy Kotliny Fergańskiej,
którzy nie zawsze czują pełną solidarność z klanem chodżenckim.
Specyficzną zbiorowością o głębokiej samoświadomości są wyniośli Tadżycy
z dawnych tadżyckich stolic - Buchary i Samarkandy, które dziś znajdują
się na terenie Uzbekistanu. Do dziś obdarzani są ogromnym respektem, a za zaszczyt uchodzi znalezienie w dawnych stolicach Tadżyków
współmałżonka. Na grupę południową składają się garmczycy, kulabczycy i Pamirczycy, a pośród tych ostatnich, biorąc pod uwagę kryterium
językowe, można dokonać kolejnych podziałów. Zdarza się bowiem w pamirskich górach, że mieszkańcy sąsiednich dolin rozmawiają odmiennym
narzeczem. Niektóre stereotypy, przez które przebija silny regionalizm,
utrwaliły się nawet w powiedzeniach. W Tadżykistanie mówiło się na
przykład: "Pamir tańczy, Kulab ochrania, Kurgonteppa orze, Duszanbe
produkuje, Garm handluje, a Leninabad rządzi". Po upadku Związku
Radzieckiego sytuacja zmieniła się o tyle, że rządzi (oraz dzieli)
Kulab. Unifikację kraju dodatkowo wciąż utrudnia katastrofalny stan dróg
i choć w ostatnich latach sytuacja wyraźnie pod tym względem zmieniła
się na lepsze, to do ideału nadal daleko. Wcześniej utrzymanie stałej
komunikacji lądowej Duszanbe z Chorogiem czy Chodżentem w miesiącach
zimowych było praktycznie niewykonalne. Obecnie, dzięki szeroko
zakrojonym remontom, liczącą sześćset kilometrów trasę ze stolicy kraju
do Chorogu, najważniejszego miasta Górskiego Badachszanu, pokonać można
już w kilkanaście godzin.
Tadżykistan to kraj być może niepokaźny, ale o wielkiej historii,
lubujący się w rozpamiętywaniu dawno minionej chwały. Tu można spotkać
rzekomych potomków hoplitów - greckich i macedońskich wojowników z armii
samego Aleksandra Macedońskiego oraz usłyszeć języki, którymi
przemawiały starożytne ludy. Wnikliwy i wytrwały podróżnik natknie się
zapewne na pozostałości po zabytkach hellenistycznego świata oraz
arabskich podbojów. Wielbiciel starożytnych kultów znajdzie liczne
pomniki dawnego chrześcijaństwa, zoroastryzmu oraz buddyzmu, religii
współistniejących w czasach przedmuzułmańskich wzdłuż owianego legendą
jedwabnego szlaku. Okrasą podróżowania po Tadżykistanie jest również
wspaniałe dziedzictwo kulturowe, którego poziom wyznaczają postaci na
miarę wybitnego lekarza średniowiecza - Awicenny oraz niedoścignionego w swym mistrzostwie perskojęzycznego poety Rudakiego. Przysłowiowa wręcz
pozostaje spontaniczna tadżycka gościnność, która nawet najbardziej
zapiekłego wroga traktować każe jak najlepszego przyjaciela, jeśli już
wpuściło się go pod swój, zwykle bardzo skromny, ale na ogół kryjący
przytulne wnętrze, dach.
Dostać się do Tadżykistanu jest stosunkowo łatwo, a formalności nie
powinny przysporzyć większych problemów. W dobie wszechwładnego
Internetu parę kliknięć pozwoli znaleźć rzetelne biuro, które w rozsądnej cenie załatwi wizę oraz specjalną okrągłą pieczątkę,
niezbędną, aby legalnie dostać się na obszar GBAO -
Górskobadachszańskiego Okręgu Autonomicznego. Wystarczy wypisać wniosek
wizowy, załączyć zdjęcia i ksero paszportu z danymi osobowymi. Samolotem
(również z biurem podróży) podróżować jest łatwiej i szybciej niż
pociągiem, chociaż pewnie mniej ciekawie. Koleją dojeżdża się na
moskiewski Dworzec Białoruski, a później - już z Dworca
Moskwa-Kasanskaja - można dotrzeć do Duszanbe, na senną stację, która
istnieje najwidoczniej tylko po to, by obsługiwać tę właśnie linię.
Rozsądnie mieć wcześniej zaklepane miejscówki i to najlepiej takie na
dolnej "półce", wówczas bezpiecznie można zatrzasnąć bagaż w schowku pod
leżanką, położyć się i mieć pewność, iż nikomu nie przyjdzie do głowy
zainteresować się zawartością plecaka. W przeciwnym razie należy być
czujnym i liczyć się także z tłumem współpasażerów, obładowanych
wielkimi siatami z przeróżnymi towarami: na handel, na prezenty dla
licznej z reguły rodziny, dla krewnych i przyjaciół. Nie ma co liczyć na
to, że może tym razem będzie inaczej - towarzystwo będziemy mieli
murowane. Przed wyjazdem do Duszanbe naoglądałem się w Internecie
mnóstwa rosyjskich memów z upodobaniem oraz poczuciem cywilizacyjnej
wyższości obśmiewających wagony na trasie Duszanbe-Moskwa dosłownie
oklejone trzymającymi się czego popadnie tadżyckimi gastarbeiterami.
Internetowy humor złośliwie przerysowuje rzeczywistość, tym niemniej
prawdą jest, że wolne miejsce w przedziale zdobyć trudno i warto
postarać się o w miarę komfortowe, bo podróż trwa - bagatela! - sto dwie
godziny. Samochodem natomiast - przez Białoruś lub Ukrainę - łatwiej nie
będzie, bowiem dystans pięciu tysięcy kilometrów za kółkiem to wariant
dla bardzo odważnych i mocno zdeterminowanych.
Na miejscu dobrze jest znać, chociażby w zakresie podstawowym, język
rosyjski. Spora część Tadżyków płynnie posługuje się nim w mowie, co
ogromnie pomaga w nawiązywaniu kontaktów, zwłaszcza że Tadżycy łatwo
zawierają znajomości i z prawdziwą radością przyjmują możliwość rozmowy
z cudzoziemcem, a obecność obcokrajowca, zwłaszcza poza stolicą, wciąż
jeszcze budzić może, jeśli nie sensację, to przynajmniej ogromne
zainteresowanie. Jednakże coraz większa liczba, zwłaszcza młodych, uczy
się już w szkołach mowy Szekspira - lingua franca czasów najnowszych,
zatem nawet bez znajomości języka rosyjskiego można sobie poradzić.
Planując kolejne odcinki podróży, trzeba uzbroić się w cierpliwość, w Tadżykistanie bowiem trudno o transport publiczny. Alternatywą pozostają
zwykle dzielone taksówki, regularnie kursujące nawet na tak długich
trasach jak ośmiogodzinne z Duszanbe do Pandżakentu albo ze stolicy
kraju do Chodżentu. Taksówki nie odjeżdżają o ustalonej porze, kierowca
odpali silnik dopiero, kiedy znajdzie się komplet pasażerów, co oznaczać
może w wielu przypadkach kilkugodzinne oczekiwanie. W oddalonych od
dużych miast ośrodkach (szczególnie w Górskim Badachszanie) bywa, że z braku chętnych do podróży taksówka w ogóle nie pojedzie. Wtedy należy po
prostu mieć nadzieję, że następnego dnia sytuacja się odmieni. Lepiej
również nie przywiązywać szczególnej wagi do precyzyjnie określonych
planów podróży i porzucić zachodni model dzielenia czasu na odcinki
wyznaczone starannie na tarczy zegarka. Tutaj czas wciąż biegnie inaczej
niż nad Wisłą, Sekwaną czy Tamizą. Trzeba się z tym pogodzić i nieco
zwolnić, a przy odrobinie dobrych chęci można tę okoliczność nawet
polubić i docenić.
Poza wszystkimi niedogodnościami związanymi z podróżowaniem dzielonymi
taksówkami jest też plus: oferują one przestrzeń sprzyjającą siłą rzeczy
tworzeniu się poczucia więzi wśród obcych sobie ludzi, których losy
połączył przypadek. Kreują malutką wspólnotę różnych języków,
narodowości, zawodów czy klanów, która w innych warunkach nie miałaby
prawa zaistnieć. Wówczas, z tej wymuszonej nieco okolicznościami
bliskości, rodzą się opowieści. Takie szczere, autentyczne, od serca.
Rezultatem podróży dzieloną taksówką bywa nawiązanie znajomości, które
mogą mieć swój ciąg dalszy, nawet po dotarciu do celu podróży.
Dodać wypada, iż pewnym rozwiązaniem w poruszaniu się po Tadżykistanie
może być rower - koniecznie solidny i sprawdzony. Tadżyckie góry w ostatnich latach stają się coraz bardziej popularnym celem tego rodzaju
wypraw. Ale to opcja tylko dla tych o żelaznej kondycji i ogromnej
determinacji, którym nie straszne niekończące się, mozolne wspinaczki
pod górę. Za to doświadczeni miłośnicy wypraw motocyklowych z podróży do
Tadżykistanu z pewnością wrócą zachwyceni.
Spośród tych kilku możliwości dotarcia do Duszanbe wybrałem samolot.
Wydawało mi się, że ta właśnie opcja będzie najłatwiejszą i - co
najważniejsze - najszybszą, chociaż nieoferującą intrygującej przygody.
Bez większych trudności wykupiłem przez Internet tani lot prosto do
Duszanbe, tadżyckiej stolicy, z międzylądowaniem w Kijowie. Samolot
należał do porządnych, ukraińskich linii lotniczych Aerosvit.
Nieoczekiwanie jednak zrobiło się nerwowo, bowiem na wschodzie Ukrainy
rozpętało się wojenne piekło. Samoloty wprawdzie latały nad donbaskim
niebem, dopóki pocisk nie strącił na ziemię maszyny malezyjskich linii
lotniczych Malaysia Airlines z blisko trzystoma osobami na pokładzie.
Mój lot odwołano jeszcze przed tym tragicznym wydarzeniem, nieodwołalnie
i bez podania szczególnych powodów. Trzeba było szybko przebukować rejs
i słono dopłacić do przelotu liniami tureckimi za rejs z międzylądowaniem w Stambule.
- Dobrze wybrałeś, żeby akurat teraz lecieć do Tadżykistanu - pochwalił
moją decyzję już na pokładzie Turkish Airlines Haidar, rzutki, wygadany
i atletycznie zbudowany Tadżyk, współwłaściciel rodzinnej firmy
przewozowej z siedzibą w miejscu prestiżowym, bo niedaleko od
stylizowanego na klasycystyczny budynku Teatru Opery i Baletu w Duszanbe. - Być może Tadżycy nie są jacyś szczególnie religijni, ale w stolicy na pewno da się już odczuć atmosferę ramadanu - dodał, jakby na
dowód niedostatków własnej pobożności popijając kolejny łyk piwa.
Mimo że całkiem niedawno, tuż przed naszym spotkaniem w samolocie, a dokładnie 28 czerwca 2014 roku, związek ulemów Tadżykistanu zdążył
ogłosić rozpoczęcie miesiąca postów, Haidar skarżył się na lekkiego
kaca.
- Wszystkiemu winne te cholerne samoloty! - usprawiedliwiał się,
bardziej może przed własnym sumieniem niż przede mną, za ten niecny
występek wobec nakazów religii Proroka. Cała przyczyna w tym, że Haidar
panicznie boi się latać, kiedy więc wsiadł na pokład w Katarze, gdzie
załatwiał interesy, zaraz poprosił stewardesę o buteleczkę łyskacza.
Teraz, po drodze ze Stambułu (w którym miał przesiadkę) do rodzinnego
Duszanbe, popijał już tylko małe piwo dla kurażu, żeby zaleczyć
dokuczliwy ból głowy.
Na skromnym duszanbijskim lotnisku ustawiłem się nad ranem w długiej
kolejce do odprawy w towarzystwie paru obcokrajowców, których można by
policzyć na palcach jednej ręki oraz rzeszy tadżyckich gastarbeiterów.
Nawzajem pożyczaliśmy sobie długopisy, aby wypełnić formularze wymagane
przy wjeździe do Tadżykistanu. Wielkie wrażenie wywarł na mnie pewien
Duńczyk, młody człowiek, student o prawdziwie skandynawskim typie urody,
który swobodnie władał językiem perskim. Dzięki tej umiejętności był w stanie swobodnie rozmawiać z Tadżykami, których mowa różni się od tej
używanej w Iranie jedynie w szczegółach. Oba narody uchodzą bowiem
słusznie za spadkobierców starożytnej tradycji perskiego imperium
dynastii Achemenidów. Przodkowie dzisiejszych Irańczyków oraz Tadżyków
ramię w ramię stawili się bowiem niegdyś u bram Europy, na polach bitew
pod Maratonem, Termopilami i Salaminą. Teraz los połączył nas,
sukcesorów Hellady oraz sukcesorów Persji, w jednej kolejce do odprawy
celnej, na końcu której znajdował się urzędnik ze znudzonym wyrazem
twarzy przyglądający się fotografiom w paszportach i od niechcenia
przybijający pieczątki.
Tak oto wystarczyło kilkanaście godzin, aby pokonać cztery tysiące
kilometrów z Warszawy do tadżyckiej stolicy, na którą to podróż w czasach Marco Polo należałoby poświęcić, z narażeniem życia, zdrowia i majątku, kilka mozolnych lat. Ze Stambułu do Duszanbe leciałem krócej
niż trwała podróż pociągiem z Wrocławia do Warszawy. Odstałem swoje parę
godzin w tej przeklętej kolejce, zanim znalazłem się w hali przylotów
wielkości skromnego dworca kolejowego w centrum Europy. Plecak zaczynał
ciążyć, chociaż spakowałem tylko trochę ubrań oraz rzeczy, które mogły
się przydać. Jakiś scyzoryk, kilka książek i drobiazgów, także podarków
dla ludzi, z którymi zetknie mnie los. Najcięższe były solidne buty do
trekkingu, bo odmówić sobie przyjemności górskich wędrówek w Tadżykistanie byłoby zbrodnią. Przezornie zabrałem także latarkę. Z wcześniejszych podróży do Azji Środkowej wiedziałem już, że to niezwykle
przydatne urządzenie.
Po odprawie celnej kierowca marszrutki zgodził się podrzucić mnie spod
lotniska do hotelu przy głównej arterii miasta - ulicy Rudakiego.
Kosztowało mnie to zaledwie kilka somoni dodatkowo, bo pojazd musiał
zboczyć nieco z trasy. Wcześniej wymieniłem trochę dolarów w przeliczeniu po kursie sześć czy siedem somoni za złotówkę, ale nie w kantorze na lotnisku, bo ten był jeszcze zamknięty, lecz zwyczajnie - w pobliskim sklepie spożywczym. Wielokrotne podróże do państw dawnego
Kraju Rad nauczyły mnie, że takie rzeczy można załatwić prościej poza
oficjalnymi punktami wymiany walut. Mój zasób gotówki nie przedstawiał
się szczególnie okazale, w zapasie była jeszcze karta kredytowa, ale jej
użycie, nawet w stołecznym Duszanbe, zawsze wymaga sporo zachodu.
Bankomatów, poza stolicą, jest mało, na prowincji nie ma ich prawie
wcale, a te, które są, nie zawsze działają. W Duszanbe można spotkać
obcokrajowców, którzy z paniką w oczach biegają od jednej maszyny
wydającej pieniądze do drugiej, zanim po kilku próbach uda się wreszcie
uzupełnić podróżniczy budżet.
Żywność jest w Tadżykistanie tańsza niż w Polsce, zaś sklepy w większych
miastach dobrze zaopatrzone. Problemy pojawić się mogą na prowincji,
zwłaszcza podczas pieszych wycieczek w góry, w takim przypadku warto
pomyśleć wcześniej o przygotowaniu zapasów. Zawsze wprawdzie liczyć
można na spontaniczną i bezinteresowną gościnność Tadżyków, jednak,
przyjmując zaproszenie, należy pamiętać, że zwykle nie są to ludzie
zamożni i każda wizyta gościa - chociaż żaden dumny Tadżyk tego otwarcie
nie przyzna - oznaczać może poważne nadszarpnięcie domowego budżetu
wielodzietnej na ogół rodziny. Dlatego lepiej gościnności nie nadużywać
oraz nie przychodzić z pustymi rękoma. Jednocześnie za nieuprzejmość
poczytane będzie odrzucenie zaproszenia do wspólnego stołu.
Kiedy przyleciałem do Duszanbe, miasto dopiero niespiesznie budziło się
do życia. Chciałem zasnąć w hotelu Wachsz, żeby odpocząć po długiej
podróży, ale nie mogłem zmrużyć oka. Patrzyłem w sufit zbyt
przestronnego jak na jedną osobę pokoju. Zimna, bardziej z konieczności
niż wyboru, kąpiel sprawiła, że krew w żyłach zaczęła płynąć szybciej,
napędzając myśli i obrazy. Mimo że powieki ciążą, jakby były odlane z ołowiu, jak tu spać? Myślałem intensywnie o czekającej mnie drodze przez
perłę Azji Środkowej - bajkowy Tadżykistan, olśniewający kraj, chociaż
zamieszkiwany przez ludzi, których życie nader często pisane jest prozą,
nie ustających - do czego przyzwyczaiła ich wielowiekowa historia - w cierpliwym oczekiwaniu na lepszą przyszłość.
Kraina jedwabnego szlaku
"Ojczyzna to nie czapka - jej nie wymienisz,
a jeśli z nią nie do twarzy
- innej nie znajdziesz."
Przysłowie tadżyckie
"Serce Azji" - takie określenie idealnie pasuje do tej niezwykłej
krainy, nazywanej w XIX wieku Turkiestanem Zachodnim, w odróżnieniu od
Wschodniego, należącego do Chin. Niegdyś dość jednolity obszar dzieli
współcześnie pomiędzy siebie kilka państw: Tadżykistan, Uzbekistan,
Kirgistan, Kazachstan oraz Turkmenistan. Dlatego dzieje Tadżyków
nierozerwalnie związane są z historią pozostałych krajów Azji Środkowej,
które wspólnie - nie licząc szczególnie rozległego Kazachstanu - zajmują
terytorium czterokrotnie przewyższające rozmiarami Polskę. "Serce Azji"
jest zaiste pojemne. Rozciąga się szeroką plamą na mapie od Morza
Kaspijskiego do Chin i od mroźnej Syberii po słoneczne Indie oraz dawną
Persję. "Wszystko jest tu nie tylko charakterystyczne, niepowtarzalne,
ale i ogromne" - słusznie napisał w swoich Dziejach Azji Środkowej
Zygmunt Łukowski. Jeśli góry, to jedne z najwyższych na świecie, ale
jednocześnie występują tutaj również depresje położone znacznie poniżej
poziomu morza. Jeśli zaś stepy i pustynie, to pokrywające wiele tysięcy
kilometrów kwadratowych. Rzeki nie ustępują swoją długością najdłuższym
rzekom Europy, a są też ogromne jeziora, na czele ze słynnym Jeziorem
Aralskim. Cały ten szalenie pod względem warunków geograficznych
zróżnicowany obszar Turkiestanu Zachodniego, zarówno w XIX stuleciu, jak
i obecnie zdominowały ludy pochodzenia tureckiego. Swoją odrębność
zdołali jednak ocalić indoeuropejscy Tadżycy, Jagnobczycy i ludy Pamiru
oraz chińscy Dunganie.
Cała Azja Centralna zawsze była dla mocarstw obszarem strategicznie
ważnym - łakomy kęs, którego połknięcie mogło stanowić solidną
przystawkę do kolejnych wykwintnych, orientalnie przyprawionych potraw.
Przełęcze przez góry Elbrus, Kopet-dag i Hindukusz na południu
umożliwiają bowiem dostęp do Afganistanu oraz Indii. Wschodnią ścianę,
oddzielającą Turkiestan Zachodni od Chin, stanowią szczyty Pamiru oraz
Tien-szanu. Niewystarczającą zaporą przez imperialnymi zakusami państwa
carów okazało się Morze Kaspijskie na zachodzie oraz kazachskie stepy na
północy. A przecież wcześniej byli inni wielcy zdobywcy, dla których
obszary Turkiestanu stanowić miały odskocznię do światowej dominacji:
Aleksander Wielki, Czyngis-chan, Nadir-szach... Kolejne imperia powstawały
i upadały, jednak żadnemu z nich nie udało się na trwałe ujarzmić
niepokornego "serca Azji".
Nie takie to znowu odległe czasy, bo sięgające zaledwie parę stuleci
wstecz, kiedy Turkiestan Zachodni jawił się odległej Europie jako
nieziemska kraina rodem z baśni tysiąca i jednej nocy. Jego historia
utkana była, na podobieństwo latającego dywanu, ze splotu barwnych
mitów, rozbudzających wyobraźnię legend, półprawd oraz nielicznych
bardziej wiarygodnych przekazów. Mówiło się wprawdzie na XIX-wiecznych
salonach Europy o bogactwach jedwabnego szlaku, wysublimowanej
architekturze Samarkandy oraz Buchary, niewiarygodnym przepychu pałaców,
medres i meczetów o lśniących w pustynnym słońcu turkusowych kopułach,
dziwiono się umiejętności łączenia wyrafinowanego okrucieństwa z subtelnością i przepychem dworów pustynnych emirów, podziwiano mądrość
filozofów, lekarzy i poetów, którzy przemierzali góry i piaszczyste
bezdroża dosiadając zwyczajnych osiołków, ale jednocześnie chciano
cywilizować te krainy, gdzie czas stanął w miejscu, podczas gdy w Europie za sprawą przemysłowej rewolucji gwałtownie przyspieszył, budząc
ułudę kulturowej wyższości.
Głębsze zainteresowanie tym rejonem świata jednak systematycznie rosło
wraz z początkiem oraz progresem Wielkiej Gry, jak nazwano XIX-wieczną
londyńsko-petersbusrską batalię o ziemie nad Indusem, dlatego w tym
punkcie historii zaczynam swoją opowieść o dawnym Tadżykistanie. Do
rozgrywki, która przeciągnęła się na niemal całe stulecie, stanęli
prawdziwi mocarze epoki kolonialnej: Rosja i Wielka Brytania. Stawka
była ogromna: bogate, ludne, rozbudzające wyobraźnię Indie, angielska
"perła w koronie", do których strategiczne drogi prowadziły przez Azję
Centralną. Do bezpośredniego starcia pomiędzy mocarstwami wprawdzie nie
doszło, ale obie strony angażowały się w lokalne konflikty, wciągając do
nich nie tylko władców Turkiestanu Zachodniego, ale również władających
sąsiednimi terytoriami Kaukazu, Iranu oraz Tybetu. Losy zaciętej
Wielkiej Gry przypieczętowało przekazanie Rosji w 1895 roku większej
części Pamiru, którą oddzielać miał od posiadłości poddanych kontroli
Londynu ochronny pas ziemi w postaci Korytarza Wachańskiego, przekazany
Afganistanowi.
Niejako efektem ubocznym politycznej rozgrywki pomiędzy Brytyjczykami a Rosjanami stało się rozbudzenie zainteresowania Azją Centralną, bowiem
przygotowanie ewentualnych działań militarnych wymagało wnikliwego
rozpoznania warunków geograficznych, szlaków handlowych, obyczajów
miejscowej ludności, a przy okazji także ich historii oraz tradycji.
Takie zadania postawiono przed dyplomatami i szpiegami obu zwaśnionych
stron konfliktu. Wielka Gra zaangażowała cały korowód nazwisk, które
okrywały się częstokroć zasłużoną, chociaż dzisiaj mocno już przyblakłą,
sławą. Uczestnicy Wielkiej Gry podróżowali nieraz w przebraniu,
zaopatrzeni w fałszywe dokumenty i tożsamość, aby mocodawcy mieli
możliwość, w razie pojmania, łatwo się ich wyprzeć - lokalni władcy
bywali bowiem nad wyraz podejrzliwi w stosunku do obcych, a nieumiarkowana ciekawość szpiegów mogła być źródłem poważnych zadrażnień
w stosunkach międzypaństwowych. Pomimo tego rodzaju niedogodności
nieliczni śmiałkowie podejmowali ryzyko olbrzymie, płacąc za swoją
brawurę czasami cenę najwyższą - własnego życia, tak jak owi
nieszczęśnicy - pułkownik Charles Stoddart oraz kapitan Conolly, którzy
w 1842 roku, pojmani z rozkazu emira, musieli własnoręcznie wykopać dla
siebie groby, aby następnie położyć swoje głowy pod katowski topór na
wielkim placu otaczającym bucharską twierdzę Ark, na ziemiach
współczesnego Uzbekistanu.
Do pocztu pionierów wypraw ku bezkresnym stepom i górom Turkiestanu
Zachodniego w czasach kolonialnych należał chociażby William Mooncroft,
któremu marzyło się odwiedzenie Buchary, bo słyszał pogłoski o legendarnych turkmeńskich koniach, nadzwyczaj rączych i wytrzymałych.
Zamierzał je nabyć na miejscu, przy okazji przecierając w 1819 roku
ślady dla brytyjskich kupców Kompanii Wschodnioindyjskiej. W ślady
Mooncrofta poszedł prawdziwy idealista Arthur Conolly, młodzieniec ślepo
wierzący w cywilizacyjną misję chrześcijan na wschodzie. Zamierzał udać
się do Turkiestanu Zachodniego, stawiając na szali własne życie, aby
uwolnić niewolników europejskich przetrzymywanych na dworze okrutnego
tyrana: chana Chiwy. Albo jeszcze Alexander Burnes, który w 1832 roku
zdołał na tyle zaskarbić sobie sympatię samego wezyra bucharskiego
dworu, że tamten nie krępował się, aby poprosić go o sprowadzenie z Anglii solidnych okularów. Brytyjskim śmiałkom dorównywali do szaleństwa
odważni carscy oficerowie, tacy jak chociażby urodzony na Litwie Polak
Jan Witkiewicz, wytrawny znawca środkowoazjatyckich języków, który w latach 30. XIX stulecia kilka razy dotarł do Buchary. Nie ustępował mu
ani na jotę pod względem brawury błyskotliwy anglofob Nikołaj Ignatiew,
dążący z podziwu godną konsekwencją i zaangażowaniem do podkopania
brytyjskich wpływów w chanacie Chiwy, który dał się poznać również jako
niestrudzony badacz rzeki Amu-darii.
Nieustraszeni uczestnicy Wielkiej Gry musieli pokonać nie tylko wrogość
i kaprysy miejscowych władców oraz nieprzyjaźnie nastawionych do
przybyszów pustynnych plemion, bowiem przeciwko sobie mieli także
przyrodę. Z trudem przemierzali rozciągającą się na południe od Buchary
pustynię "czarnych" bądź też "złych piasków" - Kara-kum. Łatwiej miał
lord George Nathaniel Curzon, który przyglądał jej się uważnie w 1888
roku z okien pociągu Zakaspijskiej Kolei, podążającego z Merwu do
Buchary. W drogę wyruszył jako młody, dobrze zapowiadający się poseł
partii konserwatywnej do Izby Gmin, aby nabrać rozeznania w sytuacji
politycznej na obszarze zapalnego regionu Azji Centralnej oraz ocenić
skalę zagrożenia ze strony Petersburga. Przy okazji zachwycił się
architekturą Samarkandy, ale widok pustyni Kara-kum wzbudził w nim zgoła
odmienne uczucia, nazwał ją "najbardziej przygnębiającym nieużytkiem,
jaki widziało ludzkie oko".
Bo miejsce to jest zaiste przeklęte, nie dla ludzi, którzy, aby przeżyć,
potrzebują wody. Pośród "czarnych piasków" potrafią przetrwać co
najwyżej olbrzymie azjatyckie mrówki, rącze jaszczurki, kilka gatunków
żółwi i drobnych gryzoni. Czasami można tam wypatrzyć jeszcze samotnego
łowcę - majestatycznej postury ptaka-birkuta. Bajarze tadżyccy i uzbeccy
od wieków z upodobaniem opowiadali mrożące krew w żyłach historie, jak
to wyprowadzone w pole olbrzymie armie najeźdźców pozostawiały swe
bielejące kości na pustyni Kara-kum, zwiedzione przez fałszywych i podstępnych przewodników. Jeden z nich miał podobno oszpecić sobie
twarz, pozbawiając się własnoręcznie nosa i uszu, i przypisać ten czyn
swoim ziomkom, aby zdobyć zaufanie wrogów, a następnie poprowadzić ich
całe zastępy na pewną i powolną śmierć z pragnienia i głodu.
Południowym "czarnym piaskom" towarzyszą od północnej strony "czerwone
piaski", czyli pustynia Kyzył-kum. Jej szczególnie złowrogą część
nazywano dawniej nie bez przyczyny Adam-Krygłan, czyli "miejsce, gdzie
zginął człowiek". Łatwiej tu zawsze było natrafić na jednego z owych
potężnych waranów, określanych przez miejscowych "krokodylami pustyni",
niż na człowieka, a jeśli już się jakiś przedstawiciel ludzkiej rasy
trafił, to najpewniej ponury typ o podejrzanej reputacji, wątpliwej
czystości sumienia oraz złych intencjach. Nawet u najbardziej wytrawnych
poganiaczy wielbłądów i przewodników karawan pustynia musiała budzić
olbrzymi respekt. Nieoczekiwany napad rozbójników, potężna burza
piaskowa albo zaraza pośród wielbłądów mogła pozostawić najbardziej
doświadczonych i obeznanych z trudami wypraw karawan-baszów bezsilnymi
wobec żywiołu. Silna wichura potrafi tutaj bowiem wzniecić tumany
wibrujących mikroskopijnych kamyczków do tego stopnia, że słońce staje
się niemal niewidoczne, a wokół zapada mrok zwiastujący nieszczęście. Od
wszechobecnego pyłu nie ma wówczas skutecznej obrony, drobinki piasku
dostają się do oczu, uszu, nosa, chrzęszczą między zębami, tworząc w ustach kleistą, dławiącą maź. Zawierucha ustaje dopiero pod wieczór,
kiedy zdąży już zmienić nie do poznania rozmiary i położenie wydm.
Ofiarami pustynnego żywiołu padały całe, tętniące przez wieki życiem,
miasta emiratu bucharskiego, środkowoazjatyckiego państewka
funkcjonującego do czasu radzieckiego podboju na obszarze sporej części
dzisiejszego Uzbekistanu oraz Tadżykistanu. Próżno szukać dzisiaj na
mapach Wardanzi, chociaż osiedle widniało na nich jeszcze w XIX
stuleciu, podobny los stał się udziałem miejscowości Kara-Kul - później
odbudowanej. Tam, gdzie niegdyś znajdowały się ruchliwe ulice i bazary
długo jeszcze po najściu piaszczystego żywiołu znaleźć można było tylko
pojedyncze kikuty umarłych drzew, przebijające się spośród ogromnych
wydm. Zasypane piachem pobocza drogi łączącej Samarkandę z Bucharą wciąż
przypominają przejezdnym o tym, że przyroda czyha na moment ludzkiej
nieuwagi, gotowa w każdej chwili przypuścić nagły atak.
Doświadczeni karawan-baszowie, bezimienni często bohaterowie wielu
wypraw okresu Wielkiej Gry, nie lekceważyli nigdy piaszczystego żywiołu.
Dryfując pośród wydm-barchanów niczym żeglarze na morzu, przewodnicy
wielbłądzich konduktów, aby nie zgubić szlaku, opanowali sztukę
orientowania się w przestrzeni dzięki gwiazdom. W posępnym milczeniu
mijali bielejące kości ludzi i zwierząt, które - złożone na wspólnych
cmentarzyskach, wedle świadectwa XIX-wiecznego węgierskiego podróżnika i uczestnika Wielkiej Gry, Arminusa Vambery - służyły podróżnym za
drogowskazy. Minaret Kalian, do dzisiaj górujący nad Bucharą masywny
olbrzym, wysoki na blisko pięćdziesiąt metrów, stanowił dla karawan
nieocenionej wartości latarnię "morską". Za dnia strącano z niego na
złamanie karku różnej maści złoczyńców i szubrawców oraz takich, którzy
zwyczajnie narazili się mściwemu emirowi złym słowem albo gestem, ale
dla przybyszów przemierzających pustynię widok minaretu Kalian, jego
ognistych świateł migoczących na horyzoncie, oznaczał nadzieję i ulgę,
zwiastował bowiem bezpieczny koniec podróży przez nieludzką ziemię.
Towarzyszką i pocieszycielką "graczy" czasów kolonialnych była
majestatyczna rzeka Amu-daria, która rozdziela błękitną szramą obie
monstrualne łachy "czarnego" i "czerwonego" piachu, wijąc się kapryśnie
chaotyczną wstęgą o długości dwóch i pół tysiąca kilometrów, wypełnioną
hektolitrami mulistej wody. Amu-daria, zasilana obficie przez górskie
strumienie spływające z pamirskich szczytów, prowadzi swoje wody - jakby
wbrew naturze - przez nieprzebrane pustynne przestrzenie w kierunku
dogorywającego i z trudem poddającego się niemrawej reanimacji Jeziora
Aralskiego, które wysycha na skutek hydrologicznych eksperymentów
sowieckich uczonych.
Starożytni znali Amu-darię pod nazwą Oksus. Owiana legendą rzeka, przez
średniowiecznych geografów arabskich długo była uważana za najdłuższą na
świecie. To właśnie w jej nurtach poili swoje rumaki strudzeni jeźdźcy
niezrównanej macedońskiej konnicy Aleksandra Wielkiego, która wyruszała
na podbój świata. Żołnierze przedzierali się przez pustynię głównie
nocą, aby nie dać się pokonać bezlitosnemu bardziej niż najzacieklejsi
wrogowie słońcu. Spragnieni do granic wytrzymałości, gdy docierali
wreszcie do szerokiego koryta rzeki, nie potrafili zachować umiaru i zanurzali się w wodzie po szyję, łykając ją łapczywie wielkimi haustami.
Wielu za tę niepohamowaną pazerność zapłaciło cenę najwyższą. Podobno
Amu-daria zabiła wówczas więcej ciężkozbrojnych hoplitów niż
kiedykolwiek zdołali powstający przeciwko okupacji grecko-macedońskiej
przywódcy starożytnych środkowoazjatyckich krain Baktrii i Sogdiany:
Bessos oraz Spitamenes.
Garstka najodważniejszych "graczy" nie poprzestawała na przemierzaniu
środkowoazjatyckich pustyń i ruszała dalej na wschód, przebijając się
mozolnie poprzez potężne masywy Pamiru i Ałtaju, w kierunku chińskiego
Turkiestanu Wschodniego. Tędy prowadził owiany legendą, ubijany przez
całe stulecia kopytami milionów wielbłądów i kołami chińskich dżonek,
trakt, ważny odcinek słynnego jedwabnego szlaku. Wcześniej, a niekiedy i dzisiaj, wzdłuż afgańskiego brzegu rzeki Pandż, która wyznacza granicę
ze współczesnym Tadżykistanem, skroś góry prowadziły jedynie wykute w skałach ciasne ścieżynki, wznoszące się wysoko ponad przepaściami. Były
pośród nich te szczególnie groźne przejścia, czyli owiane złą sławą
owrangi, na których niejeden miejscowy chłop, straciwszy równowagę,
postradał życie, lądując w przepaści. Oficer polskiego pochodzenia,
Bronisław Grąbczewski, jeden z wybitnych uczestników Wielkiej Gry,
pisał, że niektóre ścieżki były miejscami tak wąskie, "że nie tylko
juki, lecz i siodła trzeba przenosić na rękach, a konie przeprowadzać
pojedynczo, trzymając je za ogony i uzdy; przy tym konie przytulają się
z taką siłą do skały, że ścierają sobie skórę na bokach i z wrażenia
trzęsą się i pocą".
Przez stulecia transport pomiędzy kirgiskim obecnie Oszem w Kotlinie
Fergany a tadżyckim Chorogiem zapewniały głównie duże, silne i piekielnie wytrzymałe azjatyckie wielbłądy, zwane w Pamirze
"śniegołazami". Karawany składały się z tysięcy takich zwierząt.
Przyczepione do ich długich szyj miedziane dzwoneczki wygrywały
monotonną, przenikaną podmuchami porywistego wiatru melodię jedwabnego
szlaku. Wielbłądy to stworzenia niepokorne, aby je skutecznie prowadzić,
przez przedziurawioną w młodości przegrodę nosową należało przetkać
patyk. Doprowadzone do uległości i równomiernie obładowane po obu
stronach były w stanie podźwignąć do dwustu kilogramów ładunku. Cyryl
Staniukowicz, wybitny polski badacz Pamiru, jeszcze w latach
trzydziestych ubiegłego wieku widywał wiosenne karawany złożone z tysięcy dwugarbnych wielbłądów prowadzonych przez dzielnych i wytrzymałych nie mniej niż znajdujące się pod ich pieczą zwierzęta
karawan-baszów.
Tak oto za sprawą szaleńczych wypraw czasów Wielkiej Gry zaczęła się
stopniowo wyłaniać z mgieł niewiedzy i zapomnienia historia Turkiestanu
Zachodniego, wspaniała i prawdziwie wielka, bo sięgająca czasów
świetności perskiego imperium. Obszary współczesnego Tadżykistanu
stanowiły w dalekiej starożytności istotną część rozciągającej się od
wybrzeży Morza Śródziemnego po rzekę Indus monarchii Achemenidów. Z Persami dawni mieszkańcy tadżyckich ziem dzielili język oraz
zaratusztriańską religię. Zaratusztrianie wierzyli w odwieczną walkę
dobra i zła toczoną przez Ahura Mazdę, boga światła, prawdy i dobra z duchem ciemności, kłamstwa i zła - Arymanem. Nauczali, że człowiek,
poprzez swoje czyny, myśli oraz uczynki, przyspieszyć może niechybny
triumf sprawiedliwości uosabianej przez skrzydlatego Ahura Mazdę.
Zaratusztrianie w poświęconych dobremu bogu świątyniach, budowanych na
otaczających okolicę wzniesieniach, podtrzymywali ogień - symbol
obecności Wszechmogącego. W blasku płomieni modlili się, oczekując na
przyjście mesjasza, który ostatecznie położy kres zmaganiom dobra ze
złem. Uwielbienie okazywano także rzekom: Amu-darii czy Zarafszanowi.
Wzdłuż jedwabnego szlaku, który prowadził przez Pamir do Buchary i Samarkandy, a stąd dalej, ku wybrzeżom Morza Śródziemnego, wraz z towarami wędrowały rozmaite religijne idee. Pozostały po nich rozrzucone
na obszarze całego Tadżykistanu fundamenty świątyń starogreckich bogów,
buddyjskich stup, pieczar i klasztorów, manichejskich chramów czy też
ruiny nestoriańskich kościołów. Środkowoazjatyckie krainy słynęły bowiem
wówczas z otwartości oraz tolerancji religijnej, a przeróżni
odszczepieńcy, sekciarze i kacerze pośród tadżyckich gór znajdowali
bezpieczny azyl.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki