Tajemnica świątecznej biblioteki - Jenny Colgan

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

To nie była wina Lon­dynu, który wyglą­dał olśnie­wa­jąco w ten mroźny począ­tek sezonu przed­świą­tecz­nego: przy­brany wiel­kimi, czer­wo­nymi kokar­dami, z minia­tu­ro­wymi ośnie­żo­nymi dom­kami w skle­po­wych witry­nach oraz ogromną, świe­tli­stą cho­inką poda­ro­waną przez Nor­we­gów na Tra­fal­gar Squ­are.

Każ­dego dnia wcze­snym wie­czo­rem za zapa­ro­wa­nymi oknami pubów widać było tłumy bywal­ców tło­czą­cych się w cie­płych wnę­trzach, gawę­dzą­cych bez­tro­sko, śmie­ją­cych się i wzno­szą­cych toa­sty na cześć nad­cho­dzą­cych świąt. Męż­czyźni w smo­kin­gach i kobiety w pięk­nych suk­niach o nasy­co­nych bar­wach i obło­kach kosz­tow­nych per­fum wysia­dali z czar­nych tak­só­wek na mokry tro­tuar, w któ­rym odbi­jały się migo­czące lampki cho­in­kowe roz­wie­szone wysoko nad ich gło­wami. Na bru­ko­wa­nym dzie­dzińcu wie­ko­wego kom­pleksu Somer­set House jak co roku poja­wiło się lodo­wi­sko, po któ­rym teraz chyżo prze­my­kali łyż­wia­rze.

Nie, Mir­ren Suther­land wie­działa, że to nie piękny, szy­kowny, błysz­czący i modny Lon­dyn odpo­wiada za jej przy­gnę­bie­nie. Sama była sobie winna. No i może jesz­cze ta pora roku.

Kiedy mia­sto ogar­niała przed­świą­teczna gorączka i wszystko wkoło skrzyło się i migo­tało, uświa­do­miła sobie, że dla innych Boże Naro­dze­nie to taki piękny czas. Tym­cza­sem jej sytu­acja nie napa­wała opty­mi­zmem: mama Mir­ren pra­co­wała, rodzeń­stwo zastraj­ko­wało i nie chciało w ogóle w nic się anga­żo­wać, a ona sama popeł­niła kre­tyń­ski błąd, uda­jąc przed przy­ja­ciółmi, że czuje się świet­nie i ma mnó­stwo pla­nów na święta. Teraz było już za późno, żeby to odkrę­cić. Ubie­gło­roczna Gwiazdka była fan­ta­styczna. Tym­cza­sem wszystko wska­zy­wało na to, że tego­roczna okaże się abso­lut­nie do bani.

Mir­ren od zawsze nało­gowo pochła­niała książki. Ni­gdy nie miała poczu­cia, że posiada ich za dużo. Czuła się bez­piecz­nie dopiero wtedy, gdy na sto­liku noc­nym przy łóżku miała sześć roz­po­czę­tych tomów, trzy karty biblio­teczne, dwa Kin­dle'e i awa­ryjny zestaw powie­ści Douglasa Adamsa w łazience, na wypa­dek gdyby kie­dyś zaciął się zamek, a ona nie mogłaby wyjść.

Ostat­nie święta upły­nęły jej na tro­pie­niu książki zapa­mię­ta­nej z dzie­ciń­stwa przez jej babkę cio­teczną Vio­let, która u kresu życia ubła­gała Mir­ren, żeby ją dla niej odna­la­zła. W tej misji towa­rzy­stwa dotrzy­my­wał jej zabój­czo przy­stojny anty­kwa­riusz Theo Pal­li­ser. Razem buszo­wali po anty­kwa­ria­tach w róż­nych zakąt­kach kraju, by osta­tecz­nie odkryć, że tom, któ­rego szu­kali, przez cały ten czas leżał w tor­bie jej stry­jecz­nego pra­dziadka.

Był to, jak się oka­zało, naj­praw­dziw­szy biały kruk: bez­cenne pierw­sze wyda­nie książki pióra Roberta Louisa Ste­ven­sona z ilu­stra­cjami wybit­nego rysow­nika Aubreya Beard­sleya. June, naj­lep­sza przy­ja­ciółka cio­tecz­nej babki Mir­ren - i krewna Beard­sleya - osta­tecz­nie zgo­dziła się prze­ka­zać zna­le­zi­sko muzeum. Po uro­czy­stym prze­ka­za­niu dzieło tra­fiło na wystawę. Mir­ren otrzy­mała nawet nie­wiel­kie zna­leźne, które zda­niem wszyst­kich zna­jo­mych powinna prze­zna­czyć na zaliczkę na kupno kawa­lerki.

W cere­mo­nii nie wziął udziału Theo. Wcze­śniej Mir­ren łudziła się, że coś ich łączy, jed­nak jak tylko emo­cje opa­dły, cał­ko­wi­cie zerwał z nią kon­takt. Wró­ciła więc do swo­jej nud­nej pracy rze­czo­znaw­czyni, w któ­rej książki nikogo nie obcho­dziły. Jej babka cio­teczna zmarła, a życie stało się znacz­nie bar­dziej nija­kie niż przed tamtą wielką wyprawą.

Zda­rzało jej się fan­ta­zjo­wać o tym, jak to z Theo podró­żują po świe­cie, wspól­nie tro­piąc zagu­bione księgi... W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak chło­pak wró­cił do swo­jego ele­ganc­kiego świata sza­cow­nych biblio­tek i kosz­tow­nych pierw­szych wydań, ona zaś, chcąc nie chcąc, wzięła się z powro­tem za mie­rze­nie metrażu zaszczu­rzo­nych maga­zy­nów, w któ­rych cwani dewe­lo­pe­rzy zamie­rzali urzą­dzić miesz­ka­nia pod wyna­jem dla stu­den­tów. Jak się szybko prze­ko­nała, zapo­trze­bo­wa­nie na poszu­ki­wa­czy ksią­żek na rynku pracy było zerowe. Ponie­waż rata kre­dytu za maleńką gar­so­nierę pochła­niała gros jej wypłaty, szu­ka­nie zatrud­nie­nia przy książ­kach w ogóle nie wcho­dziło w grę. Mimo woli ocze­ki­wała, że zbli­ża­jące się Boże Naro­dze­nie przy­nie­sie jakąś magiczną zmianę w jej życiu. Zda­wała sobie sprawę z tego, jak bar­dzo jest to infan­tylne, jed­nak nie umiała na to nic pora­dzić.

Tego dnia w pracy nie­wiele się działo, dla­tego posta­no­wiła, że prze­rwę na lunch zrobi sobie wcze­śniej niż zwy­kle. Nim się spo­strze­gła, nogi same zanio­sły ją - jak czę­sto miały w zwy­czaju - daleko od nija­kiego biura przy Easton Road na drugą stronę ruchli­wej ulicy. Minęła lśniący biały gmach szpi­tala i po chwili dotarła do Blo­oms­bury i Muzeum Bry­tyj­skiego, nowego domu dla jej naj­więk­szego zna­le­zi­ska - książki, któ­rej zawdzię­czała naj­wspa­nial­sze chwile w swoim życiu. Impo­nu­jący kom­pleks muzeum zaj­mo­wał cały kwar­tał. Ach, Blo­oms­bury! Kochała tę ele­gancką dziel­nicę, będącą oazą nauki, ksią­żek i stu­diów. To tutaj mie­ściły się naj­sza­cow­niej­sze sto­łeczne uni­wer­sy­tety, biblio­teki, wydaw­nic­twa i archiwa. Była to kra­ina pięk­nych pla­ców i wypie­lę­gno­wa­nych ogro­dów. Odwie­dza­jący ją na każ­dym kroku spo­ty­kał nie­bie­skie tabliczki na murach wie­ko­wych budyn­ków z nazwi­skami miesz­ka­ją­cych w nich nie­gdyś sław­nych pisa­rzy: J.M. Bar­riego, Vir­gi­nii Woolf, W.B. Yeatsa, H.G. Wel­lsa, Char­lesa Dic­kensa... Nie­sa­mo­wite, ilu ich tu miesz­kało.

Podzi­wiała bożo­na­ro­dze­niowe eks­po­zy­cje w witry­nach mija­nych skle­pi­ków, wśród któ­rych domi­no­wały księ­ga­renki i anty­kwa­riaty. Prze­bie­gała bru­ko­wane kocimi łbami uliczki, przy któ­rych stały wyso­kie kamie­nice. Duże mosiężne kołatki u drzwi były stare już w latach mło­do­ści Dic­kensa. Oczy­wi­ście sią­pił typowy dla Lon­dynu deszcz, Mir­ren wsu­nęła więc swoje kasz­ta­nowe, lekko pofa­lo­wane włosy pod czapkę dokerkę w kolo­rze musz­tar­do­wym, modląc się w myślach, żeby pod wpły­wem wil­goci nie zaczęły się zanadto krę­cić. Po dro­dze mijała hała­śliwe grupki ludzi zmie­rza­ją­cych do restau­ra­cji o wnę­trzach wykoń­czo­nych sta­rym drew­nem, któ­rych zabawne nakry­cia głowy zdra­dzały, że uczest­ni­czą w jakiejś fir­mo­wej impre­zie świą­tecz­nej. Jeśli cho­dzi o zbli­ża­jącą się uro­czy­stą kola­cję wigi­lijną w jej fir­mie, to Mir­ren, prawdę mówiąc, wola­łaby unik­nąć tej wąt­pli­wej przy­jem­no­ści. Przez ostatni rok inte­resy szły kiep­sko, a wszy­scy fajni ludzie, któ­rzy nie byli zakład­ni­kami wyso­kich rat kre­dy­to­wych, ode­szli z pracy. Gdyby miała zga­dy­wać, świą­teczna impreza będzie wyglą­dała tak: ona i pra­cow­nicy księ­go­wo­ści sie­dzący w pokoju socjal­nym nad paczką cia­ste­czek imbi­ro­wych.

W muzeum pano­wała krzą­ta­nina. Uwiel­biała jego ogrom i prze­pych - kolum­nadę, wyso­kie stop­nie scho­dów wej­ścio­wych i cha­rak­te­ry­styczną kopułę. Lwy na zamknię­tych drzwiach ozna­czały, że w danym pomiesz­cze­niu prze­cho­wy­wane są war­to­ściowe eks­po­naty, które w razie pożaru należy rato­wać w pierw­szej kolej­no­ści. Jesz­cze wię­cej takich arte­fak­tów znaj­do­wało się w maga­zy­nach pod zie­mią. Tury­ści pra­gnący obej­rzeć mumie czy anglo­sa­skie łodzie pogrze­bowe usta­wiali się w kolejce do kon­troli bagaży. U wej­ścia do holu stały roz­mi­go­tane cho­inki. Dalej, w głębi budynku, zwie­dza­ją­cych witało jesz­cze wię­cej świą­tecz­nych drze­wek i lam­pek, a także zawie­szone wysoko wieńce z ostro­krzewu kol­cza­stego i blusz­czu. Było ich dużo zwłasz­cza w Czy­telni Głów­nej na Wiel­kim Dzie­dzińcu - olbrzy­miej hali, w któ­rej pod­łoga i ściany wyło­żone były lśnią­cym bia­łym kamie­niem. Mir­ren ski­nęła głową straż­ni­kom, któ­rzy koja­rzyli już ją jako stałą bywal­czy­nię.

W samym sercu tego prze­py­chu, w gór­nej czę­ści czy­telni, znaj­do­wał się skarb Mir­ren - jej książka. To zna­czy nie jej, tylko wytro­piona przez nią. Ile­kroć ją tu odwie­dzała, z łezką w oku przy­po­mi­nała sobie, jak szczę­śliwa była w ostat­nie święta. Widok tego tomu w Muzeum Bry­tyj­skim zawsze napa­wał ją dumą. Wie­działa, co ją czeka potem - wróci do swo­jego nud­nego biura, a potem spę­dzi trzy dni, nie rusza­jąc się z sofy brata. Domow­nicy będą jej współ­czuć, a mama będzie zała­my­wać nad nią ręce. Tylko ta książka trzy­mała ją przy życiu. Teraz Mir­ren, z sza­lem powie­wa­ją­cym za nią, wbie­gała zwin­nie po kamien­nych stop­niach wyśli­zga­nych przez buty nie­zli­czo­nych osób, które przez ostat­nie dwie­ście lat odwie­dziły to miej­sce.

Rozdział 2

2

Dotarł­szy na szczyt scho­dów, Mir­ren skie­ro­wała się do bocz­nej salki. Mimo że bywała tu czę­sto, miej­sce to nie­odmien­nie robiło na niej kolo­salne wra­że­nie. Pano­wała tu stała tem­pe­ra­tura, a w nie­mal cał­ko­wi­tej ciem­no­ści skry­wała się abso­lut­nie nie­by­wała kolek­cja: zbiór naj­wspa­nial­szych ksiąg, jakie kie­dy­kol­wiek powstały. Nie prze­sta­wało jej zdu­mie­wać, że prak­tycz­nie każdy mógł tu wejść i go podzi­wiać.

Pierw­sze folio dzieła Szek­spira. Biblia z IV wieku. Ręko­pis Mia­steczka Mid­dle­march pióra Geo­rge Eliot. To miej­sce było ist­nym rajem dla biblio­fila. I to wła­śnie tutaj, na końcu salki, w osob­nej gablo­cie - wokół któ­rej zbie­rał się nie­kiedy tłu­mek odwie­dza­ją­cych - leżała jej książka, A Child's Gar­den of Ver­ses z ory­gi­nal­nymi ilu­stra­cjami Aubreya Beard­sleya.

Mir­ren przy­cup­nęła na sto­łeczku o sze­ścio­kąt­nym sie­dzi­sku i cze­kała, aż ktoś zain­te­re­suje się jej skar­bem. Oczy­wi­ście wśród odwie­dza­ją­cych nie bra­ko­wało znu­dzo­nych dzieci, które cią­gano po muze­ach w próż­nej nadziei, że wyj­dzie im to na dobre, jed­nak to nie na nich jej zale­żało. Cze­kała na osoby, które widok książki naprawdę poru­szy - które będą wzdy­chać z zachwy­tem na widok ele­ganc­kiej kre­ski Beard­sleya i nota­tek na mar­gi­ne­sach skre­ślo­nych ręką samego Ste­ven­sona. Kiedy zgo­dziła się odszu­kać tę książkę dla swo­jej cio­tecz­nej babki, nie spo­dzie­wała się zna­leźć skarbu - ale tak wła­śnie się stało. I odtąd, gdy było jej źle - jak w tej chwili - widok tego, ile rado­ści daje innym patrze­nie na to dzieło, spra­wiał, że robiło jej się lżej na duszy. Na gablotce znaj­do­wała się nawet napi­sana drob­nym dru­kiem infor­ma­cja: Prze­ka­zana w darze przez June Wil­son, wnuczkę sio­stry Aubreya Beard­sleya. Zna­le­ziona przez Mir­ren Suther­land, Lon­dyn, rok 2024.

Tego dnia przed gablotką zatrzy­mał się wysoki męż­czy­zna o jasno­kasz­ta­no­wych wło­sach, ubrany dość nie­chluj­nie, co - nawia­sem mówiąc - było dość czę­stym wido­kiem wśród zwie­dza­ją­cych Muzeum Bry­tyj­skie. Nie­zna­jomy przy­pa­try­wał się uważ­nie eks­po­na­towi. Mir­ren, widząc go, mimo woli uśmiech­nęła się do sie­bie; choć nic o nim nie wie­działa, instynk­tow­nie go polu­biła. Wystar­czyło, że umiał doce­nić jej książkę. Nagle odwró­cił się i przy­wo­łał gestem opie­kunkę eks­po­zy­cji.

- Tu jest napi­sane "zna­le­ziona"... - ode­zwał się z akcen­tem, któ­rego Mir­ren nie umiała roz­po­znać. Nad­sta­wiła uszu, zacie­ka­wiona.

- Tak? - Pra­cow­nica muzeum, w prze­ci­wień­stwie do straż­ni­ków przy wej­ściu, ni­gdy nie zwra­cała na nią uwagi. A nawet jeśli zauwa­żała bladą dziew­czynę o dużych sza­rych oczach i rudo­bru­nat­nych kędzie­rza­wych wło­sach, ni­gdy nie dała tego po sobie poznać.

- Jak do tego doszło?

Mir­ren była zasko­czona. Nikt do tej pory nie spy­tał o nią. Zazwy­czaj zwie­dza­ją­cych inte­re­so­wało, czy w zbio­rach muzeum znaj­dują się rów­nież inne dzieła z pra­cami Beard­sleya, przy czym naj­czę­ściej mieli na myśli jego obsce­niczne malunki.

- Leżała na stry­chu - wyja­śniła lako­nicz­nie kobieta.

- Ach tak. - Męż­czy­zna spra­wiał wra­że­nie roz­cza­ro­wa­nego. - To słowo "zna­le­zione"... Brzmi tak, jakby jej szu­kano.

Opie­kunka eks­po­zy­cji wzru­szyła obo­jęt­nie ramio­nami.

- Nie wiem. Może to był wyjąt­kowo duży strych?

Męż­czy­zna przy­pa­try­wał się książce dłuż­szą chwilę. Wresz­cie wyjął z kie­szeni tele­fon, który wyglą­dał na bar­dzo stary - nie­mal tak stary jak Black­Berry. Kobieta posłała mu chmurne spoj­rze­nie zare­zer­wo­wane dla tych, któ­rzy w salach wysta­wo­wych Muzeum Bry­tyj­skiego gapili się w swoje tele­fony. Ale on w ogóle tego nie zauwa­żył.

- Ech, w Google'u nie ma żad­nych infor­ma­cji o... nim? O niej? Jest za to aktorka Helen Mir­ren. Wygląda na to, że grała w wielu fil­mach u boku Donalda Suther­landa.

Mir­ren aż pod­sko­czyło serce. Chwi­leczkę. Ten czło­wiek... szu­kał jej? Zamru­gała szybko. W tym momen­cie, bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej, czuła się pod­słu­chi­wa­czem.

- Ekhm...? - odchrząk­nęła, pró­bu­jąc zwró­cić na sie­bie uwagę. Żadne z roz­mów­ców nie odwró­ciło się jed­nak do niej, dla­tego momen­tal­nie ponow­nie popa­dła w przy­gnę­bie­nie.

- Tak, no cóż - bąk­nęła opie­kunka eks­po­zy­cji i odda­liła się, zosta­wia­jąc Mir­ren sam na sam z zain­try­go­wa­nym tury­stą. Doznała wów­czas dziw­nego uczu­cia; nie było żad­nego miej­sca, w któ­rym musiała koniecz­nie być. Spo­śród dzie­wię­ciu milio­nów dusz miesz­ka­ją­cych w tym wiel­kim mie­ście nikt za nią nie zatę­skni, jeśli jej zabrak­nie.

Jasne - przy­po­mi­nała sobie w takich chwi­lach - miała kocha­jącą rodzinę, ale zara­zem dla jej naj­bliż­szych oka­zy­wa­nie miło­ści ozna­czało besz­ta­nie jej i susze­nie jej głowy o to, kiedy poszuka sobie lep­szej pracy. I upew­nia­nie się, czy wie, że wszyst­kie jej kole­żanki ze szkoły - dosłow­nie wszyst­kie - mają już dzieci.

- Prze­pra­szam - ode­zwała się nieco gło­śniej, wycho­dząc z mroku.

Pra­cow­nica muzeum obej­rzała się. Mir­ren wymi­nęła ją i pode­szła do męż­czy­zny.

- Tak?

Nie­zna­jomy spoj­rzał na nią z góry. Miał trzy­dzie­ści kilka lat, był szczu­pły i widać było, że dawno nie odwie­dzał fry­zjera. W jego twa­rzy uwagę zwra­cał wydatny nos o wytwor­nym kształ­cie. Męż­czy­zna obda­rzony był silną szczęką i głę­boko osa­dzo­nymi piw­nymi oczami. Miał gęste i za dłu­gie jasno­kasz­ta­nowe włosy.

Mir­ren bły­ska­wicz­nie spie­kła raka - zaga­dy­wa­nie nie­zna­jo­mych męż­czyzn w cen­trum Lon­dynu nie było jej spe­cjal­no­ścią. To jakiś absurd. Nie powinna była się odzy­wać. No ale trudno, stało się.

- Prze­pra­szam... Jestem Mir­ren. Mir­ren Suther­land - dodała, żeby wszystko było jasne.

- Kto? Co takiego?

Mir­ren zna­cząco popa­trzyła na gablotkę z książką. Nie­zna­jomy posłusz­nie podą­żył za nią spoj­rze­niem, po czym znów obrzu­cił ją wzro­kiem.

- Pod­słu­cha­łam waszą roz­mowę.

Męż­czy­zna zro­bił zawsty­dzoną minę.

- Chcesz powie­dzieć, że jesteś...

- ... osobą, która zna­la­zła tę książkę. Tak.

- Ale jak to? I aku­rat tędy prze­cho­dzi­łaś...? - dopy­ty­wał bez prze­ko­na­nia.

- Tak. Poka­zać ci moje prawo jazdy?

Nie­zna­jomy zaci­snął usta - było jasne, że nie miałby nic prze­ciwko, tyle że dobre wycho­wa­nie nie pozwa­lało mu się do tego przy­znać. Mir­ren nie­zdar­nie wydo­była z kie­szeni port­fel, a z niego zamiast prawa jazdy wyjęła kartę Biblio­teki Bry­tyj­skiej, z któ­rej była nie­zwy­kle dumna.

- Ach tak - ode­zwał się nie­zna­jomy, jed­nak wyraz jego twa­rzy zdra­dzał, że na­dal nie wie, co o tym wszyst­kim sądzić. - I tak się zło­żyło, że aku­rat tu jesteś? To taki zbieg oko­licz­no­ści?

Mir­ren zmarsz­czyła brwi.

- Pra­cuję nie­da­leko. Mam taki zwy­czaj, że cza­sami przy­cho­dzę w odwie­dziny do mojej książki - wyja­śniła.

W tym momen­cie w męż­czyź­nie zaszła zmiana; dotych­cza­sowy surowy wyraz twa­rzy znik­nął nie­po­strze­że­nie, a na ustach poja­wił się pro­mienny uśmiech. Widać było, że naresz­cie to, co sły­szy, uło­żyło mu się w logiczną całość.

- Przy­cho­dzisz tu i patrzysz, jak inni oglą­dają twoją książkę?!

- Nie tylko - odparła, lekko ura­żona.

- Cze­kasz, aż coś o niej powie­dzą, i wtedy ich zaga­jasz? Cóż za oso­bliwe hobby. A może... może cze­kasz, aż powie­dzą coś o tobie?

- To nie hobby - dopre­cy­zo­wała nieco sztyw­nym gło­sem Mir­ren. Facet ewi­dent­nie się z niej nabi­jał. Wcale jej się to nie podo­bało.

- To coś, co robisz regu­lar­nie i z wła­snej woli? Jeśli tak, to speł­nia defi­ni­cję hobby.

Nagle poczuła, jak ogar­nia ją gniew. Za kogo ten gość się uwa­żał?

- Kocham tę książkę, a także osobę, która popro­siła mnie o jej odszu­ka­nie - wyce­dziła.

- Natu­ral­nie. Prze­pra­szam, prze­pra­szam. - Męż­czy­zna wycią­gnął przed sie­bie ręce. - Nie chcia­łem, żeby zabrzmiało to, jak­bym stroił sobie żarty. Naprawdę tak po pro­stu zna­la­złaś ją na stry­chu? - Przy­glą­dał jej się badaw­czo, nie jak ktoś, kto z grzecz­no­ści pró­buje pod­trzy­mać roz­mowę, lecz jakby naprawdę go to zaj­mo­wało.

- Ależ skąd! Zjeź­dzi­łam cały kraj. Koniec koń­ców, jak się oka­zało, książka była na stry­chu. A tak w ogóle to połowa Wiel­kiej Bry­ta­nii jej szu­kała.

- No jasne. Ale to ty ją odna­la­złaś. Pro­szę, pro­szę.

Zer­k­nął na zega­rek i skrzy­wił się lekko.

- Mam umó­wione spo­tka­nie. - Wycią­gnął skądś wizy­tówkę. Była to biała kar­teczka, na któ­rej tło­czo­nymi czar­nymi lite­rami wypi­sane było jedy­nie jego imię, nazwi­sko i numer tele­fonu, nic poza tym.

- Jamie McKin­non? - odczy­tała na głos.

- Yhym - potwier­dził mruk­nię­ciem. - Który nie jest poszu­ki­wa­czem ksią­żek. Nie­stety.

Mir­ren przyj­rzała mu się, nie rozu­mie­jąc.

- Słu­chaj... - ode­zwał się po chwili. - Jeśli szu­kasz pracy, zadzwoń do mnie.

"Pracy - pomy­ślała Mir­ren - pracy?".

Rozdział 3

3

Nie była to jedyna dziwna sprawa wią­żąca się z tym spo­tka­niem: na wizy­tówce podano numer na tele­fon sta­cjo­narny, taki z bar­dzo dłu­gim nume­rem kie­run­ko­wym w nawia­sie i bar­dzo krót­kim cią­giem cyfr po nim. Oczy­wi­ście pierw­szą rze­czą, którą Mir­ren zro­biła po powro­cie do biura, było wpi­sa­nie go do wyszu­ki­warki. Ale Google było bez­radne - dowie­działa się jedy­nie, że adres, do któ­rego przy­po­rząd­ko­wany jest ten numer tele­fonu, znaj­duje się w szkoc­kim regio­nie High­lands, na pół­noc­nym wybrzeżu. Była to część Wiel­kiej Bry­ta­nii, o któ­rej nie wie­działa prak­tycz­nie nic.

Następ­nego dnia ogło­szono w pracy gra­fik świą­teczny.

- Zosta­łaś tylko ty - ode­zwała się ze współ­czu­ciem jej prze­ło­żona. - Imran wła­śnie wrę­czył wypo­wie­dze­nie.

- Boże. To zna­czy, że wszy­scy się już zwol­nili - jęk­nęła Mir­ren.

Potrze­bo­wała tej roboty, żeby mieć z czego spła­cać kre­dyt. Od dawna wie­działa, że powinna poszu­kać cze­goś innego, ale z jakie­goś powodu nie miała siły, żeby się do tego zabrać. Per­spek­tywa wysy­ła­nia tysięcy CV na tysiące maili z nadzieją, że uśmiech­nie się do niej szczę­ście, napa­wała ją prze­ra­że­niem.

- Prze­cież w święta nikt w try­bie pil­nym nie będzie potrze­bo­wał rze­czo­znawcy! - stwier­dziła zroz­pa­czo­nym gło­sem. Według gra­fiku miała mieć dyżur codzien­nie.

- Musimy dbać o renomę firmy ofe­ru­ją­cej pełny zakres usług - odparła sze­fowa. To nie była zła babka, tylko po pro­stu bar­dzo, bar­dzo zmę­czona.

Posępna Mir­ren powle­kła się z powro­tem do swo­jego biurka. Prze­cież to Boże Naro­dze­nie. W tym cza­sie naprawdę nikt nie potrze­buje pomocy rze­czo­znawcy. Ludzie całą uwagę sku­piają na oglą­da­niu reklam per­fum w tele­wi­zji i narze­ka­niu na zbyt małe opa­ko­wa­nia, w któ­rych sprze­da­wane są co lep­sze zapa­chy. Z ich opo­wie­ści wynika, że kiedy byli młodsi, per­fumy roz­le­wano do bute­lek wiel­ko­ści boj­le­rów gazo­wych.

Wes­tchnęła ciężko i utkwiła wzrok w ekra­nie kom­pu­tera. Teraz nie mogła nawet wró­cić do Muzeum Bry­tyj­skiego - prze­cież opie­kunka eks­po­zy­cji na pewno ją zapa­mię­tała. Krę­ce­nie się w pobliżu eks­po­natu, który samemu się zna­la­zło, byłoby zbyt żenu­jące.

Pod wpły­wem nagłego impulsu posta­no­wiła, że wyśle SMS-a na numer z wizy­tówki.

Ale zaraz przy­szło otrzeź­wie­nie: niby jak ma wysłać SMS-a na numer sta­cjo­narny? Co za absurd, ten facet chyba zro­bił to celowo. Taki typ jak on pew­nie poru­sza się po mie­ście rowe­rem trój­ko­ło­wym i marzy o przy­wró­ce­niu do obrotu szy­lin­gów i pół­ko­ro­nó­wek. Z dru­giej strony, zre­flek­to­wała się Mir­ren, nie miał dzi­wacz­nego zaro­stu. W sumie wyglą­dał cał­kiem nor­mal­nie - zwy­czajny, szczu­pły, tro­chę nie­chluj­nie ubrany gość. No ale jed­nak...

***

Kiedy wró­ciła do domu, cia­sna kawa­lerka wydała jej się jesz­cze mniej­sza niż zwy­kle. Długą podróż do połu­dnio­wego Lon­dynu razem z nią poko­ny­wały miliony innych miesz­kań­ców: wszy­scy o jed­na­kowo ponu­rych minach, w pucho­wych kurt­kach, zmie­rza­jący w to samo miej­sce w tym samym cza­sie i żału­jący, że muszą to robić w takim tłu­mie.

Zaj­rzała do lodówki, żeby spraw­dzić, czy ma do jedze­nia coś, o czym zapo­mniała (nie­stety nie miała). Wzięła do ręki tele­fon, po czym szybko odło­żyła go z powro­tem; nie będzie wydzwa­niać do jakie­goś dzi­waka spo­tka­nego w muzeum. Jesz­cze czego! Żeby wyszła na total­nie odkle­joną?

Ale już po chwili znowu się­gnęła po tele­fon. Jaki miała plan na ten wie­czór? Scrol­lo­wa­nie Insta­grama i patrze­nie, jak wszy­scy poza nią dosko­nale się bawią? A może będzie pla­no­wać zemstę na Theo-Nie­wi­dzial­nym-Dupku-Pal­li­se­rze? Albo wyj­dzie na mróz, powle­cze się na odle­gły przy­sta­nek auto­bu­sowy i poje­dzie z powro­tem do cen­trum, żeby wylą­do­wać w zatło­czo­nym barze, gdzie i tak będzie za gło­śno, żeby z kim­kol­wiek poroz­ma­wiać, i gdzie w dodatku wyda for­tunę?

Choć dzwo­niła całe wieki, nikt nie odbie­rał. Nie włą­czyła się skrzynka gło­sowa, więc nie mogła zosta­wić żad­nej wia­do­mo­ści.

No dobra. Niech sobie będzie tym kre­tyń­skim super wylu­zo­wa­nym chło­pa­kiem-anty­kwa­riu­szem. Co ją to obcho­dziło? Nagle poczuła, że chęt­nie wzię­łaby kąpiel. Inna sprawa, że było to nie­moż­liwe, ponie­waż nie miała wanny. Usły­szała, jak jej sąsiadka zza ściany bie­rze prysz­nic. Nie wró­żyło to nic dobrego - zazwy­czaj było wstę­pem do wyjąt­kowo hała­śli­wych miło­snych igra­szek z jej chło­pa­kiem.

Nagle na ekra­nie tele­fonu uka­zał się długi ciąg cyfr - ktoś do niej dzwo­nił.

Rozdział 4

4

Halo, czy to Poszu­ki­waczka Ksią­żek? - ode­zwał się zdra­dza­jący roz­ba­wie­nie głos.

Dopiero teraz, gdy usły­szała go z dala od panu­ją­cego w biblio­tece gwaru, roz­po­znała ten akcent - męż­czy­zna był Szko­tem. Jed­nak brzmiał ina­czej niż typowi miesz­kańcy Glas­gow: ich akcent zawsze ją roz­śmie­szał. Ten, z któ­rym mówił męż­czy­zna z muzeum, miał bar­dziej gar­dłowe "r"; nie zacią­gał, mówił bar­dziej szorstko. I znowu Mir­ren zorien­to­wała się, że z jakie­goś powodu czuje się poiry­to­wana. Winny był ton jego głosu: jakby był abso­lut­nie prze­ko­nany, że do niego zadzwoni tylko dla­tego, że zamie­nili ze sobą parę słów w muzeum. W myślach szu­kała epi­tetu, jakim mogłaby go opi­sać. Po chwili już wie­działa: ten facet był prze­ko­nany o swo­jej wyż­szo­ści.

- Sam suge­ro­wa­łeś, żebym zadzwo­niła - zauwa­żyła opry­skli­wym tonem.

- Rze­czy­wi­ście.

- Nie masz komórki?

- Ależ oczy­wi­ście, że mam! Sama widzia­łaś. Pro­ble­mem jest zasięg.

- To zna­czy?

- Sły­sza­łaś może, jak dostawcy usług tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nych zapew­niają, że ich sieć pokrywa dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent powierzchni kraju? Cóż, tak się składa, że ja aku­rat miesz­kam na tym jed­nym pro­cen­cie, któ­rego nie pokrywa.

- A tele­fony sta­cjo­narne nie będą wkrótce przy­pad­kiem też dzia­łać w tech­no­lo­gii cyfro­wej?

- Podobno - przy­znał ponuro. - Musia­łem prze­dzwo­nić do Biura Nume­rów.

- Słu­cham?

- Tak to się kie­dyś zała­twiało. Można w ten spo­sób spraw­dzić, kto dzwo­nił... Może wkrótce będę musiał wró­cić do ręcz­nego pisa­nia listów.

- Pew­nie nie miał­byś nic prze­ciwko - wypa­liła i od razu zro­zu­miała, jak nie­grzecz­nie to zabrzmiało. Naj­chęt­niej ugry­złaby się w język, ale było już za późno.

- To zna­czy?

- No wiesz... - Mir­ren bły­ska­wicz­nie się zre­flek­to­wała. - Roz­glą­dasz się za osobą poszu­ku­jącą ksią­żek. No i pomy­śla­łam... Może jesteś typem czło­wieka, który przed­kłada tra­dy­cyjną epi­sto­lo­gra­fię nad wysy­ła­nie maili...

- Ach, rozu­miem - roze­śmiał się bez­tro­sko. - Fak­tycz­nie, masz rację. W każ­dym razie słu­chaj, potrze­buję, żeby ktoś zna­lazł dla mnie pewną książkę, a jeśli ta tabliczka na gablo­cie w Muzeum Bry­tyj­skim nie kła­mała, ty jesteś odpo­wied­nią osobą.

- A czemu sam nie możesz tego zro­bić?

- Cóż, nie spo­dzie­wa­łem się takiego pyta­nia - wyznał Jamie. - Sądzi­łem, że będzie cię inte­re­so­wać jedy­nie nego­cjo­wa­nie stawki.

Mir­ren namy­ślała się chwilę. W końcu spy­tała:

- Jak sądzisz, gdzie jest ta książka?

- U mnie w domu.

- To ma być żart?

- Nie­stety nie.

- A może jesteś jakimś dzi­wa­kiem, któ­rego pod­nieca zacze­pia­nie obcych kobiet?

Jamie roze­śmiał się.

- W Muzeum Bry­tyj­skim?

- W sumie racja - przy­znała Mir­ren. - Bar­dziej paso­wa­łaby Lon­don Library.

- Słu­chaj, mam bar­dzo duży dom. Ta książka nale­żała kie­dyś do mojego dziadka. Wydaje mi się, że jest gdzieś tutaj, na tere­nie domu, ale za nic nie mogę jej zna­leźć.

- Wydaje ci się?

- Dzia­dek wspo­mina o niej w swo­ich... notat­kach - wyja­śnił nie­pew­nym gło­sem.

Poczuła, jak wbrew sobie rodzi się w niej eks­cy­ta­cja. Przy­goda, o któ­rej marzyła. Wytę­sk­niona odmiana od codzien­nej rutyny. No i książki - może robić cokol­wiek, byle mieć z nimi kon­takt. Po chwili, siląc się na opa­no­wany ton, spy­tała:

- A co to za książka?

- Ekhm, no wła­śnie...

- No co?

- Nie wiem.

- Chcesz, żebym poszu­kała w twoim domu książki, jed­nak nie wiesz, jaki nosi tytuł ani gdzie dokład­nie się znaj­duje.

- Można to tak z grub­sza pod­su­mo­wać.

- A miesz­kasz w...?

- Pół­noc­nej Szko­cji.

Mir­ren zer­k­nęła przez okno na długi rząd iden­tycz­nych wik­to­riań­skich domów sze­re­go­wych. Wszyst­kie były podzie­lone na maleń­kie kawa­lerki i nie­wiele obszer­niej­sze miesz­ka­nia dwu­po­ko­jowe, podobne do tego, które sama zaj­mo­wała. W każ­dym świe­ciła się obo­wiąz­kowa pla­sti­kowa cho­inka. Seg­menty cią­gnęły się bez końca wzdłuż wyjąt­kowo dłu­giej ulicy. Z nieba ponuro sią­pił deszcz, jakby wie­dział, że w połu­dnio­wym Lon­dy­nie w grud­niu po pro­stu musi padać, jed­nak zara­zem był z tego powodu rów­nie nie­za­do­wo­lony jak miesz­kańcy.

To, co pro­po­no­wał jej Jamie, było czymś nowym. Czymś innym. Odskocz­nią od gra­fi­ków w pracy, hipo­tek i... ech. Głowę na­dal miała pełną tych wszyst­kich śmieci.

- A co będę z tego mieć? - wypa­liła. - To płatna praca? Bo tak naprawdę to jestem rze­czo­znawcą. I pra­cuję. A w każ­dym razie powin­nam.

- No... jeśli znaj­dziesz książkę, zapłacę ci.

- Czyli chcesz, żebym wybrała się do nie­zna­nego mi miej­sca na jakimś odlu­dziu, i nie gwa­ran­tu­jesz, że coś zaro­bię?

- Sam cię przy­wiozę - zaofe­ro­wał.

Po chwili namy­słu dodał jed­nak:

- Masz rację. Nie pomy­śla­łem, jak dziw­nie brzmi moja oferta. Dopiero kiedy nazwa­łaś rze­czy po imie­niu, zda­łem sobie z tego sprawę. Chcesz, żebym naj­pierw poroz­ma­wiał z twoim sze­fem? Albo... ojcem?

- Nie, dzięki - odparła szybko. Jej tata miesz­kał trzy ulice dalej i uwa­żał, że oka­zy­wa­nie miło­ści polega na zacho­dze­niu do córki i wypy­ty­wa­niu, czy naprawdę nie zdaje sobie sprawy, że stara insta­la­cja elek­tryczna w jej kawa­lerce to śmier­telna pułapka. Kto jak kto, doda­wał, ale ty, jako rze­czo­znawca, powin­naś to rozu­mieć. Mir­ren spró­bo­wała sobie teraz wyobra­zić, jak zare­ago­wałby na tak nie­ty­pową pro­po­zy­cję.

Jakaś część niej samej bar­dzo chciała się zgo­dzić. Ale prze­cież musiała w końcu doro­snąć, raz na zawsze odrzu­cić nie­po­ważne marze­nia o przy­go­dach i podró­żach.

- Brzmi super, ale nie dam rady.

Tak, to doj­rzała reak­cja, powta­rzała w myślach. Cóż to w ogóle za pomysł - mia­łaby wybrać się do Szko­cji, by zamiesz­kać z jakimś szem­ra­nym typem w miej­scu, gdzie nawet nie ma zasięgu? No dobra, jeśli to spi­sek mający na celu zamor­do­wa­nie jej, musiała przy­znać, że był dość wyra­fi­no­wany, jeśli wziąć pod uwagę, że to ona zaini­cjo­wała kon­takt, i to dwu­krot­nie, bo na doda­tek sama do niego dzwo­niła. Ale z dru­giej strony może to jesz­cze gorzej - może nie pla­no­wał jej zabić i powziął taki zamiar dopiero gdy zaczęła go zaga­dy­wać.

W sumie tak naprawdę to nie wie­rzyła, że Jamie jest mor­dercą. Spra­wiał wra­że­nie eks­cen­tryka, faceta kocha­ją­cego książki. No a ona nie mogła ryzy­ko­wać, że znowu straci głowę. Doświad­cze­nie nauczyło ją, że kiedy anga­żuje się w szu­ka­nie książki, koń­czy ze zła­ma­nym ser­cem.

Cho­ciaż prze­cież dobrze się bawiła...

Nie! Theo Pal­li­ser - zło wcie­lone! Nie­wąt­pli­wie on momen­tal­nie zapa­liłby się do tego pomy­słu. Na jej miej­scu już zaan­ga­żo­wałby się do tej roboty. Ale ona nie mogła tego zro­bić.

Nie była poszu­ki­waczką ksią­żek. Prze­cież taki zawód nawet nie ist­nieje. Po pro­stu raz los się do niej uśmiech­nął, i tyle.

Skoń­czyli roz­ma­wiać i Mir­ren zato­nęła w lek­tu­rze powie­ści. Czy­tała teraz bożo­na­ro­dze­niowy romans, taki z ksią­żę­tami. Zamó­wiła jedze­nie z baru, choć było to wbrew jej przy­zwy­cza­je­niom i wie­działa, że będzie tego żało­wać.

***

Kiep­sko spała, a naza­jutrz przy­wi­tał ją ponury szary pora­nek. Do pracy przy­je­chała spóź­niona i w fatal­nym nastroju. Za to jej prze­ło­żona, jak się zda­wało, try­skała humo­rem, co było do niej nie­po­dobne.

- Mamy nowe zle­ce­nie - oświad­czyła trium­fal­nym tonem. - W Szko­cji. Nie wiem, dla­czego nie poszu­kali kogoś u sie­bie. W każ­dym razie zaży­czyli sobie cie­bie. Chcą, żebyś poje­chała tam na tydzień przed Bożym Naro­dze­niem.

Mir­ren wytrzesz­czyła oczy.

- Serio? - wydu­kała, sta­ra­jąc się zacho­wać neu­tralny ton.

- Musisz poje­chać na miej­sce i osza­co­wać, czy dom nadaje się do roz­bu­dowy, czy do roz­biórki. W sumie to tro­chę dziwne: zama­wia­jący nie zdra­dził zbyt wielu szcze­gó­łów.

- W porządku, pojadę - oświad­czyła Mir­ren z uśmie­chem.

- Prze­słał bilet na pociąg.

***

Mir­ren nie umiała opa­no­wać eks­cy­ta­cji. Przy­gnę­biała ją klitka, w któ­rej się gnieź­dziła. Mama była zajęta i nie miała dla niej czasu. W dodatku Mir­ren była spłu­kana, a deszcz nie chciał prze­stać padać. Ale przy­naj­mniej dostała zle­ce­nie, które zapo­wia­dało się cie­ka­wie. W dodatku będzie mogła popra­co­wać z książ­kami. Pró­bo­wała wyobra­zić sobie, jak to będzie wyglą­dać; może czeka ją kata­lo­go­wa­nie i spo­rzą­dza­nie indek­sów? Nie­zbyt to pory­wa­jące, ale da sobie radę. Oczami wyobraźni widziała już pięk­nie urzą­dzony dom pełen równo usta­wio­nych rega­łów z pół­kami ugi­na­ją­cymi się pod prze­pięk­nymi sta­rymi wyda­niami. Miała tylko nadzieję, że Jamie nie każe jej ich wyce­niać. Kom­plet­nie się na tym nie znała, to była spe­cjal­ność Theo Pal­li­sera... Sta­rała się nie myśleć o nim, choć rów­no­cze­śnie tęsk­nym wzro­kiem zer­kała na okienko "Wyszu­kaj" na Insta­gra­mie. Byłoby to wbrew umo­wie, jaką sama ze sobą zawarła. Nie obser­wo­wała jego pro­filu, acz­kol­wiek... od czasu do czasu zda­rzało jej się na niego zer­k­nąć.

No pro­szę, oto i on. Ciemne włosy opa­da­jące falą na czoło. Theo w rękach trzy­mał wie­kową powieść pióra Henry'ego Fiel­dinga - to jej poświę­cony był fil­mik wrzu­cony przez niego na Insta­gram. Jego pro­fil @tha­tlon­don­bo­ok­boy miał już tro­chę obser­wu­ją­cych. Publi­ko­wał filmy, w któ­rych nie­odmien­nie ze smętną, melan­cho­lijną miną opo­wia­dał o nowych książ­kach w ofer­cie anty­kwa­riatu. Pro­fil przy­cią­gał miło­śni­ków lite­ra­tury obojga płci. Ile­kroć Mir­ren tu zaglą­dała, robiła się okrop­nie zazdro­sna. Poza tym musiała każ­do­ra­zowo uży­wać fał­szy­wego pro­filu, żeby Theo nie zorien­to­wał się, że go pod­gląda, co czy­niło cały ten pro­ce­der jesz­cze bar­dziej upo­ka­rza­ją­cym. Wyglą­dał świet­nie. Mir­ren bły­ska­wicz­nie zamknęła Insta­gram. U niej też coś się dzieje się na fron­cie książ­ko­wym! I to coś naprawdę super!

Jesz­cze raz przyj­rzała się bile­towi kole­jo­wemu. Upo­waż­niał do prze­jazdu pocią­giem, któ­rym ni­gdy dotąd nie jechała; nazy­wał się Cale­do­nian Sle­eper. Podró­żo­wał na tra­sie Lon­dyn-Scot­tish High­lands i mógł poszczy­cić się prze­dzia­łami sypial­nymi. Nie­stety Jamie nie wyku­pił dla niej kuszetki, a to zna­czyło, że czeka ją nocna dzie­się­cio­go­dzinna jazda w pozy­cji sie­dzą­cej. Kurs Cale­do­nian Sle­eper na tej tra­sie pomy­ślany był pew­nie jako oka­zja do odby­cia cudow­nej roman­tycz­nej podróży. Tyle że do tego nie­zbędne było wygodne łóżko, w któ­rym można się wyspać. No ale cóż, może i bez niego czeka ją jakaś przy­goda.

Mir­ren spa­ko­wała nie­wielką walizkę podróżną i prze­zor­nie zabrała poży­czoną od mamy poduszkę tury­styczną. Nie­śmiało marzyła, że jeśli jej się poszczę­ści, na powrót Jamie McKin­non zafun­duje jej lot samo­lo­tem. Na razie nie usły­szała od niego wielu kon­kre­tów na temat tego, czego wła­ści­wie od niej ocze­ki­wał. Mimo to jego pro­po­zy­cja podzia­łała na nią ożyw­czo - per­spek­tywa zaję­cia się czymś nowym wyrwała ją z przy­gnę­bie­nia, w jakie wpę­dzała ją rutyna.

Przy­po­mniała sobie powziętą zaraz po pan­de­mii obiet­nicę, że już ni­gdy nie wróci do życia, jakie wio­dła wcze­śniej. A potem i tak to zro­biła. Była za młoda, żeby tkwić w tak bez­na­dziej­nej robo­cie. To, co ją teraz cze­kało, może oka­zać się kata­strofą - acz­kol­wiek nie wyda­wało się nie­bez­pieczne, a przy­naj­mniej coś w jej życiu zaczęło się dziać. Kto wie, może Jamie naprawdę chciał, żeby spo­rzą­dziła kosz­to­rys domu. Ale w sumie taka ewen­tu­al­ność byłaby jesz­cze strasz­niej­sza. Cóż, to tylko robota, zre­flek­to­wała się. Jeśli nie będzie się czuć bez­piecz­nie, wal­nie tego typa swoim teo­do­li­tem i da nogę.

Był wie­czór, gdy wyszła z kawa­lerki, zamknęła drzwi i udała się na dwo­rzec kole­jowy. Jej serce prze­peł­niała eks­cy­ta­cja.

Nie potrwała długo.

Rozdział 5

5

W Wiel­kiej Bry­ta­nii jest mnó­stwo prze­pięk­nych dwor­ców kole­jo­wych. Lon­dyń­ski Euston Sta­tion do nich jed­nak nie należy.

To pozba­wiony uroku budy­nek, przy­po­mi­na­jący sze­ścian, w któ­rym panuje atmos­fera wiecz­nego nie­po­koju. Kolo­rowe zdję­cia szczę­śli­wych mie­sza­nych rasowo rodzin zaży­wa­ją­cych wypo­czynku na wsi oraz wszech­obecne pia­nina przy­no­szą sku­tek odwrotny do zamie­rzo­nego: zamiast ocie­plić tę prze­strzeń, czy­nią ją jesz­cze bar­dziej odpy­cha­jącą. Kon­trast pod­kre­ślają wszech­obecny brud i sza­rość, cał­kiem jakby kominy zatrzy­mu­ją­cych się tu pocią­gów na­dal kop­ciły na czarno.

Jest tutaj mnó­stwo barów typu fast food, a cze­ka­jący na pociąg ludzie albo gapią się w tele­fony, albo zadzie­rają głowy i wbi­jają wzrok w tablicę z godzi­nami odjaz­dów. Jeśli jeden z ocze­ku­ją­cych poru­szy się nie­spo­koj­nie, jakby wła­śnie podano peron, z któ­rego odje­dzie dany skład, wszy­scy pozo­stali też pod­ska­kują, niczym stado prze­stra­szo­nych pta­ków. Kiedy w końcu ogło­szony zostaje numer peronu, podróżni pędzą na zła­ma­nie karku, jakby ważyły się ich losy. Wszy­scy wie­dzą, że w ści­sku naj­mniej­sze szanse mają ci obju­czeni baga­żem, a także sta­rzy i słabi. Ta atmos­fera spra­wia, że wszy­scy tutaj wydają się tro­chę nie­szczę­śliwi i zawsty­dzeni, a ich emo­cje wsią­kają w szary beton hali. W efek­cie, jak tylko ktoś prze­kro­czy próg dworca, minie niskie brudne drzwi i bucha­jące mu spa­li­nami w twarz busy, momen­tal­nie osiada na nim ośli­zgły, ciężki nie­po­kój.

Tej chłod­nej, wil­got­nej gru­dnio­wej nocy Euston Sta­tion poka­zało swoją naj­gor­szą stronę; w środku było lodo­wato i brudno, a Boże Naro­dze­nie nie miało tu wstępu. Szcze­gól­nie przy­gnę­bia­jąco musiało wyglą­dać dla kogoś, kto - jak Mir­ren - stał przy drzwiach i zale­wał się łzami. Szlo­chała tak gło­śno, że jej łka­nia nie zagłu­szały nawet głosy człon­ków Armii Zba­wie­nia, któ­rzy wyśpie­wu­jąc kolędy, sta­rali się zebrać tro­chę gro­sza od obsy­pa­nych wło­sami aniel­skimi podróż­nych wra­ca­ją­cych wła­śnie z fir­mo­wych wigi­lii.

- Ale prze­cież ja umiem o sie­bie zadbać - łkała Mir­ren. - Jestem Lon­dynką. Miesz­kam tu! Sądzi­łam, że ci goście napa­dają tylko na tury­stów, któ­rzy dopiero co przy­byli do mia­sta i nie znają jego realiów.

Wszystko wyda­rzyło się w ułamku sekundy. Mir­ren wyszła z metra i prze­cho­dziła na drugą stronę ulicy. Wyjęła tele­fon, żeby wyświe­tlić bilet. I wła­śnie wtedy poczuła świst powie­trza, a postać na rowe­rze elek­trycz­nym prze­mknęła tuż obok niej, wyry­wa­jąc jej z ręki tele­fon. Nim zro­zu­miała, co się dzieje, zło­dziej znikł pośród nie­zli­czo­nych reflek­to­rów aut suną­cych Euston Road.

Sym­pa­tyczny funk­cjo­na­riusz Szkoc­kiej Straży Ochrony Kolei, który wła­śnie koń­czył długą zmianę, nie uwa­żał, żeby życze­nie tury­stom takich przy­krych przy­gód korzyst­nie świad­czyło o poszko­do­wa­nej, ale robił dobrą minę do złej gry.

- Cóż - odparł, wska­zu­jąc wiszący nie­opo­dal pla­kat ostrze­ga­jący przed gra­su­ją­cymi na dworcu zło­dzie­jami. - Wszyst­kim dora­dzamy, żeby się nie afi­szo­wali z tele­fo­nami.

- Ale prze­cież to jest dwo­rzec, a ja mam bilet na tele­fo­nie! - chli­pała Mir­ren. - To chyba zupeł­nie natu­ralne, że biorę go do ręki.

To powie­dziaw­szy, gło­śno pocią­gnęła nosem, ścią­ga­jąc tym na sie­bie spoj­rze­nia paru osób. Nie wie­dząc o tym, sta­rym zwy­cza­jem odru­chowo pocią­gnęła za jeden z kasz­ta­no­wych loków wysta­ją­cych jej spod czapki.

- Może zechce pani podejść na poste­ru­nek i zgło­sić kra­dzież?

- Chcę mój tele­fon! Czy może pan go odzy­skać? - spy­tała bła­gal­nym tonem. - Tutaj jest mnó­stwo kamer moni­to­ringu.

- Nie - odparł krótko męż­czy­zna. - Chyba do tej pory nikt pani nie ukradł tele­fonu, co?

Nie do wiary, ale pomiesz­cze­nie na Euston Sta­tion, do któ­rego cię zabie­rają, kiedy przy­trafi ci się coś złego, pre­zen­tuje się jesz­cze gorzej niż reszta dworca. Ume­blo­wa­nie ogra­ni­czało się do niskiego sto­lika z pory­so­wa­nym bla­tem, na któ­rym leżał kar­to­nik naj­tań­szych chu­s­te­czek higie­nicz­nych, oraz dwóch krze­seł, z któ­rych sie­dzisk ktoś wycią­gnął wypeł­nie­nie.

- Chce pan usły­szeć całą histo­rię? - Mir­ren usia­dła, a mun­du­rowy wyjął notes.

- W sumie to nie za bar­dzo - odparł męż­czy­zna. - Dam pani for­mu­larz do wypeł­nie­nia. Z nim będzie pani mogła ubie­gać się o wypłatę pie­nię­dzy z ubez­pie­cze­nia.

- Ale ja muszę odzy­skać tele­fon! Czuję się... jakby ktoś bru­tal­nie pozba­wił mnie mojego ducha opie­kuń­czego. Wie pan, o co mi cho­dzi?

- Nie wiem - stwier­dził z taką miną, jakby nie musiał sto razy na dzień słu­chać tej samej histo­rii.

- Dla­czego ktoś nie zrobi z tym porządku?

- Tele­fony kradną chło­paczki na rowe­rach - oznaj­mił poważ­nie funk­cjo­na­riusz. - Szybcy są.

- Zabrzmiało to tak, jakby ich pan podzi­wiał.

- Po pro­stu mówię, że są szybcy.

- W poprzek chod­ni­ków powinny być prze­cią­gnięte zdal­nie ste­ro­wane druty - oświad­czyła z nie­ty­po­wym oży­wie­niem Mir­ren. Podob­nie jak więk­szo­ści ludzi, na co dzień okru­cień­stwo było jej obce. - I w takiej sytu­acji ktoś powi­nien je uru­cho­mić przy wyj­ściu z dworca.

- I co? Chcia­łaby pani, żeby chło­paczki wyle­ciały w powie­trze, pro­sto pod koła nad­jeż­dża­ją­cych aut? - spy­tał bez prze­ko­na­nia męż­czy­zna.

- Tak!

- Czyli jest pani za karą śmierci.

- Przy­naj­mniej ukró­ci­li­by­śmy plagę kra­dzieży - oce­niła ponuro Mir­ren.

- Co racja, to racja.

Sie­dzieli dłuż­szą chwilę w mil­cze­niu. Mir­ren, pochli­pu­jąc, wypeł­niała for­mu­larz.

- Boże, nie wie­rzę, że to się dzieje. Prze­cież zaraz odjeż­dża mój pociąg. A bilet jest w tele­fo­nie!

- Tak myśla­łem - powie­dział spo­koj­nie męż­czy­zna, bio­rąc do ręki plik kar­tek. - Dokąd się pani wybiera?

- Do Szko­cji.

- Pięk­nie. Pocią­giem z wago­nami sypial­nymi?

- Może z łaski swo­jej prze­sta­nie pan uda­wać, że nic wiel­kiego się nie stało? Zosta­łam okra­dziona w dro­dze do nowej pracy. To wszystko jest takie straszne.

- Nikt nie zgi­nął... - zauwa­żył trzeźwo mun­du­rowy.

- Tylko dla­tego, że nie wpro­wa­dza­cie w życie mojego planu z pułap­kami na zło­dziei!

- ... a pani wybiera się do Szko­cji na święta - dokoń­czył z przy­ja­znym uśmie­chem. - Mogło być gorzej.

***

Miły funk­cjo­na­riusz cier­pli­wie zacze­kał, aż Mir­ren roz­mówi się z panią w banku. Zadzwo­niła z tele­fonu sta­cjo­nar­nego, który trzy­mano dokład­nie w tym celu. Na apa­ra­cie nakle­jone były kar­teczki z ban­ko­wymi nume­rami alar­mo­wymi.

Kiedy skoń­czyła roz­ma­wiać, jesz­cze raz rozej­rzała się po brud­nym ponu­rym poko­iku, w któ­rym tkwiła, i pomy­ślała, że naj­chęt­niej wró­ci­łaby po pro­stu do domu. Jasne, jej kawa­lerka była bez­na­dziej­nie mała, miała nie­wy­głu­szone ściany i okna i tylko uda­wała wyra­fi­no­waną, ale przy­naj­mniej nale­żała do niej. Będąc w środku, Mir­ren mogła zamknąć drzwi na klucz i pobyć sama.

I wtedy ją olśniło - prze­cież w tym prze­klę­tym tele­fo­nie była też apli­ka­cja z kartą na metro, wszyst­kie kon­takty, wszyst­kie detale skła­da­jące się na jej życie, w tym apli­ka­cja Ubera. Mniej wię­cej w dwa tysiące dzie­wią­tym roku zwol­niła swój mózg z obo­wiązku zapa­mię­ty­wa­nia naj­po­trzeb­niej­szych infor­ma­cji, prze­rzu­ca­jąc to zada­nie na tele­fon, i dopro­wa­dziła do tego, że teraz nie umiała sobie nawet przy­po­mnieć nume­rów tele­fonów swo­ich braci ani w ogóle kogo­kol­wiek, kto mógłby jej pomóc.

To wszystko jed­nak nie zmie­niało faktu, że miała zada­nie do wyko­na­nia. Ktoś na nią cze­kał. Powinna dzia­łać.

- No to jak? Nie­długo odjeż­dża pani pociąg - zauwa­żył mun­du­rowy.

- Mogę poje­chać bez biletu? - spy­tała, znowu bio­rąc do ręki for­mu­larz.

Męż­czy­zna ski­nął głową.

- Ma pani dowód oso­bi­sty, prawda?

- Zło­dziej nie zabrał mi port­fela, tylko tele­fon. Powi­nien pan to wie­dzieć. Wystar­czy­łoby wyśle­dzić go przez funk­cję Znajdź Mój Tele­fon, no ale musia­łoby się panu chcieć.

Straż­nik odchrząk­nął. To był długi dzień, w trak­cie któ­rego uchro­nił dzie­cięcy wózek spa­ce­rowy przed wto­cze­niem się na tory i aresz­to­wał eks­hi­bi­cjo­ni­stę. Sło­wem, miał pod­stawy, by nie czuć się zupeł­nie bez­u­ży­teczny. No ale cóż, nie spo­sób zado­wo­lić wszyst­kich, a ofiar kra­dzieży tele­fo­nów ni­gdy nie bra­kuje.

- Chodźmy na peron pierw­szy i tam wszystko zała­twimy, co pani na to? Doje­dzie pani do celu, zała­twi sobie nowy tele­fon i po spra­wie. Napije się pani her­baty, może nawet szkla­neczkę whi­sky?

- No dobrze - odparła Mir­ren. Była prze­mar­z­nięta, czuła się przy­gnę­biona i gene­ral­nie poża­ło­wa­nia godna. - Spró­buję.

***

Pociąg z wago­nami sypial­nymi cze­kał na końcu dworca. Mir­ren zazdro­snym wzro­kiem patrzyła na reklamy przed­sta­wia­jące śpią­cych podróż­nych otu­lo­nych czy­ściut­kimi, śnież­no­bia­łymi koł­drami.

Po sze­ro­kim beto­no­wym pero­nie do tur­ku­so­wego składu zmie­rzali podróżni. Jedna połowa wagonu, który minęła jako pierw­szy, wypeł­niona była fote­lami; drugą prze­zna­czono do trans­portu rowe­rów i bagażu. Fotele wyglą­dały na sto­sun­kowo wygodne, tym nie­mniej podró­żo­wa­łaby na takim w pozy­cji sie­dzą­cej, w dodatku obok obcej osoby, bo pociągi na tej tra­sie zawsze były wyprze­dane do ostat­niego miej­sca. W środku tło­czyli się już ludzie, głów­nie męż­czyźni, ale wypa­trzyła też parę kobiet robią­cych na dru­tach. Obok nich sie­dzieli faceci z dużymi tor­bami podróż­nymi, pogrą­żeni już we śnie. Jacyś rodzice pró­bo­wali usa­dzić w fote­li­kach dwu­let­nie dziecko oraz nowo­rodka. Zro­biło jej się ich żal. A chwilę póź­niej to samo poczuła wobec sie­bie. Nie­za­leż­nie od tego, co cze­kało ją w Szko­cji, jedno nie ule­gało wąt­pli­wo­ści: rano po dotar­ciu na miej­sce nie będzie w naj­lep­szej for­mie. Uświa­do­miła sobie teraz, że nie spraw­dziła, o któ­rej godzi­nie ktoś odbie­rze ją z dworca. No bo chyba ktoś zamie­rzał po nią wyjść, prawda? Nie pamię­tała nawet nazwy sta­cji, na któ­rej ma wysiąść... Nie, wszystko będzie dobrze - zre­flek­to­wała się szybko. Przy­po­mni sobie wszystko, jutro będzie nowy dzień. Na pewno któ­ryś z pasa­że­rów będzie miał lap­topa i pozwoli jej zalo­go­wać się na jej konto. Kto wie, może czeka ją przy­goda, powta­rzała sobie, masu­jąc zzięb­nięte ramiona.

Ale na razie to, co się działo, w ogóle nie przy­po­mi­nało przy­gody. Do pasa­żer­skiej czę­ści wagonu wpa­ko­wała się grupka zala­nych panów. Od razu po zaję­ciu miejsc powy­cią­gali z pla­sti­ko­wych sia­tek puszki i butelki i zaczęli je otwie­rać. "O Boże" - pomy­ślała Mir­ren. Zano­siło się na imprezkę.

- Dzię­kuję - powie­działa, zwra­ca­jąc się do towa­rzy­szą­cego jej straż­nika.

- Powo­dze­nia - odparł, mru­ga­jąc do niej. - Na pewno spodoba się pani Szko­cja. Obie­cuję.

***

- Pro­szę pani?

Kon­duk­torka ubrana była w ele­gancki zie­lono-gra­na­towy mun­dur, na który narzu­coną miała kami­zelkę w szkocką kratę. Jej głowę wień­czył kan­cia­sty kape­lu­sik.

- Czy ma pani wyku­pioną kuszetkę?

- Nie - odparła smutno Mir­ren, wodząc spoj­rze­niem za pod­ocho­co­nymi face­tami, któ­rzy wędro­wali już po wago­nie w tę i z powro­tem. Mimo że od dziecka dzie­liła ją na razie gruba szyba w oknie, już mogła usły­szeć jego płacz. - Mam miej­sce sie­dzące, tak mi się wydaje.

Kon­duk­torka wzięła do ręki podany jej przez Mir­ren for­mu­larz oraz prawo jazdy. Przez długą chwilę stu­dio­wała coś w swo­ich papie­rach. W tym cza­sie Mir­ren dygo­tała z zimna. Na pero­nie było prze­raź­li­wie chłodno, a ją od celu podróży dzie­liło osiem­set kilo­me­trów. Zacho­dziła w głowę, czy przy­pad­kiem dobrym pomy­słem nie byłoby zabra­nie z domu grub­szego płasz­cza zamiast jej ulu­bio­nej kurtki bos­manki.

- W porządku - ode­zwała się w końcu kon­duk­torka. - Pro­szę za mną.

Ski­nęła głową swo­jej kole­żance, po czym raź­nym kro­kiem ruszyła wzdłuż peronu. Mir­ren musiała się posta­rać, żeby nie zostać w tyle. Miała wra­że­nie, że w miarę jak zbli­żały się do drzwi wagonu, powie­trze sta­wało się coraz zim­niej­sze. Z pociągu wydo­by­wały się kłęby pary, cał­kiem jakby był smo­kiem roz­grze­wa­ją­cym się przed lotem.

To był nie­zwy­kle długi skład, cią­gnący się wagon za wago­nem, bez końca. Kiedy minęły pierw­sze wagony i sek­tory z fote­lami, zro­biło się ciszej. Mir­ren tęsk­nie spo­glą­dała w okna, za któ­rymi ludzie otwie­rali drzwi i wcho­dzili do przy­tul­nych prze­dzia­łów sypial­nych, z pod­ło­gami wyło­żo­nymi wykła­dziną w szkocką kratę i łóż­kami, na któ­rych leżała śnież­no­biała pościel. Z maleń­kimi umy­wal­kami i prysz­ni­cem. Z rów­niu­teńko uło­żo­nymi butel­kami z wodą i przy­bo­rami toa­le­to­wymi. Zachciało jej się pła­kać. Te prze­działy wyda­wały się takie cie­płe i przy­tulne, tym­cza­sem ona drżała z zimna i czuła coraz więk­sze przy­gnę­bie­nie. Sta­wało się jasne, że kon­duk­torka pro­wa­dzi ją do innego wagonu, z miej­scami sie­dzą­cymi, praw­do­po­dob­nie na dru­gim końcu składu.

Kiedy dotarły do końca pociągu, Mir­ren znów poczuła w płu­cach pełne smogu lon­dyń­skie powie­trze. Ostatni wagon, ten, któ­rym miała podró­żo­wać, znaj­do­wał się tuż przed sil­ni­kiem i w prze­ci­wień­stwie do wszyst­kich pozo­sta­łych wcale nie był nie­bie­ski, lecz ciem­no­czer­wony. O ile tamte wypo­sa­żone były w duże okna o zaokrą­glo­nych brze­gach, o tyle ten miał sta­ro­świec­kie drzwi, które otwie­rało się ręcz­nie, i okna rów­nież dające się otwo­rzyć. Było jasne, że został odłą­czony od jakie­goś innego składu; zupeł­nie nie paso­wał do błysz­czą­cego nowo­ścią pociągu Cale­do­nian Sle­eper. No to pięk­nie. Może w takim razie czeka ją cało­nocna podróż w fotelu, jakie spo­tyka się w pocią­gach metra?

- Pro­szę bar­dzo - ode­zwała się kon­duk­torka, uchy­la­jąc kape­lu­sza. Drzwi się otwo­rzyły.

Mir­ren weszła po schod­kach, tasz­cząc za sobą walizkę na kół­kach, i skrę­ciła na kory­tarz. Spo­dzie­wała się, że ujrzy otwie­rane auto­ma­tycz­nie drzwi, zamiast tego jed­nak jej spoj­rze­nie padło na klamkę. Naci­snęła ją, weszła do środka i zamarła w pół kroku.

Rozdział 6

6

Nie wie­rzę... - wydu­siła z sie­bie. Zamru­gała szybko. Ten wie­czór już wcze­śniej dostar­czył jej nie­spo­dzia­nek. Czy to...? Nie­moż­liwe.

Wnę­trze wagonu nie było podzie­lone na prze­działy - bar­dziej przy­po­mi­nało jeden bar­dzo długi i wąski pokój. Oka­zało się znacz­nie więk­sze, niż Mir­ren mogła przy­pusz­czać, sto­jąc na pero­nie. Jej mózg na­dal nie radził sobie z tym, co miała przed oczami. Wagon - pokój, dom, jak zwał tak zwał - urzą­dzony był w środku jak... Nie dało się tego opi­sać innym sło­wem... urzą­dzony był jak biblio­teka.

Ściany pokry­wała spło­wiała mate­ria­łowa tapeta, w oknach wisiały zazdrostki w kolo­rze ciem­no­czer­wo­nym, spięte ele­ganc­kimi sznu­rami. Jak okiem się­gnąć, wokół okien i nad nimi, wszę­dzie widać było książki - stare wolu­miny usta­wione równo na pół­kach. Pod nimi stały wygodne, szy­kowne sofy, antyczny sekre­ta­rzyk, for­te­pian gabi­ne­towy, na który Mir­ren długo spo­glą­dała z nie­do­wie­rza­niem, a nawet mały barek z krysz­ta­ło­wymi karaf­kami. Ściany zdo­biły malo­wi­dła przed­sta­wia­jące sceny polo­wań. Mosiężne lampy roz­le­wały wokół sie­bie cie­pły blask. Na dru­gim końcu wagonu znaj­do­wał się naj­praw­dziw­szy komi­nek, obok któ­rego stały dwa fotele.

- Nie wie­rzę - jęk­nęła.

W tym momen­cie zza baru wyszedł męż­czy­zna w kra­wa­cie, któ­rego w pierw­szej chwili w ogóle nie zauwa­żyła.

- Co to za miej­sce? - spy­tała, nie kry­jąc zdu­mie­nia.

- Witam w Wago­nie McKin­non - powie­dział. - Napije się pani cze­goś?

Mir­ren ruszyła przed sie­bie, w głąb tego nad­zwy­czaj­nego pomiesz­cze­nia.

- Nie wie­rzę! - Nara­stała w niej fru­stra­cja, że nie ma przy sobie tele­fonu; to wnę­trze pro­siło się o sesję zdję­ciową. - Czy... takimi wago­nami podró­żują ludzie, na któ­rych czy­hają zama­chowcy?

Na ustach męż­czy­zny poja­wił się pobłaż­liwy uśmiech.

- Może zatem skusi się pani na coś cie­płego do jedze­nia?

Ale jej uwagę przy­kuło już co innego; na jed­nym z foteli przy kominku ktoś sie­dział. Dopiero teraz zorien­to­wała się, że komi­nek wbrew pozo­rom wcale nie był opa­lany węglem, lecz elek­tryczny, jed­nak dawał naj­praw­dziw­sze cie­pło. W zesta­wie­niu z lodo­wa­tym powie­trzem na pero­nie wyda­wał się abso­lut­nie zachwy­ca­jący. Myśl, że mogłaby zato­nąć w takim fotelu z książką, była roz­koszna.

- Pozwo­li­łem sobie przy­go­to­wać dla pani grza­niec z whi­sky - przy­po­mniał o sobie bar­man. - Wielu pasa­że­rów ma na niego ochotę zaraz po wej­ściu. Ale jeśli woli pani coś innego, wystar­czy popro­sić.

Przy­rzą­dzony napój pach­niał nie­biań­sko.

- Napiję się z wielką przy­jem­no­ścią - powie­działa, bio­rąc do ręki cie­płą szklankę z gru­bego szkła. Uno­sił się znad niej osza­ła­mia­jący aro­mat whi­sky, brą­zo­wego cukru, goź­dzi­ków i cytryny. - Dzię­kuję.

Postać na fotelu odwró­ciła się. Mir­ren przy­go­to­wała się men­tal­nie na powi­ta­nie obcego męż­czy­zny z biblio­teki.

- Mir­ren Suther­land, a niech mnie! Cie­kaw byłem, czy cię tu spo­tkam!

Męż­czy­zną na fotelu oka­zał się zni­ka­jący księ­garz we wła­snej oso­bie: Theo Pal­li­ser.

Rozdział 7

7

W ostat­nich dniach nie mogła narze­kać na brak nie­spo­dzia­nek, jed­nak wszyst­kie bla­dły w porów­na­niu z tą. W ułamku chwili Mir­ren poczuła, jak nara­sta w niej wście­kłość. Dla­czego Theo ma ją oglą­dać aku­rat w takim sta­nie - z roz­ma­za­nym od pła­czu tuszem do rzęs, kre­tyń­ską poduszką lot­ni­czą na szyi i w pobru­dzo­nej dwor­co­wym bło­tem kurtce, zde­cy­do­wa­nie zbyt lek­kiej na tę pogodę?

Zapo­mniała już, jaki jest przy­stojny. Zabój­czo. Blady, szczu­pły, z wiel­kimi ciem­nymi oczami i unie­sio­nymi łuko­wato brwiami, jakby zawsze był o krok od powie­dze­nia cze­goś zło­śli­wego, bo rze­czy­wi­ście gene­ral­nie tak było. Theo, ze swo­imi dwor­skimi manie­rami, błysz­czą­cymi czar­nymi oczami, dow­ci­pem i zami­ło­wa­niem do przy­gód, był abso­lut­nie pory­wa­jący. Na prze­strzeni ostat­nich dłu­gich mie­sięcy Mir­ren miała dość oka­zji, by zdać sobie sprawę, że nie tylko ona tak uważa.

- Co ty tu robisz? - wydu­kała.

- Panno Suther­land - powi­tał ją w typowy dla sie­bie prze­sad­nie for­malny spo­sób.

- Ale dla­czego ty tutaj... - Rozej­rzała się wkoło. - Gdzie my w ogóle jeste­śmy?

- Inte­resy książ­kowe - wyja­śnił Theo z uśmie­chem. - Dzia­łam z pole­ce­nia wuja.

- Sądzi­łam, że już dla niego nie pra­cu­jesz.

- Wiesz, jak to jest: jesz­cze jedno, ostat­nie zle­ce­nie... Świet­nie wyglą­dasz.

Aku­rat to stwier­dze­nie tak bar­dzo mijało się z prawdą, że Mir­ren mimo woli się skrzy­wiła. Nagle na usta zaczęły jej się cisnąć pyta­nia: Dla­czego do mnie nie zadzwo­ni­łeś? Gdzie się podzie­wa­łeś przez cały ten czas? Zamiast tego w mil­cze­niu zaci­skała tylko z całej siły palce na szklance z gro­giem. W tym momen­cie pociąg drgnął i nie­spiesz­nie wyto­czył się z dworca.

- Co to ma być? Jestem porwana?

- Zachwy­ca­jące miej­sce, nie­praw­daż? - uśmiech­nął się Theo.

- Ale co to wszystko ma zna­czyć?

- Jamie McKin­non - odparł krótko Theo, tak jakby to miało wszystko tłu­ma­czyć.

- Co z nim?

- Nie wiesz?

- Wiki­pe­dia mil­czy na jego temat.

Theo uśmiech­nął się.

- No tak. Ta rodzina ceni dys­kre­cję.

- Och, daruj już sobie te swoje sno­bi­styczne gadki - wark­nęła Mir­ren. Teraz była już naprawdę wście­kła. - Tak, wiem, masz zna­jo­mo­ści w krę­gach ary­sto­kra­tów. Bla, bla, bla.

Wuj Theo pro­wa­dził nie­zwy­kle szy­kowny anty­kwa­riat w Ken­sing­ton, do któ­rego pozy­ski­wał - czę­sto w nie­ko­niecz­nie uczciwy spo­sób - nad­zwy­czaj dro­gie tomy. Do Mir­ren zaś odno­sił się z ledwo skry­waną pogardą. Theo był jego ubo­gim bra­tan­kiem, któ­remu wuj zapew­niał wikt i opie­ru­nek, nie­kiedy wyma­ga­jąc w zamian, by chło­pak wyko­ny­wał dla niego brudną robotę.

- To nie tak... - odparł. - Nie znam tego gościa. To zna­czy sły­sza­łem o nim to i owo.

- I co sły­sza­łeś? Że to facet, który posiada pociąg dzi­wów?

Theo rozej­rzał się po wnę­trzu wagonu.

- Nie­zła miej­scówka, co?

- Uda­jesz, że to nie robi na tobie wra­że­nia, a prze­cież to miej­sce wygląda jak dom CZAR­NEGO CHA­RAK­TERU Z JAMESA BONDA!

- Wcale nie udaję. Jestem pod wra­że­niem, i to dużym. Sły­sza­łem już wcze­śniej, że taki wagon ist­nieje. Ale nie mia­łem poję­cia, że na­dal wpusz­czają go na tory.

- Ale co to wła­ści­wie jest?

- Cóż, rodzina Jamiego była kie­dyś nie­zwy­kle zamożna. Połowa regionu High­lands nale­żała do tych ludzi.

- Pew­nie nie mieli dobrej prasy.

- O tak, zde­cy­do­wa­nie. Sytu­ację rodu zmie­nił dopiero dzia­dek Jamiego, wielki uczony. Żeby spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość, roz­dał dużą część majątku. Zacho­wał jed­nak księ­go­zbiór i biblio­teki. Był miło­śni­kiem ksią­żek. Sło­wem, rodzina została z książ­kami, ale za to bez gro­sza przy duszy. W dodatku dzia­dek był dur­niem, zerwał kon­takt z matką Jamiego i dopro­wa­dził posia­dłość do ruiny. Nie­dawno zmarł, prak­tycz­nie w ubó­stwie.

- Ojej. Ale na­dal mają ten pociąg...

- Tak. W prze­szło­ści tego rodzaju pry­watne wagony nie nale­żały do rzad­ko­ści. Kiedy sto pięć­dzie­siąt lat temu kolej pla­no­wała poło­żyć tory na tere­nie nale­żą­cym do rodziny, pań­stwo McKin­non zgo­dzili się pod warun­kiem, że stwo­rzony zosta­nie spe­cjalny przy­sta­nek dla nich oraz że będą mogli korzy­stać z pry­watnego wagonu. No i wygląda na to, że pół­tora wieku póź­niej ten układ na­dal obo­wią­zuje.

- Czyli mogą wezwać wagon, tak jak zama­wia się tak­sówkę?

- Ow­szem.

Mir­ren wyszcze­rzyła zęby w uśmie­chu, nie umiała się opa­no­wać. Posta­no­wiła, że nie będzie się teraz przej­mo­wać zacho­wa­niem Theo. Zamiast tego zato­nęła w roz­kosz­nie mięk­kim fotelu.

Miała wra­że­nie, że ten chło­pak w ogóle się nie zmie­nił przez ostatni rok: na­dal był szczu­pły, wysoki i blady. Jego głę­boko osa­dzone ciemne oczy koja­rzyć się mogły z wam­pi­rem, tyle że takim noszą­cym buty Adi­das Gazelle i mają­cym sła­bość do zawa­diac­kich min. Przy­wo­łała się do porządku, powta­rza­jąc sobie w myśli, że ten facet to ostat­nia kana­lia. I że ona pod żad­nym pozo­rem nie dopu­ści do tego, by znowu zawró­cił jej w gło­wie. Sączyła grog i grzała przy kominku prze­mar­z­nięte stopy. Napój przy­go­to­wany przez bar­mana sma­ko­wał prze­pysz­nie.

- Czyli co? Będziemy tu sie­dzieć przez całą noc?

- Ależ skąd - odparł dość wynio­słym tonem Theo. - Chodź, pokażę ci.

Jak się oka­zało, za komin­kiem w ścia­nie znaj­do­wały się prze­suwne drzwi, przez które wcho­dziło się do dal­szej czę­ści wagonu. Mie­ścił się tam wąski kory­ta­rzyk z prze­dzia­łami, jakie można było zoba­czyć w sta­rych skła­dach kole­jo­wych. Prze­działy były trzy, każdy z dwoma poje­dyn­czymi, sta­ran­nie zaście­lo­nymi łóż­kami. Obok leżała poskła­dana biała świeża pościel i stała miska na wodę. Na końcu kory­ta­rza znaj­do­wała się łazienka, a w niej naj­praw­dziw­sza żeliwna wanna. Mir­ren aż gwizd­nęła z wra­że­nia.

Kiedy wró­ciła do głów­nej czę­ści wagonu, zastała stół nakryty bia­łym obru­sem. Spo­strze­gła, że Theo ma na sobie smo­king.

- Jesteś w stroju wie­czo­ro­wym?

- Natu­ral­nie - przy­znał, nie kry­jąc zdzi­wie­nia.

Mir­ren zer­k­nęła na swoje odbi­cie w lustrze: nie­świeżą koszulę, którą miała na sobie przez cały dzień, i brudne ślady łez na twa­rzy.

- W porządku. Potrze­buję pię­ciu minut.

***

Na jed­nym z nakry­tych śnież­no­białą narzutą łóżek poło­żyła walizkę. Kiedy ją otwie­rała, musiała się przy­trzy­mać, bo mknący po torach pociąg aku­rat zako­ły­sał się na boki. Prze­by­wała jed­no­cze­śnie w domu i w pociągu, co z jed­nej strony wpra­wiało ją w dez­orien­ta­cję, a z dru­giej było abso­lut­nie upa­ja­ją­cym doświad­cze­niem. Kiedy zer­k­nęła w ciemne okno, prze­su­nął się za nim roz­świe­tlony peron i mignął napis "Wat­ford". Cie­kawa była, co ludzie myśleli na widok tego wagonu. A może wcale nie zwra­cali na niego uwagi? Może po torach bez prze­rwy podró­żo­wały pry­watne pociągi i po pro­stu nikt o tym nie wie­dział? Jeden miała rodzina kró­lew­ska, tego aku­rat była pewna. Ale może swoje pociągi miało też wiele innych osób, które prze­mie­rzały nimi kraj pod osłoną nocy? Na pod­ło­dze prze­działu, który dla sie­bie wybrała, leżała wypło­wiała wykła­dzina w szkocką kratę. Ściany były w mato­wym zie­lo­nym kolo­rze. Świa­tło zapew­niały te same co w czę­ści biblio­tecz­nej mosiężne lampy, a w oknach wisiały wiśniowe zasłonki z chwo­stami. "Wiel­kie nieba, mogła­bym tak żyć" - pomy­ślała Mir­ren, spo­glą­da­jąc tęsk­nie na łóżko.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki