Tajemnica Ramy - Arthur C. Clarke, Gentry Lee

Kup ebooka

49.99 zł
38.99 zł (27,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Na jed­nym ze spi­ral­nych ramion galak­tyki zwa­nej Drogą Mleczną krąży powoli wokół jej odda­lo­nego o trzy­dzie­ści tysięcy lat świetl­nych środka nie­po­zorna samotna żółta gwiazda. Tą sta­bilną gwiazdą, która na zato­cze­nie kręgu po swej galak­tycz­nej orbi­cie potrze­buje 225 milio­nów lat, jest Słońce. Gdy poprzed­nim razem znaj­do­wało się w tym samym miej­scu, na Ziemi, małej nie­bie­skiej pla­ne­cie, jed­nym z jego sate­li­tów, dopiero roz­po­czy­nał się okres domi­na­cji olbrzy­mich gadów.

Pośród pla­net i innych ciał nie­bie­skich obie­ga­ją­cych Słońce tylko na Ziemi poja­wiło się jakie­kol­wiek zło­żone, trwałe życie. Tylko na tym świe­cie sub­stan­cje che­miczne reago­wały ze sobą, two­rząc bar­dziej zło­żone związki, i w końcu powstały obda­rzone świa­do­mo­ścią orga­ni­zmy, które - gdy poczęły już rozu­mieć dziwy i roz­miary wszech­świata - zaczęły się zasta­na­wiać, czy podobny cud zda­rzył się też gdzie indziej.

Prze­cież, argu­men­to­wali ci myślący Zie­mia­nie, tylko w naszej galak­tyce jest sto miliar­dów gwiazd. Z dużym praw­do­po­do­bień­stwem można powie­dzieć, że co naj­mniej dwa­dzie­ścia pro­cent z nich ma układy pla­ne­tarne, a nie­wielki, ale zna­czący odse­tek tych pla­net miał w jakimś okre­sie swo­jej histo­rii atmos­ferę i warunki ter­miczne sprzy­ja­jące powsta­wa­niu ami­no­kwa­sów i innych związ­ków orga­nicz­nych nie­zbęd­nych do zapo­cząt­ko­wa­nia bio­lo­gicz­nych prze­mian. Przynaj­mniej jeden raz - tu, na Ziemi - ami­no­kwasy odkryły pro­ces repli­ka­cji i roz­po­czął się ewo­lu­cyjny cud, który w końcu dopro­wa­dził do powsta­nia czło­wieka. Czy możemy zakła­dać, że wyda­rzyło się to tylko ten jeden raz w histo­rii? Cięż­sze atomy, z któ­rych jeste­śmy zbu­do­wani, powstały we wnę­trzach gwiazd i pod­czas gwiezd­nych kata­kli­zmów, które zacho­dziły we wszech­świe­cie przez miliardy lat. Czy to moż­liwe, że tylko tutaj, w tym jed­nym miej­scu, atomy owe utwo­rzyły czą­steczki, z któ­rych powstały istoty rozumne zdolne posta­wić pyta­nie: "Czy jeste­śmy sami?"?

Poszu­ki­wa­nia kosmicz­nych towa­rzy­szy ludzie roz­po­częli od budowy tele­sko­pów, za pomocą któ­rych mogli się przyj­rzeć naj­bliż­szym pla­ne­tom. Póź­niej, gdy pozwa­lała już na to ich tech­no­lo­gia, wysy­łali w kie­runku tych pla­net zaawan­so­wane sondy bez­za­ło­gowe, by prze­ko­nać się, czy są tam jakie­kol­wiek ślady życia. Bada­nia te wyka­zały, że na innych pla­netach Układu Sło­necz­nego życie ni­gdy nie ist­niało. Ziem­scy naukowcy doszli do wnio­sku, że o ile w kosmo­sie w ogóle ist­nieją jakieś inne cywi­li­za­cje, z któ­rych przed­sta­wi­cie­lami mogli­by­śmy nawią­zać kon­takt, należy ich szu­kać dalej, wykra­cza­jąc poza bez­kre­sną pustkę oddzie­la­jącą nasz układ pla­netarny od innych gwiazd.

U schyłku dwu­dzie­stego wieku olbrzy­mie ziem­skie anteny skie­ro­wane w niebo roz­po­częły poszu­ki­wa­nia logicz­nych sygna­łów radio­wych, które mogłyby docie­rać z głębi kosmosu, od istot innego gatunku. Bada­nia te pro­wa­dzono przez ponad sto lat, ze szcze­gól­nym natę­że­niem w cudow­nym okre­sie roz­woju mię­dzy­na­ro­do­wej nauki na początku dwu­dzie­stego pierw­szego wieku, ale kiedy czwarta z kolei metoda sys­te­ma­tycz­nej obser­wa­cji kosmosu nie dała żad­nych rezul­ta­tów, począt­kowy opty­mizm wyraź­nie przy­gasł.

W 2130 roku, gdy po raz pierw­szy odkryto dziwny cylin­dryczny przed­miot zmie­rza­jący w stronę Układu Sło­necz­nego, więk­szość ludzi była już prze­ko­nana, że życie jest w kosmo­sie zja­wi­skiem nie­zmier­nie rzad­kim, tym rzad­sze są zaś - o ile w ogóle ist­nieją gdzie­kol­wiek poza Zie­mią - inne istoty obda­rzone inte­li­gen­cją. Jak bowiem nale­żało rozu­mieć, argu­men­to­wali naukowcy, brak wyni­ków trwa­ją­cego przez ostatni wiek sta­ran­nego nasłu­chu?

Dla­tego też Zie­mia­nie byli nie­zmier­nie zdu­mieni, gdy po dokład­niej­szych bada­niach oka­zało się, że obiekt, który w 2130 roku zna­lazł się w Ukła­dzie Sło­necz­nym, jest two­rem sztucz­nym. Był to nie­pod­wa­żalny dowód na to, że w innej czę­ści wszech­świata żyją - lub żyły - wysoce inte­li­gentne istoty rozumne. Gdy prze­by­wa­jący w kosmo­sie sta­tek wysłano na spo­tka­nie z tym sza­rym cylin­drycz­nym olbrzy­mem więk­szym niż któ­ra­kol­wiek z ziem­skich metro­po­lii, kosmo­nauci napo­ty­kali jedną zagadkę po dru­giej i nie potra­fili odpo­wie­dzieć na pod­sta­wowe pyta­nia zwią­zane z tajem­ni­czą jed­nostką Obcych. Gość z gwiazd nie dostar­czył żad­nych wska­zó­wek doty­czą­cych swo­jego pocho­dze­nia i zamia­rów.

Owa pierw­sza grupa odkryw­ców nie tylko stwo­rzyła kata­log cudów Ramy - gigan­tycz­nemu cylin­drowi nadano tę nazwę, zanim oka­zało się, że jest stat­kiem kosmicz­nym Obcych - ale także zba­dała jego wnę­trze i spo­rzą­dziła dokładne mapy. Po tym jak kosmo­nauci opu­ścili już jego pokład, a Rama skie­ro­wał się nie­mal wprost na Słońce i nabraw­szy pręd­ko­ści, opu­ścił Układ Sło­neczny, naukowcy skru­pu­lat­nie prze­ana­li­zo­wali dane zebrane w cza­sie misji. Wszy­scy przy­zna­wali, że ludzie gosz­czący w tajem­ni­czym statku nie zetknęli się ni­gdy z jego budow­ni­czymi. Nie­od­par­cie nato­miast nasu­wał się jeden wnio­sek: ci, któ­rzy zbu­do­wali sta­tek, wypo­sa­żali każdy istotny sys­tem lub podsys­tem w dwa układy rezer­wowe. Ramo­wie robili wszystko potrój­nie. Naukowcy doszli więc do wnio­sku, że - po wizy­cie pierw­szego - należy się naj­praw­do­po­dob­niej spo­dzie­wać kolej­nych dwóch stat­ków.

Pierw­sze lata po wizy­cie Ramy I w 2130 roku były pełne nadziei. Naukowcy i poli­tycy gło­sili, że w histo­rii ludz­ko­ści roz­po­częła się nowa epoka. Mię­dzy­na­ro­dowa Agen­cja Kosmiczna (ISA) we współ­pracy z Radą Rzą­dów (COG) stwo­rzyła dokładne pro­ce­dury postę­po­wa­nia w przy­padku kolej­nych wizyt Ramów. W niebo zwró­cono wszyst­kie ziem­skie tele­skopy, a obser­wa­to­ria astro­no­miczne i poszcze­gólni bada­cze rywa­li­zo­wali o uzna­nie, jakie cze­kać będzie tego, kto pierw­szy wypa­trzy następ­nego Ramę. Ale ekrany rada­rów były puste.

Druga połowa lat trzy­dzie­stych dwu­dzie­stego pierw­szego wieku przy­nio­sła gwał­towny kres dyna­micz­nego roz­woju gospo­dar­czego, który czę­ściowo spo­wo­do­wany był poja­wie­niem się Ramy I. Świat pogrą­żył się w naj­głęb­szym kry­zy­sie eko­no­micz­nym w swo­jej histo­rii, zna­nym jako Wielki Chaos, któ­remu towa­rzy­szyły powszechna anar­chia i nędza. Zarzu­cono nie­mal wszyst­kie bada­nia naukowe, a po kilku dzie­się­cio­le­ciach ubó­stwa Zie­mia­nie pra­wie cał­ko­wi­cie zapo­mnieli o tajem­ni­czych gościach z gwiazd.

W 2200 roku do Układu Sło­necz­nego przy­był kolejny sta­tek Obcych. Zie­mia­nie odku­rzyli stare pro­ce­dury, przy­go­to­wane na wypa­dek takich odwie­dzin, i pole­cieli na spo­tka­nie z Ramą II. Wkrótce po tym, jak dwu­nastka wybrań­ców wkro­czyła na jego pokład, poin­for­mo­wano, że sta­tek jest nie­mal taki sam jak jego poprzed­nik. Kosmo­nauci napo­tkali kolejne tajem­nice i dziwy, doszło nawet do spo­tka­nia z jaki­miś obcymi isto­tami, ale wciąż nie zna­le­ziono odpo­wie­dzi na pyta­nia o to, skąd pocho­dzi Rama i jakie są jego zamiary.

Tajem­ni­cza śmierć trzech człon­ków załogi wywo­łała na Ziemi wielki nie­po­kój, zwłasz­cza że wszyst­kie aspekty tej histo­rycz­nej misji śle­dzono w tele­wi­zji. Gdy gigan­tyczny cylin­der zmie­nił nie­ocze­ki­wa­nie kie­ru­nek lotu i zna­lazł się na kur­sie koli­zyj­nym z Zie­mią, nie­po­kój ten zmie­nił się w strach i panikę. Przy­wódcy państw nie­chęt­nie przy­znali, że z braku jakich­kol­wiek infor­ma­cji należy zało­żyć, iż Rama ma wobec Zie­mian wro­gie zamiary. Aby nie dopu­ścić do zde­rze­nia statku z pla­netą i unie­moż­li­wić uży­cie zaawan­so­wa­nej broni, jaka mogła się znaj­do­wać na jego pokła­dzie, posta­no­wili znisz­czyć Ramę, dopóki znaj­do­wał się jesz­cze w bez­piecz­nej odle­gło­ści.

Kosmo­nauci otrzy­mali roz­kaz natych­mia­sto­wego powrotu na Zie­mię, jed­nak gdy Ramie II udało się unik­nąć znisz­cze­nia przez rakiety z gło­wi­cami jądro­wymi, na jego pokła­dzie wciąż znaj­do­wało się troje człon­ków misji, dwóch męż­czyzn i kobieta. Omi­nąw­szy wrogą Zie­mię, Rama z ogromną pręd­ko­ścią opu­ścił Układ Sło­neczny, zabie­ra­jąc ze sobą nie­wy­ja­śnione zagadki i troje ludzi.

Przez trzy­na­ście lat Rama II zmie­rzał z pręd­ko­ścią pod­świetlną ku swo­jemu celowi - krą­żą­cej na odle­głej orbi­cie Syriu­sza olbrzy­miej sta­cji kosmicz­nej zwa­nej Punk­tem Węzło­wym. W tym cza­sie kosmiczna rodzina na pokła­dzie olbrzy­miego cylin­dra powięk­szyła się o pię­cioro dzieci. Bada­jąc swój nowy dom, ludzie ponow­nie spo­tkali znane już wcze­śniej obce gatunki, ale jesz­cze nim dotarli do Punktu Węzło­wego, doszli do wnio­sku, że istoty te, podob­nie jak oni sami, są jedy­nie pasa­że­rami statku.

Pobyt w Punk­cie Węzło­wym trwał nieco ponad rok. W tym cza­sie Rama został prze­bu­do­wany oraz przy­go­to­wany do trze­ciej i ostat­niej podróży do Układu Sło­necz­nego. Od Orła, robota zbu­do­wa­nego przez inte­li­gen­cję zarzą­dza­jącą Punk­tem Węzło­wym, ludzie dowie­dzieli się, że zada­niem stat­ków typu "Rama" jest zgro­ma­dze­nie i ska­ta­lo­go­wa­nie moż­li­wie naj­więk­szej liczby infor­ma­cji o tych isto­tach zamiesz­ku­ją­cych galak­tykę, które odby­wają podróże kosmiczne. Orzeł - istota o gło­wie, dzio­bie i oczach orła, a resz­cie ciała czło­wieka - powia­do­mił ich też, że na pokła­dzie Ramy III znaj­dzie się sta­ran­nie zapro­jek­to­wany ziem­ski moduł miesz­kalny zdolny pomie­ścić dwa tysiące ludzi.

Z Punktu Węzło­wego nadano drogą radiową w kie­runku Ziemi film, który uprze­dzał o powro­cie Ramy. Budow­ni­czo­wie statku wyja­śniali, że chcą dłuż­szy czas obser­wo­wać i badać zacho­wa­nie ludzi, i zażą­dali w związku z tym, by statki z dwoma tysią­cami przed­sta­wi­cieli ludz­ko­ści zostały wysłane na spo­tka­nie z Ramą na orbi­cie Marsa.

Rama III powró­cił do Układu Sło­necz­nego z pręd­ko­ścią prze­kra­cza­jącą połowę pręd­ko­ści świa­tła. Znaj­du­jący się w jego wnę­trzu nie­mal wszy­scy człon­ko­wie rodziny, która ponad rok prze­by­wała w Punk­cie Węzło­wym, prze­spali całą drogę w spe­cjal­nych pojem­ni­kach. Na orbi­cie Marsa powi­tali przy­by­łych z Ziemi ludzi, a ci w krót­kim cza­sie zasie­dlili przy­go­to­wany dla nich moduł miesz­kalny. Powstała w ten spo­sób kolo­nia, nazwana Nowym Ede­nem, była szczel­nie zamknięta i odgro­dzona gru­bymi ścia­nami od pozo­sta­łych czę­ści Ramy.

Gdy wybrani ludzie zna­leźli się na pokła­dzie, Rama III pra­wie od razu zaczął przy­spie­szać i odda­lać się od Słońca w kie­runku gwiazdy Tau Ceti. Trzy lata upły­nęły bez jakiej­kol­wiek inter­wen­cji Obcych w sprawy ludzi, a oby­wa­tele Nowego Edenu byli tak zajęci codzien­nym życiem, że nie poświę­cali szcze­gól­nej uwagi światu poza obsza­rem ich kolo­nii.

Gdy seria kry­zy­sów dotknęła racz­ku­jącą demo­kra­cję, która ist­niała w raju stwo­rzo­nym dla ludzi przez Ramów, wła­dzę w kolo­nii prze­jął opor­tu­ni­styczny przed­się­biorca i zaczął bez­względ­nie roz­pra­wiać się z opo­zy­cją. Jeden z pier­wot­nych bada­czy Ramy II uciekł wów­czas z Nowego Edenu i zdo­łał nawią­zać kon­takt z dwoma obcymi sym­bio­tycz­nymi gatun­kami zamiesz­ku­ją­cymi sąsiedni zamknięty moduł. Jego żona pozo­stała na tere­nie kolo­nii i pod­jęła bez­sku­teczną walkę z tyra­nią. Po kilku mie­sią­cach uwię­ziono ją i ska­zano za zdradę stanu; wyrok śmierci miał zostać wyko­nany w naj­bliż­szym cza­sie.

Pogar­sza­jące się warunki śro­do­wi­skowe i spa­da­jący poziom życia w Nowym Ede­nie skło­niły ludzi do zaata­ko­wa­nia sąsied­niego modułu miesz­kal­nego w pół­noc­nej czę­ści statku, co dopro­wa­dziło do nie­mal cał­ko­wi­tego wynisz­cze­nia żyją­cych tam istot. Tym­cza­sem tajem­ni­czy Ramo­wie, z któ­rymi ludzie zetknęli się tylko za pośred­nic­twem zbu­do­wa­nych przez nich urzą­dzeń i robo­tów, kon­ty­nu­owali z oddali szcze­gó­łowe obser­wa­cje, zda­jąc sobie sprawę, że chwila, w któ­rej ludzie staną oko w oko z gatun­kiem zamiesz­ku­ją­cym tereny na połu­dnie od Morza Cylin­drycz­nego, jest jedy­nie kwe­stią czasu...

Rozdział 1

Nicole.

W pierw­szej chwili pomy­ślała, że cichy, mecha­niczny głos jest czę­ścią jej snu. Kiedy jed­nak ktoś powtó­rzył nieco gło­śniej jej imię, obu­dziła się gwał­tow­nie.

Ogar­nął ją strach. Przy­szli po mnie, pomy­ślała natych­miast. Jest już ranek, za kilka godzin umrę.

Wzięła wolny, głę­boki wdech, sta­ra­jąc się zdu­sić nara­sta­jącą panikę. Kilka sekund póź­niej otwo­rzyła oczy. W celi pano­wały ciem­no­ści. Zdzi­wiona zaczęła szu­kać wzy­wa­ją­cej ją osoby.

- Jeste­śmy na pry­czy, tuż przy pani pra­wym uchu - roz­le­gły się wypo­wie­dziane szep­tem słowa. - Richard przy­słał nas, żeby­śmy pomo­gły pani w ucieczce... Musimy się spie­szyć.

Przez moment Nicole myślała, że na­dal śni. Potem jed­nak usły­szała drugi głos, bar­dzo podobny do pierw­szego, ale z pew­no­ścią nale­żący do innej osoby.

- Pro­szę się poło­żyć na pra­wym boku, poka­żemy pani, kim jeste­śmy.

Nicole obró­ciła się posłusz­nie. Tuż przy swo­jej gło­wie ujrzała dwie kobiece figurki, które miały nie wię­cej niż dzie­sięć cen­ty­me­trów wyso­ko­ści. Każdą z postaci roz­świe­tliło na chwilę nikłe świa­tło, któ­rego źró­dło znaj­do­wało się wewnątrz tuło­wia. Jedna miała krót­kie włosy i zbroję, jaką w pięt­na­stym wieku nosili euro­pej­scy ryce­rze. Na gło­wie dru­giej spo­czy­wała korona, a jej ciało okry­wała pli­so­wana suk­nia śre­dnio­wiecz­nej kró­lo­wej.

- Jestem Joanna d'Arc - powie­działa pierw­sza postać.

- A ja Ele­onora Akwi­tań­ska.

Nicole wybuch­nęła ner­wo­wym śmie­chem, wciąż wpa­tru­jąc się z zasko­cze­niem w swych noc­nych gości. Gdy kil­ka­na­ście sekund póź­niej świa­tełka wewnątrz robo­tów zga­sły, zdo­łała wresz­cie zebrać myśli.

- Więc Richard przy­słał was, żeby­ście pomo­gły mi uciec? - szep­nęła. - Jak to sobie wyobra­ża­cie?

- Uszko­dzi­ły­śmy już sys­tem moni­to­ringu - odparła dum­nie mała Joanna. - I zmie­ni­ły­śmy opro­gra­mo­wa­nie biota Garcíi... Przyj­dzie tu za kilka minut i wypu­ści cię z celi.

- Oprócz pod­sta­wo­wego planu ucieczki mamy kilka zapa­so­wych - dodała Ele­onora. - Richard pra­co­wał nad tym od wielu mie­sięcy... prak­tycz­nie od czasu, gdy nas ukoń­czył.

Nicole znów się roze­śmiała. Na­dal była tym wszyst­kim krań­cowo zdu­miona.

- Naprawdę? A mogę spy­tać, gdzie znaj­duje się w tej chwili mój genialny mąż?

- Prze­bywa w waszej sta­rej gro­cie pod Nowym Jor­kiem - odparła Joanna. - Mam ci powtó­rzyć, że nic się tam nie zmie­niło. Nasze postępy śle­dzi dzięki wbu­do­wa­nym nadaj­ni­kom... Przy oka­zji, Richard prze­syła wyrazy miło­ści. Nie zapo­mniał o...

- Pro­szę, nie ruszaj się przez chwilę - prze­rwała jej Ele­onora, zwra­ca­jąc się do Nicole, która odru­chowo podra­pała się za pra­wym uchem. - Przy­mo­co­wuję twój nadaj­nik, a jest bar­dzo ciężki.

Chwilę póź­niej Nicole dotknęła minia­tu­ro­wego elek­tro­nicz­nego urzą­dze­nia za uchem i pokrę­ciła głową.

- Czy Richard nas też sły­szy? - spy­tała.

- Zde­cy­do­wał, że nie będziemy ryzy­ko­wać trans­mi­sji gło­so­wych - odparła Ele­onora. - Naka­mura zbyt łatwo mógłby je prze­chwy­cić... Będzie jedy­nie śle­dził nasze poło­że­nie.

- Możesz już wstać i się ubrać - oznaj­miła Joanna. - Chcemy, żebyś była gotowa, zanim przyj­dzie García.

Czy moje życie zawsze będzie takie dziwne? - pomy­ślała Nicole, myjąc w ciem­no­ściach twarz w pry­mi­tyw­nej misce. Przez kilka sekund zasta­na­wiała się, czy te dwa roboty nie są czę­ścią prze­bie­głego spi­sku władz Nowego Edenu i czy nie zosta­nie zabita pod­czas próby ucieczki. Nie­moż­liwe, pomy­ślała osta­tecz­nie. Nawet gdyby któ­ryś ze słu­gu­sów Naka­mury potra­fił zbu­do­wać takie roboty, tylko Richard zna mnie tak dobrze, by wie­dzieć, ile zna­czą dla mnie posta­cie Joanny D'Arc i Ele­onory Akwi­tań­skiej... A wła­ści­wie co to za róż­nica zgi­nąć na krze­śle elek­trycz­nym czy w cza­sie próby ucieczki? Wyrok ma zostać wyko­nany o ósmej rano.

Na kory­ta­rzu roz­le­gły się kroki nad­cho­dzą­cego biota. Nicole cze­kała w napię­ciu na roz­wój wypad­ków, wciąż nie­prze­ko­nana do końca, że nie­wiel­kie roboty mówiły prawdę.

- Usiądź na pry­czy, żeby­śmy mogły z Ele­onorą wspiąć ci się do kie­szeni - popro­siła sto­jąca za nią Joanna.

Nicole poczuła, że roboty wdra­pują się po jej koszuli, i się uśmiech­nęła. Jesteś nie­sa­mo­wity, Richar­dzie, pomy­ślała.

García z latarką w dłoni weszła wład­czym kro­kiem do celi.

- Pro­szę za mną, pani Wake­field - powie­działa gło­śno. - Mam roz­kaz dopro­wa­dzić panią do innego pomiesz­cze­nia.

Nicole znów się prze­ra­ziła, gdyż biot wcale nie zacho­wy­wał się przy­jaź­nie. A co, jeśli... Ale nie miała wiele czasu do namy­słu, García bowiem pro­wa­dziła ją szybko kory­ta­rzem. Dwa­dzie­ścia metrów dalej minęły kilka bio­tów i dowódcę straży, mło­dego męż­czy­znę, któ­rego Nicole ni­gdy wcze­śniej nie widziała.

- Stać! - zawo­łał męż­czy­zna, gdy García i Nicole miały już zacząć wcho­dzić po scho­dach.

Nicole zamarła.

- Nie pod­pi­sa­łaś doku­men­tów - rzekł ofi­cer, poda­jąc Garcíi jakieś papiery.

- Już to robię - powie­dział biot i z ogromną szyb­ko­ścią umie­ścił na nich swój numer iden­ty­fi­ka­cyjny.

Nie­całą minutę póź­niej Nicole zna­la­zła się przed olbrzy­mim wię­zie­niem, w któ­rym prze­by­wała od wielu mie­sięcy. Głę­boko wcią­gnęła świeże powie­trze i ruszyła za Garcíą w kie­runku Mia­sta Środ­ko­wego.

- Nie, my nie idziemy z tym bio­tem - zawo­łała sie­dząca w jej kie­szeni Ele­onora. - Skie­ruj się na zachód, w stronę oświe­tlo­nego młyna. Bie­gnij. Do Maxa Puc­ketta musimy dotrzeć przed świ­tem.

Wię­zie­nie odda­lone było od farmy Puc­ketta o pra­wie pięć kilo­me­trów. Nicole bie­gła sta­łym tem­pem wąską drogą popę­dzana nie­kiedy przez roboty, które skru­pu­lat­nie kon­tro­lo­wały czas. Wkrótce miał nadejść świt. W prze­ci­wień­stwie do Ziemi, na któ­rej noc stop­niowo prze­cho­dzi w dzień, w Nowym Ede­nie świt nastę­po­wał nagle. W jed­nej chwili było ciemno, a w następ­nej sztuczne słońce zapa­lało się i roz­po­czy­nało swą krótką wędrówkę nad modu­łem miesz­kal­nym kolo­nii.

- Za dwa­na­ście minut zrobi się jasno - oznaj­miła Joanna, gdy Nicole dotarła do ścieżki rowe­ro­wej, skąd do domu Puc­ketta było już dwie­ście metrów.

Wake­field była zmę­czona, ale nie pozwo­liła sobie na odpo­czy­nek. W cza­sie biegu wśród pól dwu­krot­nie poczuła w klatce pier­sio­wej tępy ból. Nie jestem w for­mie, pomy­ślała, robiąc sobie wyrzuty, że w celi nie ćwi­czyła regu­lar­nie. A na doda­tek mam już mniej wię­cej sześć­dzie­siąt lat.

Na far­mie było ciemno. Nicole zatrzy­mała się przed werandą, nie mogąc zła­pać tchu. Drzwi otwo­rzyły się nie­mal natych­miast.

- Cze­ka­łem na cie­bie - oznaj­mił Max z kamienną miną pod­kre­śla­jącą powagę sytu­acji i objął ją krótko na powi­ta­nie. - Chodź ze mną - rzu­cił, rusza­jąc szybko w stronę sto­doły. - Na dro­gach nie poja­wiły się na razie samo­chody poli­cyjne - powie­dział, gdy zna­leźli się w środku. - Praw­do­po­dob­nie nie wie­dzą jesz­cze, że ucie­kłaś. Ale to kwe­stia minut.

Na końcu budynku znaj­do­wał się drób, przy czym kury miały wła­sny wybieg, z dala od kogu­tów. Gdy weszli do kur­nika, pod­niósł się straszny rwe­tes. Zwie­rzęta bie­gały na wszyst­kie strony, gda­cząc i bijąc skrzy­dłami o zie­mię. Panu­jąca tam przy­kra woń przy­pra­wiła Nicole o zawrót głowy.

Max się uśmiech­nął.

- Wygląda na to, że zapo­mnia­łem już, jak bar­dzo kurze gówno śmier­dzi prze­cięt­nym ludziom - powie­dział. - Po pro­stu przy­wy­kłem do tego - dodał i deli­kat­nie pokle­pał Nicole po ple­cach. - Tak czy owak, to dodat­kowa ochrona, a tam, gdzie będziesz sie­dzieć, nie powin­naś go czuć.

Ruszył do naroż­nika, prze­pło­szył kilka pta­ków, które stały mu na dro­dze, i w końcu opadł na kolana.

- Kiedy te zwa­rio­wane robo­ciki Richarda przy­szły do mnie po raz pierw­szy - kon­ty­nu­ował, roz­gar­nia­jąc słomę i roz­rzu­cone ziarno - nie mogłem się zde­cy­do­wać, gdzie zbu­do­wać twoją kry­jówkę. Dopiero potem pomy­śla­łem o tym miej­scu. - Wyjął z pod­łogi kilka desek, odsła­nia­jąc pro­sto­kątny otwór. - Mam nadzieję, że wybór był dobry.

Dał jej znak, by podą­żyła za nim, i wpełzł do środka. Posu­wali się na czwo­ra­kach po ziemi. Przez kilka metrów wąski kory­tarz biegł pod pod­łogą, po czym gwał­tow­nie scho­dził w dół. Nicole wpa­dała wciąż na idą­cego przo­dem Maxa i obi­jała się o sufit oraz nie­osza­lo­wane ściany. Jedy­nym źró­dłem świa­tła była nie­wielka latarka w pra­wej ręce Puc­ketta. Po dal­szych pięt­na­stu metrach tunel skoń­czył się w ciem­nym pomiesz­cze­niu. Max ostroż­nie zszedł po dra­bince sznu­ro­wej i pomógł zejść Nicole. Kilka sekund póź­niej sta­nęli na środku pokoju, a gospo­darz wycią­gnął rękę i zapa­lił poje­dyn­czą żarówkę.

- Nie jest to może pałac - stwier­dził, gdy Nicole się roz­glą­dała - ale podej­rze­wam, że będzie ci tu znacz­nie lepiej niż w wię­zie­niu.

W pokoju znaj­do­wały się łóżko i krze­sło, na dwóch pół­kach leżała żyw­ność, a na kolej­nej elek­tro­niczne książki na dys­kach. W otwar­tej sza­fie wisiało tro­chę ubrań i stały pod­sta­wowe przy­bory toa­le­towe. Była tam rów­nież beczka z wodą, która zapewne led­wie zmie­ściła się w wąskim kory­ta­rzu, a w odle­głym kącie głę­boka kwa­dra­towa latryna.

- Zro­bi­łeś to wszystko sam? - spy­tała Nicole.

- Taa - odparł Max. - Pra­co­wa­łem nocami... przez ostat­nie kilka tygo­dni. Nie odwa­ży­łem się popro­sić nikogo o pomoc.

Nicole była wyraź­nie poru­szona.

- Nie wiem, jak ci się odwdzię­czyć - powie­działa.

- Po pro­stu nie daj się zła­pać. - Max się uśmiech­nął. - Ja także nie chcę zgi­nąć. A przy oka­zji - dodał, wrę­cza­jąc jej elek­tro­niczny czyt­nik do dys­ków z książ­kami - mam nadzieję, że spodo­bają ci się książki, które dla cie­bie zgro­ma­dzi­łem. Pod­ręcz­niki hodo­wa­nia świń i dro­biu to nie to samo co powie­ści two­jego ojca, ale wola­łem nie poka­zy­wać się w księ­garni, żeby nie zwra­cać na sie­bie uwagi.

Nicole poca­ło­wała go w poli­czek.

- Jesteś wspa­nia­łym przy­ja­cie­lem, Max - szep­nęła. - Nie mogę wprost uwie­rzyć, że...

- Na dwo­rze jest już jasno - prze­rwała jej sie­dząca w kie­szeni Joanna d'Arc. - Mamy pewne opóź­nie­nie w sto­sunku do planu. Panie Puc­kett, zanim pan nas tutaj zostawi, musimy spraw­dzić wyj­ście awa­ryjne.

- Cho­lera - mruk­nął Max - muszę słu­chać roz­ka­zów robota nie więk­szego niż papie­ros. - Wyjął Joannę i Ele­onorę z kie­szeni Nicole i posta­wił je na gór­nej półce, obok puszek z grosz­kiem. - Widzi­cie te małe drzwiczki? - spy­tał. - Po dru­giej stro­nie jest rura, która wycho­dzi obok świń­skiego koryta. To jest wła­śnie wyj­ście awa­ryjne.

W ciągu minuty czy dwóch, na które roboty znik­nęły za drzwicz­kami, Max wyja­śnił Nicole, jak wygląda sytu­acja.

- Poli­cja będzie szu­kać cię wszę­dzie - powie­dział. - Zwłasz­cza tutaj, bo oni dobrze wie­dzą, że jestem twoim przy­ja­cie­lem. Dla­tego muszę zamknąć wej­ście do tej kry­jówki. Powin­naś mieć wszystko, aby prze­trwać tu przy­naj­mniej kilka tygo­dni. Roboty mogą sobie cho­dzić tam i z powro­tem... no chyba że zje­dzą je świ­nie. - Zaśmiał się. - Joanna i Ele­onora będą twoim jedy­nym kon­tak­tem ze świa­tem. Powie­dzą ci, kiedy przyj­dzie czas na drugą fazę ucieczki.

- Więc nie zoba­czę cię już wię­cej?

- W każ­dym razie nie w ciągu kilku naj­bliż­szych tygo­dni - odparł Puc­kett. - To byłoby zbyt nie­bez­pieczne... Jest jesz­cze jedna sprawa. Gdy na górze będzie poli­cja, wyłą­czę ci prąd. Będzie to sygnał, żebyś zacho­wy­wała się szcze­gól­nie cicho.

Ele­onora Akwi­tań­ska wró­ciła i zatrzy­mała się na półce obok puszki z grosz­kiem.

- Nasze wyj­ście awa­ryjne jest zna­ko­mite - oznaj­miła. - Joanna powróci za kilka dni. W tym cza­sie zamie­rza opu­ścić moduł miesz­kalny i skon­tak­to­wać się z Richar­dem.

- Ja też muszę już iść - rzekł Max. Mil­czał przez chwilę, po czym dodał: - Ale naj­pierw muszę ci coś powie­dzieć, moja droga... Jak zapewne wiesz, przez całe życie byłem kurew­sko cyniczny i naprawdę nie­wielu ludzi darzę sza­cun­kiem. Ale ty prze­ko­na­łaś mnie, że może nie­któ­rzy z nas są lepsi niż kury i świ­nie. - Uśmiech­nął się. - Nie jest ich wielu - dodał szybko - ale zawsze.

- Dzię­kuję ci, Max.

Puc­kett pod­szedł do dra­binki, obej­rzał się po raz ostatni i zaczął się wspi­nać.

Nicole usia­dła na krze­śle i wes­tchnęła. Z odgło­sów docho­dzą­cych z tunelu wywnio­sko­wała, że jej przy­ja­ciel blo­kuje wej­ście do kry­jówki, umiesz­cza­jąc na nim wiel­kie worki z ziar­nem dla kur.

I co teraz będzie? - zasta­no­wiła się. Zdała sobie sprawę, że w ciągu pię­ciu dni, jakie upły­nęły od ogło­sze­nia wyroku, myślała głów­nie o nad­cho­dzą­cej śmierci. Teraz, nie bojąc się już natych­mia­sto­wej egze­ku­cji, mogła sobie pozwo­lić na reflek­sję.

Naj­pierw pomy­ślała o Richar­dzie, swoim mężu i przy­ja­cielu, któ­rego nie widziała od ponad dwóch lat. Dosko­nale pamię­tała ich ostatni wspólny wie­czór, strasz­liwą rzeź pod­czas ślubu jej córki Ellie z dok­to­rem Rober­tem Tur­ne­rem. Richard był prze­ko­nany, że podob­nie jak Kenji Wata­nabe i Piotr Mysz­kin, my także mie­li­śmy zgi­nąć. I chyba miał rację. Tyle że z powodu jego ucieczki zro­biono z niego głów­nego wroga, a mnie na jakiś czas zosta­wiono w spo­koju.

Myśla­łam już, że nie żyjesz, Richar­dzie. Powin­nam mieć wię­cej wiary... Ale jak, do dia­ska, wylą­do­wa­łeś znów w Nowym Jorku?

Sie­dząc na jedy­nym krze­śle w swo­jej pod­ziem­nej kry­jówce, Nicole poczuła przy­pływ tęsk­noty za mężem. Przed oczami prze­mknęła jej seria obra­zów z prze­szło­ści. Naj­pierw ujrzała sie­bie w pta­siej gro­cie na pokła­dzie Ramy II, wiele, wiele lat temu, gdy była chwi­lowo więź­niem tych dziw­nych, przy­po­mi­na­ją­cych ptaki stwo­rzeń, które poro­zu­mie­wały się języ­kiem pisków. To Richard ją tam odna­lazł; ryzy­ku­jąc życie, wró­cił do Nowego Jorku, żeby prze­ko­nać się, czy ona wciąż żyje. Gdyby tego nie zro­bił, Nicole na zawsze pozo­sta­łaby na wyspie.

Kiedy odcięci od świata usi­ło­wali wymy­ślić, jak poko­nać Morze Cylin­dryczne i dotrzeć do swo­ich towa­rzy­szy na pokła­dzie New­tona, zostali kochan­kami. Zdzi­wiły ją i roz­ba­wiły silne emo­cje towa­rzy­szące wspo­mnie­niom począt­ków ich miło­ści. Razem prze­ży­li­śmy atak rakiet z gło­wi­cami nukle­ar­nymi, pomy­ślała. Prze­ży­li­śmy nawet moją idio­tyczną próbę spło­dze­nia z innym męż­czy­zną potom­stwa o bar­dziej róż­no­rod­nych genach.

Nicole skrzy­wiła się na wspo­mnie­nie swo­jej naiw­no­ści sprzed lat. Prze­ba­czy­łeś mi, Richar­dzie, choć jestem pewna, że nie przy­szło ci to łatwo. A potem, gdy dotar­li­śmy do Punktu Węzło­wego i pro­jek­to­wa­li­śmy z Orłem ziem­ski moduł miesz­kalny, zbli­ży­li­śmy się do sie­bie jesz­cze bar­dziej.

Czym tak naprawdę był Orzeł? - zasta­na­wiała się, zmie­niw­szy temat roz­my­ślań. I kto lub co go zbu­do­wało? Oczami wyobraźni ujrzała dzi­waczną istotę, jedyną, z jaką spo­ty­kali się w Punk­cie Węzło­wym pod­czas prze­bu­dowy Ramy. Istota o twa­rzy orła i przy­po­mi­na­ją­cym ludz­kie ciele powie­działa, że jest robo­tem zbu­do­wa­nym spe­cjal­nie po to, by towa­rzy­szył ludziom. Jego oczy były nie­zwy­kłe, nie­mal mistyczne, a spoj­rze­nie miał rów­nie inten­sywne jak Omeh, przy­po­mniała sobie.

Jej pra­dzia­dek Omeh miał na sobie zie­loną szatę sza­mana ple­mie­nia Senu­fów, gdy odwie­dził ją w Rzy­mie dwa tygo­dnie przed star­tem New­tona. Wcze­śniej Nicole spo­tkała go dwu­krot­nie w rodzin­nej wio­sce matki na Wybrzeżu Kości Sło­nio­wej - raz pod­czas cere­mo­nii Poro, kiedy miała sie­dem lat, a po raz drugi trzy lata póź­niej, na pogrze­bie matki. Już wtedy stary sza­man zaczął przy­go­to­wy­wać ją do, jak to okre­ślił, "nie­zwy­kłego życia". Omeh twier­dził, że to wła­śnie Nicole jest kobietą, o któ­rej kro­niki Senu­fów mówiły, że "owoc żywota swego zabie­rze do gwiazd".

Omeh, Orzeł i Richard... co za grupa! - pomy­ślała. Do tej trójki dołą­czył Hen­ryk, książę Walii, a Nicole poczuła znów przez moment potężne unie­sie­nie towa­rzy­szące ich krót­kiemu roman­sowi, do któ­rego doszło led­wie kilka dni po tym, jak zdo­była złoty medal na igrzy­skach. Raz jesz­cze prze­żyła ból odrzu­ce­nia. Ale prze­cież gdyby nie było Hen­ryka, przy­po­mniała sobie, nie byłoby Genevi?ve...

Myśląc o pozo­sta­wio­nej na Ziemi uko­cha­nej córce, Nicole rozej­rzała się po pokoju. Jej wzrok zatrzy­mał się na półce z elek­tro­nicz­nymi książ­kami. Pode­szła do niej i zaczęła czy­tać tytuły. Nie­które książki rze­czy­wi­ście doty­czyły hodowli świń i dro­biu, ale nie wszyst­kie. Wyglą­dało na to, że Max oddał jej całą swoją biblio­tekę.

Uśmiech­nęła się do sie­bie, wyj­mu­jąc zbiór bajek. Wło­żyła dysk do czyt­nika, przej­rzała jego zawar­tość i wybrała bajkę o Śpią­cej Kró­lew­nie. Doczy­taw­szy do słów "a potem żyli długo i szczę­śli­wie", nie­zwy­kle wyraź­nie przy­po­mniała sobie pewną scenę z dzie­ciń­stwa. Była jesz­cze mała, miała nie wię­cej niż sześć czy sie­dem lat. Sie­działa na kola­nach ojca w ich domu w Chilly-Maza­rin na przed­mie­ściach Paryża.

Bar­dzo chcia­łam wów­czas być księż­niczką i żyć długo i szczę­śli­wie, pomy­ślała. Skąd mia­łam wie­dzieć, że w porów­na­niu z moim życiem nawet bajki będą się wyda­wały zupeł­nie zwy­czaj­nymi histo­riami?

Odło­żyła dysk na półkę i ponow­nie usia­dła na krze­śle. A teraz, kiedy myśla­łam już, że to nie­zwy­kłe życie dobie­gło końca, naj­wy­raź­niej daro­wano mi jesz­cze przy­naj­mniej kilka dni.

Znów pomy­ślała o mężu i tęsk­nota wró­ciła. Tak wiele razem prze­ży­li­śmy, mój kochany Richar­dzie. Mam nadzieję, że znów poczuję twój dotyk, usły­szę twój śmiech i zoba­czę twoją twarz. Ale jeżeli tak się nie sta­nie, spró­buję się nie skar­żyć. I tak doświad­czy­łam w życiu wielu cudow­nych chwil...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki