Prolog
Na jednym ze spiralnych ramion galaktyki zwanej Drogą Mleczną krąży
powoli wokół jej oddalonego o trzydzieści tysięcy lat świetlnych środka
niepozorna samotna żółta gwiazda. Tą stabilną gwiazdą, która na
zatoczenie kręgu po swej galaktycznej orbicie potrzebuje 225 milionów
lat, jest Słońce. Gdy poprzednim razem znajdowało się w tym samym
miejscu, na Ziemi, małej niebieskiej planecie, jednym z jego satelitów,
dopiero rozpoczynał się okres dominacji olbrzymich gadów.
Pośród planet i innych ciał niebieskich obiegających Słońce tylko na
Ziemi pojawiło się jakiekolwiek złożone, trwałe życie. Tylko na tym
świecie substancje chemiczne reagowały ze sobą, tworząc bardziej złożone
związki, i w końcu powstały obdarzone świadomością organizmy, które -
gdy poczęły już rozumieć dziwy i rozmiary wszechświata - zaczęły się
zastanawiać, czy podobny cud zdarzył się też gdzie indziej.
Przecież, argumentowali ci myślący Ziemianie, tylko w naszej galaktyce
jest sto miliardów gwiazd. Z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć,
że co najmniej dwadzieścia procent z nich ma układy planetarne, a niewielki, ale znaczący odsetek tych planet miał w jakimś okresie swojej
historii atmosferę i warunki termiczne sprzyjające powstawaniu
aminokwasów i innych związków organicznych niezbędnych do
zapoczątkowania biologicznych przemian. Przynajmniej jeden raz - tu, na
Ziemi - aminokwasy odkryły proces replikacji i rozpoczął się ewolucyjny
cud, który w końcu doprowadził do powstania człowieka. Czy możemy
zakładać, że wydarzyło się to tylko ten jeden raz w historii? Cięższe
atomy, z których jesteśmy zbudowani, powstały we wnętrzach gwiazd i podczas gwiezdnych kataklizmów, które zachodziły we wszechświecie przez
miliardy lat. Czy to możliwe, że tylko tutaj, w tym jednym miejscu,
atomy owe utworzyły cząsteczki, z których powstały istoty rozumne zdolne
postawić pytanie: "Czy jesteśmy sami?"?
Poszukiwania kosmicznych towarzyszy ludzie rozpoczęli od budowy
teleskopów, za pomocą których mogli się przyjrzeć najbliższym planetom.
Później, gdy pozwalała już na to ich technologia, wysyłali w kierunku
tych planet zaawansowane sondy bezzałogowe, by przekonać się, czy są tam
jakiekolwiek ślady życia. Badania te wykazały, że na innych planetach
Układu Słonecznego życie nigdy nie istniało. Ziemscy naukowcy doszli do
wniosku, że o ile w kosmosie w ogóle istnieją jakieś inne cywilizacje, z których przedstawicielami moglibyśmy nawiązać kontakt, należy ich szukać
dalej, wykraczając poza bezkresną pustkę oddzielającą nasz układ
planetarny od innych gwiazd.
U schyłku dwudziestego wieku olbrzymie ziemskie anteny skierowane w niebo rozpoczęły poszukiwania logicznych sygnałów radiowych, które
mogłyby docierać z głębi kosmosu, od istot innego gatunku. Badania te
prowadzono przez ponad sto lat, ze szczególnym natężeniem w cudownym
okresie rozwoju międzynarodowej nauki na początku dwudziestego
pierwszego wieku, ale kiedy czwarta z kolei metoda systematycznej
obserwacji kosmosu nie dała żadnych rezultatów, początkowy optymizm
wyraźnie przygasł.
W 2130 roku, gdy po raz pierwszy odkryto dziwny cylindryczny przedmiot
zmierzający w stronę Układu Słonecznego, większość ludzi była już
przekonana, że życie jest w kosmosie zjawiskiem niezmiernie rzadkim, tym
rzadsze są zaś - o ile w ogóle istnieją gdziekolwiek poza Ziemią - inne
istoty obdarzone inteligencją. Jak bowiem należało rozumieć,
argumentowali naukowcy, brak wyników trwającego przez ostatni wiek
starannego nasłuchu?
Dlatego też Ziemianie byli niezmiernie zdumieni, gdy po dokładniejszych
badaniach okazało się, że obiekt, który w 2130 roku znalazł się w Układzie Słonecznym, jest tworem sztucznym. Był to niepodważalny dowód
na to, że w innej części wszechświata żyją - lub żyły - wysoce
inteligentne istoty rozumne. Gdy przebywający w kosmosie statek wysłano
na spotkanie z tym szarym cylindrycznym olbrzymem większym niż
którakolwiek z ziemskich metropolii, kosmonauci napotykali jedną zagadkę
po drugiej i nie potrafili odpowiedzieć na podstawowe pytania związane z tajemniczą jednostką Obcych. Gość z gwiazd nie dostarczył żadnych
wskazówek dotyczących swojego pochodzenia i zamiarów.
Owa pierwsza grupa odkrywców nie tylko stworzyła katalog cudów Ramy -
gigantycznemu cylindrowi nadano tę nazwę, zanim okazało się, że jest
statkiem kosmicznym Obcych - ale także zbadała jego wnętrze i sporządziła dokładne mapy. Po tym jak kosmonauci opuścili już jego
pokład, a Rama skierował się niemal wprost na Słońce i nabrawszy
prędkości, opuścił Układ Słoneczny, naukowcy skrupulatnie
przeanalizowali dane zebrane w czasie misji. Wszyscy przyznawali, że
ludzie goszczący w tajemniczym statku nie zetknęli się nigdy z jego
budowniczymi. Nieodparcie natomiast nasuwał się jeden wniosek: ci,
którzy zbudowali statek, wyposażali każdy istotny system lub podsystem w dwa układy rezerwowe. Ramowie robili wszystko potrójnie. Naukowcy doszli
więc do wniosku, że - po wizycie pierwszego - należy się
najprawdopodobniej spodziewać kolejnych dwóch statków.
Pierwsze lata po wizycie Ramy I w 2130 roku były pełne nadziei. Naukowcy
i politycy głosili, że w historii ludzkości rozpoczęła się nowa epoka.
Międzynarodowa Agencja Kosmiczna (ISA) we współpracy z Radą Rządów (COG)
stworzyła dokładne procedury postępowania w przypadku kolejnych wizyt
Ramów. W niebo zwrócono wszystkie ziemskie teleskopy, a obserwatoria
astronomiczne i poszczególni badacze rywalizowali o uznanie, jakie
czekać będzie tego, kto pierwszy wypatrzy następnego Ramę. Ale ekrany
radarów były puste.
Druga połowa lat trzydziestych dwudziestego pierwszego wieku przyniosła
gwałtowny kres dynamicznego rozwoju gospodarczego, który częściowo
spowodowany był pojawieniem się Ramy I. Świat pogrążył się w najgłębszym
kryzysie ekonomicznym w swojej historii, znanym jako Wielki Chaos,
któremu towarzyszyły powszechna anarchia i nędza. Zarzucono niemal
wszystkie badania naukowe, a po kilku dziesięcioleciach ubóstwa
Ziemianie prawie całkowicie zapomnieli o tajemniczych gościach z gwiazd.
W 2200 roku do Układu Słonecznego przybył kolejny statek Obcych.
Ziemianie odkurzyli stare procedury, przygotowane na wypadek takich
odwiedzin, i polecieli na spotkanie z Ramą II. Wkrótce po tym, jak
dwunastka wybrańców wkroczyła na jego pokład, poinformowano, że statek
jest niemal taki sam jak jego poprzednik. Kosmonauci napotkali kolejne
tajemnice i dziwy, doszło nawet do spotkania z jakimiś obcymi istotami,
ale wciąż nie znaleziono odpowiedzi na pytania o to, skąd pochodzi Rama
i jakie są jego zamiary.
Tajemnicza śmierć trzech członków załogi wywołała na Ziemi wielki
niepokój, zwłaszcza że wszystkie aspekty tej historycznej misji śledzono
w telewizji. Gdy gigantyczny cylinder zmienił nieoczekiwanie kierunek
lotu i znalazł się na kursie kolizyjnym z Ziemią, niepokój ten zmienił
się w strach i panikę. Przywódcy państw niechętnie przyznali, że z braku
jakichkolwiek informacji należy założyć, iż Rama ma wobec Ziemian wrogie
zamiary. Aby nie dopuścić do zderzenia statku z planetą i uniemożliwić
użycie zaawansowanej broni, jaka mogła się znajdować na jego pokładzie,
postanowili zniszczyć Ramę, dopóki znajdował się jeszcze w bezpiecznej
odległości.
Kosmonauci otrzymali rozkaz natychmiastowego powrotu na Ziemię, jednak
gdy Ramie II udało się uniknąć zniszczenia przez rakiety z głowicami
jądrowymi, na jego pokładzie wciąż znajdowało się troje członków misji,
dwóch mężczyzn i kobieta. Ominąwszy wrogą Ziemię, Rama z ogromną
prędkością opuścił Układ Słoneczny, zabierając ze sobą niewyjaśnione
zagadki i troje ludzi.
Przez trzynaście lat Rama II zmierzał z prędkością podświetlną ku
swojemu celowi - krążącej na odległej orbicie Syriusza olbrzymiej stacji
kosmicznej zwanej Punktem Węzłowym. W tym czasie kosmiczna rodzina na
pokładzie olbrzymiego cylindra powiększyła się o pięcioro dzieci.
Badając swój nowy dom, ludzie ponownie spotkali znane już wcześniej obce
gatunki, ale jeszcze nim dotarli do Punktu Węzłowego, doszli do wniosku,
że istoty te, podobnie jak oni sami, są jedynie pasażerami statku.
Pobyt w Punkcie Węzłowym trwał nieco ponad rok. W tym czasie Rama został
przebudowany oraz przygotowany do trzeciej i ostatniej podróży do Układu
Słonecznego. Od Orła, robota zbudowanego przez inteligencję zarządzającą
Punktem Węzłowym, ludzie dowiedzieli się, że zadaniem statków typu
"Rama" jest zgromadzenie i skatalogowanie możliwie największej liczby
informacji o tych istotach zamieszkujących galaktykę, które odbywają
podróże kosmiczne. Orzeł - istota o głowie, dziobie i oczach orła, a reszcie ciała człowieka - powiadomił ich też, że na pokładzie Ramy III
znajdzie się starannie zaprojektowany ziemski moduł mieszkalny zdolny
pomieścić dwa tysiące ludzi.
Z Punktu Węzłowego nadano drogą radiową w kierunku Ziemi film, który
uprzedzał o powrocie Ramy. Budowniczowie statku wyjaśniali, że chcą
dłuższy czas obserwować i badać zachowanie ludzi, i zażądali w związku z tym, by statki z dwoma tysiącami przedstawicieli ludzkości zostały
wysłane na spotkanie z Ramą na orbicie Marsa.
Rama III powrócił do Układu Słonecznego z prędkością przekraczającą
połowę prędkości światła. Znajdujący się w jego wnętrzu niemal wszyscy
członkowie rodziny, która ponad rok przebywała w Punkcie Węzłowym,
przespali całą drogę w specjalnych pojemnikach. Na orbicie Marsa
powitali przybyłych z Ziemi ludzi, a ci w krótkim czasie zasiedlili
przygotowany dla nich moduł mieszkalny. Powstała w ten sposób kolonia,
nazwana Nowym Edenem, była szczelnie zamknięta i odgrodzona grubymi
ścianami od pozostałych części Ramy.
Gdy wybrani ludzie znaleźli się na pokładzie, Rama III prawie od razu
zaczął przyspieszać i oddalać się od Słońca w kierunku gwiazdy Tau Ceti.
Trzy lata upłynęły bez jakiejkolwiek interwencji Obcych w sprawy ludzi,
a obywatele Nowego Edenu byli tak zajęci codziennym życiem, że nie
poświęcali szczególnej uwagi światu poza obszarem ich kolonii.
Gdy seria kryzysów dotknęła raczkującą demokrację, która istniała w raju
stworzonym dla ludzi przez Ramów, władzę w kolonii przejął
oportunistyczny przedsiębiorca i zaczął bezwzględnie rozprawiać się z opozycją. Jeden z pierwotnych badaczy Ramy II uciekł wówczas z Nowego
Edenu i zdołał nawiązać kontakt z dwoma obcymi symbiotycznymi gatunkami
zamieszkującymi sąsiedni zamknięty moduł. Jego żona pozostała na terenie
kolonii i podjęła bezskuteczną walkę z tyranią. Po kilku miesiącach
uwięziono ją i skazano za zdradę stanu; wyrok śmierci miał zostać
wykonany w najbliższym czasie.
Pogarszające się warunki środowiskowe i spadający poziom życia w Nowym
Edenie skłoniły ludzi do zaatakowania sąsiedniego modułu mieszkalnego w północnej części statku, co doprowadziło do niemal całkowitego
wyniszczenia żyjących tam istot. Tymczasem tajemniczy Ramowie, z którymi
ludzie zetknęli się tylko za pośrednictwem zbudowanych przez nich
urządzeń i robotów, kontynuowali z oddali szczegółowe obserwacje, zdając
sobie sprawę, że chwila, w której ludzie staną oko w oko z gatunkiem
zamieszkującym tereny na południe od Morza Cylindrycznego, jest jedynie
kwestią czasu...
Rozdział 1
Nicole.
W pierwszej chwili pomyślała, że cichy, mechaniczny głos jest częścią
jej snu. Kiedy jednak ktoś powtórzył nieco głośniej jej imię, obudziła
się gwałtownie.
Ogarnął ją strach. Przyszli po mnie, pomyślała natychmiast. Jest już
ranek, za kilka godzin umrę.
Wzięła wolny, głęboki wdech, starając się zdusić narastającą panikę.
Kilka sekund później otworzyła oczy. W celi panowały ciemności.
Zdziwiona zaczęła szukać wzywającej ją osoby.
- Jesteśmy na pryczy, tuż przy pani prawym uchu - rozległy się
wypowiedziane szeptem słowa. - Richard przysłał nas, żebyśmy pomogły
pani w ucieczce... Musimy się spieszyć.
Przez moment Nicole myślała, że nadal śni. Potem jednak usłyszała drugi
głos, bardzo podobny do pierwszego, ale z pewnością należący do innej
osoby.
- Proszę się położyć na prawym boku, pokażemy pani, kim jesteśmy.
Nicole obróciła się posłusznie. Tuż przy swojej głowie ujrzała dwie
kobiece figurki, które miały nie więcej niż dziesięć centymetrów
wysokości. Każdą z postaci rozświetliło na chwilę nikłe światło, którego
źródło znajdowało się wewnątrz tułowia. Jedna miała krótkie włosy i zbroję, jaką w piętnastym wieku nosili europejscy rycerze. Na głowie
drugiej spoczywała korona, a jej ciało okrywała plisowana suknia
średniowiecznej królowej.
- Jestem Joanna d'Arc - powiedziała pierwsza postać.
- A ja Eleonora Akwitańska.
Nicole wybuchnęła nerwowym śmiechem, wciąż wpatrując się z zaskoczeniem
w swych nocnych gości. Gdy kilkanaście sekund później światełka wewnątrz
robotów zgasły, zdołała wreszcie zebrać myśli.
- Więc Richard przysłał was, żebyście pomogły mi uciec? - szepnęła. -
Jak to sobie wyobrażacie?
- Uszkodziłyśmy już system monitoringu - odparła dumnie mała Joanna. - I zmieniłyśmy oprogramowanie biota Garcíi... Przyjdzie tu za kilka minut i wypuści cię z celi.
- Oprócz podstawowego planu ucieczki mamy kilka zapasowych - dodała
Eleonora. - Richard pracował nad tym od wielu miesięcy... praktycznie od
czasu, gdy nas ukończył.
Nicole znów się roześmiała. Nadal była tym wszystkim krańcowo zdumiona.
- Naprawdę? A mogę spytać, gdzie znajduje się w tej chwili mój genialny
mąż?
- Przebywa w waszej starej grocie pod Nowym Jorkiem - odparła Joanna. -
Mam ci powtórzyć, że nic się tam nie zmieniło. Nasze postępy śledzi
dzięki wbudowanym nadajnikom... Przy okazji, Richard przesyła wyrazy
miłości. Nie zapomniał o...
- Proszę, nie ruszaj się przez chwilę - przerwała jej Eleonora,
zwracając się do Nicole, która odruchowo podrapała się za prawym uchem.
- Przymocowuję twój nadajnik, a jest bardzo ciężki.
Chwilę później Nicole dotknęła miniaturowego elektronicznego urządzenia
za uchem i pokręciła głową.
- Czy Richard nas też słyszy? - spytała.
- Zdecydował, że nie będziemy ryzykować transmisji głosowych - odparła
Eleonora. - Nakamura zbyt łatwo mógłby je przechwycić... Będzie jedynie
śledził nasze położenie.
- Możesz już wstać i się ubrać - oznajmiła Joanna. - Chcemy, żebyś była
gotowa, zanim przyjdzie García.
Czy moje życie zawsze będzie takie dziwne? - pomyślała Nicole, myjąc w ciemnościach twarz w prymitywnej misce. Przez kilka sekund zastanawiała
się, czy te dwa roboty nie są częścią przebiegłego spisku władz Nowego
Edenu i czy nie zostanie zabita podczas próby ucieczki. Niemożliwe,
pomyślała ostatecznie. Nawet gdyby któryś ze sługusów Nakamury potrafił
zbudować takie roboty, tylko Richard zna mnie tak dobrze, by wiedzieć,
ile znaczą dla mnie postacie Joanny D'Arc i Eleonory Akwitańskiej... A właściwie co to za różnica zginąć na krześle elektrycznym czy w czasie
próby ucieczki? Wyrok ma zostać wykonany o ósmej rano.
Na korytarzu rozległy się kroki nadchodzącego biota. Nicole czekała w napięciu na rozwój wypadków, wciąż nieprzekonana do końca, że niewielkie
roboty mówiły prawdę.
- Usiądź na pryczy, żebyśmy mogły z Eleonorą wspiąć ci się do kieszeni -
poprosiła stojąca za nią Joanna.
Nicole poczuła, że roboty wdrapują się po jej koszuli, i się
uśmiechnęła. Jesteś niesamowity, Richardzie, pomyślała.
García z latarką w dłoni weszła władczym krokiem do celi.
- Proszę za mną, pani Wakefield - powiedziała głośno. - Mam rozkaz
doprowadzić panią do innego pomieszczenia.
Nicole znów się przeraziła, gdyż biot wcale nie zachowywał się
przyjaźnie. A co, jeśli... Ale nie miała wiele czasu do namysłu, García
bowiem prowadziła ją szybko korytarzem. Dwadzieścia metrów dalej minęły
kilka biotów i dowódcę straży, młodego mężczyznę, którego Nicole nigdy
wcześniej nie widziała.
- Stać! - zawołał mężczyzna, gdy García i Nicole miały już zacząć
wchodzić po schodach.
Nicole zamarła.
- Nie podpisałaś dokumentów - rzekł oficer, podając Garcíi jakieś
papiery.
- Już to robię - powiedział biot i z ogromną szybkością umieścił na nich
swój numer identyfikacyjny.
Niecałą minutę później Nicole znalazła się przed olbrzymim więzieniem, w którym przebywała od wielu miesięcy. Głęboko wciągnęła świeże powietrze
i ruszyła za Garcíą w kierunku Miasta Środkowego.
- Nie, my nie idziemy z tym biotem - zawołała siedząca w jej kieszeni
Eleonora. - Skieruj się na zachód, w stronę oświetlonego młyna. Biegnij.
Do Maxa Pucketta musimy dotrzeć przed świtem.
Więzienie oddalone było od farmy Pucketta o prawie pięć kilometrów.
Nicole biegła stałym tempem wąską drogą popędzana niekiedy przez roboty,
które skrupulatnie kontrolowały czas. Wkrótce miał nadejść świt. W przeciwieństwie do Ziemi, na której noc stopniowo przechodzi w dzień, w Nowym Edenie świt następował nagle. W jednej chwili było ciemno, a w następnej sztuczne słońce zapalało się i rozpoczynało swą krótką
wędrówkę nad modułem mieszkalnym kolonii.
- Za dwanaście minut zrobi się jasno - oznajmiła Joanna, gdy Nicole
dotarła do ścieżki rowerowej, skąd do domu Pucketta było już dwieście
metrów.
Wakefield była zmęczona, ale nie pozwoliła sobie na odpoczynek. W czasie
biegu wśród pól dwukrotnie poczuła w klatce piersiowej tępy ból. Nie
jestem w formie, pomyślała, robiąc sobie wyrzuty, że w celi nie
ćwiczyła regularnie. A na dodatek mam już mniej więcej sześćdziesiąt
lat.
Na farmie było ciemno. Nicole zatrzymała się przed werandą, nie mogąc
złapać tchu. Drzwi otworzyły się niemal natychmiast.
- Czekałem na ciebie - oznajmił Max z kamienną miną podkreślającą powagę
sytuacji i objął ją krótko na powitanie. - Chodź ze mną - rzucił,
ruszając szybko w stronę stodoły. - Na drogach nie pojawiły się na razie
samochody policyjne - powiedział, gdy znaleźli się w środku. -
Prawdopodobnie nie wiedzą jeszcze, że uciekłaś. Ale to kwestia minut.
Na końcu budynku znajdował się drób, przy czym kury miały własny wybieg,
z dala od kogutów. Gdy weszli do kurnika, podniósł się straszny rwetes.
Zwierzęta biegały na wszystkie strony, gdacząc i bijąc skrzydłami o ziemię. Panująca tam przykra woń przyprawiła Nicole o zawrót głowy.
Max się uśmiechnął.
- Wygląda na to, że zapomniałem już, jak bardzo kurze gówno śmierdzi
przeciętnym ludziom - powiedział. - Po prostu przywykłem do tego - dodał
i delikatnie poklepał Nicole po plecach. - Tak czy owak, to dodatkowa
ochrona, a tam, gdzie będziesz siedzieć, nie powinnaś go czuć.
Ruszył do narożnika, przepłoszył kilka ptaków, które stały mu na drodze,
i w końcu opadł na kolana.
- Kiedy te zwariowane robociki Richarda przyszły do mnie po raz pierwszy
- kontynuował, rozgarniając słomę i rozrzucone ziarno - nie mogłem się
zdecydować, gdzie zbudować twoją kryjówkę. Dopiero potem pomyślałem o tym miejscu. - Wyjął z podłogi kilka desek, odsłaniając prostokątny
otwór. - Mam nadzieję, że wybór był dobry.
Dał jej znak, by podążyła za nim, i wpełzł do środka. Posuwali się na
czworakach po ziemi. Przez kilka metrów wąski korytarz biegł pod
podłogą, po czym gwałtownie schodził w dół. Nicole wpadała wciąż na
idącego przodem Maxa i obijała się o sufit oraz nieoszalowane ściany.
Jedynym źródłem światła była niewielka latarka w prawej ręce Pucketta.
Po dalszych piętnastu metrach tunel skończył się w ciemnym
pomieszczeniu. Max ostrożnie zszedł po drabince sznurowej i pomógł zejść
Nicole. Kilka sekund później stanęli na środku pokoju, a gospodarz
wyciągnął rękę i zapalił pojedynczą żarówkę.
- Nie jest to może pałac - stwierdził, gdy Nicole się rozglądała - ale
podejrzewam, że będzie ci tu znacznie lepiej niż w więzieniu.
W pokoju znajdowały się łóżko i krzesło, na dwóch półkach leżała
żywność, a na kolejnej elektroniczne książki na dyskach. W otwartej
szafie wisiało trochę ubrań i stały podstawowe przybory toaletowe. Była
tam również beczka z wodą, która zapewne ledwie zmieściła się w wąskim
korytarzu, a w odległym kącie głęboka kwadratowa latryna.
- Zrobiłeś to wszystko sam? - spytała Nicole.
- Taa - odparł Max. - Pracowałem nocami... przez ostatnie kilka tygodni.
Nie odważyłem się poprosić nikogo o pomoc.
Nicole była wyraźnie poruszona.
- Nie wiem, jak ci się odwdzięczyć - powiedziała.
- Po prostu nie daj się złapać. - Max się uśmiechnął. - Ja także nie
chcę zginąć. A przy okazji - dodał, wręczając jej elektroniczny czytnik
do dysków z książkami - mam nadzieję, że spodobają ci się książki, które
dla ciebie zgromadziłem. Podręczniki hodowania świń i drobiu to nie to
samo co powieści twojego ojca, ale wolałem nie pokazywać się w księgarni, żeby nie zwracać na siebie uwagi.
Nicole pocałowała go w policzek.
- Jesteś wspaniałym przyjacielem, Max - szepnęła. - Nie mogę wprost
uwierzyć, że...
- Na dworze jest już jasno - przerwała jej siedząca w kieszeni Joanna
d'Arc. - Mamy pewne opóźnienie w stosunku do planu. Panie Puckett, zanim
pan nas tutaj zostawi, musimy sprawdzić wyjście awaryjne.
- Cholera - mruknął Max - muszę słuchać rozkazów robota nie większego
niż papieros. - Wyjął Joannę i Eleonorę z kieszeni Nicole i postawił je
na górnej półce, obok puszek z groszkiem. - Widzicie te małe drzwiczki?
- spytał. - Po drugiej stronie jest rura, która wychodzi obok świńskiego
koryta. To jest właśnie wyjście awaryjne.
W ciągu minuty czy dwóch, na które roboty zniknęły za drzwiczkami, Max
wyjaśnił Nicole, jak wygląda sytuacja.
- Policja będzie szukać cię wszędzie - powiedział. - Zwłaszcza tutaj, bo
oni dobrze wiedzą, że jestem twoim przyjacielem. Dlatego muszę zamknąć
wejście do tej kryjówki. Powinnaś mieć wszystko, aby przetrwać tu
przynajmniej kilka tygodni. Roboty mogą sobie chodzić tam i z powrotem...
no chyba że zjedzą je świnie. - Zaśmiał się. - Joanna i Eleonora będą
twoim jedynym kontaktem ze światem. Powiedzą ci, kiedy przyjdzie czas na
drugą fazę ucieczki.
- Więc nie zobaczę cię już więcej?
- W każdym razie nie w ciągu kilku najbliższych tygodni - odparł
Puckett. - To byłoby zbyt niebezpieczne... Jest jeszcze jedna sprawa. Gdy
na górze będzie policja, wyłączę ci prąd. Będzie to sygnał, żebyś
zachowywała się szczególnie cicho.
Eleonora Akwitańska wróciła i zatrzymała się na półce obok puszki z groszkiem.
- Nasze wyjście awaryjne jest znakomite - oznajmiła. - Joanna powróci za
kilka dni. W tym czasie zamierza opuścić moduł mieszkalny i skontaktować
się z Richardem.
- Ja też muszę już iść - rzekł Max. Milczał przez chwilę, po czym dodał:
- Ale najpierw muszę ci coś powiedzieć, moja droga... Jak zapewne wiesz,
przez całe życie byłem kurewsko cyniczny i naprawdę niewielu ludzi darzę
szacunkiem. Ale ty przekonałaś mnie, że może niektórzy z nas są lepsi
niż kury i świnie. - Uśmiechnął się. - Nie jest ich wielu - dodał szybko
- ale zawsze.
- Dziękuję ci, Max.
Puckett podszedł do drabinki, obejrzał się po raz ostatni i zaczął się
wspinać.
Nicole usiadła na krześle i westchnęła. Z odgłosów dochodzących z tunelu
wywnioskowała, że jej przyjaciel blokuje wejście do kryjówki,
umieszczając na nim wielkie worki z ziarnem dla kur.
I co teraz będzie? - zastanowiła się. Zdała sobie sprawę, że w ciągu
pięciu dni, jakie upłynęły od ogłoszenia wyroku, myślała głównie o nadchodzącej śmierci. Teraz, nie bojąc się już natychmiastowej
egzekucji, mogła sobie pozwolić na refleksję.
Najpierw pomyślała o Richardzie, swoim mężu i przyjacielu, którego nie
widziała od ponad dwóch lat. Doskonale pamiętała ich ostatni wspólny
wieczór, straszliwą rzeź podczas ślubu jej córki Ellie z doktorem
Robertem Turnerem. Richard był przekonany, że podobnie jak Kenji
Watanabe i Piotr Myszkin, my także mieliśmy zginąć. I chyba miał rację.
Tyle że z powodu jego ucieczki zrobiono z niego głównego wroga, a mnie
na jakiś czas zostawiono w spokoju.
Myślałam już, że nie żyjesz, Richardzie. Powinnam mieć więcej wiary...
Ale jak, do diaska, wylądowałeś znów w Nowym Jorku?
Siedząc na jedynym krześle w swojej podziemnej kryjówce, Nicole poczuła
przypływ tęsknoty za mężem. Przed oczami przemknęła jej seria obrazów z przeszłości. Najpierw ujrzała siebie w ptasiej grocie na pokładzie Ramy
II, wiele, wiele lat temu, gdy była chwilowo więźniem tych dziwnych,
przypominających ptaki stworzeń, które porozumiewały się językiem
pisków. To Richard ją tam odnalazł; ryzykując życie, wrócił do Nowego
Jorku, żeby przekonać się, czy ona wciąż żyje. Gdyby tego nie zrobił,
Nicole na zawsze pozostałaby na wyspie.
Kiedy odcięci od świata usiłowali wymyślić, jak pokonać Morze
Cylindryczne i dotrzeć do swoich towarzyszy na pokładzie Newtona,
zostali kochankami. Zdziwiły ją i rozbawiły silne emocje towarzyszące
wspomnieniom początków ich miłości. Razem przeżyliśmy atak rakiet z głowicami nuklearnymi, pomyślała. Przeżyliśmy nawet moją idiotyczną
próbę spłodzenia z innym mężczyzną potomstwa o bardziej różnorodnych
genach.
Nicole skrzywiła się na wspomnienie swojej naiwności sprzed lat.
Przebaczyłeś mi, Richardzie, choć jestem pewna, że nie przyszło ci to
łatwo. A potem, gdy dotarliśmy do Punktu Węzłowego i projektowaliśmy z Orłem ziemski moduł mieszkalny, zbliżyliśmy się do siebie jeszcze
bardziej.
Czym tak naprawdę był Orzeł? - zastanawiała się, zmieniwszy temat
rozmyślań. I kto lub co go zbudowało? Oczami wyobraźni ujrzała
dziwaczną istotę, jedyną, z jaką spotykali się w Punkcie Węzłowym
podczas przebudowy Ramy. Istota o twarzy orła i przypominającym ludzkie
ciele powiedziała, że jest robotem zbudowanym specjalnie po to, by
towarzyszył ludziom. Jego oczy były niezwykłe, niemal mistyczne, a spojrzenie miał równie intensywne jak Omeh, przypomniała sobie.
Jej pradziadek Omeh miał na sobie zieloną szatę szamana plemienia
Senufów, gdy odwiedził ją w Rzymie dwa tygodnie przed startem Newtona.
Wcześniej Nicole spotkała go dwukrotnie w rodzinnej wiosce matki na
Wybrzeżu Kości Słoniowej - raz podczas ceremonii Poro, kiedy miała
siedem lat, a po raz drugi trzy lata później, na pogrzebie matki. Już
wtedy stary szaman zaczął przygotowywać ją do, jak to określił,
"niezwykłego życia". Omeh twierdził, że to właśnie Nicole jest kobietą,
o której kroniki Senufów mówiły, że "owoc żywota swego zabierze do
gwiazd".
Omeh, Orzeł i Richard... co za grupa! - pomyślała. Do tej trójki
dołączył Henryk, książę Walii, a Nicole poczuła znów przez moment
potężne uniesienie towarzyszące ich krótkiemu romansowi, do którego
doszło ledwie kilka dni po tym, jak zdobyła złoty medal na igrzyskach.
Raz jeszcze przeżyła ból odrzucenia. Ale przecież gdyby nie było
Henryka, przypomniała sobie, nie byłoby Genevi?ve...
Myśląc o pozostawionej na Ziemi ukochanej córce, Nicole rozejrzała się
po pokoju. Jej wzrok zatrzymał się na półce z elektronicznymi książkami.
Podeszła do niej i zaczęła czytać tytuły. Niektóre książki rzeczywiście
dotyczyły hodowli świń i drobiu, ale nie wszystkie. Wyglądało na to, że
Max oddał jej całą swoją bibliotekę.
Uśmiechnęła się do siebie, wyjmując zbiór bajek. Włożyła dysk do
czytnika, przejrzała jego zawartość i wybrała bajkę o Śpiącej Królewnie.
Doczytawszy do słów "a potem żyli długo i szczęśliwie", niezwykle
wyraźnie przypomniała sobie pewną scenę z dzieciństwa. Była jeszcze
mała, miała nie więcej niż sześć czy siedem lat. Siedziała na kolanach
ojca w ich domu w Chilly-Mazarin na przedmieściach Paryża.
Bardzo chciałam wówczas być księżniczką i żyć długo i szczęśliwie,
pomyślała. Skąd miałam wiedzieć, że w porównaniu z moim życiem nawet
bajki będą się wydawały zupełnie zwyczajnymi historiami?
Odłożyła dysk na półkę i ponownie usiadła na krześle. A teraz, kiedy
myślałam już, że to niezwykłe życie dobiegło końca, najwyraźniej
darowano mi jeszcze przynajmniej kilka dni.
Znów pomyślała o mężu i tęsknota wróciła. Tak wiele razem przeżyliśmy,
mój kochany Richardzie. Mam nadzieję, że znów poczuję twój dotyk,
usłyszę twój śmiech i zobaczę twoją twarz. Ale jeżeli tak się nie
stanie, spróbuję się nie skarżyć. I tak doświadczyłam w życiu wielu
cudownych chwil...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki