II. PIERWSZE ŚLADY.
Zaciszny gabinet barona Teitelberga był teraz rzęsiście oświetlony.
W ogromnym fotelu, w którym przed kilku jeszcze godzinami tkwił olbrzymi korpus Geheimrata, siedział teraz urzędnik policyjny i przesłuchiwał świadków wypadku. Zeznawał kierownik jednej z fabryk Teitelberga, Salomon Kanner. Baronowa i panna Erika siedziały ciągle jeszcze w płaszczach wieczorowych i słuchały w niemem skupieniu zeznań tego najważniejszego świadka. Przez bladą twarz baronowej przebiegały od czasu do czasu nerwowe drgnienia, w jej dużych, pięknych oczach szkliły się krople łez. Usta poruszały się jakby chciały coś dopowiedzieć. Panna Erika położyła rękę na ramieniu matki, i miękkiem dotknięciem starała się ją uspokoić.
W sąsiednim pokoju agenci policyjni przeprowadzali dokładne badania podłogi i ścian.
- Więc twierdzi pan stanowczo, że baron Teitelberg nie mógł przejść przez ten pokój niespostrzeżony przez pana? - pytał urzędnik policyjny.
- Tak twierdzę. Cały czas byłem zwrócony twarzą do pokoju, więc byłbym musiał zauważyć barona, gdyby opuścił sąsiedni pokój i przechodził przez swój gabinet, - tłumaczył Kanner, skubiąc palcami bezmyślnie nitki przy wytartym rękawie.
- I nie słyszał pan w sąsiednim pokoju żadnego szamotania, żadnego wołania o pomoc?
- Nie słyszałem. Byłbym przecież podążył z pomocą, albo alarmował służbę...
- A może powie pan, w jakim celu baron wszedł do sąsiedniego pokoju?
- Miał mi wręczyć walizkę, paszport i pieniądze na wyjazd do Warszawy.
- Kiedy miał pan wyjechać?
- Dziś o godzinie ósmej rano, to jest pierwszym pociągiem, który zdąża ku polskiej granicy.
- W jakim celu miał pan odbyć tę podróż?
- Miałem doręczyć walizkę jednemu z przedstawicieli naszej firmy, która istnieje w Warszawie pod ukrytą nazwą "Wrończyk i Laube."
- Co zawierała walizka?
- Nie wiem, baron nie mówił mi tego, a walizki na oczy nie widziałem.
- Czy uważa pan, że doręczenie tej walizki było dla barona sprawą ważną?
- Nie wiem?
- A jak tłumaczy pan tajemnicze zniknięcie?
Kanner rozłożył bezradnie ręce na znak, że nic nie rozumie i że w żaden sposób zagadki rozwiązać nie może.
Urzędnik policji kazał przywołać następnego świadka, służącego, który w chwili zniknięcia barona czuwał w korytarzu, gdy do gabinetu wszedł jakiś wysoki i niezwykle chudy człowiek. Małą, pomarszczoną twarz wykrzywiał grymas niezadowolenia i złośliwości. Siwe, jakby martwe, oczy przesłaniały rogowe okulary, które zdawały się być zbyt wielkim ciężarem dla małego, cienkiego nosa. Z chudych ramion spływał obszerny płaszcz angielski, wydłużając jeszcze bardziej przydługą sylwetkę. Szedł, opierając się na lasce, podobny do automatu, który wprawia w ruch rozluźniona sprężyna. Wolno podszedł do baronowej i złożył jej ukłon.
- Pozwoli pani, że i ja wezmę udział w śledztwie. Jestem radca policji Blindow, - powiedział sucho.
Baronowa gestem ręki wskazała mu miejsce obok siebie.
Blindow usiadł, oparł chude, suche ręce na gałce laski i bacznie wodził oczami po obecnych. Potem wzrok jego spoczął na twarzy Kannera, zatrzymał się na niej długo, jakby chciał w jego małych oczach znaleźć rozwiązanie zagadki.
Zeznania służącego nie wyjaśniały zupełnie sprawy. Urzędnik policyjny chciał już zakończyć przesłuchanie tego świadka, gdy radca Blindow wmieszał się niespodzianie do śledztwa.
- Powiedzcie, Johann, kto miał klucz od gabinetu waszego pana? - spytał skrzeczącym głosem.
- Jeden klucz miał pan baron, drugi ja, trzeci pan sekretarz Hauner.
- Dobrze. A czy pan baron dawał wam jakieś specjalne zlecenia, czy kazał wam pilnować gabinetu z większą starannością, aniżeli innych pokoi?
- Tak jest. Pan baron nie pozwalał nikogo w czasie swej nieobecności wpuszczać do pokoju. Rozkazu tego zawsze przestrzegałem...
- Czy pan sekretarz Hauner często bywał w gabinecie swego szefa? - pytał dalej, jakby z rosnącem zaciekawieniem radca policji.
- Bardzo często, nieraz pan baron żalił się, że sekretarz zanadto tu gospodaruje, zapowiadał nawet, że odbierze mu klucz...
- A nie zauważyliście przypadkiem, aby pan baron odczuwał czasem jakiś lęk, czy przestrach, gdy wchodził do swego gabinetu?
- Czasem. I dziś pan baron przeraził się tego, że ta koralowa zasłona kołysała się, gdy weszliśmy do pokoju. Ale pana barona zaraz uspokoiłem...
- W jaki sposób uspokoiliście?
- Bardzo prosto. Wytłumaczyłem, że zanadto gwałtownie otworzyłem drzwi i prąd powietrza poruszył zasłonę.
- Znakomicie - potwierdził z uznaniem radca Blindow. - A teraz wyjdźcie, Johann, z pokoju i otwórzcie gwałtownie drzwi, tak aby prąd powietrza znów tę zasłonę poruszył.
Johann wyszedł na korytarz, potem silnie i gwałtownie pchnął ciężkie drzwi do pokoju. Zasłona stała nieruchomo.
- Jeszcze raz powtórzcie ten eksperyment, - rozkazał Blindow.
Służący jeszcze z większą siłą i energją pchnął drzwi, ale zasłona stała dalej nieruchomo i ani jedna nitka nie drgnęła.
- Doskonale, - powtórzył radca Blindow. Potem wstał i przeszedł do sąsiedniego pokoju.
Urzędnik policji i kilku wywiadowców udało się za nim. Z niezwykłą starannością obejrzał radca policji tapety na ścianach, potem laską wystukiwał każdy centymetr podłogi, oglądał z zaciekawieniem każdy mebel.
- Czy zauważyli panowie coś podejrzanego? - spytał wreszcie urzędnika policji.
- Bezwarunkowo nic, mimo iż opukaliśmy ściany i podłogę. Ten pokój nie ma połączenia z resztą domu.
Radca policji spojrzał zjadliwie na swego podwładnego, wskazał laską na stary gdański kominek.
- A to co? - spytał niechętnie. - Czy zbadał pan przynajmniej, gdzie wylot komina prowadzi?
Johann pospieszył z odpowiedzią:
- Ten kominek łączy się z pokojem gościnnym na dole i z rupieciarnią na strychu...
- Dobrze. Chodźmy więc tam, może znajdą się ślady...
Zeszli w dół po głównych schodach, potem korytarzem doszli do drzwi pokojów gościnnych. Pokoje te, tak samo jak gabinet, na pierwszem piętrze były znacznie oddalone od reszty mieszkania. Johann pobiegł do kuchni, by przynieść klucz. Tymczasem Blindow wyjął z kieszeni blok, skreślił kilka słów na papierze i podał jednemu z agentów policyjnych.
- Pojedzie pan mojem autem do dyrekcji policji. Tam wręczy pan kartkę i załatwi sprawę. Za pół godziny oczekuję pana zpowrotem.
Zaledwie agent oddalił się, służący wrócił z silnie skonsternowaną miną.
- Panie radco, - mówił zmieszany. - Klucz od gościnnych pokojów wisiał zawsze na kółku w kuchni pod liczbą 26, - a teraz znikł bez śladu...
- Jakto? Teraz w tej chwili?
- Nie wiem czy w tej chwili, bo pokoje gościnne oddawna są niezamieszkałe, nie zwracałem więc specjalnej uwagi, kiedy klucz zginął...
- Jak dawno nikt w tych pokojach nie mieszka? - spytał surowo Blindow.
- Chyba już kilka miesięcy. A może i pół roku. Ostatni raz sprzątaliśmy tam, gdy brat pana Geheimrata przyjechał z Augsburga...
Wobec braku klucza, radca Blindow kazał otworzyć drzwi wytrychem. Skomplikowany zamek niełatwo jednak ustępował pod naciskiem. Dopiero po mozolnej pracy zdołano otworzyć drzwi.
Z ciemnego wnętrza pokoju musnęło twarze wchodzących miłe ciepło. Zapach perfum drażnił przyjemnie nozdrza.
Johann przekręcił taster. Światło alabastrowej lampy wyzłociło każdy kąt pokoju. Blindow podszedł do kominka. Ciepły jeszcze popiół wskazywał, że dopiero niedawno wygasł ogień w palenisku.
- Dziwnie ciepło, jak na opuszczony pokój, - mruknął radca policji i spojrzał pytająco na obecnych.
Służący starał się wykrztusić jakieś słowa usprawiedliwienia, ale strzepnął tylko palcami na znak, że i on nic nie rozumie.
W kącie pokoju, tuż obok kominka, stała szeroka turecka otomana przykryta olbrzymim lśniącym bucharem, który spływał lekko miękkiemi falami z otomany i ścielił się wzdłuż pokoju. Kilkanaście miękkich, okrągłych poduszek zapraszało do miłosnych uniesień. Bogate dywany rozwieszone na ścianach obiecywały tłumić szepty wyznań miłosnych.
Radca Blindow podszedł do okna. Okna były szczelnie zamknięte, okiennice obite grubym wojłokiem. Ani jeden promień światła, ani szmer jednego słowa nie mógł z tego pokoju przedostać się na zewnątrz.
Policja przeszła do następnego pokoju. Był to szablonowo umeblowany pokój gościnny, z dwoma silnemi filarami gotyckiemi, które zdawały się być rozmyślnie umieszczone, aby podtrzymać zbyt wielki ciężar stropu. I w tym pokoju okna przysłonięte były okiennicami, obitemi wojłokiem. Duża jesionowa konsola, kilka reprodukcyj obrazów malarzy włoskich, wygodne mosiężne łóżko, stanowiły główne umeblowanie.
Radca Blindow zmierzał w głąb pokoju, gdy urzędnik policji ścisnął go mocno za rękę, jakby go przed czemś ostrzegał. Wzrok radcy policji padł na ziemię. Na jasnym kokosowym chodniku znaczyły się czarne ślady ludzkich stóp. Ślady prowadziły w kierunku okna. Jeden z agentów ukląkł i dotknął lekko ręką. Na palcu odbiła się czarna, tłusta plama.
- Sadza, - mruknął obojętnie Blindow i podszedł do okna.
Na parapecie okna jak duża, czarna gwiazda, odbity był ślad ręki ludzkiej.
Radca policji wpatrywał się chwilę w czarną plamę, widocznie starał się z niej odtworzyć postać całego człowieka. Potem silnie pchnął ramę okienną. Okiennice obite grubym wojłokiem ustąpiły natychmiast. Do wnętrza mieszkania wpadł prąd zimnego, wilgotnego powietrza. Podmuch wiatru wpędził do pokoju kilka mokrych, żółtych liści. Blindow przytrzymał ręką okiennice i patrzył długo w czarną otchłań nocy. Zdawało się, iż stary urzędnik policji wsłuchuje się w miarowy plusk kropel deszczu i wiatru, jakby z ich szelestu miał odkryć tajemnicę tej willi. Potem spokojnie przymknął okno i zawołał agentów.
- To okno prowadzi do parku, - tłumaczył spokojnie. - Dwóch panów przy pomocy latarń zbada jak daleko i dokąd ślady te prowadzą. Ziemia jest mokra, więc praca nie będzie trudna. Badania proszę starannie prowadzić, a gwarantuję, że znajdą panowie w ogrodzie bardzo ciekawy przedmiot. Za kilka minut proszę o dokładny raport. Jeden z panów zrobi pomiar i odbitki śladów w pokoju. Ja wracam jeszcze na pierwsze piętro...
Gdy Blindow z urzędnikiem policji wracali przez klatkę schodową, doszedł do ich uszu tłumiony szloch. Spojrzeli w głąb korytarza. Opierając się na ramieniu matki, szła panna Erika, tłumiąc spazmatyczny płacz. Bogaty płaszcz brokatowy zsunął się z jej nagich ramion i wlókł się, jak ruchoma barwna plama, po ziemi. Duży chart syberyjski szedł obok niej i tulił rasowy łeb w miękki jedwab sukni. Urzędnik policyjny podbiegł, aby płaszcz podtrzymać, ale baronowa Teitelberg wstrzymała go gestem ręki. W jej oczach odbił się wyraz jakiejś strasznej nienawiści. Chart zjeżył sierść i groźnie błysnął kłami.
- Nic nie rozumiem, - mruknął urzędnik policji do siebie, skonsternowany tym drobnym wypadkiem.
- Zato ja domyślam się przyczyn tego nastroju, - burknął niechętnie Blindow.
- Więc sądzi pan radca, że Teitelberg w jakimś tajemniczym celu wydostał się z willi przez otwór kominka?...
- Coś podobnego nigdy nie świtało w mojej głowie, - z ironją odpowiedział radca. - W jakim celu miałby Teitelberg to czynić, jeśli mógł spokojnie zejść po schodach.
- Więc gdzie zniknął?
- Ależ jest u siebie w gabinecie, - uśmiechnął się starzec z jakąś złośliwością.
Urzędnik policji spojrzał zdumiony...............................
I. TAJEMNICZE ZNIKNIĘCIE.
Dzielnica miljonerów, Grunewald pod Berlinem, zdawała się być o tej późnej porze wymarłą. Gęsty deszcz bił w kałuże uliczne i w liście drzew parkowych, wydając monotonny, usypiający szum. Ciszę tę mącił od czasu do czasu ostry wiatr, który dął w korony drzew, odsłaniał na chwilę śliskie, opuchłe od wilgoci konary, porywał kilka pożółkłych liści i rzucał je na oślizgły asfalt ulicy, a potem milkł zniechęcony.
Nagle w ciszę tej jesiennej nocy wkradł się głuchy trzask motoru. Początkowo daleki i przytłumiony, stawał się potem coraz wyraźniejszy, aż wreszcie dwa długie języki reflektorów automobilowych przebiły mokrą mgłę, zaczęły lizać dachy pałacyków, szczyty drzew, aż padły na błyszczącą od wilgoci jezdnię.
Od strony Berlina jechał pełnym gazem olbrzymi "Mercedes." Koło willi Hardena automobil zwolnił pęd, ostrożnie skręcił w boczną ulicę i zatrzymał się pod bramą barokowego pałacyka.
- Psia pogoda, panie baronie... - żalił się szofer, pomagając wygramolić się z pod amerykańskiej budy jakiemuś otyłemu mężczyźnie.
Zamiast odpowiedzi przybyły warknął coś pod nosem, potem wolno, ostrożnie, aby nie poślizgnąć się na stopniu, zeszedł na chodnik i nacisnął niecierpliwie metalowy guzik dzwonka.
Za chwilę z okien pałacyka padł ostry snop światła na ulicę i oświecił twarz czekającego. Pokłady tłuszczu układały się na jego szerokiej, rozlanej twarzy w kilka fal podbródka. Mały, krótki nos i niezwykle silnie rozwinięta dolna szczęka upodabniały tę twarz do pyska rasowego buldoga. W małych świdrujących oczkach grały ognie zniecierpliwienia.
Wreszcie drzwi pałacyka uchyliły się. W progu stanął służący.
- Przemoknąć można do skóry, zanim któryś z was zdecyduje się otworzyć... - zauważył przybyły ochrypłym głosem.
Służący cofnął się służbiście. Geheimrat baron Teitelberg, potentat giełdy berlińskiej i właściciel kilku największych fabryk chemicznych w Nadrenji, wtoczył wreszcie swoją beczkowatą postać do jasno oświetlonego hallu. Służący ściągnął obmokły raglan ze swego chlebodawcy.
- Pani baronowa w domu? - spytał Teitelberg, otrząsając się z zimna i wilgoci.
- Pani baronowa i panna Erika w operze, wyjechały limuzyną o siódmej, - relacjonował krótko i służbiście wygolony lokaj.
- Dobrze. Sekretarz Hauner jest?
- Prawdopodobnie wyszedł, bo w jego gabinecie ciemno...
- Zawsze się spieszy, - zgryźliwie mruknął Teitelberg. - Czy był kto u mnie?
- Nikt, panie baronie.
Geheimrat Teitelberg wolnym krokiem przeszedł hall i wstąpił na szeroką klatkę schodową, oświetloną dwoma kandelabrami elektrycznemi. Wspinanie się po schodach musiało stanowić większą trudność od interwencyj giełdowych, bo baron Teitelberg jedną ręką kurczowo przytrzymywał się poręczy, a drugą opierał na grubej lasce trzcinowej, opuchłe nogi z trudem unosiły się na stopniach. Co chwila odpoczywał, a rozszerzone astmą płuca, wciągały ze świstem powietrze. Lokaj stąpał cicho za swoim panem, gotów każdej chwili do pomocy w tej niezwykle trudnej sytuacji.
Ale baron Teitelberg doszedł o własnych siłach na podest pierwszego piętra, tylko twarz jego przybrała granatową barwę, a usta otwarły się szeroko i łapczywie chwytały powietrze.
W korytarzu zasłanym puszystym dywanem, lokaj pospiesznie wyminął swego pana, szybko sięgnął do kieszeni po klucz, otworzył drzwi gabinetu. Za chwilę strumień jasnego światła wypełnił zaciszny wytwornie urządzony gabinet.
Baron Teitelberg wszedł do pokoju i uczuł miłe ciepło w kościach. Na szerokiej obrzękłej twarzy pojawił się uśmiech zadowolenia, oczy z lubością ślizgały się po wygodnych fotelach obitych popielatym safjanem.
- Ciepło tu, Johann? - spytał służącego, odzyskując dobry humor.
- Ciepło, panie baronie, - potwierdził krótko lokaj.
- No, dobrze. Teraz przynieś mi gorącej herbaty. Szofer może wjechać do garażu, ale niech będzie w pogotowiu, bo jeszcze raz wyjedzie do miasta "Mercedesem." "Lancji" brać nie wolno, zapowiedz to wyraźnie.
Służący zmierzał ku drzwiom, by spełnić polecenie, gdy nagle baron Teitelberg chwycił go gwałtownie za rękę. Oczy barona utkwiły z przerażeniem w koralowej zasłonie dzielącej dwa pokoje.
- Johann, tu ktoś był! - wykrztusił nerwowo.
- Ależ, panie baronie, mam klucz od gabinetu i bezwarunkowo nikogo nie wpuszczałem. Chyba sekretarz pan Hauner...
- Mówiłeś, że wyszedł...
- Tak, przed godziną zauważyłem, że w jego gabinecie ciemno.
- Więc dlaczego ta zasłona się chwieje? - spytał Teitelberg z coraz bardziej rosnącym niepokojem.
- Może przeciąg..
Długie nitki zasłony, na których kunsztownie nanizane były różnobarwne koraliki, wprawione były rzeczywiście w ruch wahadłowy i uderzały miarowo o siebie, jakby ktoś przed chwilą potrącił je, uciekając pospiesznie z gabinetu.
- Przeciąg? - dziwił się Teitelberg.
- Nic innego, panie baronie... Przestrzegam pańskiego rozkazu. Klucz od gabinetu mam zawsze przy sobie. Zna mnie pan baron... Rodzonego brata nie wpuściłbym do pokoju wbrew pańskiemu życzeniu...
Teitelberg spojrzał badawczo w oczy służącego. Biła z nich prawdomówność i ślepe posłuszeństwo. Spojrzał znów na zasłonę. Ruch wahadłowy nitek był ledwie widoczny.
Mimo to Geheimrat Teitelberg nie uspokoił się zaraz. Dziwnie elastycznym jak na swoją tuszę krokiem, podszedł do okna i skontrolował zasuwy. Tkwiły mocno w parapecie okna. Przeszedł szybko do przyległego pokoju, przekręcił taster, przeszukał przy pomocy służącego każdy kąt. Nie zobaczył nic podejrzanego.
- Panie baronie, - uspakajał Johann, - przecież z tego drugiego pokoju niema wyjścia, więc jakim cudem mógł ktoś uciec stąd, skoro zasuwy okien są w porządku... Zbyt gwałtownie pchnąłem drzwi do gabinetu i prąd powietrza poruszył zasłonę.
Argumentacja służącego była tak jasna, że Teitelberg w duchu sam wyśmiewał się ze swego strachu. Zgasił światło w pokoju, który wydawał mu się przed chwilą podejrzany, i wrócił zupełnie już uspokojony do swego gabinetu.
- No, dobrze Johann. Teraz idź i załatw, co ci kazałem.
Johann wysunął się cicho z gabinetu.
Geheimrat Teitelberg przeszedł miarowym krokiem gabinet. Zbliżył się wreszcie do biurka. I tu znów uderzył go jakiś mały nieład. Papiery nie były ułożone z taką systematycznością, z jaką zwykł był sam je układać. Przycisk z olbrzymim lwem weneckim był niedbale rzucony na stos ceduł giełdowych.
- Niewątpliwie Hauner tu gospodaruje. Muszę go tego raz na zawsze oduczyć, - mruknął sam do siebie, - ale moje nerwy są również nie w porządku... Zbyt wiele pracuję. Z tą zasłoną to było nawet śmieszne...
Służący wszedł do pokoju, postawił na biurku szklankę gorącej herbaty[1] Teitelberg czekał niecierpliwie, aż odgłos kroków służącego ucichnie w kurytarzu, potem nerwowo zbliżył się do biurka, chwycił słuchawkę telefoniczną i zażądał numer 87-296. Połączenie otrzymał natychmiast.
- Czy pan Kanner w domu? - spytał z jakimś niepokojem w głosie. - To doskonale... Poszlę w tej chwili auto po pana... Za pół godziny musi pan być u mnie na Grunewaldzie... Sprawa niezwykle ważna...
Odłożył słuchawkę i odetchnął głęboko. Następnie szybko połączył się z garażem automobilowym i kazał szoferowi jechać na Sandbergertor Nr. 106.
Telefon jakby wyczerpał siły Geheimrata. Teitelberg przymknął oczy i wsłuchiwał się w monotonny plusk deszczu w rynnach. Zmęczone powieki przysłoniły małe, niespokojne oczy. Po szerokiej twarzy przebiegały nerwowe drgawki. Zdawało się, że Teitelberg drzemie.
Upłynęła może godzina, gdy pod willą rozległ się warkot motoru. Po chwili ostry głos dzwonka w bramie wytrącił Teitelberga ze snu, czy z zamyślenia. Otworzył oczy, poprawił się w fotelu i niecierpliwie zaczął nadsłuchiwać. Po kilku sekundach usłyszał stłumione kroki w korytarzu, a potem dyskretne pukanie do drzwi.
- Wejść! - rzucił krótko Teitelberg.
Do gabinetu wsunął się człowiek w pomiętym, staromodnym żakiecie. Wystające kości policzkowe łagodziła czarna splątana broda, odstająca koło uszu jak szczeć. Skośne, błyszczące oczy przebiegły niespokojnie po pokoju, zanim uczynił krok naprzód.
- A, Kanner... - bąknął Teitelberg i wyciągnął zimno rękę na powitanie.
Gość podbiegł szybko i uścisnął z przesadną uniżonością tłustą dłoń Geheimrata.
- Musiałem pana ściągnąć z pościeli, ale sprawa niezwykle ważna. Zresztą co pan ma innego do roboty?... - mówił z lekceważeniem Teitelberg.
Kanner zwiesił lekko głowę na znak, że nie oponuje.
Teitelberg przerwał na chwilę i patrzył obojętnie w kąt pokoju, jakby namyślał się nad tem, od czego zacząć rozmowę, wreszcie zaczął wolno i dobitnie.
- Jutro o godzinie 8-mej rano wyjedzie pan do Warszawy...
- Jutro, panie baronie...
- Wyjedzie pan do Warszawy, - z naciskiem powtórzył Teitelberg i grube wargi rozchylił w lekkim uśmiechu. - Ani o pół godziny nie może pan opóźnić wyjazdu. Pojutrze może być granica polska zamknięta... Dziś z Kurfürstendamm otrzymałem stanowcze informacje. W konflikcie obecnym między Polską a Litwą, unja sowjecka prawdopodobnie jutro opowie się po stronie Kowna... Pan rozumie chyba co to znaczy... Republika niemiecka nie wyjdzie, oczywiście, poza ramy neutralności... Niestety początkowo musimy być tylko "Lieferantami" dla potrzeb armji polskiej. Narazie i to dobre...
- Pan baron spodziewał się zawsze...
- Ah, spodziewałem się, - machnął Geheimrat pogardliwie ręką. - A czy sądzi pan, że dostawami nie można wygrać wojny? Środki chemiczne i apteczne z moich fabryk mogą być skuteczniejsze od granatów rosyjskiego mużyka. Pan wątpi?...
- Wierzę, - przytaknął skwapliwie Kanner.
Teitelberg milczał chwilę. Olbrzymia dolna szczęka wysunęła się naprzód, układając twarz w groźny grymas. W oczach tkwiły iskry nienawiści. Ocknął się jednak natychmiast, bo szczęka powróciła na dawne miejsce, i spokojnie już mówił dalej:
- Zapóźno na dyskusje polityczne. Otóż jutro pojedzie pan do Warszawy i doręczy pan firmie "Wrończyk i Laube," którzy są dostawcami lekarstw dla armji polskiej, walizkę którą pan zaraz otrzyma. Niech się pan uspokoi. Jest to mała walizka, nawet trochę podniszczona, z literami "P. Z." W niej będzie tylko garderoba, musi pan za wszelką cenę walizkę doręczyć Laubemu i to tylko Laubemu. Walizki musi pan strzec jak oka w głowie. Nawet na chwilę nie wolno jej z rąk wypuszczać...
- A gdyby na cle podejrzywano cośkolwiek?...
- Ach, mogą pruć, panie Kanner, - uśmiechnął się z politowaniem Geheimrat - byleby pan skrzętnie zabrał każdy strzęp i zawiózł do Warszawy. Mogą pruć, nie operuję trickami małomiasteczkowego przemytnika...
- Chciałem tylko wiedzieć, co mi grozi, gdyby na granicy polska policja... - wtrącił nieśmiało Kanner.
- Na granicy nic panu nie grozi. Jedyne niebezpieczeństwo, gdyby pan niedokładnie wypełnił moje polecenie. W Warszawie na dworcu Wiedeńskim czekać będzie na pana automobil. Pozna go pan zaraz. Będzie to duża czerwona "Minerwa." Przy kierownicy będzie siedział szofer w jasnym angielskim palcie. W wozie zobaczy pan człowieka w szkłach amerykańskich. Bez chwili wahania musi pan wsiąść do tego automobilu. Niech pan unika wszelkich pytań i rozglądań się na dworcu. Tam może być gorąco... Auto ruszy zaraz z miejsca i zawiezie pana do firmy "Wrończyk i Laube." Laubemu odda pan walizkę i jego poleceń musi pan ściśle słuchać. Wolałbym, aby jeszcze tego samego dnia opuścił pan Warszawę. Honorarjum pańskie za tę drobną przysługę wyniesie pięć tysięcy marek.
- A gdyby zamknięto granicę i nie wypuszczono mnie z Warszawy?...
Teitelberg zaśmiał się.
- Jest pan obywatelem niemieckim i człowiekiem neutralnym. Warszawa nie miałaby powodu przetrzymywać tak sympatycznego człowieka...
Geheimrat Teitelberg wyciągnął z kieszeni olbrzymie skórzane etui, wyjął grube cygaro hawańskie i podał gościowi. Kanner wziął łapczywie cygaro, starannie je obciął i zapalił.
- No, więc jedzie pan jutro? - spytał Teitelberg, wpadając nagle w serdeczny ton.
- Jadę, panie baronie. Żaden Niemiec nie uchyla się od swych patrjotycznych obowiązków.
- Zwłaszcza gdy ciężar obowiązku owinięty jest w niemieckie tysiącmarkówki... - zaśmiał się rubasznie Teitelberg. - No, ale pora dać panu walizkę, paszport i trochę pieniędzy na drogę.
Z trudem dźwignął się Teitelberg z głębokiego fotela, z kieszeni wyciągnął pęk błyszczących kluczy i wszedł wolno do drugiego pokoju.
Kanner patrzył w ogień cygara i rozmyślał o szczegółach jutrzejszej podróży. Po chwili doszedł do jego uszu zgrzyt odsuwanych drzwi kasy i szelest papierów. Wreszcie usłyszał jakby stuk padającej na ziemię walizki, potem drzwi kasy zatrzasnęły się gwałtownie, wywołując lekki wstrząs w pokoju.
Kanner spojrzał na zegarek: dochodziła 12-ta. W domu u siebie na Sandbergertor - myślał, - będę automobilem za pół godziny, a więc dość czasu, aby wyspać się, wstać wcześnie rano i przygotować się do drogi. Kurjer ku granicy polskiej odchodzi około godziny 8-ej rano...
Ciekaw był niezmiernie, ile też Teitelberg wyasygnuje mu na drogę. Zgóry wiedział, że nie będzie to zawrotna suma, ale może i lepiej... Gdyby go w drodze przyłapano, mógłby łatwiej wpaść w podejrzenie, mając znaczną gotówkę przy sobie. Niebezpieczeństwa zbytnio nie obawiał się. Nie po raz pierwszy wyjeżdżał do Warszawy. Zresztą znał dobrze Teitelberga i wiedział, że jego kalkulacje i plany obliczane są zawsze bez ryzyka. A gdyby wpadł?... Niemiecka sieć szpiegowska doskonale jest zorganizowana w Warszawie. Za kilkanaście godzin wiedzianoby już o tem w Berlinie. Nie wątpił ani na chwilę, że wpływy Geheimrata są tak olbrzymie, że wydostałby go z łatwością nawet z poza siódmej kraty. Ale zawsze lepiej bez niespodzianek... Za pięć tysięcy marek nie warto zbytnio łba nadstawiać.
W myślach operował już Kanner zarobioną gotówką. Dogasające cygaro przerwało jego kalkulacje. Wstał, aby zadusić niedopałek w popielniczce. Powoli zaczęła go ogarniać senność. Spojrzał znów na zegarek: dochodziła godzina 1-sza.
Kanner nie mógł zrozumieć, co też Geheimrat tak długo robi w przyległym pokoju. Przeszedł się w kierunku drzwi i spojrzał do wnętrza. Światło było w pokoju zgaszone, a koralowa zasłona nie pozwalała wzrokiem przebić ciemności. Zrezygnowany usiadł zpowrotem. Senność jednak coraz bardziej zaczęła go opanowywać, obawiał się, że zaśnie w wygodnym fotelu. Wstał i miarowym krokiem zaczął przemierzać gabinet.
Geheimrat Teitelberg nie wracał.
Na ulicy rozległ się nagle sygnał automobilowy. Kanner podszedł do okna. Przed bramą zatrzymała się duża, błyszcząca limuzyna. To baronowa Teitelberg i panna Erika wróciły z teatru.
Za chwilę obie panie w bogatych płaszczach brokatowych obszytych kosztownem futrem weszły do gabinetu. Kanner ukłonił się z wyszukaną uprzejmością.
- Pan czeka na ojca?? - spytała panna Erika zdziwiona obecnością tak późnego gościa.
Tak, czekam. Pan baron wszedł do drugiego pokoju i już od godziny nie wraca.
Młoda dziewczyna spojrzała niedowierzająco na gościa, szybko rozchyliła koralową zasłonę i weszła do przyległego pokoju. Panowała tam zupełna cisza. Odkręciła taster. W pokoju nie było nikogo. Zdziwiona wróciła do gabinetu.
- Ależ, panno Eriko, zapewniam, że ojciec był w drugim pokoju.
- Pan chyba żartuje, - odpowiedziała zniecierpliwiona. - Stamtąd przecież niema drugiego wyjścia.
W oczach Kannera odmalowało się przerażenie.
Baronowa Teitelberg nacisnęła dzwonek. Wszedł Johann.
- Czy pan baron zeszedł na dół? - spytała nerwowo.
- Nie, pan baron w swoim gabinecie był i rozmawiał z tym panem, - służbiście odpowiedział lokaj.
Sytuacja stała się nieznośna. Obecni patrzyli na siebie skonsternowani. Zaalarmowano całą służbę. Po chwili willa oświetlona była rzęsiście. Przeszukano wszystkie pokoje i zakamarki, ale bezskutecznie. Baron Teitelberg jakby zapadł się pod ziemię.
Blady z przerażenia Kanner pobiegł do telefonu i zawiadomił policję o tajemniczym wypadku.