Tajemnica posiadłości w Zachusach - Zuzanna Radomska

Kup ebooka

22.00 zł
17.60 zł (10,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dzień 1 (wtorek)

Godz. 1410

- Pst! - próbowałem zwrócić na siebie uwagę Cześka, który był bardzo skupiony na mowie pożegnalnej, którą wygłaszała ciocia Cecylia. Albo tylko udawał.

Ciotka pełnym żalu głosem recytowała tekst z małej, białej karteczki. Czesiek wpatrywał się w nią bez mrugnięcia okiem. Gdy ciotka dotarła do etapu wspaniałych czynów i zasług świętej pamięci wuja Emiliana, na ustach Cześka zatańczył ledwo zauważalny uśmieszek. To był jednoznaczny sygnał, że myśli o tej całej szopce to samo co ja. Razem z nim cierpliwie wytrzymałem do końca kiepskiego przedstawienia, mając w trakcie niezły ubaw. Niecierpliwie pociągnąłem go za kołnierz i wziąłem na bok, z dala od tłumu.

- Ej - szepnąłem konspiracyjnie. - Nie zgadniesz, co dzisiaj podsłuchałem!

Czesiek podniósł pytająco brwi. Nie czekając ani chwili dłużej, wyrzuciłem wszystko z siebie jednym tchem:

- Podobno wuj miał romans! Z panną Ciś!

Myślałem, że mojemu bratu zaraz oczy wyjdą z orbit. Czesław wziął głęboki oddech i zapytał z jak zwykle niekłamaną ciekawością:

- Skąd masz takie informacje?

- Słyszałem, jak plotkowały ze sobą siostry Duchówne. Informacje z ich ust są z reguły wiarygodne.

Czesiek tylko prychnął w odpowiedzi, machnął ręką i wrócił do reszty rodziny zgromadzonej na dziedzińcu przed kościołem. Najwyraźniej stracił całkowicie zainteresowanie tym tematem.

Nie wierzyłem nawet w Boga, a co dopiero w świętą postawę wuja Emiliana. Był milionerem, bezdzietnym wdowcem, którego własnością była ogromna, staromodna posiadłość w Zachusach. Mimo wielkiego bogactwa, które posiadał, najbliższa rodzina wuja żyła dość skromnie, a nawet biednie. Jego młodsza siostra, a nasza matka, zginęła w tragicznym wypadku dziesięć lat temu. My, wówczas dziesięcioletni chłopcy, trafiliśmy na farmę cioci Cecylii, gdyż wuj nie zgodził się nas przygarnąć. Ojca nigdy nie znaliśmy.

- Darku! - ciocia Cecylia przerwała moje przemyślenia. - Idziemy teraz do domu prawnika Filińskiego. Będzie oficjalne odczytanie testamentu wuja. Jeśli chcesz, możesz iść z nami.

Ciotka spojrzała na mnie wyczekująco. Kątem oka ujrzałem postać w zwiewnej, białej sukience.

- Dołączę do was później. - Nie czekając na odpowiedź cioci, ruszyłem w ślad za białą sukienką.

***

Godz. 1450

- Dariusz! Znowu się spotykamy. - Gabrysia, piękna córka piekarza, uśmiechnęła się do mnie promiennie.

- Witam ponownie! - udałem zaskoczonego nagłym spotkaniem. - Wracam właśnie z pogrzebu wuja.

- Moje kondolencje. - Dziewczynie zrzedła mina.

Machnąłem ręką i rzuciłem beztrosko:

- Nie przejmuj się. Wuj Emilian nie był mi szczególnie bliski. Spotkanie w kościele to czysta formalność.

Dziewczynę opuściło wcześniejsze zażenowanie. Mogłem spokojnie kontynuować rozmowę.

- A ciebie co tu sprowadza, Gabrysiu? Piekarnia ojca jest kawałek stąd.

- Zbieram zioła do mieszanki.

Dziewczyna wzruszyła ramionami, a ja uznałem ten zwykły gest za najpiękniejszy na świecie. Gabi była przeuroczą istotką. A w tym momencie powiedziała coś, co mnie zdziwiło.

- Przechadzałam się też po okolicy z nadzieją, że cię spotkam. Zastanawiałam się, kiedy zdobędziesz się na odwagę i zaprosisz mnie do gospody na tańce.

To, co teraz mi oznajmiła, wprawiło mnie w osłupienie. Nie spodziewałem się po skromnej Gabrysi takiej bezpośredniości. Postanowiłem nie brać jej słów na poważnie.

- Co taki biedny i skromny chłopak jak ja może poradzić w takiej skomplikowanej sytuacji? - zażartowałem.

- Biedny i skromny, powiadasz? - Gabi podniosła brew i zbliżyła się do mnie na odległość kilku centymetrów.

Czułem jej słodki oddech. Myślałem, że oszaleję. I wtedy stało się właśnie to!

- DAREK! - mój ukochany, starszy o piętnaście minut braciszek wydzierał się na całą wieś, biegnąc w moim kierunku i wymachując dziko rękami. - Jesteśmy BOGACI!

W taki sposób, panie i panowie, umiera romantyczność...

Dzień 2 (środa)

Godz. 030

Nie mogłem zasnąć. W głowie kłębiło mi się tysiące myśli. Przekręciłem się na drugi bok na starym łóżku w dawnej sypialni cioci Cecylii. Gdy przybyliśmy po raz pierwszy na jej farmę, ciocia była tak przejęta losem osieroconych bliźniąt, że oddała nam swoją sypialnię, a sama od tamtej pory sypiała w komórce.

To moja ostatnia noc tutaj - przemknęło mi przez głowę. Westchnąłem na myśl o dziwnej, a zarazem trochę przykrej prawdzie. Nie chciałem opuszczać farmy cioci Cecylii na rzecz posiadłości wuja w Zachusach.

- Śpisz? - padło zadane w ciemności pytanie.

- Nie - odpowiedziałem. - Nie mogę zasnąć.

- Wiem, co czujesz - Czesław westchnął. - Chyba nikt się nie spodziewał takiej treści testamentu wuja Emiliana.

- Nie wiem, czy przeprowadzka do Zachus to coś, czego teraz chcę. - W głowie wciąż miałem obraz biednej Gabrysi, która odeszła z przerażeniem w oczach. A może to była troska?

- Jutro wszystko się okaże - powiedział uspokajająco Czesiek. - Śpijmy już.

Zasnąłem, mając przed oczami zmartwioną twarz Gabi i jej usta, które wyglądały, jakby nie zdążyły czegoś wypowiedzieć.

***

Godz. 1000

- Szybciej, chłopcy! - Ciocia Cecylia ubrana w swoją najlepszą suknię przechadzała się niecierpliwie przed powozem. - Chyba nie chcecie się spóźnić!

Źle się czułem wystrojony jak na jakieś wesele. Miałem wrażenie, że to wszystko drapie moją skórę.

- Jeszcze chwila! - krzyknął Czesiek, dopinając ostatnie guziki swojej koszuli.

Ciotka przewróciła oczami. W końcu dziesięć minut później wszyscy wystrojeni jak indyk na niedzielę jechaliśmy powozem przysłanym z Zachus. Czekała nas trzygodzinna podróż przez las. Byłem na to przygotowany - zamknąłem oczy, by zapaść w błogi sen. Ale ciotce Cecylii nie zamykała się buzia.

- Ach, nie mogę się doczekać tej wizyty - paplała podekscytowana. - Ciekawe, jak wygląda ta posiadłość.

Ja również byłem tego ciekaw. Wuj mimo swego bogactwa nie chełpił się majątkiem i nie wyprawiał bankietów ani przyjęć. Niewielkie grono tych, którzy go odwiedzali w święta, opowiadało, że żyje on w wielkim przepychu, który jest widoczny na każdym kroku.

Mimo ciągłego gadania cioci Cecylii podróż ciągnęła się niemiłosiernie. Aż wreszcie całą nieskończoność później powóz stanął. Wyszedłem. Coś mi się nie zgadzało - byliśmy w samym środku lasu!

Nasz woźnica wysiadł z wozu, uścisnął nam ręce, ucałował dłoń ciotki i przedstawił się jako Tadeusz - stajenny w posiadłości wuja w Zachusach.

- Stąd musimy już przejść pieszo do domu. Dookoła całej działki waszego wuja są bardzo bagniste tereny. Musimy zejść z wozu, żebym mógł bezpiecznie przeprowadzić konie do stajni na terenie posiadłości.

Ten "spacer" nie był tak zły, jak sobie wyobrażałem. Szło się całkiem szybko - Tadeusz pokazał nam najlepszą drogę. W tym wszystkim był tylko jeden minus. Wyszliśmy z lasu brudni, po kostki w błocie, umazani na rękach i twarzach.

Przy wejściu stały dwie osoby. Wyglądały jak lokaj i pokojówka.

- Witamy w Zachusach - odezwał się mężczyzna. - Cieszymy się, że wreszcie tu dotarliście.

- My również. - Czesław kiwnął głową. - Nie wiedzieliśmy, że posiadłość wuja jest tak rozległa.

- Zaiste. - Lokaj uśmiechnął się. - Jednak od teraz ta posiadłość jest już wasza.

W tym momencie na mojej umorusanej błotem twarzy po raz pierwszy pojawił się szczery uśmiech.

***

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej