Tajemnica świątecznej biblioteki - Jenny Colgan

Reflow text when sidebars are open.
1
To nie była wina Londynu, który wyglądał olśniewająco w ten mroźny początek sezonu przedświątecznego: przybrany wielkimi, czerwonymi kokardami, z miniaturowymi ośnieżonymi domkami w sklepowych witrynach oraz ogromną, świetlistą choinką podarowaną przez Norwegów na Trafalgar Square.
Każdego dnia wczesnym wieczorem za zaparowanymi oknami pubów widać było tłumy bywalców tłoczących się w ciepłych wnętrzach, gawędzących beztrosko, śmiejących się i wznoszących toasty na cześć nadchodzących świąt. Mężczyźni w smokingach i kobiety w pięknych sukniach o nasyconych barwach i obłokach kosztownych perfum wysiadali z czarnych taksówek na mokry trotuar, w którym odbijały się migoczące lampki choinkowe rozwieszone wysoko nad ich głowami. Na brukowanym dziedzińcu wiekowego kompleksu Somerset House jak co roku pojawiło się lodowisko, po którym teraz chyżo przemykali łyżwiarze.
Nie, Mirren Sutherland wiedziała, że to nie piękny, szykowny, błyszczący i modny Londyn odpowiada za jej przygnębienie. Sama była sobie winna. No i może jeszcze ta pora roku.
Kiedy miasto ogarniała przedświąteczna gorączka i wszystko wkoło skrzyło się i migotało, uświadomiła sobie, że dla innych Boże Narodzenie to taki piękny czas. Tymczasem jej sytuacja nie napawała optymizmem: mama Mirren pracowała, rodzeństwo zastrajkowało i nie chciało w ogóle w nic się angażować, a ona sama popełniła kretyński błąd, udając przed przyjaciółmi, że czuje się świetnie i ma mnóstwo planów na święta. Teraz było już za późno, żeby to odkręcić. Ubiegłoroczna Gwiazdka była fantastyczna. Tymczasem wszystko wskazywało na to, że tegoroczna okaże się absolutnie do bani.
Mirren od zawsze nałogowo pochłaniała książki. Nigdy nie miała poczucia, że posiada ich za dużo. Czuła się bezpiecznie dopiero wtedy, gdy na stoliku nocnym przy łóżku miała sześć rozpoczętych tomów, trzy karty biblioteczne, dwa Kindle'e i awaryjny zestaw powieści Douglasa Adamsa w łazience, na wypadek gdyby kiedyś zaciął się zamek, a ona nie mogłaby wyjść.
Ostatnie święta upłynęły jej na tropieniu książki zapamiętanej z dzieciństwa przez jej babkę cioteczną Violet, która u kresu życia ubłagała Mirren, żeby ją dla niej odnalazła. W tej misji towarzystwa dotrzymywał jej zabójczo przystojny antykwariusz Theo Palliser. Razem buszowali po antykwariatach w różnych zakątkach kraju, by ostatecznie odkryć, że tom, którego szukali, przez cały ten czas leżał w torbie jej stryjecznego pradziadka.
Był to, jak się okazało, najprawdziwszy biały kruk: bezcenne pierwsze wydanie książki pióra Roberta Louisa Stevensona z ilustracjami wybitnego rysownika Aubreya Beardsleya. June, najlepsza przyjaciółka ciotecznej babki Mirren - i krewna Beardsleya - ostatecznie zgodziła się przekazać znalezisko muzeum. Po uroczystym przekazaniu dzieło trafiło na wystawę. Mirren otrzymała nawet niewielkie znaleźne, które zdaniem wszystkich znajomych powinna przeznaczyć na zaliczkę na kupno kawalerki.
W ceremonii nie wziął udziału Theo. Wcześniej Mirren łudziła się, że coś ich łączy, jednak jak tylko emocje opadły, całkowicie zerwał z nią kontakt. Wróciła więc do swojej nudnej pracy rzeczoznawczyni, w której książki nikogo nie obchodziły. Jej babka cioteczna zmarła, a życie stało się znacznie bardziej nijakie niż przed tamtą wielką wyprawą.
Zdarzało jej się fantazjować o tym, jak to z Theo podróżują po świecie, wspólnie tropiąc zagubione księgi... W rzeczywistości jednak chłopak wrócił do swojego eleganckiego świata szacownych bibliotek i kosztownych pierwszych wydań, ona zaś, chcąc nie chcąc, wzięła się z powrotem za mierzenie metrażu zaszczurzonych magazynów, w których cwani deweloperzy zamierzali urządzić mieszkania pod wynajem dla studentów. Jak się szybko przekonała, zapotrzebowanie na poszukiwaczy książek na rynku pracy było zerowe. Ponieważ rata kredytu za maleńką garsonierę pochłaniała gros jej wypłaty, szukanie zatrudnienia przy książkach w ogóle nie wchodziło w grę. Mimo woli oczekiwała, że zbliżające się Boże Narodzenie przyniesie jakąś magiczną zmianę w jej życiu. Zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo jest to infantylne, jednak nie umiała na to nic poradzić.
Tego dnia w pracy niewiele się działo, dlatego postanowiła, że przerwę na lunch zrobi sobie wcześniej niż zwykle. Nim się spostrzegła, nogi same zaniosły ją - jak często miały w zwyczaju - daleko od nijakiego biura przy Easton Road na drugą stronę ruchliwej ulicy. Minęła lśniący biały gmach szpitala i po chwili dotarła do Bloomsbury i Muzeum Brytyjskiego, nowego domu dla jej największego znaleziska - książki, której zawdzięczała najwspanialsze chwile w swoim życiu. Imponujący kompleks muzeum zajmował cały kwartał. Ach, Bloomsbury! Kochała tę elegancką dzielnicę, będącą oazą nauki, książek i studiów. To tutaj mieściły się najszacowniejsze stołeczne uniwersytety, biblioteki, wydawnictwa i archiwa. Była to kraina pięknych placów i wypielęgnowanych ogrodów. Odwiedzający ją na każdym kroku spotykał niebieskie tabliczki na murach wiekowych budynków z nazwiskami mieszkających w nich niegdyś sławnych pisarzy: J.M. Barriego, Virginii Woolf, W.B. Yeatsa, H.G. Wellsa, Charlesa Dickensa... Niesamowite, ilu ich tu mieszkało.
Podziwiała bożonarodzeniowe ekspozycje w witrynach mijanych sklepików, wśród których dominowały księgarenki i antykwariaty. Przebiegała brukowane kocimi łbami uliczki, przy których stały wysokie kamienice. Duże mosiężne kołatki u drzwi były stare już w latach młodości Dickensa. Oczywiście siąpił typowy dla Londynu deszcz, Mirren wsunęła więc swoje kasztanowe, lekko pofalowane włosy pod czapkę dokerkę w kolorze musztardowym, modląc się w myślach, żeby pod wpływem wilgoci nie zaczęły się zanadto kręcić. Po drodze mijała hałaśliwe grupki ludzi zmierzających do restauracji o wnętrzach wykończonych starym drewnem, których zabawne nakrycia głowy zdradzały, że uczestniczą w jakiejś firmowej imprezie świątecznej. Jeśli chodzi o zbliżającą się uroczystą kolację wigilijną w jej firmie, to Mirren, prawdę mówiąc, wolałaby uniknąć tej wątpliwej przyjemności. Przez ostatni rok interesy szły kiepsko, a wszyscy fajni ludzie, którzy nie byli zakładnikami wysokich rat kredytowych, odeszli z pracy. Gdyby miała zgadywać, świąteczna impreza będzie wyglądała tak: ona i pracownicy księgowości siedzący w pokoju socjalnym nad paczką ciasteczek imbirowych.
W muzeum panowała krzątanina. Uwielbiała jego ogrom i przepych - kolumnadę, wysokie stopnie schodów wejściowych i charakterystyczną kopułę. Lwy na zamkniętych drzwiach oznaczały, że w danym pomieszczeniu przechowywane są wartościowe eksponaty, które w razie pożaru należy ratować w pierwszej kolejności. Jeszcze więcej takich artefaktów znajdowało się w magazynach pod ziemią. Turyści pragnący obejrzeć mumie czy anglosaskie łodzie pogrzebowe ustawiali się w kolejce do kontroli bagaży. U wejścia do holu stały rozmigotane choinki. Dalej, w głębi budynku, zwiedzających witało jeszcze więcej świątecznych drzewek i lampek, a także zawieszone wysoko wieńce z ostrokrzewu kolczastego i bluszczu. Było ich dużo zwłaszcza w Czytelni Głównej na Wielkim Dziedzińcu - olbrzymiej hali, w której podłoga i ściany wyłożone były lśniącym białym kamieniem. Mirren skinęła głową strażnikom, którzy kojarzyli już ją jako stałą bywalczynię.
W samym sercu tego przepychu, w górnej części czytelni, znajdował się skarb Mirren - jej książka. To znaczy nie jej, tylko wytropiona przez nią. Ilekroć ją tu odwiedzała, z łezką w oku przypominała sobie, jak szczęśliwa była w ostatnie święta. Widok tego tomu w Muzeum Brytyjskim zawsze napawał ją dumą. Wiedziała, co ją czeka potem - wróci do swojego nudnego biura, a potem spędzi trzy dni, nie ruszając się z sofy brata. Domownicy będą jej współczuć, a mama będzie załamywać nad nią ręce. Tylko ta książka trzymała ją przy życiu. Teraz Mirren, z szalem powiewającym za nią, wbiegała zwinnie po kamiennych stopniach wyślizganych przez buty niezliczonych osób, które przez ostatnie dwieście lat odwiedziły to miejsce.
2
Dotarłszy na szczyt schodów, Mirren skierowała się do bocznej salki. Mimo że bywała tu często, miejsce to nieodmiennie robiło na niej kolosalne wrażenie. Panowała tu stała temperatura, a w niemal całkowitej ciemności skrywała się absolutnie niebywała kolekcja: zbiór najwspanialszych ksiąg, jakie kiedykolwiek powstały. Nie przestawało jej zdumiewać, że praktycznie każdy mógł tu wejść i go podziwiać.
Pierwsze folio dzieła Szekspira. Biblia z IV wieku. Rękopis Miasteczka Middlemarch pióra George Eliot. To miejsce było istnym rajem dla bibliofila. I to właśnie tutaj, na końcu salki, w osobnej gablocie - wokół której zbierał się niekiedy tłumek odwiedzających - leżała jej książka, A Child's Garden of Verses z oryginalnymi ilustracjami Aubreya Beardsleya.
Mirren przycupnęła na stołeczku o sześciokątnym siedzisku i czekała, aż ktoś zainteresuje się jej skarbem. Oczywiście wśród odwiedzających nie brakowało znudzonych dzieci, które ciągano po muzeach w próżnej nadziei, że wyjdzie im to na dobre, jednak to nie na nich jej zależało. Czekała na osoby, które widok książki naprawdę poruszy - które będą wzdychać z zachwytem na widok eleganckiej kreski Beardsleya i notatek na marginesach skreślonych ręką samego Stevensona. Kiedy zgodziła się odszukać tę książkę dla swojej ciotecznej babki, nie spodziewała się znaleźć skarbu - ale tak właśnie się stało. I odtąd, gdy było jej źle - jak w tej chwili - widok tego, ile radości daje innym patrzenie na to dzieło, sprawiał, że robiło jej się lżej na duszy. Na gablotce znajdowała się nawet napisana drobnym drukiem informacja: Przekazana w darze przez June Wilson, wnuczkę siostry Aubreya Beardsleya. Znaleziona przez Mirren Sutherland, Londyn, rok 2024.
Tego dnia przed gablotką zatrzymał się wysoki mężczyzna o jasnokasztanowych włosach, ubrany dość niechlujnie, co - nawiasem mówiąc - było dość częstym widokiem wśród zwiedzających Muzeum Brytyjskie. Nieznajomy przypatrywał się uważnie eksponatowi. Mirren, widząc go, mimo woli uśmiechnęła się do siebie; choć nic o nim nie wiedziała, instynktownie go polubiła. Wystarczyło, że umiał docenić jej książkę. Nagle odwrócił się i przywołał gestem opiekunkę ekspozycji.
- Tu jest napisane "znaleziona"... - odezwał się z akcentem, którego Mirren nie umiała rozpoznać. Nadstawiła uszu, zaciekawiona.
- Tak? - Pracownica muzeum, w przeciwieństwie do strażników przy wejściu, nigdy nie zwracała na nią uwagi. A nawet jeśli zauważała bladą dziewczynę o dużych szarych oczach i rudobrunatnych kędzierzawych włosach, nigdy nie dała tego po sobie poznać.
- Jak do tego doszło?
Mirren była zaskoczona. Nikt do tej pory nie spytał o nią. Zazwyczaj zwiedzających interesowało, czy w zbiorach muzeum znajdują się również inne dzieła z pracami Beardsleya, przy czym najczęściej mieli na myśli jego obsceniczne malunki.
- Leżała na strychu - wyjaśniła lakonicznie kobieta.
- Ach tak. - Mężczyzna sprawiał wrażenie rozczarowanego. - To słowo "znalezione"... Brzmi tak, jakby jej szukano.
Opiekunka ekspozycji wzruszyła obojętnie ramionami.
- Nie wiem. Może to był wyjątkowo duży strych?
Mężczyzna przypatrywał się książce dłuższą chwilę. Wreszcie wyjął z kieszeni telefon, który wyglądał na bardzo stary - niemal tak stary jak BlackBerry. Kobieta posłała mu chmurne spojrzenie zarezerwowane dla tych, którzy w salach wystawowych Muzeum Brytyjskiego gapili się w swoje telefony. Ale on w ogóle tego nie zauważył.
- Ech, w Google'u nie ma żadnych informacji o... nim? O niej? Jest za to aktorka Helen Mirren. Wygląda na to, że grała w wielu filmach u boku Donalda Sutherlanda.
Mirren aż podskoczyło serce. Chwileczkę. Ten człowiek... szukał jej? Zamrugała szybko. W tym momencie, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, czuła się podsłuchiwaczem.
- Ekhm...? - odchrząknęła, próbując zwrócić na siebie uwagę. Żadne z rozmówców nie odwróciło się jednak do niej, dlatego momentalnie ponownie popadła w przygnębienie.
- Tak, no cóż - bąknęła opiekunka ekspozycji i oddaliła się, zostawiając Mirren sam na sam z zaintrygowanym turystą. Doznała wówczas dziwnego uczucia; nie było żadnego miejsca, w którym musiała koniecznie być. Spośród dziewięciu milionów dusz mieszkających w tym wielkim mieście nikt za nią nie zatęskni, jeśli jej zabraknie.
Jasne - przypominała sobie w takich chwilach - miała kochającą rodzinę, ale zarazem dla jej najbliższych okazywanie miłości oznaczało besztanie jej i suszenie jej głowy o to, kiedy poszuka sobie lepszej pracy. I upewnianie się, czy wie, że wszystkie jej koleżanki ze szkoły - dosłownie wszystkie - mają już dzieci.
- Przepraszam - odezwała się nieco głośniej, wychodząc z mroku.
Pracownica muzeum obejrzała się. Mirren wyminęła ją i podeszła do mężczyzny.
- Tak?
Nieznajomy spojrzał na nią z góry. Miał trzydzieści kilka lat, był szczupły i widać było, że dawno nie odwiedzał fryzjera. W jego twarzy uwagę zwracał wydatny nos o wytwornym kształcie. Mężczyzna obdarzony był silną szczęką i głęboko osadzonymi piwnymi oczami. Miał gęste i za długie jasnokasztanowe włosy.
Mirren błyskawicznie spiekła raka - zagadywanie nieznajomych mężczyzn w centrum Londynu nie było jej specjalnością. To jakiś absurd. Nie powinna była się odzywać. No ale trudno, stało się.
- Przepraszam... Jestem Mirren. Mirren Sutherland - dodała, żeby wszystko było jasne.
- Kto? Co takiego?
Mirren znacząco popatrzyła na gablotkę z książką. Nieznajomy posłusznie podążył za nią spojrzeniem, po czym znów obrzucił ją wzrokiem.
- Podsłuchałam waszą rozmowę.
Mężczyzna zrobił zawstydzoną minę.
- Chcesz powiedzieć, że jesteś...
- ... osobą, która znalazła tę książkę. Tak.
- Ale jak to? I akurat tędy przechodziłaś...? - dopytywał bez przekonania.
- Tak. Pokazać ci moje prawo jazdy?
Nieznajomy zacisnął usta - było jasne, że nie miałby nic przeciwko, tyle że dobre wychowanie nie pozwalało mu się do tego przyznać. Mirren niezdarnie wydobyła z kieszeni portfel, a z niego zamiast prawa jazdy wyjęła kartę Biblioteki Brytyjskiej, z której była niezwykle dumna.
- Ach tak - odezwał się nieznajomy, jednak wyraz jego twarzy zdradzał, że nadal nie wie, co o tym wszystkim sądzić. - I tak się złożyło, że akurat tu jesteś? To taki zbieg okoliczności?
Mirren zmarszczyła brwi.
- Pracuję niedaleko. Mam taki zwyczaj, że czasami przychodzę w odwiedziny do mojej książki - wyjaśniła.
W tym momencie w mężczyźnie zaszła zmiana; dotychczasowy surowy wyraz twarzy zniknął niepostrzeżenie, a na ustach pojawił się promienny uśmiech. Widać było, że nareszcie to, co słyszy, ułożyło mu się w logiczną całość.
- Przychodzisz tu i patrzysz, jak inni oglądają twoją książkę?!
- Nie tylko - odparła, lekko urażona.
- Czekasz, aż coś o niej powiedzą, i wtedy ich zagajasz? Cóż za osobliwe hobby. A może... może czekasz, aż powiedzą coś o tobie?
- To nie hobby - doprecyzowała nieco sztywnym głosem Mirren. Facet ewidentnie się z niej nabijał. Wcale jej się to nie podobało.
- To coś, co robisz regularnie i z własnej woli? Jeśli tak, to spełnia definicję hobby.
Nagle poczuła, jak ogarnia ją gniew. Za kogo ten gość się uważał?
- Kocham tę książkę, a także osobę, która poprosiła mnie o jej odszukanie - wycedziła.
- Naturalnie. Przepraszam, przepraszam. - Mężczyzna wyciągnął przed siebie ręce. - Nie chciałem, żeby zabrzmiało to, jakbym stroił sobie żarty. Naprawdę tak po prostu znalazłaś ją na strychu? - Przyglądał jej się badawczo, nie jak ktoś, kto z grzeczności próbuje podtrzymać rozmowę, lecz jakby naprawdę go to zajmowało.
- Ależ skąd! Zjeździłam cały kraj. Koniec końców, jak się okazało, książka była na strychu. A tak w ogóle to połowa Wielkiej Brytanii jej szukała.
- No jasne. Ale to ty ją odnalazłaś. Proszę, proszę.
Zerknął na zegarek i skrzywił się lekko.
- Mam umówione spotkanie. - Wyciągnął skądś wizytówkę. Była to biała karteczka, na której tłoczonymi czarnymi literami wypisane było jedynie jego imię, nazwisko i numer telefonu, nic poza tym.
- Jamie McKinnon? - odczytała na głos.
- Yhym - potwierdził mruknięciem. - Który nie jest poszukiwaczem książek. Niestety.
Mirren przyjrzała mu się, nie rozumiejąc.
- Słuchaj... - odezwał się po chwili. - Jeśli szukasz pracy, zadzwoń do mnie.
"Pracy - pomyślała Mirren - pracy?".
3
Nie była to jedyna dziwna sprawa wiążąca się z tym spotkaniem: na wizytówce podano numer na telefon stacjonarny, taki z bardzo długim numerem kierunkowym w nawiasie i bardzo krótkim ciągiem cyfr po nim. Oczywiście pierwszą rzeczą, którą Mirren zrobiła po powrocie do biura, było wpisanie go do wyszukiwarki. Ale Google było bezradne - dowiedziała się jedynie, że adres, do którego przyporządkowany jest ten numer telefonu, znajduje się w szkockim regionie Highlands, na północnym wybrzeżu. Była to część Wielkiej Brytanii, o której nie wiedziała praktycznie nic.
Następnego dnia ogłoszono w pracy grafik świąteczny.
- Zostałaś tylko ty - odezwała się ze współczuciem jej przełożona. - Imran właśnie wręczył wypowiedzenie.
- Boże. To znaczy, że wszyscy się już zwolnili - jęknęła Mirren.
Potrzebowała tej roboty, żeby mieć z czego spłacać kredyt. Od dawna wiedziała, że powinna poszukać czegoś innego, ale z jakiegoś powodu nie miała siły, żeby się do tego zabrać. Perspektywa wysyłania tysięcy CV na tysiące maili z nadzieją, że uśmiechnie się do niej szczęście, napawała ją przerażeniem.
- Przecież w święta nikt w trybie pilnym nie będzie potrzebował rzeczoznawcy! - stwierdziła zrozpaczonym głosem. Według grafiku miała mieć dyżur codziennie.
- Musimy dbać o renomę firmy oferującej pełny zakres usług - odparła szefowa. To nie była zła babka, tylko po prostu bardzo, bardzo zmęczona.
Posępna Mirren powlekła się z powrotem do swojego biurka. Przecież to Boże Narodzenie. W tym czasie naprawdę nikt nie potrzebuje pomocy rzeczoznawcy. Ludzie całą uwagę skupiają na oglądaniu reklam perfum w telewizji i narzekaniu na zbyt małe opakowania, w których sprzedawane są co lepsze zapachy. Z ich opowieści wynika, że kiedy byli młodsi, perfumy rozlewano do butelek wielkości bojlerów gazowych.
Westchnęła ciężko i utkwiła wzrok w ekranie komputera. Teraz nie mogła nawet wrócić do Muzeum Brytyjskiego - przecież opiekunka ekspozycji na pewno ją zapamiętała. Kręcenie się w pobliżu eksponatu, który samemu się znalazło, byłoby zbyt żenujące.
Pod wpływem nagłego impulsu postanowiła, że wyśle SMS-a na numer z wizytówki.
Ale zaraz przyszło otrzeźwienie: niby jak ma wysłać SMS-a na numer stacjonarny? Co za absurd, ten facet chyba zrobił to celowo. Taki typ jak on pewnie porusza się po mieście rowerem trójkołowym i marzy o przywróceniu do obrotu szylingów i półkoronówek. Z drugiej strony, zreflektowała się Mirren, nie miał dziwacznego zarostu. W sumie wyglądał całkiem normalnie - zwyczajny, szczupły, trochę niechlujnie ubrany gość. No ale jednak...
***
Kiedy wróciła do domu, ciasna kawalerka wydała jej się jeszcze mniejsza niż zwykle. Długą podróż do południowego Londynu razem z nią pokonywały miliony innych mieszkańców: wszyscy o jednakowo ponurych minach, w puchowych kurtkach, zmierzający w to samo miejsce w tym samym czasie i żałujący, że muszą to robić w takim tłumie.
Zajrzała do lodówki, żeby sprawdzić, czy ma do jedzenia coś, o czym zapomniała (niestety nie miała). Wzięła do ręki telefon, po czym szybko odłożyła go z powrotem; nie będzie wydzwaniać do jakiegoś dziwaka spotkanego w muzeum. Jeszcze czego! Żeby wyszła na totalnie odklejoną?
Ale już po chwili znowu sięgnęła po telefon. Jaki miała plan na ten wieczór? Scrollowanie Instagrama i patrzenie, jak wszyscy poza nią doskonale się bawią? A może będzie planować zemstę na Theo-Niewidzialnym-Dupku-Palliserze? Albo wyjdzie na mróz, powlecze się na odległy przystanek autobusowy i pojedzie z powrotem do centrum, żeby wylądować w zatłoczonym barze, gdzie i tak będzie za głośno, żeby z kimkolwiek porozmawiać, i gdzie w dodatku wyda fortunę?
Choć dzwoniła całe wieki, nikt nie odbierał. Nie włączyła się skrzynka głosowa, więc nie mogła zostawić żadnej wiadomości.
No dobra. Niech sobie będzie tym kretyńskim super wyluzowanym chłopakiem-antykwariuszem. Co ją to obchodziło? Nagle poczuła, że chętnie wzięłaby kąpiel. Inna sprawa, że było to niemożliwe, ponieważ nie miała wanny. Usłyszała, jak jej sąsiadka zza ściany bierze prysznic. Nie wróżyło to nic dobrego - zazwyczaj było wstępem do wyjątkowo hałaśliwych miłosnych igraszek z jej chłopakiem.
Nagle na ekranie telefonu ukazał się długi ciąg cyfr - ktoś do niej dzwonił.
4
Halo, czy to Poszukiwaczka Książek? - odezwał się zdradzający rozbawienie głos.
Dopiero teraz, gdy usłyszała go z dala od panującego w bibliotece gwaru, rozpoznała ten akcent - mężczyzna był Szkotem. Jednak brzmiał inaczej niż typowi mieszkańcy Glasgow: ich akcent zawsze ją rozśmieszał. Ten, z którym mówił mężczyzna z muzeum, miał bardziej gardłowe "r"; nie zaciągał, mówił bardziej szorstko. I znowu Mirren zorientowała się, że z jakiegoś powodu czuje się poirytowana. Winny był ton jego głosu: jakby był absolutnie przekonany, że do niego zadzwoni tylko dlatego, że zamienili ze sobą parę słów w muzeum. W myślach szukała epitetu, jakim mogłaby go opisać. Po chwili już wiedziała: ten facet był przekonany o swojej wyższości.
- Sam sugerowałeś, żebym zadzwoniła - zauważyła opryskliwym tonem.
- Rzeczywiście.
- Nie masz komórki?
- Ależ oczywiście, że mam! Sama widziałaś. Problemem jest zasięg.
- To znaczy?
- Słyszałaś może, jak dostawcy usług telekomunikacyjnych zapewniają, że ich sieć pokrywa dziewięćdziesiąt dziewięć procent powierzchni kraju? Cóż, tak się składa, że ja akurat mieszkam na tym jednym procencie, którego nie pokrywa.
- A telefony stacjonarne nie będą wkrótce przypadkiem też działać w technologii cyfrowej?
- Podobno - przyznał ponuro. - Musiałem przedzwonić do Biura Numerów.
- Słucham?
- Tak to się kiedyś załatwiało. Można w ten sposób sprawdzić, kto dzwonił... Może wkrótce będę musiał wrócić do ręcznego pisania listów.
- Pewnie nie miałbyś nic przeciwko - wypaliła i od razu zrozumiała, jak niegrzecznie to zabrzmiało. Najchętniej ugryzłaby się w język, ale było już za późno.
- To znaczy?
- No wiesz... - Mirren błyskawicznie się zreflektowała. - Rozglądasz się za osobą poszukującą książek. No i pomyślałam... Może jesteś typem człowieka, który przedkłada tradycyjną epistolografię nad wysyłanie maili...
- Ach, rozumiem - roześmiał się beztrosko. - Faktycznie, masz rację. W każdym razie słuchaj, potrzebuję, żeby ktoś znalazł dla mnie pewną książkę, a jeśli ta tabliczka na gablocie w Muzeum Brytyjskim nie kłamała, ty jesteś odpowiednią osobą.
- A czemu sam nie możesz tego zrobić?
- Cóż, nie spodziewałem się takiego pytania - wyznał Jamie. - Sądziłem, że będzie cię interesować jedynie negocjowanie stawki.
Mirren namyślała się chwilę. W końcu spytała:
- Jak sądzisz, gdzie jest ta książka?
- U mnie w domu.
- To ma być żart?
- Niestety nie.
- A może jesteś jakimś dziwakiem, którego podnieca zaczepianie obcych kobiet?
Jamie roześmiał się.
- W Muzeum Brytyjskim?
- W sumie racja - przyznała Mirren. - Bardziej pasowałaby London Library.
- Słuchaj, mam bardzo duży dom. Ta książka należała kiedyś do mojego dziadka. Wydaje mi się, że jest gdzieś tutaj, na terenie domu, ale za nic nie mogę jej znaleźć.
- Wydaje ci się?
- Dziadek wspomina o niej w swoich... notatkach - wyjaśnił niepewnym głosem.
Poczuła, jak wbrew sobie rodzi się w niej ekscytacja. Przygoda, o której marzyła. Wytęskniona odmiana od codziennej rutyny. No i książki - może robić cokolwiek, byle mieć z nimi kontakt. Po chwili, siląc się na opanowany ton, spytała:
- A co to za książka?
- Ekhm, no właśnie...
- No co?
- Nie wiem.
- Chcesz, żebym poszukała w twoim domu książki, jednak nie wiesz, jaki nosi tytuł ani gdzie dokładnie się znajduje.
- Można to tak z grubsza podsumować.
- A mieszkasz w...?
- Północnej Szkocji.
Mirren zerknęła przez okno na długi rząd identycznych wiktoriańskich domów szeregowych. Wszystkie były podzielone na maleńkie kawalerki i niewiele obszerniejsze mieszkania dwupokojowe, podobne do tego, które sama zajmowała. W każdym świeciła się obowiązkowa plastikowa choinka. Segmenty ciągnęły się bez końca wzdłuż wyjątkowo długiej ulicy. Z nieba ponuro siąpił deszcz, jakby wiedział, że w południowym Londynie w grudniu po prostu musi padać, jednak zarazem był z tego powodu równie niezadowolony jak mieszkańcy.
To, co proponował jej Jamie, było czymś nowym. Czymś innym. Odskocznią od grafików w pracy, hipotek i... ech. Głowę nadal miała pełną tych wszystkich śmieci.
- A co będę z tego mieć? - wypaliła. - To płatna praca? Bo tak naprawdę to jestem rzeczoznawcą. I pracuję. A w każdym razie powinnam.
- No... jeśli znajdziesz książkę, zapłacę ci.
- Czyli chcesz, żebym wybrała się do nieznanego mi miejsca na jakimś odludziu, i nie gwarantujesz, że coś zarobię?
- Sam cię przywiozę - zaoferował.
Po chwili namysłu dodał jednak:
- Masz rację. Nie pomyślałem, jak dziwnie brzmi moja oferta. Dopiero kiedy nazwałaś rzeczy po imieniu, zdałem sobie z tego sprawę. Chcesz, żebym najpierw porozmawiał z twoim szefem? Albo... ojcem?
- Nie, dzięki - odparła szybko. Jej tata mieszkał trzy ulice dalej i uważał, że okazywanie miłości polega na zachodzeniu do córki i wypytywaniu, czy naprawdę nie zdaje sobie sprawy, że stara instalacja elektryczna w jej kawalerce to śmiertelna pułapka. Kto jak kto, dodawał, ale ty, jako rzeczoznawca, powinnaś to rozumieć. Mirren spróbowała sobie teraz wyobrazić, jak zareagowałby na tak nietypową propozycję.
Jakaś część niej samej bardzo chciała się zgodzić. Ale przecież musiała w końcu dorosnąć, raz na zawsze odrzucić niepoważne marzenia o przygodach i podróżach.
- Brzmi super, ale nie dam rady.
Tak, to dojrzała reakcja, powtarzała w myślach. Cóż to w ogóle za pomysł - miałaby wybrać się do Szkocji, by zamieszkać z jakimś szemranym typem w miejscu, gdzie nawet nie ma zasięgu? No dobra, jeśli to spisek mający na celu zamordowanie jej, musiała przyznać, że był dość wyrafinowany, jeśli wziąć pod uwagę, że to ona zainicjowała kontakt, i to dwukrotnie, bo na dodatek sama do niego dzwoniła. Ale z drugiej strony może to jeszcze gorzej - może nie planował jej zabić i powziął taki zamiar dopiero gdy zaczęła go zagadywać.
W sumie tak naprawdę to nie wierzyła, że Jamie jest mordercą. Sprawiał wrażenie ekscentryka, faceta kochającego książki. No a ona nie mogła ryzykować, że znowu straci głowę. Doświadczenie nauczyło ją, że kiedy angażuje się w szukanie książki, kończy ze złamanym sercem.
Chociaż przecież dobrze się bawiła...
Nie! Theo Palliser - zło wcielone! Niewątpliwie on momentalnie zapaliłby się do tego pomysłu. Na jej miejscu już zaangażowałby się do tej roboty. Ale ona nie mogła tego zrobić.
Nie była poszukiwaczką książek. Przecież taki zawód nawet nie istnieje. Po prostu raz los się do niej uśmiechnął, i tyle.
Skończyli rozmawiać i Mirren zatonęła w lekturze powieści. Czytała teraz bożonarodzeniowy romans, taki z książętami. Zamówiła jedzenie z baru, choć było to wbrew jej przyzwyczajeniom i wiedziała, że będzie tego żałować.
***
Kiepsko spała, a nazajutrz przywitał ją ponury szary poranek. Do pracy przyjechała spóźniona i w fatalnym nastroju. Za to jej przełożona, jak się zdawało, tryskała humorem, co było do niej niepodobne.
- Mamy nowe zlecenie - oświadczyła triumfalnym tonem. - W Szkocji. Nie wiem, dlaczego nie poszukali kogoś u siebie. W każdym razie zażyczyli sobie ciebie. Chcą, żebyś pojechała tam na tydzień przed Bożym Narodzeniem.
Mirren wytrzeszczyła oczy.
- Serio? - wydukała, starając się zachować neutralny ton.
- Musisz pojechać na miejsce i oszacować, czy dom nadaje się do rozbudowy, czy do rozbiórki. W sumie to trochę dziwne: zamawiający nie zdradził zbyt wielu szczegółów.
- W porządku, pojadę - oświadczyła Mirren z uśmiechem.
- Przesłał bilet na pociąg.
***
Mirren nie umiała opanować ekscytacji. Przygnębiała ją klitka, w której się gnieździła. Mama była zajęta i nie miała dla niej czasu. W dodatku Mirren była spłukana, a deszcz nie chciał przestać padać. Ale przynajmniej dostała zlecenie, które zapowiadało się ciekawie. W dodatku będzie mogła popracować z książkami. Próbowała wyobrazić sobie, jak to będzie wyglądać; może czeka ją katalogowanie i sporządzanie indeksów? Niezbyt to porywające, ale da sobie radę. Oczami wyobraźni widziała już pięknie urządzony dom pełen równo ustawionych regałów z półkami uginającymi się pod przepięknymi starymi wydaniami. Miała tylko nadzieję, że Jamie nie każe jej ich wyceniać. Kompletnie się na tym nie znała, to była specjalność Theo Pallisera... Starała się nie myśleć o nim, choć równocześnie tęsknym wzrokiem zerkała na okienko "Wyszukaj" na Instagramie. Byłoby to wbrew umowie, jaką sama ze sobą zawarła. Nie obserwowała jego profilu, aczkolwiek... od czasu do czasu zdarzało jej się na niego zerknąć.
No proszę, oto i on. Ciemne włosy opadające falą na czoło. Theo w rękach trzymał wiekową powieść pióra Henry'ego Fieldinga - to jej poświęcony był filmik wrzucony przez niego na Instagram. Jego profil @thatlondonbookboy miał już trochę obserwujących. Publikował filmy, w których nieodmiennie ze smętną, melancholijną miną opowiadał o nowych książkach w ofercie antykwariatu. Profil przyciągał miłośników literatury obojga płci. Ilekroć Mirren tu zaglądała, robiła się okropnie zazdrosna. Poza tym musiała każdorazowo używać fałszywego profilu, żeby Theo nie zorientował się, że go podgląda, co czyniło cały ten proceder jeszcze bardziej upokarzającym. Wyglądał świetnie. Mirren błyskawicznie zamknęła Instagram. U niej też coś się dzieje się na froncie książkowym! I to coś naprawdę super!
Jeszcze raz przyjrzała się biletowi kolejowemu. Upoważniał do przejazdu pociągiem, którym nigdy dotąd nie jechała; nazywał się Caledonian Sleeper. Podróżował na trasie Londyn-Scottish Highlands i mógł poszczycić się przedziałami sypialnymi. Niestety Jamie nie wykupił dla niej kuszetki, a to znaczyło, że czeka ją nocna dziesięciogodzinna jazda w pozycji siedzącej. Kurs Caledonian Sleeper na tej trasie pomyślany był pewnie jako okazja do odbycia cudownej romantycznej podróży. Tyle że do tego niezbędne było wygodne łóżko, w którym można się wyspać. No ale cóż, może i bez niego czeka ją jakaś przygoda.
Mirren spakowała niewielką walizkę podróżną i przezornie zabrała pożyczoną od mamy poduszkę turystyczną. Nieśmiało marzyła, że jeśli jej się poszczęści, na powrót Jamie McKinnon zafunduje jej lot samolotem. Na razie nie usłyszała od niego wielu konkretów na temat tego, czego właściwie od niej oczekiwał. Mimo to jego propozycja podziałała na nią ożywczo - perspektywa zajęcia się czymś nowym wyrwała ją z przygnębienia, w jakie wpędzała ją rutyna.
Przypomniała sobie powziętą zaraz po pandemii obietnicę, że już nigdy nie wróci do życia, jakie wiodła wcześniej. A potem i tak to zrobiła. Była za młoda, żeby tkwić w tak beznadziejnej robocie. To, co ją teraz czekało, może okazać się katastrofą - aczkolwiek nie wydawało się niebezpieczne, a przynajmniej coś w jej życiu zaczęło się dziać. Kto wie, może Jamie naprawdę chciał, żeby sporządziła kosztorys domu. Ale w sumie taka ewentualność byłaby jeszcze straszniejsza. Cóż, to tylko robota, zreflektowała się. Jeśli nie będzie się czuć bezpiecznie, walnie tego typa swoim teodolitem i da nogę.
Był wieczór, gdy wyszła z kawalerki, zamknęła drzwi i udała się na dworzec kolejowy. Jej serce przepełniała ekscytacja.
Nie potrwała długo.
5
W Wielkiej Brytanii jest mnóstwo przepięknych dworców kolejowych. Londyński Euston Station do nich jednak nie należy.
To pozbawiony uroku budynek, przypominający sześcian, w którym panuje atmosfera wiecznego niepokoju. Kolorowe zdjęcia szczęśliwych mieszanych rasowo rodzin zażywających wypoczynku na wsi oraz wszechobecne pianina przynoszą skutek odwrotny do zamierzonego: zamiast ocieplić tę przestrzeń, czynią ją jeszcze bardziej odpychającą. Kontrast podkreślają wszechobecny brud i szarość, całkiem jakby kominy zatrzymujących się tu pociągów nadal kopciły na czarno.
Jest tutaj mnóstwo barów typu fast food, a czekający na pociąg ludzie albo gapią się w telefony, albo zadzierają głowy i wbijają wzrok w tablicę z godzinami odjazdów. Jeśli jeden z oczekujących poruszy się niespokojnie, jakby właśnie podano peron, z którego odjedzie dany skład, wszyscy pozostali też podskakują, niczym stado przestraszonych ptaków. Kiedy w końcu ogłoszony zostaje numer peronu, podróżni pędzą na złamanie karku, jakby ważyły się ich losy. Wszyscy wiedzą, że w ścisku najmniejsze szanse mają ci objuczeni bagażem, a także starzy i słabi. Ta atmosfera sprawia, że wszyscy tutaj wydają się trochę nieszczęśliwi i zawstydzeni, a ich emocje wsiąkają w szary beton hali. W efekcie, jak tylko ktoś przekroczy próg dworca, minie niskie brudne drzwi i buchające mu spalinami w twarz busy, momentalnie osiada na nim oślizgły, ciężki niepokój.
Tej chłodnej, wilgotnej grudniowej nocy Euston Station pokazało swoją najgorszą stronę; w środku było lodowato i brudno, a Boże Narodzenie nie miało tu wstępu. Szczególnie przygnębiająco musiało wyglądać dla kogoś, kto - jak Mirren - stał przy drzwiach i zalewał się łzami. Szlochała tak głośno, że jej łkania nie zagłuszały nawet głosy członków Armii Zbawienia, którzy wyśpiewując kolędy, starali się zebrać trochę grosza od obsypanych włosami anielskimi podróżnych wracających właśnie z firmowych wigilii.
- Ale przecież ja umiem o siebie zadbać - łkała Mirren. - Jestem Londynką. Mieszkam tu! Sądziłam, że ci goście napadają tylko na turystów, którzy dopiero co przybyli do miasta i nie znają jego realiów.
Wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy. Mirren wyszła z metra i przechodziła na drugą stronę ulicy. Wyjęła telefon, żeby wyświetlić bilet. I właśnie wtedy poczuła świst powietrza, a postać na rowerze elektrycznym przemknęła tuż obok niej, wyrywając jej z ręki telefon. Nim zrozumiała, co się dzieje, złodziej znikł pośród niezliczonych reflektorów aut sunących Euston Road.
Sympatyczny funkcjonariusz Szkockiej Straży Ochrony Kolei, który właśnie kończył długą zmianę, nie uważał, żeby życzenie turystom takich przykrych przygód korzystnie świadczyło o poszkodowanej, ale robił dobrą minę do złej gry.
- Cóż - odparł, wskazując wiszący nieopodal plakat ostrzegający przed grasującymi na dworcu złodziejami. - Wszystkim doradzamy, żeby się nie afiszowali z telefonami.
- Ale przecież to jest dworzec, a ja mam bilet na telefonie! - chlipała Mirren. - To chyba zupełnie naturalne, że biorę go do ręki.
To powiedziawszy, głośno pociągnęła nosem, ściągając tym na siebie spojrzenia paru osób. Nie wiedząc o tym, starym zwyczajem odruchowo pociągnęła za jeden z kasztanowych loków wystających jej spod czapki.
- Może zechce pani podejść na posterunek i zgłosić kradzież?
- Chcę mój telefon! Czy może pan go odzyskać? - spytała błagalnym tonem. - Tutaj jest mnóstwo kamer monitoringu.
- Nie - odparł krótko mężczyzna. - Chyba do tej pory nikt pani nie ukradł telefonu, co?
Nie do wiary, ale pomieszczenie na Euston Station, do którego cię zabierają, kiedy przytrafi ci się coś złego, prezentuje się jeszcze gorzej niż reszta dworca. Umeblowanie ograniczało się do niskiego stolika z porysowanym blatem, na którym leżał kartonik najtańszych chusteczek higienicznych, oraz dwóch krzeseł, z których siedzisk ktoś wyciągnął wypełnienie.
- Chce pan usłyszeć całą historię? - Mirren usiadła, a mundurowy wyjął notes.
- W sumie to nie za bardzo - odparł mężczyzna. - Dam pani formularz do wypełnienia. Z nim będzie pani mogła ubiegać się o wypłatę pieniędzy z ubezpieczenia.
- Ale ja muszę odzyskać telefon! Czuję się... jakby ktoś brutalnie pozbawił mnie mojego ducha opiekuńczego. Wie pan, o co mi chodzi?
- Nie wiem - stwierdził z taką miną, jakby nie musiał sto razy na dzień słuchać tej samej historii.
- Dlaczego ktoś nie zrobi z tym porządku?
- Telefony kradną chłopaczki na rowerach - oznajmił poważnie funkcjonariusz. - Szybcy są.
- Zabrzmiało to tak, jakby ich pan podziwiał.
- Po prostu mówię, że są szybcy.
- W poprzek chodników powinny być przeciągnięte zdalnie sterowane druty - oświadczyła z nietypowym ożywieniem Mirren. Podobnie jak większości ludzi, na co dzień okrucieństwo było jej obce. - I w takiej sytuacji ktoś powinien je uruchomić przy wyjściu z dworca.
- I co? Chciałaby pani, żeby chłopaczki wyleciały w powietrze, prosto pod koła nadjeżdżających aut? - spytał bez przekonania mężczyzna.
- Tak!
- Czyli jest pani za karą śmierci.
- Przynajmniej ukrócilibyśmy plagę kradzieży - oceniła ponuro Mirren.
- Co racja, to racja.
Siedzieli dłuższą chwilę w milczeniu. Mirren, pochlipując, wypełniała formularz.
- Boże, nie wierzę, że to się dzieje. Przecież zaraz odjeżdża mój pociąg. A bilet jest w telefonie!
- Tak myślałem - powiedział spokojnie mężczyzna, biorąc do ręki plik kartek. - Dokąd się pani wybiera?
- Do Szkocji.
- Pięknie. Pociągiem z wagonami sypialnymi?
- Może z łaski swojej przestanie pan udawać, że nic wielkiego się nie stało? Zostałam okradziona w drodze do nowej pracy. To wszystko jest takie straszne.
- Nikt nie zginął... - zauważył trzeźwo mundurowy.
- Tylko dlatego, że nie wprowadzacie w życie mojego planu z pułapkami na złodziei!
- ... a pani wybiera się do Szkocji na święta - dokończył z przyjaznym uśmiechem. - Mogło być gorzej.
***
Miły funkcjonariusz cierpliwie zaczekał, aż Mirren rozmówi się z panią w banku. Zadzwoniła z telefonu stacjonarnego, który trzymano dokładnie w tym celu. Na aparacie naklejone były karteczki z bankowymi numerami alarmowymi.
Kiedy skończyła rozmawiać, jeszcze raz rozejrzała się po brudnym ponurym pokoiku, w którym tkwiła, i pomyślała, że najchętniej wróciłaby po prostu do domu. Jasne, jej kawalerka była beznadziejnie mała, miała niewygłuszone ściany i okna i tylko udawała wyrafinowaną, ale przynajmniej należała do niej. Będąc w środku, Mirren mogła zamknąć drzwi na klucz i pobyć sama.
I wtedy ją olśniło - przecież w tym przeklętym telefonie była też aplikacja z kartą na metro, wszystkie kontakty, wszystkie detale składające się na jej życie, w tym aplikacja Ubera. Mniej więcej w dwa tysiące dziewiątym roku zwolniła swój mózg z obowiązku zapamiętywania najpotrzebniejszych informacji, przerzucając to zadanie na telefon, i doprowadziła do tego, że teraz nie umiała sobie nawet przypomnieć numerów telefonów swoich braci ani w ogóle kogokolwiek, kto mógłby jej pomóc.
To wszystko jednak nie zmieniało faktu, że miała zadanie do wykonania. Ktoś na nią czekał. Powinna działać.
- No to jak? Niedługo odjeżdża pani pociąg - zauważył mundurowy.
- Mogę pojechać bez biletu? - spytała, znowu biorąc do ręki formularz.
Mężczyzna skinął głową.
- Ma pani dowód osobisty, prawda?
- Złodziej nie zabrał mi portfela, tylko telefon. Powinien pan to wiedzieć. Wystarczyłoby wyśledzić go przez funkcję Znajdź Mój Telefon, no ale musiałoby się panu chcieć.
Strażnik odchrząknął. To był długi dzień, w trakcie którego uchronił dziecięcy wózek spacerowy przed wtoczeniem się na tory i aresztował ekshibicjonistę. Słowem, miał podstawy, by nie czuć się zupełnie bezużyteczny. No ale cóż, nie sposób zadowolić wszystkich, a ofiar kradzieży telefonów nigdy nie brakuje.
- Chodźmy na peron pierwszy i tam wszystko załatwimy, co pani na to? Dojedzie pani do celu, załatwi sobie nowy telefon i po sprawie. Napije się pani herbaty, może nawet szklaneczkę whisky?
- No dobrze - odparła Mirren. Była przemarznięta, czuła się przygnębiona i generalnie pożałowania godna. - Spróbuję.
***
Pociąg z wagonami sypialnymi czekał na końcu dworca. Mirren zazdrosnym wzrokiem patrzyła na reklamy przedstawiające śpiących podróżnych otulonych czyściutkimi, śnieżnobiałymi kołdrami.
Po szerokim betonowym peronie do turkusowego składu zmierzali podróżni. Jedna połowa wagonu, który minęła jako pierwszy, wypełniona była fotelami; drugą przeznaczono do transportu rowerów i bagażu. Fotele wyglądały na stosunkowo wygodne, tym niemniej podróżowałaby na takim w pozycji siedzącej, w dodatku obok obcej osoby, bo pociągi na tej trasie zawsze były wyprzedane do ostatniego miejsca. W środku tłoczyli się już ludzie, głównie mężczyźni, ale wypatrzyła też parę kobiet robiących na drutach. Obok nich siedzieli faceci z dużymi torbami podróżnymi, pogrążeni już we śnie. Jacyś rodzice próbowali usadzić w fotelikach dwuletnie dziecko oraz noworodka. Zrobiło jej się ich żal. A chwilę później to samo poczuła wobec siebie. Niezależnie od tego, co czekało ją w Szkocji, jedno nie ulegało wątpliwości: rano po dotarciu na miejsce nie będzie w najlepszej formie. Uświadomiła sobie teraz, że nie sprawdziła, o której godzinie ktoś odbierze ją z dworca. No bo chyba ktoś zamierzał po nią wyjść, prawda? Nie pamiętała nawet nazwy stacji, na której ma wysiąść... Nie, wszystko będzie dobrze - zreflektowała się szybko. Przypomni sobie wszystko, jutro będzie nowy dzień. Na pewno któryś z pasażerów będzie miał laptopa i pozwoli jej zalogować się na jej konto. Kto wie, może czeka ją przygoda, powtarzała sobie, masując zziębnięte ramiona.
Ale na razie to, co się działo, w ogóle nie przypominało przygody. Do pasażerskiej części wagonu wpakowała się grupka zalanych panów. Od razu po zajęciu miejsc powyciągali z plastikowych siatek puszki i butelki i zaczęli je otwierać. "O Boże" - pomyślała Mirren. Zanosiło się na imprezkę.
- Dziękuję - powiedziała, zwracając się do towarzyszącego jej strażnika.
- Powodzenia - odparł, mrugając do niej. - Na pewno spodoba się pani Szkocja. Obiecuję.
***
- Proszę pani?
Konduktorka ubrana była w elegancki zielono-granatowy mundur, na który narzuconą miała kamizelkę w szkocką kratę. Jej głowę wieńczył kanciasty kapelusik.
- Czy ma pani wykupioną kuszetkę?
- Nie - odparła smutno Mirren, wodząc spojrzeniem za podochoconymi facetami, którzy wędrowali już po wagonie w tę i z powrotem. Mimo że od dziecka dzieliła ją na razie gruba szyba w oknie, już mogła usłyszeć jego płacz. - Mam miejsce siedzące, tak mi się wydaje.
Konduktorka wzięła do ręki podany jej przez Mirren formularz oraz prawo jazdy. Przez długą chwilę studiowała coś w swoich papierach. W tym czasie Mirren dygotała z zimna. Na peronie było przeraźliwie chłodno, a ją od celu podróży dzieliło osiemset kilometrów. Zachodziła w głowę, czy przypadkiem dobrym pomysłem nie byłoby zabranie z domu grubszego płaszcza zamiast jej ulubionej kurtki bosmanki.
- W porządku - odezwała się w końcu konduktorka. - Proszę za mną.
Skinęła głową swojej koleżance, po czym raźnym krokiem ruszyła wzdłuż peronu. Mirren musiała się postarać, żeby nie zostać w tyle. Miała wrażenie, że w miarę jak zbliżały się do drzwi wagonu, powietrze stawało się coraz zimniejsze. Z pociągu wydobywały się kłęby pary, całkiem jakby był smokiem rozgrzewającym się przed lotem.
To był niezwykle długi skład, ciągnący się wagon za wagonem, bez końca. Kiedy minęły pierwsze wagony i sektory z fotelami, zrobiło się ciszej. Mirren tęsknie spoglądała w okna, za którymi ludzie otwierali drzwi i wchodzili do przytulnych przedziałów sypialnych, z podłogami wyłożonymi wykładziną w szkocką kratę i łóżkami, na których leżała śnieżnobiała pościel. Z maleńkimi umywalkami i prysznicem. Z równiuteńko ułożonymi butelkami z wodą i przyborami toaletowymi. Zachciało jej się płakać. Te przedziały wydawały się takie ciepłe i przytulne, tymczasem ona drżała z zimna i czuła coraz większe przygnębienie. Stawało się jasne, że konduktorka prowadzi ją do innego wagonu, z miejscami siedzącymi, prawdopodobnie na drugim końcu składu.
Kiedy dotarły do końca pociągu, Mirren znów poczuła w płucach pełne smogu londyńskie powietrze. Ostatni wagon, ten, którym miała podróżować, znajdował się tuż przed silnikiem i w przeciwieństwie do wszystkich pozostałych wcale nie był niebieski, lecz ciemnoczerwony. O ile tamte wyposażone były w duże okna o zaokrąglonych brzegach, o tyle ten miał staroświeckie drzwi, które otwierało się ręcznie, i okna również dające się otworzyć. Było jasne, że został odłączony od jakiegoś innego składu; zupełnie nie pasował do błyszczącego nowością pociągu Caledonian Sleeper. No to pięknie. Może w takim razie czeka ją całonocna podróż w fotelu, jakie spotyka się w pociągach metra?
- Proszę bardzo - odezwała się konduktorka, uchylając kapelusza. Drzwi się otworzyły.
Mirren weszła po schodkach, taszcząc za sobą walizkę na kółkach, i skręciła na korytarz. Spodziewała się, że ujrzy otwierane automatycznie drzwi, zamiast tego jednak jej spojrzenie padło na klamkę. Nacisnęła ją, weszła do środka i zamarła w pół kroku.
6
Nie wierzę... - wydusiła z siebie. Zamrugała szybko. Ten wieczór już wcześniej dostarczył jej niespodzianek. Czy to...? Niemożliwe.
Wnętrze wagonu nie było podzielone na przedziały - bardziej przypominało jeden bardzo długi i wąski pokój. Okazało się znacznie większe, niż Mirren mogła przypuszczać, stojąc na peronie. Jej mózg nadal nie radził sobie z tym, co miała przed oczami. Wagon - pokój, dom, jak zwał tak zwał - urządzony był w środku jak... Nie dało się tego opisać innym słowem... urządzony był jak biblioteka.
Ściany pokrywała spłowiała materiałowa tapeta, w oknach wisiały zazdrostki w kolorze ciemnoczerwonym, spięte eleganckimi sznurami. Jak okiem sięgnąć, wokół okien i nad nimi, wszędzie widać było książki - stare woluminy ustawione równo na półkach. Pod nimi stały wygodne, szykowne sofy, antyczny sekretarzyk, fortepian gabinetowy, na który Mirren długo spoglądała z niedowierzaniem, a nawet mały barek z kryształowymi karafkami. Ściany zdobiły malowidła przedstawiające sceny polowań. Mosiężne lampy rozlewały wokół siebie ciepły blask. Na drugim końcu wagonu znajdował się najprawdziwszy kominek, obok którego stały dwa fotele.
- Nie wierzę - jęknęła.
W tym momencie zza baru wyszedł mężczyzna w krawacie, którego w pierwszej chwili w ogóle nie zauważyła.
- Co to za miejsce? - spytała, nie kryjąc zdumienia.
- Witam w Wagonie McKinnon - powiedział. - Napije się pani czegoś?
Mirren ruszyła przed siebie, w głąb tego nadzwyczajnego pomieszczenia.
- Nie wierzę! - Narastała w niej frustracja, że nie ma przy sobie telefonu; to wnętrze prosiło się o sesję zdjęciową. - Czy... takimi wagonami podróżują ludzie, na których czyhają zamachowcy?
Na ustach mężczyzny pojawił się pobłażliwy uśmiech.
- Może zatem skusi się pani na coś ciepłego do jedzenia?
Ale jej uwagę przykuło już co innego; na jednym z foteli przy kominku ktoś siedział. Dopiero teraz zorientowała się, że kominek wbrew pozorom wcale nie był opalany węglem, lecz elektryczny, jednak dawał najprawdziwsze ciepło. W zestawieniu z lodowatym powietrzem na peronie wydawał się absolutnie zachwycający. Myśl, że mogłaby zatonąć w takim fotelu z książką, była rozkoszna.
- Pozwoliłem sobie przygotować dla pani grzaniec z whisky - przypomniał o sobie barman. - Wielu pasażerów ma na niego ochotę zaraz po wejściu. Ale jeśli woli pani coś innego, wystarczy poprosić.
Przyrządzony napój pachniał niebiańsko.
- Napiję się z wielką przyjemnością - powiedziała, biorąc do ręki ciepłą szklankę z grubego szkła. Unosił się znad niej oszałamiający aromat whisky, brązowego cukru, goździków i cytryny. - Dziękuję.
Postać na fotelu odwróciła się. Mirren przygotowała się mentalnie na powitanie obcego mężczyzny z biblioteki.
- Mirren Sutherland, a niech mnie! Ciekaw byłem, czy cię tu spotkam!
Mężczyzną na fotelu okazał się znikający księgarz we własnej osobie: Theo Palliser.
7
W ostatnich dniach nie mogła narzekać na brak niespodzianek, jednak wszystkie bladły w porównaniu z tą. W ułamku chwili Mirren poczuła, jak narasta w niej wściekłość. Dlaczego Theo ma ją oglądać akurat w takim stanie - z rozmazanym od płaczu tuszem do rzęs, kretyńską poduszką lotniczą na szyi i w pobrudzonej dworcowym błotem kurtce, zdecydowanie zbyt lekkiej na tę pogodę?
Zapomniała już, jaki jest przystojny. Zabójczo. Blady, szczupły, z wielkimi ciemnymi oczami i uniesionymi łukowato brwiami, jakby zawsze był o krok od powiedzenia czegoś złośliwego, bo rzeczywiście generalnie tak było. Theo, ze swoimi dworskimi manierami, błyszczącymi czarnymi oczami, dowcipem i zamiłowaniem do przygód, był absolutnie porywający. Na przestrzeni ostatnich długich miesięcy Mirren miała dość okazji, by zdać sobie sprawę, że nie tylko ona tak uważa.
- Co ty tu robisz? - wydukała.
- Panno Sutherland - powitał ją w typowy dla siebie przesadnie formalny sposób.
- Ale dlaczego ty tutaj... - Rozejrzała się wkoło. - Gdzie my w ogóle jesteśmy?
- Interesy książkowe - wyjaśnił Theo z uśmiechem. - Działam z polecenia wuja.
- Sądziłam, że już dla niego nie pracujesz.
- Wiesz, jak to jest: jeszcze jedno, ostatnie zlecenie... Świetnie wyglądasz.
Akurat to stwierdzenie tak bardzo mijało się z prawdą, że Mirren mimo woli się skrzywiła. Nagle na usta zaczęły jej się cisnąć pytania: Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś? Gdzie się podziewałeś przez cały ten czas? Zamiast tego w milczeniu zaciskała tylko z całej siły palce na szklance z grogiem. W tym momencie pociąg drgnął i niespiesznie wytoczył się z dworca.
- Co to ma być? Jestem porwana?
- Zachwycające miejsce, nieprawdaż? - uśmiechnął się Theo.
- Ale co to wszystko ma znaczyć?
- Jamie McKinnon - odparł krótko Theo, tak jakby to miało wszystko tłumaczyć.
- Co z nim?
- Nie wiesz?
- Wikipedia milczy na jego temat.
Theo uśmiechnął się.
- No tak. Ta rodzina ceni dyskrecję.
- Och, daruj już sobie te swoje snobistyczne gadki - warknęła Mirren. Teraz była już naprawdę wściekła. - Tak, wiem, masz znajomości w kręgach arystokratów. Bla, bla, bla.
Wuj Theo prowadził niezwykle szykowny antykwariat w Kensington, do którego pozyskiwał - często w niekoniecznie uczciwy sposób - nadzwyczaj drogie tomy. Do Mirren zaś odnosił się z ledwo skrywaną pogardą. Theo był jego ubogim bratankiem, któremu wuj zapewniał wikt i opierunek, niekiedy wymagając w zamian, by chłopak wykonywał dla niego brudną robotę.
- To nie tak... - odparł. - Nie znam tego gościa. To znaczy słyszałem o nim to i owo.
- I co słyszałeś? Że to facet, który posiada pociąg dziwów?
Theo rozejrzał się po wnętrzu wagonu.
- Niezła miejscówka, co?
- Udajesz, że to nie robi na tobie wrażenia, a przecież to miejsce wygląda jak dom CZARNEGO CHARAKTERU Z JAMESA BONDA!
- Wcale nie udaję. Jestem pod wrażeniem, i to dużym. Słyszałem już wcześniej, że taki wagon istnieje. Ale nie miałem pojęcia, że nadal wpuszczają go na tory.
- Ale co to właściwie jest?
- Cóż, rodzina Jamiego była kiedyś niezwykle zamożna. Połowa regionu Highlands należała do tych ludzi.
- Pewnie nie mieli dobrej prasy.
- O tak, zdecydowanie. Sytuację rodu zmienił dopiero dziadek Jamiego, wielki uczony. Żeby sprawiedliwości stało się zadość, rozdał dużą część majątku. Zachował jednak księgozbiór i biblioteki. Był miłośnikiem książek. Słowem, rodzina została z książkami, ale za to bez grosza przy duszy. W dodatku dziadek był durniem, zerwał kontakt z matką Jamiego i doprowadził posiadłość do ruiny. Niedawno zmarł, praktycznie w ubóstwie.
- Ojej. Ale nadal mają ten pociąg...
- Tak. W przeszłości tego rodzaju prywatne wagony nie należały do rzadkości. Kiedy sto pięćdziesiąt lat temu kolej planowała położyć tory na terenie należącym do rodziny, państwo McKinnon zgodzili się pod warunkiem, że stworzony zostanie specjalny przystanek dla nich oraz że będą mogli korzystać z prywatnego wagonu. No i wygląda na to, że półtora wieku później ten układ nadal obowiązuje.
- Czyli mogą wezwać wagon, tak jak zamawia się taksówkę?
- Owszem.
Mirren wyszczerzyła zęby w uśmiechu, nie umiała się opanować. Postanowiła, że nie będzie się teraz przejmować zachowaniem Theo. Zamiast tego zatonęła w rozkosznie miękkim fotelu.
Miała wrażenie, że ten chłopak w ogóle się nie zmienił przez ostatni rok: nadal był szczupły, wysoki i blady. Jego głęboko osadzone ciemne oczy kojarzyć się mogły z wampirem, tyle że takim noszącym buty Adidas Gazelle i mającym słabość do zawadiackich min. Przywołała się do porządku, powtarzając sobie w myśli, że ten facet to ostatnia kanalia. I że ona pod żadnym pozorem nie dopuści do tego, by znowu zawrócił jej w głowie. Sączyła grog i grzała przy kominku przemarznięte stopy. Napój przygotowany przez barmana smakował przepysznie.
- Czyli co? Będziemy tu siedzieć przez całą noc?
- Ależ skąd - odparł dość wyniosłym tonem Theo. - Chodź, pokażę ci.
Jak się okazało, za kominkiem w ścianie znajdowały się przesuwne drzwi, przez które wchodziło się do dalszej części wagonu. Mieścił się tam wąski korytarzyk z przedziałami, jakie można było zobaczyć w starych składach kolejowych. Przedziały były trzy, każdy z dwoma pojedynczymi, starannie zaścielonymi łóżkami. Obok leżała poskładana biała świeża pościel i stała miska na wodę. Na końcu korytarza znajdowała się łazienka, a w niej najprawdziwsza żeliwna wanna. Mirren aż gwizdnęła z wrażenia.
Kiedy wróciła do głównej części wagonu, zastała stół nakryty białym obrusem. Spostrzegła, że Theo ma na sobie smoking.
- Jesteś w stroju wieczorowym?
- Naturalnie - przyznał, nie kryjąc zdziwienia.
Mirren zerknęła na swoje odbicie w lustrze: nieświeżą koszulę, którą miała na sobie przez cały dzień, i brudne ślady łez na twarzy.
- W porządku. Potrzebuję pięciu minut.
***
Na jednym z nakrytych śnieżnobiałą narzutą łóżek położyła walizkę. Kiedy ją otwierała, musiała się przytrzymać, bo mknący po torach pociąg akurat zakołysał się na boki. Przebywała jednocześnie w domu i w pociągu, co z jednej strony wprawiało ją w dezorientację, a z drugiej było absolutnie upajającym doświadczeniem. Kiedy zerknęła w ciemne okno, przesunął się za nim rozświetlony peron i mignął napis "Watford". Ciekawa była, co ludzie myśleli na widok tego wagonu. A może wcale nie zwracali na niego uwagi? Może po torach bez przerwy podróżowały prywatne pociągi i po prostu nikt o tym nie wiedział? Jeden miała rodzina królewska, tego akurat była pewna. Ale może swoje pociągi miało też wiele innych osób, które przemierzały nimi kraj pod osłoną nocy? Na podłodze przedziału, który dla siebie wybrała, leżała wypłowiała wykładzina w szkocką kratę. Ściany były w matowym zielonym kolorze. Światło zapewniały te same co w części bibliotecznej mosiężne lampy, a w oknach wisiały wiśniowe zasłonki z chwostami. "Wielkie nieba, mogłabym tak żyć" - pomyślała Mirren, spoglądając tęsknie na łóżko.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki